Człowiek z kowadłem - Dariusz Muszer

Kup ebooka

26.25 zł
21.00 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiekz kowadłem

1

Byłoto w czasach, gdy pracowałem jako roznosiciel reklam w pewnejhanowerskiej firmie. Chodziłem od domu do domu, od klamki do klamki,od skrzynki pocztowej do skrzynki, i wrzucałem ulotki reklamowe,gazety oraz prospekty.

Pewnegoupalnego dnia, w drugą sobotę czerwca, o godzinie dziewiątejzadzwoniłem do kilku mieszkań słynnego wieżowca przy Osterfelddamm,bunkra, który zasiedlono biedotą miejsko-wiejską z całego świata, iczekałem na wpuszczenie do środka. Tytułem wyjaśnienia: roznosicielreklam musi zawsze naciskać kilka guzików jednocześnie, jeśli niechce, aby jego dzień zakończył się zapuszczeniem korzeni przeddrzwiami jakiegoś budynku. My, ludzie reklamy, musimy stosowaćróżnego rodzaju chwyty, często bardzo podstępne i wymyślne. A pewnie,wiem, że nie podoba się to ludziom, do których roznosiciel właśniedzwoni, ale tak już często bywa: co dla jednego jest pracą, innegodoprowadza do wściekłości. Wielokrotnie musiałem wysłuchiwaćprzekleństw pod moim adresem, i to w różnych językach, lecz nierobiło to na mnie większego wrażenia. Owszem, początkowo denerwowałemsię, ba! strach mnie ogarniał, a nawet wstyd, gdy naciskałem teprzeklęte guziki dzwonków, lecz po trzech miesiącach pracy zacząłemodczuwać obojętność. Uodporniłem się, jak stwierdziła z zadowoleniemmoja żona. Odtąd traktowałem ludzi jak wytresowane psy, które nadźwięk dzwonka ujadają. Z czasem pogardzałem wszystkimi i wszystkim,co godne było mojej pogardy: mieszkańcami, ulotkami, szefem, ulicamii przyrodą. Opis mojego stanu wymagałby paru obszerniejszych zdań,lecz nie o moją osobę w tej opowieści chodzi, tylko o całkiem inną.Tak więc przemilczę. Powiem tylko, że były to pierwsze oznakikryzysu.

Dommiał jedenaście pięter, tak więc z przyjemnością myślałem o tym, żezaraz pozbędę się kilkudziesięciu grubych, kolorowych drukówreklamowych pewnej skandynawskiej firmy meblowej. Tego dnia mojaparciana torba była wyjątkowo ciężka, a w służbowym samochodzie,który stał zaparkowany w odległości kilometra, czekało na mnie imoich kolegów jeszcze pół tony papieru. Szef zarządził, że niespoczniemy, póki wszystkiego nie rozniesiemy. Już teraz pot zalewałmi oczy i z przykrością myślałem o tym, że do wieczora ciało mojestanie się brudną, wilgotną i cuchnącą ścierką, która po skończonejpracy wsiądzie na rower i, ciągnąc za sobą ten cały smród niczymwelon, pół godziny później dotrze do domu, gdzie wzbudzi odrazę wdzieciach i żonie.

Minęłotrzydzieści sekund. W życiu roznosiciela reklam to cała wieczność.Właściwie powinienem machnąć ręką i ruszyć dalej, do następnychdrzwi, jako że zbyt długie czekanie powoduje wypadnięcie z rytmu, coz kolei ma wpływ na spadek wydajności pracy roznosiciela. Ponowiłemjednak próbę opanowania wieżowca: nerwowo nacisnąłem na chybił trafiłguziczki dzwonków i postanowiłem jeszcze kilka sekund poczekać. Odmomentu, kiedy zacząłem pracować w reklamie, ślepa wiara w zbiegokoliczności stała się moją religią. Albowiem przypadek to jedynarzecz na tym świecie, która jest pewna. Wszystko inne to zwykłezawracanie głowy.

Czujnietrzymałem rękę na klamce, aby natychmiast wtargnąć do wnętrza, gdytylko usłyszę bzyczenie automatycznego zamka. Przez cały czas nieprzestawałem ruszać nogami, musiały być dobrze rozgrzane, jak silnikmaszyny. Znowu kilka sekund wieczności. I ta przerażająca cisza!Ciężkie krople potu wisiały na moich skroniach. Nagle zobaczyłem, jakdrzwi windy się otwierają. Zalała mnie fala szczęścia. Nie dzwonkiuratują mi życie, tylko jeden z lokatorów, który przypadkiem w tejwłaśnie minucie swojego życia zapragnął opuścić budynek. W mojąstronę podążał człowiek. Uderzył mnie jego zaniedbany wygląd: długie,brudne włosy w nieładzie, szary, mocno poplamiony płaszcz, spodktórego wystawały strzępy spodni; na nogach sportowe buty, niegdyśzapewne białe. Poruszał się jakoś dziwnie, z wysiłkiem, ociężale.Gdybym mógł pozwolić sobie na dosadne porównanie, powiedziałbym, iżwlókł własne ciało po schodach niczym worek cementu. Pomyślałem, żeoto zbliża się kolejny egzemplarz, którego przygniata ból istnienia.Pełno ich mieszkało w tej okolicy.

Długotrwało, zanim dotarł do drzwi i otworzył je. Czekałem aż wyjdzie,lecz on stał z ręką na klamce i nie ruszał się. Dziarskim krokiemwszedłem do środka. I w tym momencie nieznajomy po raz pierwszypodniósł głowę i spojrzał na mnie, nasze oczy spotkały się. Chybakrzyknąłem z przerażenia. Rzuciłem się w kierunku skrzynek ipospiesznie zacząłem wypełniać je folderami. Pracowałem jak automat.Starałem się, aby obraz człowieka w szarym płaszczu jak najszybciejzniknął z mojej głowy. Kogoś tak potwornego jeszcze na jawie nigdynie spotkałem. Byłem pewien, że przed chwilą wyskoczył z mojegonajkoszmarniejszego snu. A wiele snów tego typu gnębiło mnieostatnimi laty.

Usłyszałemtrzask zamykanych drzwi wejściowych i odruchowo odwróciłem się. Omało nie wpadłem na nieznajomego, stał tuż za mną. Powoli wsunął rękędo kieszeni płaszcza i wyjął szarą kopertę, którą mi wręczył.Odruchowo ukryłem ją za pazuchą i skinąłem kilka razy głową. Za co jamu właściwie wtedy podziękowałem? Za bezsenne noce, które zgotował miza pomocą zawartości koperty? Za potworne lęki, które nachodziły mniepóźniej w dżdżyste poranki i słoneczne południa? Za ból istnienia,którego potęgę w końcu pojąłem i, jak mi się wydaje, wyraźniej odinnych ludzi odczułem we własnej duszy? Niech będzie przeklętachwila, w której dane nam było zetknąć się ze sobą!

Naszeoczy spotkały się ponownie. W ułamku sekundy zobaczyłem wszystko, coczłowiek na tej ziemi jest w stanie zobaczyć. Ujrzałem całyniewyobrażalny, niepojęty bezmiar; dno góry i górę dna, widzialnąciemność i niewidzialną jasność, lub coś w tym rodzaju. Tak mi sięwtedy wydawało. Dziś, kiedy emocje moje ostygły i wspomnienia mocnoprzybladły, nie jestem w stanie dokładnie przypomnieć sobie uczuć,jakie owego dnia mnie opanowały. Dzisiaj nie jestem nawet pewien, czyto spotkanie z człowiekiem w szarym płaszczu miało rzeczywiściemiejsce. Rok, jaki dzieli mnie z tamtego sobotniego przedpołudnia odemnie dzisiejszego, to spory kawał czasu. W ciągu tych dwunastumiesięcy byłem w stanie przeżyć dwa życia. O jedno życie za dużo. Ojedno życie za mało.

Dopierowieczorem, gdy znalazłem się w zaciszu własnego mieszkania, sięgnąłempo kopertę. Tej nocy nie oglądałem, jak zazwyczaj, telewizji, żebyprzywołać sen, tylko czytałem wyznania nieznajomego. Od razu urzekłymnie, wciągnęły po uszy, od pierwszych słów stały się mojąwłasnością. Dwa miesiące trwało tłumaczenie tekstu na język polski,tylko dwie godziny dziennie mogłem poświęcić tej pracy. Okradałemsiebie ze snu, żeby doprowadzić mój zamiar do końca. Ile czasu minie,zanim ktoś opublikuje te słowa, nie wiem. I szczerze mówiąc, nieinteresuje mnie to. Tłumaczenia z niemieckiego dokonałem dla siebie idla niego, dla tego obdartego włóczęgi, nie chciałem, żeby pamięć onim zaginęła. Tylko tyle byłem w stanie dla niego zrobić. Wtedy.Potem zrobiłem dla niego znacznie więcej.

Ijeszcze jedna niewielka uwaga: gdy już koperta znikła na mojej piersii powróciłem do pracy, przez cały czas czułem, że nieznajomy stoi zamną. Jak złowrogi cień. Jak wyrzut sumienia lub skarga. Gdy jednak ponakarmieniu kolorowym papierem ostatniej skrzynki odwróciłem się, wkorytarzu nie było nikogo. Tylko podmuchy wiatru wdzierały się downętrza budynku przez szparę w drzwiach. Poczułem natarczywe ukłuciew sercu, ogarnął mnie smutek. Myślę, że to właśnie wtedy straciłemradość życia; jad płynący ze słów ukrytych w kopercie zaczął mnieprzenikać. Przechodząc przez oszklony przedsionek, jeszcze razujrzałem nieznajomego: stał na zewnątrz budynku, jego oczy ponurowpatrywały się we mnie. Pomachałem ręką, on odwzajemnił pozdrowienie.I w tym momencie zdałem sobie sprawę, że to tylko brudna szyba odbijamoją postać. Spod płaszcza wystawało mi kowadło. Nie pozdrowiłemsiebie po raz drugi.

Wyskoczyłemna podwórze i pędem pobiegłem w kierunku drzwi następnej klatkischodowej. Z przerażeniem i wściekłością myślałem o tym, ilestraciłem czasu i pieniędzy.

Otowreszcie tekst, który znalazłem w szarej kopercie:

2

Toja jestem tym człowiekiem, który 22 stycznia 1992 roku napadł nastację benzynową w Hanowerze. Prawdą jest, co mówiono w radiu, żeposłużyłem się kowadłem, aby przestraszyć tego młodego sprzedawcę,tak jak prawdą jest, iż wręczył mi trzysta marek, oraz że podokonaniu czynu przestępczego oddaliłem się na piechotę w nieznanymkierunku. Sądzę, że godzina również się zgadza. Pewny oczywiście niejestem, gdyż owej nocy nie miałem zegarka na ręce, a gdybym nawetmiał, to i tak nie zainteresowałbym się, którą godzinę właśniewskazuje. Zegarki mogą się mylić. Zegarki wynaleziono tylko po to,aby coś stale przypominało nam, jaką marnością nad marnościamijesteśmy, i że lada chwila czeka nas grób. Pewien mój znajomy stalenosił dwa zegarki - jeden na ręce, drugi w kieszonce kamizelki- i był dumny z tego, że w każdej dosłownie chwili jest wstanie powiedzieć, ile sekund właśnie upłynęło od momentu jegourodzenia. Nigdy nie zrozumiałem, do czego potrzebna mu była tawiedza. On pewnie również.

Jakoże w dzienniku radiowym nic nie wspomniano o innych, niezwykleistotnych okolicznościach całej sprawy oraz o motywach, jakimikierował się nieznany sprawca, czyli w tym wypadku ja, zdecydowałem,iż złożę niniejsze oświadczenie. Liczę na to, że te zapisane słowapomogą zrozumieć moją postawę, a także, co podkreślić pragnę, będąstanowiły przestrogę dla wszystkich tych młodych ludzi, którzy nosząsię z zamiarem zdobycia łatwych pieniędzy poprzez bandycki napad najakąś stację benzynową. Oczywiście przestroga nie dotyczy wyłączniepotencjalnych sprawców, którzy czyn zakazany zamierzają popełnić zapomocą kowadła. Tyle w kwestii moralności i prawa.

Ijeszcze jedna uwaga: ze względu na własne bezpieczeństworozporządzam, aby treść niniejszego oświadczenia podana została dopublicznej wiadomości dopiero w roku 2020, kiedy to z pewnością będęstarym człowiekiem, a być może nawet nie będę już żył. Nie, niezachodzi obawa, iż targnę się na swoje życie. To prawda, że jest onopodłe, ale widać tylko takie mi się należało; widocznie na nic więcejnie zasłużyłem. Nie mam zamiaru pozbawić się życia, tej odrobinyczegoś, co jest naprawdę moją wyłączną własnością. Zgadzam się, abyinni mnie zabili. Zgadzam się, aby przypadek zrządził, czy mam prawodalej żyć. W Boga i gwiazdy nie wierzę, niech więc - jeśli wogóle - ręka ludzka wymierzy mi sprawiedliwość.

Pamiętnegodnia obudziłem się przed południem i z przerażeniem stwierdziłem, żeod równo pięciu lat jestem bezrobotny. Fakt ten przerażał mnieoczywiście już wcześniej, kilkakrotnie nawet, ale tego dniaprzerażenie moje było szczególne, było to - jeśli wolno mi takpowiedzieć - arcyprzerażenie. Obrazowo opisałbym je jakoniebotyczny, kosmiczny strach, który chwycił mnie za gardło ipotrząsnął mną niczym szmacianą lalką. Na strach jeszcze nikt niewynalazł lekarstwa. W dodatku byłem tak zmęczony długotrwałąbezczynnością, że gdyby na przykład wyrwano mi rękę lub wydłubanooko, odczułbym to jako akt miłosierdzia. Może wtedy, po raz pierwszyod lat, nabrałbym przeświadczenia, że jestem, że w jakiś sposóbistnieję. Mnie nie było. Ręka nie była moją ręką, oko nie było moimokiem, noga nie była moją nogą... O głowie lepiej nie wspominać: byłajedną wielką dziurą, którą wypełniała czarna pustka. Tylko czasamiprzelatywały przez nią nietoperze, nazywane przez innych myślami.

Cobezrobotność oznacza dla młodego, trzydziestoczteroletniego człowiekanie muszę chyba nikomu, kto jest przy zdrowych zmysłach, tłumaczyć.Tak więc od pięciu lat byłem społeczeństwu całkowicie niepotrzebny,od pięciu lat byłem parchem, który przyssał się do jabłka i zabrudziłjego piękno. Byłem zaprzeczeniem człowieka. Nie-istotą. Na szczęściemieszkałem sam, więc fakt, iż byłem bezrobotnym, który ma świadomośćzbędności swojej obecności na tej planecie, nikogo, poza oczywiściemną, nie obciążał. Trzy lata temu odeszła ode mnie żona. Stwierdziła,iż jestem niepoprawnym pechowcem i w ogóle niewypałem, żałosną iabsurdalną pomyłką w jej życiu. Pamiętam, że odejście jej miałomiejsce w dniu, gdy zaniosłem na pocztę setny list, w którym tkwiłowłasnoręcznie przeze mnie napisane podanie o pracę. Zdarzyło się towięc w środę, jako że środa jest moim dniem pocztowym; tylko w środywysyłam listy, to przynosi szczęście (o ironio!), a poza tym halapocztowa jest w środowe przedpołudnia zwykle pusta, co oszczędza mistania w kolejkach.

Dzieckaze sobą nie zabrała, jako że nie mieliśmy dzieci, ani ze sobą, ani zpoprzednich małżeństw czy związków nielegalnych. To ona nie chciałamieć. Ciągle powtarzała, że rodzenie dzieci nie ma najmniejszegosensu, gdyż nasz świat jest pełen nieszczęśliwych istot, które niewiedzą, co ze sobą począć. Tak często to powtarzała, że w końcuuwierzyłem. Po trosze ona sama należała do tychże nieszczęśliwychludzi; mogła przecież lepiej trafić, a trafiła na mnie. Poza tymtrafiła do tego miasta, do tego państwa i na tę planetę, za co jednakmnie winić nie można, jako że jestem przyjezdny.

Gdyodeszła, cieszyłem się, że nie mamy dzieci, bo mogłyby być smutne.Nikomu w tym mieście nie jest dobrze bez mamy czy taty. Wiem cośniecoś na ten temat, jako że matkę swoją widziałem tylko raz w życiu,i to niedokładnie. Gdy mnie rodziła. Krótkie było nasze spotkanie,gdyż zaraz odwróciła głowę i krzyknęła potężnym głosem, aby zabraćjej tego potwora, czyli mnie, z oczu. Z ojcem związek mój ograniczyłsię do bladego wyobrażenia, że jakiś mężczyzna musiał moją matkęzapłodnić, a żeby do tego doszło, musiał leżeć na niej, albo ona nanim. Musieli się więc dotykać! Nawet gdyby akt miłosny odbył się wpozycji stojącej czy jakiejkolwiek innej, oni - moi stwórcy -musieli ocierać się o siebie, musieli zmagać się ze sobą, musieligłaskać się, musieli wymienić między sobą różnego rodzaju płynyustrojowe - musieli się kochać! Siła ich namiętności była dlamnie nieistotna, ważne było to, że w ogóle darzyli się jakimśuczuciem. Do dziś trudno mi uwierzyć, że w jednym jedynym plemnikutkwiło tyle siły, która zdolna była przerodzić się w coś takiego jakja. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że mógłbym być poprostu dzieckiem z probówki. Teraz coraz bardziej przychylam się dotej koncepcji. Jestem wypadkiem przy pracy, jestem efektem spotkaniasię plemnika z jajem na metalowym stole w prosektorium.

Potym zdarzeniu, jak moja żona zabrała swoje rzeczy i wyszła przezbalkon, przyjechała karetka pogotowia na sygnale, ale szybkostwierdzono, że pośpiech był zbyteczny. Nawet płaszcz, jaki tej środymiała na sobie, nie nadawał się do użytku. Może i dałoby się coś zniego zrobić, lecz nie miałem pieniędzy na pralnię chemiczną. Policjadługo rozmawiała ze mną; pytano mnie przede wszystkim, czy to jest wporządku, aby zdrowa, normalna kobieta wychodziła z mieszkania naósmym piętrze przez balkon, i to w dodatku z walizkami w rękach?Obstawałem przy swoim: mnie również wydawało się to dziwne, ale niechciałem Birgit zwracać uwagi na niestosowność takowegoprzedsięwzięcia, gdyż mogłaby odczuć to jako przejaw męskiejdominacji. Ona była bardzo wrażliwa na tym punkcie, to znaczy napunkcie samodzielności, nowej kobiecej świadomości i tym podobnychrzeczy. Tolerowała mnie tylko wtedy, gdy siedziałem cicho i niekrytykowałem jej, gdy na przykład jadła zupę widelcem albo rozrzucałapo całym mieszkaniu poplamione krwią miesięczną podpaski higieniczne,albo też godzinami paplała o obcokrajowcach, którzy nic innego nierobią, tylko sprzedają narkotyki, nie potrafią przyzwoicie zachowywaćsię, kradną w sklepach i w ogóle zabierają powietrze prawowitymmieszkańcom tej krainy.

Zewszystkich sił starałem się nie być taki, jak większośćprzedstawicieli mojej płci: samolubny, zły, leniwy i wieczniedomagający się seksu. Zaparzałem kawę, prałem, sprzątałem, robiłemzakupy, gotowałem obiady - dla nas obojga oczywiście - anawet pozwalałem jej czasami przełączać programy telewizyjne zapomocą pilota. Starałem się być mężczyzną nowego typu, nowych czasów,mężczyzną ery Wodnika. Przeczytałem nawet - ba,przestudiowałem! - ŻelaznegoJanaRoberta Bly'a i zacząłem mozolnie wcielać postulaty autora wżycie. Hm, teraz wpadło mi do głowy, że może właśnie dlatego odeszłaode mnie. Nieważne. Była jak człowiek, który wprawdzie wyzwolił się,lecz sam nadal nie wie, co ma teraz z tą całą wolnością począć.Współczułem jej, nie potrafiłem jednak pomóc. Wyzwolenie tonajbardziej osobista sprawa każdego człowieka. Nikt nie ma prawawtrącać w nie swoich trzech groszy. Nagle odzyskana wolność zabiłajuż całe tłumy ludzi.

Napogrzeb Birgit oczywiście nie poszedłem; dla mnie stała się umarłąjuż w chwili, gdy oświadczyła, że musi żyć sama, że musi pozbieraćswoje życie do kupy i że czas najwyższy, aby otworzyła własne konto wbanku. Czasami myślę, że to tylko jej miłość do mnie trzymała ją przyżyciu. Gdy tylko przestała mnie kochać, popełniła ten fatalny,brzemienny w skutkach czyn. Nieszczęsna niewiasta. Każdy z nas możezabłąkać się w labiryncie uczuć, jej pomyliły się drzwi. Ziemia niebyła jej lekką, szczególnie w kontekście tej ostatniej sekundy, wktórej zetknęła się z nią.

Oddnia, w którym Birgit odleciała ode mnie, nie miałem żadnychbliższych kontaktów z kobietami, głównie dlatego, że obawiałem się,co by na to powiedziała Birgit. Oczywiście, że się onanizowałem, abyzabić to przykre napięcie, jakie niekiedy mnie rozsadzało. Nigdywcześniej tego nie robiłem, więc ta prosta czynność przychodziła mi zniejakim trudem. Szybko jednak opanowałem odpowiednie techniki. Jakognia unikałem wyobrażania sobie, że oglądam różne części ciałarozebranych modelek czy aktorek, zawsze widziałem płeć lub odbytmojej Birgit. Jeśli nawet zdarzyło się, że w fantazji mojej pojawiłasię przypadkiem jakaś obca kobieta, sam akt ejakulacji odbywał się napiersiach, plecach, pupie, w uchu albo w ustach Birgit. Tylko jejciało było godne, aby spoczęła na nim moja nikczemna sperma. Mogęwięc śmiało powiedzieć, że właściwie nigdy jej nie zdradziłem.Ponieważ nie wierzę w niebo i piekło, jestem pewien, że Birgitrównież mnie nie zdradza. Po prostu nie ma gdzie tego robić.Rozpłynęła się w przyrodzie niczym wiosenny wiatr i koniec. Ja muszężyć dalej, za nią i za siebie. Wymaga to wiele wysiłku, szczególniewtedy, gdy członek mój nabrzmiewa i z utęsknieniem wypatruje tejjedynej wilgotnej dziury, w której mógłby zaznać ukojenia; węszy zaspełnieniem, błaga o zrozumienie i miłość. Najważniejsze jednak, żeja i Birgit pozostajemy sobie wierni.

Często,szczególnie wieczorami i o świcie, dręczyły mnie dziwne myśli,wyraźnie widziałem drogę, jaką Birgit podąża w dół, lecz gdy któregośdnia zabiłem w końcu drzwi balkonowe gwoździami i deskami, wszystkoucichło - otchłań przestała mnie nęcić i przyciągać. Tej samejnocy, gdy dokonałem owego symbolicznego i dosłownego zabicia balkonu,zacząłem we śnie latać. Odczułem to jako poważną odmianę w moimzwyczajnym jak dotychczas życiu. Nigdy wcześniej - ani we śnie,ani na jawie - nie zdarzyło mi się, abym wzniósł się wprzestworza, toteż początkowo nie bardzo potrafiłem sobie z tą nowąprzypadłością poradzić. Krótko trwała moja nauka; po kilku snach, jakto się mówi, chwyciłem byka za rogi. Latałem niczym ptak. Z nogami wdół, a ręce moje były skrzydłami; gdy machałem nimi, wznosiłem sięponad światem - wrogowie moi pozostawali daleko, na twardejziemi. Próbowali oczywiście schwycić mnie za nogi, ściągnąć na ziemięi rozszarpać, ale zawsze jakoś się wymykałem. Skrzydła dały miwolność, możliwość ucieczki; noc w noc ratowały mi życie. Stałem sięniezniszczalny. Stałem się nieosiągalny dla nikogo. Nie potrafiępowiedzieć, jakiego rodzaju byłem ptakiem. Określiłbym siebie jakobezgatunkową, bezpłciową, czarnoskrzydłą istotę latającą. Do pełnegorynsztunku brakowało mi tylko miecza i nieco ognia, którym mógłbympluć, gdyby przyszła mi na to ochota.

Którejśnocy do wrogów moich przyłączyła się na krótko Birgit. Pojawiła sięnagle z walizkami w rękach na środku pokoju. Tylko czerwonybiustonosz z koronką, który zawsze tak lubiła, przykrywał jej drobnepiersi, poza tym była naga, piękna, z potarganymi rudymi włosami,jakbyśmy dopiero co przestali się kochać. Gdy spojrzała na mnie izapytała, dlaczego to zrobiłem, z ust jej puściły się potoki krwi.Nie chciałem jej przeszkadzać, wyfrunąłem przez wywietrznik nadkuchenką gazową i kominem przedostałem się na wolność. Po tymzdarzeniu Birgit nigdy więcej nie pozwoliła sobie na jakąkolwiekformę wyrzutu.

Niejestem pewny, czy moje latanie we śnie ma jakikolwiek związek znapadem na stację benzynową, w każdym razie warte chyba jestwspomnienia, że aby uniknąć tego, iż którejś nocy mogę odlecieć wchmury i nie powrócić na ziemię, zdecydowałem się spać z kowadłem. Toznaczy: przykułem łańcuchem kowadło do ręki, i tak chodziłem orazspałem. Było ciężkie, ważyło kilkanaście kilogramów, nie obawiałemsię więc, że sen mój może być tak twardy, abym odleciał na zawsze itego nie zauważył. Moje kowadło było w stanie trzymać mnie w łóżkunawet wtedy, gdybym zapadł w najgłębszy, najczarniejszy i najbardziejpełny lotów sen.

Itak upłynęły trzy lata. Nie były to lata, o których zwykło się mówić,że przeminęły jak z bicza trzasnął; były to powolne, mozolne lata,pełne miesięcy, tygodni, godzin, minut i sekund, które namacalnieczułem na swoim ciele. Nie rozkoszowałem się każdą chwilą mego życia,o nie! Każda sekunda sprawiała mi ból, każda sekunda była miesiącem,każdy miesiąc - wiekiem... Czekałem na powrót Birgit, na jejrozgrzeszenie, no i oczywiście czekałem na przelanie przez urządzatrudnienia pieniędzy na moje konto, co miało miejsce w rytmiedwutygodniowym.