Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie - Andrzej Meller

-
Proszę czekać

Bum, bum, drugs, tai-chi

Dzień podróży przynosi kosz pełen nauk.

Jest dwudziesty czwarty kwietnia 2013 roku, kiedy lądujemy w mieście Ho Chi Minh. My, czyli ja i Ela, moja dziewczyna. Poznaliśmy się pięć lat wcześniej na Sri Lance. Ja przyleciałem na wyspę z Indii pisać reportaże o wojnie Tamilskich Tygrysów przeciw rządowi Syngalezów, Ela - ze swojego rodzinnego Petersburga na wakacje, bo na południu wyspy był zupełny spokój.

Nic między nami wtedy się nie wydarzyło, mieszkaliśmy obok siebie raptem kilka dni. Kilka razy rozmawialiśmy o Sri Lance i Samotności w sieci, którą Ela w rosyjskim tłumaczeniu zabierała do czytania na plażę. Musiało minąć jeszcze parę lat, zanim zaczęliśmy być parą. Prawie od razu ruszyliśmy w podróż, która trwa do dziś.

Przyjeżdżamy do Wietnamu w jednym celu: żeby chociaż dwa miesiące pobyć w jednym, spokojnym, ładnym i tanim miejscu, bo kończą nam się oszczędności. Wcześniej przez rok byliśmy w ciągłym ruchu. Odwiedziliśmy północ Sri Lanki zniszczoną przez wojnę, żyliśmy dwa miesiące w komunie hippisów w Auroville na południu Indii i przez parę miesięcy jeździliśmy po wyspach Filipin.

Do Wietnamu lecimy z przesiadką prosto z filipińskiej wyspy Mindanao, gdzie od czterdziestu lat toczy się wojna pomiędzy muzułmańskimi partyzantami a katolickim rządem. Kiedy byliśmy na Filipinach, w domu pod Petersburgiem nagle umarł ukochany tata Eli, dziennikarz i pisarz SF Wiktor Pawłowicz Popowiczew. Ela pojechała do domu na pogrzeb, wróciła do mnie przybita i zaczęliśmy się za­stanawiać nad idealnym miejscem, w którym będziemy mogli na jakiś czas bezpiecznie zakotwiczyć. Padło na wietnamskie Mui Ne, które oboje znamy, bo każde z nas było tam wcześniej.

W środku nocy wychodzimy z Lotniska Tan Son Nhat i od razu uderza nas fala gorąca. Jest jak w saunie po polaniu wodą rozgrzanych kamieni. Kwiecień to najgorętszy miesiąc w Wietnamie. Zostawiam na chwilę Elę z wózkiem bagażowym i idę zorganizować taksówkę. Jestem bardzo zmęczony, ledwo powłóczę nogami. Od razu osaczają mnie taksówkarze. Jak mrówki rannego żuka. Kilku jest naprawdę leciwych, ale widać, że te cwaniaczki żerują tu od pół wieku.

- My friend, taksiówka? Pham Ngu Lao tilko cidzieści dolalów! Dobla tlawka i tanie luchanko. - Żwawy dziadunio o siwiejących włosach, które opadają mu na ramiona, wygląda, jakby swoje usługi w pakiecie sprzedawał jeszcze w czasach, gdy na sajgońskich ulicach pod burdelami ustawiały się kolejki amerykańskich wojaków na przepustce.

Dziękuję i szukam dalej, słysząc na odchodnym: - Ej, ty, nie bądź taką ciotą!

Lotnisko leży zaledwie dziewięć kilometrów od centrum, więc trzydzieści dolarów to zdecydowanie za dużo. Przypominam sobie, że przed lotniskiem stoi kiosk, wokół którego chodzą panie w ludowych strojach ao dai i sprzedają bilety na taksówki w normalnych cenach.

- Witamy w Sajgonie - kłania mi się urodziwa, młoda Wietnamka. - Dzie chcie sie pan dośtać? - pyta ze specyficznym wietnamskim akcentem.

- Do centrum, na ulicę Pham Ngu Lao - tłumaczę, a dziewczyna zaznacza na kartce dystrykt pierwszy miasta Ho Chi Minh, gdzie aż roi się od niedrogich hoteli.

Płacę sto siedemdziesiąt dongów, czyli osiem dolarów, i po chwili dziewczyna w obcisłej jedwabnej sukni do ziemi prowadzi nas do biało-zielonej taksówki, którą kieruje kobieta na oko w moim wieku. Na twarzy ma białą maskę, jak lekarz podczas operacji.

Pędzimy przez puste miasto, które od mojego pobytu trzy lata wcześniej niebywale się rozrosło. Wąskie niekiedy na dwa metry domy-rury w zawrotnym tempie zamieniają się w domy-rakiety, bo miejsca mało, a ludzi coraz więcej. W centrum pnie się do nieba biznesowe City z drapaczami chmur. W końcu Wietnam, a szczególnie HCMC (Ho Chi Minh City), to od dziesięciolecia najprężniej rozwijający się kraj w Azji, nazywany "azjatyckim tygrysem". Nie mam do Sajgonu takiego sentymentu jak do innych miast w regionie: Bangkoku, Phnom Penh, Luang Prabang, czy nawet Hanoi. Przeciwnie, nadal mam sajgońską traumę i miasto kojarzy mi się ze złamanym nosem i szpitalem, ale o tym opowiem później.

Nie znamy słowa po wietnamsku, no może poza "dzień dobry" - xin chao, i "dziękuję" - cam on. Kobieta za kierownicą to spogląda w lusterko na Elę, to odwraca się do mnie. Zsuwa maskę na szyję i okazuje się, że trochę duka po angielsku.

- Moje imię Hong. Ja smutna. Noc niedobla. Moja męża wczolaj pić saigon beer. Baldzo pijany. My stoczić walka i Hong go pobić.

Pani taksówkarz popiskuje, robi groźną minę i wymachuje pięściami, niby zadając ciosy, aż tuż przed szybą zahacza o dyndającego pod lusterkiem Buddę.

- Twoja żona baldzo piękna - zwraca się do mnie, akcentując ostatnią sylabę, i zaczyna mnie mocno ciągnąć za włosy na rękach.

- Ałć! To boli! - Nagle na dobre otrząsam się z rozespania i nie mam pojęcia, o co chodzi tej kobiecie.

- Wy nie prziśtojny, ale baldzo włochate lęce. Hong lubić wasze lęce. Wy podobni do małpy - skrzeczy Hong, śmieje się pod nosem i nawet na mnie nie patrzy. Zamurowuje mnie, ale odwracam się do Eli i oboje rżymy. Tak. Wietnamczycy są bardzo bezpośredni.

Za oknem znika azjatycki bałagan. Zamiast domów-rur i socjalistycznych blokowisk teraz po bokach ulicy wyrastają stare francuskie gmachy kolonialne nieco pokryte patyną, eleganckie sklepy dla miejscowych bogaczy i wyrafinowane restauracje. Niedaleko stąd jest Dong Khoi, serce starego Sajgonu. To tam właśnie toczy się akcja Spokojnego Amerykanina Grahama Greene'a. W tej francuskiej części miasta, która zapracowała na to, że Sajgon nazwano "Paryżem Orientu", znajdują się: Katedra Notre Dame, siedziba Komitetu Ludowego w byłym Hôtel de Ville - dla którego inspiracją był paryski ratusz, Teatr Miejski, Hotel Continental, gdzie w czasie wojny wietnamskiej kwaterowali reporterzy, Hotel Rex, znany niegdyś z konferencji prasowych US Army, i Poczta Główna zaprojektowana przez Gustave'a Eiffela.

Ogromne, może dziesięciomilionowe śpiące teraz miasto jest przystrojone flagami Wietnamu i portretami wodza rewolucji - Ho Chi Minha. Za tydzień południowa stolica i cały kraj będą świętować trzydziestą ósmą rocznicę zakończenia wojny wietnamskiej i zjednoczenia kraju.

Pani Hong wysadza nas koło parku na sławnej w całej Azji Południowo-Wschodniej Pham Ngu Lao.

- Cam on - dziękujemy. Właśnie zaczyna świtać.

Siadamy z plecakami przy plastikowym stoliku. Zamawiamy kawę na lodzie - ca phe da, oraz banh mi - wietnamską bagietkę nadziewaną grillowaną wieprzowiną, serkiem topionym, rzodkwią japońską, chilli, marchwią, majonezem i kolendrą. Niby nic, ale tak dawno nie jedliśmy pieczywa prawie takiego jak w domu. Co za smak!

Na ulicy czuć dym wonnych kadzideł, bo sprzedawcy podnoszą piszczące żaluzje sklepów i modlą się przed nimi, trzymając zapalone kadzidełka, które potem wbijają w owoce na ołtarzu przodków. Pachnie także grillowanym mięsem, kawą i marihuaną. Klaksony, hamulce autobusów, pijackie okrzyki i bity żywej muzyki dudnią i skrzeczą na zmianę. Jesteśmy w środku backpackerskiej, imprezowej dzielnicy, którą umownie nazywa się Pham Ngu Lao, i przez którą przebiega hardcorowa Bui Vien Walking Street. Naprzeciw nas grzmiąca muzyką knajpa z wielką głową byka. To otwarty przez całą dobę Klub Crazy Buffalo. Z rozdziawionymi paszczami obserwujemy ten niby nam znany, a jednak obcy świat. Mimo że ledwie minęła piąta rano, ulice są pełne ludzi. Można powiedzieć, że Sajgon nigdy nie śpi.

Azjatycki poranek zaczyna się znacznie wcześniej niż europejski, bo potem zrobi się upał nie do wytrzymania lub spadnie deszcz i będzie lać przez parę godzin. Należy więc skorzystać z dobrodziejstwa chłodu i suchego nieba. Na prowin­cji też czuć ten pęd do wykorzystania początku dnia, ale jednak tam życie toczy się leniwiej. W mieście, zwłaszcza takim jak Sajgon, trzeba gnać do celu. Jeżeli się go ma.

Menedżer hotelu z niedoczesaną grzywą, ale w koszuli i pod krawatem pędzi do pracy starą Vespą. Inny chłopak na starym brudnym motorowerze wiezie owinięte w dziurawy worek wielkie bryły lodu, które potem w knajpach będą kruszone do napojów. Zostawia za sobą strugę kapiącej z siedzenia wody. Stara, bezzębna kobiecina z górskiego plemienia rozstawia swój kram, w tym samym miejscu od czterdziestu lat, i zaczyna sprzedawać chrupiące bagietki. Wypluwa gęstą strużkę betelu i pali na chodniku podrabiane dolary - na szczęście i ku pamięci przodków. Ladacznica wymęczona po trudach nocnej roboty wraca do domu nakarmić nieślubne dzieciaki. Jej zakład pracy, Bar Ba Ba, który nocą był burdelem, o piątej rano zamienia się w jadłodajnię, gdzie serwują zupę pho. Codziennie siedzi tam stary obdziergany Europejczyk z czerwonym nochalem i worami pod oczami, w których nie ma już cienia nadziei. Widać w nich jedynie zamglone blaski dawnych harców z kurwami oraz hektolitrów wychlanego alkoholu. Jak co dzień rano zamawia na telepkę piwo Saigon Green, bo schrzanił sobie życie i mimo notorycznie zalanej pały zdaje sobie sprawę, że nic już z żadnych młodzieńczych, hippisowskich planów nie wyjdzie.

Za hotelem o dźwięcznej nazwie Dai Huy, gdzie później zawsze będziemy się zatrzymywać w Sajgonie, jest duży Park Dwudziestego Dziewiątego Września. Codziennie rano setki sajgończyków ćwiczą tam kocie ruchy tai-chi, dla zdrowia i dobrego samopoczucia. Poruszają się jak na zwolnionym filmie, kiedy obok emeryci w granatowych dresach energicznie, zapamiętale grają w badmintona. W pobliżu, w tym samym parku narkomani ładują w żyłę heroinę.

W ogóle w dystrykcie pierwszym codziennie można oglądać ten sam obrazek: gdy jedni wstają i energicznie budzą się do życia, inni jeszcze nie skończyli imprezy. Każdy z was zna to uczucie, kiedy rano zimą, gdy za oknem jeszcze jest ciemno, ma się ochotę wypieprzyć budzik za okno i spać dalej. Tu chce się wstawać i żyć, no chyba że się spędzi noc, grzesząc w barach Sajgonu.

Gdy tak zajadamy bagietki i popijamy kolejne ca phe da, zza pleców dolatuje do mnie parę staropolskich, tak dawno niesłyszanych słów na "ku", "pi" i "chu". Sądząc z rozmów, to marynarze, których statek na chwilę zawitał do portu w Sajgonie. Odwracam się i mam ochotę zagadać, ale widzę, że trzech muskularnych facetów około czterdziestki, spalonych słońcem i schludnie ubranych, popija saigon green i dobija targu z miejscową kurtyzaną.

- Bum, bum osiemset tysięcy wietnamskich dongów - korpulentna dziewucha w miniówce ledwo zakrywającej pośladki negocjuje cienkim, ale dość agresywnym głosikiem.

- No chyba ją popierdoliło! - zwraca się do kolegów najstarszy blondyn, po czym bierze ogromny łyk browaru.

- Pięć stów za nas trzech! - rzuca kategorycznie.

- Jak trzech? - pyta najmłodszy chłopak z kucykiem i zaczyna zanosić się nerwowym śmiechem. Jednocześnie stara się kopnąć szczura, który popija wodę z miski z brudnymi naczyniami.

- Cooooo? - wtóruje zdziwiona dziwka. Tupie nogą na dwudziestocentymetrowym koturnie i szczerzy zęby umazane czerwoną szminką, która spłynęła jej z ust.

- O, patrzcie, jak się maleńka cieszy! - zwraca się do kolegów blondyn. - Ile masz dziur, maleńka? Trzy. I nas jest trzech, trzech muszkieterów, więc dostajesz pięć stów i natychmiast idziemy do hotelu - tłumaczy pewny siebie, a pozostali umierają ze śmiechu.

- Wy baldzo źłe chłopaki... - Wszetecznica uśmiecha się, a za chwilę wszyscy wstają i rodacy z paskudą znikają w bocznej uliczce pełnej tanich, obskurnych pokoi na godziny.

Jesteśmy wykończeni po podróży, a jednocześnie podekscytowani tym, ile tu się dzieje - zwłaszcza w porównaniu z prowincją Filipin, Indii i Sri Lanki, gdzie, głównie na wsi, spędziliśmy rok. Kluczymy obładowani bagażami i w końcu skręcamy w uliczkę, którą kojarzę z dawnych czasów. Wiem, że tu znajdziemy normalne, tanie i czyste hotele z klimatyzacją. Przy żelaznej bramie, od której - jak to często w Wietnamie - zaczyna się uliczka, stoi tłumek przekrzykujących się ludzi, w tym gliniarze, którzy coś zapisują w notesach.

- Co się stało? - pytam babci w narożnym kiosku z kawą. Wygląda na zdenerwowaną zajściem.

- Godźina temu chłoćik z Austlalia wyśkocy z okno. Śmielć! Zia duzioo alkohol i nalkotyki! - Babuleńka łapie się za głowę. - Cio zia głupia śmielć, cio za grziech! - mówi ze łzami w oczach.

Mijamy ciało zakryte już białym prześcieradłem.

W Hotelu Dai Huy bierzemy pokój z klimatyzacją, a po zimnym prysznicu natychmiast zasypiamy błogim snem wymęczonego wędrowca.

Późnym popołudniem, już wypoczęci, idziemy zjeść pho z krewetkami, kurczakiem i masą świeżych ziół. "Chryste, jak ta zupa smakuje po tonach filipińskiego ryżu z tłustą wieprzowiną" - myślę sobie i zamawiamy dodatkowo kolorowe nem, w Polsce zwane sajgonkami. Nie są to sajgonki smażone na głębokim oleju, ale robione z papieru ryżowego gotowanego na parze, barwione szpinakiem, burakami i marchwią. Faszerowane grillowaną wołowiną, jajkiem i krewetkami, zamoczone w delikatnie pikantnym sosie orzechowym wyglądają i smakują wspaniale! Lądujemy w kulinarnym niebie!

Następnego dnia rano idziemy do agencji turystycznej, której autobusy jeżdżą do wioski Mui Ne. Na rogu ulic Bui Vien i wąziutkiej na dwa metry Hem 241, tuż koło komisariatu policji rozpoznaję miejsce, z którym wiążą się wspomnienia tak odpychające mnie od Sajgonu. Dokładnie to właz kanalizacyjny, wokół którego stoczyłem nierówną walkę z sajgońskimi ninjami.

Było już po zmroku, kiedy wyszedłem po papierosy. Odwiedziłem też bankomat, bo następnego ranka wybierałem się po raz pierwszy do Mui Ne na kurs kite surfingu. Tuż koło wejścia na Bui Vien podeszły do mnie dwie młode dziewoje, proponując "BUM BUM two girls sandwich". Serdecznie podziękowałem, dodając, że nie płacę za seks, co natychmiast wywołało ich dzikie oburzenie. - Nie jesteśmy prostytutkami, jak śmiesz! - zaczęły ściemniać i w tym momencie podjechało na motorze dwóch może dwudziestopięcioletnich chłopaczków. - Ale i tak zapłacisz - powiedział sięgający mi do szyi człowieczek z parszywym uśmiechem i dodał: - Wyskakuj z portfela!

Nawet mnie to rozbawiło, bo do hotelu miałem 50 metrów i - jak myślałem błędnie - porządne szarpnięcie powaliłoby ich obu.

- A daj mi spokój i spierdalaj - odparłem, pokazując środkowy palec, mając na uwadze, że nie mogę oddać portfela z jedyną kartą do bankomatu. W tej samej sekundzie sajgońscy samuraje wyciągnęli zza pleców zagięte pręty zbrojeniowe. Pierwszy cios w skroń udało mi się zablokować, drugi, wymierzony centralnie w twarz, złamał mi nos i kość policzkową. Poczułem koszmarny ból, trysnęła rzeka krwi, obraz zwolnił i ostatnie, co pamiętam, to zamykające się drzwi okolicznych dom­ków i stojący 30 metrów dalej radiowóz, którego załoga nie zrobiła absolutnie nic.

Złodzieje, jak się później dowiedziałem, uzależnieni od tak zwanego lodu (ice), odjechali bez portfela. Ja podobno doszedłem do guest house'u i straciłem przytomność w bramie. Menedżer odwiózł mnie do francuskiego szpitala na motorze, bo samochodu nie posiadał. Nie pamiętam tego i nie wiem, jak to możliwe. Czekałem 10 godzin na zabieg nastawienia nosa i szycie. Nikt nie mówił słowa po angielsku. Pamiętam nieprzytomnego, może pięcioletniego chłopca z widelcem grillowym wbitym w oko. Po podpisaniu oświadczenia dostałem podwójną dawkę znieczulaczy, a i tak bolało jak cholera. Chirurg, swoją drogą niezwykle czuły facet, nachylił się nade mną, szepcząc po polsku "Pałac Kultury, Pałac Kultury". To jedyne słowa, jakie zapamiętał z wycieczki do Warszawy w 1988 roku. Po paru dniach leżenia w łóżku ze wstrząsem mózgu spakowałem się i pojechałem do Mui Ne nad Morze Południowochińskie, żeby dojść do siebie. Świeciło słońce, ludzie pływali na kajtach, a ja odwracałem się na dźwięk każdego podjeżdżającego od tyłu motocykla i starałem się nie obrażać na Wietnamczyków powtarzających "enjoy Vietnam".

Teraz chcemy jak najszybciej uciekać z tego miasta. Oboje potrzebujemy spokoju. Potem, gdy stopniowo, z każdym pobytem coraz lepiej będziemy poznawać Sajgon, kiedy zupełnie zapomnę o złamanym nosie i chorych na głowę samurajach, odkryjemy je na nowo.

Początki we wsi Mui Ne

Gdy jesz owoce, pamiętaj, kto posadził drzewo. Gdy pijesz wodę, nie zapominaj, kto wykopał studnię.

Jest połowa września 2010 roku. Parę dni wcześniej wyszedłem z francuskiego szpitala w Sajgonie. Mam zmasakrowaną twarz: nos złamany w kilku miejscach, złamaną kość policzkową, kilka pozszywanych cięć na twarzy, wstrząs mózgu i problemy ze wzrokiem. Łeb mi pęka, gdy nocny autobus podskakuje na wybojach. Połykam garść środków przeciwbólowych i staram się zasnąć. "Co za pech..." - myślę. - "Tyle lat w Azji, parę wojen i ani draśnięcia, a teraz wpadłem beznadziejnie i bez powodu, cholera..."

Leżę w sleeperze relacji Ho Chi Minh - Mui Ne. Planowałem w kurorcie nad Morzem Południowochińskim zrobić kurs kitesurfingowy, ale jadę jak do sanatorium na rekonwa­lescencję.

Układam sobie puzzle z ostatnich dni i zasypiam opatulony kocem, bo w Wietnamie potrafią ustawić klimatyzację w autobusie na arktyczne temperatury.

Około piątej trzydzieści zaczyna świtać. Przecieram oczy i na leżance obok widzę pięćdziesięcioletniego, łysego, wysu­szonego Europejczyka. Gapi się na mnie wytrzeszczonymi oczami i pyta: Hi, how are you?, z wyraźnym niemieckim akcentem. Ale ja nie muszę chyba opowiadać How am I? Mam twarz w bandażach i śliwy pod oczami, które z trudem otwieram.

Też go lustruję. Pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to jego złamany kiedyś nos. Zaczynamy rozmawiać o tym, co mi się przydarzyło. Martin mówi, że to sajgońska norma. Uspokaja mnie, że po roku przestanie boleć, a nos się zrośnie.

"Rok?! Ja pierdolę!" - myślę i wrzucam poranną dawkę leków.

Jak się jednak okaże - mam szczęście. Martin zaprasza mnie do siebie. Wraz z Loan, żoną Wietnamką, właśnie otworzyli guest house w Mui Ne. Mają w sumie dziesięć pokoi, klientów brak. Mieszkam sam. W hoteliku My My dochodzę do siebie. Po zmroku się nie ruszam. Nie mam ochoty i słabo widzę. Boję się jeździć na motorze. Po miesiącu pierwszy raz się golę, zdejmuję opatrunek i kupuję krem na blizny. A potem jadę dalej na północ Wietnamu, aż do zatoki Ha Long, Hanoi i Sa Pa na granicy z Chinami.

Jest dwudziesty piąty kwietnia 2013 roku. Autobus wysadza nas pod My My Guest House na głównej ulicy Mui Ne. Trzy lata tu nie byłem, ale kiedy wchodzimy z Elą do hoteliku, żona Martina, Loan, wita mnie słowami: "O! Pamiętam cię! Facet z połamanym nosem!".

Mieszkamy w pokoju, w którym trzy lata wcześniej zmieniałem sobie opatrunki. Niby wszystko takie samo, tylko ja jestem inny: już nie singiel szukający guza, ale facio obdarzony miłością. Otwarty na Mui Ne i Wietnamczyków. I choć nigdy żadne z nas nie miało tak dramatycznie mało pieniędzy, to od razu zaczynamy czuć się tu dobrze i zostajemy na miesiąc, dwa, potem cztery, pół roku i dłużej.

Ugrzęźliśmy w Mui Ne. Jesteśmy skazani na to miejsce, dopóki nie pozbędziemy się problemów z pieniędzmi. Tak się zdarza w długiej podróży. Ale odpowiada nam taka zsyłka. Nawet myślimy, żeby na parę lat się tu osiedlić, założyć jakiś nieduży biznes. Czujemy, że mimo paru minusów będzie nam tu dobrze.

Dni zlewają się ze sobą. Kończy się pora sucha. Zaczyna monsun. I znowu pora sucha. Żar leje się z nieba. Przestajemy być turystami, a stajemy się powoli mieszkańcami wioski. Przybyszami z daleka, których - jak wielu - coś tu zatrzymało. Wietnamczycy nas akceptują. Trzeba się naprawdę wysilić, żeby ich wkurzyć, i pozwalają sobie na to jedynie nieliczni goście, którzy wpadli tu na parę dni i nie znają zasad. Czasem jakiś pijany młodzian robi dym, ale wtedy kierowcy z postoju skuterów-taksówek rzucają się na niego i ciosami kasków stawiają do pionu lub powalają na glebę. Działa.

Ruszamy się mało. Raz na miesiąc jedziemy na motorze na wycieczkę. Osiemnaście kilometrów od naszego domu są wydmy, które przypominają pustynię jak z libijskich pocztówek. Trzydzieści kilometrów w przeciwnym, bo południowym kierunku, na szczycie góry Ta Cu znajduje się największa w Wietnamie, bo czterdziestodziewięciometrowa, statua śpiącego Buddy.

Czasami jedziemy na zakupy do najbliższego miasta - Phan Thiet. Lubimy się wtedy poszwendać bez celu. W kawiarniach przy plastikowych stołach jemy kalmary z ryżem i pho, popijamy ca phe da. Obserwujemy ludzi. Ostatnio zajrzeliśmy do galerii dziadka myśliwego, który całe życie polował na motyle, a potem z ich skrzydełek tworzył obrazy, w tym autoportret.

Zazwyczaj jednak spędzamy dni w domu lub w najbliższej okolicy. Staram się pisać. Ela podgląda nasze gospodynie: Loan i jej siostry. Obserwuje, jakie dodają zioła, jak mieszają sosy i lepią sajgonki. Potem sama gotuje, robi zdjęcia dań i sprzedaje przepisy do rosyjskiego internetu.

Jest bardzo gorąco, więc uciekamy od żaru do klimatyzowanego pokoju. Jednak dość często siada prąd. W poniedziałki nie ma go cały dzień. Wtedy jedynym sposobem na przeczekanie do wieczora jest plaża. Mamy do niej pięćdziesiąt metrów. W czasie monsunu jest koszmarnie brudna, ale w ostatnim miesiącu ocean zabrał śmieci z powrotem. Ludzi zazwyczaj jest tam jak na lekarstwo. Większość turystów chodzi na plażę do kurortu, a miejsce, gdzie mieszkamy, to obrzeże rybackiej wsi - można tu spotkać rybaków w okrąg­łych koraklach (czółnach) przypominających wielkie łupiny orzechów włoskich. Ich żony całymi dniami chodzą po plaży, oferując urlopowiczom owoce morza. Wszystkie są do siebie podobne, więc na wszelki wypadek każdą witam z angielska hi. Kobieta zazwyczaj mnie uprzedza rosyjskim priwiet, bo okolica jest zrusyfikowana, odkąd rewolucje w krajach arabskich wypłoszyły Rosjan z Afryki Północnej, a Wietnam zniósł dla nich wizy. Żony rybaków trudno rozpoznać, bo noszą maski od słońca - te same, których Wietnamczycy używają, prowadząc motory. Na głowach mają kapelusze non la, symbol Wietnamu. Wyplatane z liści palmowych na bambusowych ramkach chronią zarówno przed słońcem, jak i przed deszczem. Podczas upałów zamoczony w wodzie kapelusz może służyć jako zaimprowizowany "schładzacz" głowy. Podobno udaje się w nim nawet ugotować ryż na parze...

Nad samym morzem, tuż obok My My stoi Pogo, jeden z bardziej znanych barów w Mui Ne. Znałem jeszcze poprzedniego właściciela, Słoweńca Lukę. Ciągle popijał piwo Saigon Green zamiast zajmować się klubem, który podupadał. Jednak wszystko jakoś mu się udawało, dopóki nie przyłapano go, jak na plaży uprawiał seks z turystką. Słońce jeszcze nawet nie zaszło. Po plaży biegały dzieci. To nie spodobało się miejscowym. Ponoć w czasie bójki odrąbano mu saperką palec u nogi.

Luka wyniósł się do Sajgonu. Teraz gospodarzem jest spokojny trzydziestoośmioletni Anglik Nathan, porządny gość. Kiedyś miał sieć dziewięciu barów z kebabem w Sajgonie, a od dwóch lat zarządza Pogo i klub się rozruszał. Przypomina chilloutowe kluby na plażach Goa. W odróżnieniu od wietnamskich dyskotek nie ma tu mafii, gangsterów i prostytutek. Codziennie po zmroku Nathan rozpala wraz z wietnamską żoną ognisko z liści palmowych i zamienia się w DJ-a, "niekomercyjnego", jak podkreśla. Przychodzimy tu co jakiś czas. Bawiliśmy się w Pogo w Halloween, hucznie obchodzone w turystycznej wsi. Do innych miejsc o północy przyszła policja po łapówki, do Pogo - nie.

Najbardziej lubię poranki.

Przez pierwsze miesiące w Mui Ne żyłem w nocy, kiedy w końcu było chłodniej. Około trzeciej robiłem się śpiący, ale głód nie dawał mi zasnąć. Wiedziałem, że o wpół do szóstej otwierają się stragany z jedzeniem, więc popijałem kawę i czekałem. Kwadrans po piątej wsiadałem na rower mamy Loan, głowy rodu. Oddała mi go za małe pieniądze. Potrzebowałem roweru z bagażnikami: z przodu na zakupy z rynku, z tyłu na Elę, która panicznie boi się tu jeździć. Toczyłem się chwilę po zupełnie pustej drodze, w przerwie między zabudowaniami łapałem wzrokiem poranny ocean, nigdy nie mogłem sobie tego odpuścić. To mi dawało pozytywną energię na cały dzień.

Dokładnie o piątej trzydzieści parkowałem pod Luong Phuong. Nie to, że jestem taki punktualny, ale skręcało mnie z głodu, a odkryłem, że tam podają najlepsze śniadanie w wiosce. Za dwadzieścia dongów, czyli trzy złote. Tę małą knajpkę prowadzi młode małżeństwo. Serwują tylko śniadania. O wpół do dziesiątej po jedzeniu ani śladu. Ja byłem codziennie pierwszy. Kiedy wbijałem widelec w wieprzowy stek z grilla podany z ryżem, sosem, sałatkami i zupą szczawiową, akurat wstawało słońce. Kiedy kończyłem, do knajpy schodziły się dzieciaki w mundurkach po drodze do szkoły.

Raz na parę dni, czasem codziennie, po śniadaniu jeździłem na targ. W drodze powrotnej brałem na wynos śniadanie dla Eli, która właśnie się budziła. Potem szedłem spać na parę godzin.

Teraz zasypiamy z Elą około północy, a śniadania przygotowujemy sami w domu. Produkty kupuję wyłącznie na targu. Cho to centrum wietnamskiego życia. Tu przyjeżdża się na śniadanie i poranną kawę oraz oczywiście na zakupy. Na rynku się plotkuje i wymienia informacjami, o których nie piszą rządowe gazety. Bogactwo wietnamskiego cho dla przybysza z zewnątrz jest powalające. Nie znam nawet jednej trzeciej owoców, które widzę na rynku: mangostany, pomelo, rambutany, limonki, pitaje to jedynie ich mała część.

Mam panią od owoców i panią od warzyw. Mam zaprzyjaźnionego dilera krewetek i babcię od tuńczyka. Mam też swoją kobietę od zupy pho i nigdy jej nie zdradzam. Daje dolewkę i w ogóle dba o mnie. Na początku parę razy pytała, czy mam żonę, ale odkąd przyszedłem z Elą, przestała żartować.

Po jedenastej trzydzieści targ pustoszeje. Na placu walają się tony śmieci, a bezpańskie psy węszą w poszuki­waniu resztek. Dzieci wracają ze szkoły. Na piechotę bądź na rowerach, czasem trójka na jednym. Wietnamczycy dopijają mrożoną kawę lub sok z trzciny cukrowej na lodzie i idą do domów spać. Sjesta skończy się dopiero około dziewiętnastej. Lubię obserwować ten dzienny cykl ożywienia i sjesty, ożywienia i nocy. Zwłaszcza podczas pełni Księżyca. Knajpy nad morzem są wtedy pełne. Podobnie jak stojące przed nimi akwaria z owocami morza. W pełnię ludzie palą tu na ulicy, przed knajpami bądź w domach lewe dolary. Na szczęście, ale przede wszystkim ku pamięci i pomyślności przodków tam, gdzie teraz są. Kupuje je się na targu. My też palimy, czemu nie? Puściliśmy raz z dymem dwadzieścia tysięcy dolarów. Na odwrocie setki z Franklinem widnieje napis "In God We Trust?", a wyżej, już po wietnamsku, "Bank Piekielny".

Na podwórku przed My My spory ruch. To niedziela. Loan wraz z siostrami i matką grają jak co dzień w karty i wietnamskie szachy - Co tuong. Siedzą na podłodze w jednym z pokoi. W przerwach Nam, młoda dziewczyna, która tu pracuje, donosi im mrożoną kawę, smażoną rybę, ryż i warzywa gotowane na parze.

Po lewej od wejścia, w swoim biurze siedzi trzydziestoletni korpulentny Kien, który woli, gdy nazywa się go Kingiem! Wynajmuje od Martina pokój na biuro podróży. Jego żona, Men, trzy metry obok prowadzi knajpkę na kilka stolików. Parę dni temu otworzyli bar. Proszą, bym napisał grażdanką na tablicy "мохито 39 донгов". Czasem zajrzy tu jakaś rosyjska czy chińska rodzinka na urlopie. Wtedy King biegnie po mnie, żebym tłumaczył z rosyjskiego na angielski. Bo Rosja­nie po angielsku ni w ząb. Do Wietnamczyków zwracają się po rosyjsku, tyle że głośno. Przypomina mi to, jak w podstawówce chodziłem po gazety do kiosku na starówce, gdzie wąsata sprzedawczyni tłumaczyła obcokrajowcom głośno po polsku: "To jest nóż DO PA-PIE-RU!".

Martin nerwowo chodzi po My My. Chmura dymu z marihuany leci w przestworza. O dwudziestej, jak co niedzielę, przy dużym czarnym stole w hoteliku zbierają się biali mieszkańcy Mui Ne. Rżną w pokera. Pochodzą z Europy, Australii, byłego ZSRR. Tylko że dziś ma w nas uderzyć tajfun ­Haiyan, który dzień wcześniej zmasakrował Filipiny, zabijając co najmniej dwanaście tysięcy ludzi. Tajfuny to tutaj normalka, latem zerwało nam nawet dach, ale ten ponoć ma być najsilniejszy od wielu lat.

Z głośników słychać stary hit Ałły Pugaczowej Milion szkarłatnych róż w groteskowej wietnamskiej aranżacji. Martin wrzeszczy na Kinga, żeby ten ściszył "gównianą muzykę". Otwiera piwo Saigon Green. Potem otwiera siebie.

Ma pięćdziesiąt trzy lata. Pochodzi z Mannheimu. Ma za sobą dwa nieudane małżeństwa i parę dzieci w Niemczech. W młodości lubił przygody. Był hippisoanarchistą. Żył z or­ganizacji koncertów. Jeździł po całej Europie. Pierwszy kontakt z Wietnamem? W Berlinie. Na demonstracji przeciw wojnie w Wietnamie.

- Krzyczeliśmy Ho Ho Ho Chi Minh!, USA SA SS! - wspomina.

Jako rozwiedziony czterdziestolatek pojechał pierwszy raz do Azji odwiedzić kolegę. Wylądował w Kambodży, w Phnom Penh. Właśnie skończył czytać Alchemika Coelho i we wszystkim doszukiwał się znaków. Wyszedł na ulicę z gitarą pod pachą. Zatrzymał się przy stoisku z wietnamską pho. Stoisko należało do Loan, rozwódki z Sajgonu, która przywędrowała tu za swoimi braćmi. Bracia Ngy i Than brali udział w obaleniu Czerwonych Khmerów, wietnamskiej interwencji z 1979 roku. Najstarszy brat, Nga, zginął sześć tygodni przed upadkiem Sajgonu w 1975 roku. Rząd południowowietnamski siłą wcielił go do wojska. Ojciec wiózł jego ciało z Nha Trang do Sajgonu aż siedem dni, bo trwały ostatnie walki. Utrata najstarszego syna to w Wietnamie wyjątkowa tragedia. Ojciec - rikszarz i muzyk - skonał parę lat później. Od wietnamskiej whisky.

- Wtedy w Kambodży pierwszy raz jadłem pho - zaczyna Martin. - Przy okazji pani od zupy także wpadła mi w oko. Zagadnęła: "Zagraj mi coś"...

Zaczęli się spotykać. W Wietnamie żaden mężczyzna nie zaprzątałby sobie głowy rozwódką. Tu mówi się na nie "powtórna dziewica". A Loan miała w Sajgonie trójkę dzieci. Szmuglowała elektronikę, gotowała pho, tęskniła za dziećmi, miała na pieńku z mafią.

Martin musiał wracać do Niemiec. Wytrzymał we Frankfurcie tydzień. Spakował siedem tysięcy marek i od razu po wylądowaniu odnalazł Loan przy jej pho. Zakochał się podwój­nie: w Loan i w Azji. Pojechali do Sajgonu. Bał się spotkania z jej mamą. Przyszła teściowa, pani Kinh Chaw Thi Kinh, mog­ła go nie zaakceptować, a to w Wietnamie jest nie do przeskoczenia. Udało się. Objechali całe wybrzeże, żeby znaleźć miejsce dla siebie. W drodze z Hanoi na południe Mui Ne było ostatnim miejscem przed Sajgonem. Wtedy była to zabita dechami rybacka wieś z piaszczystą drogą, nad którą pochylone palmy kokosowe tworzyły coś w rodzaju tunelu. Zostali, zbudowali dom.

W 2010 roku otworzyli My My, nazwane tak na cześć ich wspólnej córeczki.

- Tu kultywuję swoje lenistwo, a to ciężka praca, zwłaszcza dla Niemca - żartuje Martin. - Pokochałem tutejszy spokój i bezpieczeństwo. Powoli zrozumiałem i zaakceptowałem panującą tu konfucjańską zasadę, że liczy się PAŃSTWO, potem RODZINA, na końcu TY, bo sam jesteś nikim!

Martin trochę się wyluzował. Fajka i piwo zrobiły swoje. Poza tym wietnamska TV donosi, że tajfun słabnie i ma uderzyć w okolicach Hanoi, czyli tysiąc osiemset kilometrów stąd.

Na koniec stara się rozluźnić atmosferę:

- Andrew, skoro ty jesteś niby reporter wojenny, to opowiem ci dowcip. Przyjeżdża reporterka do Kabulu po obaleniu rządu talibów, żeby napisać tekst o losie kobiet, i widzi, że już chodzą bez burek. Pyta mieszkankę afgańskiej stolicy: "Posłuchaj, jesteście już wolne, pokazujecie twarz, nosicie makijaż, ale czemu nadal chodzicie pięć metrów za waszym mężczyzną?". "Bo drogi zaminowane" - odpowiada Afganka.

Śmiejemy się. Ja idę do pokoju pod klimę. Martin zaczyna grę w karty.

Born in the CCCP

Kto nie ryzykuje, ten nic nie zyskuje.

Mniej więcej piętnaście lat temu do Mui Ne zaczęli zaglądać surferzy. Wieje tu przez okrągły rok, a monsun nie jest tak dokuczliwy jak w innych rejonach Wietnamu. Na pustych dotąd plażach zaczęły wyrastać hotele, pensjonaty, restauracje, bary i szkoły kitesurfingu. Niewielka zatoka zaroiła się od żagli i latawców, a sława ciepłego i wietrznego miejsca obiegła świat surferów - dotarła nawet do mroźnych krain północy. Rosyjski stał się drugim po wietnamskim językiem używanym w Mui Ne. Dziś napisy "obmien waljut", "samogon" czy "chotite pakuszat' zmiejku?" nie dziwią już nikogo - poza turystami z Zachodu, którzy przecierają oczy ze zdumienia, a na swoich blogach piszą potem o "rosyjskiej inwazji" na Wietnam.

- Pierwszych Rosjan spotkałem tu w dwa tysiące piątym roku - wspomina Martin, który mieszka w Mui Ne już od trzynastu lat. - Pamiętam: do baru weszły dwa podpite, brzuchate niedźwiedzie, jak się potem dowiedziałem, weterani wojny afgańskiej, obaj w obcisłych czarnych slipach jak z lat siedemdziesiątych. Mieli ze sobą piękną młodą dziewczynę, która najwyraźniej "należała" do nich obu. Gdy spytałem, czym się zajmują w Moskwie, stwierdzili: "Wolałbyś nie wiedzieć, bracie". A kilka lat później Rosjanie zaczęli napływać tu masowo - podsumowuje nasz gospodarz.

Dziś dziewięćdziesiąt procent turystów i zagranicznych mieszkańców Mui Ne to ludzie urodzeni w byłych Sowietach. W większości Rosjanie, głównie z Moskwy i Petersburga, najbogatszych rosyjskich metropolii. Ale można spotkać też Ukraińców, Uzbeków, Kazachów, Buriatów. Jest tu nawet jeden Jakut o imieniu Romka, a nawet Abchaz Irakli.

Mui Ne stało się posowieckim kurortem. Na jedynej ulicy "małej Odessy" najpopularniejszym autem jest sowiecki UAZ (od paru lat produkowany w Wietnamie) i jego bliźniak - chiński BJ212. W rosyjskich restauracjach przy rosyjskich szlagierach serwuje się barszcz, pielmieni, sałatkę moskiewską, baranie szaszłyki. Nad oceanem, wśród palm i wydm wielu z przybyszów znalazło drugi dom - i pracę.

Z pewnością wielkim ułatwieniem dla "rosyjskiej mniejszości" w Wietnamie jest to, że współczesna Rosja, jak niegdyś Sowiety, to główny sojusznik Wietnamu w regionie. Wielu starszych Wietnamczyków zna rosyjski, bo masowo studiowali na uczelniach w różnych republikach ZSRR. Związek Sowiec­ki edukował wietnamskich lekarzy, inżynierów - i oczywiście wojskowych. A za czasów wojny wietnamskiej - gdy Wietnam Północny, wspomagany na Południu przez partyzantów z Wietkongu, stał się stroną w wojnie z Południem oraz w istocie z USA - Kreml wysyłał też swoich doradców, by armię Wietnamu Północnego szkolili na przykład w obronie przeciwlotniczej.

Gdy Amerykanie odeszli i komunistyczna Północ podbiła Południe, armia sowiecka założyła tu swoje bazy, zostawiła sprzęt i doradców. Podobno ostatni żołnierze, już rosyjscy, zaczęli opuszczać bazę w Cam Ranh dopiero w 2002 roku. Doradcy wciąż tu są.

Dziś Wietnamczycy nadal chętnie uczą się w Rosji. I darzą sojusznika sentymentem. Ale silne są też więzi gospodarcze: Rosja eksportuje tu technologie i stal, a kupuje ryż i tekstylia. Firma Vietsovpetro wydobywa ropę ze złoża Bach Ho (Biały Tygrys). Ubogi w energię elektryczną Wietnam prowadzi też rozmowy o budowie przez Rosjan elektrowni jądrowej.

Rok później lecimy samolotem z Hanoi do Sajgonu z doktorem Nguyenem Quoc Quanem. Facet jest wiceprezesem Vietgazpromu. Zna doskonale angielski i rosyjski. Wykształcony u schyłku ZSRR na uczelniach naftowych w Moskwie, azerskim Baku i czeczeńskim Groznym pan Nguyen jest przedstawicielem bogatej klasy nowych wietnamskich mandarynów, którzy na Rosję patrzą z respektem i nadzieją, że ta w razie potrzeby obroni ich przed Chinami, z którymi w oficjalnej wersji bratnia współpraca układa się wyśmienicie, choć wszyscy dobrze wiedzą, że Pekin coraz bardziej pręży muskuły na ­Morzu Południowochińskim. Ludzie pokroju pana Nguyena, podobnie jak wielu myślących Wietnamczyków, uważają Chiny za największe zagrożenie dla Wietnamu i jego największego rywala. Żywa współpraca z Rosją "na górze" ma swój odpowiednik "na dole": młodzi Rosjanie chętnie otwierają firmy z Wietnamczykami. Niektórzy kupują ziemię, budują domy (według prawa wietnamskiego to dzierżawa na czterdzieści dziewięć lat, ale można ją przedłużyć). A jeszcze inni - po prostu żenią się z Wietnamkami.

Wołodia siedzi przy kasie w swojej aptece. Apteka z "medycyną naturalną" służy mu też za biuro firmy turystycznej Czajka Tur i Restauracji Czajka. Ogorzały Ukrainiec jest zły: na prezydenta Ukrainy, Kreml i "mafię z Kijowa". W Kijowie trwają proeuropejskie demonstracje, milicja pacyfikuje Majdan.

- Nigdy bym nie pomyślał, że wyląduję w Wietnamie! Za Sowietów to Wietnamczycy przyjeżdżali do nas, my im pomagaliśmy, dla nas Wietnam to był Trzeci Świat - mówi cicho czterdziestopięciolatek rodem z ukraińskiego Kremenczuka.

Pierwszy kontakt z Wietnamem? Rok 1988, baza sowiec­kiej marynarki w zatoce Cam Ranh. Ot, zasadnicza służba wojskowa. Ochraniał sowieckie tankowce płynące z Zatoki Perskiej na Daleki Wschód. Potem rok służby na lądzie.

- Lepiej wtedy tu było. Biednie, ale uczciwie. Ludzie otwarci i uśmiechnięci, lubili sojuszników. Teraz tu kapitalizm, trzeba walczyć o chleb. Ale wolę taki kapitalizm niż nasze bezprawie, w którym gangsterzy decydują w imieniu całego narodu i nie po jego myśli, bo przeciw Europie, a pod dyktando Putina! - emocjonuje się Wołodia po rosyjsku, choć z silnym ukraińskim akcentem.

Wołodia uciekł z Ukrainy do do Mui Ne, nawiązał kontakt z dawnym wietnamskim kolegą z wojska i otworzyli interes, w którym - jak twierdzi Ukrainiec - Wietnamczyk ma pięćdziesiąt jeden, a on czterdzieści dziewięć procent. Biznes się kręci: restauracja pełna, a usługi turystyczne cieszą się popularnością, bo turyści z byłych Sowietów lubią być prowadzeni za rączkę.

Wołodia, który przyjechał tu z żoną, część zarobionych pieniędzy posyła do kraju: rodzicom i dorosłym córkom.

- Nie chcę tu zostać na zawsze - mówi. - Ale do Ukrainy wrócę, gdy zacznie przypominać normalny kraj, a nie bandyc­ki folwark. - Nie ma pojęcia, że po naszej rozmowie Rosja zaanektuje Krym, a na wschodzie jego ojczyzny za chwilę rozpocznie się brutalna wojna.

Pytam o wielki szklany baniak, w którym widać zalane płynem pierzaste ptaszysko.

- To wietnamski samogon - tłumaczy z uśmiechem Wołodia. - Oni tu wierzą, że ponieważ ptaki ładnie śpiewają, to jeśli się to pije, człowiekowi dusza śpiewa.

Wołodia zaprasza, by wpaść - będzie kawałek domowej słoniny od teściowej z Ukrainy.

Żenia ma lat dwadzieścia dziewięć i świetnie mówi po angielsku. Jej ojciec jest pół-Rosjaninem, a pół-Ukraińcem, mama krymską Tatarką. Urodziła się we Władywostoku, gdzie tata służył jako prokurator wojskowy. W 1986 roku armia wysłała ojca do Cam Ranh, na północ od Mui Ne, by pokierował sądem wojskowym. Potem był prokuratorem w Baszkirii, a po upadku Sowietów rodzina osiadła na Krymie - i z dostatniej stała się ubogą. W Ukrainie szalało bezrobocie, bieda i korupcja. Żenia opowiada, że pięcioosobowa rodzina musiała przeżyć w Symferopolu za równowartość czterystu dolarów miesięcznie.

Ona skończyła wprawdzie dziennikarstwo i psychologię w Kijowie, ale nie mogła znaleźć pracy. Myślała o własnej firmie, ale "w Ukrainie nie da się prowadzić małej przedsiębiorczości, bo zaraz ktoś uprzywilejowany położy na interesie łapę". Chwilę pracowała jako kucharka w szwajcarskich hotelach, dwa lata temu trafiła do hotelu w Malezji. Z Kuala Lumpur musiała wyjechać po nową wizę - i tak, przypadkowo, znalazła się w kraju, gdzie dwadzieścia lat wcześniej służył jej ojciec.

Dziś mówi, że zostanie tu na stałe. Szybko znalazła pracę w Vietnam Kiteboarding School: jest menedżerem i zarabia tyle, że może wynająć dom. Dodatkowo robi tłumaczenia dla agencji nieruchomości.

- Czuję się tu bezpiecznie. Mam wietnamskiego chłopaka, Quy. Chcemy otworzyć wędzarnię i piekarnię. Mam pewność, że jeśli legalnie zainwestuję, po tygodniu mafia nie wyważy mi drzwi - snuje plany "Dżi" (jak zwą ją Wietnamczycy) w biurze nad brzegiem morza. - Odpowiada mi tu pogoda, na życie starcza. Gdy odwiedziłam dom rodzinny w Symferopolu, odliczałam dni, kiedy tu wrócę. Nie mogłam patrzeć na beznadzieję i frustrację. Tu mam wszystko, czego potrzebuję w życiu.

Parę miesięcy później Żenia otwiera wędzarnię i piekarnię na nocnym rynku we wsi.

Wołodia urodził się w 1981 roku z mamy Rosjanki i ojca Łotysza. Gdy Sowiety upadły, z matką trafili do rodziny w porcie Anapa, obok Krasnodaru nad Morzem Czarnym.

- Głód, bezrobocie, syf - wspomina ten czas.

W wieku czternastu lat zaczął pracować, bo mama była bezrobotna, a ojciec ich zostawił. Zaciągnął się na statek turystyczny. Zarabiał i uczył się windsurfingu. Jako siedemnastolatek pojechał do Petersburga, by wstąpić do szkoły marynarskiej. Nie udało się. Dopiero w Moskwie złapał wiatr w żagle: handlował, czym się dało, na Garbuszce, znanym centrum handlo­wym. Przez rok był "designerem wystrojów kuchennych" (choć nie miał o tym pojęcia). Ostatnie siedem lat w Rosji spędził jako szef personelu w dużej firmie budowlanej.

Dobrze zarabiał, ale czuł, że wyżej nie zajdzie. Kupił sprzęt do kitesurfingu i, choć zdrowy jak rydz, coraz częściej brał zwolnienia lekarskie, z których wracał do pracy opalony i uśmiechnięty. Mówił, że ma obsesję na punkcie solarium i musi złapać kolor po chorobie.

W końcu w 2010 roku Wołodia rzucił pracę, spakował latawce i poleciał do egipskiej Hurghady. Praca w szkole kajta szła świetnie, ale rewolucja w Egipcie i napięcia w świecie islam­skim wypłoszyły turystów, więc stracił kursantów. W tym czasie jego koledzy już znali Mui Ne. Kusili, opowiadając, że Rosjanie nie potrzebują tam wiz, że jest tanio, że kupa turystów, no i że nie ma muzułmanów, za którymi nie przepada.

I tak Wołodia już trzeci sezon prowadzi szkołę Kite Rabbit. Nauczył się angielskiego, żyje, jak chce, ma pieniądze. Nie wie, czy zostanie w Wietnamie na zawsze. Żyje z dnia na dzień. Myśli na przykład o falach w Portugalii.

- Może pojadę tam w następnym sezonie, kupię z kolegami kamper i będziemy prowadzić objazdową szkołę kajta? - zastanawia się. - Wpadaj za trzy dni! - krzyczy na pożegnanie. - Widziałem prognozę, będzie ostro wiać!

W Mui Ne zapada wieczór. Zapalają się setki lampek, którymi ozdobiono sprowadzone tu z Da Lat choinki. Przed jednym z hoteli pomysłowy gospodarz umieścił - obok szopki bożonarodzeniowej - białe niedźwiedzie.

Wieczór jest ciepły, tropikalny. W wiadomościach mówią, że w oddalonym od Mui Ne o prawie dwa tysiące kilometrów górskim Sa Pa, na północy Wietnamu, spadł śnieg - pierwszy od trzydziestu lat.

Dalsza część w wersji pełnej

Wstęp

Książka, którą trzymasz w ręku, powstała kilkanaście lat temu. Pisałem ją powoli, objeżdżając kraj, najczęściej bez dostępu do internetu i nawigacji. Uczyłem się Wietnamu na błędach, często sfrustrowany masą przeciwności, które mnie wtedy spotykały. Mieliśmy wraz z żoną w tamtych czasach notoryczne problemy finansowe, ale czytając po latach Czołem, nie ma hien, odnoszę wrażenie, że choć pieniądze szczęścia nie dają, to paradoksalnie ich brak pomaga zajrzeć głębiej i zobaczyć rzeczywistość z perspektywy niedostępnej dla ludzi, którym się powodzi. Myślę, że te ówczesne problemy wzbogaciły tę książkę, a wiadomo - co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Od tego czasu w Wietnamie zaszły duże zmiany. Odwiedzam ten kraj regularnie, ponieważ pracuję tam jako przewodnik, także na bieżąco mam możliwość obserwowania przemian, rozwoju i rozmów z jego mieszkańcami.

O ile zwykła wietnamska codzienność opisana w książce nadal płynie tym samym tradycyjnym rytmem, to zarówno dla Wietnamczyków, jak i turystów i ekspatów życie stało się pod wieloma względami prostsze.

Przede wszystkim jest bezpiecznie. W 2025 roku kraj odwiedziło ponad dwadzieścia jeden milionów turystów, w tym ponad sto tysięcy Polaków. Wietnamczycy zrozumieli, że nie można na każdym kroku oszukiwać przyjezdnych, ani ich brutalnie obrabowywać lub spuszczać im łomotu. To bardzo duża zmiana. Młodsze pokolenie, które odwiedza Wietnam lub w nim pracuje, niekiedy nie jest w stanie uwierzyć, że tak właśnie było. I nawet na dryfującej w stronę bangkockiej Khao San Road - sajgońskiej Bui Vien Walking Street nikt nie złamie ci nosa, bo to się po prostu nie opłaca.

Wietnamczycy z różnymi rezultatami zaczęli się masowo uczyć angielskiego, co bardzo ułatwia kontakt, funkcjonowanie i podróżowanie po tym kraju. Oczywiście na prowincji prawie nikt nie zna języka byłych okupantów, ale już w dużych miastach jak najbardziej. Rosyjski i chiński, którego do niedawna młodzież uczyła się w szkołach, są bezapelacyjnie wypierane przez do niedawna zakazany angielski, choć młodzież chętnie uczy się teraz nawet koreańskiego czy japońskiego.

Przemieszczanie się po Wietnamie stało się znacznie łatwiejsze, choć w dużych miastach w godzinach szczytu średnia prędkość to nadal dwadzieścia pięć kilometrów na godzinę. W czasach, gdy pracowałem nad książką, autobus z Sajgonu do Mui Ne jechał osiem, a nawet dziewięć godzin, dlatego najczęściej wybierałem sleeper bus. Dziś tę trasę można pokonać w trzy. Tak samo szybko jedzie się z Hanoi do Ha Long, a kiedyś zajmowało to pół dnia. Od 2021 roku w kraju wybudowano ponad dwa tysiące kilometrów autostrad, do 2030 roku rząd planuje dalszą rozbudowę do około pięciu tysięcy, a w dalszej perspektywie nawet dziewięciu tysięcy kilometrów. Powstało też mnóstwo dróg ekspresowych, budowane są obwodnice wielkich miast, nowe drogi do portów i nowych międzynarodowych lotnisk. Wraz z nagłym rozwojem infrastruktury drogowej można dostrzec też minusy, przynajmniej dla oka turysty. Przykładowo w Delcie Mekongu zanikają pływające targi, bo znacznie prościej można sprzedać towar na rynku przy nabrzeżnym targu, skąd dalej pojedzie szybko nową drogą.

Od paru lat w trakcie podróży po kraju obserwuję, jak masowo powstają nowe centra handlowe, szkoły, prywatne szpitale, luksusowe hotele i resorty, osiedla apartamentowców, a nawet całe miasta. O ile do niedawna przeciętny Wietnamczyk poruszał się swoją najcenniejszą ruchomością, to jest skuterem, to teraz po tych nowych drogach, osiedlach i miastach jeździ kilkanaście modeli wietnamskiej marki elektrycznego samochodu VinFast, która powstała w 2017 roku. Cały ten rozwój to zasługa konglomeratu Vingroup, który założył najbogatszy Wietnamczyk, Pham Nhat Vuong. Przedsiębiorca rozpoczął swój dochodowy biznes w 1993 roku, od produkcji makaronu błyskawicznego Mivina w Ukrainie, a w 2009 roku sprzedał charkowską firmę Technocom za około sto pięćdziesiąt milionów dolarów firmie Nestlé. Zarobiony kapitał mógł przeznaczyć na inwestycje w ojczyźnie, a kolejne projekty pomnożyły jego pieniądze. W 2025 powstała spółka Vin­Space, która prowadzi badania nad rozwojem technologii kosmicznych i telekomunikacji satelitarnej, w tym nad projekto­waniem i produkcją małych satelitów.

Na turystyce, parkach rozrywki i hotelach koncentruje się z kolei mająca wsparcie z budżetu państwa Sun Group, należąca do Le Viet Lama, którego sztandarową inwestycją jest sławny Złoty Most, podtrzymywany przez gigantyczne dłonie pod Da Nang, czy najdłuższa na świecie kolejka linowa na wyspie Phu Quoc. Te dwa konglomeraty inwestycyjne to symbol rozwoju prywatnego biznesu i gospodarczego cudu współczesnego Wietnamu.

Myślę, że najpełniej można sobie zdać sprawę ze zmian, jakie zaszły w kraju, stojąc nad brzegiem rzeki Sajgon w południowej stolicy z widokiem na biznesowe City, którego kilkanaście lat temu po prostu nie było. W ostatnich latach wyrosła tu mieszanka Dubaju, Hong Kongu i Singapuru połączona z komunistycznym sznytem i apartamentowcami z penthousami za trzy miliony dolarów.

Oczywiście Wietnam nie byłby Wietnamem, gdyby nie pewne niuanse. Choć większość Wietnamczyków, z którymi rozmawiam, chwali markę samochodów VinFast, to są i tacy, którzy twierdzą, że to bubel, a pracownicy budżetówki i agend rządowych są zmuszani do ich kupowania. Podobno jakakolwiek krytyka marki w mediach społecznościowych może spowo­dować nieprzyjemne konsekwencje, z aresztem włącznie. Widziałem w sieci pana skutego kajdanami za to, że wrzucił do internetu filmik, na którym widać, jak Vinowi odpadło koło...

Szacuje się, że w wietnamskich więzieniach przebywa kilkuset więźniów politycznych. Najczęściej są to działacze prodemokratyczni, niezależni dziennikarze, obrońcy praw człowieka, działacze związkowi, aktywiści religijni z nieuznawanych przez państwo wspólnot i osoby krytykujące władze w internecie. Rząd Wietnamu twierdzi, że nie są to więźniowie polityczni, ale osoby, które złamały wietnamskie prawo. Temat prześladowań obywateli przez reżim pozostaje jednym z głównych punktów krytyki ze strony państw zachodnich, organizacji praw człowieka i wietnamskiej diaspory. Tak, Wietnam nadal jest krajem z fasadą komunizmu, zza której wygląda azjatycki tygrys. I nadal polityka pozostaje sferą przeznaczoną wyłącznie dla komunistycznych mandarynów. Nie wszyscy, jak w Polsce, muszą mieć swoją "ekspercką" opinię na każdy temat i w każdej dziedzinie - od piłki nożnej, poprzez politykę, kwestie zbrojeniowe, na geopolityce kończąc.

Duże wrażenie zrobiła na mnie ostatnio wypowiedź kolegi Duca, który zaprosił mnie na kolację w wiejskiej knajpie pod Ninh Binh. Gdy z trudem przełykałem tiet canh de - posiekaną kozinę z jej świeżą krwią w formie galaretki, pięćdziesięcioletni Duc popił delikates winem ryżowym. Podczas rozmowy o tym, jak władza wyburza stare Hanoi, z którego pochodzi Duc, by poszerzyć ulice do stu metrów i wybudować mieszkania dla błyskawicznie przybywających mieszkańców, powiedział:

- Wiesz, Andrzej, zjeździłem pół świata. Jeżdżę do Tajlandii, na Tajwan, byłem w Stanach i w Europie, ale mimo naszego komunizmu nigdzie nie czuję się tak wolny. Żyję, jak chcę, zachowuję się, jak chcę i oddycham pełną piersią. Tacy Tajowie po wojnie, podczas sankcji i jeszcze długo po, patrzyli na nas z góry, gdy u nich był boom turystyczny, a ja jestem przekonany, że w tym tempie my ich niebawem we wszystkim prześcigniemy.

Tego wieczoru, gdy rozmawialiśmy o zmianach w Wietnamie, Duc pokazał mi artykuł w wietnamskiej prasie o tym, że do kraju przyjeżdża pełniący obowiązki Sekretarza Marynarki Wojennej USA Hung Cao, z pochodzenia Wietnamczyk ewakuowany do Ameryki w 1975 roku. Wybierał się do Wietnamu z wojskową ekipą poszukiwaczy ciał żołnierzy zaginionych w akcji, głównie pilotów strąconych nad Wietnamem Północnym. Podobno drugim celem amerykańskich wojskowych są próby podjęcia walki ze skażeniami, które Amerykanie pozostawili po sobie w Wietnamie.

Parę dni później, w jednym z hoteli w mieście Dong Hoi w środkowym Wietnamie, jechałem windą z młodymi amerykańskimi żołnierzami uzbrojonymi w łopaty i inny sprzęt wydobywczy. Byli to podwładni komandora Cao. Niby mała rzecz, ale niemożliwa w czasach, gdy mieszkałem w Wietnamie i pracowałem nad Czołem, nie ma hien.

Mnie osobiście Wietnam i Wietnamczycy nie przestają zadziwiać. Z biegiem lat nabrałem do nich jeszcze większej sympatii i szacunku.