.
Termin "krakowska szkoła krytyki" (czasem w formie "tzw. krakowska szkoła krytyki") jest używany od dawna. Ma przede wszystkim znaczenie porządkujące i taką też funkcję. Chodzi o czterech wybitnych krytyków, którzy weszli do literatury, ponieważ w odpowiednim czasie rozpoznał ich nauczyciel - nazywany później mistrzem, autorytetem, wzorem. Mistrzowskich warunków Kazimierz Wyka chyba jeszcze nie spełniał, bo gdy utworzył grupę seminaryjną na krakowskiej polonistyce, liczył sobie trzydzieści sześć lat. Ale za to miał już duży dorobek przedwojenny, a także wiedzę o literaturze, która została zepchnięta na margines zaraz na samym początku PRL-u. Wyka ponadto wykładał - pierwszymi źródłami jego inspiracji były personalizm, takie postaci, jak Witkacy i Gombrowicz, zwłaszcza zaś świat dwudziestolecia. Na dodatek był również frankofilem - jego młodzi studenci nie mieli wątpliwości, że to, co najlepsze, zostało napisane po francusku.
Być może ta "krakowska szkoła" przypomina nieco krąg krytyczny francuskich "les normaliens", czyli absolwentów paryskiej École normale supérieure. Połączyło ich środowisko, ale też podobne doświadczenie historyczne. Kim więc byli? Mieszczanami, przedstawicielami francuskiej klasy średniej, którzy stali się - z biegiem lat - intelektualistami, myślicielami, akademikami kształtującymi zbiorowy światopogląd?
Uczniowie Wyki zaakceptowali patrona - można o tym przeczytać u Andrzeja Kijowskiego, czyli w Notesie Kazimierza Wyki, także w eseju Tacyt krzeszowickiego powiatu, wreszcie w wywiadach, jakich udzielał Jan Błoński. Ludwik Flaszen uważał Wykę za człowieka prowincji z wszystkimi jej priorytetami. Sam Kazimierz Wyka z kolei nazwał się synem kupca drzewnego. W czasie okupacji sprzedawał deski w tartaku ojca. Urodził się i dojrzewał w małym miasteczku, do gimnazjum dojeżdżał do Krakowa, codziennie pociągiem o piątej rano. To utrwaliło w nim nawyk porannej pracy. Tak funkcjonował do końca.
Jego uczniowie z prowincją nie byli spowinowaceni. Flaszen to Krakowianin z ulicy Smoleńsk, rodzinę Kijowskiego upamiętnia tablica przy ulicy Karmelickiej, gdzie jego dziadek kupiec sprzedawał powozy. Konstanty Puzyna to arystokracja o długiej genealogii, lecz dobra rodzinne widywał już tylko ze stosownej odległości, rodzina nigdy ich bowiem nie odzyskała. Wydaje się, że Puzyna od rodziny wolał się oderwać - choć oczywiście stało się to niezależnie od jego woli. Powody wewnętrznego buntu dobrze dają się odczytać w Odzie negatywnej.
Warto przyjrzeć się tym środowiskom, tym matecznikom, w których wyrośli. Na pewno stały się one częścią ich wyposażenia intelektualnego. Biograficznie początkowo od siebie odlegli, nawiązali emocjonalne więzi, które przetrwały wiele lat i chyba nigdy nie zostały zaburzone ani zerwane - mimo że konkurowali ze sobą, prześcigali się w częstości druku, zachowali (co jest widoczne w tekstach) lojalność wobec środowiska młodości i wobec siebie samych. Młody Konstanty Puzyna napisał sztukę i poddał ją opinii Jana Błońskiego. Nie spodobała się - a więc Puzyna nigdy jej nie opublikował ani nie próbował wystawić. Kiedy Jan Błoński redagował dzienniki Kijowskiego, ten zgodził się na duże skróty - zapewne nie tylko pod wpływem rodziny. Temperament pisarski Kijowskiego nie oszczędzał ludzi jeszcze żyjących, co mogło się przyczynić do zmiany opinii o samym krytyku, postrzeganym już w kontekście Kronik Dedala i tematów religijnych, a więc zdecydowanie kontemplacyjnych i refleksyjnych.
Błoński zapewne wolał widzieć przyjaciela jako człowieka religijnego, wzniosłego etycznie, nie jako autora zapisów, które są wobec bliźnich dość zgryźliwe. Tego oczywiście tylko się domyślamy.
Spróbujmy zatem odtworzyć owe, zmienne i zróżnicowane, "okoliczności biograficzne", które w znacznym stopniu uformowały tych czterech. W jaki sposób wpłynęły one na życie tekstów literackich, które pisali? Jaką formację umysłową - nieposiadającą zresztą żadnego programu - stworzyli? Byli kręgiem zamkniętym - tylko jeden z nich, czyli Flaszen, został przetłumaczony na francuski, zatem jego Cyrograf został opisany w innym języku niż polski.
Co nas w nich dziś pociąga? Czy dorobili się własnych uczniów? Czy to było w ich czasach możliwe?
Wyka odchodzi w roku 1975. Jego układy osobiste ze "szkołą" są już ustalone; jeśli bada się je po latach, to korzystając z gotowego zasobu. Wspomnienia są potwierdzeniem tej oczywistości, Wyka jest dawno "obecny" pośród wzorów intelektualnych pokolenia urodzonych w późnych latach dwudziestych. Ale jak jest "obecny"?
W tym samym roku ukazuje się wspomnieniowy tekst Jana Błońskiego Obecność Wyki. Wyka był czytany przez Błońskiego obok innych: Karola Ludwika Konińskiego i Bolesława Micińskiego. Włączony do książki Kilka myśli, co nie nowe Kazimierz Wyka jest przede wszystkim osobą, której udało się przełamać ograniczenia akademickie. Nie próbował być za wszelką cenę nauczycielem akademickim. Do dydaktyki miał przekonanie umiarkowane - choć oczywiście "nauczał". W pierwszej kolejności wszakże przełamywał dystans. "Pamiętam wrażenie, jakie wywołał, zagadując Flaszena i Puzynę, spotkanych przypadkiem w barze..." - pisze Błoński.
Wyka, do którego Błoński przyjechał z Torunia, królował na pograniczu literatury i krytyki i "zdumiewająco szybko zrozumiał, czego od niego oczekiwali". A żaden z nich nie chciał zostać uczonym (i oprócz Błońskiego nikt nim nie został...).
Oni się dość zgodnie nabijali z Alma Mater. Wyka żywił prawdziwy kult Uniwersytetu. Ale nie wahał się puścić swoich seminarzystów na głęboką wodę, czyli w literaturę żywą. Chciał szkoły, acz nie musiała to być "szkoła krytyki". "W tym Wyka był właściwie prekursorem, bo dzisiaj wszędzie literatura przenosi się na uniwersytety... Czy to dobrze, nie wiem". Tak Jan Błoński opisywał wpływ Wyki - z biegiem lat zmienionego w "Kazia".
Tych chwytów nie mógł już użyć, czytając Bolesława Micińskiego i Karola Ludwika Konińskiego. Znał ich teksty, lecz nie znał osób. Istniał już "podskórny nurt". W latach okupacji młody Wyka zaprzyjaźnił się z Konińskim, odwiedzał go w Rudawie, pożegnał na cmentarzu. Korespondował z nim, opiekował się po latach panią Stefanią Konińską, żoną, i synem Jerzykiem.
Jan Błoński nie napisał, które z czytanych przez niego tekstów Wyki uważa za realizację osobowości. Wydaje się, że chodziło mu głównie o styl. Nie bez powodu Maria Janion i Maria Żmigrodzka uważały, że młodzi krytycy próbują naśladować dykcję swojego mistrza - ozdobną, zmetaforyzowaną, stylistycznie wyszukaną. "Koledzy, coś za bardzo wyczycie".
Spostrzeżenie wydaje się dzisiaj trafne. Styl w dojrzałym języku niegdysiejszych debiutantów odgrywał rolę istotną i wyróżniającą. Znaki zapytania Błońskiego, moralia Flaszena, ilustracje przeszłości u Kijowskiego, poetyckie chwyty Puzyny. Pisząc o literaturze, używali jednocześnie środków literackich.
W czasie okupacji Kazimierz Wyka pisał opowiadania - nie tylko eseje zebrane potem w Życiu na niby. W latach opresji literatura była dla niego przestrzenią bezpieczną, sprawdzalną, wolną. Podobnie - PRL nie odcisnął swojego znaku firmowego na jego uczniach. Zmieniały się "warty pisarzy" - język ich krytyków był zawsze rozpoznawalny.