Prolog
Zmiana króla nie obyła się bez echa. Xarlez musiał wysłuchać, naprawdę wielu skarg...
- Nie zamierzam kłaniać się komuś takiemu! - Sperman wykrzyczał. - Zrobili mi... Niewyobrażalne rzeczy, a ty! TY PUŚCIŁEŚ ICH WOLNO!
- Spermanie, twoja kastracja nie jest moim interesem. - Xarlez chwycił się za głowę.
Generał jednak nie poddawał się.
- Szanowałem, nie! WIELBIŁEM twojego ojca, a ty? Jesteś marną imitacją króla! - Generał nie mógł już trzymać języka za zębami. - Zabiją Cię, poddani Cię po prostu zabiją...
- Skąd taka pewność? - Xarlez uśmiechnął się.
- Wszyscy słyszeli opowieści o Błękitnym Feniksie, naprawdę myślisz że zapomnimy o tym co zrobiłeś?
- Co według Ciebie zrobiłem Spermanie? - Spoważniał.
- Zabiłeś ich, cały swój ród! Jesteś bratobójcą, zabiłeś nawet własnego ojca... To tutaj nie przejdzie. - Sperman pomimo swojej kastracji, stał twardo przy swoim.
- Ale kto zabije MNIE? - Xarlez wstał z tronu. - Kto zabije tego okropnego, Błękitnego Feniksa o którym mówisz? Kto stanie oko w oko z zabójcą demonów!? Słyszałeś jakieś pseudo legendy i...
- Słyszałem dość!
- Gówno słyszałeś! Zabijałem demony, gdy wy dusiliście się pod Hardańskim butem, gdy głosiliście modły o łaskę do obcego króla!
- I gdzie Cię to zaprowadziło? - Sperman zripostował.
Sperman zmierzył wzrokiem protezy nóg Xarleza, uśmiechając się lekko, wyraz jego twarzy łączył jakimś cudem pogardę i to politowanie, jak tłumaczycie dziecku coś oczywistego.
- Znasz kogoś, kto przeżył walkę z królem demonów? Kogokolwiek! Kto wrócił z Hardanu z tarczą, a nie na tarczy!? - Xarlez wściekł się już do reszty.
Pochodnie sali tronowej zapłonęły błękitnym płomieniem, protezy Xarleza rozżarzyły się prawie do białości. Płaszcz który nosił - niby ognioodporny - nie zniósł takiego ciepła, ciężki, śmierdzący jak śmierć dym wydobywał się spod niego.
Już po chwili, salę tronową spowiła ciemność oświetlona jedynie błękitnymi płomieniami pochodni. Sperman nie czuł, że stoi przed królem, głową państwa, młodym mędrcem... Stał przed Błękitnym Feniksem. Próbował ułożyć jakieś zdanie, powiedzieć cokolwiek, ale nie mógł. Bał się, po prostu się bał. Zamknął oczy, nie chciał patrzeć na to co go spotka.
Gdy nagle, drzwi sali tronowej otworzyły się z impetem.
- Tu się nie da oddychać! - Ksera wrzasnęła.
Królowa przemieniła swoją lewą dłoń w nietoperze skrzydzło, po czym machnęła nim tak mocno, że świeże powietrze prawie całkowicie wykurzyło dym z sali. W dodatku Sperman prawie się przewrócił, tak silny był podmuch. Gdy dym opadł i widoczność zdecydowanie się poprawiła, Sperman resztkami odwagi spojrzał przed Siebie. Xarlez siedział na tronie, wciąż naburmuszony, ale zdecydowanie mniej morderczy niż przed chwilą.
- Królowo. - Ukłonił się lekko.
- Kastracie. - Również się ukłoniła.
Po tych słowach Sperman wybiegł z sali tronowej. Ksera obejrzała się za nim.
- Drzwi! - Upomniała go.
Sperman cofnął się i zamknął drzwi. Zanim Xarlez się nawet obejrzał, Ksera wskoczyła już na tron, a właściwie na jego kolana. Usiadła bokiem na jego kolanach i przeciągnęła się niczym kot po długiej drzemce.
- Zimno mi. - Stwierdziła.
- Może nie chodź na boso po kamiennej podłodze? - Xarlez zaproponował.
Jej strój był wystrojony jak na audiencję - ciężki jedwab, srebrne zdobienia, kabaretki napięte na udach. Tylko stopy pozostały bose, zadbane aż do przesady, paznokcie lśniły czerwienią w błękitnym świetle.
- Myślałam że je lubisz. - Odpowiedziała zmieszana.
Xarlez nic nie odpowiedział, powstrzymał jedynie parsknięcie śmiechem. Ksera na to tylko skuliła nogi, przykładając kolana do samej klatki piersiowej, siadając na jednym z podłokietników tronu. Patrzyła mu w oczy, poczuł się tak jakby cały świat na chwilę zniknął.
- Moja królowa...
Rozdział III - Jajecznica i skarb
Trauma nie powstrzymała Jeźdźców, ruszyli dalej za śladami złodziejaszka. Byli teraz parę godzin do tyłu, ale przynajmniej kac nie był już tak zabójczy. Wciąż istniał, więc warto było odzyskać jajecznicę, lecz chociaż pozwalał im trzeźwo myśleć.... Chwilami.
- Czy ta jajecznica jest naprawdę taka dobra? - Zmęczony Camil narzekał.
- Nie chodzi o smak, ona leczy kaca, będzie idealna. - Rexodias zapewniał.
- Skąd wiesz, że jej po prostu nie zjadł? - Camil ciągnął dalej.
- Zamknąłem ją w sejfie. - objaśnił.
Camil spojrzał na niego wzrokiem pełnym niedowierzania. Był zawiedziony i dumny jednocześnie. Nie rozumiał jakie procesy myślowe zaszły w jego głowie, ale postanowił je po prostu zaakceptować.
Q-chan jako świetny łowca pilnował szlaku, ślady urywały się chwilami przez strumienie wody, lub inne przeszkody, ale nie był to ogromny problem. Z czasem ślady były coraz świeższe, powoli doganiali złodziejską bestię.
Szli przez gąszcza pełne nienazwanych roślin, między nogami biegały im zdecydowanie za duże stawonogi, ale nie przejmowali się tym. Oprócz NyaKiego, NyaKi bardzo przejmował się istotami które mają więcej niż 4 nogi.
- Nie boję się, po prostu nie rozumiem po co im tyle nóg. Moje zaufanie kończy się na czterech nogach. - Tłumaczył.
- Nie boisz się? - Q-chan spytał. - To chodź, daj buziaczka kociaku.
Q-chan przemienił się w pająka i przystawił swe chelicery do twarzy kociego wojaka. Spodziewali się, że NyaKi co najwyżej krzyknie, lub padnie jak kłoda ze strachu. A ten ku zaskoczeniu wszystkich wbił mu w łeb miecz który Q-chan dał mu wcześniej. Berserker natychmiast przybrał ludzką postać. Był w czystym szoku.
- Kurwa mać... żartowałem... - Wymamrotał zmęczony.
- Nie rozumiesz, nie chodziło o pająka, NyaKi po prostu nie jest taki łatwy. - Camil dogryzał mu.
Rexodias nagle wciągnął powietrze nosem tak mocno, że prawie wyrwał okoliczny krzak z korzeniami.
- Czuję boczek! - Wrzasnął.
Zaczął biec, a Jeźdźcy bez zadawania zbędnych pytań, ruszyli za nim. Natrafili w końcu na polanę, na której środku znajdowało się ogromne gniazdo. Było to gniazdo złodziejaszka, leżał obok niego lekko wgnieciony, lecz wciąż zamknięty sejf.
- Rozpalcie ogień, ja otworzę sejf. - Rexodias rozkazał.
Nie próżnowali, Camil wyciągnął spod swoich fałdek patelnię, NyaKi przewrócił za pomocą magi pobliskie drzewo i pociął je na idealne kawałki, a Q-chan przybrał formę smoka i podpalił je.
Dumny z Siebie Rexodias wrzucił boczek na patelnię, pozostało czekać na uzdrawiającą jajecznicę. Jednak nie mogło pójść przecież zbyt łatwo, zapach smażonego boczku prędko zwabił złodzieja z powrotem do swojej zdobyczy.
Koci Wojak piszczał jak mała dziewczynka, nie wierzył w to co widzi. Ich sejf z jajecznicą skradł prawdziwy, wielki jak dwa powody tyranozaur. Przerośnięty kurczak mierzył Jeźdźców wzrokiem, oni za to nie ruszali się, licząc że nie będzie ich widział jeśli się nie poruszą. Nie dlatego że się go boją, po prostu NyaKi zabiłby wszystkich wokół a potem samego Siebie, jeśli zabiliby taki okaz.
- Q... Q! - Camil wydał z Siebie głośniejszy szept. - Pogadaj z nim.
- Nie wiem jak gadać z tyranozaurem! - Oburzył się. - Nauczyłem się tylko krów i koni!
- To prawie jak koń, Rexodias zachęcał go.
Gdy stali tak w napięciu, boczek zaczął się przypalać. Rexodias musiał coś zrobić, lekko potrząsnął patelnią, przewracając go. Ten nagły ruch nie spodobał się bestii. Ruszyła do ataku.
Q-chan przemienił się w biesa i chwycił zwierzę za pysk tak, by nie mogło nikogo ugryźć. NyaKi zaczął coś pisać, pisał pisał i pisał, a skacowany Q-chan tracił już siły. Koci Wojak wyczarował klatkę, drzewa już zaczęły się wyginać, lecz Q-chan stracił chwyt i spanikował. Popchnął bestię w stronę klatki! Gałęzie przebiły jego ciało na wylot serwując mu powolną i bolesną śmierć.
NyaKi upadł na kolana... I TAK WYDARŁ PUCHĘ! Jego przyjaciele padli na ziemię, Camil próbował otoczyć go swoimi fałdami, by zatrzymać dźwięk, lecz częstotliwość była tak potężna, że zaczęła wypalać jego tłuszcz.
Rexodias ruszył w stronę gniazda, nagle wyjął z niego okrągły obiekt i rzucił nim w NyaKiego. Ogromne jajo tyranozaura upadło idealnie na jego kolana.
- Możesz go adoptować! Tylko zamknij mordę! - Wykrzyczał, wręcz błagając.
NyaKi zamilkł natychmiast. Zadowoleni Jeźdźcy usiedli do posiłku, Rexodias podał im idealną jajecznicę. Była tłusta, lecz nie za tłusta, szczypiorek, cebula i zioła dały jej idealną świeżość, a jajko było tak gładkie, że czuli że jedzą kawałek chmury... a mięso? Czuli się tak, jakby boczek zabijał ich kaca, serwując brutalną i szybką śmierć.
- Dalej jestem głodny. - Camil stwierdził.
Niby ufali Camilowi, ale w praktyce trochę bali się że ich zje, więc Q-chan zaimprowizował i zaczął smażyć martwego tyranozaura na rożnie. Wiedzieli że potrwa to dłuższą chwilę, więc Koci Wojak zbudował im małą, przytulną chatkę.
Rexodias cieszył się wolnością od kaca, życie znów nabrało sensu.
- Właśnie! - Camil wystrzelił.
Po tych słowach wyjął spomiędzy fałdek skrzynię którą znaleźli w ruinach magów czasu. Miała ona trzy kłódki, pewnie musieliby znaleźć pozostałe ruiny i spróbować odnaleźć klucze... lub kopnąć skrzynię niesamowicie mocno, jak Rexodias. Stare zamki pękły natychmiast. Otworzyli skrzynię, był w niej kryształ nasycony nieznaną im magią.
- Magiczny chłam. - Rexodias westchnął. - Po to ryzykowaliśmy życie?
- Może się przydać, nie widziałem nigdy takiego klejnotu. - NyaKi pocieszał go. - To może być prawdziwa perełka!
- Dobra nerdzie, baw się. - Rexodias chwycił za kryształ i rzucił nim do NyaKiego.
Zajęty trzymaniem jajka NyaKi nie złapał artefaktu, kryształ rozbił się na czole biednego maga. Teatralnie padł na ziemię, wciąż trzymając jajo.
- Chciałeś go zabić!? - Q-chan parsknął śmiechem.
- Hm... - Camil zastanawiał się. - Czy to nie dziwne, że kryształ nie wybuchł ani ni-
Rozdział IV - Międzyczas
Camil wykrakał... Potężna magiczna eksplozja pozbawiła wszystkich przytomności. Obudzili się w ciemnym pokoju oświetlonym kilkoma różnokolorowymi kryształkami.
- Nie. Rzucaj. PODEJRZANYMI ARTEFAKTAMI! - Q-chan wydarł się na Rexodiasa.
- Naprawdę mi przykro...
- Nie jest Ci przykro. - Camil przerwał mu.
- Tak masz rację. - Zaśmiał się. - Przynajmniej ten dzień nie będzie nudny.
- Nikt nie narzekał na nudę! - NyaKi wtrącił się. - Moje... MOJE JAJKO!
NyaKi spanikował, zaczął przeszukiwać cały pokój rozwalając i przewracając wszystko na swojej drodze. W tym Camila, ku zaskoczeniu wszystkich podniósł go jedną ręką i wywalił na drugi koniec sali NyaKi serio kochał to jajko...
- Dobra! - Q-chan stracił cierpliwość. - Jak się ogarniesz, to pomożemy Ci go szukać, spokojnie.
NyaKi natychmiast rozpromienił się jak słońce. Czasem naprawdę niewiele trzeba by poprawić komuś humor...
- Nya! - wydobył z siebie dźwięk, który zapewne miał być radosnym okrzykiem.
- Błagam, nie rób tak więcej... - jęknął Rexodias, trzymając się za uszy.
- Zasłużyłeś! - Odpowiedział - Nya! Nya! Nya!
Camil zdzielił go fałdą.
- Przesadziłem... - NyaKi zaakceptował reprymendę.
Pozostało im ruszyć w drogę po tajemniczym miejscu, przez jedyne drzwi w zasięgu wzroku. Szybko dotarli do rozgałęzienia - cztery tunele, jakby stworzone specjalnie dla nich. Było czuć pułapki na kilometr, ale nikt nie zamierzał się cofać - no bo gdzie?
Rozdzielili się. Fałda Camila oświetlała mu drogę. Rexodias oświetlał horyzont swoją aurą czystej zajebistości. Q-chan przybrał formę nietoperzo-podobnej istoty i korzystał z echolokacji. NyaKi po prostu wyczarował sobie pochodnię, nie miał nastroju na coś fikuśnego.
- Powodzenia - rzucił Rexodias z lekkim uśmiechem.
Camil wszedł w prosty, ciemny tunel. Co jakiś czas coś na niego spadało, pełzało mu pod stopami albo cicho szeleściło. Typowy dzień w Podlasynii, bał się tylko że z tej codzienności wyłoni się jego matka...
No i znowu Sobie wykrakał. Wysoki, choć donośny głos jego matki przebił jego bębenki niczym sztylety:
- Spóźniłeś się Camil!
Camil zaczął biec, przerażony iluzją własnej matki.
- Twój obiad czeka na Ciebie od trzech lat!
Nawet nie patrzył, machał fałdami próbując się bronić.
- Od półtorej roku boję się wejść do jadalni, bo na twoim talerzu wyrosła jakaś nowa cywilizacja!
Krzyk Camila rozpostarł się po wszystkich tunelach.
Tunel Rexodiasa wypełniały brudne, pęknięte lustra. Im dalej szedł, tym mniej zajebiście wyglądało jego odbicie. Nie przejął się, kto normalny by się tym przejął, był aż zawiedziony że tunel uznał, że mógłby go tym urazić. JEGO!? Że niby ma wielkie ego, niedoczekanie... chociaż może trochę się przejął....
Q-chan używał echolokacji. I to by było na tyle - nic go nie zatrzymywało, nie widział przeszkód, nie widział też sensu.
NyaKi szedł swoim tunelem bardzo powoli.
- Tu nie będzie pająków... tu nie będzie pająków... - powtarzał jak zaklęcie, w które sam chciał uwierzyć.
Brak pajęczyn, pułapek i krwiożerczych stworzeń wcale go nie uspokajał. Wręcz przeciwnie - dziwna zwyczajność tunelu jeszcze bardziej go dołowała.
Każdy z nich miał ograniczone zapasy, ale szli dalej, godzinami, każdy swoją prostą linią. Mimo różnic w tempie, cała czwórka niemal równocześnie dotarła do osobnych, ogromnych, okrągłych komnat. Na środku każdej znajdowała się niewielka skrzyneczka. Otworzyli je bez większego zastanowienia, nie po to szli tyle czasu by nie wziąć nagrody.
Skrzynka Camila zawierała szklaną kulę, w której odtwarzały się wizje jego przyszłych porażek jako dowódcy. Oglądał je z uwagą, licząc, że jeśli zrozumie swoje błędy z wyprzedzeniem, uda mu się ich uniknąć.
W skrzynce Rexodiasa znajdowała się rama obrazu. Było na nim sześć osób, jednak wszystko było strasznie nieczytelne, brudne lub po prostu wydrapane. Jedyną widoczną osobą był młody Rexodias. Przyglądał się swojej podobiźnie z zawodem, jakby liczył że się poprawi.
Skrzynka Q więziła krzyki jego ojca. Znów musiał słuchać bezsensowne, lecz krzywdzące zarzuty, że jest za słaby, że jako osoba nie tkająca płomieni będzie bezużyteczny. Wściekły zniszczył kuferek, lecz głosy nie ustały od razu - stawały się jedynie coraz bardziej rozmyte, na końcu błagając o litość.
NyaKi patrzył z przerażeniem na swoją skrzyneczkę. Była w niej tylko kartka z napisem: "Spójrz w górę".
Zamarł. Wiedział, co go czeka. Po chwili wyczarował jaśniejsze światło i uniósł je ku sufitowi. Setki pajęczych oczu zaświeciły w odpowiedzi. Ogromne, włochate pająki zaczęły schodzić z góry. Koci Wojak szybko postawił pole ochronne, tuż zanim pierwsze stwory zaczęły spadać. Uderzały w barierę, niezdolne do przebicia jej, ale sama ich obecność była wystarczająco obrzydliwa.
W tym samym czasie szklana kula Camila przestała grać, głosy w komnacie Q ucichły, a Rexodias przebił swoją podobiznę sztyletem.
W ścianach ich komnat otworzyły się przejścia. Wszyscy ruszyli dalej - wszyscy oprócz NyaKiego, który siedział skulony pod swoim polem ochronnym, otoczony przez pełzające po barierze pajęczaki.
Kilka minut później trójka Jeźdźców dotarła do wspólnej sali. Ze zdumieniem... zobaczyli samych siebie. Iluzoryczne kopie prowadziły rozmowy, dzieląc się wrażeniami. Były kompletnie niegroźne, w założeniu miały doprowadzić Jeźdźców do szaleństwa, ale Q-chan przemienił się w Biesa i wystraszył podszywające się pod nich byty na tyle, że rozpłynęły się w powietrzu.
Ciszę przerwał zgrzyt. Drzwi, z których powinien wyjść NyaKi, wciąż były zamknięte.
- Wystarczy - mruknął Rexodias i kopniakiem wywarzył wejście.
Z jego ciała wystrzeliła fala światła - blask zajebistości, tak intensywny, że spalił pająki żywcem.
- O bogowie... - NyaKi rozryczał się.
- Wystarczy Rexodias. - Zaśmiał się.
Z całej siły rzucił się braciom w ramiona.
- Uratowaliście mnieee! - wysmarkał się prosto w rękaw Q.
- Myślałem, że to ja miałem ciężko... - mruknął Q pod nosem.
Rexodias zerknął na kolejne drzwi. - Tym razem idziemy razem.
- Chodź, histeryku. - Q podniósł jeszcze szlochającego NyaKiego pod pachę.
W nowym korytarzu potwory pojawiały się co chwilę... ale żaden nie przetrwał więcej niż kilka sekund. Q rozgniatał je tak szybko, że nawet nie zdążyli wymyślić im nazw. Największym zagrożeniem okazała się... Chałwa.
Na środku drogi leżała tona słodkiej, kuszącej chałwy. Camil z trudem był powstrzymywany przez braci, którzy trzymali go za ręce, nogi, a nawet za pas. Ale wyrwał się. I zjadł. Całą. Ściany zadrżały, zmieniając tunel w ciasne pomieszczenie. Camil stanął pośrodku...
- Chałwa... ch - chaaaa... - zaczął bełkotać, a chwilę później... Zalała ich katastrofa.
Wymioty Camila rozprysły się z siłą wodospadu. Dźwięk, który wydobył się z jego gardła, ogłuszył pozostałych Jeźdźców. Tonęli.
- Wolałem pająki! - krzyknął NyaKi, próbując zaczerpnąć oddech.
Rexodias, pogodzony z losem, westchnął głęboko, po czym... puścił bąka. Tak potężnego, że rozerwał ściany pomieszczenia na strzępy.
- Myślałem, że to będzie epicka przygoda... jak bardzo się myliłem. - Rexodias patrzył w przestrzeń z pustym wzrokiem.
- Jedz chałwę, mówili... - mamrotał Camil, ocierając twarz. - Będzie fajnie, mówili...
- NIKT CI TEGO NIE POWIEDZIAŁ!!! - wrzasnęli pozostali Jeźdźcy.
Z wymiocin sięgających niemal po kolana... wytoczyli się dalej.