Prolog
Prolog
Dlaczego warto rozumieć fizykę kwantową?
"Dlaczego
warto rozumieć fizykę kwantową?" - tak brzmiał tytuł prelekcji, którą
wygłosiłem przed grupą laików na prośbę pewnego stowarzyszenia
kulturalnego z Lille. Cóż, pytanie jest całkiem zasadne. Jeżeli nie
planujecie studiować fizyki, dlaczego mielibyście zaprzątać sobie głowę
tak trudnym tematem? Dlaczego w ogóle mielibyście czytać te 280 stron?
Przez ciekawość? Żeby błysnąć w towarzystwie? Żeby dowiedzieć się, czy
komputer kwantowy zrewolucjonizuje nasz świat? Żeby odkryć zjawiska,
które są tak dziwne, że wydają się wręcz paranormalne?
Możliwe, że z wszystkich tych pobudek naraz! Mechanika kwantowa stanowi
niewątpliwie jedno z najpiękniejszych osiągnięć ludzkiej myśli. Za jej
sprawą wyłonił się niewidzialny świat, który stopniowo udało nam się
zrozumieć, a nawet opanować! Za pytaniem "dlaczego" kryje się jednak
inna, jeszcze delikatniejsza kwestia: jak zrozumieć fizykę kwantową?
Czy będzie to od nas wymagało wertowania licealnych zeszytów z fizyki? A może będziemy musieli interpretować zaawansowane technologicznie
doświadczenia przeprowadzane z wykorzystaniem laserów i kriostatów? Albo
zgłębiać matematykę i algebrę liniową? Nic z tych rzeczy, jestem pewien,
że fizykę kwantową można zrozumieć bez znajomości wzorów czy nawet
podstaw wiedzy z zakresu nauk ścisłych. Jej kluczowe założenia da się
wyjaśnić na przykład za pomocą metafor. Nie ma więc czego się bać.
Największa trudność leży gdzie indziej. Fizykę kwantową niełatwo
zrozumieć, ponieważ przeczy ona naszej elementarnej intuicji.
Myślicie, że w danym momencie każda rzecz znajduje się w ściśle
określonym miejscu?
Wydaje wam się, że poszczególne obiekty istnieją niezależnie od waszej
percepcji?
Sądzicie, że każdy efekt ma swoją przyczynę?
Jesteście przekonani, że dwa obiekty oddalone o kilka kilometrów nie
mogą oddziaływać na siebie z natychmiastowym skutkiem?
Otóż fizyka kwantowa dowodzi, że w każdym z tych przypadków jesteście w błędzie! To właśnie dlatego nauka ta jest tak pasjonująca i zaskakująca
zarazem. I właśnie dlatego tak trudno ją wytłumaczyć. Dzięki
doświadczeniom wyniesionym z konferencji i wykładów wiem, co sprawia
osobom niewtajemniczonym największą trudność: nie potrafią wyobrazić
sobie zjawisk, zwizualizować tego, co dzieje się w skali atomowej.
"Zwizualizować sobie" - oto wyzwanie, któremu postaramy się wspólnie
sprostać. W tym celu posługuję się w książce z jednej strony
sprawdzonymi przeze mnie samego wyjaśnieniami, z drugiej zaś rysunkami
stworzonymi przez sześcioro utalentowanych plastyków specjalizujących
się w ilustrowaniu zagadnień naukowych. W poszczególnych rozdziałach
przedstawiają oni po kolei swój oryginalny punkt "widzenia" na konkretne
zjawiska fizyczne.
Czas zatem na fascynującą wyprawę do świata kwantów. W każdym rozdziale
odkryjecie nowe pojęcie i poznacie jego praktyczne zastosowanie. Opiszę
dla was także kilka przeprowadzonych ostatnio eksperymentów
laboratoryjnych: gigantycznego kota Schrödingera, nadprzewodnik
działający w temperaturze pokojowej, komputer kwantowy, a nawet rudzika
w stanie splątania! Muszę was jednak uprzedzić, że nasza podróż będzie
momentami wymagająca, niejednokrotnie poczujecie się więc zniechęceni
lub zagubieni. Ale gra jest warta świeczki. Poznacie bowiem najbardziej
niezwykłe właściwości, jakie mogła nam ujawnić natura.
A więc w drogę!
Rozdział 1
Rozdział 1
Z fizyką kwantową twarzą w twarz!
Odkrywamy dualizm korpuskularno-falowy
Rytmiczna, niemal niepokojąca muzyka. Widok
z lotu ptaka na pędzący przez Chicago pociąg. Film nosi tytuł Kod
nieśmiertelności.
Zbliżenie na jednego z pasażerów, nieogolonego przysypiającego
trzydziestolatka - w jego roli Jake Gyllenhaal. Mężczyzna budzi się.
Siedząca naprzeciwko kobieta zwraca się do niego imieniem Sean - wydaje
się, że go zna, to przypuszczalnie jego partnerka. On jednak nazywa się
Colter. W dodatku nigdy wcześniej nie widział tej kobiety i nie wie,
gdzie jest.
Montaż i muzyka przyspieszają, stają się coraz bardziej nerwowe, jakby
miały zaraz dostać zadyszki. Nagle Colter dostrzega odbicie swojej
twarzy w szybie wagonu... tyle że ta twarz nie należy do niego, a do kogoś
nieznajomego! Towarzysząca mu kobieta nie rozumie jego reakcji, stara
się go uspokoić: "Wszystko będzie dobrze". I właśnie w tym momencie
potężna eksplozja rozrywa pociąg, a płonący skład spada z wiaduktu. Od
napisów początkowych minęło zaledwie sześć minut...
Lubię ten rodzaj filmów: zero tekstu, zero przydługich wstępów czy
żmudnego wprowadzania w fikcyjny świat i jego bohaterów - widz od razu
ląduje w centrum wydarzeń. To, co zdążył zobaczyć, nie ma dla niego na
razie żadnego sensu. Ale jest obiecujące, a scenariusz stopniowo
rozwieje wszystkie wątpliwości. Wy też na pewno znacie takie filmy:
Kill Bill, Memento, 12 małp itp.
Zróbmy więc tak samo! Zamiast wstępu, historii i biografii ojców
założycieli - Alberta Einsteina czy Maxa Plancka - przejdźmy od razu do
wyjaśnień dotyczących fal i cząstek. Pomińmy przełomowe doświadczenia,
ciało doskonale czarne, efekt fotoelektryczny itd. Zignorujmy nawet
najbardziej eleganckie metafory - ryby w jeziorze, strzelnicę w wesołym
miasteczku i Bóg wie co jeszcze. Zmierzmy się z problemem bez owijania w bawełnę, stańmy z nim twarzą w twarz. Prawdopodobnie nic nie zrozumiemy,
ale przynajmniej dowiemy się, co nas czeka!
Elektronie, uśmiechnij się!
Przedstawiam wam bohatera naszego filmu: elektron. Szybki research w Wikipedii pozwala uzyskać kilka informacji na jego temat: elektron jest
niewiarygodnie lekki i nieskończenie mały, niczym malusieńki punkt na
białej kartce. Ale, jak wynika z zamieszczonych tam informacji, ma
naturę kwantową.
Napisy początkowe, prolog filmu i pierwsza niespodzianka: zamiast
spodziewanego punkciku widzimy coś w rodzaju... plamy. Rozproszoną chmurkę
o rozmytych konturach. To nie jest złudzenie optyczne wywołane tym, że
elektron porusza się we wszystkie strony i tak prędko, że nie potrafimy
dostrzec jego trajektorii. Nie, on naprawdę zajmuje całą tę przestrzeń
jak jakiś rodzaj mgły.
Spróbujmy go sfotografować. Ustawiamy ostrość, kładziemy palec na
spuście migawki i... klik! Sprawdźmy na ekranie jakość zdjęcia.
Niespodzianka: chmurka zniknęła, a w jej miejsce pojawił się zwykły
czarny punkcik na białym tle; jest malusieńki, ale bardzo wyraźny. Oto i on, elektron zgodny z naszymi wyobrażeniami - bezdyskusyjnie punktowy.
Sfotografujmy chmurkę jeszcze raz. Efekt jest wciąż taki sam, na zdjęciu
widać czarny punkcik, tym razem przesunięty jednak nieco w lewo. Za
trzecim, czwartym i piątym razem - to samo: czarny punkcik. Na każdym
zdjęciu znajduje się gdzie indziej, nie wykraczając jednak poza obręb
chmurki. A gdybyśmy zrobili więcej zdjęć i nałożyli je wszystkie na
siebie? Cóż, powstałby pointylistyczny obraz naszego obłoku.
Tak właśnie wyglądałby początek naszego dziwnego filmu o jednoznacznie
brzmiącym tytule: Kwantowa natura elektronu. Zauważcie, że moglibyśmy
zatytułować go także: Kwantowa natura fotonu, Kwantowa natura atomu
albo Kwantowa natura cząsteczki. Każde ciało, jeżeli jest odpowiednio
małe, zachowuje się w opisany wyżej sposób: wydaje się zajmować mglistą
i niesprecyzowaną przestrzeń, ale jak tylko zaczniemy je mierzyć,
natychmiast kurczy się do postaci cząstki. W tej kuriozalnej scenie
zawarte są wszystkie - lub prawie wszystkie - osobliwości rządzące
mechaniką kwantową.
Zobaczmy teraz, o czym tak naprawdę nam ona mówi. Rozmyta przestrzeń to
funkcja falowa. Co owa funkcja reprezentuje? Jaka jest jej dokładna
forma? Czy jest ruchoma? Czy zachowuje się jak fala?
Co do aparatu, jest on w rzeczywistości zaawansowanym detektorem zdolnym
zareagować na obecność pojedynczego elektronu. Jeżeli chodzi o zasadę
działania, nie różni się on zbytnio od używanych przez nas kamer.
Niemniej, gdy tylko próbuje uchwycić chmurkę, rejestruje jedynie punkt,
jak gdyby obłok, owa funkcja falowa, nagle ulegał redukcji. Wyobraźcie
sobie, że fotografujecie prawdziwą chmurę na niebie, ale na ekranie
aparatu pojawia się tylko maluteńka kropla wody. Dlaczego samo
namierzenie elektronu powoduje tak gwałtowną metamorfozę? Jakie
niewidzialne oddziaływanie pozwala cząstce kwantowej "zgadnąć", że jest
fotografowana, i natychmiast zmienić postać? Pozycja elektronu na
zdjęciu również jest zastanawiająca: dlaczego na każdym ujęciu jest
inna?
A pytań jest więcej: co się stanie, jeżeli będziemy obserwować dwa
elektrony jednocześnie? Czy ich chmurki połączą się w jeden obłok? A jeżeli zmienimy temperaturę pomieszczenia? Albo natężenie światła?
Wreszcie, dlaczego to dziwne zjawisko zachodzi tylko w bardzo małej
skali, na przykład w przypadku elektronu lub atomu, ale już nie piłki
tenisowej lub ziarnka piasku?
Zobaczyć niewidzialne?
Wszystkie te pytania są zasadne i odpowiemy sobie na nie w kolejnych
rozdziałach. Przedstawienie szerokiej publiczności tego intrygującego
zachowania cząstek kwantowych za każdym razem wywołuje identyczną
reakcję: "Ale jak to możliwe?". Koniec końców nikt nigdy nie widział
czegoś podobnego ani w wodzie, ani w powietrzu, ani na Ziemi, ani nawet
w kosmosie! Przypomina to raczej kipiący od efektów specjalnych film
science fiction. No cóż, wierzcie lub nie, ale fizycy doświadczają
dokładnie tego samego uczucia niedowierzania.
Richard Feynman, jeden z wielkich teoretyków fizyki kwantowej,
rozpoczynał swoje zajęcia ze studentami od ostrzeżenia: "Sądzę, że nie
pomylę się zbytnio, twierdząc, że nikt nie rozumie mechaniki kwantowej".
Niels Bohr, inny słynny fizyk, także uprzedzał swoich czytelników:
"Jeżeli kogoś nie szokuje teoria kwantowa, to znaczy, że jej nie
rozumie". Obaj laureaci Nagrody Nobla nie chcieli przez to powiedzieć,
że mechaniki kwantowej nie da się zrozumieć z naukowego punktu widzenia;
chodziło im raczej o to, że wymyka się ona naszej intuicji i poczuciu
rzeczywistości.
Każda próba pomiaru sprawia, że funkcja falowa zostaje zredukowana do
punktu w sposób losowy. Ale nałożenie na siebie wszystkich tych punktów
odwzoruje jej kształt.
Ale nawet jeżeli pytanie: "Dlaczego tak się dzieje?" jest zasadne, nie
należy go zadawać fizykom. Ich nie interesuje bowiem, dlaczego natura
zachowuje się w ten czy inny sposób, ale raczej jak działa, jakimi
prawami się rządzi.
Wydaje się, że to szczegół, ale właśnie on odróżnia fizykę od filozofii,
a nawet religii. Rolą fizyków nie jest wyjaśnienie, dlaczego Wielki
Wybuch zapoczątkował istnienie Wszechświata. Starają się oni jedynie
znaleźć opis tłumaczący, dlaczego w jego następstwie Wszechświat
ewoluował, żeby stać się tym, czym jest dzisiaj. Nie wystarczy jednak
skonstruować eleganckiej teorii wyjaśniającej nowe zjawisko: trzeba ją
udowodnić doświadczalnie. Krótko mówiąc, tak w kosmologii, jak i fizyce
kwantowej badania naukowe sprowadzają się do dwóch zagadnień:
Jak działa natura?
Jak to udowodnić doświadczalnie?
W przypadku elektronu czy atomu zadanie się komplikuje, ponieważ ludzkie
oko nie potrafi zarejestrować czegoś, co istnieje w skali rzędu jednej
miliardowej metra. Podkreślmy, że problem ten nie ogranicza się do
fizyki kwantowej: rozmaite zjawiska fizyczne wymykają się naszym pięciu
zmysłom. Nie ma w tym zresztą nic nadzwyczajnego, jako że możliwości
owych zmysłów są mocno ograniczone... Nie widzimy obiektów mniejszych niż
dziesiąta milimetra - tyle, ile wynosi grubość włosa. Nie potrafimy
także dostrzec tego, co porusza się zbyt szybko, w czasie krótszym niż
dwudziesta część sekundy. Nie odczuwamy promieniowania - ani
elektromagnetycznego, ani radioaktywnego. Pomijam tutaj nasz słuch czy
smak, które są równie ograniczone i zdradliwe.
Z pomocą przychodzi nam fizyka. Weźmy na przykład Williama Herschela.
Ten XVIII-wieczny niemiecki astronom chciał się dowiedzieć, czy kolory
mogą być mniej lub bardziej ciepłe, tzn. czy mają swoją temperaturę. W tym celu przeprowadził proste doświadczenie: umieścił na stole,
naprzeciwko lampy, szklany pryzmat rozszczepiający światło tak, jak to
się dzieje w tęczy. Następnie do pryzmatu przyłożył zwykły termometr,
najpierw na wysokości fioletowej wiązki światła, potem niebieskiej,
żółtej, czerwonej itd. Na zakończenie przesunął termometr w nieoświetlone miejsce, żeby zmierzyć temperaturę w cieniu jako punkt
odniesienia. Ku jego zdziwieniu słupek rtęci podskoczył! Tym samym
odkrył istnienie nowej - ciepłej, ale niewidocznej - barwy: była to
podczerwień, światło, którego nie potrafią wykryć nasze zmysły.
Inny, jeszcze bardziej rewolucyjny przykład: w połowie XIX wieku szkocki
fizyk James Clerk Maxwell przewidział istnienie fal
elektromagnetycznych, które rzekomo miałyby występować dosłownie
wszędzie. Ale czy faktycznie istniały?
Ich odkrycia podjął się genialny niemiecki badacz Heinrich Hertz. Do
tego celu wykorzystał elektryczny nadajnik, który umieścił w przestronnej sali. Zgodnie z teorią Maxwella nadajnik powinien emitować
niewidzialne fale elektromagnetyczne. Hertz ustawił naprzeciw siebie dwa
lustra, których zadaniem było uwięzić fale w ograniczonej w ten sposób
przestrzeni. Aby je zarejestrować, skonstruował dużą obręcz, która - gdy
przechodziło przez nią wystarczająco dużo prądu - iskrzyła w miejscu
styku dwóch metalowych prętów. Gdy powoli wsunął ją między dwa lustra,
nagle, w pewnych dokładnie określonych miejscach, dostrzegł iskry.
Odtwarzając pozycję tych drobnych rozbłysków elektrycznych, zmapował
falę. Ujawnił tym samym niewidoczne, dowodząc istnienia fal, których
częstotliwość opisujemy skalą Hertza i dzięki którym możemy korzystać z radia, telefonów komórkowych czy Wi-Fi.
Trudne doświadczenie, które warto znać
Wróćmy do naszych elektronów: tak jak Hertz musimy opracować
doświadczenie, które pozwoli nam sprawdzić, czy cząstki kwantowe
zachowują się jak "chmurki", owe słynne funkcje falowe. Ale tu
wszystko się komplikuje. Jak sprawdzić, czy funkcja falowa istnieje,
skoro znika ona podczas próby pomiaru?
Nauka nigdy wcześniej nie spotkała się z takim problemem. W mechanice
klasycznej jest inaczej. Żeby zweryfikować na przykład prawo swobodnego
spadania ciał, wystarczy, że wyrzucicie przez okno jabłko i zmierzycie
czas jego spadania, uwzględniając w swoich pomiarach wysokość. Trudno
się nie zgodzić z tym, że użycie stopera nie zmienia sposobu, w jaki
spada jabłko. Obserwowane czy nie, zawsze spada ono w ten sam sposób. I całe szczęście! Tymczasem w fizyce kwantowej pomiar oddziałuje na
mierzony obiekt...
Na tym właśnie polega cała trudność. Dlatego lepiej będzie, jeżeli od
razu uprzedzę, że doświadczenie, jakie trzeba wykonać, aby wykryć
funkcję falową, nie należy do najprostszych. Wyjaśnię je krok po kroku,
ponieważ naprawdę warto je poznać. Po pierwsze dlatego, że jest bardzo
eleganckie: pokazuje, jak wykryć obiekt z założenia niewykrywalny. Po
drugie dlatego, że ucieleśnia osobliwość świata kwantowego. Przywołajmy
raz jeszcze Feynmana, który tak je opisuje: "Ten jeden eksperyment
zawiera w sobie wszystkie tajemnice mechaniki kwantowej. Jego analiza
pozwoli nam na zapoznanie się ze wszystkimi osobliwościami i paradoksami
natury"1.
Przeanalizujmy zatem to doświadczenie krok po kroku.
Najpierw spróbujmy odpowiedzieć sobie na proste pytanie: jak udowodnić,
że fala jest falą? Zobrazujmy ją jako falę rozchodzącą się po jeziorze.
Może ją wzbudzić statek, poryw wiatru lub rzucony kamień. Mówiąc nieco
dokładniej: powstaje ona wskutek ruchu wody i cechuje się garbami i dolinami rozchodzącymi się po całej powierzchni, przy czym dzieje się to
w sposób progresywny. Nawet jeżeli fale są niewidoczne, jak w przypadku
dźwięku czy sygnału radiowego, można je wykryć za pomocą mikrofonu albo
anteny.
Jak jednak precyzyjnie je zmierzyć, w tym zwłaszcza pod kątem kształtu?
Otóż łącząc je ze sobą. Wyobraźcie sobie dwie różne fale, wywołane na
przykład dwoma kamieniami wrzuconymi do jeziora w tym samym momencie.
Jeżeli grzbiety pierwszej fali nałożą się na grzbiety drugiej, to ich
amplituda się zsumuje i powstanie dwa razy większa fala: mówimy wówczas
o interferencjach konstruktywnych.
Jeżeli zaś wystąpi przesunięcie polegające na tym, że grzbiety pierwszej
fali nałożą się na doliny drugiej, to dokona się wygaszenie: fala
zniknie. W tym wypadku będziemy mieli do czynienia z interferencjami
destruktywnymi. Aby dało się zaobserwować ten efekt, obie fale muszą być
absolutnie identyczne, co nie zawsze jest łatwe do osiągnięcia. Sztuczka
dla leniwych polega na tym, żeby wykorzystać tylko jedną falę, podzielić
ją i wysłać każdą z dwóch powstałych części osobnymi ścieżkami: potem
wystarczy je tylko połączyć. Doświadczenie to nosi różne uczone nazwy, w zależności od sposobu dzielenia fali na dwie części: doświadczenia
Younga, interferometrii Macha-Zehndera itd.
Podsumujmy: żeby wykazać, że jakaś nieznana rzecz zachowuje się jak
fala, wystarczy pokierować ją dwoma różnymi ścieżkami, po czym złączyć
na nowo i sprawdzić efekty - uzyska się interferencję konstruktywną lub
destruktywną w zależności od pokonanych dystansów. Modulowanie długości
jednej ścieżki względem drugiej sprawi, że fala będzie się to pojawiać,
to znikać.
Gdy nakładają się na siebie dwie fale, dodają się lub odejmują, tworząc
szczególny kształt z interferencjami.
W mechanice kwantowej ten genialny pomysł wcielono w życie blisko sto
lat temu! W latach 20. ubiegłego wieku z powodzeniem wykorzystali go w swoich badaniach nad cząstkami kwantowymi Clinton Davisson i Lester
Germer. Użyli oni strumienia elektronów, które skierowali na niklową
płytkę. Tutaj proponuję współcześniejszą i łatwiejszą do zrozumienia
wersję tego eksperymentu, jaką zespół Hermana Batelaana przeprowadził w 2013 roku na Uniwersytecie Nebraski. Naukowcy postanowili wysłać
elektron dwoma różnymi ścieżkami schodzącymi się w jednym punkcie, po
czym wykonać pomiar. Jeżeli elektron jest cząstką, wybierze tylko jedną
z dwóch ścieżek. Ale jeżeli choć w najmniejszym stopniu przypomina falę,
spodziewajcie się niespodzianek...
Najpierw Batelaan i jego koledzy rozgrzali wolframowy drucik, żeby
uzyskać źródło emisji elektronów. Następnie elektrony zostały skierowane
ku ustawionej kilka centymetrów dalej tablicy, w której wycięto dwie
bardzo wąskie szczeliny, każda o szerokości kilkudziesięciu nanometrów.
Elektrony, którym udało się przez nie przejść, docierały do ustawionego
nieco dalej fluorescencyjnego ekranu i były rejestrowane przez
wysokoczułą kamerę. Wszystko odbywało się w próżni, tak aby eksperymentu
nie zakłóciły żadne pyłki.
Mój opis do was nie przemawia? Wyobraźcie więc sobie strzelnicę w wesołym miasteczku. Jeżeli chcecie wygrać pluszaka, musicie skierować
lufę karabinu do jednego z dwóch otworów, za którymi znajduje się
papierowa tarcza, i wymierzyć w stronę celu. Kiedy wypuścicie serię,
wasze pociski podziurawią tarczę w różnych miejscach zależnie od tego,
czy przeszły przez prawy, czy lewy otwór.
W doświadczeniu Batelaana celem był ekran wykrywający elektrony.
Filmując go, można było dowiedzieć się, czy elektron zachował się po
prostu jak cząstka, przechodząc albo przez prawą, albo przez lewą
szczelinę, czy też powstały interferencje typowe dla fali.
Dla pewności badacze najpierw przeprowadzili test, zasłaniając jedną ze
szczelin. Elektrony miały zatem do wyboru tylko jedną ścieżkę i zgodnie
z oczekiwaniami badaczy ujawniały się na całej płaszczyźnie ekranu w postaci pojawiających się i znikających punkcików2.
Następnie odsłonięto drugą szczelinę. Wkrótce na ekranie
fluorescencyjnym pokazał się pierwszy punkcik: jeden z elektronów
przeszedł zatem przez jedną ze szczelin. Jak na razie nie było w tym nic
zaskakującego. Potem pojawił się drugi punkcik, trzeci itd. Wszystkie
uwidaczniały się na ekranie - wydawałoby się - chaotycznie. Ale wciąż
ani śladu fali... Jednak po około stu zarejestrowanych strzałach niektóre
obszary ekranu pozostały nietknięte, jakby niedostępne dla elektronów.
Można było odnieść wrażenie, że bombardują one tylko pewne konkretne
miejsca, gromadząc się wzdłuż pionowych pasm rozdzielonych "dziewiczymi"
strefami.
Gdy fala kwantowa przechodzi przez szczeliny, powstają interferencje.
Podczas pomiaru kurczy się ona co prawda do pojedynczego punktu, suma
wszystkich pomiarów dowodzi jednak ostatecznie istnienia interferencji.
Czyżby był to cień odwzorowujący kształt szczelin? Nie, szczeliny były
dwie, a na ekranie pojawiło się co najmniej dziesięć takich pasków.
Kilka tysięcy elektronów później kształt się nieco wyostrzył, a bombardowane obszary stały się jeszcze wyraźniejsze. Fizycy nazywają je
prążkami interferencyjnymi. Elektrony docierają tylko do pewnych stref
ekranu, leżących w regularnych odstępach. I nigdzie indziej. Oto
dlaczego: elektron, tak jak fala, przechodzi przez obydwie szczeliny.
Przekroczywszy je, rozszczepia się na dwie mniejsze fale. W drodze do
ekranu każda z owych fal pokonuje mniejszy lub większy dystans. W niektórych miejscach obie fale są doskonale zsynchronizowane i sumują
się: grzbiet nakłada się na grzbiet, dolina na dolinę. Interferencja
jest konstruktywna. Gdzie indziej fale się wygaszają: grzbiet nakłada
się na dolinę, dolina na grzbiet. Interferencja jest destruktywna: nie
ma fali, nie ma elektronu! Zaobserwowana naprzemienność jest jak cień
końcowej fali powstałej z połączenia dwóch mniejszych.
Omawiane doświadczenie dowiodło niewyobrażalnego: elektron zachowuje się
jak fala od chwili swoich narodzin do chwili pomiaru i dopiero wówczas -
i tylko wówczas - kurczy się do postaci cząstki. Musi zatem przejść
przez obydwie szczeliny naraz! Cała błyskotliwość eksperymentu polega na
tym, żeby najpierw pozwolić elektronowi zachowywać się jak fala i ulec
efektowi interferencji, a dopiero na końcu zmusić go do przybrania formy
korpuskularnej.
Podkreślmy ostatni fascynujący szczegół: w trakcie całego doświadczenia
elektrony były wysyłane jeden po drugim. Fizycy cierpliwie czekali, aż
elektron dotrze do ekranu, zanim wysłali kolejny. Fali nie tworzyły
zatem wszystkie elektrony wspólnie, ale każdy z osobna.
Uf, najtrudniejsze za nami! Nawet jeżeli nie zrozumieliście wszystkich
szczegółów eksperymentu, zapamiętajcie wnioski - te same, które od
niemal stu lat wyciągają wszystkie zespoły badawcze przeprowadzające owo
doświadczenie w warunkach laboratoryjnych: świat w mikroskali ma naturę
kwantową i przejawia dalece nietypowe zachowania, gdzieś w połowie drogi
między właściwościami cząstek a właściwościami fal.
Rozdział 2
Rozdział 2
Pięćdziesiąty drugi list
Odkrywamy funkcję falową
"Drogi Bornie,
[...] Fizyka kwantowa bywa szalenie spektakularna. Mój wewnętrzny głos
mówi mi jednak, że nie jest satysfakcjonująca. Działa bez zarzutu, a mimo to nie zbliża nas do faktycznego zrozumienia rzeczy. W każdym razie
jestem przekonany, że Bóg nie gra w kości".
Albert Einstein
Te krótkie słowa, jakie w 1926 roku Einstein wysłał swojemu
przyjacielowi Maxowi Bornowi, pochodzą z pięćdziesiątego drugiego
spośród szeregu listów, jakie obaj panowie wymienili w ciągu trwającej
ponad czterdzieści lat korespondencji. List wygląda niepozornie. Jest
jednak kwintesencją wątpliwości, jakie ogarnęły wówczas fizyków, z najsłynniejszym z nich na czele.
W tym miejscu nie obejdzie się bez skoku w nieodległą przeszłość. U schyłku XIX wieku panuje przekonanie, że fizyka nie ma - albo prawie nie
ma - już żadnych tajemnic. Wyniki dwóch, zdawałoby się, prostych
doświadczeń nie dają jednak naukowcom spokoju: jedno związane z promieniowaniem ciała doskonale czarnego, drugie zaś z efektem
fotoelektrycznym. Każde z nich przynosi rezultaty, których nie da się
pogodzić z obowiązującymi teoriami. Mógłbym wam je opisać w najdrobniejszych szczegółach, pokazać schematy, potrzebny sprzęt i wykresy. Ale obiecałem, że będziemy trzymać się sedna, więc nie
rozmieniajmy się na drobne.
Jesteście gotowi? Oto ekspresowy przegląd pierwszych dwudziestu pięciu
lat mechaniki kwantowej.
Rok 1900, etap 1. Naukowcy mierzą promieniowanie ciała doskonale
czarnego, czyli natężenie i barwę światła emitowanego przez czarny piec
rozgrzany do temperatury kilkuset stopni. Odwzorowują natężenie
promieniowania na podstawie długości fali właściwej danej barwie i otrzymują krzywą w formie dzwonu. Nie potrafią jej jednak
zinterpretować. Na rozwiązanie wpada Max Planck. Opis sprawdza się
idealnie, jeżeli uznać, że energia pieca jest uwalniania w małych
pakietach, jak gdyby była nieciągła, skwantowana.
Rok 1905, etap 2. Albert Einstein chce wyjaśnić, w jaki sposób światło,
zależnie od długości fal, odrywa elektrony od niektórych metali.
Przypuszcza, że światło także składa się z małych pakietów, czyli że
jest ziarniste. Każde z ziaren zostaje nazwane fotonem.
To prawdziwy wstrząs w środowisku fizycznym, ponieważ dopiero co
udowodniono, że światło jest falą elektromagnetyczną. Przypomnijcie
sobie: chodzi o owe niewidzialne fale odkryte w poprzednim rozdziale
przez Hertza, rodzaj oscylacji elektrycznych i magnetycznych
przemieszczających się z prędkością 300 000 km/s. Ale Einstein burzy ten
pogląd: światło ma także naturę ziarnistą. Fali nie tworzą wspólnie
wszystkie fotony, lecz każdy z nich jest falą i cząstką zarazem.
Światło cechuje zatem dualizm korpuskularno-falowy.
Rok 1923, etap 3. Louis de Broglie wychodzi z rewolucyjnym pomysłem.
Jeżeli, jak twierdzi Einstein, zjawiska falowe można także traktować
jako ziarniste, dlaczego nie miałoby być na odwrót? Dlaczego cząstki, z których zbudowana jest materia, nie miałyby być falami? Fizyk idzie
jeszcze dalej. Każdy atom, każdy elektron, a nawet każde ciało fizyczne
- wy, ja, wieża Eiffla - wszyscy jesteśmy falami! Szczęśliwie dla nas,
obliczając właściwości owych fal materii, de Broglie szybko uświadamia
sobie, że aby ciało mogło przypominać falę, musi być bardzo małe i lekkie - rzędu miliardowej części metra. To tłumaczy, dlaczego nikt
dotąd tego nie zauważył.
Rok 1925, etap 4. Erwin Schrödinger tworzy z wszystkich tych elementów -
noszące od tej pory jego nazwisko - równanie pozwalające obliczyć owe
dziwne fale kwantowe. Wpada na ten pomysł niemal instynktownie, próbując
obliczyć energię fali de Broglie'a w atomie wodoru.
Oko w oko z równaniem Schrödingera
Owo słynne równanie, które widnieje nawet na nagrobku Schrödingera,
przyniesie jego autorowi Nagrodę Nobla. Pokazać je wam? Zadaję sobie to
pytanie przed każdym wykładem dla szerokiej publiczności: czy wzór
matematyczny nie zniechęci znacznej części słuchaczy, przywołując złe
wspomnienia z czasów licealnych? Czy to nie będzie jakiś rodzaj
fanfaronady, sposób na udowodnienie, że popularyzator stoi ponad tłumem,
że on jeden wie, do czego służą wzory, o których przytłaczająca
większość odbiorców nie ma pojęcia?
Ale równania nie są tylko zgrabnymi formułkami matematycznymi; często
pozwalają fizykom wpaść na trop nowego pojęcia, rozłożyć je na czynniki
pierwsze, przeanalizować, poddać próbie i wreszcie zrozumieć. Ten jeden
raz pozwólcie zatem, bym ulegając pokusie, przedstawił wam równanie
Schrödingera i pokazał tym samym, co jest w nim fascynującego.
To równanie można traktować jak maszynę do przewidywania przyszłości.
Żeby maszyna zadziałała, musimy dostarczyć jej informacji o wszystkim,
co wiemy na temat teraźniejszości w dokładnie określonej chwili i przestrzeni. Gdy uruchomimy maszynę, wówczas równanie pozwoli
przewidzieć, co się wydarzy na naszych oczach za jedną sekundę, dwie
sekundy, godzinę... Na tym polega potęga fizyki - dzięki niej można
definiować prawa opisujące świat w danym momencie, a następnie korzystać
z nich, żeby antycypować przyszłość.
Posłużmy się konkretnym przykładem: wyobraźmy sobie pojedynczy elektron.
Umieśćmy go w polu elektrycznym, na przykład tym, które wytwarza bateria
albo zasilacz komputera. Żeby określić, jak elektron się zachowa,
skorzystajmy z równania. Zapisujemy je następująco:
Możemy je sobie zwizualizować tak jak na ilustracji na następnej
stronie. Grecka litera ? (psi) oznacza
funkcję falową. To ona opisuje elektron, to ją staramy się określić.
Zanim uruchomimy maszynę, żeby obliczyć ?,
musimy wskazać masę elektronu, którą oznacza literka m. Maszynę należy
również poinformować o wszystkim, czego elektron doświadczy. O tym mówi
literka V. Opisuje ona w syntetyczny sposób wszystko, z czym będzie
musiała zmierzyć się nasza cząstka - zderzenia z innymi cząstkami,
grawitację, promieniowanie itd. W naszym przypadku V będzie oznaczało
pole elektryczne baterii, jego natężenie, kształt i kierunek.
Literka h z kreseczką jest stałą, czyli wielkością, która nigdy się
nie zmienia. Cała reszta, symbole i, ?/?t oraz trójkąt
zwany nabla, to stałe lub działania matematyczne właściwe dla funkcji
falowej i wskazujące, jak przeprowadzać obliczenia. Teraz wystarczy
tylko zakręcić matematyczną korbką, a równanie, niczym potężny
kalkulator, obliczy nasze ? i jego ewolucję.
W ten sposób dowiemy się, jak wygląda nie tylko elektron, ale także jego
przyszłość - czy przemieści się on do przodu czy do tyłu, czy się
skurczy czy spęcznieje...
Być albo nie być... falą
Schrödinger publikuje swoje równanie w 1926 roku i zaraz potem dowodzi
jego efektywności w praktyce. Stosując je do obliczenia właściwości
luminescencyjnych atomów wodoru, stwierdza, że działa ono
nadspodziewanie dobrze. Nie tylko umożliwia zrozumienie już
przeprowadzonych doświadczeń laboratoryjnych, ale pozwala przewidzieć
zjawiska, które dopiero staną się przedmiotem badań. Wobec czego jego
sformułowanie bardzo szybko spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem
naukowców.
Niektórzy jednak wskazują na pewne mankamenty tej koncepcji. Nie
podważają przy tym samego równania, ale jego znaczenie. Co tak naprawdę
oznacza symbol ?? Czy to zwykła fala, jak na
samym początku sugerował de Broglie? I czy skoro równanie działa, to
powinno się odrzucić pojęcie cząstki i przyjąć, że wszystko jest falą?
Inne, jeszcze delikatniejsze pytanie brzmi: czym miałaby być materia
reprezentowana przez ową falę? Prawdziwym elektronem, tyle że rozdętym i rozwodnionym? W wypadku klasycznych fal odpowiedź jest prostsza: to woda
morska niesie falę ku oceanowi; to cząsteczki powietrza, zderzając się
ze sobą, sprawiają, że dźwięk się rozchodzi niczym stadionowe "ole!". Co
jednak wibruje czy oscyluje w wypadku elektronu? Co odgrywa rolę wody
albo powietrza?
Naukowców dręczy jeszcze jedna wątpliwość. Otóż według Schrödingera
podczas wykonywania pomiaru fala nagle się kurczy i staje się na powrót
cząstką. Ale co znaczy "nagle"? Czy fala rzeczywiście może skurczyć się
w jednej chwili? Byłoby to pogwałceniem fundamentalnej zasady
Einsteinowskiej teorii względności, która mówi, że nic nie może poruszać
się szybciej niż światło.
Fizycy sądzili, że wraz z odkryciem równania Schrödingera nareszcie będą
mogli lepiej zrozumieć fale kwantowe. Tymczasem nowe narzędzie wydaje
się rodzić więcej pytań niż odpowiedzi. Ale oto na scenę wkracza Max
Born, przyjaciel Einsteina. Jest to dosyć nietypowa postać w wąskim
kręgu fizyków kwantowych. Mniej ekstrawagancki niż młody Heisenberg,
mniej refleksyjny niż mędrzec Bohr, mniej zjadliwy niż geniusz Pauli i z całą pewnością mniej romantyczny niż poligamista Schrödinger, odgrywa
pozornie drugorzędną rolę. Nagrodę Nobla otrzyma zresztą dopiero w 1954
roku, blisko dwadzieścia lat po swoich kolegach. Odbierając ją, powie
skromnie: "Dzieło, za które mam zaszczyt przyjmować Nagrodę Nobla, nie
przyniosło odkrycia nowego zjawiska naturalnego, ale raczej położyło
fundament pod nowy sposób myślenia o tychże zjawiskach".
Wkład Borna w rozwój wiedzy okazuje się jednak kluczowy. Pod koniec
studiów matematycznych na uniwersytecie w Getyndze, jednej z najbardziej
prestiżowych niemieckich uczelni tamtej epoki, młody Max przekierowuje
swoje zainteresowania na fizykę. Począwszy od 1920 roku zaczyna skupiać
wokół siebie najbardziej błyskotliwe umysły swoich czasów. Mowa tu m.in.
o Wernerze Heisenbergu, Pascualu Jordanie, Wolfgangu Paulim, Enricu
Fermim. Dość wspomnieć, że spośród jego studentów i asystentów aż
siedmiu otrzyma w przyszłości Nagrodę Nobla! Born nie tylko dobrze
organizuje pracę swojego zespołu, ale także znacząco przyczynia się do
postępu w dziedzinie mechaniki kwantowej. Dwukrotnie popchnie tę naukę
istotnie naprzód. Najpierw, gdy zaproponuje nowe narzędzia matematyczne
służące lepszemu zrozumieniu tej dziedziny: chodzi tu o wciąż przez nas
stosowane macierze i wektory. Następnie zaś, co szczególnie ważne, gdy w 1926 roku, krótko po opublikowaniu przez Schrödingera jego równania,
zaproponuje nowe wyjaśnienie funkcji falowej ?, takie, które rozwieje wszystkie wątpliwości.
Trzeba podkreślić, że Bornowi nie podoba się falowy model Schrödingera i wypowiada się na jego temat dość ostro: "Wyczyn Schrödingera ogranicza
się do czegoś stricte matematycznego, jego fizyka jest żałosna".
Dopiero na marginesie obliczeń dotyczących zderzeń, do jakich dochodzi
między cząstkami, w jednej chwili uświadamia sobie, co tak naprawdę
oznacza ?. Funkcja falowa ? nie jest po prostu falą, jak utrzymuje
Schrödinger, ale opisuje prawdopodobieństwo obecności. Ta śmiała teza
przesunie mechanikę kwantową na stronę nieokreśloności i prawdopodobieństwa - z interpretacją tą stopniowo oswoją się wszyscy
fizycy... z wyjątkiem Einsteina.
Chciałbym w tym miejscu zwrócić uwagę, że teza Borna jest być może
najważniejszą koncepcją, jaką znajdziecie w tej książce, stanowi bowiem
o całej osobliwości fizyki kwantowej. Funkcja falowa nie opisuje więc
zwykłej fali, to byłoby zbyt proste. Opisuje raczej
prawdopodobieństwo, że cząstka znajdzie się tu albo tam. Precyzyjna
formuła matematyczna przyda się tylko tym, którzy chcieliby wykonać
bardziej zaawansowane obliczenia, Born umieszcza ją zresztą w przypisie
do swojego przełomowego artykułu, i tak samo zrobimy my3. Funkcja
falowa działa zatem jak swoista mapa geograficzna możliwości. Podpowiada
cząstce, jakie są jej szanse znalezienia się w tym czy innym miejscu. Za
każdym razem, kiedy chcemy ją zmierzyć, cząstka wyciąga swoją mapę ? i wybiera losowo miejsce, w którym się pojawi.
Widzicie niebieskie postacie w górnej części rysunku na następnej
stronie? W pewnym sensie przedstawiają funkcję falową. Na początku nasza
postać istnieje w wielu miejscach naraz, rozciąga się jakby na całej
szerokości strony. Co prawda jest jej znacznie więcej w środku niż po
bokach, jednak zajmuje mniej więcej całą tę przestrzeń jednocześnie.
Natomiast kiedy próbujemy ją zmierzyć, postać materializuje się w jednym
konkretnym miejscu strony.
O godzinie ósmej, podczas pierwszego pomiaru, znajduje się na środku.
Podczas identycznego pomiaru przeprowadzonego później pojawia się nieco
bardziej na prawo. I tak dalej. Postać zjawia się losowo w dowolnym
miejscu na stronie. Zwróćcie uwagę, że funkcja falowa niekoniecznie ma
wszędzie tę samą wartość. W naszym przykładzie jest trochę gęstsza w środkowej części strony. Istnieje więc większe prawdopodobieństwo, że
postać pojawi się gdzieś pośrodku.
Funkcja falowa rozciąga się na całej szerokości strony tak jak
niebieskie postacie. Za każdym razem, gdy chcemy ją zmierzyć, postać
materializuje się w innym miejscu.
Aby uzmysłowić sobie, jak bardzo nietypowe jest takie gwałtowne
redukowanie kształtu, wyobraźcie sobie orkiestrę kwantową. Jesteście w sali koncertowej, orkiestra gra pierwszy akord. Muzyka wydobywa się z instrumentów i rozchodzi po całej sali, ale tylko jako
prawdopodobieństwo. Na widowni panuje kompletna cisza, nic nie słychać.
Fala rozchodzi się bezgłośnie. Nagle kurczy się do punktu przy uchu
jednego słuchacza. Pozostali niczego nie słyszą. Następny dźwięk dociera
do bębenków innego słuchacza i tak dalej. W tej sytuacji wykonywana
owego wieczoru symfonia wybrzmi tylko wtedy, kiedy wszyscy słuchacze
wyśpiewają między sobą te jej urywki, które każdy z osobna usłyszał.
Inna wizja świata
Jeżeli czujecie się trochę zagubieni wśród tych nowych pojęć, nie
przejmujcie się, to normalne. Model probabilistyczny szokuje również
fizyków, zarówno nowicjuszy, jak i starych wyjadaczy. Co nie oznacza, że
go w ogóle nie rozumieją, po prostu nie zgadza się on z ich intuicją. Do
tej pory mogli ufać swoim równaniom, żeby w sposób wiarygodny
przewidzieć zdarzenia. Weźcie na przykład rakietę, zaopatrzcie ją w odpowiednią ilość paliwa i wyślijcie w kosmos: specjalista bezbłędnie
obliczy jej trajektorię. Na tym polega cała potęga klasycznej mechaniki
newtonowskiej, zbioru deterministycznych praw zdolnych precyzyjnie
określić przyszłość, jeżeli tylko dostatecznie dobrze znamy
teraźniejszość.
Fizykom skrycie marzy się możliwość przewidywania wszystkiego, nie
tylko trajektorii rakiet czy planet, ale także naszych własnych ruchów,
a nawet myśli! Gdyby przekazać potężnemu komputerowi dokładną mapę
wszystkich atomów naszego mózgu, być może przy zastosowaniu praw
fizycznych dałoby się obliczyć z kilkuminutowym wyprzedzeniem, co
pomyślimy. To z kolei zmusiłoby nas do zakwestionowania pojęcia wolnej
woli.
Równanie Schrödingera jest natomiast kijem wetkniętym w szprychy tych
deterministycznych zapędów. Od momentu jego sformułowania nie można
przewidzieć dokładnej pozycji elektronu. I nie chodzi po prostu o niedokładność wynikającą z naszej niewiedzy albo niezdolności wykonania
obliczeń w odniesieniu do dużej liczby cząstek równocześnie. Nie, owa
fundamentalna niepewność dotyczy każdej cząstki z osobna - i nie można
jej uniknąć. Tym samym fizyka kwantowa ratuje naszą wolną wolę. Uf, znów
jesteśmy kowalami własnego losu!
Teraz lepiej rozumiemy ostrą reakcję Einsteina w liście do Borna: "W każdym razie jestem przekonany, że Bóg nie gra w kości". Born oświadczy
później: "Opinia Einsteina na temat mechaniki kwantowej była dla mnie
ciosem. Odrzucał ją bowiem nie wskutek refleksji, ale bardziej pod
wpływem jakiegoś wewnętrznego głosu". Einstein nie mógł zaakceptować
pomysłu, jakoby fundamentalne prawa miały być loterią o nieprzewidywalnych wynikach. Wiele lat później pisał do starego
przyjaciela: "Znaleźliśmy się na antypodach w naszych naukowych
oczekiwaniach. Ty wierzysz w Boga, który gra w kości, a ja w całkowity
porządek i prawo, obowiązujące w obiektywnie istniejącym świecie;
próbuję je, w szalenie spekulatywny sposób, uchwycić"4. W fizyce ten rodzaj sporów mogą rozstrzygnąć tylko doświadczenia
laboratoryjne. A werdykt, po stu latach pomiarów i testów, jest
bezapelacyjny: funkcja falowa zachowuje się tak, jak interpretował ją
Born, nie zaś tak, jak chciał Einstein.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki