Czy jesteśmy sami na Ziemi? - Neil deGrasse Tyson

Kup ebooka

59.99 zł
44.99 zł (46,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1Obcy dla nas

Jeśli zbliży się do was kosmita z wieloma kończynami, z których jedna będzie przypominała wyciągniętą dłoń - powstrzymajcie się od pokusy jej uchwycenia. Nie wiecie przecież, której części ciała Obcego dotknęlibyście, i pewnie nie chcielibyście się tego dowiedzieć. Poza tym uścisk dłoni nie jest powszechnym zwyczajem nawet na całej Ziemi, a co dopiero w skali wszechświata. Nie wiadomo też, czy uniesienie ręki na powitanie zostanie odebrane przez niego jako wyraz życzliwości czy agresji. A co, jeśli kosmita zechce przywitać się z wami tak, jak witają się ziemskie psy, i po prostu podejdzie, żeby powąchać wasz tyłek? Nie wiecie nic o obyczajach naszego nowego kolegi - przy pierwszym spotkaniu najlepiej więc zostawić nawyki za progiem i poczekać, aż nieco go poznacie.

Na lekcjach biologii uczymy się, że ludzie mają wspólne 99 procent DNA z szympansami. To nie tylko tłumaczy nasze fizyczne podobieństwo, ale też dowodzi, że zaledwie sześć milionów lat temu mieliśmy wspólnego przodka1. Ponieważ całe życie na Ziemi ma jedno źródło, każde dwa gatunki mają gdzieś w drzewie życia wspólnego przodka. Im bardziej różnią się od siebie, tym dalej w czasie trzeba tego przodka szukać. Na przykład wspólny przodek człowieka i banana żył około półtora miliarda lat temu - tę epokę w historii ziemskiego życia śmiało można by nazwać "bananowym rozłamem"2. Mimo że ich wspólny przodek żył tak dawno temu, człowieka i banana wciąż łączy 25 procent identycznych genów.

Nie ma się co obrażać. Ewoluowaliśmy na tej samej planecie3.

Jeśli jednak przybysz z kosmosu przyleci z drugiego końca galaktyki i nie będzie miał z ludźmi żadnych wspólnych genów - a może wręcz żadnych genów w ogóle - możemy zakładać, że od wszelkich ziemskich form życia będzie różnił się co najmniej tak, jak człowiek różni się od banana. A mimo to większość filmów idzie na łatwiznę i serwuje nam kosmitów, którzy z wyglądu zewnętrznego niczym nie różnią się od ludzi; gdyby byli identyczni także od środka, to można byłoby zapytać, co w ogóle czyni ich kosmitami. Jeśli natomiast różniliby się od nas od środka - narządami, fizjologią i biochemią - wystarczyłby zwykły stetoskop, by lekarz natychmiast to rozpoznał. Gdyby jednak nigdy nie chorowali i nie potrzebowali leczenia, mogliby żyć oraz pracować pośród nas, doskonale ukryci na widoku. W przeciwnym razie, aby bezpiecznie się maskować, musieliby bywać tam, gdzie widok kosmity jest normą - na przykład na festiwalach cosplayu, takich jak Galacticon czy Comic-Con.

Nie mając twardych dowodów na to, jak wyglądają prawdziwi kosmici, musimy ich sobie wyobrażać. I właśnie to robimy. Internetowa baza filmów IMDb4 odnotowuje trzy tysiące filmów, seriali, gier wideo i dokumentów, w których tytule lub opisie pojawia się słowo "kosmita"; chodzi tu zarówno o kosmitów przyjaznych, jak i tych złych - chociaż głównie złych. Wiele z nich to tytuły, obok których trudno przejść obojętnie, jak choćby Moja macocha jest kosmitką (1988), Sex and the Single Alien (Seks i samotna kosmitka, 1993), Kowboje i kosmici (2011), Alien Surf Girls (Kosmitki na desce, 2012) czy Aliens, Clowns & Geeks (Kosmici, klauni i świry, 2019). Wszystkie te wyobrażenia podtrzymują humanoidalny wzorzec - i żaden z tych kosmitów nie przypomina banana. Do tej galerii kosmitów można dodać mityczno-magiczne krainy stworzone przez pisarzy - Brigadoon, Narnię, Gondor, Hogwart, Arendelle i oczywiście Szmaragdowe Miasto z Czarnoksiężnika z Oz - i oto napotkamy kosmitów, nie opuszczając Ziemi. Szczyt popularności kosmici osiągnęli bodaj w filmie Kosmiczny mecz z 1996 roku, w którym pięcioosobowa drużyna humanoidalnych, uwielbiających pyskówki potworów - każdy w innym kolorze: niebieskim, zielonym, fioletowym, pomarańczowym i czerwonym; razem tworzą ekipę "Monstars" - przybywa na Ziemię, by rozegrać mecz koszykówki z gwiazdorem NBA Michaelem Jordanem, Królikiem Bugsem i całą resztą bohaterów Zwariowanych Melodii wytwórni Warner Bros., doskonale pamiętanych przez starsze pokolenie widzów - od Kaczora Daffy'ego po Prosiaka Porky'ego*.

Tak, kosmici są wśród nas, rozgościli się na dobre.

Wbrew humanoidalnym stereotypom Hollywood stanowi ważny - choć niedoskonały - punkt wyjścia do myślenia o pierwszym (lub kolejnym) spotkaniu z prawdziwymi kosmitami. Jeśli chodzi o rozmiary, filmowi kosmici zazwyczaj nie są ani bardzo mali, ani ogromni. W filmie Predator z 1987 roku szpetny humanoid jest o mniej więcej 30 centymetrów wyższy od swojego - granego przez Arnolda Schwar­zeneggera - ludzkiego przeciwnika. Przyjmując, że Arnold mierzy 178 centymetrów**, Predator osiąga około 210 centymetrów. Tyle wzrostu ma co szósty koszykarz w NBA5, tak więc rozmiary Predatora nie są aż tak dalekie od ludzkich - a poza tym Predator krwawi. Być może kosmici są straszniejsi, gdy mogą spojrzeć człowiekowi prosto w oczy - to dlatego w filmie Park Jurajski z 1993 roku welociraptory wielkości człowieka były równie przerażające jak tyranozaur.

Inna kwestia: czy możliwe, by cała rasa kosmitów nie była większa od owadów? Problem nie polega na tym, czy życie pozaziemskie mogłoby być aż tak małe - lecz czy mogłoby być aż tak małe i jednocześnie budować statki kosmiczne zdolne do przemierzenia galaktyki. Żadne prawo fizyki tego nie zabrania, jednak siły przyrody w małej skali działają inaczej. To domena biofizyki - i właśnie dlatego owady mogą chodzić po pionowych ścianach, a wy nie. Dlatego pchła może skoczyć na wysokość 150 razy przekraczającą długość jej ciała6 - a wy nie. Dlatego mrówka może dźwigać ciężar pięćdziesięciokrotnie większy od własnego - a wy nie. I dlatego pająki mają nogi jak patyczki, podczas gdy hipopotamy, nosorożce i słonie - grube i masywne.

Wynika to z prostej zależności: masa ciała rośnie proporcjonalnie do sześcianu jego rozmiarów, a wytrzymałość kości jedynie do kwadratu. Jeśli więc powiększyć zwierzę dwukrotnie, jego masa wzrośnie ośmiokrotnie: 2 × 2 × 2 = 2? = 8. Tymczasem zdolność dźwigania zwiększy się tylko czterokrotnie: 2 × 2 = 2? = 4. To stawia istotom żywym wyraźną górną granicę rozmiaru - inaczej zapadłyby się pod własną wagą. Warto zauważyć, że masę wielorybów podaje się zwykle tak, jakby żyły na lądzie. Według tej miary płetwal błękitny waży 150 ton. Wieloryby nie występują jednak na lądzie - żyją w oceanie, gdzie siła wyporu słonej wody sprawia, że praktycznie nie ważą nic. Dlatego mogą osiągać tak ogromne rozmiary bez żadnego uszczerbku dla fizjologii - i dlatego wieloryb wyrzucony na brzeg to wieloryb skazany na śmierć. W świecie małych organizmów siła wygrywa z masą, obdarzając owady i inne drobne stworzenia ich niezwykłymi możliwościami.

W naszym świecie owady nie mogą jednak wiele zdziałać. Potrzeba ciężaru 100 tysięcy mrówek, żeby wygiąć spinacz do papieru*** - i to udałoby się tylko wtedy, gdyby ułożyły się we właściwej konfiguracji, piętrząc się warstwami, niczym cheer­leaderki na zawodach. Jak zatem miałyby obrabiać surowce i skonstruować nadający się do lotu pojazd kosmiczny? Prawa fizyki poważnie ograniczają prawdopodobieństwo wizyty maleńkich kosmitów, nie mówiąc już o dokonanej przez nich inwazji.

Największe lądowe zwierzęta w dziejach Ziemi pochodzą z czasów dinozaurów. Trochę im brakowało do Godzilli, ale i tak ważyły ponad 100 ton. Ogromni kosmici z łatwością wygną spinacz do papieru i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przylecieli do nas w odpowiednio wielkich statkach własnej konstrukcji. Naprawdę duzi megakosmici rodzą jednak pewien problem. Wyobraźmy sobie kosmitę wielkości całego Układu Słonecznego. Promień świetlny potrzebuje ośmiu godzin, by przebyć (z prędkością światła) dystans równy średnicy orbity Neptuna. Organizmy tej wielkości nie byłyby ani zwinne, ani zdolne do reagowania na bodźce. Gdyby kosmitę zaswędziała przysłowiowa łysina, poruszający się z prędkością światła sygnał nerwowy potrzebowałby przynajmniej ośmiu godzin, żeby dotrzeć do paznokci i wywołać odruch drapania. To opóźnienie paraliżowałoby każdą decyzję naszego megakosmity. Można też zapytać, na jakiej megaplanecie taka megaistota mogłaby żyć - jeśli nie unosiłaby się w przestrzeni - i jak w ogóle osiągnęłaby taki rozmiar. Nie jest to niemożliwe, ale mało prawdopodobne.

Trwający kilka dekad pochód banalnych kosmitów przez popkulturę przerwał film Gwiezdne wojny: część IV - Nowa nadzieja z 1977 roku****, zawierający niezapomnianą scenę w spelunie na planecie w odległej galaktyce. Klientela baru składała się z imponująco zróżnicowanych stworzeń, mierzących od 150 do ponad 220 centymetrów. Jedno dziwaczniejsze od drugiego - z drinkiem, z papierosem albo z jednym i drugim. W kantynie występowała też kosmiczna kapela jazzowa, w której każdy muzyk grał na innym instrumencie dętym. Scena ta przełamała wiele schematów dotyczących wyglądu filmowych kosmitów i utorowała drogę jeszcze bardziej kreatywnym postaciom pojawiającym się w kolejnych częściach sagi. A jednak niemal wszyscy przedstawieni kosmici mieli głowę, dwoje oczu, usta, ramiona, dwie ręce, dłonie i dziesięć palców.

Chyba nie powinno nas dziwić, że większość hollywoodzkich kosmitów to humanoidy z twarzami i ciałami przypominającymi nasze - to cecha charakterystyczna lądowych kręgowców w ziemskim królestwie zwierząt, a zarazem efekt tego, że w kostiumy kosmitów wciskają się ludzcy aktorzy. Nawet Ksenomorf***** z filmu Obcy - ósmy pasażer Nostromo z 1979 roku****** - z Sigourney Weaver w roli głównej - ma (podłużną) głowę, oczy, usta, zęby, szyję, ramiona, ręce, tułów, nogi, palce u rąk i nóg oraz ogon. A przecież kręgowce to tylko jedna gałąź w rozłożystej koronie drzewa życia. A co z innymi formami? Co z bezkręgowcami? Z wszechobecnymi grzybami? Z fotosyntetyzującymi roślinami? Jeśli wzorcem dla kosmity ma być ziemskie życie, to dlaczego mamy ograniczać się do humanoidalnych kręgowców?

Doskonałą ilustracją biologicznej różnorodności Ziemi są stanowiska paleontologiczne łupków z Burgess w Górach Skalistych Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie. Większość skamieniałości zwierzęcych na świecie to zmineralizowane szczątki kości i egzoszkieletów. Wyjątkowy skład chemiczny łupków z Burgess umożliwił zachowanie odcisków tkanek miękkich setek wodnych gatunków zwierząt sprzed 500 milionów lat, z okresu tuż po kambryjskiej eksplozji życia. Temu niezwykłemu miejscu poświęcił swoją bestsellerową książkę Wonderful Life (Cudowne życie) z 1989 roku ewolucjonista Stephen Jay Gould. Przegląd przeważnie wymarłych już stworzeń zachowanych w łupkach ukazuje wszelkie odmiany wijących się wyrostków, kolców, gałek ocznych rozsianych w przypadkowych miejscach, nóg, płetw, innych narządów ruchu i macek. Każde z nich byłoby bardziej fantazyjnym kosmitą niż cokolwiek, co zwykle produkuje Hollywood.

Choć raz - tylko raz - chciałbym zobaczyć szarego kosmitę z bujną fryzurą. W komedii science fiction pod tytułem Marsjanie atakują! z 1996 roku - z gwiazdorską obsadą - pojawia się ponętna marsjańska femme fatale z efektowną grzywą, lecz tak przebrali ją najeźdźcy z Marsa, by wyglądała jak człowiek - a więc to się nie liczy. Jednak twórcy tego filmu od samego początku trafili w dziesiątkę z jednym: latające spodki wyposażone są w opuszczane na ziemię pochylnie. Jeśli akurat nie teleportują was ani samych siebie na pokład i z powrotem, sama obecność pochylni oznacza, że hollywoodzkie latające spodki były dostosowane do wózków inwalidzkich, zanim takie udogodnienia stały się w Stanach Zjednoczonych wymogiem prawnym.

Na podstawie zeznań naocznych świadków, często złożonych jeszcze w stanie roztrzęsienia lub w trakcie seansów hipnozy, skatalogowano 12 archetypów kosmitów:

Szaraki - łysi, szarzy, z migdałowymi oczami. Nordycy - piękni kosmici o jasnej skórze, niebieskich oczach i długich, falujących blond włosach. Reptilianie - humanoidalne gady. Plejadczycy - przybywający z gromady Plejad, z wyglądu podobni do Nordyków. Owadopodobni - przypominający przerośniętą modliszkę. Małe Zielone Ludziki - małe zielone ludziki. Wysocy i biali - bladzi, wysocy i wątli. Hybrydy - po części kosmici, po części ludzie. Arkturianie - świetliści mistycy z układu gwiezdnego Arktura. Syrianie - z układu Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy na ziemskim niebie. Wysocy, świetliści, mądrzy, z subtelnymi rysami istot wodnych. Annunaki - bóstwa uwiecznione na starożytnych ilustracjach, we współczesnych interpretacjach uznawani za przybyszów z kosmosu. Lirianie - humanoidalni kosmici o kocich oczach z konstelacji Lutni.

Czyżby we wszechświecie istniało tylko dwanaście typów kosmitów - a może tyle właśnie potrafimy sobie wyobrazić?

Bezapelacyjnym liderem w kategorii najbardziej pomysłowo wykreowanych kosmitów jest emitowany przez Cartoon Network animowany serial dla dorosłych Rick i Morty. Rick to szalony geniusz, który dzięki swoim wynalazkom potrafi otwierać tunele czasoprzestrzenne, co daje mu dostęp do całej przestrzeni kosmicznej, łącznie z innymi wszechświatami. Rick wciąga Morty'ego, swojego nastoletniego wnuka, w kolejne eskapady, a spotykane po drodze formy życia spokojnie mogłyby konkurować z fauną z łupków z Burgess. Mamy tu nie tylko różnorodność morfologiczną, lecz także biologiczną i behawioralną - autorzy scenariuszy wyraźnie przykładali się do lekcji przyrody i biologii w szkole średniej i na studiach. Oto cztery przykłady z niezliczonego repertuaru kosmitów z Ricka i Morty'ego: (1) Robaki Oczne - niebieskie robaki z pojedynczą, wielką gałką oczną z przodu. (2) Bąk - wielowymiarowy gazowy byt zdolny do przemieniania jednych pierwiastków w inne, władający mocą alchemii. (3) Potwór Jądrowy - bezkształtna bryła z wydłużonymi mackami i bulwiastymi nogami, obdarzona tuzinem oczu różnej wielkości, i (4) Pasożyty Pamięci - infekujące umysł fałszywymi wspomnieniami, zawsze przyjemnymi i radosnymi. W internecie nieustannie trwają dyskusje o rankingach kosmitów z serialu, lecz Rick i Morty to coś więcej niż fabuła: to eksperyment wyobraźni, próba uchwycenia wszystkich sposobów istnienia życia, jakie mogą mieścić się w naszym wszechświecie i poza nim. Tyle że takie ćwiczenia wyobraźni zaczęły się najwyraźniej na długo przed Hollywood.

Tysiące lat sztuki starożytnej - od malowideł jaskiniowych, przez rzeźby w kamieniu i drewnie, po ryty na papirusie - dały nam wyobrażenia istot ludzkich i innych form życia. Przykładów sięgających zarania cywilizacji jest bez liku. Do powtarzających się motywów należą: wielkie głowy, osobliwe wypustki, promienie bijące z dłoni lub oczu oraz lewitacja. Tematyka jest na tyle nośna, że program telewizyjny Starożytni kosmici - jedna z najdłużej emitowanych produkcji History Channel - niestrudzenie przekonuje widzów, że każdy taki niewyjaśniony wizerunek jest śladem kosmitów mieszających się w ziemskie sprawy. Program jest już w trzeciej dekadzie emisji i nadal cieszy się popularnością*******.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Na pewno nie wiedzieliście, że pełne imię i nazwisko Porky'ego to Porky Cornelius Washington Otis Lincoln Abner Aloysius Casper Jefferson Philbert Horatius Narcissus Pig, co ujawniono w krótkometrażowej kreskówce Plane Dippy z 1936 roku.
** Prywatna rozmowa z Terrym Crewsem, przyjacielem Arnolda Schwarzeneggera.
*** W eksperymencie przeprowadzonym w warunkach domowych stwierdzono, że wygięcie przeciętnego spinacza wymaga siły około 300 gramów. Przeciętna mrówka waży jedną dziesiątą miligrama. Gdyby 100 tysięcy mrówek wspięło się na spinacz - być może udałoby im się go wygiąć.
**** Pierwszy film z sagi, pierwotnie zatytułowany po prostu Gwiezdne wojny.
***** Wymyślono to słowo na potrzeby filmu, opisuje rodzaj kosmitów w nim przedstawionych.
****** W latach 1979-2026 powstało osiem produkcji z tej serii, w tym serial telewizyjny.
******* Często prowadzi go sympatyczny Giorgio A. Tsoukalos.

Prolog

Od dziecka marzyłem, żeby porwali mnie kosmici. Zainteresowanie nocnym niebem obudziło się we mnie w wieku dziewięciu lat, po pierwszej wizycie w słynnym Planetarium Haydena - atrakcji wchodzącej w skład nowojorskiego Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej. Dorastając w tym mieście, pośród wszechobecnego smogu, zanieczyszczenia świetlnego, wysokich budynków i niekończących się wieczornych rozrywek, nigdy nie poznałbym nocnego nieba, gdyby nie Planetarium Haydena.

Kilka lat później wstąpiłem do lokalnego klubu miłośników astronomii*. Szukałem okazji, żeby spędzić noc samemu z teleskopem pod pogodnym niebem. Im większa była moja samotność a miejsce obserwacji bardziej odludne, tym mocniej pragnąłem, by z nieba opadł promień światła i mnie zabrał. To pragnienie ogarniało mnie szczególnie na szczytach gór, gdy pode mną zalegały niskie chmury - jak w obserwatoriach w chilijskich Andach, gdzie robiłem badania do doktoratu. Tylko ja, moje teleskopy i wszechświat. Chęć, by porwali mnie kosmici, wynikała wyłącznie z ciekawości kosmosu, nie zaś z jakiejś skrytej potrzeby ucieczki od cywilizacji czy opuszczenia Ziemi.

Jako zawodowy astrofizyk nie jestem w tym zainteresowaniu odosobniony. Wszyscy przeprowadzaliśmy stosowne obliczenia. Znamy rozmiar obserwowalnego wszechświata - jego średnica przekracza 90 miliardów lat świetlnych. Znamy wiek wszechświata - 13,8 miliarda lat. Wiemy, ile zawiera galaktyk - do biliona. Wiemy, ile gwiazd się w nich znajduje - w przybliżeniu 10 000 000 000 000 000 000 000 (dziesięć sekstylionów), mniej więcej. Możemy szacować, ile planet i księżyców krąży wokół tych gwiazd - wystarczy pomnożyć przez dziesięć. Znamy chemiczne składniki życia - wodór, tlen, węgiel, azot i oczywiście "inne". Wiemy, jak są powszechne - należą do najczęściej spotykanych we wszechświecie. Wiemy też, jak szybko zaczęło się życie - organizmy bytują na Ziemi przez 90 procent jej historii, licząc od momentu, gdy nasza planeta ostygła na tyle, by mogły przetrwać na niej złożone cząsteczki.

Znamy te liczby dobrze i dlatego nie potrafimy wyobrazić sobie wszechświata, który nie tętniłby życiem. Rozpaczliwie pragniemy je odnaleźć. A może to ono odnajdzie nas? A gdy to się wydarzy i kosmita zażąda: "Zaprowadź mnie do swojego przywódcy!" - co zrobicie? Co powinniście zrobić? Nasze zbiorowe wyobrażenie podpowiada, że kosmita chce spotkać kogoś, kto tu rządzi: prezydenta, premiera, monarchę, papieża - kogokolwiek, kto stoi na czele państwa. Rządzących jest jednak znacznie więcej, zwłaszcza wśród multimiliarderów i magnatów przemysłu. Kosmita, który nie wie nic o ludzkiej cywilizacji, lecz zdążył przed przybyciem podejrzeć nasze obyczaje, mógłby równie dobrze dojść do wniosku, że od wielu dekad władzę nad nami - być może nawet niepodzielną - sprawują ikony popkultury: Clark Gable, Walt Disney, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Beatlesi, Michael Jackson, Michael Jordan, Beyoncé i Taylor Swift.

Sam fakt, że kosmici pokonali drogę z dowolnego miejsca poza Układem Słonecznym i dotarli na Ziemię, pozwalałby z pewnością wnioskować, że są od nas bardziej zaawansowani - w każdy możliwy sposób. Może zatem nie powinniście szukać faktycznych przywódców - politycznych, kulturowych ani religijnych. Być może zamiast tego należałoby skierować gości do ludzi o wysokich kompetencjach naukowych i technologicznych. Warto by też schować przed kosmitami wszystkich, którzy uważają, że Ziemia jest płaska, oraz tych, którzy nie rozumieją, czym jest nauka, jak działa i jaki ma cel. Nie byłby to też właściwy moment na przekonywanie przybyszów, że to wasz Bóg stworzył wszechświat i ludzie - nie kosmici - zostali stworzeni na Jego podobieństwo. Chcemy wywrzeć jak najlepsze wrażenie na kosmicznych gościach, bez względu na to, jaki cel im przyświeca - obojętnie, czy przybyliby grabić, szkodzić, czy jedynie poznawać.

U podstaw naukowego rzemiosła leży sceptycyzm, dlatego stosujemy standardy dowodowe, które niektórzy odbierają jako obojętność lub wręcz negowanie rzeczywistości. Nie bierzcie tego do siebie - w ten właśnie sposób ustalono każdą obiektywną prawdę o tym świecie. Potraktujcie tę książkę jako podręcznik savoir-vivre'u i garść przemyśleń na wypadek bliskiego spotkania - albo podszytą nauką instrukcję, pełną wskazówek od astrofizyka, który pragnie spotkać kosmitów równie mocno jak wy.

* Założone w 1927 roku Nowojorskie Stowarzyszenie Astronomów Amatorów jest najstarszą organizacją tego typu w kraju.