Czy naprawdę schamieliśmy?. Nieznane eseje, szkice, opowiadania i felietony - George Orwell

-
Proszę czekać

Strajk profesorów Eton

Dziś rano pan Baker otrzymał telegram z centrali (nieuchronnie opóźniony, albowiem telegrafistce włosy wkręciły się w mechanizm odbiorczy). Związek Wicedyrektorów i Profesorów ogłosił strajk solidarnościowy z praczkami, szewcami i chłopcami na posyłki domagającymi się nacjonalizacji.

Wieść rozniosła się po szkole chyżo niczym pożar w lesie, lecz profesorowie zareagowali na nią z niejednakowym entuzjazmem. Byli tacy, którzy jawnie się cieszyli, nawet w obecności chłopców; niektórzy okazali obojętność; tym zaś, którzy bez skrępowania miotali obelgi na posłańców i szewców, nie pozwolono odtąd siedzieć w wygrzanych salach lekcyjnych i deklinować w pocie czoła rzeczownika mensa czy też obliczać niewiadomej wedle reguły trzech; musieli oni udać się do swoich domów i siedząc przed ponurymi kominkami, wsłuchiwać się w dobiegające z oddali gromkie owacje uczestników wiecu strajkowego odbywającego się w budynku Auli[1].

Była to gruba sprawa. Cała szkoła spotkała się na zgromadzeniu zażaleniowym, by coś postanowić. Zebraniu przewodniczył James K.S., a dyskusją kierował Royds. Nie podjęto żadnych decyzji, wszyscy jednak byli zgodni co do tego, że spotkanie jest imponujące. Wokół "ognistego krzewu"[2] gromadziły się niewielkie grupki, by poplotkować i popatrzeć, jak kilku bardziej zadowolonych profesorów, przyodzianych w sportowe getry, pedałuje ku Burnham Beeches[3].

Później, tego samego dnia, zdarzył się wielce żałosny incydent: dostrzeżono mianowicie profesora, który w przebraniu zwykłego człowieka skradał się Common Lane ku New Schools[4], po czym wśliznął się do swojej klasy i usiadł na gorących rurach, by się ogrzać; już, już miał wydobyć egzemplarz The Young Visiters[5] i umościć się wygodnie, gdy nieoczekiwanie dobiegły go z zewnątrz hałas i zgiełk. Wydawało się, że profesorowie nadciągają ze wszystkich stron, doszło do szamotaniny, rozległy się okrzyki: "Łamistrajk! Łamistrajk!". Wyważono drzwi, no i od tamtej pory profesor ów znajduje się w stanie krytycznym.

Scena ta wielce rozbawiła próżniaczy tłum chłopców, którzy zbiegli się, by pogapić się na widowisko.

Dwaj młodzieńcy, którzy wyszli wcześniej na przechadzkę, a teraz siedzieli opodal arkad, beztrosko rozprawiając o zaletach Lenina, Trockiego i Bogusławskiego[6], byli jedynymi uczniami, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, co się wydarzyło. Tuż przed porą obiadową (podczas strajku zrezygnowano z obiadu dla chłopców w proteście przeciwko pokojowym pikietom niektórych profesorów) ruszyli spacerkiem do swoich opiekunów; jeden z nich przypomniał sobie, że wezwano go tego ranka na rozmowę z opiekunem, jako że niestety został przyłapany na ściąganiu. Wszedł pospiesznie do jego gabinetu.

- Znalazłem się dziś w nader niezręcznym położeniu - zaczął opiekun - i jeszcze nie wiem, jakie powinienem podjąć kroki.

Chłopiec zadrżał, bo wyobraził sobie gniew rodziców, gdy opiekun zawiadomi ich o wszystkim.

Lecz oto opiekun kontynuował ciepłym głosem:

- Widzisz, mój chłopcze, sprawy wyglądają tak...

Uczeń poweselał.

- Muszę wyznać, że mamy teraz strajk.

Oczywiście z rozmowy wyszły nici!

Tego wieczoru profesorowie odbyli masówkę na dziedzińcu szkolnym, szukając inspiracji w łagodnym obliczu Henryka Założyciela[7].

Rząd zdecydowany jest walczyć do końca i trudno doprawdy orzec, co nam przyniosą te straszliwe wydarzenia.

"College Days", 29 listopada 1919, nr 3. Autorem tekstu najprawdopodobniej był Orwell.

Pan Simpson i moce nadprzyrodzone

Pan Simpson wyprostował się na krześle. Rozmowa dotknęła jego ulubionego tematu, tak więc był gotów w niej uczestniczyć, wyrażając się, jak to miał w zwyczaju, zwięźle i przedstawiając argumenty nie do zbicia. Bo też istotnie należał on do ludzi praktycznych. Był majętny, a swoją pozycję życiową (jego wyczekujący krewni oceniali, że wart jest na pewno ładnych pięćdziesiąt tysięcy funtów) osiągnął wyłącznie dzięki ciężkiej pracy. Twardo stąpał po ziemi, żadne subtelności życia nie były w stanie go porwać; wierzył tylko w to, co widział i czuł - i w nic więcej. Dlatego też gdy jakiś małomówny dotąd człowieczyna siedzący naprzeciw wypowiedział słowo "duchy", pan Simpson nastawił uszu.

- Duchy! - prychnął. - Toż to idiotyzm! Dziecinada! Wytwór chorego mózgu. Ci, którzy je wymyślają, są im podobni - niewarci złamanego grosza. Nie chcę słyszeć o żadnych duchach!

- Znakomicie - rzekł tamten. Najwyraźniej jego główną cechą był niezachwiany spokój. - Nie będę już pana irytował. Ponieważ jednak najwyraźniej nie wierzy pan w siły nadprzyrodzone, idę o zakład i stawiam sto funtów, że nie prześpi pan całej nocy w nawiedzonej izbie tu, w tej gospodzie. Uprzedzam pana uczciwie: cieszy się ona złą sławą.

Jego słowa właściciel gospody potwierdził ponurym skinięciem głowy.

- Sto funtów! - powtórzył pan Simpson. - Nie wydaje się zbyt uczciwe odbierać je panu. Przyjmuję jednak zakład, choćby tylko po to, żeby zadać kłam pańskim groteskowym teoriom.

- Doskonale. Jestem pewien, że nasz gospodarz zechce być tak uprzejmy i zgodzi się, żebyśmy złożyli u niego stawkę. - Rzekłszy to, wręczył karczmarzowi stufuntowy banknot.

Pan Simpson uczynił podobnie, wstał i jął zmierzać ku wyjściu.

- Numer siedem, pierwsze piętro - powiedział łagodnie mężczyzna, gdy pan Simpson znalazł się już u drzwi. - Dobrej nocy i miłych snów!

Pan Simpson dotarł do celu. Drzwi do pokoju otwarły się, w środku zapłonęła lampa elektryczna, okno zatrzasnęło się z hukiem, a zasłony same się zsunęły. Pan Simpson, wbrew sobie, poczuł lekkie zaskoczenie.

- A niech to - mruknął - zaczynają mi puszczać nerwy.

Jego słowa rozniosły się głośnym echem po izbie i było je słychać jeszcze przez kilka minut. Gdy zbliżył się do umywalki, z kranów popłynęła woda.

- No, no - rzekł do siebie pan Simpson. - Te duchy są niezmiernie uczynne. - I zachichotał cicho, ubawiony swym żarcikiem. - Jego śmiech oczywiście dał się słyszeć we wszystkich zakątkach pomieszczenia.

Pan Simpson podszedł do łóżka. Zasłony (albo coś, co w nich tkwiło) potężnie trzepnęły go w twarz.

- Cholera! - zaklął pod nosem.

Niemal w tej samej chwili coś podcięło mu nogi, tak że zwalił się jak kłoda, kalecząc się w kolano; wyrżnął przy tym głową w słupek łóżka. Po tym drobnym wydarzeniu położył się zły jak diabli. Ledwie to uczynił, łóżko, nie wiadomo dlaczego, zaczęło drżeć i kołysać się.

- No, coś takiego - burknął pan Simpson. - Wydawało mi się, że na pewno nie wypiłem zbyt wiele do kolacji.

Już niemal zasypiał, gdy poczuł, że coś łaskocze go w stopy. Tego pan Simpson zdecydowanie nie lubił: właściwie bardziej nie lubił tylko ciągnięcia za włosy. Tak więc rozeźlił się teraz nie na żarty. Kilka chwil później poczuł bolesne szarpnięcie za czuprynę. Dłużej już nie wytrzymał. Wyskoczył gwałtownie z łóżka i podbiegł do drzwi, które jednak, mimo jego szaleńczych wysiłków, nie chciały się otworzyć. Pan Simpson ostatkiem sił rzucił się ku oknu, wybił szybę i skoczył w dół, rozbijając szklany dach cieplarni. Dwie minuty później można było oglądać zabawną scenę: oto do salonu gospody wszedł chwiejnym krokiem na wpół przytomny stateczny i szacowny jegomość z City, w piżamie, cały w ziemi i odłamkach szkła, z purpurową z przerażenia twarzą. Osunął się na krzesło i skinął na gospodarza, żądając drinka.

- No dobrze - dyszał - niech już stracę te sto funtów, ale za żadne pieniądze świata nie wejdę tam bodaj na chwilę!

- Proszę tylko nie mówić, że pana nie ostrzegałem - rzekł znajomy mu człowieczek, odbierając od gospodarza dwa stufuntowe banknoty. - Być może chciałby pan moją wizytówkę - dodał.

Pan Simpson wziął ją i przeczytał:

SLITHIO

Sztukmistrz i iluzjonista

Poderwał się na równe nogi, pomstując głośno. Lecz człowieczyna już zniknął.

"Bubble and Squeak", 4 czerwca 1920, nr 2. Był to wydawany przez uczniów Eton College amatorski periodyk, który w nagłówku miał informację "Superefemeryczny" i kosztował szylinga (bubble and squeak to nazwa dania obiadowego sporządzonego z podsmażanych resztek warzyw i mięsa pozostałych z poprzedniego dnia).

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji