Rozdział 2
Zamieć
Estepia
- Umrę tu, to koniec - wycharczał Bren, próbując wstać ze zwału śniegu.
Mroźny podmuch szarpnął nim, kradnąc przerażającym wyciem resztki odwagi. Bren odchylił głowę, by złapać oddech i sprawdzić, czy upuszczona lampa oliwna nie zgasła. Na szczęście leżała na miejscu, dając nikły promień światła, a tym samym - nadziei. Zebrał siły, by ponownie wstać i krzyknąć. Zmierzchało, a noc w lodowych okowach to śmierć podczas snu.
Jakiego snu? Co za bzdura! - pomyślał. A niby jak umiera się z zimna? Przynajmniej nie będę cierpiał.
Strzepnął z twarzy warstwę śniegu i potrząsnął głową, chcąc pozbyć się złych myśli.
Czy to koniec?
Nagle dostrzegł w oddali sanie.
To ten zakuty łeb!
Splunął, obserwując, jak ślina powoli przymarza do śnieżnej hałdy. Uspokoił oddech i wstał, podnosząc lampę.
- Dray! - wrzasnął, a wiatr porwał krzyk i rozrzucił po okolicznych zaspach. - Dray! - Wymachiwał w kierunku wynajętego tragarza.
Zlustrował wszystkie strony, czując, że jest obserwowany. Czyżby widział załamujące się światło? Zmrużył oczy, lecz nie dostrzegł niczego podejrzanego. Dobiegło go paniczne rżenie koni, głośne i pełne ostrzeżenia.
Jeśli są konie, musi być jeździec lub choćby trakt - pomyślał, po czym ruszył w tym kierunku.
Skupianie uwagi na przeżyciu dodawało otuchy, jak wiele razy wcześniej. Nie posiadał żadnego talentu, zawodu ani wykształcenia. Nie miał zamożnych rodziców ani wpływowych znajomych. Przez całe swoje nędzne życie ślizgał się, podpierając szczęściem i sprytem. Wykorzystywał innych i nigdy, przenigdy się nie poddawał. Zupełnie jak teraz.
Brodził po kolana w śniegu, unosił wysoko stopy, by po chwili wciskać je z uporem w głębokie zaspy. Pluł śnieżnymi drobinami i odgarniał lodowe płaty z czoła. Kiedy dotarł do sosnowego lasu na skraju jeziora, niebo obsypały pierwsze gwiazdy. Poczuł ulgę, gdyż między drzewami nie wiało aż tak bardzo. Wicher strącał szyszki, lecz nie mroził twarzy. Zrobiło się ciszej niż na jeziorze, gdzie świst przeradzał się w jednostajne buczenie.
Po chwili przedzierania się przez krzaki jeżyn odkrył końskie szczątki. Zjedzone przez wilki. Na to przynajmniej wskazywały ślady.
- O tym też nie masz pojęcia, Bren - powiedział, rozglądając się w poszukiwaniu jakichkolwiek przedmiotów.
Nie znalazł nic godnego uwagi, więc ruszył dalej. Trop doprowadził go do niewielkiego traktu. Skrajnie wyczerpany, podparty resztką nadziei, za kolejnym zakrętem dostrzegł strużkę dymu, która toczyła nierówną walkę z burzą. Niedługo później ujrzał piętrowy budynek połączony z drugim, mogącym pełnić funkcję stajni. Kiedy zobaczył masywne drzwi oraz tablicę z napisem: "Karczma pod Tłustym Sumem", klęknął z dogasającą latarnią w dłoni. Zabezpieczone deskami okna i buchający z komina dym utwierdzały go w przekonaniu, że wewnątrz są goście. I strawa.
* * *
Po kilkunastu uderzeniach w dębowe drzwi odsłoniło się zakratowane okienko. Bren ujrzał obserwujące go oko, fragment kobiecej twarzy i żółte zęby.
- Ktoś ty? - usłyszał głos opleciony zapachem czosnku.
- Noclegu szukam, miej litość. Podróżuję do Plaven.
Niewiasta po drugiej stronie milczała przez chwilę, po czym odparła sucho:
- Pięćdziesiąt srebrników za noc, ostatnie miejsce w stajni. W cenie posiłki i wino. Zgadza się na to?
- Pół złocisza? Toż to niedorzeczne!
Nieznajoma zatrzasnęła okienko, zrzucając warstwę śnieżnego puchu z okutych drzwi.
- Czekaj! - krzyknął popychany ścianą lodowego wiatru. - Niech będzie.
Wiedział, że drzwi nie drgną, dopóki nie zapłaci, dlatego kucnął i rozpruł but. Był pewien, że kiedyś to nastąpi, ale nie przypuszczał, że tak szybko. Kiedy wyciągnął ostatnią złotą monetę i rzucił na tłustą dłoń, drzwi się przesunęły, a chłopak wskoczył do środka. Oparty o ścianę poczuł, jak wstążki ciepłego powietrza gładzą twarz, wlatują do mokrych rękawów i nogawek. Czuł je na karku i plecach. Stał, rozczapierzając palce, które - wciąż skostniałe - nie poddawały się wyższej temperaturze.
Właścicielka karczmy wręczyła mu resztę, po czym dała znak, by iść za nią. Owinięta w lepiący się od wina szary fartuch szurała butami i sapała, przytrzymując ogromny brzuch. Z cienia korytarza wyłonił się ubrany na czarno młody chłopak. Uzbrojony w długi miecz przyglądał się z napięciem nowo przybyłemu.
- Niech nie próbuje niczego głupiego, bo zna się na rzeczy - powiedziała kobieta. - I nie gada do niego, języka nie ma.
Bren spojrzał na niewiele młodszego od siebie chłopaka. Krępy osiłek nie mógł mieć więcej niż dziewiętnaście lat. Szedł z tyłu i przecierał spocone czoło barwną chustą. Był blady i roztrzęsiony.
Jest chory? - zastanawiał się, widząc, że dłonie ochroniarza drżą.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, w oczach spoconego mężczyzny dostrzegł lęk.
- Jeśli pojawi się nowy gość - zaskrzeczała karczmarka - podniosę ceny i ten zostanie, co zapłaci. Pierwszeństwo dla tych, co wewnątrz. Tera komplet, ale codziennie nowi przybywają, więc uprzedzam.
Zatrzymała się, dostrzegłszy zaskoczony wzrok Brena. Miała tłuste, zniszczone włosy, drobne oczy i zaczerwienione poliki. Jej palec wskazywał zabite deskami okno, za którym szalała lodowa wichura.
- Dla jednych to zagrożenie, dla innych interes - powiedziała, zbliżając twarz do nowego gościa.
Prócz intensywnej woni czosnku Bren wyczuł smród przetrawionego imbiru i cebuli. Kobieta się nie odsuwała. Patrzyła zachłannie na zapartego o ścianę wystraszonego chłopaka niczym głodny pies na soczystą polędwicę.
- Gdybyś chciał - wyszeptała i oparła dłonie o ścianę po bokach Brena - moglibyśmy omówić wysokość opłaty w moim pokoju. Tacy jak ty... - Przysunęła usta jeszcze bliżej.
Wtem wszystkie lampy w korytarzu zgasły. Nastała ciemność. Bren usłyszał jęk ochroniarza, który dyszał i mamrotał coś niezrozumiale.
- Na wszystkie krosty na dupie i więcej! - krzyknęła gospodyni. - Ki czort, ki demon, tfu!
Odsunęła się, sapiąc, i odeszła kilka kroków, wodząc palcami po ścianie. Bren usłyszał trzask krzemienia i ujrzał iskry. Po chwili najbliższa z lamp rozbłysła ciepłym światłem. Kobieta opadła na pięty i przyjrzała się płomieniowi.
- Cugu ni ma, a znów zgasły - rzekła, po czym maznęła palcem metalową podstawę. - I oszronione, na Sempenę. Ki czort?
Odwróciła się w kierunku Brena.
- Idzie za mną, pokażę, gdzie będzie spał, a gdzie jadł.
* * *
Pierwszym pomieszczeniem była stajnia. Pięć przywiązanych koni rżało, podjadając zawartość drewnianych paśników. Tuż obok, za solidnym przepierzeniem, usypano imponującą górę siana, na której leżały dwa sienniki. Przy pierwszym z nich przeszukiwał juki barczysty mężczyzna. Odziany był w tradycyjny strój górnika: wysokie buty, skórzaną ćwiekowaną kurtkę oraz szeroki pas z przytroczonym kilofem.
Nieznajomy krzyknął radośnie, unosząc dłoń z kośćmi do gry.
- Już myślałem, że zgubiłem je w tej nawałnicy.
- Tu będzie spał. - Gospodyni wskazała Brenowi wolną część siana.
Górnik zawiązał worek i wsunął kości do kieszeni spodni. Przeciągnął się, po czym wyszedł z pomieszczenia, pogwizdując.
- Śpią tu z bratem. Obaj to spokojne chłopy, nie będą wadzić - wyjaśniła.
Bren nie odrywał wzroku od miękkiego siana, doceniając wszechobecne ciepło. Tak niewiele brakowało, a zamarzłby w tej przeklętej zamieci. Pobiegł myślami do Draya.
Idę o zakład, że nie dał rady. Muszę odnaleźć sanie i zabrać towar, zanim zrobi to ktoś inny.
- A co tak stoi? - warknęła karczmarka. - Nie ma nic do rozpakowania, to idzie do izby.
W większym i lepiej ogrzanym pomieszczeniu dało się wyczuć aromat pieczonej szynki oraz ostry zapach octu. Wysokie na czterech ludzi, podparte kamiennymi kolumnami, z centralną częścią w postaci paleniska zwracało uwagę półokrągłym stołem zastawionym kuflami i mięsiwem. Stojąca tam kobieta przerwała krojenie sarniego udźca i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Tu będzie jadł, zajmie miejsce - powiedziała właścicielka.
Bren przebiegł wzrokiem po sali. Wszystkie stoły były zajęte. Przy najbliższym rozpoznał sąsiada ze stajni. Stał z kubkiem w dłoni i potrząsał nim, wsłuchany w stukot wirujących kości. Obok siedział podobnie odziany mężczyzna z ciemną brodą. Ryczał tubalnie, machając palcem w stronę kompana, i trząsł blatem, rozsypując brzęczące miedziaki.
Kolejny stolik, którego połamane nogi zastępowała drewniana skrzynia, zajmował starzec. Dłubał palcami w tłustym pieczonym kurczaku i wpychał do gardła spore kawałki, popijając obficie wodą. Za każdym razem, gdy połknął kęs, oblizywał palce i ponownie wbijał w rumiane mięso.
Przy przeciwległej ścianie Bren dostrzegł większy stół i dwóch mężczyzn. Jeden, wyglądający na kupca, odziany był w czerwony, bogato zdobiony kubrak. Drugi nosił strój myśliwski.
- Nie ma w księgach spisanej takiej zimy. Nocą godzinę wytrzymasz. Za dnia sześć w dobrym okryciu - mówił kupiec. - Jedynie dach nad głową ratunkiem.
W rogu pomieszczenia siedział młody mężczyzna, który wskazywał wolne miejsce obok. Bren uśmiechnął się, po czym ruszył w tamtym kierunku.
- Siadaj. Jestem Triod - powiedział nieznajomy, podając mu szczupłą dłoń.
- Bren. Dziękuję za zaproszenie - odparł i odsunął się, robiąc miejsce dla kobiety z tacą.
Po chwili patrzył zachłannie na stojący przed nim talerz pełen parującego mięsa. Zanurzył zęby w sarninie, która stanowiła popularną potrawę w najeżonym lasami Kindik. Nie przeszkadzało mu, że była sucha i żylasta. Ciepła strawa i dach nad głową to zdecydowanie lepsza opcja niż śmierć w okowach lodu.
Triod obserwował go z kuflem w dłoni.
- Na zewnątrz wciąż taka zamieć? - spytał, zerkając w stronę okna.
- Okrutna - odparł Bren. - Bogowie nade mną czuwali, kierując mnie do tej karczmy.
Krótko ostrzyżony chłopak uśmiechnął się tajemniczo.
- Jestem ciekaw, czy ryby oddychają pod warstwą lodu - powiedział i odstawił pusty kufel.
- Ryby? Skoro wiosną da się je łowić, to zimę przeżyć potrafią.
Towarzysz skrzywił się, po czym machnął do barmanki. Podeszła, szorując długą suknią po posadzce. Zarzuciła ciemnymi włosami i poprawiła chustę na czole. Szerokie brwi i duży nos mogły wskazywać na to, że pochodzi z Langaru. Piracki kontynent nie cieszył się dobrą sławą, słynął za to z nietypowej urody zamieszkujących go kobiet. Bren patrzył, jak barmanka nachyla się nad sąsiadem. Poczuł woń kwiatów zmieszaną z zapachem tartych przypraw.
- Dotrzymasz mi towarzystwa w pokoju, zamorski skarbie? - spytał Triod, tracąc zainteresowanie nowo poznanym kompanem.
Spojrzała na niego i westchnęła.
- Jedynym skarbem, który dziś rozpakujesz, będą własne portki.
Triod wstał, energicznie odsuwając stołek, i odszedł bez słowa w stronę schodów. Kobieta w chuście zabrała się do przecierania blatu. Wgłębienia na policzkach i figlarny uśmiech potwierdzały, że świetnie się bawi.
- Kilka chwil temu czułem się podobnie jak ty - rzucił Bren ze śmiechem.
Podążyła za jego wzrokiem, w kierunku szwendającej się przy palenisku właścicielki przybytku.
- Hinda ma słabość do takich rudzielców jak ty - odparła. - Tak naprawdę to dobra, choć pogubiona kobieta. Wszyscy myślą, że jest chciwa, a prawda jest inna.
Nachyliła się, a Bren jeszcze wyraźniej poczuł kwiatową woń perfum, którymi musiała się spryskać.
- Kilka tygodni temu jej syn obudził się bez języka. Ona robi wszystko, by zebrać odpowiednią kwotę na opłacenie kapłana. Choć nie są tani, ponoć potrafią leczyć takie rzeczy.
- Ten ochroniarz to jej syn? Stracił język we śnie?
- Odpowiedź brzmi: dwa razy tak - wyszeptała, przecierając stolik bliżej Brena. - Nie drąż, nie wnikaj. Ona tego nie lubi.
Kiedy odchodziła, kupiec wstał i również opuścił salę, zostawiając myśliwego. Nieznajomy poprawił kołnierz z górskich lisów, po czym zagadnął Brena:
- Z daleka przybywasz?
- Z Javdaru - odparł chłopak.
- To jeszcze za Shamol?
- Pięć staj na wschód.
Myśliwy pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym spojrzał w stronę zabezpieczonego workami okna. Wzrok Brena prześlizgnął się po obwiązanym bandażem, obficie krwawiącym boku mężczyzny.
Nie moja sprawa - pomyślał. Czas na sen. Oby jutro Pluron zesłał już słońce.
Zaraz po nim do stajni przyczłapali podpici górnicy. Zajęli pościelone miejsca i błyskawicznie usnęli, pochrapując raz po raz.
Bren opadł na siennik i wyciągnął długie, patykowate nogi. Poprawił zaczesane w górę rude pukle odstające od wygolonych boków głowy i przyjrzał się swojej zapadniętej klatce piersiowej. Przygładził młodzieńczy wąsik i podłożył dłonie pod głowę, jak miał w zwyczaju, gdy zasypiał. Pomyślał o barmance. Wyobraził sobie, że dziewczyna zgadza się być jego skarbem. Zamknął oczy, próbując odtworzyć kwiatowy zapach. Po chwili oczami wyobraźni ujrzał twarz ochroniarza.
Jak można stracić język we śnie? - pomyślał, zasypiając.
* * *
Obudziło go rżenie głodnych koni. Przeciągnął się, poczuł na policzku zimno metalu. Otworzył oczy i ujrzał leżącą obok nieznaną mu broń przypominającą sztylet. Nietypowy oręż miał aż trzy pokryte krwią ostrza. Bogato zdobiona rękojeść zakończona połyskującym, zielonym klejnotem nie mogła pochodzić z Estepii.
Rozejrzał się zaskoczony. Promienie mroźnego poranka przecinały ciemność, wpadając do pomieszczenia przez szpary w drewnianych ścianach. Okryty płaszczem górnik chrapał w najlepsze, wydychając drobinki siana. Bren wstał i podszedł do drugiej osoby. Górnik leżał na wznak z otwartymi ustami. Nie oddychał. Wypełnione skrzepniętą krwią trzy dziury w tunice wskazywały na to, że biedak nie żył od co najmniej kilku godzin.
Ktoś chce mnie wrobić - pomyślał, czując, jak lęk paraliżuje mięśnie, a trzymany w dłoni oręż parzy.
Ruszył w stronę drzwi, wsłuchując się w szelest siana. Kiedy dotarł na korytarz prowadzący do drzwi wyjściowych, przyspieszył. Podbiegł do klamki. Szarpnął. Zamknięte. Kolejne szarpnięcie, uderzenie barkiem. Nic z tego. Oparł czoło o chłodne deski, zastanawiając się, co robić.
Niedobrze. Jest bardzo źle. Bardzo.
Usłyszał kroki i stłumione rżenie koni. Wyczekał moment, przenikając wzrokiem szarość korytarza. Nic. Cisza.
Rozejrzał się w poszukiwaniu kryjówki dla broni. Górna belka stropowa przecinała podtrzymujące dach krokwie. Podskoczył i umieścił sztylet na zakurzonej poprzecznej podporze. Po chwili wrócił na swoje posłanie.
To jedyne wyjście.
Westchnął.
- Pomocy! On nie żyje! - krzyknął, budząc śpiącego obok górnika.