Rozdział 4
Zasadzka
Gdzieś na szlakach Togli
Styks leżał w ukryciu pośród krzaków bukowego lasu. Legenda rzezimieszków, jedyny człowiek, który uciekł z podniebnego więzienia, przywarł do wilgotnej ściółki. Mimo że od spektakularnej ucieczki minęło wiele miesięcy, ludzie Myrmida wciąż go szukali. Wiedział, że władający krajem Togli nie spocznie, póki nie wtrąci go ponownie do lochu, by go zamurować.
Na wspomnienie łączenia więźniów ze skałą Styksa przeszedł dreszcz. Był pewien, że dokończy tam żywota, gapiąc się w jeden punkt. Lecz zdarzył się cud. Zwiał i zaszył się tam, gdzie nie mogli go dopaść.
Po ucieczce poprzysiągł zemstę na Myrmidzie, Cesarzu i wszystkich, którzy staną mu na drodze. Odkąd został magiem i poczuł oddech wolności, każdą chwilę poświęcał na zdobywanie zaklęć i ich praktykowanie. Połykał liście sennika i udawał się na pielgrzymki do świata Parkan. Wracał z nowymi czarami. Potężniejszy, pewniejszy siebie.
Potem założył Zakon. Wynajął piewców, by porywali dla niego magów. Tajemnicza organizacja wywiązywała się z kontraktu perfekcyjnie. Wydał większość zgromadzonych oszczędności, ale było warto. Magowie wyruszali na pielgrzymki, uczyli się nowych zaklęć, rośli w siłę, a wraz z nimi rósł w siłę jego Zakon.
Osobiście uczulił piewców, by porywali wyłącznie początkujących. Tacy właśnie, po udaniu się do świata Parkan, mieli szansę spotkać bliźniacze dzieci i zadać pytanie.
Powrócił myślami do zasadzki, którą przygotował wraz z towarzyszami. Omiótł wzrokiem las i okoliczny pagórek. Przebiśniegi, zawilce, przylaszczki. Wiosna wydzierała pole wyjątkowo ostrej zimie.
To dobry czas na śmierć, Siódmy Jego Wyboru.
Jakże zabawna wydała mu się ta nazwa. Władzę w Estepii sprawował Cesarz, najpotężniejszy z magów. W przypadku śmierci zastępował go jeden z trzech Myrmidów rządzących wchodzącymi w skład Cesarstwa krajami: Dengiz, Kindik i Togli. Na stanowiska desygnował ich władca Estepii. Desygnował i nadawał im numery. Niczym parom butów.
Styks prychnął. Obłuda w czystej postaci. Wszyscy wiedzieli, że nic, co istotne, nie ominie cesarskich uszu, a ponumerowani arcymagowie to wystawione ludowi marionetki.
Tym razem to ja wybrałem ciebie, Myrmidzie.
Przesunął dłonią po prawej części twarzy. Robił to często. Dotyk przypominał o krzywdach, których doznał z rąk władcy Togli. Pokryte bielmem oko, brak brwi, dziura w policzku, wyciekająca ślina. Jeżeli doliczyć do tego uszczerbki, które zbierał po każdej pielgrzymce, wyglądał strasznie. Powiedzieć, że przypominał monstrum z koszmarów, to jak nic nie powiedzieć.
Nasunął maskę, by zasłonić oszpeconą połowę twarzy. Wykuto ją z białego metalu, który z czasem popękał. Mimo to nie wymienił jej. Rysy przypominały o trudnej przeszłości i pchały do celu.
Tak długo czekał na ten dzień. Jeśli szpiedzy piewców mieli rację, władca Togli powinien przejeżdżać właśnie tędy praktycznie bez ochrony. Taka okazja nadarzała się nadzwyczaj rzadko. Zapewne Myrmid, którego zwano Siódmym Jego Wyboru, miał swoje tajemnice. To dlatego podróżował bez kordonu wojska oraz magów.
Styks jeszcze raz przypomniał sobie plan, który uzgodnił z towarzyszącymi mu Naznaczonymi, najpotężniejszymi magami jego Zakonu. Słynący z magii ognia Jarved krył się gdzieś po drugiej stronie ścieżki. Mistrz iluzji i perswazji Alois krążył na tyłach, a Nikandra, której nikt nie dorównywał w zaklęciach przywołań, miała obsadzić wzniesienie. No i był jeszcze on sam.
Uśmiechnął się. Myrmid to arcymag, co czyniło go poważnym przeciwnikiem, ale mieli przewagę zaskoczenia. Poza tym znali arsenał magiczny przeciwnika. Przybyli w optymalnym składzie.
Ileż to razy rezygnował z zasadzki, bo ktoś lub coś krzyżowało mu plany. Dziś w końcu się uda.
Drogę spowiła ciemność, gdy wreszcie go dostrzegł. Odczekał chwilę, by upewnić się, że to nie omamy, które od czasu jednej z pielgrzymek nawiedzały go codziennie. Kiedy sunący przez mgłę orszak nie zniknął, mag rozluźnił kark i wypuścił powietrze. Czuł, jak wibruje w nim energia.
- Nie zepsuj tego - usłyszał mroczny głos Parkanina.
Gdyby Styks mógł się uśmiechnąć, zrobiłby to. Wyżarte mięśnie stać było jednak zaledwie na drgnięcie. Dobrze wiedział, że skrzydlaty bardziej niż losem Myrmida przejmował się Naznaczonymi. Utrata jednego z nich przekreśliłaby jego plan. Plan szybkiej eliminacji kolejnych Bezsennych. To jednak on, nie Parkanin, decydował kogo, kiedy i do czego wykorzysta.
Przebiegł wzrokiem po drodze. Pretendent do cesarskiego tronu jechał w karocy, otoczony zastępem znudzonych rycerzy i kuszników. Myrmid wystawił głowę, uniósł dłoń, a konwój stanął.
- Teraz! I tak już nas wyczuł! - krzyknął Styks, licząc, że ukryci w lesie Jarved, Alois i Nikandra go usłyszeli.
Wraz z ostatnim słowem wypuścił nagromadzoną moc, która błysnęła w postaci łańcucha iskier. Trzaskający wąż energii trafił kuszników i część konnych. Stojący najbliżej zmienili się w spopielone figurki, a pozostałości rynsztunku potoczyły się na boki, gdy kilkanaście trupów padło w wiosenne błoto. Kusznicy na karocy też musieli oberwać, bo spadli z dachu pomiędzy stające dęba konie. Większość podniosła się i chwyciła kusze.
Kolejna wiązka brzęknęła wyładowaniem, jednak odbiła się od lodowej bariery, która otoczyła orszak. Styks uskoczył za drzewo. Usłyszał świst. Jeden z bełtów przeleciał obok. Drugi utkwił w pniu.
W ostatniej chwili - pomyślał mag.
Nauczony doświadczeniem zawsze zostawiał krztynę energii i rzucał zaklęcie ostrzegające przed nadlatującymi pociskami lub zaklęciami. Ponownie usłyszał buczenie czaru. Lasem wstrząsnął huk. Ognisty podmuch sunął w stronę orszaku z drugiej strony drogi, wypalając korytarz w leśnym runie. Po chwili dołączyły druga i trzecia ściana ognia.
To Jarved, a więc nie stchórzyli.
Odetchnął. Przekonanie członków Zakonu do tej akcji nie należało do łatwych zadań. Jeszcze trudniej było im wmówić, że mają jakiekolwiek szanse w starciu z Myrmidem.
Władca Togli wyskoczył z powozu i klęknął wśród paproci. Miał szczęście. Rzucona przez Jarveda gorejąca ściana wypaliła dziurę w lodowej barierze, a kolejne dwa tabuny ognia omiotły wóz i podpaliły konie. Zwierzęta wyrwały w panice i grzmotnęły karocą w drzewo. Ta pękła na pół, a z przytroczonego do płonących rumaków podwozia posypały się deski.
Styks usłyszał szelest za plecami. Kucnął w ostatniej chwili. Gwardzista Myrmida ciął mieczem i wrzasnął wściekle. Najwyraźniej liczył na efekt zaskoczenia. Po chwili pchnął tarczą z godłem Togli, a ta wgniotła się w drzewo z trzaskiem. Styks skoczył w najgęstsze krzaki, jakby te mogły go zasłonić przed kolejnym ciosem. Skumulował moc.
Szybciej.
Nie zdąży.
Postawny mężczyzna uniósł miecz. Spiął mięśnie, lecz jego twarz złagodniała. Przechylił głowę i zerkał z uwagą na leżącego.
- Tatusiu, czy to ty? - spytał.
Styks leżał na plecach zdezorientowany. Bał się poruszyć, czekał, aż moc się odrodzi, ale wciąż potrzebował czasu.
Usta napastnika poruszyły się ponownie.
- Pozwól, że pomogę ci wstać, tato - rzekł.
W krzakach jarzębiny zajaśniała twarz Aloisa. Mag, który brał udział w zasadzce, był skupiony i wpatrzony w rycerza. Styks przełknął ślinę. Jego towarzysz musiał rzucić zaklęcie perswazji. Jak długo potrwa? Kiedy napastnik zorientuje się, że to fortel?
Uniósł rękę i ostrożnie podał dłoń rycerzowi, który pochylał się nad nim. Wstał. Gwardzista Myrmida zamrugał niepewnie oczami. Zerknął na miecz.
- Co do psich jajec...
Ostatni wyraz utknął w jego gardle razem ze sztyletem. Pchnięcie Styksa było precyzyjne. Szpikulec trafił pomiędzy czepiec kolczy a krawędź napierśnika. Po wyszarpnięciu chlusnęła fontanna krwi. Mag przytrzymał upadającego rycerza, a po chwili puścił, pozwalając osunąć się bez życia pod brzozę. Podziękował Aloisowi skinięciem głowy.
Wyjrzał zza drzewa. Las płonął. Wszędobylski dym unosił się złowrogo wokół pierścienia wypalonej roślinności. Naliczył siedmiu rycerzy oraz dwóch wciąż żywych kuszników gwardii Myrmida. Jarved słał płomienne podmuchy, lecz bariera wokół władcy Togli pochłaniała ogień.
Musiał zmienić typ tarczy - pomyślał Styks. W ten sposób go nie dopadniemy.
- Wyczuwam ogromną moc - ostrzegł go Parkanin.
Tąpnięcie. Wokół Myrmida wyrosła chmura pyłu, która pomknęła we wszystkie strony, krusząc przeszkody. Po chwili dołączył dźwięk. Wirująca ściana piachu podrzucała krzaki wysoko, ponad pnie i konary drzew, które gniotła z niewiarygodną siłą. Miażdżyła wszystko, co stanęło jej na drodze.
Styks zdążył otoczyć się barierą, lecz okazała się za słaba. Uderzenie go ogłuszyło. Upadł obok drzewa, które po zetknięciu z pyłem trzasnęło jak słomka. Poczuł silny ból w klatce piersiowej. Pomyślał, że gdyby nie gęsty las, który spowolnił czar, nie zdążyłby się osłonić i już byłoby po nim.
Dostrzegł, jak Myrmid wskazuje kilka miejsc palcem, a rycerze zaczynają biec w tych kierunkach.
- Co to za zaklęcie?
- Nie ma czasu - odparł Parkanin. - Ukryj się. Zbierz moc.
Alois, który stał dalej, przeżył. Piaszczysta ściana musiała przejść bokiem. Towarzysz Styksa położył się i skupił wzrok na kusznikach. Po chwili machnął rękoma, a ci odwrócili się w stronę Myrmida, którego mieli za zadanie chronić. Wystrzelili. Władca Togli spopielił pociski gestem, a następnie rzucił kulę ognia, która zwęgliła jego obrońców. Kucnął i ponowił niszczycielskie zaklęcie. Ściana była większa. Na bogów, rosła coraz wyżej, wyżej niż las.
Styks rozpostarł barierę. Próbował poszerzyć ją aż do Aloisa. Poczuł zderzenie magii, żar eksplodujących iskier. Dźwięku, który powstał przy zetknięciu obcych energii, nie sposób było porównać do czegokolwiek znanego. A potem narastający pisk. Mechaniczny skowyt przypominający odgłos dwóch przecinających się pił.
Impet uderzenia targnął Styksem w jeżyny.
- Wstawaj! - usłyszał głos Parkanina. - Byłeś nieprzytomny przez trzy oddechy. Masz kilka połamanych kości. Zbierz moc. Zbierz ją, szybko!
Wstał z trudem. Przeciwnik wciąż kucał, coś rysował. Styks zerknął w poszukiwaniu Aloisa. Porozrzucane szczątki towarzysza mogły oznaczać jedno.
Czyżbym przeszacował możliwości? - przeszło mu przez myśl.
Kolejne drzewa runęły z trzaskiem łamanych gałęzi. Dostrzegł błysk stali po drugiej stronie drogi. Krzyk.
Jarved? To musi być on. Tak.
Osaczony przez dwóch rycerzy, mag podskakiwał jak opętany, próbując uniknąć ciosów. Spalił jednego napastnika, lecz drugi uskakiwał za drzewa i umiejętnie skracał dystans.
Styks wyprostował ręce, a szerokie rękawy jego kaftana zafurkotały. Uformował zaklęcie. Czuł, że słabnie. Skupił uwagę na przeciwniku Jarveda. Rycerz sposobił się do zadania śmiertelnego ciosu.
Błyskawica, którą posłał Styks, była szybsza. Pewnie też zbyt silna jak na jednego wroga, ale chciał mieć pewność, że go powstrzyma. Piorun popędził wzdłuż podłoża i trącił nogę napastnika. Potężna moc spopieliła go aż po klatkę piersiową. Martwy zbrojny runął na ziemię.
Szelest krzaków. Styks się odwrócił. Mignęła krawędź tarczy. Dewastujący cios przeciwnika zgruchotał mu zęby. Okruchy posypały się w igliwie. Padł plecami na pęknięte drzewo. Ból szczęki był niepojęty. Wyższy o głowę rycerz ciął mieczem. Celował w nogi. Zdezorientowany mag uskoczył w bok. Ostrze wbiło się w pień. Mężczyzna szybko je wyszarpnął.
Usłyszeli skowyt. Lasem wstrząsnął demoniczny ryk.
Styks zlokalizował resztkę mocy. Uformował zaklęcie i pchnął stożek ciepła w stronę atakującego. Rażący białym światłem trzon przebił czaszkę i wypalił dziurę na wylot szarżującego napastnika. Ten zdołał zrobić krok, po czym upadł z trzaskiem pierścieniowej zbroi.
Śmierdziało dymem. Płonęło wszystko, nawet szczątki Aloisa. Styks poczuł w ustach smak krwi. Dotknął ostrożnie szczęki. Złamana. Omiótł wzrokiem najbliższe otoczenie w poszukiwaniu rycerzy. Pusto. Skierował wzrok na głównego przeciwnika. Obok Myrmida rozbłysnął okrąg świetlistych znaków. Środek zapadł się, zniekształcił, jakby coś wsysało go pod ziemię.
Krzyk Jarveda wskazywał, że niebezpieczeństwo jest w innym miejscu. Włochaty insekt o wielkości łodzi rybackiej pędził ku wrzeszczącemu magowi. Kształtem oraz masywnymi szczypcami u podstawy łba przypominał żuka, ale naprężone odnóża dodawały mu lekkości i skrętności.
Musiał go przyzwać Siódmy - ocenił Styks. Co robić? Psiakrew. Co robić?
Poszukał mocy, lecz wiedział, że jest pusty. A jednak przeszacował siły. Jęknął na widok tratowanego Jarveda. Żuk dla pewności odciął magowi głowę. Po chwili zajął się oczyszczaniem szczypców z flaków. Najwyraźniej ogień nie był mu straszny, bo stał tuż obok płonącego buku.
- Nie! - Styks usłyszał wściekły głos Parkanina. - Straciliśmy już dwóch! Wycofaj się!
Okolicą wstrząsnął przeszywający gwizd. Upierzone na czerwono ptaszysko kołowało nad zadymionym lasem.
To dzieło Nikandry! Wreszcie! - pomyślał z ulgą.
Monstrum obniżyło lot i runęło na żuka. Ostry dziób przebił pancerz przeciwnika. Masywny owad plunął mazią. Ryknął i skręcił ciało, by dosięgnąć ptaka szczypcami, lecz ten się wzniósł. Ponownie kołował. Wyglądał jak jedno z płonących drzew.
Na pobliskim pagórku Styks dostrzegł Nikandrę. Taksowała okolicę: przyzwanego przez siebie ptaka, roztrzaskaną karocę z płonącymi szczątkami koni, korytarze ognia i połamane, przechylone w różne strony drzewa. Widziała również Myrmida, który stał i obserwował walkę mistycznych potworów.
Pisk. Ptaszysko zaczęło pikować z ogromną prędkością. Żuk podskoczył. Na bogów, jakże był skoczny. Chwycił szczypcami w locie zaskoczonego przeciwnika. Przypominał wielką modliszkę, która unieruchomiła ofiarę w śmiertelnym zwarciu. W powietrze wzleciały dziesiątki piór. Upadli. Ptak wygiął się, naprężył. Uderzył dziobem, przebił łeb żuka. Ten zesztywniał, lecz nie wypuszczał szyi przeciwnika z żelaznego uścisku.
Styks usłyszał syk. Grad płonących pocisków wzleciał nad pagórkiem. To Myrmid. Musiał cisnąć nimi w międzyczasie. Rozżarzone kule eksplodowały tuż nad głową Nikandry. Próbowała odskoczyć, lecz ognisty deszcz zajął większość wzniesienia, podpalił jej ubranie oraz włosy. Kobieta wrzasnęła, zaczęła zrzucać odzież. Po chwili poturlała się z krzykiem po błocie.
Trafił ją, psi syn. Oby przeżyła.
Rozległ się triumfalny ryk. Żuk odciął ptasi łeb i deptał pozostałości coraz wolniej i wolniej. Odnóża wielkiego owada zesztywniały. Padł. Najwyraźniej dziura w głowie okazała się śmiertelna.
Siódmy Jego Wyboru uniósł dłonie i otoczył się ognistym kręgiem. W niebo wystrzelił słup płomieni. Wysoko ponad lasem rozbłysła gigantyczna podobizna arcymaga.
Styks wypluł resztki piachu, po czym zacisnął pięści w geście triumfu.
- A więc wzywasz pomocy. To znaczy, że chwilowo brakuje ci sił - wyszeptał.
* * *
Nikandra miała szczęście. Straciła większość włosów, doznała wielu poparzeń, głównie na twarzy, rękach i brzuchu, lecz najważniejsze, że przeżyła. Ponadto wciąż miała siłę, by rzucać zaklęcia rozszczepiające moc i osłabiać tarczę Myrmida.
Po kilkunastu minutach bariera zniknęła. Władca Togli upadł i jednocześnie zgasła jego podobizna.
- Mamy go! - krzyknęła Nikandra.
Spojrzała na Styksa wybałuszonymi, przekrwionymi oczami, oczekując dalszych rozkazów. Położył dłoń na jej ramieniu. Wykonała kawał dobrej roboty. Przyjrzał się jej śmierdzącej spalenizną todze, twarzy.
Fatalny wytrzeszcz oczu, którego nabawiła się po jednej z wycieczek na Parkan, początkowo go śmieszył. Nie potrafiła zamknąć powiek nawet w trakcie snu. Wyglądała wtedy jak kukła, nafaszerowana ziarnem lalka wpatrzona w sufit.
Zacisnął dłoń na ramieniu swojej najpotężniejszej magini. Sporo jej zawdzięczał.
- Kim jesteście? Czego chcecie? - warknął Myrmid.
Styks podszedł bliżej.
- Pamiętasz mnie? - spytał z nadzieją w głosie.
Po chwili podważył paznokciem maskę i ją zdjął. Mężczyzna w brązowej todze obserwował go z uwagą. Jego twarz zgasła, objęta grymasem strachu.
- To... niemożliwe.
- A jednak.
Głos Styksa przepełniała radość. Tak długo czekał na tę chwilę.
- Skórowiec? Po tym, jak uciekłeś z podniebnego więzienia... Mówili, że nie żyjesz.
Styks dał znak Nikandrze, a ta podała mu zdobiony toporek. Łysa, zniekształcona czaszka maga odbiła światło szmaragdów, które tkwiły w rękojeści.
- Broń krasnoludzkiego władcy? Skąd to masz? - spytał Myrmid ze zgrozą w głosie.
- Piewcy potrafią ukraść prawie wszystko.
Siódmy Jego Wyboru milczał. Nie odrywał wzroku od broni Rdzawego Króla.
Styks sapnął cicho, uklęknął.
- Kiedy dawno temu obdzierałem ze skóry twojego chłoptasia, nie wiedziałem, że to przydupas kogoś tak ważnego. Wrzeszczał jak zwykły chłop, a nie kurtyzana władcy. Czy wiedząc, że to twój kochanek, zrobiłbym to ponownie? Tak! Bo dzięki temu rozwścieczyłem lwa, który poświęcił kawał życia, by mnie dopaść. Wcześniej nie przeszkadzał ci seryjny morderca, który latami skórował mieszkańców twojego kraju. Kiedy znalazłeś obranego kochanka, to uległo zmianie, prawda? Wydałeś mnóstwo pieniędzy, uruchomiłeś wszystkie kontakty. W końcu mnie dopadłeś. Pamiętasz, co było dalej?
Usta leżącego drgnęły. Styks kontynuował przedstawienie.
- Mogłeś mnie zabić, ale wybrałeś pastwienie się przed widownią. Zaprosiłeś cały dwór. Popisywałeś się zaklęciem pluskwiaków, które wyżerały moją twarz. Mroziłeś czaszkę, by zasklepić rany.
Styks dyszał wściekle, a z dziurawego policzka pociekła ślina. Uniósł topór. Myrmid zadygotał.
- Gdy lód topniał, przebudzone robale znowu ruszały na żer. I tak w kółko.
Broń opadła ze świstem, a odcięte palce Myrmida odskoczyły niczym gałęzie pniaka. Arcymag wrzasnął i docisnął drugą dłoń do kikutów.
- Krzyczałem podobnie, gdy żarły mi oko. Wypachnieni goście bili brawo i oblewali mnie winem ze złotych kielichów. Pamiętam twój tron, cały w kwiatach. Pamiętam ciebie. Siedziałeś i patrzyłeś. Tydzień. Męczyłeś mnie tydzień!
- Jesteśmy więc kwita!
- Czyżby, Siódmy?
Klęknął, by zajrzeć mu w oczy. Dostrzegł w nich strach. Jakże to symboliczne. Historia zatoczyła koło.
- Kiedy zaspokoiłeś żądzę zemsty albo po prostu ci się znudziłem, wtrąciłeś mnie do podniebnego więzienia. Zostałem zamurowany. Wiesz, jakie to uczucie? Miesiącami patrzyłem w jeden cholerny punkt. Po twarzy ciekło mi gówno. Kiedy inni kończyli wyroki, ja nadal byłem częścią wyjącej ściany.
Leżący schował dłonie w obawie przed kolejnym cięciem, lecz Styks tylko zarechotał ponuro.
- Planowałem zemstę na tobie, Myrmidzie. To ona grzała me serce, kiedy traciłem nadzieję. Poszczęściło mi się.
Władca Togli wbił w niego wzrok. Musiał pamiętać spektakularną ucieczkę. Ucieczkę, która nie miała prawa się wydarzyć. Tajemnicę, która wstrząsnęła Estepią i zachwiała renomą elitarnego więzienia.
- Chcesz wiedzieć, jak zwiałem, prawda? - spytał Styks i poklepał nogę Nikandry.
Kobieta znała szczegóły. Powrócił wzrokiem do swej ofiary.
- Doznałem połączenia z Parkaninem. Zabawne, prawda? Będąc fragmentem ściany, zacząłem słyszeć głosy.
- To niemożliwe.
- A jednak! Najlepsze nastąpiło później. Mój skrzydlaty towarzysz kipiał złością. Och, jakiej on dostał furii! Naopowiadali mu bajek o zbawianiu światów, a trafił do wnętrza umierającego pół człowieka, pół skały. Przyznasz, że to dość żenująca rzeczywistość.
Zbliżył twarz do leżącego na odległość oddechu.
- Nasza ludzko-parkańska irytacja miała różne podłoża, ale zlaliśmy ją we wspólne naczynie. Naczynie zemsty.
- Jak wydostałeś się z kamienia?
- Pewnego dnia odpadło mi ucho. Myślałem, że to choroba. Później odkryłem, że to koszt, który poniosłem za dar magii. Z czasem nauczyłem się widzieć fragmenty, z których złożony jest świat.
Policzki Myrmida obwisły, a usta zadrżały.
- Magia cząstek...
- Ćwiczyłem i ćwiczyłem, aż w końcu zmieniłem skałę w wodę. Tak właśnie uciekłem.
- Kłamiesz! Po połączeniu z Parkaninem pojawia się proste zaklęcie, na pewno nie z klasy cząstek. A przecież nie mogłeś wyruszyć do świata skrzydlatych po inne czary.
- Jesteś w błędzie, Siódmy. Skrajnie wyczerpany, niedożywiony, będący na skraju śmierci mag nie potrzebuje ziół, by zmienić świat. Zaskoczony? Byłem tam wiele razy jako człowiek-ściana. Wiele razy. Aż poznałem zaklęcie, które otworzyło mi drogę do wolności.
Nastała cisza.
- Cesarz cię zniszczy!
- On będzie następny. Chciałbym pogawędzić, ale wiem, że zbierasz siły. A kiedy to nastąpi, zostanie po mnie proch.
Sięgnął po nóż z haczykowatą końcówką.
- Co robisz?!
Nikandra odwróciła głowę i zacisnęła zęby. Jej wybałuszone oczy stały się jeszcze większe.