Rozdział 2
Czas umierać
Leba leciał. Jeszcze chwilę temu widział zakurzone stoły karczmy, a teraz ciął skrzydłami pierzynę chmur leniwie snujących się po słonecznym niebie.
- A więc wyruszyłem na pielgrzymkę. Jesteś tam, Bren?
Cisza. Nie wyczuwał bicia serca towarzysza, nie słyszał jego oddechu.
Był sam. Zdezorientowany, wyzuty z emocji, niepewny, co właściwie ma teraz robić. Pragnął wrócić do miejsca, gdzie wszystko było jasne, choćby miało oznaczać wegetację - wyczekiwanie jak leżący na skorupie żółw wypatrujący końca.
Spojrzał w dół i obniżył lot. Zatoczył koło. Złowił intensywny, słodki zapach. Okolica była porośnięta rzadkim lasem. Dostrzegł też sporej wielkości jezioro pokryte liśćmi, z których wyrastały jasnoczerwone kwiaty. Ich rozwinięte pręciki w kolorze miodu zdawały się poruszać, jakby go obserwowały.
Dawniej ten widok przyniósłby mu radość. Teraz nie czuł nic. Poszukał miejsca do wylądowania. Przy brzegu jeziora zobaczył pomost, który wcinał się na kilkadziesiąt kroków w wodę. Na jego końcu siedziała zgarbiona postać odziana w zwiewne kolorowe szaty. Poruszała nogami w zadumie, wpatrując się w gęsty kożuch liści na powierzchni jeziora. Musiała go dostrzec, bo uniosła głowę.
Przypominała człowieka. Wydatne kości policzkowe nadawały jej arystokratyczny wygląd, a wysokie czoło tylko to podkreślało. Ciemnoczerwone włosy splecione w warkocz kołysały się, gdy wodziła za nim wzrokiem. Tak, to musiała być kobieta.
Młoda kobieta - ocenił.
Przefrunął nad nią, obserwując, jak się odwraca. Wstała, kiedy postawił stopy na pomoście. Przez chwilę milczeli. Przyglądali się sobie wzajemnie, chłonąc niecodzienne sylwetki. Dziewczyna przemykała spojrzeniem zielonych oczu po jego skrzydłach, a on z uwagą badał jej zgarbioną, nienaturalnie pochyloną posturę.
Nie miała broni, przynajmniej nic takiego nie rzuciło mu się w oczy. Tym niemniej jej wygląd wywoływał niepokój: wygięte w łuk plecy, szerokie barki. Mocne nogi miała ugięte, bujała się na nich lekko, przez co wyglądała, jakby szykowała się do skoku. To jednak oczy przyciągały uwagę najbardziej - głęboko osadzone, lśniące jak szmaragdy. Intensywność ich blasku zdawała się pulsować w rytmie jej oddechu.
Z kształtnych ust o barwie jagód padło pytanie:
- Jesteś nim, prawda?
- Jestem pielgrzymem - odparł.
Pokiwała głową. Coś na kształt uśmiechu przemknęło przez jej twarz i szybko zgasło. Odwróciła głowę w stronę jeziora, a masywne mięśnie szyi uwydatniły się niczym korzenie wyrywanego drzewa.
Ponownie spojrzała na przybysza i pochyliła się w jego stronę.
- To znak - rzekła. - Powinnam poznać datę.
Leba złożył skrzydła. Jego wzrok spoczął na warkoczu, który przesunęła na pierś.
- "Datę"? - spytał.
- Ten dzień. Ten rok.
Sporej wielkości ryba wyskoczyła nad wodę, zatańczyła ogonem po tafli i zniknęła z chlupotem pośród rozchodzących się kręgów.
- Wahałam się - powiedziała cicho. - Przesiaduję tu tygodniami, dumam. Twoja obecność to dowód, że powinnam ją znać. Pomożesz mi?
Skinął głową.
Zazieleniona skóra jej twarzy się napięła. Dziewczyna odwróciła się do niego plecami. Sięgnęła brzegów purpurowej bluzki i uniosła ją, odsłaniając nagie plecy.
Leba znieruchomiał. Od podstawy jej czaszki biegł szeroki kręgosłup, który na wysokości łopatek rozdzielał się na dwa odrębne, by później połączyć się w okolicy bioder i przejść w kość ogonową. Gęsta sieć mięśni, oplatająca te niezwykłe kręgosłupy, tworzyła skomplikowany, niemal lustrzany labirynt.
Dziewczyna wygięła prawą rękę i wskazała palcem wgłębienie między dwoma kręgosłupami, a zarysowana pod skórą muskulatura się naprężyła.
- W tym punkcie - wsunęła palec między łuki kręgosłupów - odnajdziesz dwa symbole. Kropki.
Leba wytężył wzrok, lecz widział jedynie zielonkawą skórę i pofałdowane mięśnie.
- Podejdź bliżej i zajrzyj głębiej. Nie bój się.
Jej głos drżał. Dziewczyna trzęsła się niczym chory w obawie przed śmiertelnym wyrokiem znachora.
- Kropki po lewej będą czerwone, a te po prawej czarne - rzuciła zimnym tonem.
Leba wykonał krok naprzód. Poczuł jej zapach. Leśny, drzewny, połączenie woni liści kasztanowca i mokrej trawy. Pochylił się, by dostrzec cokolwiek między kręgosłupami. Istota jeszcze bardziej wygięła plecy, a kościste łuki się rozsunęły.
- Wi-idzisz je? - spytała rwącym się głosem.
- Tak.
- Policz czerwone i czarne - poleciła stanowczo. - To ważne, byś żadnej nie pominął.
Leba dotknął palcem jej skóry, chcąc wyprostować ją na zgięciach. Była delikatna niczym tkana na wietrze pajęczyna, jakże odmienna od tej na karku, wyglądającej na napiętą i szorstką.
- Ile ich jest?
Dlaczego ona się boi? - zastanawiał się.
Zmrużył oczy, by lepiej widzieć, i przesunął palcem po czerwonych kropkach.
- Albo nie! Nie mów mi.
Dziewczyna drgnęła, jakby chciała się wyprostować, ale zaraz znieruchomiała. Cofnął rękę.
- Wybacz - dodała po chwili. - Wybacz moje wahanie. To dla mnie trudny moment. Wyjaśnię ci to potem. - Westchnęła. Jej długie ręce sięgnęły kolan, wzrok utkwiła w pierścionku na serdecznym palcu. - Niech będzie - wyszeptała. - Powiedz mi.
- Trzy czerwone.
Opuściła głowę. Stała w bezruchu, wpatrzona w kwiaty na jeziorze. Jej nogi zaczęły drżeć.
- I siedem czarnych - dodał cicho.
- To wszystko - mruknęła ozięble. - Dziękuję.
- Miałaś mi coś wytłumaczyć. Rozwiązałem twój problem?
Poruszyła głową, a warkocz przypominający splątane, jedwabne nici zaszurał o materiał bluzki, gdy ją opuściła.
- Problem?
- Jestem pielgrzymem. Rozwiązuję problemy.
- Wiem, kim jesteś. Nauczają o was na lekcjach wiary. - Dziewczyna usiadła na pomoście, odwrócona do niego plecami. - Poleć do budynku rady. Tam wszystkiego się dowiesz.
- A ty? - spytał, zerkając w kierunku, który wskazała.
- Ja będę świętować swoje dwudzieste urodziny. Sama. Możesz mnie zostawić? Proszę.
Rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze. Woń kwiatów uderzyła w jego nozdrza ze wzmożoną siłą, a dźwięk cichego szlochu dziewczyny odbił się echem od przezroczystej tafli jeziora.
* * *
Za lasem ujrzał przycupnięte w dolinie miasto o dziesiątkach smukłych budowli. Poprzecinane siatką rzek i mostów wyrastało z dumą między kołyszącymi się nielicznymi drzewami. Po rzekach sunęły łodzie z napiętymi wiatrem żaglami, a brukowanymi ulicami i wygiętymi mostami przechadzali się mieszkańcy, przypominający spotkaną wcześniej dziewczynę. Na widok przybysza przystawali i wskazywali go długimi kończynami, wyraźnie poruszeni jego obecnością.
Nad miastem górowała okrągła budowla bez dachu. W jej centralnym punkcie, na podeście otoczonym kanałem z wodą, znajdowała się mównica. Przebywająca na niej istota przemawiała do zgromadzonych na balkonach powyżej. Leba nie słyszał słów, ale nerwowe wymachiwanie rękoma nie wróżyło przyjacielskiej pogadanki. Pomyślał, że to musi być budynek rady.
Na czterech podwieszonych tarasach, oznaczonych kolorowymi sztandarami, zasiadali przedstawiciele poszczególnych frakcji. Było w nich coś prymitywnego i arystokratycznego zarazem. Zwierzęce ciała nabite mięśniami, pochylone w sposób, który mógłby sugerować dzikość, kontrastowały z twarzami emanującymi mądrością i spokojem.
Leba wylądował blisko mównicy, a przemawiająca istota urwała w połowie zdania i powiodła po nim zaskoczonym wzrokiem.
- Witaj, skrzydlaty przybyszu - rzekła z mieszanką ciekawości i ulgi. - Pojawiłeś się w najlepszym możliwym momencie.
Mężczyzna był znacznie szerszy w barkach od spotkanej dziewczyny. Miał krwistoczerwone włosy, lekko szpiczaste, wygięte do tyłu uszy i białe jak mleko oczy. Jego długa toga z szerokimi, posrebrzanymi rękawami dodawała mu wytworności. Nieznajomy podszedł do jednego z półkolistych wyjść, zniknął w nim, by po chwili pojawić się na balkonie, gdzie powiewał purpurowy sztandar z symbolem srebrnej tarczy.
- Pewnie pragniesz nas o coś zapytać.
- Kim jesteście?
Mężczyzna złożył mu pokłon, a w jego ślady poszli pozostali. Leba zauważył, że na niektórych balkonach zasiadało znacznie więcej kobiet. Nigdzie jednak nie dostrzegł dzieci.
- Nazywamy się Walerianami - oznajmił, prostując się. - Jesteśmy pokojową rasą, gardzimy przemocą. Naszymi najważniejszymi wartościami są jedność i braterstwo.
- Te wartości możemy uznać za nieaktualne, Altusie - przerwała mu kobieta w białej todze. Jej rdzawe, sięgające do pasa włosy lśniły równie mocno jak wypełnione gniewem spojrzenie. Stała ze skrzyżowanymi rękoma, emanując pewnością siebie.
Dziesiątki istot zwróciły na nią wzrok. Ich lekko wydłużone, ostre zęby przypominały kły drapieżników, tworząc niepokojący kontrast dla spokojnych spojrzeń.
Altus chrząknął, pogładził wkradającą się na czoło łysinę i pokiwał głową.
- Pośród nas trafił się jednak złodziej - rzekł, kładąc akcent na ostatnie słowo.
Wiele osób wymamrotało coś gniewnie pod nosem, niektórzy opuścili głowy, spojrzenia pozostałych płonęły wstydem.
- Złodziej na tyle bezczelny - kontynuował - że pokusił się o kradzież świętej relikwii. - Napiął mięśnie barków i wyszczerzył zęby. Przypominał gotową do ataku bestię. - Relikwia została odnaleziona, ale mimo to bogowie zesłali na nas klątwę, która trwa do dziś. Większość z nas sądzi, że zostanie z nami na zawsze.
- Wybacz, że przerywam twoje żale, Altusie - odezwała się kobieta, która zabrała głos wcześniej - ale muszę je sprostować.
Podeszła do balustrady i oparła na niej dłonie. Przyjrzała się powiewającemu obok zielonemu sztandarowi z symbolem kielicha.
- To nie klątwa ani zemsta, tylko dar - rzekła twardo. - Dar od bogów. Jedynie ignoranci jak ty mogą uważać podarunek za przekleństwo.
Altus skrzyżował ręce na piersi.
- Najważniejszy jest przekaz, a nie nazewnictwo, Pandoro - powiedział chłodno.
Prychnęła.
- Używając słowa "klątwa", sugerujesz naszemu gościowi, że sprawa ma złą naturę - syknęła. - A na to my, Wiedzący, nie wyrażamy zgody. Pamiętaj, jakie zadanie przed nim stoi.
Zgromadzone w pobliżu niej istoty uniosły się na krzesłach, a po chwili to samo zrobili towarzysze Altusa.
- Mam propozycję - rzekł starszy mężczyzna z trzeciego balkonu, a zebrani odwrócili głowy w jego kierunku. - Nie używajmy ani zwrotu "klątwa", ani "dar".
- Więc jak to nazwać?
Starzec rozejrzał się z odwagą w oczach po zgromadzonych.
- Przypadłość - zaproponował. - Coś nowego. Coś, czego nasi przodkowie nie mieli.
- Przypadłość - powtórzyła Pandora. - Brzmi pejoratywnie, ale niech ci będzie, Przechowalniku.
- Niech będzie - potwierdził Altus po chwili ciszy.
Leba przyjrzał się starcowi w szarej todze ozdobionej na piersi symbolem skrzyni. Spore zakola na połyskującej zielenią skórze, pociągłe rysy twarzy, lekko skrzywiony nos i szkliste, emanujące spokojem oczy nadawały mu dostojny wygląd. Wokół niego siedzieli głównie mężczyźni odziani w identyczne szaty.
Postanowił przejąć inicjatywę. Kto wie, ile zostało mu czasu na poradzenie sobie z tym wyzwaniem.
- Co to za przypadłość? - spytał głośno, tak by wszyscy mogli go usłyszeć.
- Setki lat temu - rzekł szybko Altus - po kradzieży relikwii wszystkie waleriańskie dzieci zaczęły się rodzić ze znamionami na prędze.
- Prędze?
Mężczyzna się odwrócił i wskazał zagłębienie między rozszczepionymi kręgosłupami. Leba poczuł niepokój. Doskonale wiedział, co miał na myśli.
Trzy czerwone kropki i siedem czarnych - przypomniał sobie dziewczynę znad jeziora.
- Nasi przodkowie długo głowili się nad znaczeniem znamion - ciągnął Altus.
- I nadal nie jesteśmy pewni, czy dobrze to rozumiemy - wtrąciła kobieta z ostatniego, czwartego balkonu, na którym zasiadała garstka osób.
Mężczyzna machnął lekceważąco dłonią w jej stronę, jakby chciał odgonić muchę.
- Pewnego dnia - kontynuował - uczeni odkryli przerażającą prawdę.
- Słowa - warknęła Pandora. - Zważaj na słowa.
- Odkryli, co oznacza ta... przypadłość - poprawił się z widoczną niechęcią.
Leba spojrzał w jego przygaszone oczy. Altus potarł dłońmi poręcz balkonu i zwiesił głowę.
- To wiek, jaki osiągniemy w godzinie naszej śmierci - wyjaśnił, a jego głos się załamał.
- Jak to?
- Suma czerwonych kropek to dziesiątki, a suma czarnych to jedności. Razem tworzą liczbę. Liczbę lat, które każdy z nas przeżyje.
- Nie bardzo rozumiem.
- Czegóż tu nie rozumieć? - Głos Altusa zdradzał podenerwowanie. - Skrywamy na plecach lata, które dane nam będzie przeżyć.
Leba przytrzymał się mównicy, czując, jak mięśnie jego ramion sztywnieją.
Trzy czerwone kropki i siedem czarnych - wspomnienie dziewczyny powracało jak natrętna ćma. Trzydzieści siedem.
Czy tej młodej kobiecie, obchodzącej samotnie dwudzieste urodziny, pozostało zaledwie siedemnaście lat życia?
Solarze, to nie może być prawda.
Na domiar złego, to on zdradził jej tę liczbę. Widział jej wahanie. Mógł wypytać o szczegóły. Przed oczami stanął mu widok jej zaszklonych od łez oczu. Jak zareagowałby, gdyby poznał datę własnej śmierci? Siedemnaście lat... Taka wiedza to wyrok.
- Chcesz o coś spytać? - Z zamyślenia wyrwał go głos Pandory.
- Ja... nie mogę w to uwierzyć.
- Nasi przodkowie również nie dowierzali - przyznała. - A jednak każde znamię na prędze zmarłych potwierdza prawdziwość tej reguły.
- To straszne.
- To dar - powiedziała spokojnym tonem. - Nie chciałbyś wiedzieć, ile czasu zostało ci do końca życia?
Omiótł wzrokiem jej pociągłą twarz, a ona potarła nos w oczekiwaniu na odpowiedź. Altus uderzył dłońmi o poręcz, przerywając ciszę.
- A kto normalny chciałby znać dzień swojej śmierci, Pandoro? - rzucił gniewnie. - Gdyby to był dar, mielibyśmy te znamiona na rękach lub udach. Bogowie ukryli je w prędze, abyśmy ich nie odczytali przez przypadek.
Pokręciła głową z dezaprobatą, a jej ostre kły błysnęły w gniewnym grymasie.
- Pręga to najsilniejsze miejsce w naszym ciele. Choć skóra jest tam delikatna, to wzmocniona dwiema osiami i otoczona najpotężniejszymi mięśniami stanowi hołd boskiej harmonii i symetrii. To idealne miejsce na taki dar.
Na potwierdzenie słów skręciła ciało do tyłu, nie odrywając stóp od powierzchni posadzki. Leba aż syknął, spodziewając się, że usłyszy trzask kości. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Kobieta powróciła do pierwotnej pozycji i uśmiechnęła się do niego.
Obok Altusa stanął niższy mężczyzna. Jego pełne niechęci spojrzenie spoczęło na Pandorze. Wycelował w nią palcem.
- Wykorzystaliście klątwę przeciw pozostałym.
- Władza powinna być w rękach odważnych - oznajmiła gniewnie i zarzuciła włosami, odwracając ostentacyjnie głowę.
- Zamilczcie! - krzyknął Leba. - Zostawcie sobie tę dyskusję na później. Za chwilę skończy mi się czas albo przestanę was słyszeć. Jak. Mogę. Wam. Pomóc?
Zgromadzeni ucichli. Zerkali nerwowo po sobie, a ich spojrzenia błyszczały niepewnością.
- Jesteśmy na skraju wojny domowej - odezwała się Pandora. - Doradź nam, jak rozwiązać ten konflikt.
- Nareszcie konkret. Dlaczego się kłócicie? Z powodu znamion?
- Aby zrozumieć naszą sytuację, musisz poznać szerszy kontekst, przybyszu. Czy starczy ci cierpliwości?
Leba wlepił spojrzenie w twarz otoczoną ciemnoczerwonymi włosami i powoli skinął głową.
- Mam na imię Pandora i przewodzę frakcji Wiedzących.
Osoby zgromadzone wokół niej ukłoniły się teatralnie.
- Wierzymy... - Zawahała się. - Wierzymy, że każdy Walerianin powinien znać datę swojej śmierci. Dzięki temu może świadomie zaplanować swoje życie. Wiedza o śmierci pozwala przygotować się na nieuchronną chwilę i odnaleźć w niej spokój.
- Bzdura - wyszeptał mężczyzna stojący obok Altusa.
Pandora zignorowała uwagę i kontynuowała:
- Dla ciebie, drogi pielgrzymie, może się to wydawać straszne, ale rodzimy się z tą liczbą od setek lat. Zaczęliśmy traktować ją jak dar.
- Chyba wy! - przerwał Altus, krocząc nerwowo po balkonie. - Wysłuchaj nas, skrzydlaty gościu. Reprezentuję frakcję Nieświadomych. Uważamy, że znamiona to kara za kradzież relikwii. Przekleństwo, które odbiera nam radość życia. Bo jak żyć w spokoju, kiedy każdego dnia odliczasz dni do swego końca? Albo gdy wiesz, że twoje dziecko umrze przed tobą?
Leba zmarszczył brwi, wbijając spojrzenie w Altusa.
- Jednego nie rozumiem - przerwał. - Ty także masz znamię, prawda?
Mężczyzna skinął głową, a gniew na jego twarzy ustąpił zaskoczeniu.
- A gdyby ona - Leba wskazał Pandorę - wbiła ci teraz nóż w serce. Czy przekazana przez bogów wiadomość nie okaże się fałszywa?
Zebrani jęknęli ze wstrętem.
- Tak jak mówiłem, nie znamy przemocy. Żaden z nas nigdy nie odbierze życia innemu Walerianowi. Ani sobie. Taką mamy naturę.
- I wszystkie liczby jak dotąd się sprawdziły?
- Wszystkie - potwierdzili zgodnie.
W Lebie kotłowały się przeróżne emocje: współczucie, smutek, rozdrażnienie.
- Ci tu - Altus wskazał frakcję Pandory - a raczej ich poprzednicy zdecydowali, że to Wiedzący powinni piastować najważniejsze urzędy.
- Skoro mamy odwagę poznać datę własnej śmierci, będziemy mieli odwagę podejmować trudne decyzje.
Altus wbił mętny wzrok w gościa i skrzyżował palce.
- Choć to niesprawiedliwe, przyjęliśmy i ten policzek. Rządy Wiedzących trwają od wieków. Bywało nerwowo, ale nigdy nie doszło między nami do konfliktu.
- Aż do teraz - rzekła Pandora.
- Aż do teraz - potwierdził Altus i błysnął kłami.
- Co się stało?
Oboje spojrzeli na Lebę. Mężczyzna wciągnął haust powietrza.
- Poszło o dzieci w Przechowalniach. Najlepiej będzie, jak wypowie się Hanus.
Leba spojrzał we wskazanym kierunku. Siedzący na lewym balkonie starzec, który wcześniej załagodził spór, wstał i się pokłonił.
- Jestem Hanus, jeden z Przechowalników. Nasza frakcja pozostaje neutralna. Uznajemy, że każdy Walerianin powinien świadomie zdecydować, czy chce poznać datę swojej śmierci, a jeśli nie chce, chronimy go przed uzyskaniem tej informacji od innych.
Leba zastanowił się chwilę nad tym, co usłyszał. Uznał, że to najrozsądniejsza wypowiedź z dotychczasowych.
- Stworzyliśmy Przechowalnie, miejsca, gdzie gromadzimy tych, którzy chcą być nieświadomi. To pilnie strzeżone rezerwaty, obowiązuje w nich surowy zakaz zdradzania tajemnicy znamion.
- Zaraz! - Leba uniósł rękę. - Czy nie jest tak, że każdy z was może podejrzeć te kropki? Wystarczy spojrzeć w strumień albo lustro.
Zebrani wymienili zdziwione spojrzenia.
- To niemożliwe - odparł Hanus. - Kręgosłupy skutecznie zasłaniają znamiona. Można jednak podejrzeć je u innych.
- I co wtedy?
- Właśnie dlatego stworzyliśmy rezerwaty. Ci, którzy tam trafiają, szanują decyzję pozostałych o pozostaniu nieświadomymi. My, Przechowalnicy, dokładnie sprawdzamy każdego, kto do nas dołącza. Niestety doszło do incydentu.
- Nazwijmy rzecz po imieniu - zagrzmiał Altus. - Sabotażu!
- Bzdura! - krzyknęła Pandora.
Hanus uniósł obie ręce w uspokajającym geście, a zebrani popatrzyli na niego z uwagą.
- Pozwólcie, że skończę opowieść - powiedział łagodnie. - Kilka tygodni temu ktoś potajemnie wdarł się do największej Przechowalni. Kiedy wszyscy spali, wyrysował te liczby na suficie, tuż nad głowami śpiących.
- Masz na myśli... lata życia? - upewnił się Leba.
Hanus kiwnął głową.
- Tak. Obudził nas dźwięk rogu.
- Na Solara - wyszeptał Leba. - Wszyscy dowiedzieli się, ile będą żyć...
Starzec westchnął ponuro. Najwyraźniej wciąż przeżywał to wydarzenie, bo wodził oczami po sztandarze i ciężko przełykał ślinę.
- Skąd zamachowiec znał te liczby? - spytał Leba.
- Nie wiemy. Może to był ktoś z naszych, a może osoba z zewnątrz.
Parkanin skinął głową, starając się zebrać myśli.
- Co wydarzyło się potem?
- Większość przechowywanych zamknęła się w sobie - odparł Hanus tonem kruchym jak skorupka jajka. - Straciliśmy ich. Snują się jak cienie, bez celu. Tylko nieliczni, ci, których liczby lat są duże, dźwignęli ciężar tej wiedzy. Pozostali jednak nie potrafią żyć z taką świadomością. To stało się tak nagle...
- To oni! - krzyknął piskliwie kompan Altusa. - To Wiedzący za tym stoją!
- Nie mamy z tym nic wspólnego! - zaoponowała Pandora. - Równie dobrze mogłabym oskarżyć was o wytatuowanie synka ministra architektury.
- Bzdura!
- Powoli - przerwał stanowczo Leba. - O jaki tatuaż chodzi?
Pandora klasnęła w dłonie.
- Dziękuję za to pytanie. Może powinnam była od tego zacząć. Pełnimy władzę, a ci tu, Nieświadomi, robią wszystko, by zmienić reguły ustalone przed laty.
- Nie macie dowodów! - zawołał rozemocjonowany kompan Altusa.
Leba uniósł rękę, a jego spojrzenie uciszyło mężczyznę. Pandora kontynuowała:
- Zaraz po narodzinach wytatuowano synka jednego z ministrów, zanim rodzice zdążyli poznać jego znamię.
- Ale... jak? - spytał Leba.
- Zamazano znamiona na prędze. Atramentem. Trwale - podkreśliła, przyglądając się twarzom Nieświadomych.
Leba zmarszczył brwi i przebiegł wzrokiem po stojących za sztandarem z symbolem tarczy. Zebrani tam odwrócili wzrok.
- Czy sprawców złapano?
Pokręciła smutno głową.
- Nie.
- Dlaczego do tego doszło? - drążył.
Pandora westchnęła, jakby ciężar mówienia o tym wszystkim stawał się nie do zniesienia.
- Komuś zależało na tym, by chłopiec nie mógł pełnić władzy. Jeśli znamię zostaje zamazane, jego posiadacz nigdy nie stanie się Wiedzącym. - Wbiła w niego spojrzenie pełne nadziei. - Jak ci na imię, przybyszu?
- Leba - odparł, wciąż zatopiony w myślach o losie noworodka.
- Lebo, kiedy pojawia się coś, co daje przewagę, zawsze znajdą się tacy, którzy zechcą to wykorzystać. Na czarnym rynku można znaleźć tatuatorów oferujących zamazywanie znamion. Można też kupić inne usługi.
- Na przykład?
- Modyfikacje. Dopisywanie lub usuwanie kropek, by sfałszować liczbę.
- Ale po co to robić?
Wzruszyła ramionami i zamilkła. Zajęła miejsce.
- Nikt ci nie powie po co - odezwał się spokojnym tonem Altus. - Przynajmniej nie tutaj. Wpływanie na znamiona jest przestępstwem karanym więzieniem. Już sama rozmowa o tym grozi wysoką grzywną.
Leba kiwnął głową, choć czuł, że rozumie coraz mniej.
- A dorośli? Jak radzą sobie z wiedzą o swojej śmierci?
Altus potarł nerwowo twarz.
- To zależy. Niektórzy potrafią traktować każdy dzień jak dar, cieszyć się życiem mimo wszystko. Ale wielu z nas zwątpiło. Strach omiata dusze, a każdy dzień staje się zegarem pożerającym czas.
- Jeśli wszyscy poznają znamiona, lęk zaniknie - wtrąciła Pandora.
Słowa kobiety wywołały burzę. Większość towarzyszy Altusa zerwało się na nogi, a otoczenie wypełniły krzyki.
- Nigdy nie wprowadzicie tego dekretu!
- Nie pozwolimy na to! - wołali inni.
- Spokój! - wrzasnął Leba. - O jaki dekret chodzi?
Pandora uniosła głowę i spojrzała z wyższością na krzyczących. Powróciła wzrokiem do Leby.
- Pracujemy nad rozporządzeniem, by każdy rodzic zmuszony był zaraz po porodzie poznać znamiona swojego dziecka.
- To koszmar! - krzyknął Altus. - I odwrotnie również. Dzieci nie powinny znać daty śmierci rodziców.
- To dar - podkreśliła. - Podziały wynikają z braku standardów. Znamiona to wiedza, którą można wykorzystać, by żyło się nam lepiej. Niedawno po raz kolejny udowodniliśmy, jak można z niej czerpać.
- Masz na myśli to wasze nowe urojenie? Aranżowane małżeństwa?
- Chociażby!
- Lebo. - Altus zwrócił się do gościa błagalnym tonem. - Sam oceń. Wiedzący zaproponowali, by Walerianie dobierali się w pary według zbliżonej liczby lat życia.
- Czyż to nie piękne? - grzmiała Pandora. - Nie będzie wdów, wdowców, życia w samotności. Osoba, która ma żyć osiemdziesiąt lat, dobiera sobie partnera o podobnej wartości znamion. Razem aż do ostatnich dni!
- Razem aż do ostatnich dni! - zawtórowali Wiedzący.
- A co z uczuciem?! - zaprotestował kompan Altusa. - Gdzie w tym wszystkim miejsce na uczucie?!
Leba zatonął w myślach, podczas gdy Walerianowie pogrążyli się w coraz bardziej zajadłej dyskusji. Argumenty się mnożyły, ale nie wnosiły nic nowego.
Co mógł zrobić? Za najrozsądniejsze uznał stanowisko Przechowalnika. Spokój, z jakim mężczyzna wyrażał swoje myśli, wzbudzał zaufanie, a jego poparcie dla wolności wyboru trafiało do Leby. Sama idea ochrony znamion również wydawała się bliska sercu Parkanina. A może uważał tak, bo sam nie chciałby znać daty swej śmierci?
Pełniący władzę pragnęli narzucić jawność znamion, przekonując, że to droga do harmonii. Pandora trzymała dystans, a jej protekcjonalny ton budził w Lebie niechęć. Aranżowane małżeństwa wydawały mu się pozbawione uczuć, choć nie mógł zaprzeczyć, że miały swoją logikę.
Co się stanie, jeśli Wiedzący utracą władzę? Czy Walerianie nie pogrążą się w chaosie?
Nieświadomi. Ta frakcja wyglądała na najbardziej poszkodowaną. Leba omiótł wzrokiem zgromadzonych i zatrzymał spojrzenie na ostatnim balkonie, gdzie zasiadała najmniej liczna grupa.
- A wy?! - przekrzyczał kłócących się i wskazał lożę. - Kim wy jesteście?
Jedna z kobiet wstała z krzesła i wykonała ręką powitalny gest.
- Mówią na nas Odkrywcy. Uważamy, że znamiona są boskim szyfrem. Kluczem do nieśmiertelności.
Na pozostałych balkonach rozległy się westchnienia i szydercze parsknięcia. Wiele osób przewróciło oczami i kontynuowało swoje spory.
Leba opadł na mównicę i wlepił wzrok w jej gładką, starannie wykończoną drewnianą powierzchnię. Podparł brodę na rękach. Coś podpowiadało mu, że to najtrudniejsza z prób i co gorsza, będzie jej musiał stawić czoła bez Brena.
* * *
Leba poprosił o zorganizowanie oddzielnych spotkań z przedstawicielami wszystkich frakcji. Wyraźnie zaznaczył, że nie życzy sobie liderów, tylko zwykłych Walerian, najlepiej tych spoza Rady. Przyjmował ich w jednym z wielu gabinetów sprawujących władzę ministrów.
Jako pierwsza do komnaty wkroczyła kobieta należąca do Odkrywców. Wątek boskiego szyfru wydawał się Lebie intrygujący. Siedząca na wypełnionym ziarnem worku Odkrywczyni opowiadała o prowadzonych rejestrach, a także analizie powiązań. Na pytanie, co dotąd udało im się odkryć, odpowiedziała wymijająco, podkreślając, że badania postępowałyby szybciej, gdyby nie coraz częstsze przypadki modyfikacji znamion. Nie znalazłszy nic, czego mógłby się chwycić, Leba poprosił, by przyprowadzono przedstawiciela Nieświadomych.
W oczekiwaniu na gościa rozejrzał się po pomieszczeniu. Łukowate sklepienie mieniło się czerwonym kruszcem, którego nie potrafił rozpoznać. Ściany ozdobiono misternie wykonanymi płaskorzeźbami i szczegółowymi malowidłami krajobrazów, a okna do połowy przesłonięte były ciężkimi zasłonami.
W rogu stał stół, na którym znajdowały się otwarta księga, buteleczka z inkaustem oraz cztery pióra związane niebieską wstążką. Leba usiadł wygodniej w fotelu na płozach, który zaskrzypiał cicho pod jego ciężarem. Na ścianie zatańczyły cienie płonących w kominku drew. Między fotelem a przeznaczonym dla gości workiem z ziarnem stała ława. Na niej spoczywały misy z nieznanymi żółtymi owocami w kształcie rombów oraz rośliny zwinięte w rulony, przypominające koper.
Drzwi otworzyły się bezszelestnie, a do środka weszła młoda kobieta. Skłoniła się lekko, po czym zajęła miejsce na worku i skrzyżowała nogi w kostkach.
- Mam na imię Fiona - powiedziała.
- Ile masz lat? - spytał Leba.
Jej białe oczy, przypominające grudy soli, zalśniły lekkim niepokojem.
- Dwadzieścia siedem - odparła cicho.
- Czy mogę cię prosić, byś pokazała swą pręgę?
Zawahała się, lecz po chwili spełniła prośbę. Wstała z niezwykłą gracją, stanęła w rozkroku i skręciła ciało, ukazując plecy.
Niesamowite są te ich wygięcia - ocenił w myślach Leba.
- Uniosę ubranie - ostrzegł.
Pokiwała nerwowo głową, a on wstał i podciągnął materiał, odsłaniając pręgę na jej plecach. Mięśnie wokół niej się napięły. Zbliżył głowę i obejrzał skórę między kręgosłupami. Jedna kropka czerwona i dwie czarne. Dwanaście.
Ktoś tu kłamie - pomyślał. Nie wygląda na dziecko.
Obciągnął materiał.
- Mogę usiąść? - spytała nerwowo.
- Tak.
Wpatrywali się w siebie bez słowa. Dziewczyna przeczesała dłonią bursztynowe włosy. Miała szarą, zniszczoną cerę i zmęczone oczy. Jej górna warga podrygiwała raz po raz.
- Twoje znamię... - zaczął ostrożnie.
- Zostało zmodyfikowane - przyznała, spuszczając wzrok.
- Na twoje życzenie?
Rozejrzała się nerwowo.
- Masz dzieci? - spytała.
Pokręcił głową.
- Wyobraź sobie, że masz. Rodzi się maluszek, zaczyna raczkować, człapie na czworakach pod twoim nosem. Na początku odwracasz wzrok, raz, drugi, setny. Ale prędzej czy później ciekawość zwycięży. Zerkniesz. A potem, gdy podrośnie, powiesz mu, ile będzie żyć. - Wypuściła powietrze i poprawiła się na worku. - Mój ojciec wydał wszystkie oszczędności, by kupić dla mnie modyfikację. Nie starczyło mu jednak na dużą liczbę.
- Zaczekaj. Chcesz powiedzieć, że modyfikacje różnią się ceną w zależności od wartości?
Spojrzała na niego smutno.
- Gdyby wytatuowano mi większą wartość, nie siedziałabym w więzieniu.
- Byłaś w więzieniu?
- Wciąż odbywam karę.
Uniósł się na łokciach. Tym razem to on rozejrzał się nerwowo. Poczuł ukłucie w trzewiach. Krew zaczęła krążyć szybciej.
- Wypuszczono mnie tylko na to spotkanie - wyjaśniła. - Wiedzący zabiorą mnie tam z powrotem zaraz po rozmowie.
- Ale dlaczego? Co takiego zrobiłaś?
- Kiedy tata zlecał modyfikację, nie było to karane. Kilka lat temu wprowadzono prawo. Za każdy tatuaż lub modyfikację grozi więzienie. Zgodnie z moimi znamionami nie powinnam już żyć. Zauważono, że jestem starsza, niż wskazuje liczba. Mistyfikacja wyszła na jaw.
- Teraz rozumiem, dlaczego większe wartości są droższe.
Wzruszyła ramionami.
- To i tak lepsze, niż znać datę śmierci.
- A dorośli? - spytał.
- Co z nimi?
- Czy zamawiają modyfikacje dla siebie?
- Oczywiście.
- Dlaczego?
Dziewczyna zacisnęła palce na materiale worka, a ukryte wewnątrz ziarna zaszeleściły.
- Trudno wytłumaczyć to komuś spoza naszego świata. Gdybyś urodził się między nami, nie zadawałbyś takich pytań.
- Ale nie jestem stąd.
- Nie jesteś. - Westchnęła. - Dobrze. Wyobraź sobie dwójkę przyjaciół. Albo małżeństwo, niech będzie małżeństwo. Oboje należą do Nieświadomych, przeciwników poznania znamion. Spędzają ze sobą dużo czasu. Pewnego dnia... podczas kąpieli...
- Rozumiem - przerwał jej. - Nie da się zasłonić tej pręgi?
- To zakazane. Wiedzący odpuścili przymusowe poznawanie znamion, ale zabraniają ich ukrywać.
- Rozumiem.
- Poza tym... - dodała, patrząc mu prosto w oczy - w każdej rasie tkwi odrobina ciekawości. Nawet gdyby wolno nam było je zasłaniać, żyjemy ze sobą dziesiątki lat. Myślisz, że przez ten czas nie nadarzyłaby się okazja?
Wysunęła ręce i rozchyliła dłonie, zachęcając, by podał swoje. Wykonał prośbę. Miała ciepłą, choć szorstką w dotyku skórę, przypominającą łuskę węża.
- Załóżmy - zaczęła - że poznałeś datę śmierci swojej małżonki. Ona także zna rok, w którym odejdziesz. Nie rozmawiacie o tym, szanujecie wzajemne prawo do milczenia. Myślisz, że będziecie żyć normalnie?
- Nie wiem - odparł chłodno.
- A ja wiem. Nic nie będzie takie samo, pielgrzymie. Dlatego dorośli również płacą majątek, by zmodyfikować swoje znamiona, często przed zawarciem małżeństwa.
Puścił jej dłonie i spojrzał na nią z uwagą.
- A tatuowanie? Całkowite zasłonięcie znamion. Kto to robi?
- Tatuaże są tańsze, ale jednocześnie skazują na więzienie. To ostateczność, broń w walce z Wiedzącymi. Tylko tatuaże budzą w nich prawdziwy lęk.
- Tatuujecie ich dzieci?
Zerknęła w okno, a jej spojrzenie stało się lodowate.
- Podczas wojny nie ma reguł.
Rozległo się pukanie do drzwi. Raz, a potem drugi.
Kobieta wstała energicznie, znieruchomiała. Spojrzała na Lebę z niepokojem.
- Moi przyjaciele... Wydałam dużo pieniędzy, by przekupili strażników i przyprowadzili tu moją córkę. W naszych więzieniach odwiedziny są zakazane, a mnie skazano na dożywocie. Muszę ją zobaczyć.
Leba patrzył na trzęsącą się ze strachu kobietę, jej zawieszoną w powietrzu rękę, skierowaną w stronę klamki. W orzechowych oczach błyszczało błaganie.
- Proszę - wyszeptała.
Skinął powoli głową. Walerianka rzuciła się na klamkę i otworzyła drzwi. Ktoś podał jej malutką dziewczynkę. Wzięła ją ostrożnie na ręce, uważając na bandaż widoczny pod pachami dziecka.
W powietrzu rozlała się kwaśna woń.
- Moja kochana gwiazdeczka - powiedziała łamiącym się głosem.
Dziewczynka była drobna, z rzadkimi złocistymi włoskami, wychudzonymi rączkami oraz nóżkami. Jej skóra odchodziła całymi płatami, zwłaszcza na plecach i brzuchu. W tych miejscach widniały brunatne plamy, najpewniej zakrzepnięta krew.
Jest chora - pomyślał, wpatrując się w bandaże. To one tak śmierdzą. Pewnie jakaś maść.
Córeczka wpatrywała się w matkę z uwagą. Leba dostrzegł w jej oczach zaskoczenie i niepewność, a także miłość uwięzioną jak ptak w klatce, spętaną cierpieniem i chorobą.
- To ja, mamusia - wyszeptała kobieta i delikatnie pocałowała dziewczynkę w czoło. Usiadła z nią na worku i przytuliła niczym kruchy, jesienny liść. - Dziękuję - powiedziała bezgłośnie do Leby. Zamknęła powieki, a po jej policzku spłynęła łza.
Półnaga córeczka niepewnie objęła maminą szyję. Kobieta zbliżyła usta do małego uszka.
- Dałam ci na imię Zwycięstwo, bo wiem, że pokonasz chorobę - powiedziała drżącym głosem. Spojrzała w oczy dziecka. - Jesteś taka duża, jak na roczek. Silna i bardzo podobna do tatusia.
Dziecko wydało z siebie bliżej nieokreślony dźwięk. Leba nie był pewien, czy to oznaka radości, czy bólu wywołanego dotykiem. Kiedy dziewczynka ponownie objęła matkę, linie kręgosłupów się oddaliły, a delikatna skóra skrywająca znamiona się napięła.
Solarze, daj mi siłę - pomyślał, starając się odwrócić wzrok. Coś jednak kusiło go, by spojrzeć. Chciał powstrzymać pokusę, skupić się na matce całującej uszka. Najpierw lewe, potem prawe, następnie znowu lewe. Jedno spojrzenie, tylko jedno. Policzy wyłącznie czerwone kropki. Omiótł spojrzeniem wgłębienie. Siedział na tyle blisko, by dostrzec, że czerwonych kropek nie było.
Odwrócił wzrok i spojrzał na twarz matki upajającej się tą ulotną chwilą. Jej policzek stykał się z różowym policzkiem dziecka, a usta poruszały się rytmicznie, jakby szeptem śpiewała.
Ostatnie spojrzenie. I tak nikomu nie powie. Policzy czarne. Może u maluszków czerwone kropki znajdują się bliżej czarnych. Powiódł wzrokiem po drobnych pleckach, zmrużył oczy.
Poczuł strach. Mroczny, dojmujący, niemożliwy do powstrzymania. W prędze widniały tylko dwa czarne znamiona. Miał ochotę wrzeszczeć, wyrzucić z pokoju matkę i dziecko, najlepiej wrócić do Przedsionka, gdzie nie musiał odczuwać, wybierać ani poznawać tak strasznych prawd.
Pukanie do drzwi. Cisza, a potem ponowny stukot.
Matka otworzyła powieki i powoli odsunęła się od córeczki, która wiotka jak gałązka wierzby zasnęła w jej ramionach. Wstała ostrożnie, podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę i zerknęła na maleństwo. Obce ręce chwyciły dziewczynkę, drzwi zamknęły się za nimi.
- Wszystko w porządku? - spytała zamyślonego Lebę.
Skinął szybko głową i odwrócił wzrok. Kobieta ruszyła w jego kierunku. Wolno. Jeden krok, jedno uderzenie serca. Stanęła z boku. Położyła dłoń na jego pierzastym ramieniu.
- Wiem, że nie wygląda jak normalne dziecko - powiedziała cicho. - Jest bardzo chora. Rany nie chcą się goić.
Leba zacisnął szczękę. Jakie słowa mógłby znaleźć w takiej sytuacji?
- Odkąd dostaje ten nowy lek, jest trochę lepiej - kontynuowała. - Przyjaciele twierdzą, że widać poprawę, choć ja... - Zawahała się, wsunęła palce pomiędzy pióra na jego ramieniu. - Ja zmian nie widzę. Ale jest silna. Wygra z chorobą.
- Znasz wartość jej znamion? - spytał.
- W życiu!
- Gdzie jest twój mąż?
Wzruszyła ramionami. Czuł, że drgnęła nerwowo.
- Potrzebujesz jeszcze czegoś, pielgrzymie?
Pokręcił głową, czując zimny pot spływający pod piórami. Gardło miał suche jak popiół. Nieświadoma zatrzymała się przy drzwiach.
- Dziękuję - powiedziała półszeptem. - Nigdy ci tego nie zapomnę.
Chwilę później wyszła, a ciężka cisza opadła na pomieszczenie niczym mgła.
* * *
Poprosił, by oczekujący na korytarzu gość dał mu chwilę na ochłonięcie. Dłonie mu drżały, gdy sięgał po żółty owoc leżący na tacy. Wyglądał na obrany ze skóry, bo krople soku błyszczały na mięsistej powierzchni. Powąchał go - cierpki, intensywny aromat wypełnił nozdrza. Leba wbił zęby w owoc. Smak przypominał kosmatowce z Parkan, ale miąższ nie był tak soczysty i wymagał dłuższego przeżuwania.
Poczuł złość. Pierwszy raz w życiu był zły na Solara. Jak jego ukochany bóg mógł zakpić sobie z tego świata? Jeżeli rzeczywiście zesłał tę klątwę, była okrutna. Dlaczego kara nie dosięgła jedynie złodzieja? Czemu jej ciężar spadł na całe społeczeństwo?
Leba przeżuwał cierpki owoc i patrzył beznamiętnie w drzwi. Co innego wysłuchiwać teoretycznych sprzeczek rady, a co innego widzieć miłość. Bo czymże innym było niedawne spotkanie, jeśli nie miłością: bolesną, pełną tęsknoty i wiary.
Fałszywej wiary - pomyślał i przełknął owoc.
Czy ojciec tego dziecka podejrzał pręgę? Czy właśnie to go złamało? Zniknął, nie dźwignąwszy podwójnego ciężaru.
Pomyślał o Brenie. Brakowało mu go. Tam, w Przedsionku tłumił wszelkie uczucia i myśli. Tu czuł się nagi, pozbawiony ochrony. Przyjaciel był niczym płaszcz, którego teraz tak rozpaczliwie mu brakowało.
Otarł usta i zawołał następnego gościa. Do komnaty wszedł przedstawiciel Przechowalników. Mężczyzna usiadł, wciągnął nosem wciąż odczuwalną woń maści i obdarzył skrzydlatego wnikliwym spojrzeniem. Chudy, w średnim wieku, rozglądający się po pomieszczeniu gość sięgnął nieśmiało po drugi owoc i odgryzł kawałek.
- Jestem Sahir - przedstawił się niewyraźnie, wciąż przeżuwając. Oparł się plecami o ścianę. - Co chcesz wiedzieć? - spytał.
- Ile masz lat?
- Sześćdziesiąt osiem.
Leba przez chwilę zastanawiał się, czy nie poprosić o pokazanie pręgi, ale szybko porzucił ten pomysł.
- Znasz datę swojej śmierci?
- Znam.
- Więc czemu nie należysz do Wiedzących?
Sahir uniósł brew i zaczął nerwowo skubać materiał rękawa.
- Bo nie uważam, że powinno się ją zdradzać wszystkim.
- Tylko komu?
Mężczyzna zbliżył skrzyżowane dłonie do piersi.
- My, Przechowalnicy, chcemy tworzyć oazy dla tych, którzy chcą żyć normalnie.
- Normalnie, czyli jak?
- Z dala od presji świata zewnętrznego. W bezpiecznych miejscach, do których nie dotrze żadna ze stron.
- Wydawało mi się, że Przechowalnie są tylko dla Nieświadomych - zauważył Leba.
- Większość z nich tak. Ale zaczęliśmy otwierać też miejsca dla Wiedzących.
- A oni czego się boją? Przecież to frakcja rządząca.
- Tatuażystów.
Leba uniósł brwi w zdumieniu.
- Tatuażystów?
- Tak. Trafiają do nas głównie kobiety w zaawansowanej ciąży.
- Więc nie opowiadacie się po żadnej ze stron - upewnił się Parkanin, wskazując go palcem.
- Uważamy, że każdy ma prawo do własnej decyzji.
- A jednak bliżej ci do Wiedzących.
Sahir zastygł, zerkając pobieżnie na skrzydła Leby.
- Czemu tak uważasz? - spytał z wyraźną ostrożnością.
- Poznałeś liczbę...
- To nie tak.
Coś tu nie grało, i to mocno. Mężczyzna nerwowo skubał rękaw koszuli i kołysał się na worku. Unikał wzroku pielgrzyma, a jego odpowiedzi były zdawkowe, jakby bał się za dużo zdradzić.
- Byłem szantażowany - wyznał w końcu.
Leba nachylił się ku niemu i łagodnym gestem dłoni zachęcił do kontynuowania.
- Moja rodzina zgromadziła pokaźną fortunę - zaczął Sahir. - To zasługa wielu pokoleń. Pewnego dnia przybyli szantażyści...
- Grozili, że zdradzą ci dzień twojej śmierci?
Pokiwał głową.
- Żądali ogromnej sumy. Niestety, takie rzeczy zdarzają się nagminnie. Nikt z zamożnych nie może czuć się bezpiecznie.
- I co zrobiłeś?
- A co mogłem zrobić? Uprzedziłem ich. Poznałem swoją liczbę wcześniej. Uznałem, że to lepsze, niż stracić oszczędności życia.
Leba przetarł dłonią twarz, próbując zebrać myśli.
- Tatuatorzy, modyfikatorzy, szantażyści - wyliczał na palcach Leba. - Nie jesteście tak nieskazitelni, jak myślałem.
Na twarzy Sahira, o skórze przywodzącej na myśl marmur równie zimny jak jego słowa, pojawiła się mieszanina emocji: smutku, wstydu, zażenowania.
- Jesteśmy jak każde inne społeczeństwo - przyznał. - Z tą różnicą, że zostaliśmy wystawieni na pokuszenie.
- A co sądzisz o Odkrywcach?
- To kolejna z form ucieczki przed tym, co nieuniknione. Wolą analizować cudze liczby, by nie myśleć o własnych.
Leba podał mu dłoń na pożegnanie. Sahir potrząsnął nią niepewnie, jakby gest ten nie był mu znajomy. Widząc, że skrzydlaty spogląda w stronę drzwi, wyszedł bez słowa.
Do komnaty wkroczył ostatni rozmówca. Jego wyprostowana postawa, pewność siebie i sposób, w jaki bez wahania chwycił i zaczął jeść roślinę przypominającą koper, od razu zdradziły przynależność do frakcji rządzącej.
- Hansa - przedstawił się, wciąż przeżuwając.
Leba zwrócił uwagę na jego charakterystyczne, sępie brwi. Grube, zwisające pod zmarszczonym czołem, przypominały włochate daszki. Mężczyzna poruszył krzywym nosem, złapał całą garść brunatnych roślin, odchylił się do tyłu i kontynuował jedzenie.
- Reprezentujesz Wiedzących - rzekł Leba.
Hansa skinął głową i pokazał dłonią, by dać mu chwilę na przełknięcie.
Parkanin uderzył pięścią w ławę, odrobinę mocniej, niż zamierzał. Jego gość działał mu na nerwy - wyniosły, niedbały, zdecydowanie nie wzbudzał zaufania.
- A co ty na to, że najpierw porozmawiamy, a potem pójdziesz na posiłek? - zaproponował z wyczuwalną irytacją.
Hansa przełknął pospiesznie resztkę rośliny i wyprostował się, jakby w odpowiedzi na naganę.
- Jak sobie życzysz - odparł.
- Ile masz lat?
- Trzydzieści.
- Ile zostało ci lat życia?
- Mi?
- A jest tu ktoś jeszcze? - prychnął Leba.
- Kilkadziesiąt - odparł po chwili namysłu.
- A dokładnie?
- Musiałbym policzyć.
Leba wykonał gest zachęcający, by to zrobił, a sam popadł w zadumę.
Albo blefuje, albo faktycznie nie przywiązuje do tego wagi - pomyślał.
- Moje znamię wskazuje, że zostały mi jeszcze czterdzieści cztery lata - oznajmił Hansa w końcu.
- I naprawdę o tym nie myślisz?
Mężczyzna podrapał się po głowie, zerknął na dwie pozostałe rośliny przypominające koper, ale zamiast po nie sięgnąć, chwycił wisiorek zawieszony na szyi.
- Mam dużo czasu - stwierdził nonszalancko. - Odkąd poznałem datę swojej śmierci, staram się cieszyć życiem i przynosić radość innym. A także sobie.
Zapewne głównie sobie - pomyślał Leba, zerkając na zdobiony płaszcz i szlachetny kamień osadzony w wisiorze.
- Dlaczego niektórzy z twoich pobratymców decydują się na modyfikację znamion? - spytał wprost.
Hansa przez chwilę myślał nad odpowiedzią, jakby nie była dla niego oczywista. Leba czekał. Chciał usłyszeć, jak wylicza wszystkie złe rzeczy przydarzające się Nieświadomym.
- To proste. Chcą rządzić - odparł w końcu Hansa.
- Rządzić, powiadasz?
Rozmówca skrzywił się, szczerząc kły.
- Oczywiście. Kupują modyfikację z dużą liczbą, kryją się pośród nas, piastują urzędy, do których nie mają prawa. A w głębi serca są tchórzami.
Czy to rzeczywiście może być prawda? - zastanawiał się Leba.
Kolejny raz poczuł, że brakuje mu Brena. Chciał z nim porozmawiać, skonfrontować myśli. Rudowłosy przyjaciel często zaskakiwał go spostrzeżeniami, na które sam nie zwracał uwagi. Na tę chwilę Leba skłaniał się ku sympatii wobec Nieświadomych - spotkanie z matką głęboko nim wstrząsnęło. Mimo to wiedział, że życie bywa pokrętne. Frakcja unikających wiedzy o dacie śmierci mogła celowo wybrać taki przypadek, by zagrać na jego emocjach. Nie mógł bagatelizować słów Hansy o dążeniu do władzy przez Nieświadomych. Nie powinien nikogo faworyzować.
- Czy myśleliście kiedyś o podziale? - spytał.
Mężczyzna puścił wisior, wyciągnął z kieszeni zdobioną chustę i zaczął wycierać dłonie.
- Co masz na myśli, pielgrzymie?
- Kraj na pół. Ciach. - Leba przeciął powietrze dłonią. - Po lewej Wiedzący, po prawej Nieświadomi.
- Dwieście lat temu tak mieszkaliśmy.
Parkanin przysunął się bliżej, zaintrygowany. Hansa zerknął na tacę, oblizał usta, ale kontynuował:
- Księgi prawią, że podział nie trwał długo. Frakcje zaczęły dokonywać aktów sabotażu.
- Ale dlaczego?
- By zdobyć przewagę. Nieświadomi tatuowali noworodki Wiedzących, Wiedzący porywali dzieci Nieświadomych...
- Wystarczy - przerwał ostro Leba.
Rozczarowanie ścisnęło mu serce. Jedyny pomysł, który tlił się w jego głowie, właśnie zgasł. Zapadła krępująca cisza.
A gdyby tak nakazać wszystkim ukrywać znamiona? - zastanowił się. Żyliby tak samo jak inne rasy.
Popatrzył na Hansę. Mężczyzna wydawał się spokojny, rozluźniony. Splecione niedbale ręce, pewne spojrzenie, swobodna postawa - może oni naprawdę potrafili cieszyć się życiem.
A gdyby ktoś odczytał w tajemnicy wszystkie znamiona? Gdyby rozdzielić tych, którzy mieli żyć krótko, od pozostałych? Głupota! - skarcił się w myślach. To tylko zwiększyłoby napięcia.
- Coś jeszcze? - przerwał jego myśli Hansa.
Leba pokręcił głową. Gość wstał, otrzepał spodnie, po czym popatrzył na stolik, księgę, pióro oraz kałamarz.
- W takim razie życzę weny - rzucił i trzasnął drzwiami za sobą.
* * *
Leba siedział nad otwartą księgą i wlepiał wzrok w zapisane strony. Pióro pękło, jakby na złość, lecz zdążył spisać wszystkie pomysły. Najgorsze było to, że nie mógł ich z nikim skonsultować. Dlaczego trafił na pielgrzymkę bez Brena? Czy kolejna wyprawa będzie już wspólna?
Powrócił myślami do rozmów z Walerianami i zaczął analizować je na nowo. Chwycił pióro i odczytał zapiski na głos:
- "Punkt pierwszy. Władza przestaje należeć do Wiedzących. W każdym ośrodku decyzyjnym zasiadać będzie równa liczba przedstawicieli każdej frakcji. Decyzje będą zapadać większością głosów. Odkrywcy, którzy i tak koncentrują się na analizie znamion, nie będą obsadzać stanowisk w radzie. Dzięki temu łatwiej będzie uzyskiwać większość głosów w kwestiach spornych".
Westchnął, otarł pot z czoła. To powinno utrzeć nosa Wiedzącym, ale czy nie wywoła jeszcze większego konfliktu?
- "Punkt drugi. Każdy noworodek będzie tatuowany zaraz po narodzinach..." - Głos Leby zadrżał.
To zdanie budziło w nim największy niepokój. Położył dłonie na stronicach księgi i potrząsnął głową. Jak mógł wymyślić coś tak kontrowersyjnego? To jego pomysł czy podszept mroku? Zerknął na chaotyczne zapiski.
- "Zabieg wykonają Przechowalnicy, którzy wcześniej zapiszą w sekrecie wartość znamion. Liczby będą przetrzymywane w bezpiecznym miejscu".
A co, jeśli ktoś przejmie kontrolę nad tymi dokumentami? - pomyślał z niepokojem.
Ziewnął, czując narastającą senność. Była nienaturalna, jak gdyby ktoś lub coś chciało go wypędzić z tego świata. Przymusił się, by wrócić do lektury.
- "Punkt trzeci. Zadaniem Przechowalników będzie edukacja dzieci o życiu, śmierci i znaczeniu czasu. O wadach oraz zaletach poznania daty ostatecznej. Powinni przygotować je do podjęcia samodzielnej decyzji, gdy osiągną pełnoletniość".
Głowa Leby opadła na pierś. Oddychał ciężko, chrapliwie. Czy wszystko, co przeżył, nie jest jedną z tych chwil, kiedy śni się na jawie koszmarne ułudy? Zmusił ciało do wysiłku i uniósł głowę.
- "Jeśli pełnoletni Walerianin - kontynuował odczyt - zechce poznać datę swej śmierci, zostanie mu ona przekazana w sekrecie, a zapis trwale zniszczony. - Zerknął na zamazane i niewyraźne litery. Zamrugał, ale niewiele to pomogło. - W przypadku braku chęci poznania daty dokumenty również zostaną zniszczone. Usunięcie informacji ukróci działalność szantażystów, padnie rynek nielegalnych modyfikacji, a wiedza o śmierci przestanie być środkiem do zdobycia władzy. Z czasem wszyscy zostaną wytatuowani, a daty śmierci pozostaną wyłącznie w głowach ich właścicieli lub znikną na zawsze".
Zamknął księgę i położył głowę na blacie.
A co z Przechowalnikami? Skąd pewność, że nikt ich nie przekupi? A jeśli ktoś wykradnie informacje?
Senność zwyciężyła. Przekłuła balon świadomości, a myśli prysnęły donikąd. Leba miał nadzieję, że obudzi się w znanym mu świecie bez uczuć. Świecie, gdzie nie będzie musiał wybierać ani mierzyć się z tak okrutną wiedzą. W miejscu, gdzie znajomość daty śmierci byłaby zbawieniem.