Darsky. Po czyjej jesteś stronie? - Marcin Rudnicki

Kup ebooka

36.00 zł
28.80 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ DZIE­SIĄTY

Czarne chmury

14 LU­TEGO 1943 R.

Dar­sky szedł ro­wem z po­chy­loną głową. W ręce nie­dbale trzy­mał ka­ra­bin. Nie­miecki kon­wój był nie­wielki - je­dy­nie trzy po­jazdy: wóz opan­ce­rzony z przodu, ja­sno­szara cię­ża­rówka Mer­ce­desa z za­krytą plan­deką i po­wie­wa­ją­cymi na­zi­stow­skimi cho­rą­giew­kami oraz otwarta cię­ża­rówka z żoł­nie­rzami dla ochrony. Od­głos sil­ni­ków roz­brzmie­wał w do­li­nie. Na li­nii drzew po­wie­trze było jed­nak nie­ru­chome i dało się sły­szeć śpiew pta­ków.

Za jego ple­cami Zwiadu od­chrząk­nął i splu­nął.

- Wi­dzisz mo­jego mau­sera, Ian? - wy­char­czał, ciężko dy­sząc i pró­bu­jąc do­trzy­mać mu kroku. - Mogę tra­fić czło­wieka z pię­ciu­set me­trów. Mo­gli­by­śmy na­wsa­dzać w tych skur­wieli kupę oło­wiu, a oni gówno by na to po­ra­dzili.

- Nie chcemy ich wy­stra­szyć - od­parł Dar­sky. - Droga po­pro­wa­dzi ich do­kład­nie obok na­szych po­zy­cji. Po­ga­damy z Ru­dym i zo­ba­czymy, co on na to.

Zwiadu chrząk­nął coś w od­po­wie­dzi. Nie­do­bitki 6 Ar­mii wra­cały spod Sta­lin­gradu roz­bite i zde­mo­ra­li­zo­wane, a - pe­chowo dla Niem­ców - trzy lata wojny par­ty­zanc­kiej wcale nie zmniej­szyły chęci ze­msty, jaką pa­łali Zwiadu i inni. Ze­msty za oku­pa­cję, mordy i upo­ko­rze­nie. Ale prawdą było, że wy­eli­mi­no­wa­nie kilku przy­pad­ko­wych woj­sko­wych nie­wiele by dało - a tym bar­dziej nie wtedy, gdy przy uważ­nym pla­no­wa­niu w ich ręce mógł wpaść cały kon­wój.

Ian prze­lazł przez za­ro­śla i zo­ba­czył Ru­dego obok ra­dio­sta­cji sto­ją­cej na ziemi. Ten za­ma­chał do Dar­sky'ego.

- Co tam mamy? - za­py­tał.

- Kon­wój, ale dziw­nie mały - Dar­sky po­dał mu zmięty skra­wek pa­pieru, na któ­rym wy­pi­sał szcze­góły. - I coś mi nie pa­suje w kie­runku, z któ­rego nad­jeż­dżają.

- Byli tak bli­sko - rzu­cił Zwiadu, się­ga­jąc po ma­nierkę. - Mo­głem zdjąć przy­naj­mniej kilku z cię­ża­rówki.

- Nie pier­dol, Zwiadu. Te­raz mamy ich od chuja do od­strzału - mruk­nął Rudy. - Damy radę zdjąć wszyst­kich, je­śli warto i je­śli do­brze to ro­ze­gramy.

Na­ło­żył słu­chawki i do­stroił czę­sto­tli­wość. Rzu­cił okiem na pa­pier, a po­tem spoj­rzał na Dar­sky'ego.

- Kie­rują się w stronę lasu?

Ian ski­nął głową, za­pa­la­jąc pa­pie­rosa.

- Wóz opan­ce­rzony i nie­wielki od­dział w cię­ża­rówce. Bułka z ma­słem, co, Rudy?

- Za­wsze może być ciężko. Nie wia­domo, ilu jest pod plan­deką mer­ce­desa - mruk­nął ten w od­po­wie­dzi. Od­wró­cił się do ra­dio­sta­cji i za­czął nada­wać mor­sem. - Po­in­for­muję do­wódz­two. Niech wie­dzą, że bę­dzie ruch.

Kwa­tera główna Ar­mii Kra­jo­wej znaj­do­wała się w War­sza­wie, za­le­d­wie pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów da­lej. Dar­sky i reszta od­działu spę­dzili po­przed­nią dobę w sto­licy. Do­star­czyli naj­now­sze ra­porty wy­wia­dow­cze i cie­szyli się miej­skim cie­płem i kom­for­tem, póki mo­gli. Jak za­wsze prze­ka­zane in­for­ma­cje zo­stały do­kład­nie spraw­dzone pod ką­tem kom­plet­no­ści przez cen­tralę wy­wiadu. W tym mo­men­cie były już w dro­dze do Lon­dynu. Dar­sky nie mógł wyjść z po­dziwu, jak do­brze zor­ga­ni­zo­wany był te­raz ruch oporu. Na­bie­rał na­dziei, że na­prawdę kie­dyś będą w sta­nie od­bić War­szawę i resztę kraju z rąk oku­panta.

- My­ślisz, że damy radę ich wszyst­kich zdjąć? - spy­tał Zwiadu, po­da­jąc Ia­nowi ma­nierkę.

Dar­sky wziął ją, prze­ka­zu­jąc mu pa­pie­rosa.

- Nie będą się spo­dzie­wać, a poza tym my mamy lep­szą mo­ty­wa­cję.

Bim­ber pę­dzony na szybko pa­lił go w gar­dło tak, że aż się skrzy­wił. Za nic nie mógł przy­zwy­czaić się do tej pa­skud­nej ber­be­lu­chy i tę­sk­nił, za czymś, co można pić nor­mal­nie - w szklance i na lo­dzie.

Zwiadu wziął ma­nierkę z po­wro­tem i od­dał Dar­sky'emu pa­pie­rosa.

- Mo­gli­by­śmy za­sta­wić na nich za­sadzkę w le­sie - stwier­dził, pa­trząc na zmianę to na Dar­sky'ego, to na Ru­dego. - Nie będą wie­dzieć, ilu nas jest.

- Jest nas rap­tem pię­ciu - od­parł Rudy ze wzro­kiem wbi­tym w ra­dio­sta­cję. - Jak­by­śmy mieli jesz­cze z dzie­się­ciu, to może...

Po­trzą­snął głową i sku­pił się na od­bie­ra­nej wia­do­mo­ści.

Rudy był z na­tury po­dejrz­liwy i ostrożny - może wła­śnie dla­tego po­zo­stał wśród ży­wych - jed­nak Ian bar­dzo chciał się do­wie­dzieć, co ta­kiego prze­wo­żono w cię­ża­rówce. Pew­nie sprzęt, być może je­chali tam ja­cyś ofi­ce­ro­wie, ale dla­czego to­wa­rzy­szyły im aż dwa sa­mo­chody eskorty? Miał prze­czu­cie, że kon­wój chro­nił coś bar­dziej war­to­ścio­wego. Głę­boko za­cią­gnął się dun­hil­lem, pa­trząc na pły­nące nad głową białe chmury.

Rudy skoń­czył mel­du­nek i za­rzu­cił ciężką ra­dio­sta­cję na plecy.

- Do­sta­li­śmy roz­kazy. Zgod­nie z pla­nem wra­camy do Dar­nowa.

Po­now­nie ru­szyli wzdłuż rowu, aby w końcu wyjść na łąkę. Zwiadu z mau­se­rem w rę­kach wy­szedł na szpicę, a Dar­sky zwol­nił kroku, by zrów­nać się z Ru­dym.

- Kon­wój bę­dzie nas mi­jał. Za­sadzka, kilka gra­na­tów i mo­żemy go zdo­być.

- Żeby za­bić kilku nie­miec­kich żoł­nie­rzy? - Rudy po­trzą­snął głową. - Za duże ry­zyko.

- Po­myśl tylko. Dwa sa­mo­chody eskorty dla jed­nej cię­ża­rówki? Za­łożę się o flaszkę, że wiozą tam coś war­to­ścio­wego.

- Jak cho­dzi o wódkę, to nie je­stem tak wy­bredny jak ty, Ian. Tylko pa­no­wie szlachta mogą so­bie po­zwo­lić na trunki od Ba­czew­skich w tych ich śmiesz­nych bu­tel­kach. Moim skrom­nym zda­niem ta ni­sko­pro­cen­towa lura sma­kuje jak woda. A poza tym ha­zardu nie upra­wiam.

- Ry­zy­ku­jemy za każ­dym ra­zem, gdy idziemy na ak­cję - od­parł Ian. - I za każ­dym ra­zem, gdy de­cy­du­jemy się od­pu­ścić.

Rudy pa­trzył gdzieś w dal, a po chwili od­parł:

- Zo­ba­czymy, ale ni­czego nie obie­cuję, An­golu.

W za­ro­ślach trza­snęła ga­łązka i Dar­sky wy­mie­rzył z ka­ra­binu, za­nim jesz­cze usta­lił, co było przy­czyną ha­łasu. Z chasz­czy wy­gra­mo­lił się Ro­man.

- Ro­bi­cie masę ha­łasu - po­wie­dział. - Chodź­cie. Cy­gan i Ar­tur cze­kają przy sa­mo­cho­dzie.

Ru­szyli za nim i wkrótce do­tarli do nie­rzu­ca­ją­cej się w oczy ma­łej cię­ża­rówki. Ar­tur sie­dział na sie­dze­niu kie­rowcy, pa­ląc. Prysz­czata twarz i rzadki za­rost - uroki mło­do­ści. Cy­gan ostrzył nóż, sie­dząc na błot­niku.

- Bę­dzie nas mi­jał kon­wój - po­wie­dział Rudy, zer­ka­jąc na Dar­sky'ego. - Po­cze­kamy i zo­ba­czymy, czy nada­rzy się oka­zja.

- Niemcy? - spy­tał pod­eks­cy­to­wany Cy­gan, cho­wa­jąc nóż do po­chwy i prze­ła­do­wu­jąc swo­jego lee-en­fielda. - Ilu?

Rudy po­dał mu kartkę, którą do­stał od Dar­sky'ego.

- Może być dwu­dzie­stu, może trzy­dzie­stu uzbro­jo­nych - od­parł Rudy, ła­du­jąc ra­dio­sta­cję na pakę cię­ża­rówki. - I wóz opan­ce­rzony. Na ra­zie tylko pa­trzymy.

- Za ile tu będą? - spy­tał Ar­tur.

- Szyb­ciej, niż­by­śmy chcieli - od­parł Zwiadu. - Mu­simy się po­spie­szyć, żeby nie spo­strze­gli, jak usta­wiamy się na po­zy­cjach.

Ru­szyli szybko. Dar­sky sie­dział w szo­ferce, jedną ręką opie­ra­jąc się o de­skę roz­dziel­czą, a w dru­giej trzy­ma­jąc ka­ra­bin trzę­sący się na nie­rów­nej dro­dze. Dys­kret­nie przy­glą­dał się Ru­demu, który pew­nie pro­wa­dził, ja­dąc po pia­sku i ka­mie­niach wy­płu­ka­nych przez deszcz. Le­śny dukt był wą­ski i auto le­dwo się na nim mie­ściło. Mknęli jak bu­rza po­mię­dzy drze­wami i wkrótce do­tarli do głów­nej drogi, którą miał je­chać nie­miecki kon­wój.

Zwol­nili. Dar­sky rzu­cił ple­cak na pod­łogę. Wy­cią­gnął z niego wszyst­kie gra­naty i całą amu­ni­cję, którą mógł zna­leźć. Spraw­dził we­bleya, a po­tem upew­nił się, że ka­ra­bin jest na­ła­do­wany.

- Po­wie­dzia­łem, że tylko ob­ser­wu­jemy - przy­po­mniał Rudy. - Wy­lu­zuj, do­bra?

Za­trzy­mał sa­mo­chód w głębi lasu, tak by nie było go wi­dać z drogi. Wszy­scy wy­sie­dli i ru­szyli w stronę po­bli­skiego za­krętu. Po obu stro­nach ro­sły wy­so­kie i roz­ło­ży­ste drzewa, a w ro­wach było wi­dać dość gę­ste krzaki. Z od­dali do­bie­gał już ci­chy szmer sil­ni­ków.

- Mu­szą tu zwol­nić - rzu­cił szybko Zwiadu. - A w tych krza­kach bę­dziemy do­brze ukryci...

- Nikt nie strzela bez roz­kazu - prze­rwał mu Rudy. - Je­śli nas za­uważą, wra­camy bie­giem do auta i je­dziemy w kie­runku, z któ­rego nad­je­chali. Nie do­go­nią nas. Je­śli ru­szymy w porę, nie za­wrócą tak ła­two kon­woju.

Każdy ru­szył tam, gdzie pnie drzew i za­ro­śla mo­gły za­pew­nić mu osłonę, a jed­no­cze­śnie wi­dok na drogę był wy­star­cza­jąco do­bry. Ro­bili to już dzie­siątki razy, wszystko od­było się za­tem bez zbęd­nych słów. Dar­sky zna­lazł so­bie miej­sce na ziemi i po­ło­żył się, z ka­ra­bi­nem prze­wie­szo­nym przez ra­mię i czte­rema gra­na­tami wi­szą­cymi u pasa. Po­wie­trze stało nie­ru­chomo i przez to można było od­nieść wra­że­nie, że za­pa­no­wała pra­wie zu­pełna ci­sza - je­dyne dźwięki wy­da­wały ptaki i ukry­wa­jący się w za­ro­ślach par­ty­zanci. Wkrótce jed­nak da­leki szmer prze­mie­nił się w mia­rowy po­mruk, a po­tem w co­raz bliż­szy war­kot.

- Spo­kój! - roz­ka­zał Rudy.

Dar­sky wcale nie za­mie­rzał jed­nak sie­dzieć spo­koj­nie. In­stynkt pod­po­wia­dał mu, że tego kon­woju nie może pu­ścić wolno - i nie była to tylko czy­sta cie­ka­wość. Od­piął je­den gra­nat i wy­cią­gnął we­bleya z ka­bury. Po­ło­żył je na ziemi w za­sięgu ręki. Znał re­guły ta­kiej walki. Od pierw­szego strzału będą mieli tylko mi­nutę, by prze­chy­lić szalę zwy­cię­stwa na swoją stronę - do­póki ich naj­więk­szą prze­wagą bę­dzie za­sko­cze­nie.

Od­głos sil­ni­ków na­ra­stał z każdą chwilą. Nie­ba­wem w polu wi­dze­nia par­ty­zan­tów po­ja­wiła się syl­wetka wozu opan­ce­rzo­nego. Na da­chu znaj­do­wał się ciężki ka­ra­bin ma­szy­nowy, a przy nim żoł­nierz w cha­rak­te­ry­stycz­nym, znie­na­wi­dzo­nym heł­mie.

- Spo­koj­nie, chło­paki - mruk­nął Rudy. - Je­śli nas zoba...

Jego słowa za­głu­szył wy­strzał z ka­ra­binu Dar­sky'ego. Spod hełmu po­lała się krew. Dar­sky nie dał prze­ciw­ni­kom czasu na prze­gru­po­wa­nie. Wy­sko­czył na drogę. Ka­ra­bin zo­sta­wił w krza­kach, w le­wej dłoni trzy­mał we­bleya, a w pra­wej gra­nat. Rzu­cił się bie­giem w stronę wozu opan­ce­rzo­nego, który zwol­nił przed za­krę­tem, i wrzu­cił gra­nat przez właz, z któ­rego bez­wład­nie zwi­sało te­raz ciało strzelca. Usły­szał stłu­miony wy­buch, a na karku po­czuł go­rący po­wiew. Po­jazd za­trzy­mał się i za­ta­ra­so­wał drogę. Kie­rowca ja­dą­cego za nim mer­ce­desa mu­siał dać ostro po ha­mul­cach, a jego oczy były sze­roko otwarte z prze­ra­że­nia. Dar­sky po­słał mu kulkę w czoło, gdy pod­ofi­cer zaj­mu­jący sie­dze­nie pa­sa­żera pró­bo­wał do­być pi­sto­letu.

Mer­ce­des za­trzy­mał się gwał­tow­nie, a sil­nik zgasł. Rudy klął na czym świat stoi, ale Dar­sky go zi­gno­ro­wał. Do­biegł do sa­mo­chodu i usły­szał, jak z paki do­bie­gają wy­szcze­ki­wane po nie­miecku roz­kazy. Za­ry­zy­ko­wał i spoj­rzał za sie­bie. Z włazu wozu opan­ce­rzo­nego snuł się gę­sty ciemny dym, a ciało strzelca było ro­ze­rwane na strzępy. To samo mu­siało spo­tkać za­łogę.

Usły­szał dźwięk otwie­ra­nych drzwi. To ten, który sie­dział koło kie­rowcy. Dar­sky wy­chy­lił się i tra­fił go z we­bleya. Prze­sko­czył zwłoki i w ułamku se­kundy za­strze­lił ko­lej­nego, który do­słow­nie przed chwilą mu­siał wy­sko­czyć z paki mer­ce­desa. Te­raz padł w fon­tan­nie krwi. Dar­sky schy­lił się po schme­is­sera wciąż ści­ska­nego przez dłoń trupa. Pod­niósł wzrok i zo­ba­czył szybko nad­jeż­dża­jącą cię­ża­rówkę z eskor­tu­ją­cymi kon­wój. Wy­wa­lił cały ma­ga­zy­nek w szo­ferkę i usko­czył. Przed­nia szyba za­mie­niła się w pa­ję­czynę pęk­nięć za­chla­paną od we­wnątrz krwią Niem­ców, przez którą nie było już nic wi­dać.

Dar­sky sły­szał wście­kłe wrza­ski Niem­ców z mer­ce­desa, które umil­kły, gdy cię­ża­rówka wio­ząca żoł­nie­rzy z im­pe­tem ude­rzyła w tył po­jazdu. Ude­rze­nie było na tyle silne, że od­rzu­ciło od sie­bie oba auta. Dar­sky upu­ścił dy­miący pi­sto­let ma­szy­nowy i ru­szył da­lej, wy­cią­ga­jąc za­wleczkę z ko­lej­nego gra­natu. Gdy ci­skał go mię­dzy sie­dzą­cych na pace cię­ża­rówki, po­czuł za­pach ben­zyny. Zbior­nik mu­siał nie wy­trzy­mać zde­rze­nia.

Rzu­cił się do przy­droż­nego rowu, za­ty­ka­jąc uszy dłońmi. Huk był znacz­nie gło­śniej­szy niż wy­buch opan­ce­rzo­nego sa­mo­chodu, a gdy eks­plo­do­wał zbior­nik pa­liwa, za­lała go fala go­rąca. Mu­siał po­trzą­snąć głową, by po­zbyć się po­wi­do­ków i dzwo­nie­nia w uszach.

- Po­je­bany An­golu! - Po­czuł, jak Rudy pod­nosi go z ziemi. - Ka­za­łem ci sie­dzieć, kurwa, spo­koj­nie! - ryk­nął mu w twarz.

Dar­sky zła­pał Ru­dego za ra­miona i rzu­cił się z po­wro­tem do rowu w chwili, gdy po­ci­ski pi­sto­letu ma­szy­no­wego roz­darły zie­mię tuż nad ich gło­wami. Ian pod­niósł we­bleya. Naj­wy­raź­niej kilku Niem­ców zdą­żyło ze­sko­czyć z cię­ża­rówki przed zde­rze­niem i te­raz ukry­wali się po dru­giej stro­nie drogi.

Rudy był już w peł­nej go­to­wo­ści. Za­po­mniaw­szy o swo­jej fu­rii, za wszelką cenę sta­rał się prze­su­nąć na wy­so­kość pło­ną­cej cię­ża­rówki, by nie uła­twiać Niem­com strzału. Dar­sky ru­szył za nim. Po kilku se­kun­dach za­trzy­mali się, ogień i cier­ni­ste krzaki ro­snące w ro­wie od­gra­dzały ich od nie­przy­ja­ciela. Ian wy­rzu­cił pu­ste łu­ski we­bleya i za po­mocą zmyśl­nego po­daj­nika za­ła­do­wał ko­lej­nych sześć kul wy­ję­tych z kie­szeni kurtki.

Rudy trzy­mał w dło­niach no­wiut­kiego stena.

- I co te­raz? - wy­char­czał, pró­bu­jąc wy­grze­bać się z cze­pia­ją­cych się płasz­cza cierni.

Dar­sky zgrzyt­nął zę­bami. Za­ła­twił więk­szość kon­woju prak­tycz­nie sam; te­raz z całą pew­no­ścią mieli prze­wagę, na­wet bio­rąc pod uwagę cho­ler­nych nie­do­bit­ków po dru­giej stro­nie.

- Osła­niaj mnie - od­parł, koń­cząc prze­ła­do­wy­wa­nie we­bleya. - Zajmę się mer­ce­de­sem.

Wstał, uwal­nia­jąc się z cier­ni­stych chasz­czy, po czym ru­szył ro­wem w kie­runku mer­ce­desa. Na­gle do­kład­nie na wprost, po dru­giej stro­nie drogi, do­strzegł lufę schme­is­sera wy­sta­jącą zza drzewa i rzu­cił się na zie­mię. Usły­szał se­rię ze stena i lufa znik­nęła. Wy­sko­czył na drogę i pod­biegł do mer­ce­desa, wy­ko­rzy­stu­jąc go jako osłonę. Sły­szał jęki i krzyki ran­nych Niem­ców znaj­du­ją­cych się pod plan­deką. Dar­sky wy­chy­lił się i za­strze­lił żoł­nie­rza w ro­wie po dru­giej stro­nie. Po chwili wyj­rzał po­now­nie i zo­ba­czył jesz­cze dwóch, któ­rzy ucie­kali w prze­ciw­nym kie­runku. Tam cze­kali już Ar­tur i Rudy. Krót­kie se­rie ze ste­nów po­ło­żyły Niem­ców po­ko­tem. Po chwili wili się w kon­wul­sjach, wznie­ca­jąc tu­many ku­rzu.

Trzy­ma­jąc we­bleya wy­mie­rzo­nego w mer­ce­desa, Dar­sky ru­szył w stronę po­jazdu. Zo­ba­czył, jak plan­deka roz­suwa się sze­roko, a zza niej wy­ła­nia się męż­czy­zna w prze­krzy­wio­nej, la­mo­wa­nej sre­brem czapce SS ze zła­maną ręką wy­giętą pod nie­na­tu­ral­nym ką­tem; zda­wało się, że miał też zła­ma­nych kilka że­ber. Drugą rękę trzy­mał za ple­cami.

- Nie strze­laj - po­wie­dział po pol­sku z cięż­kim ak­cen­tem. - Je­stem ranny.

Dar­sky zer­k­nął za niego: był tam cy­wil w pro­chowcu, który trzy­mał dło­nie kur­czowo za­ci­śnięte na sie­dze­niu, a krew cie­kła mu po twa­rzy. Ktoś jesz­cze le­żał na pod­ło­dze. Ofi­cer wy­ko­nał gwał­towny ruch i... Dar­sky strze­lił mu pro­sto w gar­dło, prak­tycz­nie nie my­śląc. Zo­ba­czył, jak z dłoni dła­wią­cego się wła­sną krwią Niemca wy­pada lu­ger, a jego ciało lą­duje na dro­dze. Dla pew­no­ści Ian strze­lił w głowę żoł­nie­rzowi le­żą­cemu na pod­ło­dze mer­ce­desa i koń­cem lufy po­ka­zał cy­wi­lowi, że ma pod­nieść ręce.

Dar­sky spoj­rzał w kie­runku za­ro­śli, gdzie chwilę wcze­śniej cho­wali się z Ru­dym, i ode­tchnął. Cy­gan z Ro­ma­nem spraw­dzali oko­licę, upew­nia­jąc się, że nikt nie po­zo­stał przy ży­ciu, a Ar­tur za­jął się do­bi­ja­niem Niem­ców le­żą­cych na dro­dze.

- No masz ty, kurwa, szczę­ście! - rzu­cił Rudy, pod­cho­dząc, wciąż ze ste­nem w rę­kach i chmur­nym wy­ra­zem twa­rzy. - Szczę­ście, że sam cię jesz­cze nie za­strze­li­łem.

Dar­sky uśmiech­nął się, ale krew wciąż w nim wrzała. Szczę­ście? Nie, był po pro­stu cho­ler­nie do­bry. Usły­szał jęk i od­wró­cił się w stronę mer­ce­desa. Męż­czy­zna w pro­chowcu wy­glą­dał ża­ło­śnie. Pró­bo­wał wstać i wy­grze­bać się z sa­mo­chodu z pod­nie­sio­nymi rę­koma, ale naj­wy­raź­niej spra­wiało mu to trud­ność. Dar­sky wsko­czył do mer­ce­desa i za koł­nierz wy­cią­gnął go z po­jazdu. Tam­ten za­wył z bólu, ale jego wzrok na­gle na­brał ostro­ści, gdy spoj­rzał na Dar­sky'ego z roz­pa­czą.

- Pro­szę! Bła­gam, nie za­bi­jaj­cie mnie!

- Co ma­cie tam z tyłu? - spy­tał go Ian, pa­trząc w stronę cię­ża­rówki.

- Nie wiem! - za­szlo­chał męż­czy­zna, bez po­wo­dze­nia sta­ra­jąc się za­ta­mo­wać krew spły­wa­jącą mu na oczy.

Dar­sky wes­tchnął, roz­po­zna­jąc męż­czy­znę. To był Grob, czło­wiek, który do nie­dawna wy­ko­rzy­sty­wał Ra­tor­skiego. Czło­wiek, który był sprawcą śmierci wielu nie­win­nych.

- To na co nam się przy­dasz?

Ode­pchnął Niemca od sie­bie, po czym wy­cią­gnął broń i strze­lił mu pro­sto w twarz. Przez uła­mek se­kundy za­miast twa­rzy za­bi­tego wi­dział twarz Ol­sza­kowa, a wspo­mnie­nia z Ka­ty­nia za­częły nie­bez­piecz­nie prze­le­wać się przez tamę, którą po­sta­wił w swoim umy­śle. Ian po­trzą­snął głową i zwró­cił się do Zwiada, który wła­śnie sta­nął obok.

- To gość z Ge­stapo. Prze­szu­kaj go.

Sam wsko­czył na pakę mer­ce­desa. Wnę­trze było pu­ste - z wy­jąt­kiem ciała za­bi­tego wcze­śniej żoł­nie­rza i sto­ją­cej na końcu me­ta­lo­wej skrzyni za­mknię­tej na kłódkę. Prze­strze­lił ją i kop­nia­kiem otwo­rzył skrzy­nię.

- Co tam jest? - spy­tał Rudy. - Warte, żeby ry­zy­ko­wać?

Dar­sky spoj­rzał na sztabki złota le­żące równo w skrzyni. Każda z nich była ozdo­biona swa­styką. Pod­niósł jedną z nich i za­mknął wieko, za­uwa­ża­jąc jesz­cze kilka pła­skich pa­kun­ków opar­tych o kra­wędź skrzyni. Ze­rwał bre­zen­towy po­kro­wiec z pierw­szego z nich, od­sła­nia­jąc por­tret opra­wiony w ramę. Uśmiech­nął się pół­gęb­kiem, po czym za­wo­łał Ru­dego na górę.

- Patrz! - Pod­su­nął sztabkę złota pod nos wła­żą­cego na pakę Ru­dego. - Brak tego nieco utrudni Niem­com dal­sze fi­nan­so­wa­nie wojny, nie? Chodź, zo­baczmy, czego jesz­cze za­brak­nie w ber­liń­skiej ko­lek­cji dzieł sztuki.

Rudy ode­rwał wzrok od sztabki złota i po­mógł Ia­nowi roz­pa­ko­wać ob­razy. Spoj­rzał na pierw­szy przed­sta­wia­jący matkę z dziec­kiem.

- Co to? - spy­tał

- Ma­donna Gło­gow­ska. Ma po­nad czte­ry­sta lat. Lu­kas Cra­nach Star­szy. Ten tu to, jak są­dzę, Ca­na­letto, a tu, o tak, oto pol­ski Jó­zef Brandt.

Dar­sky do­strzegł zmie­sza­nie i brak zro­zu­mie­nia Ru­dego, ale nie ostu­dziło to jego en­tu­zja­zmu.

- Je­chali do Ber­lina. Po­znaję te ob­razy, wi­dzia­łem je w mu­zeum w War­sza­wie. To pol­skie dzie­dzic­two na­ro­dowe. Mu­simy je za­wieźć do Jó­zefa. U niego póki co będą bez­pieczne. No a poza tym wiesz... bę­dziesz miał oka­zję spo­tkać się z piękną Ju­lią.

Rudy nic nie od­po­wie­dział. Dar­sky wie­dział, że nie znosi, kiedy ktoś się z nim drażni.

- No a złoto? - spy­tał w końcu Rudy, le­dwo po­ru­sza­jąc ustami.

- Le­piej na­daj mel­du­nek.

Ze­sko­czyli z mer­ce­desa i po­de­szli do wraku pło­ną­cej cię­ża­rówki. Wo­kół jak wy­rzu­cone przez mo­rze kłody drewna le­żały ciała za­bi­tych, a w niebo bił gę­sty czarny dym, pla­miąc chmury. Dar­sky po­czuł po­trzebę ode­rwa­nia się od tego wi­doku. Zwró­cił się do Ru­dego:

- Nie wiesz może, gdzie mógł­bym zna­leźć for­te­pian?

20 MARCA 1943 R.

Bau­man pchał swój wó­zek mię­dzy pu­stymi łóż­kami i pu­stymi szaf­kami am­bu­la­to­rium, aż do­tarł do szafy sto­ją­cej na ty­łach po­koju. Wła­ści­wie to nie było am­bu­la­to­rium - więk­szość lu­dzi tra­fiała tu tylko z jed­nego po­wodu. Bu­dy­nek był zimny i czuć w nim było za­pach środ­ków od­ka­ża­ją­cych. W ciągu ostat­niego roku za­brano stąd pra­wie wszystko, jed­nak Bau­man, jak inni Ho­fju­den, "na­dworni Ży­dzi pana na­czel­nika", miał swoje obo­wiązki i za­da­nia do wy­ko­na­nia.

Otwo­rzył kre­dens i za­czął pa­ko­wać me­ta­lowe ba­seny na wó­zek. Na­li­czył ich cały tu­zin, gdy wó­zek był pe­łen. Pchnął go z po­wro­tem do drzwi. Sto­jący tam straż­nik rzu­cił mu krót­kie:

- Nie gap się, Ży­dzie.

Bau­man spu­ścił wzrok i wy­to­czył wó­zek na ze­wnątrz. Bla­szane ba­seny dzwo­niły na wy­bo­istej ścieżce, a ich dźwięk był jakby echem brzęku łań­cu­chów lu­dzi wy­cho­dzą­cych ze wschod­niego ba­raku. Wbił wzrok w wó­zek, póki go nie mi­nęli. Nikt nie po­wie­dział ani słowa, ale czuł, jak na niego pa­trzą. Spoj­rzał na wielki ce­glany gmach sto­jący na­prze­ciwko bu­dynku z prysz­ni­cami. Gdy szedł do am­bu­la­to­rium, sły­szał do­bie­ga­jące stam­tąd ha­łasy. To, co zwy­kle: wrza­ski, jęki, stłu­mione szlo­chy... ale te­raz, chwała Bogu, pa­no­wała tam ci­sza. Czy jed­nak na pewno? Przez mo­ment zda­wało mu się, że sły­szy do­bie­ga­jący stam­tąd śmiech dzieci. Czy to Leia albo Es­ter? Szybko zer­k­nął na drzwi wej­ściowe. Oczy­wi­ście ni­kogo tam nie zo­ba­czył. Nie było ich tu. Były gdzie in­dziej, bez­pieczne.

Do­szedł do ma­łej szopy słu­żą­cej mu za la­bo­ra­to­rium i po­pa­trzył na białe ściany domu na­czel­nika po dru­giej stro­nie placu. Nie do­strze­gał już męż­czyzn ani ko­biet. Cier­pli­wie cze­kał, aż straż­nik otwo­rzy drzwi, za­sta­na­wia­jąc się, od ilu dni jest na Maj­danku. My­ślał o go­dzi­nach spę­dzo­nych w ma­leń­kim la­bo­ra­to­rium, pracy nad bak­te­riami i ple­śniami, gdy pró­bo­wał po­wtó­rzyć pro­ces syn­tezy, nad któ­rym pra­co­wał jesz­cze w Kra­ko­wie, za­nim zo­stał poj­many. Po­my­ślał o Hig­gin­sie, do­brym czło­wieku, który dał mu na­dzieję i po­wód, żeby iść do przodu, nie­za­leż­nie od nie­koń­czą­cych się po­twor­no­ści, któ­rych był świad­kiem każ­dego dnia. Straż­nik w końcu upo­rał się z zam­kiem i Izaak we­pchnął swój wó­zek do środka, po czym rzu­cił ba­seny na stół. Miały po­słu­żyć jako po­jem­niki na kul­tury grzy­bów i bak­te­rii, gdy już znaj­dzie od­po­wiedni sub­strat. Choć do­tych­czas nie miał szczę­ścia, a na­czel­nik Schwarz żą­dał czę­stych ra­por­tów.

Za ple­cami usły­szał kroki.

- Na­czel­nik cię wzywa.

Bau­man chrząk­nął i prze­su­nął je­den z ba­se­nów. W ocyn­ko­wa­nej bla­sze do­strzegł przez mo­ment od­bi­cie swo­ich có­rek. Zwal­czył po­kusę, aby się obej­rzeć.

- Te­raz, Ży­dzie - znów roz­legł się głos. - Te eks­pe­ry­menty mogą po­cze­kać.

Przez traw­nik prze­szedł ze spusz­czoną głową, słu­cha­jąc skrzy­pie­nia skó­rza­nych bu­tów ofi­cera idą­cego tuż za nim. Nie­na­wi­dził tego. Nie­na­wi­dził wi­zyt w domu na­czel­nika Schwa­rza. Mu­siał wtedy mi­nąć za­grody. Męż­czyźni na wscho­dzie, ko­biety na za­cho­dzie. Sły­szał ich, czuł ich, ale nie pa­trzył, nie po­tra­fił.

Do­tarli do domu i Bau­man wszedł do środka. Zdjął czapkę. W holu sie­dział es­es­man i pa­lił pa­pie­rosa. Jego mun­dur był nie­ska­zi­telny, a blond włosy za­cze­sane do tyłu i przy­li­zane. Bau­man na­gle po­czuł się nie­zręcz­nie w swoim po­dar­tym pa­siaku, z bru­dem za pa­znok­ciami i nie­ogo­loną twa­rzą. Chwilę po­tem zdał so­bie sprawę, jak nie­do­rzeczne były jego my­śli.

- Ru­szaj się!

Po­pchnięto go ko­ry­ta­rzem w stronę ga­bi­netu na­czel­nika. Ofi­cer, który go pro­wa­dził, za­trzy­mał się przy drzwiach i dwu­krot­nie za­pu­kał.

- Chwi­leczkę! - Zza drzwi do­bie­gła stłu­miona od­po­wiedź Schwa­rza.

Bau­man sły­szał od­głos prze­su­wa­nego krze­sła, po­tem śmiech i w końcu w drzwiach sta­nął młody za­ru­mie­niony czło­wiek z dys­tynk­cjami pod­po­rucz­nika na ra­mio­nach. Mi­nął ich, a Bau­mana owio­nął mocny za­pach wody ko­loń­skiej. We­pchnięto go do ga­bi­netu, gdzie uj­rzał na­czel­nika Schwa­rza, sze­roko uśmie­cha­ją­cego się zza biurka i trzy­ma­ją­cego w rę­kach ga­zetę. Za­uwa­żyw­szy nowo przy­by­łych, Schwarz rzu­cił ga­zetę na biurko i wstał.

- Do­brze pana wi­dzieć, dok­to­rze Bau­man.

Izaak skrzy­wił się, sły­sząc swój ty­tuł na­ukowy. Nie lu­bił go już. Przy­po­mi­nał mu o prze­szło­ści, o tym wszyst­kim, co stra­cił.

- Przy­nieś nam her­baty, Hans. A, i jesz­cze her­bat­niki. Pro­szę sia­dać, dok­to­rze, pro­szę sia­dać!

Bau­mana po­sa­dzono na fo­telu, a po chwili na biurku po­ja­wiła się taca z czaj­nicz­kiem, dzban­kiem mleka i her­bat­ni­kami.

- Jak po­stępy? - spy­tał Schwarz, na­le­wa­jąc her­batę do fi­li­ża­nek.

- Te­sto­wa­łem wiele róż­nych po­ży­wek, ale naj­pierw mu­szę zi­den­ty­fi­ko­wać sto­sowny sub­strat, który po­zwoli na ho­dowlę od­po­wied­niego szczepu - od­parł dok­tor po­zba­wio­nym emo­cji gło­sem. - Pró­bo­wa­łem już wielu rze­czy, ale trudno pra­co­wać bez od­po­wied­niego sprzętu, od­czyn­ni­ków...

- Dok­to­rze, trwa wojna - prze­rwał mu Schwarz, na­le­wa­jąc so­bie mleka. - Na­sze za­soby są ogra­ni­czone, ci cho­lerni par­ty­zanci przej­mują na­sze za­opa­trze­nie. Ale efekt pana prac ura­tuje wiele ist­nień, wzmocni wy­si­łek wo­jenny. Pań­ski wy­si­łek po­zwoli na szyb­sze osią­gnię­cie po­koju.

Nie­miec po­czę­sto­wał Bau­mana her­batą, a ten ją przy­jął. Upił łyk, nie czu­jąc smaku ani za­pa­chu. Schwarz spoj­rzał na dok­tora z wy­cze­ki­wa­niem.

- Za­czy­namy te­sty na ko­lej­nej par­tii - po­wie­dział Bau­man ze wzro­kiem wbi­tym w fi­li­żankę.

- Cóż, pro­szę mnie na bie­żąco in­for­mo­wać - od­parł Schwarz. Po chwili od­chrząk­nął i mó­wił da­lej: - A jak idzie nasz drugi pro­jekt? Ten, który jest na­prawdę ważny, dok­to­rze?

Bau­man wzdry­gnął się.

- Na­po­ty­kam te same pro­blemy, po­dob­nie jak w przy­padku szcze­pionki. Po­trzeba wię­cej czasu, wię­cej od­czyn­ni­ków, ale już wkrótce bę­dzie można roz­po­cząć pro­duk­cję. Je­stem pe­wien.

- Może po­wi­nien pan się bar­dziej sku­pić na bak­te­rii - po­wie­dział Schwarz. - Nasi spon­so­rzy się nie­cier­pli­wią.

Kim­kol­wiek byli spon­so­rzy, utrzy­my­wali Bau­mana przy ży­ciu, by mógł kon­ty­nu­ować ba­da­nia. Sprawy mu­siały iść na­prawdę źle, skoro Schwarz był skłonny pod­jąć ry­zyko i prze­zna­czyć czas Bau­mana głów­nie na pro­jekt inny niż ofi­cjalna przy­krywka. Komu jed­nak mie­liby po­skar­żyć się jego ko­le­dzy na­ukowcy?

Schwarz spoj­rzał na ze­ga­rek.

- Może pan już iść - po­wie­dział z uśmie­chem. - Spo­dzie­wam się go­ści.

Bau­man do­pił her­batę i po­niósł się, by wyjść.

- Jesz­cze jedna sprawa, dok­to­rze - rzu­cił Schwarz. - Oba­wiam się, że bę­dzie po­trzebna pań­ska po­moc przy sprzą­ta­niu. No wie pan, o czym mó­wię. Sta­ram się ogra­ni­czać pań­ską obec­ność w ko­mo­rach do mi­ni­mum, ale jak pan wie, jest pan nie­zwy­kle zręczny i uważny. Praw­dziwy z pana chi­rurg, prawda?

Schwarz za­chi­cho­tał.

Bau­man mimo wy­pi­tej her­baty po­czuł zimno w żo­łądku. Schwarz miał na my­śli to, że do­brze ra­dził so­bie z ob­cę­gami.

- Oczy­wi­ście im szyb­ciej skoń­czy pan swoją pracę, tym szyb­ciej będę mógł wy­do­stać pana z tej prze­klę­tej dziury.

Bau­man oczyma wy­obraźni wi­dział sterty tru­pów, bez­zębne dzią­sła i pu­ste oczy. Po­czuł su­chość w ustach, zer­ka­jąc na zdję­cie usta­wione na biurku na­czel­nika.

- To moja żona - po­wie­dział Schwarz, wi­dząc za­in­te­re­so­wa­nie Iza­aka. - Gret­chen.

Bau­man pa­trzył na pełne usta, po­fa­lo­wane włosy, sze­roko otwarte, ko­cha­jące oczy. Mógłby przy­siąc, że na zdję­ciu była Hana, ale naj­wy­raź­niej jego psy­chika znów pła­tała mu fi­gle.

- Pro­szę - po­wie­dział Schwarz. - Pro­szę wziąć so­bie cia­steczko na drogę.

Bau­man pra­co­wał szybko. Jego dło­nie spraw­dzały za­war­tość kie­szeni, od­ry­wały me­ta­lowe gu­ziki, szu­kały drob­nych, bi­żu­te­rii, a na­wet zło­tych plomb. Szybko się­gnął po ob­cęgi i wy­rwał złoty ząb. Nie było krwi. Ząb po­wę­dro­wał do torby z resztą na­zi­stow­skich łu­pów. Pra­co­wał, igno­ru­jąc lu­dzi wrzu­ca­ją­cych na taczki zwłoki prze­zna­czone do kre­ma­to­rium. Za­brał się za ko­lejne ciało. Przy­naj­mniej miał pew­ność, że wśród nich nie bę­dzie ni­kogo z jego ro­dziny. Ro­dzina była wszyst­kim, co mu po­zo­stało.

8 KWIET­NIA 1943 R.

Dar­sky pa­trzył na li­nię drzew. Księ­życ krył się za chmu­rami. Sły­szał je­dy­nie szum kro­pel i sze­lest li­ści na wie­trze, a cią­gła mżawka już dawno prze­mo­czyła go do su­chej nitki. Coś in­nego jed­nak wciąż nie da­wało mu spo­koju, coś zim­niej­szego niż nocne po­wie­trze. Nie mógł się po­wstrzy­mać, by nie zer­kać na lu­dzi sie­dzą­cych przy mu­rze ma­jątku pod roz­piętą pa­łatką. Warta. Śmiali się i wi­dział czer­wony blask pa­lo­nych przez nich pa­pie­ro­sów.

- Ar­tur - wy­sy­czał. - Idź tam i po­wiedz im, żeby do cho­lery byli ci­cho.

Przez mo­ment Ar­tur wy­glą­dał, jakby chciał się sprze­ci­wić - w końcu Dar­sky nie był jego prze­ło­żo­nym - wzru­szył jed­nak ra­mio­nami i ru­szył przez wy­soką trawę w stronę pa­łatki. Ian nie mógł nic po­ra­dzić na to, że był oschły. Czuł nie­po­kój, a już dawno temu na­uczył się ufać swoim in­stynk­tom - czy to na sce­nie, czy na ty­łach li­nii wroga. Czuł zmianę w po­wie­trzu. Jakby wie­dział, że na­leży spo­dzie­wać się roz­lewu krwi.

- Ian. - To był Piła. - Wejdźże do środka. Ta je­bana po­goda ra­czej się nie po­prawi.

Za ple­cami mieli nie­wielki dwo­rek, cen­tralny punkt ma­jątku, zu­peł­nie za­ciem­niony z wy­jąt­kiem sła­bego bla­sku świec są­czą­cego się przez cięż­kie za­słony. Na­le­żał do pew­nego zie­mia­nina, który dawno temu wy­je­chał z kraju. Te­raz dwo­rek da­wał schro­nie­nie bli­sko pięć­dzie­się­ciu lu­dziom z plu­tonu Piły. Da­lej lśniącą ob­sy­dia­nowo wstęgą wił się Wieprz ciem­niej­szy niż noc. Rzeka zda­wała się nie­ru­choma, ale Dar­sky wie­dział, że pod po­wierzch­nią rwie nurt, gwał­towny i zimny jak ro­syj­ska ofen­sywa.

- Lu­dzie są zbyt bez­tro­scy - po­wie­dział Dar­sky, pa­trząc na Piłę. - Nie po­doba mi się tu. Po­win­ni­śmy ru­szać, póki po­goda jest zła.

- Przy ta­kiej po­go­dzie na­wet te po­je­bane szkopy zo­sta­wią nas w spo­koju - od­parł ka­pi­tan.

Ian do­strzegł twarz Piły w bły­sku pio­runa, a jego słowa za­ak­cen­to­wał huk gromu. Deszcz wzmógł się jesz­cze.

- Wi­dzisz? Poza tym mają te­raz inne sprawy na gło­wie. Dziś w nocy się nie ru­szą.

Po­pra­wił koł­nierz kurtki i ru­szył w stronę dworku.

Dar­sky wes­tchnął. Prawdą było to, że Niemcy się wy­co­fy­wali, ale wie­dział, że nie wolno ich lek­ce­wa­żyć. Choć byli w od­wro­cie, zmę­czeni wojną i zde­mo­ra­li­zo­wani, nie można było ich na­zwać nie­kom­pe­tent­nymi. Gdyby wie­dzieli, że Ar­mia Kra­jowa sta­cjo­nuje wła­śnie tu­taj, a lu­dzie po­czuli się zbyt bez­piecz­nie, mo­gło wy­da­rzyć się coś okrop­nego.

- Rzeka wzbiera - po­wie­dział Rudy.

Wła­śnie wró­cił znad brzegu. Ciężki od wody płaszcz wi­siał mu na ra­mio­nach, a nie­do­pa­łek pa­pie­rosa przy­le­piony w ką­ciku ust na­wet nie uda­wał, że jesz­cze się pali.

- Tyły za­bez­pie­czone. - Po­pa­trzył Dar­sky'emu w oczy. - Co z przed­nią li­nią?

- Póki co ci­sza.

- My­ślisz, że coś się może zda­rzyć?

- Coś się za­wsze zda­rza.

Dar­sky spoj­rzał na lu­dzi pod pa­łatką. Ar­tur wciąż z nimi roz­ma­wiał, ale te­raz byli znacz­nie ci­szej.

- Wejdźmy do środka - rzu­cił Rudy. - Na­wet ty nie pró­bo­wał­byś ni­czego wy­krę­cić w taką po­godę.

Nie zga­dzał się z nim. To była ide­alna po­goda do ataku.

- Po­win­ni­śmy iść do lasu - od­po­wie­dział, ru­sza­jąc za Ru­dym i Piłą. - Po dru­giej stro­nie jest wieś. Zbyt wielu lu­dzi o nas wie, je­śli ktoś za­cznie mó­wić...

- Pol­scy chłopi nie­na­wi­dzą Niem­ców tak samo jak ty, Ian - sko­men­to­wał Rudy.

- Ale w Pol­sce jest wiele na­ro­do­wo­ści i nie wszy­scy są lo­jalni tak jak...

- Tak jak An­glicy? - spy­tał Rudy, wy­plu­wa­jąc w końcu nie­do­pa­łek pa­pie­rosa. Na­gle się za­trzy­mał. - Co jest? Kto tam idzie?!

Dar­sky po­dą­żył wzro­kiem za jego spoj­rze­niem. Czyżby do­strzegł ja­kiś ruch? Zła­pał la­tarkę i skie­ro­wał jej pro­mień na lewy róg dworku. W sła­bym świe­tle do­strzegł bladą twarz i blond war­ko­cze.

- Dziew­czyna - rzu­cił krótko.

Rudy trzy­mał swój MG 34 w go­to­wo­ści. Bły­ska­wica oświe­tliła na mo­ment opiętą czar­nym płasz­czem syl­wetkę zni­ka­jącą w gę­stwi­nie.

- O żesz kurwa. To musi być jedna z ku­cha­rek.

- Da­waj tu Piłę, szybko!

Dar­sky po­czuł, jak robi mu się jesz­cze zim­niej.

Le­dwo zdą­żył to po­wie­dzieć, gdy roz­legł się okrzyk alarmu, a po­wie­trze roz­darł po­je­dyn­czy dźwięk ka­ra­binu. Za­raz po­tem roz­legł się grzmot wielu wy­strza­łów. Sły­szał wy­krzy­ki­wane roz­kazy, od­głosy pa­niki, krzyki bólu. Zyg­zak bły­ska­wicy roz­ciął niebo i przez mo­ment Dar­sky wi­dział wszystko otu­lone świe­tli­stą au­re­olą desz­czu. Od strony lasu zbli­żały się po­staci w czar­nych mun­du­rach, na czar­nych czap­kach w świe­tle bły­ska­wic błysz­czały tru­pie czaszki, a ka­ra­biny ma­szy­nowe w ich rę­kach nio­sły śmierć. Usły­szał, jak Rudy klnie, a za­raz po­tem ryk MG 34 nie­mal go ogłu­szył.

Dar­sky do­strzegł Piłę.

- Po­zy­cje obronne! - krzy­czał tam­ten.

Ło­skot ka­ra­binu ma­szy­no­wego ucichł, gdy Rudy po­biegł do dworku, ta­śmy z amu­ni­cją obi­jały się o łoże po­tęż­nej broni w jego rę­kach. Dar­sky był tuż za nim, nie­zwy­kle wy­raź­nie czu­jąc kro­ple desz­czu na czole i w każ­dej chwili spo­dzie­wa­jąc się cze­goś znacz­nie gor­szego mię­dzy ło­pat­kami. Piła był na ganku, ostrze­li­wu­jąc wschod­nią flankę z pi­sto­letu ma­szy­no­wego. Za jego ple­cami po­ja­wiało się co­raz wię­cej prze­strze­lin, a w po­wie­trzu wi­ro­wały pył i od­pry­ski farby. Dar­sky przy­padł do ziemi, uni­ka­jąc hu­ra­ga­no­wego ognia. Rudy po­tknął się na schodku, ale Ian zła­pał go za ra­mię i wcią­gnął za dość marną osłonę, jaką sta­no­wiła ba­rierka.

- Weź lu­dzi za Wieprz! - krzyk­nął Piła do Ru­dego. - Bę­dziemy ich po­wstrzy­my­wać tak długo, jak się da!

Se­ria z ka­ra­binu ma­szy­no­wego roz­biła w drza­zgi ba­rierkę, ale ja­kimś cu­dem ża­den z nich nie zo­stał na­wet dra­śnięty.

- Idź w dół rzeki po dru­giej stro­nie. Po­tem da­waj do lasu! - roz­ka­zał Piła.

- A co z resztą? - spy­tał Dar­sky. - Tam są ze dwa tu­ziny lu­dzi!

Ka­pi­tan spoj­rzał na niego, a jego dra­pieżne rysy twa­rzy na mo­ment jakby zmię­kły. Dar­sky już wi­dział ten wy­raz twa­rzy - u Grze­go­rza, na chwilę przed tym, za­nim ten zgi­nął. Wy­raz spo­koju pod­szyty po­nurą de­ter­mi­na­cją.

- Mia­łeś ra­cję, Ian - po­wie­dział Piła. - Idź, ucie­kaj stąd, kurwa, jak naj­szyb­ciej! - Zmie­nił ma­ga­zy­nek, kro­ple desz­czu za­sy­czały na roz­grza­nym me­talu broni. - Ja ich za­trzy­mam.

Dar­sky chciał go po­wstrzy­mać, ale Piła już ru­szył w dół zbo­cza.

- Ian! - krzyk­nął Rudy, po­da­jąc mu MG 34. - Osła­niaj go!

Wy­cią­gnął pi­sto­let i ru­szył bie­giem w stronę rzeki.

Syl­wetka Piły była roz­ma­zana w desz­czu, roz­ja­rzona ogniem ka­ra­bi­nów i świa­tłem bły­ska­wic, które wa­liły te­raz nie­mal bez prze­rwy. Kil­ku­na­stu par­ty­zan­tów do­łą­czyło do de­spe­rac­kiej szarży do­wódcy, gdy mi­jał ich po­zy­cje, ale wielu z nich pa­dało, gdy tylko wy­szli zza osłony. Dar­sky wi­dział syl­wetki Niem­ców na tle lasu. Oparł ka­ra­bin ma­szy­nowy na tym, co po­zo­stało z ba­rierki, a kolbę przy­ci­snął do ra­mie­nia. Na­ci­snął spust i po­cią­gnął se­rią po­ci­sków 7,92 mm od le­wej do pra­wej. Wi­dział pa­da­ją­cych Niem­ców, wi­dział, jak ściana oło­wiu tra­fiała w ich li­nie, gru­cho­cząc ko­ści, roz­łu­pu­jąc czaszki, za­mie­nia­jąc or­gany we­wnętrzne w krwawy gu­lasz. Ale to nie wy­star­czało. Zwłasz­cza że zza ty­ra­liery nie­miec­kich żoł­nie­rzy z lasu wy­to­czyły się dwa czołgi. Nic wiel­kiego, chyba ja­kieś wy­co­fane z frontu zdo­byczne fran­cu­skie ma­szyny z 1940 roku - ale i tak nie do ugry­zie­nia dla po­zba­wio­nych ja­kiej­kol­wiek broni prze­ciw­pan­cer­nej par­ty­zan­tów.

Piła był w po­ło­wie drogi, gdy padł. Wy­glą­dało to nie­mal, jakby się po­tknął - ale już się nie pod­niósł. Lu­dzie w le­sie nie żyli, a reszta wy­co­fy­wała się w stronę rzeki. Dar­sky sły­szał Ru­dego sta­ra­ją­cego się prze­gru­po­wać resztki od­działu, jed­nak ogień nie­przy­ja­ciela za­czy­nał się na nich sku­piać. Czas się koń­czył. Czołgi na skraju lasu wy­je­chały na po­zy­cję i z dy­stansu nisz­czyły wszel­kie punkty oporu w ścia­nach dworku. Po­ci­ski dział prze­ra­biały ciało, drewno i tynk na wie­lo­barwną mia­zgę.

Dar­sky pod­niósł ka­ra­bin i ru­szył bie­giem, trzy­ma­jąc głowę ni­sko. Je­śli nie do­łą­czy do po­zo­sta­łych, to wkrótce do­łą­czy do mar­twych. Za ro­giem bu­dynku wpadł pro­sto na Niemca, któ­rego tra­fił lufą ka­ra­binu w brzuch. Tam­ten ru­nął na zie­mię, a Dar­sky uniósł ka­ra­bin pio­nowo i świe­tle bły­ska­wicy do­strzegł mło­dego czło­wieka o blond wło­sach, z oczami roz­sze­rzo­nymi prze­ra­że­niem. Z im­pe­tem opu­ścił kolbę na jego twarz, gru­cho­cąc mu szczękę. Ude­rzył jesz­cze dwa razy, roz­łu­pu­jąc czaszkę. Dla pew­no­ści.

Pod­niósł wzrok i do­strzegł syl­wetkę żoł­nie­rza skła­da­ją­cego się do strzału, bio­rą­cego na cel lu­dzi w rzece. Dar­sky sko­sił go krótką mie­rzoną se­rią, a na­stęp­nie rzu­cił się w dół zbo­cza, uwa­ża­jąc, by ciężki ka­ra­bin ma­szy­nowy go nie prze­wa­żył. Gdyby tak się stało, po­le­ciałby pro­sto na ka­mie­ni­sty brzeg.

Rudy kie­ro­wał lu­dzi w stronę rzeki, jed­no­cze­śnie strze­la­jąc ze swo­jego visa do prze­ciw­ni­ków, któ­rych Dar­sky w ogóle nie wi­dział. Ian po­tknął się o coś mięk­kiego, spoj­rzał w dół i zo­ba­czył Szefa le­żą­cego na ple­cach. Jego świ­dru­jące zie­lone oczy świe­ciły ja­sno na dzio­ba­tej twa­rzy, któ­rej bra­ko­wało dol­nej po­łowy, a na klatkę pier­siową zwi­sało coś, co zda­niem Dar­sky'ego mo­gło być ję­zy­kiem. Szef za­sa­lu­to­wał pi­sto­le­tem, który wciąż trzy­mał w dłoni, i spoj­rzał na wschód. Broń miał w go­to­wo­ści. Dar­sky za­sa­lu­to­wał w od­po­wie­dzi i znów ru­szył w stronę rzeki. Szef nie da się wziąć Szwa­bom żyw­cem.

- Ian! - za­wo­łał Rudy. - Od pół­nocy nad­cho­dzi więk­sza grupa!

Dar­sky strze­lał krót­kimi se­riami w noc, bez prze­rwy prze­kli­na­jąc. Ktoś mu­siał do­nieść. Prze­wi­dział to. Po tym wszyst­kim, przez co prze­szli, byli te­raz me­to­dycz­nie uni­ce­stwiani. Od­wró­cił się i zo­ba­czył, jak Rudy po­maga do­trzeć ran­nemu Zwia­dowi do brzegu Wie­prza. W rwą­cym nur­cie już ro­iło się od lu­dzi, któ­rzy pły­nęli, by za wszelką cenę ra­to­wać ży­cie. W dole rzeki też wi­dział uno­szące się kształty. Wkrótce Niemcy tam do­trą i woda nie za­pewni im już żad­nej ochrony. Przy­spie­szył, choć cię­żar ka­ra­binu spra­wiał, że jego mię­śnie pło­nęły.

Rudy stał przy brzegu koło Zwiada, po ko­lana w wo­dzie, gdy se­ria z cięż­kiego ka­ra­binu ma­szy­no­wego nie­mal prze­cięła Zwiada na pół, wy­wo­łu­jąc fon­tannę krwi zmie­sza­nej z brudną wodą. Dar­sky rzu­cił się do rzeki, wy­pusz­cza­jąc ka­ra­bin do­piero wtedy, gdy do­tarł na tyle da­leko w jej nurt, by być pewny, że Niemcy nie wy­do­będą cen­nej broni. Za­nim zdą­żył do­trzeć do Ru­dego, Zwiadu le­żał już twa­rzą w bło­cie, a sam Rudy pa­trzył w niebo roz­cią­gnięty na ple­cach z no­gami w wo­dzie, obiema dłońmi ści­ska­jąc ranę po­ni­żej mostka. Niebo roz­świe­tliła bły­ska­wica i Dar­sky do­strzegł krew prze­są­cza­jącą się mię­dzy pal­cami męż­czy­zny.

Nie było czasu na ocenę, jak cięż­kie ob­ra­że­nia od­niósł jego to­wa­rzysz. Ian po­cią­gnął Ru­dego na głęb­szą wodę, czu­jąc, jak po­rywa ich lo­do­waty prąd. Po­ru­szali się szybko. Dar­sky ko­pał spie­nioną wodę, jak mógł naj­moc­niej, sta­ra­jąc się do­trzeć jak naj­da­lej od Niem­ców, nim kto­kol­wiek ich spo­strzeże.

- Zo­staw mnie, Ian - wy­rzę­ził Rudy. - Do­sta­łem. Zo­staw mnie do kurwy nę­dzy!

Dar­sky go zi­gno­ro­wał. Sta­rał się tylko utrzy­mać na po­wierzchni, wal­cząc z cię­ża­rem wła­snym, Ru­dego i na­siąk­nię­tych ubrań ich oby­dwu. Usły­szał na­wo­ły­wa­nia Niem­ców i uj­rzał ich na brzegu. Ktoś w przy­brzeż­nym bło­cie bła­gał o ży­cie. Od­po­wie­dzią na jego prośby była se­ria z au­to­matu.

- Mó­wię po­waż­nie - cią­gnął Rudy, szczę­ka­jąc zę­bami. Dar­sky zdał so­bie sprawę, że też trzę­sie się z zimna. - Ra­tuj się! Już po mnie.

- Jesz­cze nie po nas - od­parł Ian tak ci­cho, jak po­tra­fił. - Prze­gru­pu­jemy się ra­zem z in­nymi.

- Już po mnie, ty tępy an­giel­ski chuju!

- Wal się! Je­stem w po­ło­wie Po­la­kiem - wy­sy­czał Ian w od­po­wie­dzi. - Wiem, że za­wsze to po­dej­rze­wa­łeś. Mam na na­zwi­sko Dar­sky, a ma­ją­tek w Dar­no­wie na­leży do mo­jej ro­dziny. Wal­czę za Pol­skę tak samo jak ty!

- Pier­do­lisz!

Dar­sky za­tkał dło­nią usta Ru­dego, ale było za późno. Kula roz­chla­pała wodę tuż obok nich i szybko do­łą­czyły do niej ko­lejne. Dar­sky wcią­gnął to­wa­rzy­sza pod wodę i pły­nął z ca­łych sił. Gdy się wy­nu­rzyli, Rudy gwał­tow­nie za­ka­słał. Na brzegu wi­dział syl­wetki, które sta­rały się za nimi na­dą­żyć.

- Jesz­cze raz krzyk­niesz, idioto, to też będę mar­twy - po­wie­dział. - Nie kła­mię ani nie za­mie­rzam cię zo­sta­wić.

- Je­steś uparty jak cap - wy­mam­ro­tał Rudy. - To fak­tycz­nie musi być pol­ska krew, su­kin­synu.

Pły­nęli co­raz szyb­ciej, a Dar­sky wi­dział już przed sobą gę­stwinę ta­ta­raku i wierzby pła­czące. Gdyby tam do­tarli, mie­liby ja­kąś osłonę. Z brzegu, który przed chwilą opu­ścili, do­biegł ich roz­pacz­liwy krzyk:

- Ian! Rudy! Na mi­łość...!

Krzyk ucięła se­ria z ka­ra­binu. To mógł być Cy­gan, a może Ro­man. W desz­czu trudno było to jed­no­znacz­nie oce­nić. A Dar­sky całą uwagę po­świę­cał temu, by pły­nąć. Rudy coś po ci­chu mam­ro­tał, ale Ian nie roz­róż­niał słów. Za­sta­na­wiał się, czy zro­bi­łoby ja­ką­kol­wiek róż­nicę, gdyby Piła go po­słu­chał, ale uznał, że te­raz nie ma to zna­cze­nia. Do­wódca i tak za­pła­cił naj­wyż­szą cenę.

Pod sto­pami Dar­sky po­czuł grunt, ale dno było zbyt mięk­kie, a silny nurt po­rwał go da­lej. W dole rzeki zo­ba­czył grubą ga­łąź ster­czącą znad brzegu.

- Spo­koj­nie, Rudy - po­wie­dział. - Spró­buj się nie ru­szać.

- Na imię mam Wik­tor.

Rudy wciąż coś mam­ro­tał, ale uspo­koił się nieco. Dar­sky się­gnął do ga­łęzi. Była po­kryta mchem i mo­kra od desz­czu. Po­czuł, jak wy­śli­zguje mu się z pal­ców. Aż krzyk­nął z fru­stra­cji, lecz Rudy wy­rzu­cił w górę rękę i zła­pał ko­nar. Ian znów po­czuł dno pod sto­pami i z ca­łych sił za­parł się o nie, jesz­cze raz de­spe­racko pró­bu­jąc schwy­cić ga­łąź. Tym ra­zem jego dłoń nie ze­śli­zgnęła się. Po­czuł jak ga­łąź się ugina, przez mo­ment my­ślał, że się zła­mie, ale wy­trzy­mała. De­li­kat­nie po­mógł Ru­demu wpeł­znąć w trzciny, a kiedy po­czuł, że ten jest bez­pieczny, sam ru­nął ca­łym cię­ża­rem ciała w gę­stwinę ta­ta­raku, poza główny nurt.

- No i do­bra, Ian - po­wie­dział Rudy. - Je­ste­śmy bez­pieczni, a te­raz bar­dzo cię pro­szę, spier­da­laj.

Dar­sky dy­szał zbyt ciężko, by od­po­wie­dzieć. Wciąż sły­szał Niem­ców. Re­gu­lar­nie roz­le­gały się wy­strzały - do­bi­jali ran­nych. Co ja­kiś czas z nur­tem rzeki do­bie­gał ich czyjś krzyk. Na­gle ciem­no­ści nocy roz­świe­tlił po­ma­rań­czowy blask. Niemcy pod­pa­lili to, co zo­stało z dworku.

Wciąż cze­kali w wo­dzie, a deszcz po­woli prze­sta­wał pa­dać. Wi­docz­ność się po­pra­wiła, więc Dar­sky ścią­gnął wię­cej trzcin, aby le­piej ich ukryć. Wi­dział upiorne syl­wetki Niem­ców roz­ma­wia­ją­cych i śmie­ją­cych się po dru­giej stro­nie rzeki. Rudy był po­waż­nie ranny. Po­winni ucie­kać, ale jesz­cze nie mo­gli się ru­szyć.

Czas naj­pierw za­marzł, żeby za chwilę roz­paść się na ty­siące nie­po­łą­czo­nych ze sobą okru­chów wy­peł­nio­nych grozą. W pew­nej chwili Dar­sky po­czuł, że za­sy­pia, gdy na­gle Rudy chwy­cił mocno jego dłoń. Oprzy­tom­niał. Na dru­gim brzegu po­ja­wili się lu­dzie z ło­pa­tami. Oko­liczni chłopi cho­wali za­bi­tych. Od­głos ko­pa­nia dał się wy­raź­nie sły­szeć w ci­szy przed­świtu i Ian wie­dział, że nie mogą cze­kać ani chwili dłu­żej.

- Będą pew­nie okra­dać ciała - rzu­cił Rudy.

Jego głos brzmiał jesz­cze bar­dziej obo­jęt­nie i bez­na­mięt­nie niż za­zwy­czaj.

Dar­sky wy­cią­gnął Ru­dego na brzeg. Wargi ran­nego były sine, oczy przy­mknięte, a pi­sto­let vis wciąż kur­czowo za­ci­śnięty w dłoni. Ian wziął pi­sto­let i spraw­dził puls Ru­dego - był słaby. Spoj­rzał na łąkę roz­cią­ga­jącą się po tej stro­nie rzeki i się­ga­jącą aż do lasu w od­dali. Gdyby udało im się do­trzeć do drzew, by­liby bez­pieczni. Tyle że Rudy na­tych­miast po­trze­bo­wał le­ka­rza, a i to nie gwa­ran­to­wało, że prze­żyje. Dar­sky ścią­gnął kurtkę Ru­dego, a po­tem wła­sną. Słońce ogrze­wało ich cie­płymi pro­mie­niami, ale prze­mo­czone ubra­nia wciąż mo­gły do­pro­wa­dzić do wy­zię­bie­nia. W świe­tle po­ranka zo­ba­czył ranę po­strza­łową na ple­cach Ru­dego i wy­lo­tową z le­wej strony brzu­cha.

- Ka­za­łem ci... mnie... zo­sta­wić - po­wie­dział z tru­dem męż­czy­zna.

- Je­steś twar­dym su­kin­sy­nem, Rudy - od­parł Dar­sky. - Jesz­cze nie przy­szła na cie­bie pora.

Prze­kleń­stwo Ru­dego stłu­mił na­gły atak kaszlu. Dar­sky zła­pał go za ręce i pod­cią­gnął ka­wa­łek, by w końcu oprzeć ple­cami o pniak.

- Od­pocz­nij chwilę.

Rudy wcią­gnął gło­śno po­wie­trze i słabo po­ki­wał głową. Dar­sky ścią­gnął ko­szulę i wy­żął ją naj­le­piej, jak po­tra­fił. Wciąż miał swo­jego we­bleya, jed­nak amu­ni­cja do ni­czego się nie nada­wała. Las był może dwa ki­lo­me­try od nich, ale mniej wię­cej w po­ło­wie drogi Dar­sky do­strzegł słup bia­łego dymu bi­jący w niebo. Ko­min.

- Za­groda - po­wie­dział.

Rudy spoj­rzał na niego i za­mru­gał oczami. Jego spoj­rze­nie było za­dzi­wia­jąco przy­tomne. Wciąż żył, ale Dar­sky wie­dział, że nie mogą się za­trzy­mać ani na chwilę.

- Znaj­dziemy tam ja­kiś wóz - stwier­dził Dar­sky. - Po­je­dziemy do Dar­nowa, do Ju­lii Bo­bik. Spro­wa­dzimy do cie­bie dok­tora.

Rudy skrzy­wił twarz w uśmie­chu, który pra­wie na­tych­miast prze­ro­dził się w gry­mas bólu.

- Zbyt nie­bez­piecz­nie... dla niej.

- Bzdura - od­parł Ian. - Bę­dzie cię chciała zo­ba­czyć.

Rudy po­trzą­snął głową, ale Dar­sky zi­gno­ro­wał to i naj­de­li­kat­niej, jak mógł, po­sta­wił go na nogi.

- Po­zwo­limy jej sa­mej oce­nić. Je­śli cię wy­rzuci, to obie­cuję, że oso­bi­ście cię po­cho­wam.

Ru­szyli po­woli przed sie­bie. Dar­sky pod­trzy­my­wał Ru­dego, który mógł sta­wiać tylko ma­lut­kie kroczki, po­włó­cząc lewą nogą i ciężko dy­sząc przez zęby. Ian wie­dział, że to­wa­rzysz musi bar­dzo cier­pieć. Wie­dział też, że - mimo iż do­ma­gał się, by go zo­sta­wić - Rudy wcale nie za­mie­rzał się pod­dać. To nie le­żało w jego na­tu­rze.

Łąka roz­mię­kła od desz­czu, który spadł po­przed­niej nocy, i szło się ciężko, lecz w końcu do­wle­kli się do so­lid­nego drew­nia­nego par­kanu i zo­ba­czyli otwartą bramę, która wio­dła do ma­łego obej­ścia. Kilka koni sku­bało trawę, a ich wła­ści­ciel, star­szy po­si­wiały chłop, zbie­rał drewno obok stajni, we wnę­trzu któ­rej Dar­sky do­strzegł sto­jący wóz. Chłop jesz­cze ich nie zo­ba­czył, ale Ian nie wąt­pił, że bę­dzie wy­stra­szony ich wi­do­kiem - szcze­gól­nie je­śli nocą sły­szał od­głosy walki i wi­dział łunę pło­ną­cego dworu. Zo­sta­wił więc Ru­dego opar­tego o płot, a sam ru­szył ścieżką w stronę go­spo­da­rza.

Star­szy męż­czy­zna wi­dząc Dar­sky'ego, zro­bił kilka kro­ków w stronę drzwi do sto­doły.

- Po­trze­bu­jemy po­mocy! - za­wo­łał Dar­sky nie­na­ganną pol­sz­czy­zną. - Mój to­wa­rzysz jest ranny.

Sta­ruch nie słu­chał, tylko się­gnął do sto­doły i chwy­cił ka­ra­bin. Mie­rzył w po­śpie­chu, więc nie tra­fił. Ian wy­jął we­bleya i ru­szył bie­giem, krzy­cząc do go­spo­da­rza, by się za­trzy­mał, gdy ten chwiej­nym kro­kiem za­czął wła­zić do sto­doły.

- Po­trze­bu­jemy po­mocy!

Po­cią­gnął za spust, żeby od­dać strzał ostrze­gaw­czy, ale ku­rek tylko klik­nął. No tak, za­mo­czona amu­ni­cja.

Chłop za­mknął za sobą drzwi i Dar­sky usły­szał, jak stara się czymś je za­sta­wić. Nie dał mu na to czasu i kop­nął drzwi z taką siłą, że star­szy męż­czy­zna wy­wró­cił się na plecy. Szybko wy­ko­pał mu ka­ra­bin z rąk i wy­mie­rzył we­bleya pro­sto w głowę prze­ra­żo­nego chłopa. Po chwili scho­wał broń do ka­bury i wy­cią­gnął rękę do le­żą­cego.

- Mój przy­ja­ciel jest ciężko ranny. Je­ste­śmy żoł­nie­rzami Ar­mii Kra­jo­wej i po­trze­bu­jemy trans­portu do Dar­nowa.

- Nie wy­glą­da­cie na żoł­nie­rzy - wy­chry­piał za­sko­czony chłop.

- Nie wy­glą­damy też, kurwa, na tu­ry­stów - od­parł Dar­sky, si­ląc się na spo­kój. - A mój przy­ja­ciel po­trze­buje po­mocy.

Chłop chwy­cił dłoń Dar­sky'ego i nie­pew­nie sta­nął o wła­snych si­łach. Ręce mu się trzę­sły, ale wy­glą­dało na to, że zdo­łał się opa­no­wać.

- Za­przę­gnę ko­nie - po­wie­dział. - Mam też koce. Wy­glą­dasz, jak­byś wy­lazł pro­sto z rzeki.

Dar­sky wró­cił do Ru­dego i po­mógł mu przejść przez bramę.

- Za­wiozą nas na skraj Dar­nowa. Tam mo­żesz so­bie umrzeć, je­śli chcesz, ale nie wcze­śniej.

- Oni wszy­scy nie żyją, prawda? - spy­tał Rudy nieco sil­niej­szym gło­sem. Odro­bina od­po­czynku wy­raź­nie mu po­mo­gła. - Piła, Zwiadu, Szef, bra­cia. Wszy­scy nie żyją.

- Naj­praw­do­po­dob­niej. - Dar­sky ski­nął głową. - Ale nie­któ­rym mo­gło się udać wy­rwać.

- Po­wi­nie­neś był mnie zo­sta­wić. Przy­naj­mniej za­brał­bym paru szko­pów ze sobą. Te­raz je­stem, kurwa, śmie­ciem. Na co komu je­stem po­trzebny, skoro nie mogę wal­czyć?

- Może Ju­lii na coś się przy­dasz - od­parł Dar­sky. - Może na coś się przy­dasz temu kra­jowi. Dziel­nie za niego wal­czy­łeś.

Zer­k­nął na Ru­dego. Wie­dział, że musi do­da­wać mu otu­chy, ale ten zda­wał się po­grą­żony we wła­snych my­ślach.

Te­raz, gdy chłop na­brał pew­no­ści, że nic mu nie grozi, ka­zał żo­nie przy­nieść z domu wrzą­tek, czy­ste ubra­nia i koce, po czym po­mógł Ru­demu wleźć na wóz. Na pod­łogę wozu wy­sy­pał tro­ciny, żeby nie było na niej wi­dać śla­dów krwi.

- Po­je­dziemy przez las - po­wie­dział. - Cał­kiem czę­sto jeż­dżę do Dar­nowa. Do­trzemy tam skró­tem, chyba że za­lało drogę.

Dar­sky po­dzię­ko­wał mu i usa­do­wił się obok Ru­dego. Póki co szło nie­źle, a za­lana droga by­łaby naj­mniej­szym z ich pro­ble­mów.

Chłop wdra­pał się na ko­zioł, w dłoń chwy­cił bat, a na głowę za­ło­żył ka­pe­lusz. Spoj­rzał na Ru­dego, ba­tem wy­ko­nał znak krzyża i za­wo­łał:

- Wioo!

Dar­sky po­czuł, jak wóz ru­sza z miej­sca - naj­pierw po­woli, a po­tem co­raz szyb­ciej. Gdy je­chali po wy­bo­istej dro­dze do lasu, Ru­dym rzu­cało po ca­łym wo­zie jak szma­cianą lalką. Ję­czał ci­cho i Ian sta­rał się utrzy­mać go w miej­scu na tyle, na ile było to moż­liwe.

Chłop na zmianę mo­dlił się i prze­kli­nał, a strzały z bi­cza zda­wały się za­stę­po­wać tra­dy­cyjne "Amen". Dar­sky po­czuł, jak wóz zwal­nia.

- No, to­śmy są w le­sie, Bogu dzięki! - oświad­czył chłop. - W Dar­no­wie bę­dziemy za ja­kieś dwie go­dziny.

Na le­śnej dro­dze ry­zyko wje­cha­nia na ko­rzeń czy za­le­ga­jący ko­nar było na tyle duże, że mu­sieli zwol­nić, ale dzięki temu Rudy mógł le­żeć spo­koj­nie i bez ru­chu. Za­snął, a chłop ucichł. Dal­sza droga ja­kimś cu­dem prze­bie­gła bez nie­spo­dzia­nek.

Dar­sky roz­po­znał ro­so­chate drzewo, na które wspi­nał się, kiedy był jesz­cze dziec­kiem, a na polu za nim szopę, w któ­rej Alina zro­biła z niego męż­czy­znę... tyle lat temu.

Rudy szczę­kał zę­bami, więc Dar­sky szczel­niej owi­nął go ko­cem.

- Już pra­wie je­ste­śmy na miej­scu, bra­cie - po­wie­dział, da­jąc mu się na­pić z ma­nierki. - Za­raz tra­fisz do łóżka i wszy­scy będą do­okoła cie­bie cho­dzić na pa­lusz­kach.

Rudy prze­łknął kilka ły­ków i znowu za­padł w sen. Dar­sky usiadł wy­god­niej. Był wy­cień­czony, ale w po­rów­na­niu z Ru­dym czuł się świet­nie. Za­mknął na mo­ment oczy i uj­rzał Szefa z bra­ku­jącą po­łową twa­rzy, Zwiada le­żą­cego w bło­cie. Usły­szał krzyki i grzmot.

- To­śmy są na miej­scu - po­in­for­mo­wał go z ko­zła chłop.

Przez mo­ment Rudy za­sta­na­wiał się, czy wciąż żyje, jed­nak gdy do jego uszu do­biegł głos Iana, uznał, że to ra­czej nie pie­kło. Gdyby ja­kiś je­bany An­gol za­rzą­dzał tym in­te­re­sem, było wię­cej niż pewne, że Po­lacy nie zo­sta­liby za­pro­szeni. Nie czuł ab­so­lut­nie nic. Otwo­rzyw­szy oczy, zo­ba­czył biały su­fit i ką­tem oka pęk­nięte lu­stro.

- Prze­żyje? - spy­tał ko­biecy głos.

- Da­łem mu za­strzyk prze­ciw­tęż­cowy. Kula prze­szła na wy­lot, ale...

Rudy czuł się słaby i obo­jętny. Spró­bo­wał pod­nieść się na łóżku, ale strasz­liwy ból w ca­łym ciele mu to unie­moż­li­wił. Zda­wało mu się, że krzy­czy, ale w izbie nie roz­legł się ża­den dźwięk. Po chwili w jego polu wi­dze­nia po­ja­wił się męż­czy­zna w oku­la­rach i z gę­stą czarną brodą.

- Spo­koj­nie - po­wie­dział.

Uniósł nad­gar­stek Ru­dego i zmie­rzył mu puls, trzy­ma­jąc ze­ga­rek w dru­giej dłoni.

Rudy po­pa­trzył po­nad ra­mie­niem le­ka­rza na otwarte drzwi. Ta­peta na ścia­nie wy­glą­dała zna­jomo i zdał so­bie sprawę, że już kie­dyś ją wi­dział. Po­tem w polu wi­dze­nia po­ja­wiła się pie­go­wata twarz oko­lona ciem­no­blond wło­sami i ja­sno­nie­bie­skie oczy pełne łez. Ju­lia.

- Wik­tor... - Za­szlo­chała. - Wszystko bę­dzie do­brze - po­wie­działa, zer­ka­jąc na le­ka­rza.

- Mocno boli? - spy­tał dok­tor, pa­trząc na Ru­dego ba­daw­czym wzro­kiem.

Po przy­krym do­świad­cze­niu, ja­kim oka­zała się próba po­ru­sze­nia się, Rudy czuł się jesz­cze słab­szy niż wcze­śniej. Chciał coś po­wie­dzieć, chciał po­wie­dzieć, że wszystko jest do­brze, ale słowa za­marły mu na war­gach i po­wró­ciło do­kucz­liwe kłu­cie.

- Pro­szę się nie ru­szać i spró­bo­wać od­po­cząć - po­in­stru­ował go le­karz.

Rudy za­mknął oczy. Sły­szał, jak wy­cho­dzą, głosy z przed­po­koju do­bie­gały do niego jak przez watę.

- Zro­bię mu ju­tro le­wa­tywę, jak nieco od­pocz­nie. Je­śli bę­dzie w niej krew, to zna­czy, że zo­stały uszko­dzone je­lita, i już nic się nie da zro­bić. Je­śli nie, to może jesz­cze być ja­kaś szansa...

Inny ko­biecy głos, być może matki Ju­lii, po­wie­dział:

- Za­mknij­cie drzwi, prze­cież może was sły­szeć.

Ru­dego do­biegł szczęk klamki. Zo­stał sam. Pa­trząc w biały su­fit, po­my­ślał, że było to do­kład­nie to, czego nie chciał i czego za­wsze się bał: umrzeć w łóżku jako brze­mię dla in­nych, jako bez­u­ży­teczny pa­so­żyt. Ian po­wi­nien był zo­sta­wić go w rzece.

Usły­szał dźwięk gromu i cięż­kie kro­ple desz­czu bęb­niące o dach. Ju­tro miał po­znać swoje prze­zna­cze­nie - czy dane mu bę­dzie żyć, czy w ciągu kilku naj­bliż­szych dni za­bije go gan­grena. Po­czuł, że po­wieki mu ciążą. Za­sy­pia­jąc, po­my­ślał, że chciałby, żeby woda była jed­nak czer­wona.

Czer­wone, póki co, były jego sny. Czuł chłód, znaj­do­wał się pod wodą, tak jakby pró­bo­wał po­rwać go mocny prąd, pod­czas gdy ja­kaś siła trzy­mała go w miej­scu. Usły­szał głosy i zdał so­bie na­gle sprawę, że już nie śpi. Otwo­rzył oczy. Uj­rzał Iana i ja­kie­goś męż­czy­znę, któ­rego nie znał. Nad głową miał niebo, a po­wie­trze było rześ­kie i czy­ste. Nie­śli go na pro­wi­zo­rycz­nych no­szach.

- Nie rzu­caj nim tak - po­wie­dział ci­cho Ian, a po chwili, zda­jąc so­bie sprawę, że Rudy nie śpi, do­dał: - Mu­simy cię prze­nieść. Szpicle są w oko­licy i nie mo­żemy ry­zy­ko­wać, że znajdą cię w domu.

Ian, dla­czego żeś mnie nie zo­sta­wił w rzece?

Kiedy po raz ko­lejny otwo­rzył oczy, niebo znik­nęło i otu­lała go ciem­ność pach­nąca ziem­nia­kami i sta­rym sia­nem. W ką­cie pa­liła się lampa. Stał tam Ian, ła­du­jąc ko­lejne na­boje do swo­jego prze­ro­śnię­tego re­wol­weru, który wy­glą­dał jak ręczna wer­sja ar­maty prze­ciw­pan­cer­nej.

- Ian - wy­szep­tał Rudy.

Dar­sky przy­kuc­nął.

- Bę­dzie do­brze. Le­karz cię zba­dał i twoje be­be­chy są w po­rządku.

Rudy do­strzegł w jego oczach, że to nie wszystko. Po­woli znów od­pły­wał w ciem­ność, czu­jąc, że wy­szep­ta­nie choćby dwóch sy­lab py­ta­nia by­łoby wy­sił­kiem, który po­zba­wiłby go przy­tom­no­ści.

- Śpij do­brze, bra­cie - po­wie­dział Dar­sky. - Będę cię pil­no­wał z domu.

Ru­dego obu­dził dźwięk gromu. Lampa rzu­cała ro­ze­dr­gane cie­nie na ściany, w jego my­ślach wi­ro­wał ko­ro­wód wszyst­kich tych, któ­rych za­bił, i wszyst­kich tych, któ­rzy zgi­nęli, wal­cząc z nim ra­mię w ra­mię. Ju­lia sie­działa obok, ści­ska­jąc jego dłoń w swo­ich rę­kach. Spała, ale opuch­nięte oczy wy­raź­nie wska­zy­wały na to, że wcze­śniej pła­kała. Rudy ni­gdy nie był bli­sko z żadną ko­bietą... w ogóle z ni­kim. Cena, jaką przy­cho­dziło za­pła­cić za mi­łość, była zbyt wy­soka, ból straty zbyt doj­mu­jący. Ale do Ju­lii czuł coś wy­jąt­ko­wego - i nie miał w tej spra­wie nic do po­wie­dze­nia. W mil­cze­niu prze­klął świat za to, co mu zro­bił, i ob­li­zał spierzch­nięte wargi. Na ze­wnątrz wciąż lało. Sły­szał, jak kro­ple desz­czu bęb­nią o dach, sły­szał też inne dźwięki, coś jakby chro­bo­czące my­szy, a może szczury...

Bły­ska­wica roz­darła ciem­no­ści na­wet tu­taj, jej świa­tło dało się do­strzec przez szpary w ścia­nach.

Mu­siał znowu od­pły­nąć, bo te­raz Ju­lia stała nad nim z zupą.

- To ci po­może od­zy­skać siły - po­wie­działa.

Rudy prze­łknął, czu­jąc smak ka­pu­sty. Roz­ka­słał się, ale zdo­łał wy­du­sić:

- Nie czuję nogi.

Ju­lia sku­piła się na ta­le­rzu. Po­woli na­brała ko­lejną łyżkę. Po chwili po­wie­działa:

- Kula... prze­szła bar­dzo bli­sko krę­go­słupa.

Na­wet nie czuł smaku.

- To była pa­skudna rana. Dok­tor mówi, że lewa strona two­jego ciała może być przez chwilę spa­ra­li­żo­wana.

Rudy zo­ba­czył, że łzy ka­pią na jego rękę, a po chwili zdał so­bie sprawę, że wcale ich nie po­czuł. Chciał ru­szyć ręką, ale nie mógł. Po pro­stu le­żała na po­sła­niu mar­twa i bez­u­ży­teczna, po­dob­nie jak jego noga. De­li­kat­nie do­tknął tyłu głowy Ju­lii zdrową, prawą ręką, za­sta­na­wia­jąc się rów­no­cze­śnie, ile prawdy o jego sta­nie ujaw­nił jej le­karz. Za­ci­snął po­wieki.

Ko­lej­nej nocy Ju­lia spała w domu. Rudy le­żał na po­sła­niu, dużo sil­niej­szy niż parę dni wcze­śniej. Wie­dział już, że prze­żyje, ale za­sta­na­wiał się, czy wy­trzyma tego ro­dzaju ży­cie. Ju­lia stała się mu bli­ska, ale aby mieli szansę być ra­zem, on mu­siał od­zy­skać pełną spraw­ność. Nie chciał być dla niej cię­ża­rem.

Tej nocy deszcz był sil­niej­szy niż po­przed­nio, a prze­szy­wa­jące niebo bły­ska­wice przy­po­mi­nały ból, który czuł - były ostre i nie­usta­jące. Szczury bie­gały po bel­kach stro­po­wych, a na­wet po wez­gło­wiu jego łóżka. Z wy­sił­kiem pod­niósł prawą ręką sto­jącą przy łóżku lampę i pa­trzył, jak świa­tło prze­nika mrok nocy. Po­czuł coś na piersi i zo­ba­czył szcze­gól­nie od­waż­nego szczura, który wlazł aż tu­taj. Spoj­rzał na swoje nogi i zo­ba­czył syl­wetki szczu­rów pod prze­ście­ra­dłem, któ­rym był przy­kryty. Z okrzy­kiem bólu i fu­rii zła­pał szczura sie­dzą­cego mu na piersi i ci­snął nim o ścianę, na któ­rej ten po­zo­sta­wił krwawy ślad. Gwał­towny ruch spło­szył resztę z nich. Rudy usiadł na łóżku i od­rzu­cił prze­ście­ra­dło. Każdy ruch po­wo­do­wał strasz­liwy ból, ale ten ból był dla niego wy­ba­wie­niem, więc le­dwo jęk­nąw­szy, pod­niósł się z ma­te­raca i gło­śno za­wo­łał.

- Ju­lia!

Udało mu się wy­do­stać na ze­wnątrz i w jed­nej chwili był cały prze­mok­nięty. Jego lewa noga wciąż po­zo­sta­wała bez­władna, ale udało mu się prze­brnąć przez błoto na skraj do­mo­stwa Ju­lii.

Po­śród burz­li­wej nocy usły­szał pia­nino. Przy­po­mniał so­bie, jak matka gry­wała tę samą me­lo­dię, gdy był jesz­cze dziec­kiem. Za­pu­kał w okno, wy­krzy­ku­jąc po­now­nie imię Ju­lii. Dźwięk pia­nina ucichł. Rudy usły­szał głosy do­bie­ga­jące zza drzwi, aż w końcu otwo­rzył mu wy­szcze­rzony w uśmie­chu Dar­sky. Rudy od­po­wie­dział nie­mra­wym uśmie­chem. Ju­lia prze­pchnęła się koło Dar­sky'ego, mio­ta­jąc wszel­kie moż­liwe gromy na głowę Ru­dego, a póź­niej z wielką czu­ło­ścią po­mo­gła mu do­stać się do środka.

Rudy wie­dział, że jego dni walki z na­zi­stami, ko­mu­ni­stami i szmal­cow­ni­kami były skoń­czone. Te­raz przy­szedł czas na nową walkę, walkę, któ­rej nie mógł prze­grać. Mu­siał skon­cen­tro­wać na niej całą swoją wolę. Mu­siał od­zy­skać peł­nię sił i po­ka­zać Ju­lii, że jest zdolny do mi­ło­ści - po­mimo wszyst­kich kosz­ma­rów, przez które prze­szedł. Kiedy krzą­tała się wo­kół niego, owi­ja­jąc go ko­cami, był pe­wien, że mu się to uda. Był także pe­wien, że ten ta­jem­ni­czy pół bry­tyj­ski, a pół pol­ski ary­sto­krata po­mści wszyst­kie ich krzywdy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki