CZĘŚĆ 1 Wizja
W pewnym momencie David Wilkerson zrozumiał następującą rzecz: "Tu nie chodzi o moją wiedzę czy doświadczenie. Jeżeli zaufamy Bogu, wszystko może się zdarzyć". Oczywiście, tak się dzieje. To, co wydarzyło się w Krzyżu i sztylecie to nie jest czyjaś fantazja. Jest to historia prawdziwego człowieka, który otworzył czasopismo, poczuł, że Bóg prowadzi go na salę sądową w Nowym Jorku, żeby zeznawał na rzecz nastolatków oskarżonych o morderstwo i skończył wyśmiany, ze swoim zdjęciem w gazecie. Nikt poza Bogiem nie mógłby napisać takiego scenariusza. To jest prawie komiczne. To tak jakby Pan chciał nam dać ilustrowane kazanie: "Zabierzmy tego drobnego, białego człowieka do Harlemu. Dajmy temu samoukowi umysł proroka. Sprawmy, żeby ten nieprzystosowany społecznie mężczyzna negocjował umowy dotyczące nieruchomości wartych wiele milionów dolarów, bez zespołu najlepszych prawników, ale samodzielnie. Sprawdźmy, jak bardzo mogę zmienić jego sposób działania od tego, który jest powszechnie znany". W tym wszystkim, co robił, nic nie wychodziło od niego. Gdy poczuł, że Bóg mu coś powiedział, miał pociąg do działania. Jego brak lęku był wprost proporcjonalny do zaufania Bogu.
- Dallas Holm
Rozdział 1 Dwa zbocza wzgórza
W garażu należącym do jednego z członków mojej rodziny jest taśma szpulowa z roku 1958. Znajduje się na niej nagranie zwiastowania mojego dziadka z jego małego kościoła Zborów Bożych w Turtle Creek w Pensylwanii, niewielkim mieście położonym w rejonie górniczych wzgórz na południe od Pittsburgha. Tata puścił mi tę taśmę, gdy byłem nastolatkiem. Poprzez ciche trzaski usłyszałem, jak dziadek przygotowuje się do kazania.
- Zanim zaczniemy - wtrąca - chciałbym powitać mojego syna, Dave'a, jego rodzinę i jej nowego członka. Z dumą przedstawiam wam mojego wnuka, Gary'ego Randalla Wilkersona.
Puszczanie mi tej taśmy sprawiało tacie radość. To był jego sposób na tworzenie międzypokoleniowego połączenia. Nigdy nie poznałem mojego dziadka, Kennetha, ponieważ zmarł zanim skończyłem dwa lata. A tata nie opowiadał nam zbyt wiele o swojej rodzinie. Nie mówił o relacjach z rodzicami czy rodzeństwem, częściowo dlatego, że nie było rodzinnych historii, o których mógłby opowiedzieć - to znaczy żadnych, które nie koncentrowałyby się wokół Kościoła czy obowiązków z nim związanych.
Był jeszcze jeden powód, dla którego mój ojciec nie mówił zbyt wiele o swoim dzieciństwie. On po prostu nie patrzył zbyt często wstecz. W większości naszych rozmów zawsze patrzył naprzód. Nasze rozmowy skupiały się głównie na tym, jak postrzegał pewne rzeczy i jak mógłby je zmienić. "Zauważyłeś, że to się teraz dzieje na świecie?". "Co sądzisz o tym ruchu w Kościele?". "To właśnie zrobimy, w to wierzymy".
Kiedykolwiek tata wspominał dziadka Kennetha, zawsze mówił o nim z czcią i szacunkiem. Opisywał swojego ojca - wysokiego, ciemnowłosego, przystojnego mężczyznę, z bardzo przekonującym stylem zwiastowania - jako wrażliwego człowieka o łagodnym głosie. Wiem jednak, że mój dziadek potrafił być również zasadniczy i poważny. Te cechy były częścią jego temperamentu, wzmocnionego przez szkolenie w amerykańskiej piechocie morskiej. Można tu wręcz mówić o rygorze - nacisku na zachowanie, które odzwierciedla Bożą świętość - będącym nieodłączną częścią wiary w świętość, którą wyznawał Kościół Zielonoświątkowy, a której mój dziadek i babcia tak mocno przestrzegali. Nie byli w tym odosobnieni. Lata 40. - mój dziadek był wtedy nastolatkiem - były w ogóle z wielu powodów bardziej surowe. Były to lata wojny i nastrój w społeczeństwie daleki był od frywolności. To pokolenie przeżyło również bolesny okres Wielkiej Depresji. Przez pewien czas moi rodzice mieli czym nakarmić dzieci tylko dzięki uprzejmości sąsiadów. Dodatkowo, poza tym wszystkim były jeszcze "duchowe" zakazy dotyczące rzeczy światowych - nie dotyczyło to tylko filmów czy wydarzeń sportowych, ale dla ludzi o takich przekonaniach, jak moi dziadkowie, dotyczyło to nawet posiadania pralki.
- W kościele była radość - potwierdza mój wujek Don, najmłodszy w rodzinie. To na pewno było prawdą w przypadku jego rodziców. Gdy patrzyli na ławki kościelne, widzieli całą piątkę swoich dzieci uczestniczącą w nabożeństwie. Kościół był tam, gdzie powściągliwi Kenneth i Ann Wilkersonowie kierowali całą swoją energię na prowadzenie dwóch niedzielnych nabożeństw - porannego, budującego ciało Chrystusa, i wieczornego, ewangelizacyjnego. Gdy dzień się kończył, w domu zauważalne było rozluźnienie.
- Tata i mama byli zrelaksowani i wszyscy otwarcie rozmawiali - mówi wujek Don. Te wolne i przyjemne wieczory musiały być prawdziwym Sabatem. Mój wujek wspomina je czule jako "jam session Wilkersonów". - Po wieczornym nabożeństwie spotykaliśmy się wszyscy w kancelarii taty - wspomina. - David przychodził tam ze swoją dziewczyną. Jerry również. Ja byłem wtedy jeszcze dzieckiem, ale pamiętam te chwile jako najszczęśliwsze w naszej rodzinie. Rozmawialiśmy. Potem narzekaliśmy, ponieważ mieliśmy plan, który mówił, kto danego wieczoru myje naczynia, a kto wyciera. I każdy chciał drugiemu zapłacić. "Dam ci dziesięć centów, jeśli zrobisz to za mnie". To był dobry, rodzinny czas.
Każdy syn pragnie być doceniony przez swojego ojca i nie było żadną tajemnicą, że mój ojciec, najstarszy z braci, chciał być doceniony przez swojego. Nigdy nie zrobiłby niczego, co mogłoby zawieść jego ojca, nie mówiąc już o tym, żeby mu się sprzeciwić. Jednak ogromne ambicje mojego ojca do życia w służbie musiały kolidować z ambicjami jego ojca - i tak rzeczywiście było.
Tylko raz miałem wgląd w głębsze uczucia, jakie mój ojciec żywił do swojego. Pamiętam, gdy kiedyś powiedział:
- On był człowiekiem wyznania! - słowa te były opisem, nie osądem; tata nigdy nie zdyskredytowałby swojego ojca. Wiem jednak o tej jednej skrytce w sercu mojego ojca - drżącej jaskini palących wizji i niepokoju - z której wydobył się ten komentarz. Wszystkie marzenia mojego taty dotyczyły służenia Bogu i sięgały tak daleko, jak daleko pozwalała mu na to wyobraźnia.
To, co tu opisałem, to prawie tyle samo, co mój ojciec powiedział mi o swoim dzieciństwie. Jeszcze jedną rzeczą, którą wyjawił, była jego miłość do koszykówki - uważał, że jest w niej całkiem dobry. To było wszystko. Przeszłość go po prostu nie interesowała. Miał ku temu powody, które zachowywał dla siebie, a innych chyba nie był w pełni świadomy. Wiedział, że, to co jest przed nim, powinno być miłe Bogu. I wierzył, że Bóg uczyni możliwymi rzeczy, których nie mógł urzeczywistnić świat kościelny.
Albert Street, przy której mój ojciec, David Ray Wilkerson, spędził swój okres dorastania, nie jest długą ulicą. Rozciąga się ona jednak na długość płaskowyżu, który sięga stromego wzgórza, górującego nad centrum Turtle Creek. Na tym wzgórzu znajdował się sklep spożywczy, mały, wąski, narożny budynek. W niedzielę ludziom nie wolno było kupić tam nawet gazety. Jednak na zewnątrz znajdowała się budka telefoniczna, z której mężczyźni dzwonili dyskretnie w ciągu dnia. Mój wujek Don chodził wtedy jeszcze do szkoły, ale gdy mijał sklep, a telefon zadzwonił, właściciel sklepu kazał mu odebrać telefon i wykrzyczeć numery, które rozmówca mu wyszepcze. Mój wujek nie miał zielonego pojęcia o tym, że bierze udział w nielegalnych zakładach.
Niedaleko sklepu znajdował się garaż z Packardami, na które tata i jego młodsi bracia patrzyli w drodze na boisko koszykówki. Ich tata cenił dobre samochody, ale z pensji pastora Kenneth Wilkerson mógł sobie pozwolić wyłącznie na Hudsona. Packardy były Cadillacami tamtych czasów.
Poniżej garażu znajdował się bar, obok którego mój ojciec i jego bracia również przechodzili. Jako dzieci duchownego rzadko kiedy rozpoznawali kogokolwiek, kto przechodził przez te drzwi. Kiedyś jednak ze zdumieniem zauważyli wujka Franka z Cleveland, brata ich mamy, który wyłonił się z baru w swoim oficerskim mundurze i szedł ich odwiedzić.
Na roletach okien na wszystkich ulicach Turtle Creek gromadziła się sadza, przywiewana z różnych zakładów: fabryki Westinghouse, która zatrudniała wielu mieszkańców, elektrowni położonej w dolinie, niedaleko torów kolejowych, kopalni węgla w niedalekim Forest Hills, sąsiednim mieście.
Tak jak większość domów klasy pracującej na Albert Street, dwupiętrowy, drewniany dom moich dziadków, skromny, ale przestrzenny, stał na rogu działki. Jego zamknięta weranda dochodziła prawie do ulicy. Podjazd prowadził do garażu na tyłach, gdzie mój tata i jego bracia ustawili obręcz, przy której godzinami ćwiczyli wrzuty do kosza. Gdy pogoda była kiepska, uwalniali swoją energię, grając w ping-ponga w piwnicy. Z kolei w lecie cieszyli się cieniem na tylnej alejce, gdzie dzieci z sąsiedztwa zbierały się, żeby grać w baseball. Jedna pomysłowa mama ulepszyła ich grę, robiąc piłkę z przędzy, uplecioną na tyle ciasno, żeby się nie rozplątała przy uderzeniach, a jednocześnie na tyle miękką, żeby nie zbiła szyby w oknie. Powinna była to opatentować.
Na szczycie tego wzgórza w sąsiedztwie Turtle Creek były dwa miejsca, które okupowały wyobraźnię taty, gdy był nastolatkiem. Znajdowały się po przeciwnych stronach wzgórza - i na przeciwległych końcach marzeń mojego taty.
Na jednym końcu wzgórza, umieszczony na stoku nad centrum Turtle Creek, znajduje się kościół Zborów Bożych, w którym dziadek był pastorem. Jest to skromny, ceglany budynek, zbudowany przez zborowników, z którego wszyscy byli dumni. Zajął on miejsce kościoła zbudowanego z pustaków, w którym się wcześniej spotykali, stojącego dokładnie poniżej, u podnóża wzgórza, pod trzeszczącymi torami, biegnącymi równolegle do Turtle Creek. W tych dwóch budynkach kościelnych karmiła się i formowała główna część wyobraźni mojego taty. Pomimo ograniczeń, jakie narzucała wiara - a może właśnie dzięki nim - kościół był jedynym bezpiecznym miejscem, w którym mógł swobodnie puszczać wodze fantazji.
Pastor - ojciec mojego taty może i był osobą o łagodnym głosie, ale na kazalnicy brat Kenneth Wilkerson nie powstrzymywał się od mówienia o Bożym sądzie. W młodym umyśle mojego taty płomienie, o których mówił jego ojciec, zamieniały się w kule ogniste - wyobrażał sobie eksplodujące myśliwce drugiej wojny światowej, japońskie samoloty Zero i niemieckie Messerschmitty, rozbijające się o zbocza wzgórz w Turtle Creek. A jednak największe wrażenie zrobiło na nim kazanie o powtórnym przyjściu Chrystusa - gdy rozlegną się dźwięki trąb, zabierając wiernych do nieba i pozostawiając świat na zniszczenie. Nietrudno mu było wyobrazić sobie koniec wszystkiego: dwa główne japońskie miasta zostały zdziesiątkowane w mgnieniu oka przez bomby atomowe. Dzięki jednemu zdjęciu w gazecie, nagłe zniszczenie ziemi, w które od dwóch wieków wierzyli chrześcijanie, stało się prawdopodobne. I mimo że jego myśli o końcu świata odeszły na dalszy plan w ciągu jego dojrzałych lat służby, tata nigdy nie przestał myśleć o tym, że ta wielka chmura w kształcie grzyba może stać się bliską rzeczywistością.
Na drugim końcu wzgórza, zaledwie trzy budynki od domu Wilkersonów, Albert Street kończyła się ślepą uliczką w miejscu zapierającym dech w piersiach. Poniżej znajdował się stadion futbolowy Turtle Creek High, otulony naturalnym amfiteatrem liściastych wzgórz. Futbol był czymś wielkim w Turtle Creek, na tyle wielkim, że gdy szkoła średnia pobiła swojego największego przeciwnika, Scott Township, wszystkie szkoły w mieście dostały pół dnia wolnego.
W co drugie piątkowe popołudnie tata i jego bracia siadali na zboczu wzgórza i patrzyli na stadion, hipnotyzujący świat odwagi i gwiazd. To na tym boisku grał Leon Hart, wielki gracz, który stał się bohaterem w Notre Dame, zdobywając Trofeum Heismana, a później grając dla Detroit Lions. Jednak ten stadion poniżej był czymś więcej; był to również świat euforii i wolności. Mój ojciec i jego bracia patrzyli, jak ich szkolni koledzy wypełniają betonowe trybuny po przeciwnej stronie. Niektórzy klaskali w dłonie, inni krzyczeli głośno, wszyscy zachęceni do uwolnienia dzikiego ducha sportu. To były dzieci, które uczęszczały na zajęcia sportowe, zajęcia, na które rodzice Wilkersonów zabronili im chodzić.
- David-Jerry-Donald. Czas na modlitwę!
Krzyk mamy Wilkersonów łatwo docierał do ich wygodnego miejsca na zboczu. Jej głos był słyszalny na każdym końcu Albert Street i słychać w nim było autorytet. Nie zdziwiłbym się, gdyby przestraszeni ojcowie w sąsiednich domach upuścili swoje gazety i natychmiast zaczęli zastanawiać się nad swoimi duszami. Mama Wilkerson była drobna jak ptaszek, cicha i zdystansowana, ale kiedy przemawiała, to miało znaczenie. Nie liczyło się, jak bardzo jej synowie byli zaangażowani w grę, gdy ich wołała. Mój tata czy wujek Jerry mogli być akurat "przy kiju" w dziewiątej rundzie Światowych Mistrzostw Albert Alley, ale wiedzieli, że nie wolno im lekceważyć jej wezwania. Jeżeli mamrotali coś pod nosami po powrocie, mogli spodziewać się jej stałej odpowiedzi: "Znacie swoje miejsce".
Dla najmłodszego z braci, Donalda, te słowa zawierały delikatne zapewnienie. W przypadku średniego, Jerry'ego, były tylko kolejną cegłą w murze rosnącym powoli pomiędzy nim a rodzicami.
Przeznaczeniem "ołtarza rodzinnego" w przybytku Brata i Siostry Wilkersonów nie były duchowe dyskusje. Dla całej piątki dzieci Wilkersonów był to pełen powagi czas, w którym gromadziły się w gabinecie ojca na drugim piętrze i słuchały modlitw rodziców. Poza posiłkami i kościołem była to jedyna czynność, która gromadziła całą rodzinę. I każde z piątki rodzeństwa podchodziło do tego ze swoim własnym poziomem zainteresowania czy tolerancji.
Juanitę albo Nan, jak nazywało ją młodsze rodzeństwo, denerwowały restrykcje wprowadzane przez rodziców. Jako najstarsza nie chciała być nadmiernie chroniona. W wieku siedemnastu lat ciągle otrzymywała lanie. Nie wolno jej było układać włosów. Podczas gdy jej koleżanki z klasy nosiły skarpetki, ona musiała nosić niemodne, długie pończochy. Do czasu ukończenia szkoły średniej nie wolno jej było chodzić na randki. Teraz zaczęła ostro krytykować rodziców, bez wyrzutów sumienia. Jej idolami były ikony Hollywood, nie postacie z Biblii czy misjonarze, i odrzucała każde ograniczenie, które na nią nakładano.
W rzeczywistości moja babcia tak bardzo starała się trzymać Juanitę na wodzy, ponieważ widziała w niej siebie samą z młodości. Mama Wilkerson widziała swoje młode lata jako dzikie, co mogło stanowić coś w rodzaju historii rewizjonistycznej. Prawdopodobnie była tak zwyczajna jak każde dziecko pierwszego pokolenia imigrantów, które oczywiście niosło swój własny ciężar. W latach 20. moja babcia była niezależną, młodą kobietą pracującą - "nowoczesną dziewczyną", pracującą jako sekretarka, ubraną zgodnie z ówczesną modą i spędzającą swój czas na parkiecie, by doskonalić charlestona.
Jeżeli te nocne szaleństwa wywoływały poczucie winy, to nie z powodu jej duchowych poglądów - w tamtym czasie nie była osobą wierzącą - ale bardziej ze względu na ciężko pracujących rodziców-imigrantów, którzy sobie nie folgowali. Dla młodej, pracującej dziewczyny z surowego domu, gdzie nie mówiono po angielsku, parkiet był miejscem, w którym mogła poczuć się wolna i właśnie tam poznała mojego dziadka. Kenneth Wilkerson był rekrutem piechoty morskiej, który w tamtym czasie unikał swoich własnych zielonoświątkowych zakazów i którego ciągle dzieliło kilka lat od powrotu do swoich korzeni i zostania pastorem. Trochę czasu zajęło mu jednak porzucenie alkoholu, który wybrał jako sposób na radzenie sobie z bólem dorastania.
Moi dziadkowie nie chcieli, żeby ich najstarsze dziecko powtórzyło ich "błędy". Ciocia Juanita nie wiedziała, że za kilka tygodni miała zostać odesłana do Cleveland, żeby zamieszkać z wujkiem i jego rodziną. Po kilku miesiącach wydawało się, że Juanita się zmieniła; pisała rodzicom, że chciałaby pójść do szkoły biblijnej, żeby zostać misjonarką. To było najwyższe powołanie każdej dziewczyny z Kościoła Zielonoświątkowego, w hierarchii, w której misjonarze byli na samej górze, dopiero po nich byli ewangeliści i pastorzy. Jednak Juanita nie uwolniła się całkowicie od wiążącego ją rygoru, który nierozerwalnie połączyła z wiarą rodziców. Po skończeniu szkoły wyszła za mąż za katolika, co było policzkiem dla jej ojca. W rezultacie jej ojciec już nigdy się do niej nie odezwał. W oczach obojga moich dziadków ich córka wróciła na złą drogę - to tłumaczenie było dla nich ucieczką przed złamanym sercem.
W ciągu następnych lat Juanita skutecznie znikała z życia swojej rodziny - zmieniła imię na Joan, przeniosła się do Arizony, wychowała dwóch synów i rozwiodła się. Zajęła się religiami Wschodu, tak jak wiele poszukujących dusz w latach 60. Pojechała nawet na Daleki Wschód, żeby się uczyć. Babcia opowiadała nam jej historię ku przestrodze.
- Nie chcecie skończyć jak Juanita - mówiła nam babcia. - Miała powołanie do Afryki, ale uciekła od Pana. - To ostrzeżenie towarzyszyło nam, wnukom, gdy kilka razy byliśmy u naszej cioci. Miała bezwstydnie sarkastyczne poczucie humoru, czasami nawet zjadliwe, i wydawało się, że chce zszokować jej dorosłe rodzeństwo opowieściami o swoim stylu życia. Gdy na to teraz patrzę, myślę, że może chciała zrobić na nich wrażenie, a może gdzieś głęboko na nowo się z nimi pojednać.
W okresie naszego dorastania ciocia Juanita była dla niektórych wnuczek Wilkersonów źródłem zamętu. Niektóre widziały w niej wytworną postać, piękną i mądrą, światową i obytą, ciekawą i wolną. Jej uroda rzeczywiście była uderzająca - miała duże, ciemnobrązowe oczy, wysokie, uwydatnione kości policzkowe, spiczasty podbródek i oliwkową cerę. Swoją edukację zakończyła jako wybitny pracownik wśród dzieci z problemami w nauce. Jednak ostatecznie to opinia mojej babci o Juanicie była dla nas tą ostateczną. W przypadku tych dwóch kobiet to babcia miała autorytet mówienia w imieniu Boga. Widzieliśmy, że modli się o swoją córkę z dobrymi intencjami.
Mimo że cechy, które widzieliśmy u cioci Juanity - inteligencja, duch, wizja - były cechami, które babcia szanowała, to jednak według niej można ich było używać tylko dla Boga, nie dla świata. Jedyna chrześcijańska doktryna, którą nasza babcia znała bardzo szczegółowo, mówiła o tym, co znaczy służyć Bogu.
W wieku piętnastu lat mój ojciec podzielał opinię swoich rodziców na temat cioci Juanity. Wyobrażam go sobie siedzącego naprzeciwko niej, podczas gdy ich rodzice się modlili. Jeśli w tamtych czasach myślał o swojej siostrze jak o kimś zagubionym, to nie można go winić. Niektóre Kościoły Zielonoświątkowe nie zwiastowały wtedy łaski dla grzeszników; jeśli zgrzeszyłeś, musiałeś zostać na nowo zbawiony. Zastanawiam się, jak mój ojciec myślał w tych warunkach o swojej siostrze. Później doszedł do wniosku, że musiała dźwigać niesprawiedliwą część rygoru ich rodziców. W tym czasie jednak przykład jego siostry mógł być czymś, z czego wziął lekcję, jak zrobiłoby każde inne dziecko.
Mój ojciec nie utożsamiał się z brakiem szacunku okazywanym przez Juanitę. Jednak żeby znaleźć swoją własną drogę, sam musiał się zbuntować. Zasady, które złamał, nie miały nic wspólnego z Bożym prawem; buntował się, obchodząc rygor rodziców. Nie mówił im na przykład o przemyceniu telewizora do sypialni na poddaszu, którą dzielił ze swoim bratem Jerrym, i oglądaniu The Milton Berle Show. Albo zabierał swoich braci do Pittsburgha (co było dozwolone) do parku rozrywki (czego już nie było im wolno) albo do Forbes Field, gdzie oglądali zawodnika drużyny Piratów, Ralpha Kinera (co również było zabronione). Przynosił do domu gry planszowe z ich ulubionymi dyscyplinami sportowymi, ale musiał trzymać dodatkową parę kostek do gry, ponieważ gdy mama je znajdowała, od razu je wyrzucała.
Bezczelnym zagraniem mojego ojca było zgłoszenie się do głównej roli w szkolnej sztuce Strach na wróble i zdobycie jej. Juanita poczuła się zraniona, gdy się o tym dowiedziała; jej absolutnie nie wolno było brać udziału w żadnych szkolnych zajęciach. Jednak jej rodzeństwo kazało jej przysiąc, że dla dobra ojca będzie milczała. Ich niewyrośnięty, niedostosowany społecznie brat zdobył coś w zewnętrznym świecie, do którego nie mieli wstępu, i byli z niego dumni. Jakimś cudem rodzeństwu udało się wymknąć z domu na przedstawienie bez wiedzy rodziców i byli podekscytowani gromkimi oklaskami, jakie mój tata otrzymał, gdy kurtyna opadła.
Próbuję sobie wyobrazić, jaka wewnętrzna część mojego ojca ujrzała światło dzienne podczas tamtego przedstawienia. Zgodnie z opisem sztuki, jego rola wymagała pewnego wachlarza emocji. Mój ojciec nie był ekstrawertykiem, wręcz przeciwnie, co mogło sprawić, że jego rodzeństwo było jeszcze bardziej zahipnotyzowane jego grą. Przez chwilę zastanawiali się, czy wybierze aktorstwo - jego obecność na scenie wydawała się być aż tak naturalna.
Nie powinien dziwić fakt, że dziecko pastora w trakcie nabożeństwa może wyobrażać sobie pewien rodzaj teatru - światło skierowane na mównicę, pełna dramatyzmu opowieść biblijna, zakończenie odkupieniem. Nie wydaje mi się jednak, że to nieświadome ćwiczenie wyzwoliło w moim ojcu siłę do roli, którą zagrał. Myślę, że gdy przyjmował brawa, coś innego się ujawniło - wewnętrzna potrzeba uznania.
To ta część osobowości mojego ojca, nazwana przez rodzinę "teatralną", smuciła jego rodziców. Od początku zakładano, że mój ojciec będzie mówcą, kimś, o kim marzył i do czego miał powołanie. Wydaje mi się jednak, że gdzieś głęboko wiedział, że to konwencjonalne życie kościelne nie zawiera w sobie wszystkiego, co on widział w swoich wizjach o pracy dla Boga. Na pewno nie było w tym wielkich, kotłujących się w nim emocji. Lata później napisał o swoich chłopięcych marzeniach: "Pisałem w głowie kazania, kazania, które wywoływały śmiech lub łzy. Gdy mój ojciec dowiedział się o tych fantazjach, zbeształ mnie: David, dlaczego tak odleciałeś?".
Jego rodzice zwyczajnie nie ufali emocjom. (W naszej rodzinie krążył żart, że jeśli chciałeś, żeby dziadek cię uścisnął, ty musiałeś zrobić pierwszy ruch). Jednak dla mnie było jasne, że "odlatywanie" było dla mojego ojca jedynym sposobem na poradzenie sobie z całym strachem, wywoływanym przez pewne wierzenia Kościoła Zielonoświątkowego. Mój ojciec miał do nich wszystkich skłonność. Powiedział mi, że gdy dorastał, bał się, że przegapi pochwycenie, nagłe wydarzenie oznaczające koniec wszystkiego. W jego umyśle odgłos "ostatniej trąby" był jednocześnie zachwycający i przerażający. A co jeśli nie był gotowy? Co jeśli będzie na Forbes Field, gdy to się wydarzy? Czy zostanie tu na wieczność?
On miał bujną wyobraźnię, jednak nacisk Kościoła na pochwycenie faktycznie narobił szkód w życiu ludzi szczerze wierzących. Czuli, że są pod presją świadczenia o Chrystusie, zdobywania jak największej liczby dusz dla nieba, ponieważ zegar odmierzał czas do powrotu Jezusa. Jakakolwiek idea "społecznej ewangelii" - pomagania innym poprzez działania charytatywne - była ledwie widoczna na liście priorytetów. Innym duchowym ciężarem było unikanie popełnienia jakiegokolwiek grzechu. Jeżeli w momencie powrotu Chrystusa "upadłeś" albo miałeś rozproszoną uwagę, byłeś stracony na wieki. Ta doktryna zmuszała osobę wierzącą do skupiania każdej myśli na sprawach duchowych. Mój ojciec uwalniał swój umysł od tej presji przez lata, ale nigdy całkowicie się jej nie pozbył. Mimo że jego świadomość Bożej łaski rosła, nigdy nie przestał zastanawiać się, czy jego życie było miłe Bogu i czy zasługiwał na Bożą miłość.
Mój cichy wujek Jerry przychodził przed rodzinny ołtarz z takim samym bólem jak jego starsza siostra. To, co rodzice tego dobrze zbudowanego, blondwłosego syna widzieli jako jego "bunt" nie dotyczyło wiary w Boga. Jerry nie uznawał rygoru rodziców i nie potrafił tego udawać. Nie potrafił dostosować zachowania do zasad religijnych, których nie pojmował. W wieku trzynastu lat był ostrożnym, małomównym obserwatorem. Była to jego jedyna strategia znoszenia czegoś, czego nie potrafił zrozumieć.
W okresie dojrzewania rodzice odbierali opieranie się wujka Jerry'ego rygorystycznym zasadom jako jego upór. Gdy był za coś karany, nie płakał jak mój ojciec. To go wzmacniało.
- Synu - mówił mój dziadek, wymachując skórzanym paskiem - wykopię z ciebie ten upór.
Babcia broniła swego średniego syna i wydawało się, że rozumie, co się w nim działo. W tym wieku Jerry potrafił już sam jeździć tramwajem. Czasami po niedzielnych nabożeństwach wskakiwał do niego i jechał do domu swoich czeskich dziadków w Canonsburg, ponad dwadzieścia mil od domu. Pomimo bariery językowej wujek cieszył się, że może z nimi pobyć. Gdy wracał później do domu, po pięćdziesięciomilowej wycieczce, jego rodzice czasami nawet nie wiedzieli, że go nie było.
Niedługo po skończeniu szkoły średniej wujek Jerry opuścił dom i zaczął pić. Wstąpił również do wojska. Możliwe, że nie był to przypadek. Jego ojciec, Kenneth Wilkerson, będąc w jego wieku zrobił dokładnie to samo jako sposób na odreagowanie ojca - pastora.
Na szczęście nie były to rzeczy, które zdefiniowały życie mojego wujka. Pomimo kilku kryzysowych lat na początku swojej dorosłości, wypracował on swoją własną koncepcję rodziny i lata później pojednał się z nią.
Nawet w wieku dziesięciu lat moja ciocia Ruth przynosiła przed rodzinny ołtarz duchowe powołanie, tak czyste, jak powołanie mojego ojca. Skromna i wycofana, była jednocześnie bystra, pracowita i kochała Biblię. Ruth patrzyła na swoją starszą siostrę, jak każda mała dziewczynka, pragnąc jej uwagi, pomimo różnicy wieku i charakterów. Jednak w swoim młodym wieku Ruth nie potrafiła zrozumieć kłótni Juanity z rodzicami. Wzdrygała się, gdy jej siostra pyskowała mamie. Ruth kochała życie kościelne, rodziców i rodzeństwo. I stopniowo chciała mieć coraz mniej do czynienia z siostrą, która była wrogo do tego wszystkiego nastawiona.
Z upływem lat rygor rodziców stosowany w ich domu trochę osłabł. Ruth i jej młodszy brat, Donald, mogli robić niektóre rzeczy, których nie wolno było ich starszemu rodzeństwu. Ruth spotykała się nawet z młodym mężczyzną, który mieszkał obok. Jednak priorytety w domu były niezmienne, jak wspomina to wujek Don: najpierw Bóg, potem kościół, na końcu rodzina. Gdy Ruth otrzymała czteroletnie stypendium Uniwersytetu w Pittsburghu, rodzice poprosili, żeby je odrzuciła. Nie byli przeciwni edukacji. Mieli po prostu pokierować większym kościołem w Scranton, w którym zbór był dwa razy większy od tego w Turtle Creek. Kościół był dla nich jak rodzinny biznes i potrzebowali pomocy córki.
Rozdarta, ale lojalna Ruth zgodziła się. Z upływem czasu odnalazła swoje własne skrzydła w życiu, które kochała, służąc w Kościele. Wyszła za mąż za pastora i rozkwitła jako pisarka. Obraz rodzinnego dziedzictwa, jaki stworzyła, był pełen szacunku dla rodziców, ale był to już jej własny obraz.
W domach takich jak ten, gdzie każde dziecko żyje w świadomości, że to Bóg a nie rodzina jest w centrum, każdy młody umysł jest przekonany, że cierpi samotnie. Lata później, po śmierci rodziców, moje dwie ciotki zbliżyły się do siebie. Zawsze, gdy się spotykały, rozmawiały głównie na bezpieczne tematy, wspominając żarty, które sobie nawzajem robiły. W końcu jednak Ruth powiedziała Juanicie, jak samotna się czuła przez te wszystkie lata i że przydałaby się jej wtedy pomoc starszej siostry. Juanita była zszokowana. Etykieta czarnej owcy w rodzinie sprawiła, że czuła się wyobcowana. Obie siostry zrozumiały, że tak nie musiało być.
Tak jak jego siostra Ruth, Donald, chłopak o kręconych włosach, nie miał innych powodów, by buntować się przed rodzinnym ołtarzem, poza nudą, która zamęczyłaby każdego siedmiolatka. Razem z ciemnymi włosami i smukłą budową ojca oraz cichym dystansem swojej siostry Ruth, Donald otrzymał również ten szczególny rodzaj uwagi, mimo że niewielkiej, która jest związana z byciem najmłodszym dzieckiem. W następnych latach mógł cieszyć się ustępstwami, na które jego rodzeństwo nie miało szans. Jednym z nich była gra w Małej Lidze baseballa.
Wujek Don chciał dostać się do drużyny sponsorowanej przez Lions Club. W tym czasie zbór ojca rozrósł się, a jego członkami byli społeczni liderzy - handlowcy, lekarze i biznesmeni - co mogło wyjaśniać poluzowanie zakazów. Mój dziadek był również członkiem miejskiego ministerium - grupy pastorów głównych wyznań. Miał również program radiowy. Wszystkie te szanowane działania mogły zapowiadać kompromis wśród konserwatywnych zielonoświątkowców, jednak mój dziadek miał swoje własne, głęboko osobiste powody, które wypierały doktrynę.
Cały czas jednak emocje w domu Wilkersonów były trzymane na wodzy. Pewnego dnia mój wujek Don zdobył trzy punkty dla Lwów i jego trener nagrodził go pudełkiem lodów. Biegnąc w podskokach po wzgórzu nie mógł się doczekać chwili, w której pochwali się swoim osiągnięciem, jednak gdy wyłonił się zza rogu Albert Street, nagle zwolnił. Gdy wszedł do domu, nad jego głową pojawiła się chmura. Idąc przez podjazd, zerknął za róg domu i zobaczył ojca siedzącego na tyłach ogrodu.
- Tato - zaczął i wyjąkał swoje osiągnięcie.
Wujek Don wspomina, że nie napotkał żadnej reakcji.
- Nie było zniechęcenia - mówi. - Ale zachęcenia również. To po prostu miało nie nastąpić. - Pomyślał, że w każdym innym domu na tej ulicy ludzie by świętowali.
Jednak młody Donald mógł jeździć do Forbes Field na gry Piratów. Pamięta, że siedział z Jerrym w morzu głów Afroamerykanów, których pierwszy raz widział w takiej liczbie, a którzy przyjechali, żeby zobaczyć Jackie Robinsona grającego z Dodgersami. On i Jerry jeździli tam tramwajem, ale ich ojciec nigdy z nimi nie pojechał.
Moi dziadkowie nie zwracali uwagi nie tylko na rzadkie osiągnięcia Małej Ligi. Nigdy nie przytulali swoich dzieci. Nigdy nie świętowali urodzin, swoich własnych czy dzieci. I nigdy nie powiedzieli swoim dzieciom, że ich kochają. Jakkolwiek dziwne się to może wydawać, oni wcale nie różnili się od innych rodziców tamtych czasów, zwłaszcza od tych należących do konserwatywnych kościołów. Trzymanie dystansu było pewnego rodzaju dumą.
Jestem przekonany, że w przypadku moich dziadków była to kwestia emocjonalnej oziębłości. Ponieważ sami mieli trudną przeszłość, nigdy nie nauczyli się podstaw dotyczących ludzkich doświadczeń. Oni po prostu nie wiedzieli, że mają dawać tę podstawową rzecz - miłość - nie mówiąc już o tym, jak ją dawać.
- Ach, przez co oni przeszli - mówi wujek Don o życiu swoich rodziców. - Słyszeliśmy, jak opowiadali o trudnych czasach. Świadomość tego, jak to ich dotknęło, łamała mi serce. - Mimo że moi dziadkowie mocno starali się ukryć swoje ciężary, mimo wszystko przynosili je przed domowy ołtarz.
Moja babcia Ann miała swoją dolę. Tak jak wszyscy ludzie z obcym akcentem, jej rodzina budziła podejrzenia w kulturze, która żywiła urazę do wielkiej fali imigrantów na początku dwudziestego wieku. Dzieci Martonów chodziły z pochylonymi głowami. Nie było to trudne dla Ann, która z natury była wycofana i spokojnie obserwowała. Trzymanie głowy wysoko było dobrą cechą obronną, ale nie pomagało w nawiązywaniu przyjaźni. "Chciała żyć i myśleć po amerykańsku" - napisała moja ciocia Ruth. Jednak nawet doświadczenie wiary mojego dziadka, które przyszło później, "nie zmieniło jej długiego nawyku zatrzymywania swoich myśli i problemów dla siebie".
Mój tata bardzo podziwiał swoją mamę i myślę, że w jej powściągliwości widział siłę duchową. Był zbudowany z tych samych podstaw - żadnego nonsensu, prostolinijność, samotnik z wyboru - i w taki sposób przez lata prowadził swoją służbę. Nigdy nie ujawnił presji, jaką czuł w pierwszych dniach działania Teen Challenge, a wielu narodziło się w tej pionierskiej pracy. Gdy mój wujek Don dołączył do służby, czasami otwierał się przed pracownikami, dzieląc się z nimi swoim niepokojem. Mój tata zawsze go za to karcił.
- Nie obciążaj ich swoimi troskami - ostrzegał. Obawiał się tego, co się stanie z zespołem, gdy ludzie zobaczą duchowe zmagania liderów.
Mojemu tacie łatwiej było żyć z tą radą niż innym. Przyszedł do Boga samotnie - ze wszystkim.
- Część tego to była jego teologia - mówi wujek Don. - A część to była po prostu jego osobowość. Jego podejście do życia brzmiało: Jestem ja i Bóg. Naprawdę wydaje mi się, że w pewien sposób mu to wystarczało.
To było niezwykłe, ale wydaje mi się, że mój ojciec dość wcześnie zdecydował, że to zawsze będzie jego droga. Na szczęście moi rodzice zawsze mieli znajomych, z którymi mogli odpocząć i być sobą. Mój ojciec uwielbiał się śmiać i mieć lżejsze chwile, i dzielił się niektórymi swoimi smutkami z tymi kochanymi przyjaciółmi. Rzadko jednak otwierał się przed kimkolwiek w sprawach dotyczących największych trosk jego serca. Mimo że mocno się starał, nie potrafił oduczyć się powściągliwości, którą przejął od podziwianej przez siebie matki.
Niestety rezerwa mojej babci przerodziła się w ataki paniki. Nigdy nie czuła się pewnie w roli żony pastora ani prowadząc dom. Wszystkie obowiązki wykonywała dobrze - gdy zwiastowała pod nieobecność swojego męża, robiła to z autorytetem. Jednak w głębi siebie była niezależną duszą, która nigdy do końca nie dostosowała się do ról, które na siebie przyjęła. I nie przestawała poddawać w wątpliwość sposobu, w jaki je wypełniała.
Niczym dziwnym nie było to, że moja babcia wyszła za mężczyznę, którego emocjonalne mury były prawie tak wysokie jak jej własne. Jako syn podróżującego ewangelisty, dziadek Kenneth był dwukrotnie wysyłany do szkoły z internatem. Nie było to niczym niezwykłym na przełomie wieków, jednak wszystko wskazuje na to, że mój dziadek nigdy nie zwalczył poczucia odrzucenia, jakie w nim wtedy narosło. Był nastolatkiem, gdy umarła jego mama. Jego ojciec ożenił się, tym razem z dużo młodszą kobietą, która była zaledwie kilka lat starsza od szesnastoletniego Kennetha, ale tego jego zbuntowana dusza już nie zniosła.
Zaciągnął się do marynarki, a wojsko uporządkowało chaos, który rządził emocjonalnym życiem dziadka.
"Trzymanie się surowych zasad dało mu poczucie spełnienia i bezpieczeństwa" - pisze ciocia Ruth. "Lata później tata powiedział nam, że potrafi odgadnąć czyjś charakter ze sposobu, w jaki szanował Boga i rząd, schludności ubrań i czystości butów".
Dlatego właśnie punktualność, cecha amerykańskiej marynarki, była pierwszą zasadą przy rodzinnym ołtarzu Wilkersonów. Nikt nie kazał mojemu ojcu czekać. Ten rodzaj konsekwencji i niezawodności daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Jednak wszelkie poczucie bezpieczeństwa, które odczuwała piątka Wilkersonów, traciło siłę z powodu krwawiących wrzodów ich ojca. Przez dziesięć lat były one zagrożeniem dla życia dziadka. Rodzina nie mogła przewidzieć, kiedy nadejdzie potencjalnie śmiertelny atak, a widmo śmierci majaczyło stale w ich domu.
- Wytrzeszczałem oczy jako chłopiec, zastanawiając się, czy mój ojciec znowu pójdzie do szpitala i już nie wróci - mówi wujek Don. Wiem, że mój tata przyjmował te traumy na swój własny sposób.
Moi dziadkowie prowadzili rodzinę najlepiej, jak potrafili. Jednak gdy wyobrażam ich sobie zgromadzonych na drugim piętrze przy rodzinnym ołtarzu, chciałbym, żeby po prostu opowiadali sobie historie - historie ze swojego dnia, myśli, opowieści, które im wszystkim by pomogły.
Mogliby zacząć od tej zabawnej historii o tym, jak dziadkowie zostali parą. Mury Ann Marton zostały zburzone w jednej chwili tego wieczoru w 1928 roku, gdy Kenneth Wilkerson po raz pierwszy zatańczył z nią charlestona. Następnego dnia, gdy Ann wyszła z pracy, zobaczyła Kennetha, czekającego na chodniku na zewnątrz jej biura, ubranego w najlepszy mundur amerykańskiej marynarki.
- Chcę się z tobą ożenić - oświadczył.
- Ale ja jestem zaręczona - odpowiedziała.
- Zerwij te zaręczyny - powiedział. Trzy miesiące zajęło mu przekonywanie jej, ale w końcu się zgodziła.
Mogliby również powiedzieć dzieciom o dziwnej rzeczy, która wydarzyła się, gdy Kenneth był w marynarce i ciągle pił. Ukrył swoje kościelne pochodzenie przed kolegami, ale po kilku drinkach zaczął zwiastować - na środku baru. Kilka rund zmieniło tego łagodnego sierżanta w przebudzonego ewangelistę, a jego dzikie kazanie sprawiło, że wszystkie twarze były zwrócone w jego stronę. Dla większości żołnierzy marynarki rozluźnienie się oznaczało bójki. Dla mojego dziadka oznaczało to przemawianie z głębi serca i umysłu, a tym, co zaczęło się rozlewać, był ogień ewangelii.
Te historie nie były opowiadane przy ołtarzu Wilkersonów. Zamiast tego dzieci słuchały, jak ich rodzice błagali Boga o ich dusze i o zbór, który Bóg im powierzył.
"Brakowało nam bliskiej relacji z rodzeństwem ze względu na charakter naszego domu" - pisze ciocia Ruth w książce The Wilkerson Legacy. O rodzinie pisze z szacunkiem, ale wnikliwie, zauważając, że "zwykłe przyjemności były tematem tabu; niewiele było chwil prawdziwej rodzinnej radości. Nie pamiętam Mamy czy Taty grających z nami w szachy. A gry karciane były całkowicie zakazane. Jedliśmy razem, słuchaliśmy modlitw naszych rodziców przy rodzinnym ołtarzu, siedzieliśmy osobno na kościelnych nabożeństwach i braliśmy udział w kościelnych obozach, w ogóle się tam nie spotykając. Ta emocjonalna rozłąka, mimo że niezamierzona, pozostawiła w nas próżnię i w rezultacie bardzo głęboko nas dotknęła".
Odbiło się to na ich życiu i ich małżeństwach. Ciocia Ruth mówi:
- Nie wiedziałam, jak rozmawiać z ludźmi, którzy nie mówili o "sprawach Pana"... Don mówi, że miał trudności w integrowaniu się z ludźmi spoza naszej kościelnej społeczności. Stało się to dla nas wszystkich trudną do przeskoczenia przeszkodą.
Po śmierci mojego dziadka w 1960 roku jego dorosłe dzieci nie utrzymywały zbyt bliskich kontaktów. Minęło prawie piętnaście lat, zanim cała piątka znowu się spotkała.
Ciocia Ruth jasno pisze w swojej książce, że rodzina jest również tam, gdzie mój ojciec i jego rodzeństwo znaleźli wiarę - prawdziwą, duchową, zakorzenioną wiarę, taką, którą człowiek potrafi żyć.
Moja babcia nigdy nie uznawała kompromisów w kwestii ewangelii, mówienia prawdy i polegania na Bogu przez ufną modlitwę. Czuła ciężar zagubionych i ewangelizowała z pasją. Te niezachwiane cechy charakteru stały się częścią początków służby taty w Nowym Jorku. Gdy mój dziadek zmarł przedwcześnie w wieku pięćdziesięciu trzech lat, tata znalazł mojej babci miejsce w Teen Challenge. Nauczała tam tak, jak robiła to zawsze, wprost i autorytatywnie. U twardych nowojorczyków zdobyła taki sam szacunek jak u mieszkańców małego miasteczka w Pensylwanii.
Tata ciągle słyszał od mojego dziadka nawoływanie: "Bóg zawsze znajdzie drogę dla człowieka, który się modli". Mój dziadek żył zgodnie z tą prawdą, na tyle przekonująco, że tata przeniósł ją do swojego życia.
A jednak na przecięciu wzniosłej wiary moich dziadków i pustki ich uczuć ukształtowała się wiara mojego taty. Na dobre czy na złe, nauczył się widzieć świat bez zasłony iluzji. I nauczył się nie oczekiwać jego uczuć. Te dwie rzeczy łączyły go z uciskanymi ludźmi, którym zwiastował przez całe swoje życie. Mógł przekonująco mówić im o jedynej nadziei, Bożej, bezwarunkowej miłości, ponieważ sam ją poznał.
Mówi się, że jedną z dobrych cech liderów jest ich zdolność do podzielności. Nie oznacza to, że zaprzeczają jednej rzeczy, żeby przyjąć inną. To znaczy, że są w stanie natychmiast odłożyć na bok jeden zestaw problemów, żeby zająć się innym. Mój ojciec miał tę zdolność.
To właśnie ta cecha pomogła mu zrozumieć, że może kochać swoją siostrę Juanitę, siedzącą ze zgorzkniałą miną naprzeciwko niego przy rodzinnym ołtarzu, bez patrzenia na nią jako obiekt modlitwy. To ta cecha pomogła mu później zwiastować Bożą wierność dziesięciotysięcznym tłumom, podczas gdy jego małżeństwo przechodziło poważny kryzys. Dzięki temu również odczuwał pokój w chwili, gdy jedno z jego dzieci miało poważne problemy. Mój ojciec nigdy nie kwestionował problemów, które pojawiały się w jego życiu. Czasami nie potrafił sobie z nimi poradzić, ale nigdy się od nich nie odwracał. Nauczył się tego w domu.
Najpierw Bóg, potem Kościół, na końcu rodzina.
- David w swojej rodzinie zmienił kolejność tych priorytetów - mówi wujek Don. - Wszyscy tak zrobiliśmy, ale David prawdopodobnie bardziej niż my.
Mój ojciec nauczył się jednej istotnej rzeczy o ludzkim i duchowym doświadczeniu, którą pominęli moi dziadowie: że miłość jest w centrum. To właśnie na tym skupiał się podczas każdej akcji ulicznej, każdej ewangelizacji, każdego wydarzenia związanego z Krucjatami Młodzieżowymi Davida Wilkersona: na przeszywającej, otulającej, pełnej mocy Bożej miłości.
A jednak nie ułatwiło to tacie okazywania uczuć, których sam nigdy nie otrzymał. Próbował być uczuciowy wobec nas, ale to były niezręczne chwile. Zwykle więc okazywał to za pomocą prezentów zamiast uścisków. Gdy dorastaliśmy, nigdy nie byliśmy świadomi wewnętrznych barier, z którymi walczył, gdy próbował do nas dotrzeć. A my śmialiśmy się, gdy on szukał swojej drogi w jakimś emocjonalnym momencie. Nawet te próby musiały być dla niego wielkimi zwycięstwami.
Mój wujek Don powiedział kiedyś komuś: "Przez te wszystkie lata, odkąd go znam, nigdy nie widziałem, żeby Gary miał problemy ze swoim poczuciem bezpieczeństwa w Chrystusie". Ma rację. Nigdy nie miałem z tym poważnych problemów. Jak to się stało? Głęboko w środku wiedziałem, że pomimo wielu nieobecności w moim życiu, w czasie, gdy dorastałem, mój ojciec mnie kochał.
Ironiczne i smutne jest to, że pomimo że mój ojciec znał wierne Boże obietnice lepiej niż ja kiedykolwiek je poznam, nigdy nie był pewny, czy spełnia oczekiwania. Zdarzały się między nami konflikty z różnych powodów, nigdy jednak nie wątpiłem w jego miłość. Dla mnie jest to hołd złożony temu, jak walczył, by pokazać mi tę konkretną rzecz, której mu brakowało. Ja byłem konfliktem jego życia.
Tata przyznał mi się kiedyś, że zawsze chciał zadowolić swojego ojca. Każde dziecko chce, a to pragnienie jest podsycane, gdy rodzice nie okazują uczuć, a miłość poddana jest w wątpliwość. Jestem pewien, że właśnie to kryło się za jego niedzielnymi, wieczornymi telefonami do jego ojca. Gdy mój tata rozpoczął swoją własną misję, każdego tygodnia zdawał w domu raport z tego, jak Bóg działał. Widzę teraz, że robił to zarówno dla siebie samego, jak i dla swoich rodziców.
To, co z dumą i całą pewnością mogę powiedzieć o swojej rodzinie - moich dziadkach, moim ojcu i dziedzictwie, które nam zostawili - to to, że kochali Boga. Nikt nie widział, żeby kiedykolwiek w to wątpili. Ich serca były nakierowane na Jezusa, oczy patrzyły naprzód, a wszystko to oparte było na jednej rzeczy: wierności Temu, w którego wierzyli.
Dlaczego więc ubieram wczesne życie ojca w międzyludzkie terminy, których tu używam? Nie musisz być studentem psychologii, żeby to zrozumieć. Nie musisz nawet uczestniczyć w kursach poradnictwa biblijnego. Historie takie jak nasza znajdują się w całej Biblii - ukochani synowie, synowie marnotrawni, niezauważane i wyobcowane dzieci. Na szczęście Jezus zmienia nasze rozumienie tego, kim są synowie marnotrawni i co to naprawdę znaczy oddalić się od Boga. Synowie marnotrawni to nie zawsze uciekinierzy, czasami to ci, którzy pozostają na rodzinnej ścieżce. Mój ojciec, moje ciotki i wujkowie - oni wszyscy mieli w sobie coś zarówno z jednego, jak i z drugiego rodzaju. Tak jak ich rodzice i tak jak my wszyscy. Jedynymi ludźmi zdyskredytowanymi przez Pismo Święte są ci, którzy nie mierzą się z prawdą o samych sobie i w rezultacie wyrządzają innym krzywdę. Jak zauważył pewien spostrzegawczy teolog: "Jeżeli nie mierzymy się z grzechem, który nam wyrządzono, w taki sam sposób będziemy grzeszyli wobec innych". To nie jest stwierdzenie psychologiczne; to zdanie mówi o tym, jak działa łaska i jej brak.
Moi dziadkowie nie znali słów na określenie traumy, której doświadczyli, tym bardziej tego, co nieświadomie przekazali dalej. Jednak nawet mój ojciec, który przez całe życie unikał psychologów i doradców, prawdopodobnie do momentu, w którym został pastorem, był świadomy, że ta dynamika odegrała rolę w jego życiu. Duch Boży przez wszystkie lata wiernie zmuszał ojca do stawienia czoła swoim wewnętrznym konfliktom i w końcu mój tata odpowiedział, gdy to światło go oświeciło. Tak jak jego trwający w modlitwie rodzice, mój ojciec słuchał wiernie, gdy myślał, że Bóg do niego mówi. Był jak wielu ludzi tamtych czasów: zaniedbywał pewne istotne sprawy - związane z jego mamą i nami - z powodu emocjonalnej wygody. Słuchał jednak Boga i nie odwracał się od tego, co słyszał. I przychodził do nas z czułością, jeżeli poczuł, że zawiódł.
Mój tata w swoim newsletterze nigdy nie poruszał kwestii psychologicznych; wiedział, że czytelników to nie interesuje. Często jednak odsłaniał swoje głębokie przekonania w prywatnych listach. Adresaci przyznają, że jego słowa często były ostre i dotyczyły pieniędzy. Kiedyś w liście kondolencyjnym do jednego z pracowników, któremu zmarł ojciec, napisał coś, co wiele o nim mówiło. Notatka zawierała tylko dwa zdania. Pierwsze brzmiało: "Przykro mi z powodu twojego ojca". Drugie było równie proste i szczere: "Nigdy się z tym nie pogodzisz".