Dawno temu teraz - Joanna Sarnecka

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

POŻEGNANIE RZEKI

Piękny dzień. Może jeden z ostatnich takich w tym roku, duszny, gorący, jak przystało na sierpień. Więc, nad rzekę! Nie ma na co czekać. I tak, na krawędzi wakacji, na samym ich brzegu, wyruszyliśmy niejako wstecz, ku wolnym chwilom, ku rzece.

Osława rozlewała się na kamieniach, jakby nigdy nic. Nie robiąc sobie nic ani z czasu, ani z tego wyczuwalnego już końca. Tak jak w czerwcu, czy w lipcu, tak i tego dnia grzała swoje szerokie cielsko upstrzone białymi krostami kamieni. Wystawiała je do słońca, prężyła i połyskiwała rybim okiem. Nad nią czuwał milczący, skalisty brzeg, zapatrzony w głąb siebie, zasłuchany, zadumany. Krzaki na brzegu i kilka topól poddawały się ledwie wyczuwalnym podmuchom.

Odkryłam tę rzekę niedawno. Jako obca, odnajduję to, co dla innych zwykłe i oczywiste, tak, jak bym znajdowała nowe lądy. Zdobywam, poznaję, oswajam. Rzekę oswoiłam natychmiast. Tak inna od mazowieckich ciemnych, mrocznych głębin pachnących tatarakiem i trzciną. Płytka i rozlana na kamieniach, z doskonałym miejscem do kąpieli, gdzie ktoś kiedyś pogłębił dno. Bednarka - tak mówią miejscowi.

Przyjechaliśmy i od razu zauważyłam, że jednak coś się zmieniło. Drzewa nad rzeką pożółkły i wyłysiały. Mówią, że susza, ale przecież tak jest co roku. To preludium, suche i gorące preludium jesieni. Drzewa pozbywają się liści, jak zbędnego balastu, jakby chciały za wszelką cenę jeszcze raz, jeszcze przez chwilę poszybować ku niebu.

Rzeka wyschła. Tarła brzuchem o kamienie. I tylko ta bednarka, ten pępek rzeki pozostał żywy i pełny.

Moczyłyśmy nogi, niepewne, czy już nie za późno. Od spodu woda była zimna. Wystarczyło kilka chłodnych nocy. Ale nagle, jakby się w nas coś obudziło, bo przecież może to już ostatni raz, to się może nie powtórzyć, teraz, albo nigdy. I ruszyłyśmy wprost w nurt rzeki, żeby się zanurzyć, żeby zachłannie pływać i moczyć ciało w chłodnej wodzie, żeby kosztować tych letnich przyjemności. Wyszłyśmy zmęczone, wywlekłyśmy nasze nagie ciała na kamienie i suszyłyśmy się w słońcu jak jakieś, pożal się Boże, syreny. Nawet może coś podśpiewywałyśmy pod nosem. Same, wpośród rzecznych nurtów. Ludzie to czują, wiedzą, kiedy naprawdę lato się kończy. Znikają z brzegów, z plaż, już ich nie ma, już mają inne zajęcia, już inaczej spędzają wolne chwile. A my nie, my chcemy tu być do końca, przedłużyć ten czas, przeczekać. A może udałoby się tym razem zostać w lecie?

Zbierałyśmy się powoli i niechętnie. Pomyślałam, że nigdy się nie wie, czy nie jest się gdzieś po raz ostatni, czy ja tu, nad rzeką, nie jestem dziś ostatni raz? Może nie, może wrzesień dopisze, będzie gorąco i będziemy wracać i zanurzać się wciąż w lecie. Ale może nadejdą chłody, będą obowiązki i inne "ważne rzeczy". Wrócimy za rok, ale przecież dobrze to wiemy, że nie wrócimy już do tej samej rzeki. Że będzie już inna, starsza, odmieniona czasem, bardziej zmęczona i powolna.

OBLICZE MIASTA

Zdarza się, że miasto pokazuje mi inną twarz, że spogląda na mnie łaskawie, jakby mnie brało pod uwagę. Na przykład dziś. Spacer po parku, wczesnym rankiem, kiedy wszystko jeszcze świeże, ledwie obudzone, z kropelkami rosy na rzęsach. Wędruję w ciszy. Pies, jak satelita, krąży wokół, to znika w chaszczach, to znów wychodzi na drogę, jakby mnie prowadził. Przede mną meandry parkowej alejki wspinają się w górę, to znów spływają w dół. Rytm wysokich drzew i zakamarki wilgotnych paproci. Atmosfera niczym z Blake'a, jakaś ostateczna i znacząca. Nasłuchuję. W dole miasto się budzi i zaczyna mruczeć, jak niezadowolony niedźwiedź, któremu przerwano drzemkę. Poprzez liście przecieka słońce, sierpniowe i gęste, ścieka jak miód po gałęziach, przygina je do ziemi, zanurza w świetle. Lato przelewa się przez zaporę czasu. Dni się kurczą, a wieczory każą już myśleć o jesieni. Ale teraz jest tylko to miejsce i ten czas, moja wędrówka niespieszna i to słońce. Można by pomyśleć, że idę tak od dawna i będę szła. Że to jakaś metafora, a nie realność, że moje istnienie tu, pomiędzy drzewami jest istnieniem zjawiskowym, jakbym jedynie migotała, niczym słońce, była świetlnym zjawiskiem. Idę, tylko czasem zaszeleszczę zeszłorocznym liściem, albo liściem przedwcześnie martwym. Dobra twarz miasta. Kiedy mnie chce, czaruje widokami. Uliczką wykończoną koronką starych domów, rzeźbionymi drzwiami podświetlonymi palcem słońca, panoramą miasta z tarasu widokowego przy zamku z połyskliwym ciałem rzeki rozpostartym u podnóża gór. Albo kamienicą z drewnianym tarasem, na którym chciałoby się zostać, stać i patrzeć, jak słońce to wyłania się, to znów chowa za horyzontem, jak pod jego jasnymi palcami miasto nabiera kształtów. Tak, aż chciałoby się zostać, zatrzymać i uczestniczyć w tych drobnych, maleńkich cudach, tych odpryskach i odblaskach wielkiego cudu. Ale jest jeszcze inna twarz, twarz ludzka, wykrzywiona złością, twarz, na której skrapla się nieszczęście. Samotni starcy i stare kobiety w drodze donikąd i przedwcześnie postarzała młodzież, która nie pragnie niczego poza dniem dzisiejszym. Kiedy wychodzę z porannego parku widzę, jak się powoli grupują na przystankach, jak stoją z przyzwyczajenia w dawno nieważnych kolejkach, aż strach pomyśleć, że czas ustawiłby mnie w tym szeregu. Gdy nad miastem wstaje słońce, z chodników dźwigają się nieszczęśnicy, z twarzami pokrytymi zaschłą juchą, jakby całą noc płakali albo pocili się krwią. Słońce na chwilę ożywia ich martwe ciała. Zbierają z kałuży moczu odpadające członki, sklejają snem i marzeniem, że kiedyś będzie inaczej, jedyni marzyciele. Prawdziwi mieszkańcy, niegdyś zwiedzeni łaskawą twarzą miasta, zatrzymani w drodze, co zapomnieli dokąd szli i po co, spojrzeli przez ramię, wstecz i pomarli, choć wciąż im się zdaje, że żyją. O poranku, na chodnikach gromadzi się smutek. Ani migotanie słońca w kroplach rosy, ani rzeka, ani las, nic już nie może go zasłonić.

CISZA

Od tygodnia w nowym domu. Dom na wsi, może nie jest to piękny zakątek, z dala od wszystkiego, nie jest to już moja piękna dolina, rajska dolina, za którą można już tylko tęsknić. Taki tam domek, ale z drewna, kawałek zieleni wokół i umiarkowany spokój. Wystarczy.

Jak nie ma roboty, a nie ma, można siedzieć i patrzeć. Zarzucam na plecy pierwszą jesienną kurtkę i wychodzę przed dom. Mam swoją ławeczkę z widokiem na łąkę i sad. Nie widać stąd gór, ale przecież są blisko, za moimi plecami, wystarczy obejrzeć się albo przejść przez ulicę, wejść pomiędzy niskie domki i już wynurza się Cergowa.

Więc wszystko jest na swoim miejscu. Siadam i patrzę. Badam linię styku nieba z ziemią, tę doskonale nieregularną krawędź, liczę jabłka w sadzie i zastanawiam się długo, czy nie warto by kiedyś przyjrzeć im się z bliska, bo jesień startuje, a to chyba dobry czas na jabłka, na soki i dżemy. Tymczasem siedzę i patrzę. Jest niedziela. Nie jeżdżą tiry. Raz na jakiś czas przemknie coś szybko z Dukli w stronę Żmigrodu albo z powrotem, ale po chwili szum auta roztapia się w ciszy. Słucham. Cisza jest gęsta i pełna. Wylewa się i zatapia świat jak płynne szkło. W tym pełnym milczenia brzmieniu jest wszystko: kilometry pustki, hektary bezludzi, rowy porośnięte mimozami i wrotycz przy drogach, są kamienie polne i rzeczne, cisza opustoszałych gniazd, są drogi, po których nikt nie wędruje, leśne zagajniki i gęste bory, zwalone pnie porosłe mchem i żuki pchające swój mizerny skarb, ruchliwe mrówki i senne o tej porze sowy, nietoperze oraz pająki nawlekające perły na srebrne nici. Cisza składa się z dźwięków. To kompozycja szelestów, szumów, to kroki na drewnianych trzeszczących podłogach, muchy wzlatujące nad padłym kotem, szepty i delikatne dzwonki odkładanych talerzy po niedzielnym obiedzie. To kroki lisa i moszczenie się kokoszki na grzędzie i westchnienia śpiących dzieci, wszystkie te drobiny, aż po uderzenia serc. Wszystko tu jest, słyszę wyraźnie, jak pieśń albo opowieść wyszeptana w najgłębszej tajemnicy. Sekretny eliksir sporządzony z dźwięków.

Co pewien czas szum samochodu przecina ciszę, zagłusza głos i przez chwilę moja uwaga rozpada się na kawałki, opowieść znika, głosy milkną, ale już po chwili znów spotykamy się, odnajdujemy na ławeczce przed domem. Opowiada, a ja słucham.

Nasłuchując, zaczynam też rozumieć, że każda pora roku ma swoją pieśń. Bo to, co mnie otacza nie jest już historią z lata, gorącą, pełną życia. Ta opowieść jest jak ciężka kropla, żywiczna i gęsta. Słucham i patrzę na pierwsze smugi koloru na lipach, które przypominają mi moje włosy wybarwione czasem. Ta opowieść jest dla mnie. Muszę jej uważnie słuchać, uczyć się jej i od niej.

Tak, jest coś takiego jak głośna cisza. Od dziś to wiem. Nie jest to głos samej ciszy, ani drobiny dźwięków, które wyławiamy z pozornego niebytu. Lot muchy, skrzypienie podłogi, równy oddech, czy w końcu gdzieś w oddali, nieznane nam głosy. To muzyka, która opowiada o ciszy, w otoczeniu której ma się poczucie, że cisza trwa nawet jeśli nie brak mocnych dźwięków. Gitarzysta, schylony w rozmowie z instrumentem, wypuszczał serie tonów, jak kłęby dymu. Ale to były właśnie owe dźwięki ciszy, dziwnie milczące. Siedzieliśmy w tym przypadkowym gronie, człowiek obok człowieka, nieznani sobie, a doświadczający przecież tego samego, zanurzeni wspólnie w tej kąpieli, która nas miała odmienić, przemienić, sprawić, że będziemy zdolni widzieć to, co niewidzialne. Powoli zapadała ciemność, połowa sierpnia, dzień wciąż długi, ale już nie nieskończony. W sali paliły się jedynie proste białe świece. Tworzyły pomiędzy muzykiem a nami świetlną zaporę tak, że on z naszej perspektywy wyglądał, jakby znajdował się poza granicami naszego świata, w innej przestrzeni, odmienny, z blaskiem na twarzy przypominającym chorobliwy rumieniec, z podkrążonymi cieniem oczami. Jak my wyglądaliśmy z jego perspektywy? Tego nie wiem, nie wiem nawet, czy w ogóle nas zauważał, tak był pochłonięty pieszczeniem instrumentu. Cały dopasowywał się do gitary, okalał ją mocnymi barkami jak delikatną osobę. Jakby niósł tę efemeryczną kobietę na rękach, żeby ją nam pokazać w całej okazałości, kruchości i prawdzie, którą tylko on potrafił z niej wydobyć. Wpatrzony, zasłuchany, jakby prowadził z gitarą rozmowę. Mogliśmy nawet domyślać się jej treści. Odsłaniali ją nam powoli, on i ona, wprowadzali nas w swoją intymną wymianę myśli, w świat swojej wyobraźni, w rzeczywistość odrębną i poruszającą. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w elektrycznej gitarze tkwić może aż tyle możliwości, że potrafi być malarzem i opowiadaczem, że buduje światy, przywołuje przeszłość i nadaje jej ulotne ciało dźwięku. Słuchałam i coraz bardziej czułam się zapraszana, wzywana do wędrówki. Głosy, dźwięki, szepty i szelesty przywodziły na myśl miasto, stare miasto, gdzieś na krańcu świata. Ciemne i chłodne zaułki, w których każdy szept jest jak wyznanie, każdy krok jest krokiem decydującym, samotność podwaja echo. Były tam i gwarne place, wypełnione ludźmi, sprawami, rzeczami, kupno i sprzedaż. Nawoływania, głosy radości, wulgarne zaczepki i ciche wymiany słów ważnych i tajemniczych, były świątynie z twarzami zwróconymi ku Prawdzie, niekończącym się zwojem opowiadającym historię ludzi, tych, tamtych, ludzi dziś, kiedyś i zawsze. Muzyka prowadziła dalej. Pomiędzy proste domostwa, prosiła, by otworzyć oczy i patrzeć, nadstawiać ucha i słyszeć. Aż trochę wstyd było tak wkraczać w przestrzeń, jakby się komuś nieopatrznie weszło na podwórko, na którym na sznurze wisi bielizna, zasmarkane dzieci biegają półnagie, które jest przedłużeniem domu. Ty, obcy wchodzisz i stajesz zażenowany, zawstydzony i onieśmielony, czekasz, kontemplując tę zwyczajność. Ale czas się kończy, wzywa nas w powrotną drogę, do pociągu, który z sykiem i jękiem rusza w nowe, nieznane, inne. Słuchałam poruszona. Muzyka, jak całun, przesłaniała nam oczy, wciskała się do gardeł. Wchłanialiśmy ją przez skórę, aby mogła wreszcie zacząć krążyć w naszych żyłach, by się wcieliła. Spojrzałam przez okno na taras. Stało tam kilka osób. Palili i rozmawiali niemo. Ich twarze oblewało jasne i jednoznaczne światło. Wydobywało każdy szczegół: nos, oczy, zarys brwi i linie zmarszczek. Światło urealniało ich. Byli naprawdę żywi, gestykulowali, śmiali się. A my, tu, w tym półmroku, jakbyśmy spali i śnili. Zanurzeni w ciemność i muzykę jak w dym, stawaliśmy się coraz bardziej nierzeczywiści.

PODOBIEŃSTWA

Czasem miasto wydaje mi się skądś znajome. Szczególnie w pełnym słońcu, pośrodku gorącego lata, jakby słońce, lato i upał uzasadniały je, nadawały sens jego kamiennemu życiu. I wtedy przez chwilę w głowie pojawia mi się myśl, że mogłabym zostać, zatrzymać się, zawinąć tu do portu i zadomowić się. Słońce stoi wysoko, niebo przypomina powierzchnię morza w pogodny, bezwietrzny dzień. W obcym mieście są miejsca, które wydają się znajome. Ot kamienica na deptaku, pomalowana na intensywny róż, z narożnymi balkonami, z babcią, która w kwiecistym szlafroku wychodzi na balkon, na ostatnim piętrze i pali papierosa, patrząc w stronę rynku. Nazywam to miejsce Portugalią. Moim marzeniem jest Portugalia. Chciałabym zamieszkać w jednym z mieszkań z narożnym balkonem i obserwować jak miasto budzi się do życia. Nocą nasłuchiwałabym jak cichną głosy miasta, jak wyrównuje się jego oddech, lekki w chłodzie nocy. Szłabym spać razem z miastem. Oddychałabym w jego rytmie. Czasem, kiedy gram na akordeonie, na miejskim deptaku, patrzę na Portugalię i wyobrażam sobie, że tam mieszkam. Z mojego balkonu zwisają pelargonie, gryzie się róż z czerwienią. Wszystko jest tak intensywne, że aż trudno to znieść. Albo ulica Cerkiewna, która przypomina łuk tęczy rozpięty pomiędzy jednym ze wzgórz Gór Słonnych, a rynkiem - sercem miasta. W dole jaśnieje dom parafialny przy cerkwi. Nawet samochody zaparkowane po prawej stronie nie burzą kompozycji. Przeciwnie, stają się barwnym, rytmicznym wzorem, jak migoczące szkiełka w kalejdoskopie. Kiedy patrzę w dół Cerkiewnej, kiedy mój wzrok wędruje łukiem owej tęczy, przez chwilę mam ochotę zostać tu na zawsze. Jest też małe podwórko-studnia przy deptaku. Widziałam identyczne w Wenecji. Czyste, kamienne schody zwieńczone cyprysami w pękatych donicach. Drzwi są rzeźbione, ciężkie. O poranku stróż się uwija. Gwiżdże cicho, podlewając rośliny. Pachnie podróżą w nieznane, portem i smutkiem pożegnania. Znam te miejsca, , migoczą, niczym fatamorgana w nagrzanym powietrzu miasteczka. Czasem, gdy dzieci nie ma w domu, wyciągam album córki, w którym skrzętnie przechowuj zbierane pocztówki. Są na nich stolice odległych krajów: Sidney, Nowy York, Londyn, są miejsca dzikie i piękne, jak choćby ten rozbielony słońcem odbitym w kropach wody wodospad na Maui. Są wielbłądy przecinające plisowaną powierzchnię pustyni, albo szczęśliwi ludzie na szczęśliwych plażach popijający kolorowe drinki w cieniu palm. Znam te miejsca, chociaż nigdy tam nie byłam. Może właśnie dlatego umiem odnajdywać ich okruchy także tu, w niewielkim, obcym miasteczku na końcu świata. A dziś, kiedy grałam na akordeonie, w moim miejscu z widokiem na Portugalię, spojrzałam w górę, ponad balkon na ostatnim piętrze, gdzie starsza pani paliła swojego papierosa i patrzyła w dal. Ponad płaszczyzny dachów, spomiędzy anten i kominów, uleciały gołębie. To był najbardziej znajomy widok, jaki można sobie wyobrazić. Któż go nie widział? Może w Paryżu, albo w Warszawie z okna na Placu Zbawiciela? A może w którymś z filmów, czy folderze biura podróży? Patrząc na ulatujące w czyste niebo gołębie, podążając za nimi wzrokiem, ponad dachy, ponad miasto, poczułam, że stojąc tu, na rogu 3 Maja i Franciszkańskiej, jestem zarazem wszędzie, w każdym mieście świata, w Lizbonie, Paryżu lub Warszawie i przez moment znów pomyślałam, że mogłabym zostać tu na zawsze.