Trzy noce później w wielkiej i luksusowej posiadłości młodzieniec imieniem Luca usilnie tłumił szloch. Na korytarzu na umazanym krwią dywanie leżała siedemnastoletnia bratanica jego chlebodawcy. Zakłuta, uduszona, martwa.
Luca wiedział, że zaraz podzieliłby jej los, gdyby tylko ktoś go tu zobaczył, cofnął się więc i ruszył do szklanych drzwi, za nimi znajdowało się zejście do ogrodu. W kieszeni spodni miał list od martwej dziewczyny, prośbę o pomoc, którą obiecał dostarczyć jej ojcu. Ale teraz było już za późno.
Raptem usłyszał toczącą się w pokoju obok rozmowę.
- Przecież wiem! - ryknął ochrypły głos, który Luca znał aż nazbyt dobrze. - Wiem, że to nie to samo. Wiem, że to rodzina! - Chwila ciszy. - Ależ nie przejmuj się tak - ciągnął ten sam głos, najwyraźniej odpowiadając na pytanie. - Zwalimy to na... na nowego lokaja. Chłopak nie mógł się na Elizę napatrzeć. Niech zawiśnie za śmierć mojej drogiej kuzynki.
Luca wiedział, że ten "nowy lokaj" to on. Rażony przerażeniem, przez chwilę nie mógł pochwycić klucza zdrętwiałymi palcami. Musiał komuś powiedzieć o tym, co się wydarzyło. Musiał pokazać komuś list. W ten sposób dowiedzie swojej niewinności.
Wreszcie udało mu się otworzyć drzwi, ale nowa myśl sprawiła, że stanął jak wryty. Nie, sam list przecież nie wystarczy. Musiał mieć też miksturę. Wrócił do pokoju i przeciął pomieszczenie, by dostać się do spowitego mgłą barku. Głosy w przyległej komnacie dalej toczyły spór.
- Nie, ty głupcze! - chrypiał jeden z nich. - Przynieś miednicę tutaj! Nie mogę zachlapać krwią całego domu. - A po chwili: - Dobra, a teraz dawaj tu chłopaka!
Idą po niego! Gdy otworzył drzwiczki barku, lodowata mgła buchnęła mu w twarz. Nie miał czasu do stracenia. Prędko odnalazł spojrzeniem srebrną buteleczkę i sięgnął po nią. A potem, zanim ktokolwiek się zorientował, że w ogóle tam był, wyślizgnął się drzwiami na zewnątrz i pognał trawnikiem naprzód, a następnie z mozołem przesadził mur i skrył się w mrocznych uliczkach Guile.
W ciągu godziny całe jego życie wywinęło kozła: był świadkiem mordu na młodej kobiecie, stracił pracę, a teraz sam uciekał przed śmiercią. Najął się na służącego wbrew sprzeciwom matki, bo potrzebowali pieniędzy, a on miał już dość biedy. Jak się okazało, matka ma zawsze rację.
Bieda to nie najgorsze, co może człowieka spotkać.
Tymczasem w innej części miasta młoda kobieta imieniem Jane, roniąc gorzkie łzy, kłóciła się ze swoją matką.
- Nie obchodzi mnie twoje zdanie - mówiła przez ściśnięte gardło. - Wyjdę za Inganna, a ty mnie nie powstrzymasz.
- Jane, proszę cię! - utyskiwała kobieta. - Przegadajmy to chociaż.
- Nie ma o czym gadać - upierała się córka.
- Ale to wszystko takie nagłe - przekonywała matka. - Proszę cię. Porozmawiaj z tym człowiekiem, nim zrobisz coś, czego będziesz potem żałować.
- Nie będę z nikim rozmawiać! - krzyknęła Jane. - Cokolwiek by powiedział, zdania nie zmienię.
- Ale on może pomóc. Nazywa się Fate, mówią na niego Mędrzec z Czarnego Domu.
- Ale ja nie potrzebuję pomocy - warknęła Jane. - I nie potrzebuję, żeby tak zwany mędrzec wymądrzał się, kogo wolno mi kochać! Poślubię Inganna i już!
- Jane, bądź rozsądna. On powiedział, że odezwie się do nas jutro. Proszę cię tylko o ten jeden dzień, o nic więcej. Tylko jeden dzień, a potem, jeśli wciąż będziesz chciała wyjść za Inganna, nie będę się już sprzeciwiać.
Przekonanie Jane jakby przygasło, ale jej śliczna twarz zaraz zmieniła się w maskę determinacji.
- Nie - powiedziała. - Podjęłam już decyzję. Rano się wyprowadzam.
A niespełna milę dalej w podziemiach wykwintnej kamienicy młody alchemik imieniem Inganno uśmiechnął się pod nosem, nie mogąc się doczekać przybycia ukochanej.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.