Defekt - Tomasz Witkowski

Kup ebooka

49.99 zł
39.49 zł (40,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

W końcu się poddał. Spojrzał nieobecnym wzrokiem wokół siebie. Popatrzył na leżące na biurku kartki pokryte chaotycznymi równaniami. Podniósł wzrok. W oknie odbijała się jego zmęczona twarz. Zegar pokazywał drugą trzydzieści osiem. W domu zalegała cisza, rozpraszana jedynie szmerem wody w kaloryferach. Zgarnął papiery, wyrównał starannie brzegi kartek, włożył je do papierowej teczki i zawiązał ją. I tym razem się nie udało, choć kilka razy wydawało mu się, że już wychodzi na prostą. Dostrzegał błąd w przekształceniach, cofał się, rozpędzał, po czym znowu odbijał od ściany. Gdy doszedł do kolejnej ślepej uliczki, zauważył, że coś musiał zrobić źle, a kolejne próby nie mogły doprowadzić do rozwiązania. Teraz to już nie miało znaczenia. Był pusty, a w głowie kręciło mu się ze zmęczenia. Starając się nie hałasować, poszedł do łazienki, umył twarz i zęby, wrócił do pokoju i, zrzuciwszy ubranie, wsunął się pod kołdrę. Za cztery godziny musiał znowu być na nogach.

W szkole od razu dopadli go ci, którzy liczyli na rozwiązane zadania z chemii. Spokojnie podał zeszyt spanikowanym kolegom.

- Nie mógłbyś wstawać wcześniej i przychodzić do szkoły trochę szybciej? - zagadnął któryś z nich.

- Nie mógłby! - odwarknął Waldek Barwiński, jeden z czekających w kolejce do zeszytów Michała. - Nie dość, że z jego mózgu korzysta pół klasy ludożerców, to jeszcze chcecie go pozbawić snu? Powinniście być wdzięczni, że ściągacie od wybitnego człowieka, a nie rozkazywać mu. Ani się waż służyć tej bandzie pasożytów! - Swoje ostatnie słowa skierował do Michała.

Waldek był dobrze zbudowanym, starszym od reszty dryblasem, który powtarzał klasę. Jego stosunek do Michała był inny niż pozostałych. Większość nigdy nie traktowała Michała jako pełnoprawnego członka stada. Ich nastawienie do niego najbliższe było interesownej tolerancji. Był użyteczny jako niezawodne źródło rozwiązań zadań domowych z matematyki, chemii czy fizyki, ale nigdy nie należał do żadnej paczki. Waldek, rozkapryszony jedynak, przeciwieństwo Michała, darzył go szacunkiem porównywalnym z respektem, jakim silny, uzbrojony po zęby dzikus obdarza kogoś słabego, kto jednak potrafi rozpalić ognisko za pomocą zapalniczki i orientować się w terenie na podstawie kompasu i mapy. Owszem, przyjaciel był mu niezbędny, żeby zaliczyć kolejne semestry, ale w przeciwieństwie do innych nie uważał, że jego pomoc mu się po prostu należy. Niezmiennie traktował ją jak dar i starał się odwzajemniać to koledze tym, czym dysponował - siłą fizyczną, jeśli Michał wpadł w jakieś tarapaty, i towarzystwem, które jego samego niezmiennie otaczało, przyciągane wielkodusznością, zamożnością i rozrzutnością. Waldek za swój obowiązek uznał dbałość o dobre imię przyjaciela i bezwzględnie karcił każdego, kto zachęcony bezbronnością Michała próbował z niego kpić, lub - nie daj Boże - szydzić.

Kiedy po lekcjach Michał spieszył się na przystanek autobusowy, to właśnie on - Waldek - wystraszył go, hamując obok z przeraźliwym piskiem opon. Jego roześmiana twarz wychyliła się z okna samochodu.

- Wsiadaj! - krzyknął zapraszająco.

- Ale ja... - próbował protestować Michał.

- Żadnego ale! Wsiadaj.

Michał zajął miejsce obok kierowcy, a ten gwałtownie puścił sprzęgło i samochód mieszał przez sekundę kołami w miejscu, startując z fantazją.

- Na chatę? - spytał Waldek.

- Nie, dzisiaj jadę do pijarów, dlatego nie chciałem cię kłopotać, to w przeciwnym kierunku niż zwykle.

- Żaden kłopot, stary! Ile razy mam powtarzać, że to dla mnie zaszczyt? Jak już dostaniesz Nobla, to będę przynajmniej mógł dzieciom i wnukom opowiadać, kto był moim najlepszym kumplem w liceum i z kim się rozbijałem po mieście! - stwierdził jak zwykle, kiedy Michał bronił się przed korzystaniem z jego przysług, i spytał:

- Znowu do tego klechy jedziesz?

- To nie klecha. Jest zakonnikiem, nie księdzem - wyjaśnił Michał.

- Co za różnica? Czarny jak oni wszyscy - skwitował Waldek.

Michał milczał, nie starając się wytłumaczyć koledze dość oczywistych różnic pomiędzy księżmi a zakonnikami, ani nawet tego, że nie wszyscy oni noszą czarne habity. Zanurzył się w swoich myślach. Waldek opowiadał coś o dziewczynach, które właśnie zaprosił na imprezę, ale Michał puszczał to mimo uszu. Kiedy dotarli przed bramę klasztoru, samochód wykręcił pół bączka i gwałtownie zahamował.

- Dzięki - rzucił Michał, wysiadając.

- Nie ma sprawy! Wpadnij do mnie wieczorem, jakbyś się nudził, mam nowe płyty. Posłuchamy.

- Jasne. - Michał odpowiedział bez przekonania, bo przecież nigdy się nie nudził, a jeśli Waldek sam go do siebie nie zaciągnął, to z jego zaproszenia dotąd ani razu nie skorzystał. Nie z powodu niechęci do Waldka, którego szczerze lubił i któremu ufał bardziej niż komukolwiek z kolegów, lecz w wyniku permanentnego poczucia bezpowrotnie traconego czasu. To niedawna choroba i pobyt w szpitalu uświadomiły mu, jak kruchym jest jego życie, które w każdej chwili może zakończyć jakiś wirus albo reakcja autoimmunologiczna. Traktował czas jako podarunek od losu i nie zamierzał go marnować na puste rozmowy, którym oddawali się jego rówieśnicy, a których jedynym chyba celem było imponowanie innym.

Brat Grzegorz, niespełna czterdziestoletni mężczyzna odziany w czarny habit pijarów, przepasany skórzanym pasem, do którego miał przytroczony różaniec, czekał już na niego w pokoju gościnnym, z dzbankiem świeżo zaparzonej, pachnącej jaśminem herbaty. Michał był dla niego czymś w rodzaju spadku po tragicznie zmarłym przyjacielu. Dziwna to była przyjaźń. Witold, ojciec Michała, zadeklarowany ateista, i Grzegorz, który już jako doktorant na wydziale matematyki, postanowił swoje życie poświęcić Bogu. Łączyła ich pasja do nauk ścisłych i dystans do rzeczywistości. Kiedy Grzegorz odwiedzał Witka, Michał często przysłuchiwał się ich rozmowom, a czasami nawet próbował w nich uczestniczyć. Matka Michała zwykle żartowała, że taki przystojny mężczyzna marnuje się w habicie. Nie marnował się jednak jego umysł. Z rozmysłem wybrał zakon pijarów, aby móc uczyć młodzież nauk ścisłych, czyli służyć Bogu w najlepszy możliwy sposób, w jaki potrafił. Michał miał zaledwie dziesięć lat, kiedy jego pełni sił i zdrowia rodzice, wracając z konferencji, zostali zmiażdżeni przez pędzący pod prąd samochód nieświadomego niczego narkomana. Matka zginęła na miejscu. Ojca odłączono od aparatury medycznej po kilku dniach. Chłopak został sam z dziadkiem, trochę dziwakiem i odludkiem.

- Z czym tym razem się zmagałeś? - spytał zakonnik po przywitaniu.

- Próbowałem rozwiązać ten układ równań - mówiąc to, Michał wyciągnął z plecaka teczkę, w którą poprzedniej nocy zapakował zapisane przez siebie kartki. - Bez skutku - powiedział, podając mu je. - To było pierwsze podejście. Kiedy zorientowałem się, że popełniłem błąd przy przekształceniu, cofnąłem się do tego miejsca i zacząłem od nowa - to mówiąc, podał mu kilka kolejnych kartek.

Zakonnik przyglądał się uważnie odręcznym zapiskom, mamrocząc od czasu do czasu coś pod nosem.

- A potem znowu się cofnąłeś i zacząłeś od nowa, od poprzedniego błędu? - upewnił się brat Grzegorz.

- Tak. - Michał podał mu kolejny plik kartek, które tamten oglądał już tylko pobieżnie. - I tak przez kilka godzin, bez skutku.

- "A gdy ich już wyprowadzili z miasta, rzekł jeden z nich: Uchodź, abyś ocalił swe życie. Nie oglądaj się za siebie i nie zatrzymuj się nigdzie w tej okolicy..." - wyrecytował zakonnik.

- "A żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli" - dokończył Michał.

- Nieźle jak na gorliwego ateistę.

- Już mi kiedyś to cytowałeś - zauważył Michał. - Księga Rodzaju dziewiętnaście, dwadzieścia sześć.

- Niezmiennie zadziwia mnie twoja pamięć - powiedział brat Grzegorz, patrząc uważnie na chłopaka. - Wiesz już, gdzie popełniłeś błąd?

- No tutaj. - Michał wskazał konkretne miejsce na kartce, którą trzymał zakonnik.

- Nie - zaprzeczył zakonnik. - Twoim błędem było to, że zamiast zacząć od nowa, oglądałeś się za siebie i cofałeś po swoich śladach. W ten sposób natrafiałeś na błąd, ale niekoniecznie ten pierwszy, który zwiódł cię z właściwej drogi. Na złą ścieżkę wkroczyłeś tutaj. - Brat Grzegorz wskazał palcem równanie. - Próbując znaleźć rozwiązanie, powinieneś stanąć w punkcie wyjścia i popatrzeć twarzą w kierunku, w którym zmierzasz, a nie cofać się, zwracając twarz w tył. Wiem, że to wymaga więcej wysiłku, ale nie istnieje inny sposób na poprawienie własnych błędów. Korekta ostatniego nie daje gwarancji, że jesteś na właściwej drodze. Zawsze istnieje jakieś prawdopodobieństwo, że popełnisz błąd, ale najważniejszy jest pierwszy, nie ostatni, który popełniłeś.

Michał wpatrywał się intensywnie w zapisane przez siebie kartki i zdawał się nie słuchać zakonnika.

- Słyszałeś kiedyś o równaniu Naviera-Stokesa? - zagadnął brat Grzegorz.

- Tak - burknął Michał, ciągle wpatrując się w zapiski, jakby czytał wciągającą książkę, a zakonnik mu w tym przeszkadzał.

- Mukhtarbay Otelbayev z Kazachstanu zajmował się tym problemem przez trzydzieści lat. W końcu wyprowadził dowód tego równania, który zresztą Instytut Matematyczny Claya ogłosił w dwutysięcznym roku jednym z siedmiu problemów milenijnych. I zaproponował milion dolarów za rozwiązanie każdego z nich. Otelbayev opublikował swój dowód w dwa tysiące czwartym roku, po rosyjsku. Kiedy jednak przetłumaczono jego pracę na angielski i dokładnie sprawdzono, znaleziono na pięćdziesiątej szóstej stronie drobny błąd, który zniweczył cały tok jego rozumowania.

- Grzegorz, dlaczego utknąłeś w tym zakonie, zamiast zajmować się nauką? - zapytał Michał, jakby zupełnie go nie słuchał.

- Cóż, to było powołanie - odparł ostrożnie, a przez głowę przemknęły mu obrazy spotkań z tajemniczymi ludźmi, splądrowanego mieszkania, obserwujących go cieni i nocnego niepokoju. - Słyszałeś kiedyś o czymś takim?

- To jakaś bzdura, zakładać, że ktoś lub coś wybiera akurat nas do robienia czegoś konkretnego i żyć zgodnie z takim przekonaniem - zaprotestował gwałtownie Michał. - To wszystko kwestia przypadku i prawdopodobieństwa. Sam przecież uczysz probabilistyki!

- Bóg nie gra w kości - rzucił zakonnik.

- Nie grałby, gdyby istniał - odciął się chłopak - ale boga nie ma.

- Jedyne, co możesz powiedzieć o jakimś bycie, to oszacować prawdopodobieństwo jego istnienia.

- Jeśli tak, to jest ono nieskończenie małe.

- Ale większe od zera, a to już dużo - zauważył zakonnik.

- I ten byt, którego prawdopodobieństwo istnienia jest tylko nieco większe od zera, powołał cię do czegoś? - W głosie Michała niedowierzanie mieszało się z ironią.

- A ty nie czujesz powołania do nauki? Ślęczysz po nocach nad jakimiś równaniami, podczas gdy twoi koledzy imprezują. To nie jest powołanie?

- Nie. Robię po prostu to, co daje mi największą satysfakcję. Czuję radość, gdy uda mi się rozwiązać jakiś problem. Mój układ nagrody w mózgu tak działa, to wszystko. Czysta biologia - stwierdził stanowczo Michał.

- Dlaczego twój układ nagrody działa inaczej niż twoich rówieśników? - Brat Grzegorz nie dawał za wygraną.

- Loteria genetyczna - odparł chłopak.

- Albo powołanie.

Przekomarzali się jeszcze przez chwilę, po czym Michał nagle zapytał:

- Wierzysz w zmartwychwstanie ciała?

- Tak - odparł brat Grzegorz. - Wierzę w dogmaty wiary, którą wyznaję.

- Ale przecież to jest zaprzeczenie drugiej zasady termodynamiki - stwierdził chłopak.

- Tak. Czymże byłby jednak Bóg, gdyby nie potrafił przezwyciężyć praw przez siebie ustanowionych?

- Myślisz, że jest możliwe stworzenie czegoś, co byłoby sprzeczne z prawem entropii?

- Nie wiem. Gdyby komukolwiek to się udało, stałby się twórcą perpetuum mobile.

Rozmawiali jeszcze jakiś czas o problemach związanych z drugą zasadą termodynamiki, po czym wrócili do układu równań, z którym przyszedł Michał. Przeanalizowali go ponownie.

Na pożegnanie Grzegorz rzucił za odchodzącym:

- I pamiętaj, nie oglądaj się za siebie! - Zaśmiał się szczerze, widząc, jak chłopak w reakcji na jego słowa odruchowo odwrócił głowę.

Michał wyszedł z klasztoru w chłodny wieczór i zniknął w gęstniejącym mroku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki