Wstęp
Ta książka może wydawać się dziwnie napisana. Cytaty z powieści
szpiegowskich, ustalenia historyków i specjalistycznych think tanków,
wreszcie moje własne doświadczenia i obserwacje. Wszystko to razem
wymieszane w dziesięciu tytułowych wątkach.
Wynika to z trudności pisania o materii, jaką jest szpiegowanie. Agencje
wywiadowcze starannie ukrywają informacje o tym, jakie stosują
narzędzia, nawet w sprawach już dawno zamkniętych nie dopuszczają nikogo
do szczegółów. To oczywiście zrozumiałe. Metody i środki, które okazały
się skuteczne w przeszłości, mogą się znowu przydać. Lepiej ich więc nie
ujawniać.
Podobnie jak nie wolno ujawniać źródeł - bez względu na to, czy były
nimi zainstalowane we właściwych miejscach podsłuchy i kamery, czy taką
rolę odegrali ludzie. Agenci, współpracownicy, konsultanci, osobowe
źródła informacji - to tylko kilka z określeń, których używa się wobec
osób zwerbowanych przez wywiady. Czasem, kiedy agent wpadnie lub
podsłuch zostanie wykryty, informacja o tym przedostaje się do opinii
publicznej. Zwykle jednak niekompletna, i nigdy nie mamy pewności, ile
jest w niej prawdy.
Zdemaskowany agent - jeżeli uda się go złapać - może zostać skazany, ale
może też uciec z pomocą służby, która go prowadziła, lub bez tej pomocy.
Kiedy zostaje wywieziony w bagażniku samochodu - jak
Gordijewski1 - lub ukryty w luku statku towarowego - jak
Philby2 - mówimy o eksfiltracji. Różne opracowania o historii
poszczególnych służb opisują takie sytuacje. Uczestnicy wydarzeń
niekiedy przedstawiają swoje wersje w pamiętnikach - publikowanych, ale
jednak kontrolowanych, cenzurowanych przez właściwe komórki służb. Być
może szczegółów udanych operacji nigdy nie poznamy - takie detale
najpewniej na zawsze pozostaną ukryte w głębi szpiegowskich archiwów.
Dla upartego badacza dodatkowym źródłem informacji są powieści
szpiegowskie. Większość z najbardziej szanowanych ich autorów to byli
funkcjonariusze wywiadów lub żołnierze i pracownicy instytucji ściśle
współpracujących z wywiadami. Dlatego dobrze znających realia tej
służby. W książkach często odwołują się do własnych doświadczeń i wspomnień. Nie wolno im jednak ujawnić miejsc, dat i danych
personalnych. Ale to żaden problem. Historię z Algierii można przenieść
do Libii, z Iraku do Syrii, z Chin do Wietnamu. Można dowolnie zmieniać
dane personalne i płeć rzeczywistych uczestników, a nawet z jednego
zrobić trzech - lub odwrotnie. Faktyczny przebieg i wykonawcy operacji
pozostają w ukryciu. Ale jej logika i sposób przeprowadzenia trzymają
się realiów.
Zrozumiałe, że spora część intrygi jest zwykle zmyślona, dodaje się
trochę krwi i pościgów samochodowych, żeby książka się lepiej
sprzedawała albo żeby dało się na jej podstawie napisać scenariusz filmu
dla Hollywood. Autorzy pamiętają jednak, że książkę przeczytają ich
dawni koledzy, którzy wiedzą, jak jest naprawdę. Jeśli któryś z pisarzy
zanadto popłynie z fantazją, to narazi się na śmieszność, a recenzje
książki będą pełne złośliwości, zainspirowanych często przeciekami ze
środowiska byłych - czy nawet czynnych - szpiegów.
Dlatego, wbrew pozorom, powieści szpiegowskie mogą więcej powiedzieć o wywiadowczym warsztacie niż opracowania najsolidniejszych historyków i wspomnienia ocenzurowane przez służby i autocenzurę autorów.
Historia służb jest pełna przykładów różnego rodzaju nadużyć i sprzeniewierzeń, bo niestety działania wywiadu nie zawsze służą
bezpieczeństwu własnego kraju. Służby mają często na celu zaszkodzić
innemu państwu, wykraść jego tajemnice, osłabić możliwości polityczne,
gospodarcze czy wojskowe. Można w ten sposób wywołać protesty,
zamieszki, a nawet przyczynić się do gwałtownego zubożenia ludności we
wrogim kraju. Trudno. Takie zadania też wynikają z polityki
międzynarodowej własnego państwa i zobowiązań z nią związanych. Ale
kiedy cel nie jest całkowicie jasny, to u agentów rosną pokusy działania
dla własnej korzyści. Ktoś, kto umie łowić ryby w mętnej wodzie, nie
przejdzie obojętnie obok żadnej sadzawki.
Naiwnością byłoby twierdzić, że funkcjonariusze służb specjalnych są
ideałami. Oczywiście nie są. Największe pokusy łączą się z wykorzystywaniem funduszu operacyjnego, który rozlicza się na podstawie
rachunków, różnego rodzaju pokwitowań, czasami oświadczeń samego
oficera. Zwykle trudno sprawdzić autentyczność tych wydatków. W wielu
służbach okazywało się, że pieniądze na wynagrodzenie agenta szły do
prywatnych kieszeni prowadzących. Bywało, że powstawały w tym celu całe
korupcyjne systemy z udziałem przełożonych i kontrolerów. Odmianą takich
"spółdzielni" były fundusze pożyczkowe, w których dysponent funduszu "O"
pożyczał pieniądze na różne cele. Potem były one zwracane albo i nie.
Prawdopodobnie zasada "ufaj, ale sprawdzaj"3 miała
najczęściej zastosowanie właśnie w rozliczaniu tajnych funduszy.
Szczególne okazje do prywatnego wzbogacenia się, ale i do załatwiania
różnych prywatnych lub politycznych interesów dają tajne operacje z wykorzystaniem aktywów służby4. Często powodem ich uruchomienia
jest potrzeba zdobycia środków na jakiś ważny cel, na który nie sposób
byłoby uzyskać pieniądze z legalnego budżetu, a mniej kontrolowany
fundusz operacyjny nie wystarczy.
Najgłośniejszym tego rodzaju zdarzeniem była afera Iran-Contras, która
trzęsła Stanami Zjednoczonymi w drugiej połowie lat osiemdziesiątych
dwudziestego wieku. Kombinacja, na którą wydano około stu milionów
dolarów (obecnie byłaby to równowartość mniej więcej trzystu milionów
dolarów), polegała na tym, że nielegalnie sprzedano Iranowi broń,
oczekując w zamian pomocy w uwolnieniu amerykańskich zakładników
porwanych przez Hezbollah w Bejrucie. A Iran był przecież drastycznie
skonfliktowany z Waszyngtonem po zdobyciu władzy przez ajatollaha
Chomeiniego. Cała transakcja była całkowicie nielegalna i pieniędzy nie
można było rozliczyć w sposób rutynowy (ujawnienie przed komisjami
Kongresu nie wchodziło w grę), postanowiono więc osiągnięte zyski
przeznaczyć na tajne operacje. Przede wszystkim na finansowanie
nikaraguańskich Contras, zwalczających proradziecki rząd Daniela Ortegi.
Jak wiele pieniędzy trafiło przy okazji do prywatnych kieszeni, można
się tylko domyślać. Sprzedana Iranowi broń była warta około stu milionów
dolarów, ale do Contras trafiło tylko jakieś czterdzieści osiem
milionów. Skończyło się to oskarżeniem trzynastu polityków, oficerów CIA
i biznesmenów. Większość została ułaskawiona przez prezydenta George'a H.W. Busha. Byli wśród nich politycy najwyższego szczebla (między innymi
sekretarz obrony i dwaj kolejni doradcy prezydenta do spraw
bezpieczeństwa narodowego). Z czterech funkcjonariuszy CIA - w tym
gronie był zastępca dyrektora CIA do spraw operacyjnych i szef grupy
zadaniowej CIA do spraw Ameryki Środkowej - udało się skazać tylko
jednego. Tym jedynym był Thomas G. Clines, który administrował
pośredniczącymi w transakcjach firmami przykrywkami, na czym zarobił
osiemset osiemdziesiąt trzy tysiące dolarów. Odsiedział za to szesnaście
miesięcy.
W zamian za sprzedaż broni zwolnionych miało być siedmiu zakładników
przetrzymywanych przez Hezbollah i Islamski Dżihad. Potwierdzone zostało
wypuszczenie pięciu zakładników. Los pozostałych dwóch nie jest znany,
przynajmniej publicznie.
Oczywiście afery finansowe w służbach wywiadowczych to nie domena Stanów
Zjednoczonych. Jest to jednak jedyne państwo, które takie sprawy
publicznie wyjaśnia. W dawnym bloku radzieckim podobne przekręty
zamiatano pod dywan, chociaż z drugiej strony niektóre kończyły się
wyrokami śmierci.
W Polsce nieliczne zostały ujawnione po latach, jak to miało miejsce w przypadku głośnych spraw z czasów PRL-u - "Żelazo" i "Zalew", a także,
już w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, afery FOZZ -
Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, którego dyrektorem generalnym
był Grzegorz Żemek, związany z wywiadem wojskowym.
To wszystko przykłady, jak ze służby o szanowanym etosie, odwołującej
się do szczytnych wartości, zrobić towarzystwo wzajemnej adoracji.
Organizację, która własny interes i korzyści swoich członków stawia na
pierwszym miejscu.
Żeby utrzymać w ryzach instytucję działającą w warunkach tajności, a także samodzielności i kreatywności pracowników, nie wystarczy tylko
dyscyplina formalna. Bardzo ważne są mocny kręgosłup moralny, a także
autorytet, szacunek wypracowany przez rzeczywiste sukcesy zawodowe.
Jeżeli w organizacji dopuszczalne jest to, co dla zwykłych śmiertelników
jest zabronione i karalne, oficerowie muszą mieć bardzo wyraźny etyczny
drogowskaz. Jeśli decydujemy się zrobić coś, co uważamy za w sposób
oczywisty niemoralne, to dlatego, że cel, który mamy osiągnąć, jest
słuszny i sprawiedliwy.
Skąd wiedzieć, że cel skomplikowanej operacji, której część pozostaje
tajemnicą dla działającego na zasadzie "need to know"5
funkcjonariusza, jest słuszny? Do tego niezbędny jest autorytet lidera.
Czyli szefa służby, dyrektora właściwego pionu, kierownika zespołu. Ale
przede wszystkim szefa.
Istnieje jeszcze jeden warunek, którego spełnienie jest niezbędne dla
uzyskania prawdziwego autorytetu. Lojalność. To oczywiste, że szef
oczekuje lojalności podwładnych. Ale dla wielu dowodzących nie jest
zrozumiałe, że to powinno również działać w drugą stronę. Szef musi być
lojalny wobec funkcjonariuszy. Nie może sobie przypisywać niezasłużonych
sukcesów i zwalać odpowiedzialności na podwładnych, kiedy sam popełniał
błędy lub czegoś nie przypilnował. Ktoś, kogo zrobiono kozłem ofiarnym i pozostawiono samemu sobie, nie będzie szanował przełożonego. Jeżeli taka
sytuacja się powtarza, nie ma mowy o autorytecie szefa. Polecenia będą
wykonywane tylko w najbardziej niezbędnym zakresie, a o własnej
inicjatywie, kreatywności i aspiracjach pracownika można zapomnieć.
Pierwsze
Szef jest jeden
Trudno sobie wyobrazić, żeby w wywiadzie podejmowano decyzje
kolegialnie. Nawet jeżeli wokół jakiegoś projektu toczy się gorąca
dyskusja, to jednak wnioski nie powinny być ustalane w drodze na
przykład głosowania, tylko muszą być sformułowane przez jedną osobę,
która ostatecznie ponosi za nie odpowiedzialność. A konkretnie ponosi
konsekwencje działań uruchomionych na podstawie wspólnie wypracowanych,
ale podjętych jednoosobowo decyzji.
Żadna zhierarchizowana struktura nie może funkcjonować inaczej. W przeciwnym wypadku ulega degrengoladzie, ponieważ tam, gdzie nie ma
jednoosobowej odpowiedzialności, nie udaje się podejmować trudnych,
niepopularnych i ryzykownych decyzji.
Dlatego szefowie służb powinni być wybierani wyjątkowo starannie.
Niestety w Polsce nie ma na ten proces dobrych przykładów. W większości
przypadków szefami zostawali ludzie mający rekomendacje któregoś z istotnych polityków. Pomimo że formalnie obowiązywały procedury
wymagające uzgodnień na szczeblu Kolegium do spraw Służb Specjalnych
oraz opinii sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych, a wreszcie
prezydenta, to sukces odnosili ci kandydaci, którzy umieli zorganizować
sobie najsilniejsze poparcie polityczne. Niektórzy z nich okazywali się
dobrymi szefami. Jednak kilka przypadków zakończyło się katastrofą, z której polskie służby nie mogą podnieść się do tej pory.
W służbach brytyjskich, powszechnie uważanych za należące do ścisłej
światowej czołówki, w zasadzie nie dochodzi do pomyłek przy wyborze
kierownictwa. Szefów wyłania się w dość długiej procedurze, która
pozwala dogłębnie poznać ich predyspozycje. Wiele elementów tej
procedury ma charakter nieformalny. Całkiem nieźle oddaje ją Frederick
Forsyth, pisarz i były współpracownik, a konkretnie kurier brytyjskiego
wywiadu.
Ostateczna decyzja w sprawie wyboru dyrektora MI5 lub szefa MI6
pozostawała w gestii "mędrców". W przypadku zwierzchnika MI5 do ich
grona należał stały podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw
Wewnętrznych sprawujący nadzór nad Agencją, stały podsekretarz
Ministerstwa Obrony, sekretarz gabinetu Rady Ministrów i przewodniczący
JIC6.
Wspomniani ludzie rekomendowali swojego kandydata ministrowi spraw
wewnętrznych i premierowi, którzy byli dwoma politykami najwyższego
szczebla biorącymi udział w procedurze. Politycy bardzo rzadko odrzucali
rekomendacje mędrców.
Zanim jednak dokonali wyboru, mandaryni sondowali sytuację w sobie tylko
właściwy, niezrównany sposób. Spotykali się na dyskretnych lunchach w klubach, wpadali na drinka do barów, szeptali przy kawie. W przypadku
kandydatury na stanowisko dyrektora generalnego MI5 radzono się szefa
SIS7.
Za jednego z najbardziej charyzmatycznych szefów w historii służb uważa
się Stewarta Menziesa, wieloletniego szefa Secret Intelligence Service -
SIS, MI6 - w latach 1939-1952. Był znany jako "C" i pełnił tę funkcję
przez całą drugą wojnę światową. Chociaż działał w cieniu, jego
zdolności organizacyjne, strategiczne myślenie i umiejętność
utrzymywania relacji z Winstonem Churchillem były kluczowe. Miał opinię
osoby dyskretnej, ale niezwykle wpływowej i budzącej szacunek.
W służbach specjalnych dość powszechnie wprowadza się procedury, w których pod konkretnym projektem "podpisuje się" kilka osób. Trochę
dlatego, że działania wywiadowcze wymagają starannej oceny ryzyka i każda dodatkowa para doświadczonych oczu zwiększa szanse, że jakaś
niezauważona wcześniej komplikacja zostanie wzięta pod uwagę. Zarazem
jednak tych "par oczu" nie może być więcej niż kilka. A być może nie
każda z nich powinna mieć dostęp do całej dokumentacji. Szpiegowskie
plany wymagają konspiracji. Im mniej osób je zna, tym lepiej.
Wyłanianie szefa brytyjskiego wywiadu lub kontrwywiadu to dobry przykład
na to, jak rozkłada się odpowiedzialność za wypracowanie którejś z kluczowych decyzji. Niemniej jednak po jej podjęciu wszelkie
konsekwencje tej decyzji dotyczą jednej osoby. Bez względu na to, czy ta
odpowiedzialność jest tylko moralna, czy także polityczna lub niosąca ze
sobą skutki prawne.
Podwładni, którzy uczestniczyli w wypracowaniu jakiejś decyzji, nie
ponoszą odpowiedzialności za osiągnięty kompromis, bo ostateczny
decydent jest jeden. Ponadto o pewnych decyzjach nie informuje się
politycznych przełożonych. Jednak niewątpliwie nie wolno wykraczać poza
narzucone przez nich zasady i chociażby ogólne instrukcje. Szczególnie
wtedy, kiedy na podstawie ogólnych wytycznych przygotowywana jest trudna
i niebezpieczna operacja.
W świecie powieści szpiegowskich problem oceny bezpieczeństwa operacji
bywa tak trudny, że szefowie służb nie decydują się poinformować o swoich planach nawet najważniejszych polityków w państwie. Zwraca na to
uwagę Tom Clancy.
- Powiemy o tym prezydentowi? - zapytał Jack.
- Nie. I to jego decyzja, a nie nasza. Jakiś czas temu powiedział nam,
że nie interesują go szczegóły tajnych operacji, lecz ich wyniki. Za
dużo mówi, jak większość polityków, ale jest na tyle inteligentny, by
zdawać sobie z tego sprawę. Zdarzało nam się już tracić agentów, bo
prezydenci nie umieli trzymać języka za zębami, by nie wspomnieć o niektórych członkach Kongresu8.
Z podobnych powodów Krzysztof Kozłowski nie zdecydował się na
poinformowanie Tadeusza Mazowieckiego o podjęciu się przez Urząd Ochrony
Państwa wywiezienia z Iraku funkcjonariuszy amerykańskiego wywiadu.
Ówczesnego premiera powiadomiono po fakcie. Operacja prowadzona przez
wywiad UOP przeszła do historii pod nazwą "Samum", chociaż jej
faktycznym kryptonimem była początkowo "Ewakuacja", a następnie -
"Przyjazny Saddam".
Mechanizm oceny projektu przez doświadczonych przełożonych nie może
oznaczać, że odpowiedzialność jest podzielona. Próby takich manipulacji,
które powodują, że pod planem działania podpisuje się kilka osób, po to,
żeby w razie porażki trudno było ustalić, kto odpowiada za konkretną
część planu, mają krótkie nogi. Mogą pozwolić na uniknięcie
odpowiedzialności raz czy dwa. Ale na dłuższą metę paraliżują pracę
organizacji. Gdy granice odpowiedzialności są nieostre, także zadania są
nieprecyzyjne. Plan jest dużo trudniejszy do wykonania.
Dlatego szef może być tylko jeden. Paradoksalnie nie oznacza to, że tym
szefem jest zawsze osoba nominalnie do tej roli wyznaczona. Tak jest
najlepiej, bo odpowiedzialność i decyzyjność powinny być przypisane do
konkretnej funkcji. Historia uczy jednak, że bywały służby, w których
faktycznym szefem była osoba o najsilniejszym charakterze. Mogło się
zdarzyć, że był to polityk, który służbę nadzorował, chociaż formalnie
nie był w środku. W początkach Mosadu, między 1948 a 1952 rokiem,
faktyczną rolę ostatecznego decydenta odgrywał premier Izraela Dawid Ben
Gurion, który formalnie nie pełnił w Instytucie żadnej funkcji, jednak
podejmował strategiczne decyzje zarówno co do kierunków działania, jak i sposobu rekrutowania kadr kierowniczych.
W najnowszej historii Polski podobną rolę politycznego nadzorcy,
podejmującego najtrudniejsze decyzje, pełnił na początku lat
dziewięćdziesiątych Andrzej Milczanowski, który po odejściu z funkcji
szefa Urzędu Ochrony Państwa przez trzy lata - od lipca 1992 do grudnia
1995 roku - był ministrem spraw wewnętrznych. Przyglądając się
regulacjom prawnym i rotacjom szefów służb w Polsce po 2015 roku, można
odnieść wrażenie, że taki model miał też zastosowanie pod rządami Prawa
i Sprawiedliwości. Sądząc jednak po skutkach, w tym przypadku efekty
tego typu zarządzania były raczej karykaturalne.
Ten system sprawdza się bowiem w specyficznych sytuacjach. Przede
wszystkim wtedy, kiedy osoba podejmująca decyzję ma autentyczny
autorytet. Generalnie jednak oddzielenie sposobu podejmowania kluczowych
i strategicznych decyzji od decyzji bieżących nie wychodzi dobrze. Bywa,
że - szczególnie wtedy, kiedy szef służby jest nominatem politycznym bez
większego doświadczenia - lepiej sprawdza się model, w którym tytularny
szef służby tak bardzo polega na którymś ze swoich zastępców lub
doradców, że faktycznym szefem staje się ta osoba. Takie przerzucenie
obowiązków, przy pozostawieniu odpowiedzialności osoby siedzącej przy
"głównym biurku", potrafi działać, chociaż z formalnego punktu widzenia
jest nieprawidłowe i prędzej czy później grozi katastrofą.
Jedną z najważniejszych cech dobrego szefa jest autorytet. To nie strach
przed konsekwencjami służbowymi lub nadzieje na rosnące wynagrodzenie
budują lojalność podwładnych. A lojalność i związane z nią zaufanie do
przełożonych to jedne z najważniejszych spoiw organizacji.
Bez lojalności i zaufania funkcjonariusze nie zaangażują się w pełni w wykonywanie poleceń. Jeżeli motywuje się podwładnych jedynie pieniędzmi,
będą oni wyrabiali tylko niezbędne minimum konieczne do pozytywnej oceny
pracy. Jeżeli na główne narzędzie egzekwowania posłuszeństwa wybierze
się obawę przed konsekwencjami służbowymi, podwładni przy każdym zadaniu
będą się asekurować, szukając współwinnych ewentualnego niepowodzenia i będą się bali podjęcia każdego ryzykownego zadania bez zabezpieczeń w rodzaju "polecenie na piśmie". Nawet jeżeli nie wystarczy im odwagi, by
zażądać takiego polecenia, postarają się je inaczej udokumentować.
Zdarza się sporządzanie specjalnych notatek zaraz po spotkaniu, a nawet
nagrywanie przełożonych. Taka asekuracja i szukanie tak zwanej "blachy
na dupę" spowalnia działanie i powoduje, że tam, gdzie oczekuje się od
oficerów pełnego zaangażowania, będzie ono najmniejsze z niezbędnych czy
możliwych.
Dlatego pełne zaangażowanie, dyspozycyjność i odwagę w realizacji zadań
można budować tylko autorytetem, którego efektem jest lojalność
podwładnych. Ale trzeba też pamiętać, że lojalność działa w dwie strony.
Nawet szanowany szef nie utrzyma lojalności, jeżeli nie będzie solidarny
z podwładnymi. Jeżeli będą się oni obawiali, że swoje błędy lub brak
zaangażowania będzie uzasadniał winą podwładnych. Że może na nich zwalać
niepowodzenie projektów, nawet jeżeli porażka w żadnej mierze nie
wynikała z ich winy. Szef musi umieć wziąć winę także na siebie.
Może się zdarzyć, że przełożony raz czy dwa, uznając, że przyznanie się
do porażki osłabi jego pozycję, przeniesie odpowiedzialność za
niepowodzenie na personel niższych szczebli. W pojedynczych przypadkach
nie musi to spowodować negatywnych skutków dla morale podwładnych. Ale
jeżeli zauważą oni, że szef twierdzi, że jest nieomylny, a wszystkie
błędy wynikają z niekompetencji lub braku zaangażowania podległego mu
zespołu, taki przełożony straci szacunek i autorytet. Nie będzie mógł
liczyć na lojalność podwładnych.
Prawdziwy autorytet bierze się nie tylko z lojalności. Szacunek wynika
głównie z profesjonalizmu szefa. Profesjonalizmu wziętego z wiedzy,
doświadczenia i kreatywności. Przy czym mitem jest to, że
funkcjonariusze służb specjalnych będą szanować tylko tych szefów,
którzy przeszli podobną do nich ścieżkę kariery. Umiejętność zarządzania
wcale nie wynika z poznawania wszystkich, od najniższych do
kierowniczych, stanowisk w organizacji.
Wieloletnie doświadczenie w służbach wcale nie musi skutkować
umiejętnością podejmowania samodzielnych decyzji. Wręcz przeciwnie,
długotrwałe funkcjonowanie w zhierarchizowanych strukturach, w których
decyzje są podejmowane jednoosobowo przez przełożonego, może oduczać w pełni samodzielnego myślenia. Funkcjonariusz oducza się samodzielności,
wiedząc, że ostateczna decyzja, a więc i odpowiedzialność, to sprawa i problem szefa.
Najwyraźniej to widać na stanowiskach szefów, którzy wyrośli ze służby i znają ją od podszewki, ale nie sprawdzają się przy podejmowaniu
strategicznych decyzji. Takich, których podjęcie wymaga uwzględnienia
wielu złożonych czynników, związanych nie tylko z powodzeniem planowanej
operacji czy jakością analizy, ale też biorących pod uwagę politykę
bezpieczeństwa państwa, jego sytuację międzynarodową, interes służby,
sytuację kadrową i finansową.
Dlatego wcale nie jest oczywiste, że najlepszym kandydatem na szefa
będzie oficer, który służy w tej samej organizacji
dwadzieścia-trzydzieści lat i buławę generalską nosił od początku w plecaku. Taki kandydat z pewnością będzie umiał ocenić ryzyko związane z konkretnym działaniem. Będzie rozumiał specyfikę pracy operacyjnej i wiedział, jakiego rodzaju zadania są możliwe do wykonania, a jakie nie.
Ale nie znaczy to, że podoła kształtowaniu zadań całej służby zgodnie z racją stanu państwa, któremu służy. A przecież będzie musiał uzgadniać
najważniejsze plany z różnymi członkami rządu w ramach różnorodnych
procedur koordynacyjnych lub bezpośrednio.
Dlatego musi mieć przynajmniej ogólną wiedzę o polityce zagranicznej,
zagrożeniach ekonomicznych i społecznych, świadomość silnych i słabych
stron polityki obronnej. Powinien umieć współpracować z szefami różnych
resortów i uzgadniać z nimi takie zasady współpracy, aby nie mieli oni
nierealnych oczekiwań, ale żeby z drugiej strony wiedzieli, na czym
polega wartość informacji wywiadowczej.
Idealny kandydat powinien być także kreatywny. Rozumienia silnych i słabych stron pracy operacyjnej można się dość szybko nauczyć. Ale
prawie niemożliwe jest nauczenie się niezależności myślenia i wpadania
na pomysły niekonwencjonalne, nieprzewidywalne, które mogą przynieść
pożądany rezultat.
Historia kilku przypadków w minionych dwudziestu latach w Polsce i na
Ukrainie potwierdza, że dobry szef służby nie musi być zawodowym
oficerem. W latach 2004-2005, a później w 2008 roku, szefem Agencji
Wywiadu był Andrzej Ananicz, doświadczony dyplomata, z wykształcenia
turkolog i iranista. W opinii wielu moich kolegów, oficerów wywiadu z kilkunastoletnim lub kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, był to
najlepszy szef, z którym pracowali. Decydowały o tym jego umiejętność
wyznaczania priorytetów pracy wywiadu w zgodzie z najważniejszymi
interesami polityki zagranicznej RP, a także jasny i precyzyjny sposób
wyznaczania zadań. Dla tej oceny duże znaczenie miały także ogromna
wiedza dotycząca sytuacji w Azji i na Bliskim Wschodzie, kontakty
międzynarodowe i kultura osobista.
Jednym z najciekawszych przypadków pokazujących, jakie umiejętności
powinny cechować dobrego szefa służby, jest Iwan Bakanow, stojący na
czele Służby Bezpieczeństwa Ukrainy od sierpnia 2019 do lipca 2022 roku.
Jego kariera w SBU rozpoczęła się w maju 2019 roku, czyli trzy miesiące
przed objęciem stanowiska szefa. Wcześniej był przedsiębiorcą z branży
filmowej, ukończył studia ekonomiczne. Był jednym z najbliższych
współpracowników Wołodymyra Zełenskiego zarówno przy projektach
telewizyjnych, jak i w aktywności politycznej. Był, po wyborze
Zełenskiego na prezydenta, przewodniczącym partii Sługa Narodu.
Pomimo braku doświadczenia w służbach specjalnych na Bakanowie spoczął
ciężar dokończenia reform w Służbie Bezpieczeństwa Ukrainy. Po 2014
roku, kiedy SBU praktycznie biernie przyglądała się rosyjskiej agresji
na Krym i część okręgów donieckiego i ługańskiego, konieczna była daleko
idąca reorganizacja tej służby. Wśród mniej więcej trzydziestu tysięcy
jej funkcjonariuszy około tysiąca było podejrzewanych o współpracę ze
służbami rosyjskimi - Federalną Służbą Bezpieczeństwa i Służbą Wywiadu
Zagranicznego. Podejrzenia te dotyczyły tak istotnych funkcjonariuszy,
jak dyrektorzy pionów antyterrorystycznego i bezpieczeństwa
wewnętrznego, a nawet jednego z zastępców szefa służby9.
Pomimo tak głębokiej penetracji, a także poważnej dezorganizacji SBU
spowodowanej nielojalnością wielu kluczowych funkcjonariuszy, zdała ona
niezwykle trudny egzamin związany z agresją Rosji na Ukrainę w lutym
2022 roku. Zdarzyło się kilka przejawów nieudolności lub nawet zdrady
lokalnych szefów placówek służby, ale w większości przypadków skutecznie
uniemożliwiała ona działalność rozpoznawczą i dywersyjną rosyjskim
agentom i zablokowała powstanie struktur politycznych popierających
rosyjskie interesy w czasie wojny, tworzonych głównie na bazie
prorosyjskiej formacji, Opozycyjnej Platformy - Za Życie. Ujawniła też
współpracowników rosyjskich służb specjalnych w elitach politycznych
Kijowa, a także udaremniła operację FSB mającą na celu uratowanie przed
aresztowaniem i wywiezienie do Rosji Wiktora Medwedczuka, jednego z głównych kandydatów na szefa prorosyjskiego rządu, który miał powstać w razie zwycięstwa Rosji.
Niewątpliwie zarówno lojalność służby wobec demokratycznie wybranych
władz w Kijowie, jak i skuteczność w zwalczaniu rosyjskich służb w czasie wojny były wynikiem transformacji prowadzonej przez Wasyla
Hrycaka, doświadczonego oficera ze stażem od 1990 roku, a następnie
Iwana Bakanowa, ze znaczącym udziałem ekspertów z państw UE i NATO.
Być może najoryginalniejszym szefem w dziejach służb wywiadowczych był
jeden z najsłynniejszych pisarzy w historii, Daniel Defoe. Tak
przynajmniej twierdzi radziecki pisarz, dziennikarz, historyk i najprawdopodobniej współpracownik radzieckiego wywiadu Julian
Siemionow10.
Jedną z ulubionych książek Dullesa11 była powieść Defoe
Robinson Crusoe. Równie często powracał on do Dziennika roku zarazy.
Te książki napisał jeden z najwspanialszych pracowników wywiadu. Daniel
Defoe był nie tylko samodzielnym organizatorem dużej siatki
wywiadowczej; został on także pierwszym szefem angielskiego wywiadu, o czym świat dowiedział się wiele lat po jego śmierci12.
Można się tylko domyślać, że słynny pisarz nie miał profesjonalnego
doświadczenia ani zawodowego szkolenia i jego kwalifikacje opierały się
na różnorodnych i niekwestionowanych talentach. Nie tylko na
umiejętnościach interpersonalnych, ale również zarządczych, czemu dał
wyraz, budując sprawny zespół wydający pismo "Przegląd Spraw
Francuskich", które ukazywało się w latach 1704-1713 i dawało niezłą
legendę do działań agentów stworzonej przez pisarza siatki szpiegowskiej
we Francji.
Amerykańskie doświadczenie
Julian Siemionow wspomina też o Allenie Dullesie. To jeden z najlepiej
zapamiętanych szefów CIA w historii. Był najdłużej urzędującym
dyrektorem Centralnej Agencji Wywiadowczej, pełnił tę funkcję w latach
1953-1961. Chociaż jego charyzma nie była tak "dzika" jak Donovana, o którym więcej poniżej, był znany ze swojej inteligencji, wpływów w kręgach politycznych i międzynarodowych oraz umiejętności budowania
potęgi agencji wywiadowczej. Miał silną osobowość, potrafił inspirować
lojalność i zaufanie.
Inna legenda wywiadu amerykańskiego, William J. "Wild Bill" Donovan,
szef Biura Służb Strategicznych (OSS, czyli Office of Strategic Services
- prekursora CIA) podczas drugiej wojny światowej, był jego
poprzednikiem. Donovan był znany ze swojej odważnej, awanturniczej
osobowości, zdolności do gromadzenia różnorodnych talentów wokół siebie
i z wizji, która wykraczała poza ówczesne ramy myślenia o wywiadzie.
Jego brawura i umiejętność inspirowania ludzi do niezwykłych czynów
sprawiły, że często jest przedstawiany jako postać niezwykle
charyzmatyczna.
Kontynuatorem tego stylu kierowania służbą był kolejny z najbardziej
szanowanych szefów wywiadu USA William J. Casey. To dyrektor CIA w latach 1981-1987, za czasów prezydentury Ronalda Reagana. Casey był
znany ze swojej determinacji, agresywnego stylu działania i głębokiego
przekonania o konieczności aktywnej walki z komunizmem. Mimo
kontrowersji jego wizja i siła w dążeniu do celu bardzo imponowały jego
podwładnym.
Casey był współinicjatorem gigantycznego programu mającego na celu
dezinformowanie Kremla w sprawie postępów amerykańskich projektów
zbrojeniowych. Dzięki informacjom, przeciekom i dokumentom preparowanym
przez specjalnie stworzony zespół analityków i inżynierów wydawało się,
że USA są faktycznie blisko realizacji projektu wojen gwiezdnych, co
uświadomiło sekretarzom Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, że
bez reform gospodarczych ich kraj nie podoła wyścigowi zbrojeń.
Inspiracją do przekonywania Moskwy o przewagach technologicznych Stanów
Zjednoczonych były materiały od jednego z najlepiej ulokowanych w KGB
agentów zachodnich wywiadów, Władimira Wietrowa, kryptonim "Farewell",
zwerbowanego i prowadzonego przez francuski wywiad DST w latach
1981-1982.
Kolejnym szefem CIA, który bardzo wyraźnie wpłynął na metody działania
tej służby, był poprzednik Caseya, Stansfield Turner. To były wojskowy,
dowódca zarówno marynarki wojennej, jak i lotnictwa, który ogromny
nacisk położył na wykorzystanie wywiadu elektronicznego, lotniczego i satelitarnego.
CIA za jego czasów, a były to lata 1977-1981, jest opisana w powieści
Forsytha Diabelska alternatywa, zaczynającej się od tego, że
amerykańskie satelity szpiegowskie odkrywają katastrofę upraw w ZSRR,
spowodowaną prawdopodobnie chorobą roślin.
Niedobory żywnościowe były w Związku Radzieckim lat osiemdziesiątych
równie ważnym problemem jak niedotrzymywanie tempa w wyścigu zbrojeń.
Możliwości monitorowania przez wywiad amerykański produkcji żywności w ZSRR były dość powszechnie kwestionowane. Między innymi w słynnej
książce Dziedzictwo popiołów. Historia CIA napisanej przez Tima
Weinera. Twierdził on, że CIA nie przewidziała klęski gospodarki
radzieckiej, w tym niedoborów żywności.
Przeczy temu nie tylko powieść Forsytha, którą rzecz jasna należy przede
wszystkim traktować jako fikcję literacką. Dyskusja dotycząca możliwości
CIA w ocenianiu sytuacji gospodarczej i żywnościowej ZSRR zrobiła się na
tyle gorąca, że jej podsumowaniem stała się analiza zatytułowana Was
the USSR Producing Enough Food? - Czy ZSRR produkował wystarczająco
dużo żywności? - opublikowana w listopadzie 2024 roku. W opracowaniu
szczegółowo opisano ewolucję wysiłków Stanów Zjednoczonych w kwestii
monitorowania produkcji rolnej w Związku Radzieckim w okresie zimnej
wojny. Dokument ten zawiera odtajnione raporty wywiadowcze i notatki
polityczne, które ilustrują, jak CIA próbowała szacować radziecką
produkcję rolną, szczegółowo ocenia też przypadek niepowodzeń w adekwatnym ostrzeganiu decydentów o słabych zbiorach zboża w radzieckim
rolnictwie w 1972 roku.
Niewątpliwie nastawienie technicznych możliwości wywiadowczych na
monitorowanie tego problemu było jednym z kluczowych rozwiązań,
pozwalających na prawidłową ocenę sytuacji w Związku Radzieckim.
Pamiętam rozmowy z analitykami CIA, którzy pokazywali na początku lat
dziewięćdziesiątych zdjęcia satelitarne - takie jak opisywane w Diabelskiej alternatywie - i wyjaśniali, jak je należało
interpretować. Niewątpliwie uruchomienie ogromnych możliwości, jakie
dawały techniczne zasoby Stanów Zjednoczonych, było jedną z przewag,
które doprowadziły do zakończenia - chociaż teraz należałoby raczej
stwierdzić, że przerwania - zimnej wojny.
Jedną z kluczowych zasad powodujących, że szef może być tylko jeden,
jest ustalenie, że zaprzyjaźnione czy przynajmniej współpracujące ze
sobą służby nie podkradają sobie pracowników, a przede wszystkim nie
nakłaniają oficerów "sąsiadów" do pracy na dwie strony. Trudno znaleźć
takie przykłady w historii służb, bo o ile nie doszło do zdrady na rzecz
przeciwnika, nikt takich przypadków nie ujawnia. Jednak literatura
szpiegowska pełna jest tego typu historii. Choćby u Fredericka Forsytha:
Duch jest pełnoetatowym pracownikiem BND. Jeśli w Pullach kiedykolwiek
się dowiedzą, że kombinował na boku z tobą, rozpęta się piekło. To wbrew
wszelkim regułom gry. Nie prowadzimy, powtarzam: nie prowadzimy
pracowników zaprzyjaźnionych agencji. Tak się nie robi13.
Albo John le Carré:
Nasi szefowie mają układ. Nie ma połowów na cudzych wodach bez
uprzedniej zgody na piśmie14.
Analizując doświadczenia wielu służb, w tym takich, które znalazły się w bardzo trudnych sytuacjach kryzysowych, można zauważyć, że doświadczenie
osoby powoływanej na szefa w konkretnej służbie specjalnej nie jest
najważniejsze. Ważniejsze jest to, żeby nie był durniem i karierowiczem.
Żeby potrafił dopasować priorytety wynikające z racji stanu do bieżących
działań i możliwości służby. Powinien umiejętnie kształtować politykę
kadrową dzięki zdolności przewidywania, jakie kwalifikacje
funkcjonariuszy będą potrzebne w krótszym i dłuższym okresie.
Kilkuletnim i kilkunastoletnim, bo w takich cyklach można planować
zarówno rekrutację kandydatów o niezbędnych umiejętnościach, jak i szkolenia wewnętrzne, pozwalające na nabycie kwalifikacji związanych z regionem geograficznym świata, z którym wiążą się przewidywane
zagrożenia, albo z dziedziną nauki istotną dla bezpieczeństwa lub
powodzenia wykonywanych zadań. Niezbędna jest także umiejętność
podejmowania decyzji w sprawach finansowych. To ważna odpowiedzialność
szefa służby, żeby umieć odróżnić konieczność zapewnienia środków na
działania o charakterze priorytetowym od potrzeby ograniczenia tychże
środków na cele, często bardzo efektowne, ale mniej istotne.
Z tego powodu dyskusje o tym, czy szefem służby może być wyłącznie
doświadczony funkcjonariusz, są po prostu jałowe. To nie jest
niemożliwe, aby osoba po wieloletniej służbie zachowała kreatywność i samodzielność myślenia. Ale dużo bardziej prawdopodobne jest, że polityk
zajmujący się sprawami obronności lub polityki zagranicznej czy wysoki
rangą urzędnik odpowiadający za podobne sprawy nauczą się zasad pracy
operacyjnej, zrozumieją siły i słabości wynikające ze specyfiki służb
specjalnych i okażą się dobrymi szefami.
Na świecie sprawdzają się obie koncepcje powoływania szefów. Na przykład
w Stanach Zjednoczonych dużo częściej jest to polityk z doświadczeniem w sprawach bezpieczeństwa państwa. Za spójność działań operacyjnych
odpowiada jego zastępca do spraw operacyjnych, który najczęściej jest
funkcjonariuszem z wieloletnim stażem. Z kolei w Wielkiej Brytanii
szefowie zwykle powoływani są spośród kadr służby, ale nadzorującym ich
doradcą premiera jest zwykle polityk, odgrywający bardzo dużą rolę w funkcjonowaniu brytyjskich służb specjalnych (jest jednocześnie
koordynatorem do spraw bezpieczeństwa i wywiadu oraz szefem Połączonego
Komitetu do spraw Służb Specjalnych).
W państwach Unii Europejskiej bywa różnie. Na przykład w Niemczech
szefem wywiadu jest zwykle oficer, ale przynajmniej jednym z jego
zastępców jest wysokiej rangi dyplomata, który pilnuje, aby zadania
wywiadu nie kolidowały z celami niemieckiej polityki zagranicznej.
Trzeba jednak pamiętać, że pomimo takiego łączenia doświadczenia
służbowego ze znajomością politycznych celów państwa dyskusje w ścisłym
kierownictwie odgrywają dużą rolę, ale decyzje podejmowane są
jednoosobowo.
Gdzie diabeł nie może...
Pisząc o szefach służb specjalnych, nie bez powodu używam rodzaju
męskiego. W absolutnej bowiem większości szefami służb są mężczyźni.
Wbrew pozorom nie oznacza to, że kobiety nie nadają się na stanowiska
kierownicze w służbach. Pojedyncze przypadki, w których tak się stało,
potwierdzają, że sprawdzają się w tych funkcjach niegorzej, jeżeli
nielepiej niż wielu mężczyzn.
Tak duża przewaga mężczyzn na stanowiskach szefów nie ma żadnego innego
uzasadnienia niż to, że tradycyjnie kobietom są przypisane inne funkcje
społeczne niż mężczyznom, i dlatego trudniej jest im osiągnąć pewne
stanowiska. Wygląda jednak na to, że wraz ze zmianami społecznymi, które
powodują wyrównywanie szans kobiet i mężczyzn, najprawdopodobniej się to
zmieni.
Od końca lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku czy - inaczej patrząc -
od zakończenia zimnej wojny dużą rolę w służbach specjalnych odegrały
trzy kobiety. Stella Rimington, która w latach 1992-1996 była szefową
Security Service, czyli służby bezpieczeństwa specjalizującej się w kontrwywiadzie i działaniach antyterrorystycznych - dawniej MI5. Gina
Haspel, która kierowała CIA od roku 2018 do 2021. Wreszcie Paz Esteban
López, szefująca wywiadowi hiszpańskiemu CNI15 w latach 2020-2022.
Wszystkie trzy panie były doświadczonymi funkcjonariuszkami, pełniącymi
wieloletnią służbę także w jednostkach liniowych i za granicami państwa.
Ich przykład dowodzi, że kobiety mogą być równie dobrymi - lub złymi -
szefami jak mężczyźni.
Stella Rimington rozpoczęła pracę dla MI5 na placówce w Indiach w 1967
roku. Później przeszła praktycznie wszystkie szczeble kariery we
wszystkich kluczowych pionach funkcjonowania służby. Brała udział w działaniach pozwalających na wykrycie czechosłowackiego nielegała
Vaclava Jelinka, aktywnego w Londynie w latach 1975-1988. Rimington
reformowała brytyjski kontrwywiad, otwierając służbę na współpracę ze
służbami specjalnymi dawnych krajów bloku radzieckiego. W tym Polskę. To
jej decyzja uruchomiła szkolenia prowadzone przez brytyjskie służby dla
osób pełniących funkcje kierownicze w Urzędzie Ochrony Państwa, których
jednym z kursantów byłem też ja. Stella Rimington była też jednym z pierwszych szefów zachodnich służb specjalnych, którzy odwiedzili
Moskwę.
Brytyjka stała się także pierwowzorem dla M, szefowej wywiadu MI6 w cyklu filmów o Jamesie Bondzie.
A na marginesie, pochodzenie kryptonimu M Ian Fleming wyjaśnia w następujący sposób:
MI6 nigdy nie miała dyrektora generalnego, choć MI5 go posiadała. Szef
agencji był w świecie wywiadu i Whitehall określany mianem C,
niezależnie od nazwiska człowieka zajmującego to stanowisko. Co
dziwniejsze, C nie oznaczało szefa (chief). Pierwszym szefem MI6 był
Mansfield Cumming, a litera C była inicjałem jego nazwiska. Ian Fleming,
jak zawsze ironiczny, wybrał drugi z inicjałów, M, na oznaczenie dowódcy
MI6 w swoich powieściach o Jamesie Bondzie16.
Oczywiście brak dyrektora generalnego nie oznacza, że pozycja szefa
wywiadu była słabsza. Pomiędzy rokiem 1909 a 1911, w trakcie
reorganizacji Secret Service, Mansfield Smith-Cumming został szefem
sekcji zagranicznej. Poprzedni dyrektor Secret Service, Vernon Kell,
nadal kierował sekcją krajową i w początkowym okresie to jemu
przysługiwał tytuł dyrektora, a Cummingowi - stanowisko "chief".
Znacznie bardziej kontrowersyjną postacią była Gina Haspel. Rozpoczęła
pracę w CIA w 1985 roku. Zaliczyła sporą liczbę stacji wywiadowczych,
między innymi w Etiopii, Turcji, Azerbejdżanie i kilku innych państwach
Europy i Azji. W 2002 roku została szefową stacji - mieszczącej się w Tajlandii - której podlegało największe tajne więzienie CIA. Bardzo to
zaszkodziło jej późniejszej karierze, ponieważ po ujawnieniu tortur, tak
zwanych zaawansowanych technik przesłuchań, zarzucano jej zniszczenie
dokumentacji tego procederu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki