To jest książka o Białorusi, której już nie ma. Białoruś, którą
opisuję, była dyktaturą, ale była też państwem realnie niepodległym.
Dziś sąsiadujemy z państwem niesuwerennym, które znajduje się pod niemal
całkowitą kontrolą Rosji. Nie wiemy, czy Białoruś przetrwa jako państwo
i czy nie stanie się tak, że - jeżeli traktować Białoruś i Ukrainę jako
miejsca współzawodnictwa Zachodu i Rosji - Ukrainę jako Zachód wygramy,
ale Białoruś, niestety, być może na długie lata przegramy.
Białoruś, którą opisuję, to państwo z lat 2010-2012. Przez większość
tego czasu jako chargé d'affaires RP kierowałem tam polską ambasadą.
Były to lata, gdy Aleksander Grigoriewicz Łukaszenka znajdował się u władzy już szesnaście lat. Był niewątpliwie dyktatorem, ale zarazem
Białoruś była naprzemiennie dyktaturą i państwem miękkiego
autorytaryzmu. Owszem, nie brakowało więźniów politycznych, ale w większości przypadków trafiali oni do więzień raczej na krótszy niż
dłuższy czas, chociaż po sfałszowanych wyborach 19 grudnia 2010 roku
nastąpiła brutalna pacyfikacja opozycji demokratycznej. Aleksander
Grigoriewicz był już wówczas oczywiście człowiekiem, który odpowiadał
bezpośrednio lub pośrednio za "zniknięcia" opozycjonistów, ale
równocześnie cały czas usiłował grać pomiędzy Wschodem a Zachodem. Nie
oznacza to oczywiście, że w ramach tej gry kiedykolwiek istniała
możliwość, by przesunął się na Zachód, bo Łukaszenka to człowiek do cna
sowiecki i zawsze było mu bliżej do Rosji. Jednak pole manewru, którym
dysponował, powodowało, że Białoruś była wówczas państwem nadal
suwerennym. Dzisiejsza Białoruś jest już twardą dyktaturą i państwem
całkowicie podległym Rosji, czego najbardziej dobitnym przejawem był
fakt, że to właśnie z terytorium Białorusi wyprowadzono atak na Kijów 24
lutego 2022 roku.
W moim najgłębszym przekonaniu ta Białoruś, która kiedyś istniała, była
optymalna z naszego punktu widzenia. Nie dlatego że nie chciałbym
Białorusi prozachodniej i demokratycznej, ale dlatego że na taką
Białoruś nigdy w mojej ocenie nie było szans. Od większości polskiego
tak zwanego środowiska eksperckiego różniło mnie to, że od pierwszego
dnia, gdy zacząłem się zajmować naszym sąsiadem, twierdziłem, że
alternatywą dla tej, dalekiej oczywiście od ideału, ale nadal jednak
przecież niepodległej Białorusi, jest jedynie ta Białoruś, którą mamy
dzisiaj, czyli całkowicie podległe Rosji państwo twardej dyktatury z elementami wręcz totalitarnymi (choć pewnie to słowo zarezerwować
należałoby bardziej dla Czeczenii, jeśli chodzi o strefę wpływów Rosji,
a jeśli szukać jeszcze lepszych przykładów, to dla Korei Północnej).
Książka, którą Państwu oddaję, to też opis realizmu, który każe
rozumieć, że w polityce zagranicznej nigdy nie liczy się to, co być
powinno, czego chcemy czy też co byłoby właściwe. Liczy się to, co jest,
i to, co ewentualnie może być. Ta książka będzie opowieścią o tym, co
straciliśmy, a co w mojej opinii - jakkolwiek bardzo odległe od ideału -
było dla nas zdecydowanie bezpieczniejszym sąsiedztwem niż obecna
Białoruś. Będzie to również próba zmierzenia się z pytaniem, czy nie
przyłożyliśmy aby ręki do tego, co się stało. Czy nie przegraliśmy
Białorusi na własne życzenie? I czy przegraliśmy ją, bo byliśmy
marzycielami, głupcami, czy też może również dlatego że inny kraj -
Rosja - wpływał na naszą politykę zagraniczną?
Będzie to też książka bardzo osobista.
Po pierwsze, dlatego że na Białorusi osiągnąłem - nagły i szybki -
szczyt swojej kariery dyplomatycznej. Kierowanie placówką w kraju
sąsiadującym z Polską było moim najwyższym stanowiskiem. Moment, gdy po
raz pierwszy jechałem samochodem z polską flagą, zaś wspomnieniem, które
pozostanie ze mną już na zawsze.
Po drugie, dlatego że kilka spraw - jak sądzę - udało mi się tam
załatwić. Dyplomacja zaś, tak jak ją w każdym razie rozumiem, rzadziej
polega na reprezentowaniu, a częściej właśnie na konkretach.
Po trzecie wreszcie, dlatego że na Białorusi zakończyła się moja kariera
dyplomatyczna. I moje złudzenia.
Po raz pierwszy na Białoruś trafiłem z moją żoną w 2005 roku.
Jechaliśmy wtedy pociągiem do Moskwy, gdzie miałem podjąć pracę w Wydziale Politycznym ambasady. Pierwsze wrażenia to starsi ludzie
sprzedający kiszonki - skądinąd spécialité de la maison państw byłego
ZSRR - na kolejnych stacjach kolejowych, na których zatrzymywał się
pociąg. Na tym tle Moskwa, wówczas rozbuchana, lśniąca i imprezująca w szczycie putinowskiego NEP-u, już na pierwszy rzut oka sprawiała
wrażenie Dubaju. Mińsk i Białoruś, jeśli szukać porównań z tego samego
regionu świata, były na tle Moskwy odpowiednikiem Jemenu. Było co prawda
bardzo czysto (jak to w dyktaturach), ale zarazem biednie i zgrzebnie.
Kilka miesięcy po przyjeździe do Moskwy jechałem z żoną na krótki urlop
do Polski. Spytałem kolegów, którędy mam jechać. Usłyszałem w odpowiedzi, że trzeba wyjechać z ambasady, skręcić w lewo, następnie w lewo, jeszcze raz w lewo, a potem w prawo, "a potem to już widać Pałac
Kultury". Trasa od ambasady do mojego mieszkania w Warszawie liczyła
dokładnie 1273 kilometry. I rzeczywiście, po wyjechaniu z bramy ambasady
trzeba było trzy razy skręcić w lewo, następnie wjechać na Kutuzowski
Prospekt i po około sześciuset kilometrach, w momencie, w którym na
autostradzie był znak pokazujący zjazd na Mińsk i trasę na Brześć,
pojechać oczywiście do Brześcia. W Brześciu trzeba było raz skręcić w lewo, raz w prawo, a następnie przez Anin wjeżdżało się do Warszawy.
Fakt, że trasę można opisać przy pomocy dosłownie kilku słów, uświadamia
nam, z czym mamy do czynienia. Pomiędzy podmoskowiem (obszarem dacz w promieniu sto, sto pięćdziesiąt kilometrów wokół Moskwy) a granicą z Polską nie przejeżdżało się przez żadne wsie, przez żadne miasteczka czy
miejscowości, tylko jechało się po prostu przez pustkowie. Mijało się
albo pola, albo lasy. I żadnych prawie miast, miasteczek czy też wsi.
Czasami mijało się tak zwane promzony, czyli "promyszlennyje zony"
(strefy przemysłowe), kompletnie opustoszałe, zrujnowane zakłady
przemysłowe, ale i to zdarzało się rzadko. Na terenie Białorusi były
jakieś przydrożne bary, niektóre w drewnianych budkach z ladą wyłożoną
kolorowymi stronami wyrwanymi z niemieckich katalogów. Można było zjeść
nieśmiertelną soliankę i napić się sypanej kawy. Jeśli kawa miała być
biała, bufetowa lała do niej "sguszczonkę", czyli bardzo słodkie,
skondensowane mleko w puszce. McDonald's był marzeniem niemal o luksusie, przy czym dotyczyło to również trasy w Rosji. Po wyjechaniu z Moskwy (czyli Dubaju) Jemen zaczynał się już zaraz za miastem.
Po kilku przejazdach słynną niegdyś olimpijką, czyli autostradą
zbudowaną specjalnie na olimpiadę w Moskwie, mieliśmy wrażenie, że
Białoruś to rzeczywiście, tak jak słyszeliśmy w Polsce, skansen Europy,
że czas się tu zatrzymał. Dopiero później zrozumieliśmy, że czas wcale
na Białorusi nie stał w miejscu, a jedynie inaczej płynął. I że również
w Mińsku zaczyna się kapitalizm.
* * *
Nie tylko przejazdem, lecz na dłużej trafiliśmy na Białoruś, kiedy jadąc
na urlop do Polski, postanowiliśmy zatrzymać się u naszego kolegi, który
wówczas pracował w Ambasadzie RP w Mińsku. Zapytałem wtedy mojego szefa
w Moskwie, który wcześniej pracował na Białorusi, ile dni potrzeba, żeby
zwiedzić Mińsk. W odpowiedzi usłyszałem, że wystarczy 5-6 godzin.
Okazało się, że to prawda i nieprawda zarazem, bo Mińsk - jak zresztą
każde miasto - ma swoje zakamarki, ukryty urok, to coś, czego oczywiście
turysta tak od razu nie pozna i nie doceni. Tę ukrytą tkankę każdego,
szczególnie postsowieckiego miasta, można odkryć dopiero, mieszkając tam
dłużej. Jeśli chodzi bowiem o samo zwiedzanie miasta, to rzeczywiście
kilka godzin, żeby obejrzeć główne atrakcje, w zupełności wystarczy.
Tym, co uderzało przy pierwszym zetknięciu z Mińskiem - dodajmy
dwumilionowym miastem w dziewięciomilionowym państwie - była spokojna,
sielska atmosfera białoruskiej stolicy oraz ludzie w jakiś bardzo
charakterystyczny sposób inni od Rosjan. Skromniejsi, ale nie tylko w znaczeniu finansowym, chociaż to oczywiście też. Od razu czuło się, że
Białorusini są inni. Być może tym, co miało dla mnie kluczowe znaczenie,
było to, że inaczej niż większość Polaków, przyjechałem na Białoruś nie
z Polski czy też z Zachodu, ale z Rosji. Być może dlatego zamiast
dostrzec tam sowieckość, spostrzegłem coś znacznie nam bliższego. Bardzo
wyraźnie było otóż widać, że znajdujemy się w kraju, którego ludność
jest zdecydowanie bliższa Zachodowi. Równocześnie system polityczny był
z kolei ewidentnie wschodni w swoim stylu.
Wielki paradoks Białorusi polega na tym, że to państwo jest najbardziej
w gruncie rzeczy przygotowane w sensie mentalności obywateli do bardzo
szybkiej integracji z Zachodem. Równocześnie ze względu na reżim jest to
państwo, w przypadku którego owa integracja w ogóle nie była i nie jest
możliwa. Zarazem rządy Łukaszenki - niezależnie od ich ewidentnie
dyktatorskiego, autorytarnego charakteru - były rządami polegającymi na
tworzeniu bardzo sprawnej, scentralizowanej administracji państwowej.
Bardzo wyraźnie widać było, że na Białorusi, w odróżnieniu od Rosji,
istnieje - poza władzą - również system. Przejawem tego było chociażby
zachowanie milicjantów, którzy w odróżnieniu od milicjantów rosyjskich
nie brali łapówek przy każdej nadarzającej się okazji. Doświadczyliśmy
tego, kiedy odwiedzili nas przyjaciele, którzy przyjechali z Polski z trójką małych dzieci. Przez bodaj dziesięć dni nie zostali ani razu
zatrzymani do kontroli drogowej. Stało się tak z tej banalnej - bardzo,
jeśli można tak to ująć, zachodniej - przyczyny, że skoro nie popełnili
żadnego wykroczenia, to i milicja ich nie zatrzymywała. Natomiast gdy
pojechaliśmy - dosłownie na kilka godzin - do Rosji, a konkretnie do
Smoleńska i Katynia, zostali zatrzymani aż dwukrotnie. My również się
wtedy zatrzymywaliśmy. Tłumaczyliśmy, że jedziemy razem i milicjanci
puszczali naszych przyjaciół bez wymuszania łapówki. Ale tylko dlatego
że my mieliśmy paszporty dyplomatyczne i auto na dyplomatycznych
numerach rejestracyjnych.
* * *
Łukaszenka nie dopuścił do korupcji, a także nie pozwolił, aby powstała
- tak jak to się stało w Rosji i na Ukrainie - oligarchia. W powszechnym
mniemaniu oligarchia kojarzy się z czymś społecznie niepożądanym.
Przykład Ukrainy dowodzi jeśli nie czegoś wprost przeciwnego, to w każdym razie tego, że nie jest to aż tak proste. Oligarchia z jednej
strony państwo ukraińskie osłabiała. Z drugiej jednak, kiedy
promoskiewski prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz usiłował wprowadzać
system autorytarny, nie udało mu się to właśnie dzięki temu, że istnieje
system oligarchiczny, w interesie którego nie jest skupienie nadmiernej
władzy w rękach prezydenta. Gdy Janukowycz uciekł do Rosji, a Moskwa
napadła na Ukrainę, oligarchowie, którym, szczególnie w Polsce, lubimy
odmawiać patriotyzmu, stanęli w obronie Ukrainy (to, czy nie jest to
wtórne wobec obrony swoich imperiów biznesowych, to zupełnie inna
sprawa). Jednoznacznie negatywna ocena systemu oligarchicznego jest więc
oceną uproszczoną, czego potwierdzeniem jest też rozprawa z oligarchią,
od której zaczął swoje rządy Władimir Putin. Putin rozpoczynał swoje
rządy nie od uderzenia w demokratów, bo nie oni stali na przeszkodzie,
by zacząć demontować demokrację (o ile oczywiście w Rosji Jelcyna takowa
istniała) i konstruować dyktaturę, ale właśnie od ataku na oligarchię.
Wróćmy jednak do Mińska. Gdy zatrzymaliśmy się tam u naszego kolegi,
nasz syn miał zaledwie rok. Żona została z synkiem w mieszkaniu, a mój
kolega i ja poszliśmy na nocny spacer w położonym po sąsiedzku parku
imienia Gorkiego. Dwóch polskich dyplomatów spacerujących około północy
po parku spowodowało, że KGB rzecz jasna uznało, że na pewno
przeprowadzamy jakąś tajną operację. W parku nagle, mimo późnej pory,
zaczęli się pojawiać spacerowicze i przechodnie. Jako że chodziliśmy
dość szybkim krokiem, ściągnięto posiłki i w pewnym momencie - około
pierwszej w nocy! - pojawiła się znienacka para z dzieckiem w wózku.
Dokładnie rzecz ujmując, dziecka nie było widać, ale jak się
domyślaliśmy, w wózku był sprzęt nasłuchowy o większej mocy. Im szybciej
szliśmy, tym szybciej szli również troskliwi rodzice. Zastanawialiśmy
się, czy gdybyśmy zaczęli biec, to dziecko nie wypadłoby z wózka. W Moskwie w tym czasie nikt by nas nie śledził.
Białoruska dyktatura na tle realiów Moskwy wyglądała naprawdę groźnie i tak była odbierana w Warszawie. Bo taka też była. Pod jednym wszakże
warunkiem. Że zapominało się o obozach filtracyjnych w Czeczenii, z których nie jednostki, a setki ludzi nie wyszły żywe. I o bombardowaniu
Gruzji. Oraz o groźbach wobec Ukrainy. W Polsce o tym wszystkim
zapominano i dlatego Rosję gotowi byliśmy zaakceptować, a reżim w Mińsku
za nieporównywalnie mniejsze występki chcieliśmy... Trzy kropki nie są
przypadkowe. Bo gdybyśmy próbowali go naprawdę obalić, to nie byłoby
nawet aż tak głupie. My jednak ograniczaliśmy się do dawania reżimowi do
zrozumienia, że chcemy go obalić. To ostatnie się nam, dodajmy, udawało.
* * *
Jakiś czas po opisanym wyżej nocnym spacerze znowu jechaliśmy do Polski
przez Białoruś. I znowu zatrzymaliśmy się w Mińsku na kilka dni. Nasz
kolega użyczył nam wówczas swojego mieszkania, bo sam akurat był na
urlopie w Warszawie. Po całym dniu chodzenia po mieście i zwiedzania
podjechaliśmy taksówką pod dom i jak to bywa, kiedy ma się dziecko,
wózek, torbę i zakupy w roztargnieniu zostawiliśmy w taksówce. Tę
najważniejszą torbę, w której mieliśmy paszporty dyplomatyczne, klucze
do naszego samochodu, klucze do naszego mieszkania w Polsce, klucze do
mieszkania kolegi, dokumenty potrzebne do odprawy celnej naszego auta i prawie dziesięć tysięcy euro w gotówce (w tym miejscu wyjaśnić trzeba,
że polscy dyplomaci otrzymywali wynagrodzenie w gotówce w kasie
ambasady). Kiedy się zorientowaliśmy, że nie mamy najważniejszej torby
podręcznej, biegiem rzuciłem się za autem, ale taksówka już zniknęła za
rogiem. Byłem przerażony tym, że zgubiłem paszporty dyplomatyczne, a i pieniędzy było mi oczywiście żal. Podbiegłem do dyżurujących w pobliżu
milicjantów, którzy poproszeni przeze mnie o pomoc zupełnie spokojnie
powiedzieli, że oczywiście wszystko się znajdzie, że znajduję się na
terenie Białorusi i tutaj taki przypadek nie jest żadnym kłopotem.
Podjechałem z milicjantami ich gazikiem na miejsce, skąd wzięliśmy
taksówkę, ale tam jej nie zastaliśmy. W związku z tym milicjanci
stwierdzili, że wdrożą akcję "pieriechwat", czyli przechwycenie.
Zapytali mnie, czy pamiętam, jakim samochodem jechałem. Akurat
pamiętałem: był to Peugeot 406 kombi. Wówczas jeden z milicjantów wziął
do ręki mikrofon i powiedział: "Dyplomata stracił dokumenty, numer 74 do
centrali, akcja pieriechwat, zatrzymywać wszystkie taksówki Peugeot 406
kombi". Po około dziesięciu minutach zaczęły spływać meldunki o kolejnych zatrzymanych taksówkach. W jednej z nich znajdowała się nasza
torba. Milicjanci skierowali taksówkę pod adres, gdzie się
znajdowaliśmy. Po jakimś kwadransie przyjechał ciężko przerażony
taksówkarz, który zaczął bardzo mnie przepraszać. Nie za bardzo było za
co, ale w systemie białoruskim, jak władza zatrzymała i władza kazała
gdzieś pojechać, to już samo to było przerażające. Historia skończyła
się szczęśliwie dla wszystkich. Taksówkarz otrzymał najwyższy chyba
napiwek, bo dałem mu trzysta euro, co było wówczas średnią miesięczną
pensją na Białorusi. Milicjantom wynagrodzenia zaoferować nie mogłem,
ale spytałem, czy mogę ich zaprosić na kawę. Odmówili, z wyraźną dumą
mówiąc, że "w Moskwie już by pan wszystko na zawsze stracił", i dodali,
że na Białorusi panuje porządek. Ja zaś zrozumiałem, że dyktatura,
owszem, jest i w Rosji, i na Białorusi. Z tą jedynie różnicą, że ta
druga naprawdę działa.
* * *
Wkrótce po moim przyjeździe na placówkę dyplomatyczną na Białorusi w 2010 roku ambasador Henryk Litwin wyjechał na urlop. Zostałem chargé
d'affaires, czyli pełniącym obowiązki ambasadora. Jeszcze nie
wiedziałem, że trzy tygodnie po objęciu stanowiska zastępcy ambasadora i szefa Wydziału Politycznego ambasady zostanę szefem. Chargé d'affaires
dzielą się na dwie kategorie: chargé d'affaires en pied, to jest tych,
którzy pełnią funkcję na stałe, na przykład w sytuacji obniżenia rangi
stosunków dyplomatycznych, i chargé d'affaires ad interim, czyli tych,
którzy pełnią funkcję na czas nieobecności ambasadora, przy czym w tym
drugim przypadku mowa jest o nieobecności, która nie powinna trwać
dłużej niż na czas urlopu lub też maksymalnie dwa, trzy miesiące
pomiędzy wyjazdem dotychczasowego ambasadora i przyjazdem drugiego. W moim przypadku okres ten wydłużył się do roku, co było wynikiem,
będącego już niestety standardem, bałaganu w polskiej dyplomacji.
Dodajmy, że przypadek Białorusi nie był rekordem, bo są kraje (na
przykład Szwecja), w których polskiego ambasadora nie było nawet dwa
lata tylko dlatego, że różne frakcje partii rządzącej nie były w stanie
się dogadać co do kandydata na ambasadora, co jest całkowitą
kompromitacją i źle świadczy o państwie. Działo się tak, dodajmy,
zarówno w czasie rządów PO, jak i rządów PiS.
Wiele lat temu jako dziecko uczestniczyłem w przyjęciu, w którym
brał udział Saddam Husajn. Miałem wówczas dziesięć lub jedenaście lat i często towarzyszyłem ojcu, który był ambasadorem w Iraku, w różnego
rodzaju przyjęciach dyplomatycznych w Bagdadzie. W tym, w którym wziął
udział Saddam, gdyby obecność Husajna była z góry zapowiedziana, na
pewno nie mógłbym uczestniczyć, bo ojciec nigdy by mnie na takie
przyjęcie nie zabrał. Bywało jednak i tak, że Saddam pojawiał się na
różnych spotkaniach nieoczekiwanie. Tak stało się właśnie wtedy.
Pamiętam jak dziś moment, kiedy Saddam wszedł na salę. Nie chodzi mi
przy tym o to, że otaczała go ogromna liczba ochroniarzy, ale o to, że
gdy się tam znalazł, czuło się, jakby na sali pojawiła się jakaś
skumulowana energia. Milkły wszystkie głosy i od razu było wiadomo, kto
jest tu najważniejszy. Husajn był oczywiście przerażającym dyktatorem,
ale moje wrażenie z perspektywy dziecka sprowadzało się do tego, że na
salę wszedł superman. Saddam witał się z kolejnymi ambasadorami. W pewnym momencie przywitał się z moim ojcem i ze mną. Również w tym
uścisku dłoni było coś specjalnego, albo w każdym razie byłem pod takim
wrażeniem, że zapamiętałem to, jakby było w tym coś wyjątkowego.
Gdy spotkałem Aleksandra Grigoriewicza Łukaszenkę, poczułem w nim ten
rodzaj siły, który bił od Husajna. Oczywiście nie porównuję obydwu tych
postaci, bo przy wszystkich swoich grzechach nie sposób porównywać
Łukaszenki z Husajnem, ale gdy rzecz dotyczy charyzmy i siły, widzę
między nimi pewne podobieństwa. Łukaszenka jest bardzo postawnym
mężczyzną. Rzucają się w oczy jego ogromne dłonie, które zresztą często
stara się ukryć, w specyficzny sposób zaplatając ręce. W ostatnich
latach pojawiały się informacje, że białoruski dyktator podupadł na
zdrowiu, ale na razie żadnych wyraźniejszych tego śladów nie widać.
* * *
Łukaszenka w chwili, w której trafiłem na Białoruś, prezydentem był już
tylko formalnie. W rzeczywistości bowiem był już królem, szachinszachem,
cesarzem i dożywotnim prezydentem. Niemal Panem Bogiem. Równocześnie
było w nim jednak coś, co w mojej opinii tłumaczy jego wówczas jeszcze
realnie istniejącą popularność. Pamiętam zdziwienie, gdy mój amerykański
kolega, szefujący placówce Stanów Zjednoczonych w Mińsku, określił
Łukaszenkę jako "idealistę w jego własny - pokręcony - sposób"
("idealist in a twisted kind of way"). W istocie ten opis był chyba dość
trafny. Dyktatorzy dzielą się bowiem na dwa rodzaje. Tych, których celem
jest wyłącznie grabież majątku, i tych, którzy, rzecz jasna, żyją jak na
króla przystało, ale równocześnie o coś im jednak chodzi. Wydaje mi się,
że w przypadku Łukaszenki nieprawdą jest to, co się o nim zazwyczaj w Polsce mówi, mianowicie, że chodziło mu zawsze wyłącznie o władzę.
Przezwisko, którym go określano, czyli Baćka (ojciec), oddaje dość
precyzyjnie to, kim Łukaszenka był, a w każdym razie chciał być. Na
pewno zaś dokładnie opisuje jego fenomen i przyczyny jego zwycięstwa
wyborczego. Oto bowiem pojawił się polityk, który, owszem, pragnął
władzy, ale też chciał stać się kimś, kto zadba o naród (z zastrzeżeniem, że - jak to ojciec - zadba, narzucając mu swoją wolę).
Celowo w tym miejscu używam czasu przeszłego, gdyż Łukaszenka zaczął z wolna tracić charyzmę i słuch społeczny. Dysponując bardzo wieloma
talentami, nie dysponuje, lub też przestał dysponować jedynym, który
nielicznym politykom na świecie jest w stanie zapewnić długowieczność.
Istnieje pewne wyrażenie, którego nie da się precyzyjnie przetłumaczyć
na język polski, a które doskonale oddaje tenże talent. Chodzi o wyrażenie "to reinvent yourself", czyli "wymyślić się na nowo". To jest
tymczasem dokładnie to, czego białoruski dyktator nie ma. Łukaszenka w połowie minionej dekady rządził już dwadzieścia lat. Ludzie, którzy się
urodzili za jego rządów, już wchodzili w dorosłość. Dla trzydziesto- i czterdziestolatków, którzy całe swoje dorosłe życie przeżyli przy nim,
stawał się on coraz bardziej anachroniczny. Łukaszenka był bowiem tym
samym przywódcą, którym był w 1994 roku. Nie potrafił zmienić ani
sposobu, w który przemawiał, ani słów, których używał. Stawał się
nieadekwatny i wzbudzał już częściej wzruszenie ramion, a czasem kpinę,
niż strach.
W efekcie powyższego oraz rosnących ciągłych kłopotów gospodarczych
zaczynał wyraźnie już słabnąć zarówno w odbiorze społecznym, jak i w odniesieniu do swojego otoczenia. To drugie skutkowało tym, że musiał
pozwolić swoim patrycjuszom i paladynom dać się bogacić. Dokładnie w tym
momencie w Mińsku powstają znakomite restauracje, salony luksusowych
samochodów, zaczyna się rodzić oligarchia.
Równocześnie Łukaszenka grał z Zachodem. Szczytowym momentem jego
"chwały" jest, gdy gości w Mińsku prezydenta François Hollande'a i kanclerz Niemiec Angelę Merkel oraz prezydentów Ukrainy Petra Poroszenkę
i Rosji Władimira Putina, bowiem to w Mińsku dochodzi do rozmów między
Kijowem a Moskwą po napaści Rosji na Ukrainę w 2014 roku. Kilka lat
później dochodzi do niebywałej, jak na Białoruś, sytuacji, gdy w Mińsku
ląduje samolot z brytyjskimi komandosami, którzy przeprowadzają wspólne
z Białorusinami manewry. Dochodzi też do aresztowania, oficjalnie pod
zarzutem przyjęcia łapówki, a nieoficjalnie szpiegostwa na rzecz Rosji
(sic!), jednego z najbardziej wpływowych "siłowików", wiceszefa Rady
Bezpieczeństwa Białorusi płk Andrieja Wtiurina. Łukaszenka rozumiał, że
tylko szukając otwarcia na Zachód z jednej strony, a z drugiej tropiąc w swoim otoczeniu rosyjską agenturę, zdoła zachować władzę i wyrwać się ze
spirali, która powoduje coraz głębszą zależność od Rosji. Równocześnie
był już zbyt oderwany od rzeczywistości i nie dostrzegał tego, że na
Białorusi wyrosło całe nowe pokolenie ludzi, których nie był w stanie
niczym uwieść. Łukaszenka na tym etapie skupiał się bowiem już nie na
wsłuchiwaniu się w głos ludu, ale na majestacie władzy, na pompie i celebrze. Miarą oderwania Aleksandra Grigoriewicza od rzeczywistości
była budowa monumentalnego Pałacu Prezydenckiego, który - dodajmy -
architektonicznie przypomina pałac postawiony w tych samych latach w Ankarze przez Erdo?ana.
Okazało się, że najgroźniejsi nie byli jednak ani Rosjanie, ani Zachód,
ale natura. Najbliższy zadania Łukaszence coup de grâce był wirus covid.
Nawet nie dlatego jednak że sam Łukaszenka ciężko chorował, ale dlatego
że pandemia zniszczyła podstawy mitu Aleksandra Grigoriewicza. Zbudował
on bowiem, w dużym stopniu zresztą mający podstawy w rzeczywistości, mit
siebie samego jako ojca narodu. Kiedy wybuchła pandemia, Łukaszenka
całkowicie ją zignorował. Czy zrobił to, by po raz kolejny pokazać, że
niczego się nie boi, czy nie zrozumiał zagrożenia, nie ma żadnego
znaczenia. Bali się bowiem ludzie, a tu nagle odkryli, że ich prezydenta
nic to nie obchodzi. W moim najgłębszym przekonaniu covid, a w zasadzie
reakcja czy też raczej brak reakcji Łukaszenki na covid, przyczynił się
w fundamentalny sposób do wybuchu protestów społecznych po sfałszowanych
przez reżim wyborach latem 2020 roku na Białorusi.
Pacyfikacja demonstracji latem 2020 roku była niebywale brutalna.
Łukaszenka przekroczył wówczas, jak sądzę, również pewną psychologiczną
granicę, chociaż dla uczciwości trzeba zaznaczyć, że nie jest to
człowiek, który nie miałby rąk umaczanych we krwi już wcześniej. Nie
zmienia to faktu, że aż do 2020 roku Łukaszenka mimo wszystko jednak
oscylował pomiędzy miękkim a twardym autorytaryzmem. Latem 2020 roku
stał się już dyktatorem z prawdziwego zdarzenia. Państwo białoruskie zaś
przekroczyło granicę oddzielającą twardą dyktaturę od dyktatury z elementami totalitaryzmu, choć oczywiście wyrażenie to jest w jakimś
sensie przesadą, bo słowo totalitaryzm zapewne jednak należałoby
rezerwować dla systemów typu stalinowskiego czy też północnokoreańskiego
(choć w ich wypadku można by też w ramach gradacji ustrojów
autorytarnych mówić o ludobójczym totalitaryzmie). To, czy z tej drogi
Łukaszenka może zawrócić, jest pytaniem, na które nie znam odpowiedzi.
Znając jego tendencję do gry, nie wykluczałbym tego. Obserwując jednak
kierunek ewolucji jego i ludzi z jego otoczenia - obawiam się, że zejść
z tej drogi będzie skrajnie trudno.
Łukaszenka, jakkolwiek pozostaje na tronie, utrzymuje się na nim już
tylko dzięki nagiej sile. Nieprawdą byłoby jednak stwierdzenie, że ma
przeciwko sobie cały naród. Nadal bowiem istnieje całkiem liczna grupa
Białorusinów, którzy go popierają. Z całą pewnością nie jest to już jak
kiedyś większość, ale zarazem dostatecznie dużo, by móc nadal sprawować
władzę.
* * *
Bardzo charakterystycznym elementem pozwalającym zrozumieć system władzy
Łukaszenki jest to, że tylko przez bardzo krótki czas trzydziestolecia
jego rządów istniał ktoś w jego otoczeniu, kogo mogliśmy nazwać "drugą
osobą" w państwie. Kiedy wyjeżdżałem na Białoruś, takim człowiekiem był
szef Administracji Prezydenta (najważniejszego urzędu na Białorusi)
Władimir Makiej. Co ciekawe, w MSZ w Warszawie usłyszałem, że Makiej
wypadł z łask Łukaszenki i lada dzień straci stanowisko. Prognoza ta -
jak zresztą większość prognoz naszego MSZ i rządowych ośrodków
analitycznych, takich jak Ośrodek Studiów Wschodnich i Polski Instytut
Spraw Międzynarodowych, na temat Białorusi - okazała się funta kłaków
warta. Makiej nie tylko nie został zdymisjonowany, ale przez lata
pozostawał najbliższym współpracownikiem Łukaszenki, choć z czasem
przestał być szefem Administracji Prezydenta i został ministrem spraw
zagranicznych.
Chybioną prognozę, że Władimir Makiej wypadł z łask, zweryfikowałem przy
okazji uroczystości z okazji wyzwolenia Mińska. Łukaszenka przybył otóż
na uroczystość wspólnie ze swoim najmłodszym, wówczas sześcioletnim
synem Kolą. W pewnym momencie spiker zapowiedział przemówienie
prezydenta. Łukaszenka ruszył do pulpitu i wziął ze sobą Kolę. Fakt, że
w tak ostentacyjny sposób pojawiał się wszędzie z nieślubnym dzieckiem w konserwatywnym, białoruskim społeczeństwie, nie był, dodajmy, odbierany
pozytywnie. W pewnym momencie Łukaszenka zawahał się i cofnął, oddając
Kolę pod opiekę Makieja. Ja zaś zrozumiałem, że pozycja Makieja jest
stabilna, skoro to jemu Łukaszenka przekazał dziecko.
Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że Łukaszenka poza Kolą ma jeszcze dwóch
synów. Najstarszego Wiktora, który związany jest ze strukturami
siłowymi, i średniego Dymitra, będącego szefem prezydenckiego klubu
sportowego i uważanego za kasjera rodziny. Byłem świadkiem, kiedy w bardzo wąskim gronie Łukaszenka zapytany o to, dlaczego pojawia się
wszędzie z Kolą, mimo iż nie jest to dobrze odbierane w społeczeństwie,
odparł: "Bo to jedyny człowiek, który mnie naprawdę kocha". Na uwagę, że
ma przecież jeszcze dwóch synów, zareagował kpiącym spojrzeniem. Wtedy
przeszły mnie ciarki. Zrozumiałem, że Łukaszenka jest archetypem
dyktatora. Jest człowiekiem, który nikomu - w tym również swoim dwóm
starszym synom - nie ufa. Pytanie, czy ufa dzisiaj nastoletniemu już
Koli, też nie jest pytaniem bezzasadnym.
* * *
Wiele lat później, kiedy z żoną i dziećmi postanowiliśmy przygarnąć dwa
koty, zauważyłem zasadniczą różnicę pomiędzy jednym, który jest tak
ufny, że można do niego podejść, nawet gdy śpi, i drugim, do którego nie
sposób podejść bez obudzenia go. Jeśli Aleksandra Łukaszenkę porównać do
kota, to jest tym drugim. Jest perfekcyjnym dyktatorem i wzorcem
autokraty. Przez długie lata konstruował reżim, który zawierał w sobie
wszystkie elementy stabilnych dyktatur. Po pierwsze, brak drugiego
człowieka w państwie, o czym już wspominałem, po drugie, wielość
konkurujących ze sobą służb specjalnych, i po trzecie, całkowity brak
zaufania, przy czym w jeszcze większym stopniu w stosunku do przyjaciół
i sojuszników niż do wrogów. Z tego też powodu mitem, który mścił się na
naszych analizach, było przekonanie, że Rosjanie byliby w stanie z łatwością Łukaszenkę usunąć. Teraz, gdy zależność Białorusi od Rosji w dramatyczny sposób wzrosła, w Polsce mówi się, że Łukaszenka jest już
jedynie wykonawcą poleceń Kremla. W moim przekonaniu jest to jednak
półprawda. Niewątpliwie pole manewru Łukaszenki jest dziś bardzo wąskie,
a fakt, że wziął udział w napaści na Ukrainę, czyni zeń przestępcę.
Równocześnie jednak bardzo liczne wypowiedzi czołowych ukraińskich
polityków, w tym prezydenta Zełenskiego, dowodzą, że Ukraińcy nadal grę
z Łukaszenką prowadzą, co znaczy, że traktują go jako osobę mającą
pewien zakres autonomii.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki