Demony, które zabiłem, gdy byłem guślarzem - Paperboy

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

- Ja pierdolę... - wydusiłem z siebie, kiedy ta dziwka wyrzuciła mnie przez okno.

Wylądowałem ciężko na plecach, a upadek pozbawił mnie powietrza z płuc, mimo że okno znajdowało się zaledwie na parterze. Oczy zaszły mi mgłą, a w uszach zadzwoniło tak paskudnie, jakby ktoś przyłożył mi do głowy trąbkę i dmuchnął z całej siły. Wokół mnie leżały kawałki szkła, które przed sekundą rozbiłem własnym łbem. Po tym samym twardym łbie pociekły mi ciepłe strużki krwi.

Szkło rozcięło mi skórę. - pomyślałem. - Muszę szybko zatamować krwotok. A przynajmniej chciałbym napisać, że to właśnie te myśli pojawiły się wtedy w mojej głowie, jednak doskonale pamiętam, że było to zgoła coś innego.

Ukatrupię cię, jak Boga kocham, jesteś już trupem. - było to mniej więcej coś takiego. Zdaję sobie sprawę, że tak siarczysta wiązanka na dzień dobry może nieco zaskakiwać, tak się jednak składa, że mam to głęboko w dupie. Gdy żyjesz z zabijania demonów, nie masz czasu przejmować się tego typu głupim pierdoleniem. Kiedy każdy dzień, w którym idziesz na robotę, może być twoim ostatnim, masz dużo więcej ważniejszych rzeczy na głowie. Ja na przykład musiałem się wtedy zająć jakimś półżywym frajerem i porońcem, którego ten debil sprowadził na ten świat. Mało co bardziej działa mi na nerwy niż amator, który zabiera się za robotę, o której nie ma pojęcia.

Wstałem powoli, otrzepując się z ziemi i odłamków szkła. Tamta noc była wyjątkowo ciemna, pamiętam to jak dziś. Nie widziałem nic, co działo się w salonie za wybitą szybą, tam, gdzie przed sekundą stanąłem do boju z demonem. Splunąłem na ziemię i otarłem krew z czoła. Przez to samo okno wskoczyłem do środka, cały czas trzymając w ręce moją łopatę. Przez lata praktyki w zawodzie nauczyłem się, że gdy podczas walki wypuścisz swoją broń, to raczej jesteś już trupem.

To może Ci się wydać dziwne. Po co do licha ciężkiego miałem mieć w rękach łopatę i czemu nazwałem ją swoją bronią? Podczas walki z demonami jako broń białą chyba lepiej wykorzystać siekierę, maczetę albo chociaż długi nóż. Ale łopata?

Cóż, odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta.

Po pierwsze, moja łopata znacząco różni się od tych zwykłych łopat używanych na co dzień w ogródkach czy na budowach. Została wykonana na specjalnie zlecenie przez rzemieślnika, do którego niewielu ma dostęp, tak aby jej głownia z każdej strony była ostra jak brzytwa. Jej ciężar w połączeniu z siłą moich ramion potrafił rozpłatać czaszki nawet tych najwytrzymalszych diabłów.

Po drugie, łopatą mogłem przywalić tak, aby uderzony nie doznał poważnych obrażeń, a jedynie stracił przytomność. Bądź co bądź ta opcja też nierzadko mi się przydawała, chociaż zdecydowanie częściej w styczności z ludźmi niż z jakimiś kutasami z piekła rodem, z którymi zazwyczaj się użerałem. Zdziwiłbyś się, jak często w mojej pracy musiałem sięgnąć po łopatę właśnie w celu uśpienia jakiegoś zawadzającego mi w pracy cwaniaczka.

Po trzecie i chyba najważniejsze - gdy zabijałem łopatą, od razu potem mogłem zakopać ciało. Nieważne, kogo właśnie posłałem do piachu, pozbycie się zwłok była nierozłączną częścią mojej roboty, a tym sposobem miałem jedną rzecz mniej do taszczenia.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Takiego burdelu nie widziałem jeszcze nigdy, a byłem już w naprawdę wielu paskudnych miejscach. Popularna w tamtych czasach meblościanka była cała rozwalona, jej kawałki walały się po całej podłodze. Stary telewizor miał wybity ekran kawałkiem krzesła, a stół zdążył wylecieć stamtąd jeszcze przede mną, tyle że przez inne okno. Na ziemi walało się tyle drewna, szkła czy porcelany, że każdy mój krok wydawał głośne chrupnięcia.

Schowałem za pas swoją łopatę i wyjąłem strzelbę. Była to stara broń, samopowtarzalna z drewnianą kolbą i czółenkiem oraz magazynkiem na cztery naboje. Pomimo swojego wieku i wyraźnych śladów użytkowania była w wyśmienitym stanie i służyła mi wierniej od psa. Gdy ją przeładowałem, na ziemię upadła pusta łuska. Postawiłem pierwszy ostrożny krok, później następny. W miarę przesuwania się w stronę korytarza, ciemność przede mną ujawniała kolejne tajemnice tamtego przeklętego domu. Ślady po pazurach na tandetnej tapecie pokrywającej ściany, pozbijane dekoracje czy zniszczone meble. I co najważniejsze - ślady krwi. Wtedy już zdawałem sobie sprawę z tego, co się tam wydarzyło, wiedziałem zatem, że krew doprowadzi mnie prosto do potwora. A szło to mniej więcej tak:

Wezwanie na akcje dostałem listownie. Wieczorem, w mojej skrzynce na listy znalazłem pogniecioną, cienką kopertę ze znaczkiem naklejonym tak niechlujnie, że do głowy przyszły mi wtedy dwie opcje - albo nadawcą był jakiś niewyrośnięty szczyl z okolicy robiący mi numer, albo zwyczajnie zalany w trupa menel pomylił adresy. Otworzyłem ją zębami i ssąc własnej roboty miętowego cukierka zacząłem czytać. Data wysyłki pokazywała poprzedni wieczór, ledwie kilkanaście godzin wcześniej. Ktokolwiek próbował się ze mną skontaktować, zadbał o to, żebym jak najprędzej dostał jego wiadomość. Znaczy, że była ona najwyższej wagi.

Treść była bardzo chaotyczna, a słowa napisane tak szybko, że wyglądały gorzej od koperty, w której do mnie przybyły. Mimo to nie miałem problemu z rozszyfrowaniem, o co chodziło, w końcu sam pisałem jak kura pazurem. Opisana historia może i była doprawdy tragiczna, za to nie mogłem powiedzieć, że jakoś specjalnie oryginalna. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Pisał do mnie anonimowy żonaty mężczyzna, który bez żadnego wstępu przeszedł do rzeczy. On i jego żona dopiero co mieli dziecko w drodze. Pora porodu przyszła szybko, a wtedy ona zdecydowała się rodzić w domu. Nie wiem czemu, może tradycjonalistka, w sumie nie bardzo mnie to obchodziło. W każdym razie coś poszło nie tak i dziecko mimo interwencji lekarza zmarło. Rodzice pochowali je skromnie, na brzegu pobliskiego lasku, bez żadnych gości, za to z księdzem i odpowiednimi honorami. Żałoba dotknęła ich do głębi, ale najgorsze miało dopiero przyjść.

Strata dziecka odbiła się na niedoszłej matce wyjątkowo źle, nawet jak na tragedię podobnego charakteru. Z rozpaczy postradała zmysły, przestała jeść, pić, spać czy w ogóle się odzywać. Załamany mąż wiedział, że jak szybko czegoś nie zrobi, to zaraz będzie musiał wykopywać drugi dół. Wpadł zatem na, jego zdaniem jedyne, a moim najgłupsze, rozwiązanie i poszedł do lokalnej wróżki i znachorki w jednym. Ta miała dać mu amulet przesiąknięty potężnym zaklęciem będącym w stanie przywrócić dziecko do życia. Miał podrzucić go dziecku do trumienki i po trzech dniach wrócić na miejsce pochówku, żeby odkopać z powrotem żywego bachora. Wierząc, że tym sposobem odzyska utraconą rodzinę, zgodził się, nie zastanawiając się za bardzo nad sensem własnych działań.

Wziął amulet i pod osłoną nocy rozkopał świeży grób. Złożył go na piersi niemowlaka, całość zakopał i wrócił do domu. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie.

Już następnego dnia rano facet poszedł przyszykować się do pracy, kiedy na środku jego salonu zauważył ogromne ślady krwi i śluzu prowadzące do łazienki. Wyglądało to podobno, jakby przez środek jego chałupy przeszedł wielki, czerwony ślimak. Ślad był świeży. Cokolwiek go zostawiło, weszło do środka przez tylne drzwi prowadzące do ogrodu. Przerażony i przekonany, że wlazł mu do domu jakiś okropnie ranny zwierz, wszedł powoli do łazienki. Gdy przekonał się, co naprawdę tam było, zapewne pożałował, że jednak nie była to świeża padlina.

Na środku pomieszczenia, tyłem do niego stała jego żona. Nuciła pod nosem piosenkę dla dzieci i kołysała się lekko w jej rytm. Mimo że była obrócona tyłem, było widać, że coś jest z nią nie tak. Krwawy ślad prowadził prosto do niej i urywał się tuż pod jej stopami. Piżama, w której zasnęła i którą miała wtedy na sobie, przybrała ohydnego odcienia szkarłatnej czerwieni. Gdy kołysząc się w rytm melodii wreszcie stanęła przodem do niego, jego nogi ugięły się, a w oczach mu pociemniało.

Jego żona trzymała w rękach niemowlaka, tego samego, którego razem pochowali. To była ich zmarła przy porodzie córka, przestała ona jednak przypominać ludzkie dziecko. Teraz stała się zdeformowana, o niezdrowym, fioletowawym kolorze i wybałuszonych, czarnych oczach. Cała pokryta świeżą krwią, bardziej przypominała demona niż człowieka.

Postawiony na nogi panicznym strachem o małżonkę, wyrwał jej dziecko i chciał wyrzucić je przez okno na zewnątrz. Widocznie to w tym domu częsty sposób radzenia sobie z problemami - wyjebać przez okno. Nie zamierzałem go jednak oceniać, w końcu sam nie wiedziałem, co zrobiłbym na jego miejscu. To zbyt nierealny scenariusz, aby ktokolwiek się na niego zawczasu przygotowywał. Wtedy już do reszty niespełna rozumu kobieta dogoniła go, wyrwała mu z rąk tę szkaradę, po czym zamknęła się z nią w piwnicy, aby ojciec tyran nie odebrał jej cudownie uratowanego przez Boga dziecka. Mężczyzna walił w drzwi z całej siły, jednak te trzymały mocno. Wszystkie narzędzia, które mogłyby mu pomóc pokonać blokadę, jak na złość zamknięte były właśnie w tym pomieszczeniu, do którego próbował się dostać.

W końcu, gdy zza drzwi zaczęły dochodzić koszmarne i budzące dreszcze dźwięki, mężczyzna zdecydował się poprosić sąsiada o pomoc. Za jego radą, na chwilę przed wspólną próbą sforsowania drzwi do piwnicy, napisał do mnie tamten list, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. I jak już wiesz, właśnie tak się wydarzyło.

Akurat byłem wolny, więc od razu wskoczyłem na motor i pojechałem na miejsce. Gdy tam dotarłem, zastany przeze mnie widok tylko upewnił mnie w przekonaniu, że jasny chuj trafił lekkomyślny plan mojego zleceniodawcy. Jego samotna chatka mieściła się pośrodku niczego, w małej wsi nieopodal niedużego lasu. Najbliższy dom był tak daleko, że palące się w nim światła były ledwo widoczne nawet w absolutnych ciemnościach, które tam wówczas panowały. Może to i lepiej, bo nikomu nie życzę ujrzeć takiego widoku.

W progu drzwi frontowych leżało ciało. To był wspomniany w liście sąsiad. Zgadywałem, że był właścicielem domu, o którym przed sekundą pisałem. Już z daleka widziałem, że został okrutnie zmasakrowany. Leżał na brzuchu, przodem do wyjścia, z szeroko otwartymi oczyma, w których ciągle odbijało się absolutne przerażenie. Miał głęboką ranę na całych plecach, która rozdarła mu skórę i mięśnie tak mocno, że mogłem zobaczyć biało-beżowy odcień jego kręgosłupa. Cokolwiek wstąpiło w ciało tamtego gówniarza, znacząco wzrosło na sile w ciągu tych ostatnich kilkunastu godzin. Znaczy, że znalazło źródło pożywienia.

Powoli wszedłem do środka i dokładnie przeczesałem dom. Ojca "dziecka" i zarazem mojego zleceniodawcę znalazłem w jednym z pokoi na górze, gdzie zabarykadował się przed demonem. Obficie krwawił z lewego barku, na którym brakowało sporego kawałka mięsa. Poza tym można powiedzieć, że nie było z nim najgorzej, w końcu nie był jeszcze martwy.

Tak jak mógł zabezpieczył swoją ranę przed utratą krwi, jednak mimo wszystko z jej utraty ciągle tracił i na nowo odzyskiwał przytomność. Gdy nieco go docuciłem solami trzeźwiącymi, wydukał mi, że siedział tam prawie całą dobę. Z sąsiadem mieli otworzyć piwnicę poprzedniej nocy. Z przerażeniem w oczach opowiedział, z imponującą ilością szczegółów, co tam zobaczyli. Chwilę potem znowu stracił przytomność. Na szczęście ja nie potrzebowałem już od niego niczego więcej.

Z listu już wcześniej sam domyślałem się, z czym będę musiał stanąć do walki. Gdy dodałem do tego dopiero co przedstawiony mi opis, skurwysyn nie najgorzej pasował do pewnego dobrze znanego mi rodzaju demona. Słynął on z imponującej mocy, na szczęście sztuka wciąż była bardzo młoda. Znaczy odesłanie jej z powrotem do jej rogatego pana powinno być znacząco ułatwione.

Pobłogosławiłem pokój, w którym znajdował się mężczyzna, a następnie z wodą święconą w ręce ponownie obszedłem cały dom, również go święcąc. Tym sposobem chciałem odciąć złemu duchowi wyjście z domu, niszcząc jakiekolwiek plany ucieczki mogące zrodzić się w jego niedorozwiniętej łepetynie. Demon musiał to wyczuć, bo zaatakował mnie, jak święciłem salon. Ledwo zdążyłem wystrzelić, chybiając potwornie swoją drogą, a w następnej sekundzie znalazłem się na trawie w ogrodzie, cały pokryty stłuczonym szkłem.

Tak oto wracamy do momentu rozpoczęcia mojej historii.

Ruszyłem korytarzem. Pod nosem odmawiałem cicho wyuczony na pamięć psalm dziewięćdziesiąty pierwszy, znany ze swojej skuteczności w obronie przed złem. Tym razem od razu skierowałem się w stronę konkretnego pomieszczenia. Ostatniego, którego nie zdążyłem jeszcze pobłogosławić, czyli jedynego, w którym mógł komfortowo przebywać zły duch.

2

Stojąc nad wejściem do piwnicy widziałem tylko stare drewniane schody prowadzące w dół i nieprzeniknioną ciemność, w którą się zagłębiały. Już tam, gdzie stałem, czuć było ulatniający się z dołu przesadnie słodki odór świeżych zwłok. Gdy tylko rozpoznałem znajomy zapach, poczułem to charakterystyczne uczucie w rękach i zalewającą mnie falę gorąca. Wziąłem głęboki wdech, żeby opanować niespokojne serce. Nie mam na to czasu. - pomyślałem.

Wyjąłem z kieszeni płaszcza starą zapalniczkę. Dostałem ją po dziadku, jeszcze za dzieciaka. Stara to była sztuka, jeszcze z samego początku dwudziestego wieku. Cała srebrna, z wygrawerowaną na jednej stronie literką "K.M". Otworzyłem klapkę kciukiem. Odskoczyła do tyłu z metalicznym kliknięciem. Pociągnąłem kółkiem, które dopiero za trzecim razem chwyciło nieśmiały płomień.

- Resistite diabolo, et fugiet a vobis. - wyszeptałem, po czym zszedłem na dół.

Każdy stopień skrzypiał paskudnie, a w całkowicie otaczającej mnie ciszy dźwięk ten roznosił się jeszcze bardziej. Czujny jak ważka i napięty do granic możliwości, stanąłem na betonowej podłodze. Piwnica była zaskakująco duża, z wieloma półkami pełnymi słojów z dżemami czy zaprawami i ogólnie pojętymi górami gówna i syfu. Wszędzie były stare meble, zbutwiałe kartony, całe kolumny ułożone z nigdy nieczytanych książek. I znowu ślady krwi.

Poszedłem nimi, nawiedzany przy okazji unoszącą się w powietrzu ohydną słodyczą martwego ciała. Ważąc każdy krok i wytężając wszystkie zmysły, powoli przesuwałem się do przodu. Od tamtego momentu byłem na terytorium demona, w każdej chwili więc mogłem spodziewać się ataku. W skromnym świetle zapalniczki zobaczyłem leżące na posadzce porwane kobiece ubrania. Ich przesiąknięte szkarłatem strzępy przykleiły się do zimnego betonu jak mokry papier toaletowy. Zatrzymałem się, gdy światło mojej zapalniczki ukazało mi kobiecą stopę. Leżała luźno, wolna od reszty nogi. W jakim stanie znajdowała się reszta jej ciała, tego postanowiłem już nie sprawdzać. Nie po to tam zszedłem.

Czując narastającą złość, zacisnąłem ręce, tak mocno, że całe mi posiniały. Wróciłem na idący dalej krwawy szlak nie myśląc, już o niczym prócz zemsty. Prowadziły one w głąb pomieszczenia, aż do ogromnej kupy "mogących się kiedyś przydać rzeczy", które ja najczęściej nazywam po prostu śmieciami.

Ślady zakręcały obok tej górki i kończyły się za nią. Smród śmierci nabrał na sile. Teraz doszedł do niego również odór siarki. Usłyszałem ciche rzężenie. Bingo. Zgasiłem zapalniczkę i schowałem ją do kieszeni. Teraz potrzebowałem już obu rąk. Poczekałem jeszcze kilka sekund, aż oczy na nowo przyzwyczają się do ciemności. Wziąłem kilka wdechów, żeby uspokoić ciało, i wypaliłem prosto przed siebie.

Kula z głośnym hukiem przeszła prosto przez jeden z kartonów i utknęła w czymś, co wydało z siebie porażający ryk. Góra śmieci eksplodowała i spod nich wyskoczyło coś co wyglądało jak prawie dwumetrowy fioletowy gówniarz z kawałkiem pępowiny zwisającym między tłustymi nogami, wyłupiastymi, przekrwionymi oczami i szeroką gębą pełną ostrych zębów. W dodatku cały wysamrowany był zaschniętym śluzem, prawdopodobnie tym z łona jego zmasakrowanej matki.

Spodziewałem się takiej reakcji demona, więc zdążyłem uskoczyć w bok, spokojnie unikając ataku. Szybko przeładowałem i wypaliłem drugi raz. Trafiłem dużo lepiej, w pierś, tuż obok serca. Pierwsza kula, ta wystrzelona na ślepo w górę śmierci, trafiła w ramię demona. Jednak ani jedna, ani druga nie zdołała go powstrzymać.

No, ale może pora wreszcie zdradzić, z czym dokładnie stanąłem wtedy do boju.

Porońce to niesamowicie potężne skurwysyny powstające z martwych ciał nowonarodzonych dzieci, które zostały pochowane niezgodnie z obyczajem. Ze względu na obecny w nich potencjał straconego przedwcześnie życia są jednymi z groźniejszych demonów słowiańskich. Na tych terenach ten zły duch wypracował sobie już nie lada renomę. Widziałem już dziesiątki ofiar tego gówna i trudno sobie wyobrazić bardziej bolesną śmierć. Rozerwanie na strzępy. Pożarcie żywcem. Wybebeszenie. Nawet topowi specjaliści przy pomocy najlepszego sprzętu i przemyślanego planu muszą liczyć się z imponującą mocą porońca. Łatwo skończyć jak zużyta zabawka, kiedy się zlekceważy demona tylko dlatego, że zawładnął ciałem dzieciaka.

Jednak ja nie byłem jakimś tam topowym specjalistą. Byłem głazem, o który każda demoniczna siła rozbijała sobie rogaty łeb. Chociaż przez wieloletnią aktywność w zawodzie moja krew zdążyła już nieco ostygnąć, to wciąż była to krew mojej rodziny.

Przed następnym ciosem uchyliłem się w ostatniej chwili. Do nieszczęścia wtedy brakowało tak niewiele, że przez chwilę byłem w stanie poczuć okropny smród przelatującej obok przerośniętej łapy tej bestii. Spragniony krwi demon zaryczał wściekle, a ja przeładowałem strzelbę i wystrzeliłem. Z tego pośpiechu nie trafiłem go tam, gdzie chciałem. Kula nie ugodziła w łeb tylko w lewy policzek, gruchocząc jej twarz, ale nie zabijając na miejscu. Przekląłem głośno. Na moje nieszczęście była to ostatnia kula w magazynku.

Chwyciłem za rozgrzaną lufę strzelby i przywaliłem bestii z całej siły. Trafiłem w szczękę. Od razu wyrzuciłem broń i sięgnąłem po łopatę. Potwór splunął krwią, ale poza tym cios zdawał się go jedynie rozjuszyć. Poroniec rzucił się na mnie, brutalnie powalając na ziemię. Już chciał odgryźć mi czerep, kiedy wepchnąłem mu do pyska koniec mojej łopaty. Zaryczał wściekle, a po rączce mojej broni poleciała cuchnąca krew. Zęby demona zacisnęły się wokół trzonka, pochłaniając całą głownię i próbując ją odgryźć. Nie wiedział jednak, że to nie była byle łopata. Jej nie dało się tak po prostu złamać.

Naparł na mnie całym ciałem, próbując dosięgnąć mnie swoim paskudnym łbem. Gdy poczułem, że już nie dam rady jej przytrzymać, przechyliłem rączkę łopaty delikatnie w lewo i puściłem ją, tak że opadła na ziemię tuż pod moją pachą. Wciąż trzymała się pionowo z tym, że teraz betonowa, zimna podłoga piwnicy odwalała za mnie całą robotę.

Szybko sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza, wyciągając z niego coś co miało pomóc mi ostatecznie rozliczyć się z tą pokraką. Mój płaszcz nie był mi tylko okryciem. Długi, mocny i pełen kieszeni, służył mi za przenośny magazyn broni oraz wszelkiego rodzaju narzędzi do wykonywania zawodu. Wyjąłem z niego niewielki toporek i buteleczkę soli. Ten pierwszy, wykonany z najwyższej jakości stali galwanizowanej czystym srebrem, był szczególnie skuteczny względem wszelkiej maści sił nieczystych, którym broń z innego stopu sprawia dużo mniej problemów. Łopata wykonana była w ten sam sposób, dlatego napierająca na nią bestia zdawała się nieco słabnąć. Sól z kolei działa na demony jak rozżarzony węgiel, paląc je i drażniąc niesamowicie.

Srebro osłabia, sól parzy. Używanie tych dwóch to podstawa w moim fachu.

Odkorkowałem buteleczkę i sypnąłem porońcowi solą prosto w ten paskudny pysk. Nie czekając na rezultat, zamachnąłem się toporkiem jak tylko mogłem i wbiłem go w jego szyję. Gdy sól zaczęła przeżerać jego oczy i skórę na pysku, z ran zaczęła unosić się para z przeżeranego ciała. Demon wypluł moją łopatę i wydarł się tak, że aż zapiszczało mi w uszach. Zakołysał się do tyłu i zaczął wierzgać po całej piwnicy, oszalały z bólu i strachu spowodowanego nagłą ślepotą.

Wstałem powoli, podpierając się o łopatę. Wiedziałem, że już wygrałem. Poroniec oślepł, a spod sterczącego mu z szyi srebrnego toporka wylewały się strumienie krwi. Podobnie zresztą jak z dziur po kulach. Podszedłem do spluwy, którą wcześniej niedbale odrzuciłem na bok. Wyjąłem z kieszeni pudełko z amunicją i w akompaniamencie agonalnych ryków potwora uzupełniłem magazynek. Przeładowałem i strzeliłem demonowi prosto w pysk. Teraz mogłem nieco lepiej przycelować, więc pocisk trafił bezbłędnie. Wszedł przez prawy oczodół i wyszedł potylicą, lądując ostatecznie w jednej ze ścian. Tym razem z gardła szkarady wydostał się tylko cichy jęk. Z pękniętej czaszki wylał się płyn mózgowo-rdzeniowy wraz z pozostałościami po pływającym w nim organie. Nic więcej jak widmo po człowieczeństwie dziecka, które na krótką chwilę zamieszkało w tym ciele.

Poroniec padł na ziemię i znieruchomiał. Podszedłem do niego ostrożnie. Był martwy. Był tak martwy, jak to tylko możliwe, a jednak przeładowałem raz jeszcze i władowałem mu kulkę prosto w czoło, miażdżąc jego czaszkę raz jeszcze i obryzgując wszystko dookoła krwią, odłamkami czaszki i resztami mózgu. Może i nie było to już potrzebne, jednak ja nie zamierzałem ryzykować. Przeżyłem na tym świecie tak długo tylko dlatego, że zawsze dmuchałem na zimne.

Splunąłem na ziemię i poszedłem w stronę schodów.

4

Potem odjechałem. Skierowałem się prosto do pobliskich chat w celu szybkiego uzupełnienia informacji. Wiedziałem od zleceniodawcy, że przeklęty medalion dostał od lokalnej znachorki. To, że zamiast tego była to wiedźma, było dla mnie oczywiste, jednak dalej nie wiedziałem, gdzie tamta jędza się podziewała. Któż inny miałby to wiedzieć, jak nie miejscowi i często zabobonni mieszkańcy? W końcu w takich dziurach każdy dobrze zna każdego.

Zapukałem w wiele drzwi, kilka wywaliłem z buta, potem trochę pokrzyczałem i tym sposobem szybko dostałem upragnioną odpowiedź. Wiem, nieco brutalne, ale czasu było coraz mniej, a z doświadczenia wiedziałem, że mało kto dobrowolnie przyznaje się do korzystania z podobnych usług. Nawet ci, którzy w to wierzą, są świadomi, że to zjebane. Z opowieści miejscowych wywnioskowałem, że kobieta zajmująca się tego typu pierdołami żyła w sąsiedniej miejscowości. Ponoć to do niej przylatywali wszyscy lokalni mieszkańcy po wróżbę lub po wszelaką pomoc. Według niektórych miała ona dysponować potężną mocną magiczną. Jasne.

Banda idiotów.

Po dwudziestu minutach drogi, podczas której powinienem dostać co najmniej kilka mandatów za przekroczenie prędkości, stanąłem przed właściwym domem. Był całkiem duży, raczej stary i dość niepozorny. Nie wyglądał na typową norę potężnej wiedźmy, nie znaczyło to jednak, że nią nie był. Każdy, kto miał choć trochę oleju w głowie, nie wychylałby się za bardzo, zajmując się takimi rzeczami, to chyba oczywiste. W końcu w przeciwnym razie łatwo można zwrócić na siebie uwagę kogoś takiego jak ja. Wtedy pojawiają się kłopoty, a nie o to im przecież chodzi.

Sprawdziłem adres z tym, który podało mi kilka niezależnych osób. Wszystko się zgadzało. Przeskoczyłem przez płot i poszedłem na ogród. Pomyślałem sobie, że na moją korzyść działałoby wjebanie się do środka od tyłu. Tak dla efektu zaskoczenia. Wtedy niespodziewanie zobaczyłem, że w dużej szopie stojącej w rogu posesji paliło się światło. Bingo. Instynkt od razu kazał mi wyjąć strzelbę. Możliwe, że dziwka siedziała w środku. Zbliżyłem się cicho do drzwi i zacząłem nasłuchiwać.

W szopie ktoś był. Usłyszałem jeden, żeński głos, dość młody. Potem rozbrzmiał następny. I jeszcze jeden. Co to kurwa, zlot czarownic? - pomyślałem. - Przecież one nienawidzą siebie nawzajem. Prędzej wilk dogada się z owcą niż one wejdą razem do jednej szopy i zaczną sobie gawędzić.

Zresztą głosy były... radosne. To był teren wiedźmy, nie było co do tego wątpliwości, przecież upewniłem się przed wejściem. Nie wszystkie z nich są obrzydliwymi staruchami czy demonami, niektóre nie wyróżniają się spośród tłumu. Czy ta dziwka aż tak dobrze się ukrywa, że zdołała omamić ludzi z jej bezpośredniego otoczenia?

Cóż, dosyć tego pierdolenia. - pomyślałem. Nadeszła pora przekonać się na własne oczy. W następnej sekundzie mocnym kopnięciem wywaliłem drzwi i wparowałem do środka, drąc japę na cały głos.

- WSZYSTKIEGO NAJLEPSZE... - lecz przerwałem w połowie. Do dziś pamiętam szok, który sparaliżował mój mózg na dłuższą chwilę po tym, co wtedy zobaczyłem.

Na ścianach ze sklejki zawieszone były urodzinowe dekoracje, a na plastikowym stoliku na środku pomieszczenia leżały papierowe talerzyki po cieście. Przede mną, w urodzinowych czapeczkach siedziało pięć kobiet koło pięćdziesiątki, które, w radosnej dotąd atmosferze, gapiły się w filiżanki po kawie i wróżyły sobie z fusów. Ich uśmiechy zbladły dopiero na widok mnie i mojej strzelby. Zazwyczaj, gdy wpierdalałem się gdzieś z buta miałem zwyczaj krzyczenia "WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO" i częstowania kogo popadnie prezencikiem ze srebra i ołowiu między oczy. Teraz, gdy okazało się, że rzeczywiście przerwałem czyjeś przyjęcie urodzinowe, stanąłem jak wryty, samemu nie wiedząc co zrobić.

Kiedy początkowe zaskoczenie minęło, wszystkie pięć kobiet zaczęło drzeć się w niebo głosy, odsuwając się w sam kąt szopy, jak najdalej ode mnie. Nie mogłem wręcz uwierzyć w absurd tej sytuacji. Przyjechałem ukręcić łeb wiedźmie, która rozdawała przeklęte amulety, a trafiłem na pieprzone przyjęcie urodzinowe w ogrodowej szopie. Czy to możliwe, aby którakolwiek z tych kobiet była moim celem? - zapytałem sam siebie. Sądząc po ich minach szczerze w to wątpiłem.

- Czy to Morelowa 13? - po tym, co zobaczyłem, musiałem się upewnić.

Jedna skinęła lekko głową.

- Która z was jest wróżką? - zapytałem, opuszczając strzelbę. To wszystko było jakimś jednym wielkim nieporozumieniem.

Zapadła cisza jak makiem zasiał. Podszedłem krok bliżej i jedna z nich aż pisnęła ze strachu.

- Nie mam czasu na gierki. - warknąłem. - Która z was jest tą wróżko-znachorką czy czymś tam. Wiem, że ktoś taki jest w okolicy i mieszka pod tym adresem.

Znowu cisza. Spojrzałem na każdą z osobna. Nienawidziłem, gdy ludzie patrzyli się na mnie w ten sposób. Jakbym nie ratował ich przed demonami, tylko sam nim był. Robili to, od kiedy tylko pamiętam. Przeładowałem strzelbę, nie po to, aby strzelić, lecz aby zmusić je do mówienia.

- Nie zapytam trzeci raz.

Odezwała się najgrubsza z nich, niska blondynka o krótkich, falowanych włosach.

- J-j-ja...

Zmierzyłem ją wzrokiem. Odsunąłem się na bok odsłaniając drzwi.

- Reszta wyjazd.

Tym razem nie musiałem powtarzać. Wszystkie poza tą jedną, już bladą i spoconą ze strachu, wyleciały na zewnątrz aż się za nimi kurzyło. Piętą zamknąłem za sobą drzwi. Sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem zeń szmatkę, w którą owinięty był amulet. Rzuciłem w jej kierunku. Nie złapała. Nawet się nie ruszyła.

- Podnieś i powiedz, co to. - powiedziałem.

Trzęsąc się okropnie, chwyciła zawiniątko i wyjęła stamtąd amulet. Spojrzała na mnie jeszcze szerszymi oczami. Poznała go.

- Skąd to masz? - zapytałem.

Może i ta kobieta była wróżką czy nawet znachorką, ale było to jasne jak słońce, że nie mogła być wiedźmą zdolną wyrządzić drugiemu człowiekowi taką krzywdę. Na wróżeniu z fusów czy pierdoleniu trzy po trzy jej kompetencje na tym polu prawdopodobnie się kończyły.

- N-nie zrobiłam go, p-przysięgam... j-ja...

- Wiem, że nie. Muszę wiedzieć, skąd go masz? Znalazłaś? Ktoś ci go dał?

Pokiwała głową.

- Kto?

Przełknęła głośno ślinę.

- K-kobieta, k-koło trzydziestki. Kapturem zasłaniała twarz, t-tylko długie brązowe włosy ż-żem widziała. - wyjąkała przerażona. - Czerwonym r-rowerem jechała, jak akurat wynosiłam śmieci. Zaoferowała sprzedaż amuletów n-na szczęście, t-to wzięłam kilka, b-bo...

- Kilka? - zerwałem się. - Jak to kilka? Były jeszcze inne?

- N-nie sprzedałam więcej! - przestraszyła się kobieta. - T-tylko ten jeden, p-przysięgam! Taki pan go kupił, m-mówił, że potrzebuje potężnego amuletu, ż-żeby... - tutaj zawahała się - ż-żeby kogoś p-przywrócić do życia. Wiele takich obłąkanych już widziałam, ten też chory był czy co... t-taki wzrok miał. To wcisnęłam mu ten, j-jak akurat miałam... przepraszam... - pisnęła na koniec.

Odwróciłem się do niej bokiem i schowałem strzelbę. Byłem przekonany, że już wiem, o co tu chodzi, a jednak tak bardzo się myliłem. Niedobrze. Sprawy znacząco się skomplikowały. Ruchem dłoni dałem jej znać, aby oddała mi amulet. Rzuciła go koślawo, nie stawiając w moją stronę najmniejszego kroku. Owinąłem go materiałem i schowałem pod płaszcz.

- Spal pozostałe, byle nie w swoim domu. - odparłem. - Potem leć po księdza. Poświęć dom i członków rodziny, tak na wszelki wypadek. I lepiej znajdź sobie inne hobby, jeśli nie chcesz narobić sobie więcej kłopotów.

Wyszedłem na zewnątrz. Trawa w ogródku była cała podeptana. Na drucianym płocie został kawałek materiału z czyjejś bluzki. Widocznie przerażone sąsiadki w panice przez niego przeskakiwały. I dobrze, może to je zniechęci do takich głupich zabaw. - pomyślałem. Z takimi zainteresowaniami zawsze trzeba krótko, bo łatwo mogą zajść o kilka kroków za daleko.

Miałem medalion, lecz nie należał on do głównej podejrzanej. Musiałem czym prędzej znaleźć kobietę sprzedającą te gówna albo ofiar mogło być znacznie więcej. Tylko jak złapać kogoś takiego? Ona mogła być już kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę, nawet jeśli poruszała się jedynie rowerem. Niby istniał jeden sposób, ale na samą myśl o nim, jeszcze bardziej podskakiwało mi ciśnienie. Mimo mojego statusu fachowca wciąż miałem pewne braki w zakresie zaawansowanych klątw, zaklęć i uroków. Mów, co chcesz, ale moim zdaniem magia to pizdowata dziedzina. Siedzenie na dupie i bawienie się w jakieś totemy czy mikstury jest dobre dla tchórzy, co boją się bezpośredniej konfrontacji. Ja wolę prostsze metody zwalczania szkodników. Łomot łopatą i kula w łeb.

Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej robocie często się z nią spotykałem i brak odpowiedniego wykształcenia na tym polu zrekompensowałem sobie siecią odpowiednich znajomości. Wtedy nastał odpowiedni czas, aby je wykorzystać.

5

W odpowiednim miejscu musiałem stawić się po zmroku. Nie to, że zamierzałem prosić o pomoc wampira czy inne gówno, po prostu starucha nie chce przyjmować klientów w innych godzinach. Sama pewnie by mogła, ale z usług takich ludzi lepiej korzystać dyskretnie, więc ludziska i tak przychodzą do niej tylko w nocy. Parę minut po północy zjawiłem się na odpowiedniej ulicy. Stałem oparty o drzewo, obserwując jak jakaś kobieta w średnim wieku szybko wychodzi z dokładnie tej klatki, do której szedłem i ja. Oświetlona jedyną na tej ulicy latarnią szybkim krokiem odeszła w mrok przy akompaniamencie własnych szpilek.

Zawsze, gdy tam byłem, zastanawiałem się, czego ci ludzie tam szukają, z czym akurat wyszli z tego bloku. Co tak starannie skrywają w torebkach lub pod płaszczem. Może akurat ta kobieta przyszła tylko po durną przepowiednie, a może jej życzeniem było, aby kogoś przekląć? Czy w swojej skórzanej teczce ma rozpisaną instrukcję do rzucenia niegroźnego uroku na męża pijaka czy może laleczkę voodoo, aby raz na zawszę się go pozbyć?

Znając staruchę obie opcje były równie prawdopodobne.

Wyrzuciłem wypaloną zenkę, bo tak nazywałem moje "papierosy", i skierowałem się w stronę bloku. Był on typowy dla czasów PRL-u, obskurny i nieprzyjemny, do tego brudny jak cholera. Był raczej długi niż wysoki, miał ze trzy piętra, a spora jego część nie była zamieszkana. Wiele okien było zabitych dechami bądź wybitych przez rozwydrzone bachory lub meneli pragnących przespać się w czterech ścianach albo po prostu wysrać bez zimnego wiatru muskającego im włosy na dupie. Ogólnie było to paskudne miejsce, naprawdę podłe. Jedno z tych, których nie warto odwiedzać, jeśli się nie szuka kłopotów. Każdemu innemu radziłbym dobrze omijać tamten blok szerokim łukiem.

Stanąłem przed drzwiami tak pomazanymi farbą, że za małym okienkiem ledwo widziałem ponury korytarz i betonowe schody idące w górę. Zadzwoniłem pod numer trzysta trzynaście. Rozległ się ponury moim zdaniem sygnał dzwonienia. Po krótkiej chwili ktoś podniósł słuchawkę i usłyszałem chrypliwy damski głos:

- Kto tam?

- Klient. - odrzekłem krótko.

- Klient... do niej...? - mówiła powoli, a jej głos trząsł się tak, jakby z trudem wypowiadała każde kolejne słowo. - Wybaczy, ale... babcia nie prowadzi żadnego sklepu... musiał się pomylić...

- Przestań ze mną pogrywać. - warknąłem. - Każdy głupi wie, że każdej nocy masz tu większy ruch niż przeciętnym burdelu. Mam sprawę.

- Nie wie, o czym pan mówi... jakby mogła prosić o imię... może wtedy sobie go przypomni... - zacharczała okropnie i usłyszałem, jak spluwa gdzieś nadmiar flegmy.

Westchnąłem głęboko. Nie lubiłem tych jej gierek, ale musiałem przyznać, że miały one sens. Stara potrzebuje być ostrożna, musi wiedzieć, kogo wpuszcza do środka. Rzecz w tym, że niespecjalnie lubiłem swoje imię, w zasadzie to go nienawidziłem. Nie to, żeby było jakieś nieładne, raczej przeciętne, szczególnie dla obecnych czasów. Chodziło bardziej o to, że w plugawych kręgach, w których zmuszony byłem się obracać, nazywany byłem zupełnie inaczej i to właśnie to imię niespecjalnie przypadło mi do gustu.

- Kościej. - odparłem.

Odpowiedziała mi krótka cisza.

- Ohh... - wyszeptała. - Czy ma może na myśli... tego Kościeja?

- Nie, akurat jakiegoś innego, w końcu od chuja ich jest na świecie. - warknąłem zdenerwowany. - Otwieraj już, bo nie mam czasu. Jest zadanie.

- Zadanie?... Z czymże mogłaby ci pomóc... starsza kobieta taka jak ona...

- Zostaw ten kit dla reszty frajerów. Mam potężny amulet, którym ktoś został przeklęty. Potrzebuję twojej pomocy. Otwieraj w końcu albo stracę cierpliwość.

Potem nastała długa cisza. Kiedy już myślałem, że przyszedłem tu na próżno, usłyszałem w słuchawce cichy i upiorny rechot, od którego włos jeżył się na głowie. Rozległo się krótkie brzęczenie, a po nim suche kliknięcie, kiedy rygiel odskoczył, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem na klatkę. Od razu uderzył mnie przytłaczający zaduch i zapach stęchlizny. Albo ci, którzy jeszcze zostali w tamtym bloku, nie za bardzo przejmowali się jego wietrzeniem, albo od mojej ostatniej wizyty tam wyniosło się ich jeszcze więcej i po prostu już nie miał kto o to dbać. Gdy wchodziłem po schodach, ciemność zaczęła powoli ustępować nieśmiałemu, czerwonemu światłu żarzącemu się gdzieś nade mną. Teraz mogłem jak na dłoni zobaczyć stan klatki schodowej. Mnóstwo starych butelek po piwie i wódce, wszędzie paprochy i kawałki rozbitego szkła, a niedopałków papierosów tyle, jakby funkcjonowała tam całodobowa palarnia. I oczywiście wszystko pomazane sprejem.

Jednak na ostatnim piętrze sytuacja wyglądała już zgoła inaczej. Tutaj nie było syfu. Kilka ustawionych pod drzwiami świeczek płonących czerwonym ogniem rzucało wystarczająco dużo światła, abym był tego pewny. Jakby chuligani bali się tam zapuszczać. Dodatkowo wszystkie drzwi na tym piętrze, poza tymi przede mną, były zabite dechami. Te poziom niżej zresztą też. Ktokolwiek był tak głupi albo biedny, aby tu mieszkać, zszedł jak najdalej od tego mieszkania, jak się tylko dało.

Zapukałem do drzwi. Po ich drugiej stronie usłyszałem ciche i powolne kroki, a z każdym kolejnym nieśmiałe płomyki świec drgały lekko, jakby muskane wiatrem.

Delikatne szuranie. Potem stęknięcie. Znałem zasady. Pochyliłem się, zerkając prosto przez judasza. Wiedziałem, że w tamtej chwili byłem uważnie obserwowany. Po kilkunastu długich sekundach słyszałem szczęk kilku zwalnianych zamków i drzwi do mieszkania odchyliły się lekko. Kilka zbyt grubych, jak na standardy zwykłych mieszkań, łańcuchów zatrzymało je w miejscu, nie pozwalając otworzyć się zbyt szeroko. Z ciemności panującej w mieszkaniu wyjrzało przekrwione oko, które wpatrywało się we mnie, jakby chcąc dojrzeć nie tylko moją tożsamość, ale i myśli. Dopiero po tej przydługiej procedurze stara zamknęła drzwi i zwolniła wszystkie blokady. Gdy je otworzyła, mój nos natychmiast został zaatakowany falą oparów, które często można było wyczuć w tego typu miejscach. Mocna woń palonych roślin i kwiatów, wymieszana z odorem siarki i starego mięsa, a była ona na tyle mocna, że dosłownie poczułem ją na języku.

Na tle całkowitego mroku stała ona, niska kobieta, zgarbiona jak cholera i brzydsza niż moje gówno. Była tak wychudzona i pomarszczona, że wyglądała, jakby ktoś zarzucił prześcieradło na starą miotłę. A i jeszcze tak stara, że mogłaby dosłownie rozpaść się komuś w rękach. Nie wiem, ile ta ropucha miała lat, ale od samego patrzenia na nią żal mi dupę ściskał.

Uśmiechnęła się do mnie, ukazując swoje kilka pozostałych, szarych zębów i skinęła głową, abym wszedł. Niezbyt ucieszony i raczej zdegustowany przekroczyłem próg mieszkania. Znałem drogę, od razu skierowałem się w lewo, w stronę drewnianych drzwi z dużą szybą piaskową, zza których padało jedyne oświetlające mrok światło. Swoją drogą ono również było czerwone. Za drzwiami znajdował się pokój przerobiony tak, aby pełnił funkcję jakiegoś upiornego sklepu dla czubków. Sufit przykryty był tkaninami, które zwisały nad moją głową, nadając pomieszczeniu tajemniczego i mistycznego wyglądu. W rogu stał niewielki stolik z dwoma krzesłami i umieszczoną na specjalnym stojaku szklaną kulą gotową do przepowiadania przyszłości. Najdziwniejsze były ściany, które pełne były półek z najróżniejszymi przeklętymi przedmiotami, lub takimi, które dopiero czekały na podobny los.

Szczurze i małpie łapki, czarne kamienie różnej wielkości, lustra, laleczki, najróżniejsze kości i więcej amuletów czy wisiorków niż mógłbym zliczyć. Sprzedawano tu także składniki do samodzielnego uprawiania czarnej magii, między innymi zwierzęce flaki, czarne świece i kredy czy trujące rośliny. Wszystko ładnie ułożone, posegregowane i przechowywane z najwyższą starannością. Ze względu na wysoką szkodliwość znajdujących się tutaj "produktów" był to naprawdę niebezpieczny pokój. Nawet jako dinozaur tego przeklętego biznesu wiedziałem, że tutaj lepiej trzymać łapy przy sobie.

Starucha zamknęła za mną drzwi i doczłapała za ladę.

- Czego legendarny guślarz chce od starej wróżki? - paskudny uśmiech nie schodził jej z ust. Mówiła wolno, stękając przy tym i rzężąc, jakby miała w gardle kłębek kłaków. Albo jeden z tych suszonych świńskich móżdżków z jednej z górnych półek. - Ktoś mu się naraził? Chce poznać przyszłość? A może... potrzebuje uwieść kobietę... która...

- Już mówiłem, po co przyszedłem. - powiedziałem sucho.

- Ach tak... przyniósł mi amulet... - gdy roześmiała się ponuro, z kącika ust poleciała jej strużka śliny. - Pokaże go...

Sięgnąłem do kieszeni i wręczyłem jej całe zawiniątko. Gdy po niego sięgała, dotknęła mojej dłoni swoimi chudymi paluchami. Nie dałem po sobie poznać, że w tej samej sekundzie moim całym ciałem wstrząsnął zimny dreszcz. Obrzydliwa była ta suka, że hej, przysięgam ci. Wyciągnęła spod lady lupę i zaczęła przewracać amulet w rękach, uważnie badając jego strukturę. Nie wiem, czego tam szukała, ale dość długo wpatrywała się w niego, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. Większości nie dosłyszałem, ale wątpię, żeby było to zwykłe gadanie do siebie, tak typowe dla starych ropuch. Te fragmenty, które zdołałem wyłapać, niepodobne były do żadnego znanego mi języka.

Potem podniosła go i wyciągnęła swój brudny i mokry jęzor. Polizała stanowiącą centrum amuletu ptasią czaszkę, a gdy to zrobiła, oczy momentalnie wywróciły się jej na drugą stronę. Zastygła w takiej pozycji z częścią amuletu przylepioną do języka. Długo się nie ruszała, tak długo, że zaczął do mnie dochodzić smród z kałuży śliny cieknącej na blat z jej otwartego pyska. Gdy w końcu zamknęła gębę i spojrzała na mnie wyglądała na jeszcze bardziej zadowoloną niż zanim tam przyszedłem.

- I jak? - zapytałem.

- To potężny przedmiot... bardzo... bardzo niebezpieczny... nasączony potężną klątwą...

- Zdążyłem się domyślić. - przerwałem jej. - Ubicie tego, co ten amulet przywrócił do życia prawie kosztowało mnie odgryziony łeb.

- Poroniec zabił... kobietę... i dwóch mężczyzn... rozerwał i wykrwawił...

Uniosłem brew.

- Dwóch? Zabił jednego, drugi z nich, ten ojciec...

- Już zdechł. - przerwała mi i roześmiała się okropnie. - Miał drugą ranę na karku... on nawet nie zauważył... wdało się zakażenie. - spojrzała na mnie wskazując mnie palcem. - Nikogo nie uratował...

Znów roześmiała się okropnie. Milczałem.

- Który to już raz ludzie giną... mimo jego interwencji? - wydusiła z siebie. - Ale nie można się dziwić... w zabijaniu jest bardzo... bardzo dobry...

Zacisnąłem pięści tak mocno, że mi knykcie pobielały. Stara zaczęła przeginać pałę, a ja byłem raczej z tych, co mają bardzo krótki lont.

- Zamknij mordę, bo zaraz się przekonasz na własnej skórze. - warknąłem. - Mów, czego się dowiedziałaś.

- Rallus aquaticus... - wyszeptała. - linksmine... tojad...

Trzy podpowiedzi. Zawsze trzy podpowiedzi i ani jednej więcej. Westchnąłem ciężko. Chociaż w tamtym momencie niewiele mi to mówiło, wiedziałem już, że stara nie powie nic więcej. Spełniła swoją część umowy. Wyciągnąłem rękę, a ona, powoli wyciągając rękę, oddała mi amulet. Schowałem go do kieszeni płaszcza i ruszyłem w stronę wyjścia. Wtedy światło w pomieszczeniu zamigotało.

- Nie zapomina...

Moja ręka była już na klamce. Byłem tak blisko. Przekląłem pod nosem i cofnąłem ją. Kurwa. - pomyślałem. Oczywiście pamiętałem, po prostu bardzo nie chciałem tego robić. Stara za swoje usługi, jak każdy zresztą, żąda zapłaty. Nie pieniężnej oczywiście. Tylko tego brakowało, żeby pośród tych wszystkich chorych przedmiotów stała kasa manualna i kalkulator. "Świeże bycze serce, kozie kopyto i pół kilo wilczej jagody poproszę. I fakturkę poproszę, bo to na firmę pójdzie." Chuja. Tam płaci się inaczej.

Odwróciłem się. Wtedy baba stała tuż przede mną. Słuch miałem znakomity, ale nie słyszałem, aby postawiła chociaż jeden krok. Wpatrywała się we mnie tępo, a za jej uśmiechem było coś, czego próżno było szukać wcześniej. Pewien cień. Tak, to definitywnie był czas zapłaty.

Z paska zawiązanego wokół wielkiego buciora wyjąłem niewielki nożyk. Wyciągnąłem rękę i lekko naciąłem żyłę na przedramieniu. Krew spłynęła ochoczo prosto na dół, na czoło starej, skąd trafiła na jej zamknięte powieki i nos, i dalej na policzki i usta. Drżała z podniecenia, gdy czerwień dotykała jej twarzy. Niczym największy smakosz zlizała to, co dotknęło jej warg. Potem krew zaczęła wsiąkać w jej skórę, aż po chwili cała zniknęła, wchłonięta jak krem do rąk.

8

Do teraz pamiętam tę akcję, jakbym pojechał na nią dziś rano. Nawet w zawodzie pełnym tak niecodziennych wydarzeń i brutalnej, piętnującej człowieka przemocy zdarzają się momenty, które szczególnie wyrywają się w pamięci. Straszne nawet wśród strasznych, potworne wśród potwornych, w chory i obrzydliwy sposób wyjątkowe. To była jedna z tych, pierwsza z wielu, które po latach zdecydowałem się opisać.

Druga część podróży minęła mi nieco szybciej. Myśli cały czas krążące wokół mojej rozmowy z tamtym krętaczem skutecznie znieczuliły mnie na panujące tam warunki drogowe. Dzięki temu już w mgnieniu oka znalazłem się przed wspomnianym w barze lasem. Przeciwnie do tego, co powiedział Andrzej, nie był on otoczony siatką, przynajmniej nie z tej strony, pod którą podjechałem. Mimo to wiedziałem, że jestem w dobrym miejscu.

Drzewa były wysuszone i jakby stare. Toczyła je choroba wysysająca z nich siły życiowe, pozbawiając je koloru oraz zdrowia i zostawiając po sobie nie więcej niż suche skorupy. To cud, że przy panujących wtedy temperaturach las nie zajął się ogniem. W jego ówczesnym stanie zjarałby się, jakby był zalany benzyną.

Ten widok sugerował oczywiście ingerencję demonicznych sił. Lasy zwykle nie wysychają na wiór w środku lata. Na pewno nie do tego stopnia. Odepchnąłem się lekko nogami i, turkotając cicho, ruszyłem z wolna wąską dróżką prowadzącą między drzewa. Głębiej sytuacja wyglądała identycznie jak z zewnątrz. Doszła do tego jedynie cisza. Nie słyszałem żadnych zwierząt ani ptaków, ani wiewiórek, ani niczego innego. Zupełnie, jakby wszystkie wyniosły się stamtąd gdzie pieprz rośnie, jak tylko okolicę szlag trafił. Nawet wiatr zdawał się odpuścić sobie penetrację tego miejsca, pozostawiając wyschłe liście na martwych gałęziach drzew.

Jechałem tak kilkanaście minut, dając się prowadzić staremu szlakowi lokalnych spacerowiczów. Chciałem podjechać na motorze jak najgłębiej byłem w stanie, zanim drzewa zaczną rosnąć zbyt gęsto, zmuszając mnie do zapieprzania z buta. Nagle, ku mojemu całkowitemu zaskoczeniu, ścieżka zakończyła się między dwoma zniszczonymi chatami. Z początku myślałem, że to stare leśniczówki albo coś w tym rodzaju. Objechałem je, a kilkadziesiąt metrów dalej znalazłem kolejne, tym razem znaczne więcej. Te były niemniej zaniedbane i zapuszczone, musiały być jednak czyjąś prywatną własnością. Miały ogródki, własne szopy na narzędzia, pozostałości po starych huśtawkach czy drewnianych konikach do bujania. Chyba do bujania, nie wiem, nigdy nie bawiłem się zabawkami. Chyba że liczyć nóż składany, który dostałem na czwarte urodziny, albo Berettę M1935, którą ojciec dał mi na siódme.

Poruszając się do przodu, opuściłem gęste drzewa i znalazłem się w maleńkiej miejscowości położonej przy zachodniej stronie lasu. Sądząc po jej stanie, podzieliła ona ten sam los. Wszystkie domy, kiedyś różne, teraz wyglądały niezwykle podobnie. Były jak trupy wykończone przez tę samą infekcję. Miały ściany tak brudne, że chyba nawet muchy brzydziłyby się na nich siadać, a żółta trawa z nieskoszonych trawników rosła tak wysoko, że sięgała aż do niechlujnych framug zapyziałych okien. Nad smętnymi dachami i posępnymi koronami drzew było niebo, szare i mroczne z granatowymi chmurami blokującymi jakiekolwiek światło.

I to powietrze. Zatęchłe i ciężkie, jakbym zamiast obok lasu był w niewietrzonym od dawna pokoju. Wiedziałem, jak rozpoznać nawiedzone miejsce, takie dotknięte złem i chorobą. Od razu byłem pewien, że to jedno z takich. Byłem przekonany, że to miejsce musi być opuszczone i to już od jakiegoś czasu. Jego stan jasno dawał mi do zrozumienia, że nikt nie mógł tam mieszkać. I dobrze, to znacząco ułatwiało mi pracę. Jeśli nikt nie plątałby mi się w pobliżu, walka z tą kurwą powinna być nieco łatwiejsza.

To właśnie niedaleko stamtąd, kilka kilometrów na północny wschód od wioski, zaobserwowano wiele lat wcześniej ptaka wodnika. Musiałem jak najszybciej znaleźć to miejsce i wprowadzić w życie mój plan. Zamierzałem zrobić z opuszczonej wioski moją bazę wypadową podczas ostatnich przygotowań do roboty.

Zsiadłem z motoru. Wypadałoby się nieco rozejrzeć, może któraś z tych chat nie trzymała się aż tak źle, jak wszystkie wyglądały. Dokładne poznanie terenu i odnalezienie miejsca pobytu łaumy mogły mi zająć nawet kilka dni, do tego czasu wolałem nie nocować pod gołym niebem. A kto wie, może w środku znalazłbym coś interesującego, co rozjaśniłoby mi, co dokładnie spotkało poprzednich lokatorów?

Pozaglądałem w kilka okien i doszedłem do wniosku, że większość domostw została opuszczona raczej w pośpiechu, zostawiając w tyle wszystko, co nie było absolutnie niezbędne do przeżycia. Po pokojach walały się porozrzucane ubrania, a na kuchennych blatach dalej stały garnki pełne wtedy już kompletnie zepsutego jedzenia. Coś jednak nie dawało mi spokoju. Z zewnątrz chaty wyglądały, jakby zostały opuszczone wiele lat temu. Całe zniszczone, pokryte grzybem, mchem i grubą warstwą brudu. Jednak ich wnętrza znacząco odbiegały od tego nieciekawego wizerunku. Żadne nie wyglądało na opuszczone przez dłużej niż kilkanaście miesięcy, część mogła być zamieszkana jeszcze na początku tamtego roku, a przypomnę, że był wtedy dopiero środek lata.

Co zatem sprawiło, że z zewnątrz wyglądały kilka razy starzej, niż sugerowało to wnętrze? Czy to mogła być sprawka jakiegoś złego uroku czy klątwy, która ewidentnie spowijała to miejsce?

Jeden dom szczególnie przykuł moją uwagę. Nie był tak zaniedbany jak reszta. Albo raczej wyglądał równie mizernie, ale ktoś nieudolnie starał się doprowadzić go do względnego porządku. Brudne okna były trochę bardziej przezroczyste, syf na ścianach był jakby nieco mniej czarny. Podszedłem bliżej, aby lepiej obejrzeć to nietypowe dla tego miejsca znalezisko. Kiedy zajrzałem do środka, zobaczyłem ogień tlący się w niewielkim kominku.

- Nie wszyscyśmy wyjecholi. - odezwał się głos po mojej prawej.

Szybko odwróciłem się w tamtą stronę, zaciskając rękę na uchwycie łopaty. Pod niską, umierającą jabłonią na małej ławeczce przed domem siedział drobny staruszek. - To na reumatyzm. - odrzekł. - Ciepłe szmaty łagodzą ból. Starość nie oszczędzo nikogo, o nie. - pokręcił smutno głową. Dziadyga mówił dziwną gwarą, nie pamiętam dokładnie, jaką. Wszystko, co mówił, będę pisał jak zjeb, żeby jakoś oddać ten jego dziwny zwyczaj.

Wyprostowałem się i puściłem broń. Czyli jednak ktoś tu został. - pomyślałem. Po tym, co zobaczyłem nie sądziłem, że zastanę tu kogokolwiek żywego.

- Byłem pewien, że to miejsce jest opuszczone. - powiedziałem.

Staruszek zaśmiał się krótko.

- Jok kożdy, kto ostotnimi czosy do nos trofił. A nie było tokich wiele, proszę mi wierzyć.

- Co się tu wydarzyło?

- O na co to jośnie ponu wyglonda? - odparł, rozglądając się po okolicy.

Potarłem dłonią pokryty twardą szczeciną podbródek.

- Na robotę potężnego demona. - odpowiedziałem, nie patyczkując się.

Dziadek zmierzył mnie czujnym wzrokiem.

- Pon tu nie przypodkiem przyjechoł. Widoć to było od rozu. - westchnął głęboko. - Jo też mówił, że demon. Czy inne diobelstwo z piekła. - splunął na ziemię. - Tokie rzeczy się tu dzioły, że jak Boga kochom innego wytłumoczenia ni ma. Oni oczy nie widzioły oni uszy nie słyszoły tokich potworności, proszę mi wierzyć. Cuś bordzo złego opętoło to miejsce.

- Będę potrzebował szczegółów. - powiedziałem. Skoro stary nadal tam mieszkał, to prawdopodobnie posiadał wiele cennych informacji o tym, co się tam odpierdalało. Bogatszy o jego wiedzę mogłem zyskać przewagę w mojej przyszłej konfrontacji z demonem.

Staruszek westchnął.

- Usiondź pan, powim wszystko co wim. - zrobiłem co kazał. - To już wiele miesięcy będzie, no pewno ponad rok. Dokłodnie ni pamiętam. Zaczęło się niewinnie, psy niespokojne bliżej lasu się robiły, ktoś w nocy kroki przed chatą słyszał. Innemu kuro zniknęła czy dwie. To, co się czasem ludziskom na wsi przytrofia. Potem się gorzej cholero zrobiło. W nocy jęki jakieś zza linii drzew zaczęły dochodzić, a ludzie, co zbyt głęboko się w los zapuścili, przestali do chałup wrocać. A on som, los w sensie, zworiowoł jakby. Ponury się zrobił, jokby cołe szczęście z niego ulecioło. - odwrócił się ode mnie i kaszlnął mocno kilka razy. Splunął obrzydliwie żółtą flegmą i kontynuował. - Potem zoczęły się szerzyć choróbska. Goronczki, zopolenia płuc, no wszystko. Kilko tygodni minęło, a tu tyle chłopa podło, że co druga chota pusta stoła. Na końcu - tu wyraźnie posmutniał - zoczęły znikać mołe dzieci. Wieczorem motki kłodły je do kołyski, a rono ich już nie było. A tej nocy, gdy któreś znikało, śród drzew unosił się nie jęk, a śmiech. Tok obrzydliwy, że... - dziadek wzdrygnął się. Zobaczyłem jak po policzku popłynęła mu łza. Otarł wilgotne oczy i spojrzał na mnie. - Ni wim, czego pon tu szuka, ole naprowdę rodzę zowrócić. Tutoj zło zwyciężyło downo temu.

Milczałem przez jakiś czas. To co mówił ten człowiek, przerażające dźwięki z lasu, choroby, zaginięcia ludzi i dzieci - wszystko się zgadzało z wiedzą, którą ja sam zgromadziłem na temat działania łaumy. Aby upewnić się, z czym miałem do czynienia, musiałem zapytać jeszcze o jedno.

- Mówił pan, że ci, co weszli za daleko do lasu znikali. Gdzie dokładnie?

Popatrzył na mnie zdziwiony.

- Ni rozumim.

- Czy znikali w całym lesie, czy tylko w jego części. Na przykład w pobliżu bagien.

Oczy mężczyzny rozszerzyły się.

- Skond ...

Wstałem.

- Czy został tu ktoś jeszcze?

Tamten podrapał się po łysinie.

- Zostoł Wójcik z najstorszym synem, Komińska, co się storom motkom zojmuje też. No i toka kobieta młoda do tego, co ona nowa w okolicy jest, wylecioło mi z głowy jej nozwisko...

- Proszę zebrać ich wszystkich u siebie. Od dzisiaj dla bezpieczeństwa będziecie spać w jednym domu. Weźcie broń i jedzenie, a wszystkie okna zabijcie deskami. Wrócę przed nocą.

Potem odszedłem.

- O-ole... co pon mówi!? - zdumiał się staruszek. - Dloczego?...

- Macie być gotowi o zmroku. - rzuciłem przez ramię.

Amulet z piórem ptaka mieszkającego tylko w okolicy, wzmocniony efektem tojadu, który najchętniej rośnie na bagnach. Starucha dająca mi znać, że te dwa elementy zostały połączone w jedno przez groźnego demona, który kryje się pod tajemniczą nazwą linksmine. W domu odkrywam, że tym tajemniczym drapieżnikiem dosłownie z piekła rodem jest łauma, demon wyjątkowo niebezpieczny i standardowo ściśle terytorialny.

Było gniazdo na bagnie i w pobliżu ludzi, były ofiary ginące niedaleko terenu demona, były choroby atakujące okolicznych mieszkańców. Dzieci ginące z kołysek niestety również. Wszystko co odkryłem sam, czego dowiedziałem się parę dni temu od starej i co zdradził mi przed chwilą jeden z ostatnich mieszkańców wioski, składało się w jedną całość.

Teraz, gdy byłem już bardziej niż pewny tożsamości istoty odpowiedzialnej za to całe zamieszanie, mogłem zacząć przygotowywać się do jej sprzątnięcia. Pełne wilgoci i niepewnego gruntu mokradła nie były idealnym miejscem na walkę na śmierć i życie, mimo to naprawdę ufałem, że mój plan mógł się powieść. Wiem, że aż nosi cię, żeby go poznać, ale spokojnie, wszystko w swoim czasie. Nie bądź taki kurwa w gorącej wodzie kąpany, a wszystkiego się dowiesz.

Na razie, aby upewnić się, że jego realizacja faktycznie się powiedzie, musiałem zawczasu znaleźć leże demona. Nie tracąc więc czasu, ruszyłem w stronę lasu.

9

Udałem się na zachód, idąc zniszczoną, wiejską drogą. Po kilku minutach dotarłem do miejsca, gdzie zaczynał się las. Tam też dojrzałem ogrodzenie wspomniane mi w restauracji przy stacji benzynowej. Od razu zauważyłem, że w jednym Andrzej znacząco minął się z prawdą. Siatka wcale nie była taka licha, jak ją opisał. Ten nachalny frajer mówił coś o taśmie milicyjnej i siateczce z drutu i owszem, obie te rzeczy faktycznie tam były, ale bynajmniej nie były to zwyczajne środki ostrożności. Biało-czerwona taśma owinięta była wokół wysokiej siatki z zasiekami, wykonanej z grubego stalowego drutu, który, co zaskoczyło mnie najmocniej, został poddany procesowi galwanizacji.

Galwanizacja w tym przypadku oznaczała pokrycie stalowego druta cienką warstwą srebra próby 999. Było to srebro w jego najczystszej postaci, bardzo plastyczne i miękkie, a zatem idealne do takiej roboty. Milicja musiała wiedzieć, że to, co grasowało w tamtym miejscu nie pochodziło z naszego świata. A jednak porzucili to miejsce w popłochu zaraz po postawieniu płotu, licząc zapewne, że ten uwięzi w lesie to, co w nim zamieszkało. Tchórzliwe skurwysyny. Byłem gotów założyć się, że nawet nie spróbowali wezwać na miejsce prawdziwego fachowca. Poza mną było ich w Polsce jeszcze kilku. Choć w kompetencje niektórych szczerze wątpiłem, na pewno nawet najgorszy z nich wiedziałby, że taki płot nie zdoła zatrzymać potężniejszego demona.

I dokładnie to stało się w tym przypadku. Ogrodzenie ze stali i srebra zostało sforsowane z pomocą potwornej siły, doszczętnie rozerwane pazurami, a jego druty wygięte we wszystkie strony. W miejscu brutalnego ataku srebro sczerniało, co nadawało mu jeszcze tragiczniejszego wyglądu. Zaśniedziałe srebro nie traciło mimo wszystko swoich właściwości.

Podszedłem bliżej. Drut miał na oko z pięć milimetrów. Solidna robota. Sól parzy, srebro osłabia - to chyba pierwsza rzecz, którą przekazał mi ojciec, kiedy zaczął przyuczać mnie do zawodu. Najczystsze srebro jest tak skuteczne, że od samego dotyku słabsze demony momentalnie padają na ziemię, zbyt osłabione, by nawet kiwnąć rogatym łbem. Tymczasem łauma rozpruła siatkę, jakby była z papieru klejonego na ślinę.

Niemniejszą grozę budził las rozciągający się za nią.

Zniszczony ciężką chorobą budził we mnie pewną litość, a jednocześnie niepokój. Był jak umęczony trędowaty, który, skrajnie wycieńczony, ledwo trzyma się życia i który przez swój stan stanowi również poważne zagrożenie dla otoczenia. Im bardziej choroba się rozwija, im bardziej trawi i osłabia nosiciela, tym niebezpieczniejszy staje się on dla ludzi wokół. Przykry paradoks, którego idealny przykład widziałem przed sobą. Nie było opcji, żeby w środku dychało jeszcze jakiekolwiek zwierzę.

Podszedłem do jednego z drzew. Pokryte było dziwnym, śmierdzącym i żylastym grzybem, a z kilku miejsc na pniu wypłynęła zakrzepła już obrzydliwa biało-żółta substancja. Podobne objawy, jak i wiele innych, mogłem zaobserwować na sąsiednich drzewach. Łauma nie truła jedynie ludzi, ale całe środowisko. Stojąc oko w oko z tamtym miejscem, każdy nerw w ciele krzyczał, żebym stamtąd spierdalał. Ludzki instynkt często potrafi wyczuć złe miejsca i zapalić nam w głowie czerwoną lampkę ostrzegawczą. Mój odpalił w tamtym momencie prawdziwy alarm bombowy.

Nie dziwota zresztą. Bardzo rzadko stawałem naprzeciwko demona, który samą swoją obecnością potrafiłby wysuszyć cały las. Takie sztuki stanowiły bardzo odosobnione przypadki. Wielu guślarzy ginie z rąk słabszych demonów, nigdy nie mając okazji stanąć z takim w szranki. Nie żeby mieli z nim jakiekolwiek szanse.

Wyjąłem główkę czosnku z kieszeni i odłamałem z niej dwa ząbki. Wrzuciłem je sobie do gęby i mocno rozgryzłem. Nie byłem pewien, czy czosnek zadziała, w żadnej z moich ksiąg nie odnalazłem informacji o słabościach tej jędzy. Miałem nadzieję, że jako słowiański demon zachowywała ona te wspólne dla reszty jej plugawego rodzaju. Przeżuwając sięgnąłem po piersiówkę. Golnąłem z niej potężnie, po czym wylałem sobie resztę na głowę. Chociaż byłem patriotą to nie wódka była w środku, ale niezbędna do ochrony woda święcona. Wziąłem do ręki duży krzyż, który wisiał na mojej szyi i odmówiłem szybką modlitwę.

- Luctor et emergo. - szepnąłem i wszedłem między zarośla.

Według mapy, idąc prosto przed siebie, powinienem był za niecałą godzinę dotrzeć do bagien. Mały zegarek na moim nadgarstku mówił, że do zachodu miałem jeszcze dużo czasu. Bogu dzięki, że dni były wtedy tak długie, inaczej moje zadanie byłoby dużo trudniejsze.

Głębia lasu wyglądała nawet gorzej niż jego zewnętrze. Do zniszczonych i godnych pożałowania drzew doszła wysuszona i jałowa ziemia oraz zatęchłe powietrze. Jednak największą różnicą była cisza. Nie to, żeby w lesie na co dzień odbywały się głośne koncerty czy inne gówna, nie, ale tamta cisza była zupełnie inna od tej, która zazwyczaj w nich panuje. Niby okolica zawsze jest spokojna, ale nie zatrzymuje się całkowicie. Tutaj zawieje wiatr, tam jakieś zwierzę złamie gałązkę, gdzie indziej zaśpiewa ptak. Nietrudno wdepnąć w mrowisko czy w srakę jakiegoś zajączka. Tamtego dnia było inaczej. Cisza tam panująca była tak dojmująca, że idąc mogłem słyszeć przyśpieszone bicie własnego serca. Był to zupełnie nienaturalny nastrój, jakby cały ekosystem zamarł w bezruchu. Albo umarł.

Parłem przed siebie, cały czas czujnie i ostrożnie stawiając kroki, bezustannie rozglądając się w około. Minęło dziesięć minut, dwadzieścia, czterdzieści. Dopiero po takim czasie odkryłem pierwsze zwierzęce ciało. Leżało pod złamanym dębem. Było ogromne, całe czarne i zgniłe, rozerwane na pół, razem z drzewem, pod którym leżało. Jedno uderzenie zakończyło życie ich obojga. Szybko zbadałem zwłoki i doszedłem do wniosku, że należały one do młodej samicy niedźwiedzia brunatnego. Ważyła nie więcej niż sto kilogramów, to nie znaczyło jednak, że siła, która odebrała jej życie, zdawała mi się mniej potworna. Wręcz przeciwnie, zabić niedźwiedzia, i to jednym ciosem, było przerażającym popisem potęgi niezależnie od jego rozmiarów. Szczególnie, że uderzenie złamało jeszcze drzewo za zwierzęciem. Człowiek uderzony z taką mocą wyleciałby w powietrze w kilku kawałkach, tworząc pod sobą krwawy deszcz.

Wstałem i ruszyłem dalej. Krok miałem żwawy, więc szybciej, niż zakładałem, doszedł do mnie zapach mokradeł. Mocno czuć było wilgotną ziemię czy gnijące w błocie rośliny. I siarkę. Mocniej niż zwykle czuć było nieprzyjemny zapach siarki. Schowałem się za drzewem i wychyliłem się. Szare trzciny, ogromne, wodniste kałuże i błoto jak okiem sięgnąć.

Gdyby tylko udałoby mi się namierzyć gniazdo łaumy, mógłbym to łatwo wykorzystać, zyskując nad nią ogromną przewagę. Jednak kurwa pewnie to wiedziała. Mogła zaczaić się gdzieś w głębi bagien, tam, gdzie naprawdę ciężko byłoby ją znaleźć. Musiałem się pośpieszyć, jeśli chciałem mieć szansę odszukać jej gniazdo przed zachodem. Szedłem powoli, uważając, gdzie stawiałem stopy. Dzięki solidnym i wysokim butom mogłem zanurzyć się w wodzie po łydki bez ryzyka pomoczenia się.

Demony są raczej nocnymi stworzeniami, jednak nie mogłem zapominać, że ludzie znikali tam również w samym środku dnia. Roztropnie było założyć, że ten demon bywał aktywny przez całą dobę, mogąc wyleźć z nory o każdej porze. Była to kolejna cecha demonów tego najwyższego szczebla. Bez elementu zaskoczenia moje szanse na zwycięstwo wyraźnie malały. Modliłem się, aby dziwka była wtedy pogrążona w głębokim śnie.

Minuty mijały, a przez odór siarki było już ciężko oddychać. Z żalem odkryłem, że nie całe życie wyniosło się z okolicy. Ważki wielkie jak kolibry latały mi nad głową, a komary bez przerwy przypominały, czemu tak ich nienawidzę. Dodatkowo co jakiś czas widywałem porozrzucane fragmenty zgniłego mięsa i kości pełnych białych i tłustych larw. Mogłem się jedynie domyślać, czyje to szczątki, zwierząt czy może ludzi.

Prąc przed siebie, w końcu natrafiłem na bezsprzeczny ślad po ludzkiej ofierze łaumy. W brudnej wodzie pływał męski but, skórzany i wysoki. Bliźniaczo podobny do moich. W środku dalej znajdowała się oderwana stopa właściciela. Przeszukałem okolicę w poszukiwaniu reszty tego nieszczęśnika. Dość szybko trafiłem na pozostałe części jego ciała.

Leżał twarzą w dół na mokrej ziemi, tak, że do pasa znajdował się w wodzie. Jego lewą rękę znalazłem pod pobliskim drzewem, drugiej nie udało mi się odnaleźć. Tak samo jak sporej części jego prawego boku, urwanej lub odgryzionej części głowy i kilku innych fragmentów jego ciała. Masakrując tego biedaka musiała rozrzucić je tak daleko, że nie byłem w stanie ich odszukać. Przynajmniej chciałem to sobie tak tłumaczyć, dobrze bowiem wiedziałem, która opcja była bardziej prawdopodobna.

Pożarła je. Zabiła go i zjadła części jego mięsa i skóry. Wygryzła je i połknęła razem z kośćmi.

Wyjąłem zenkę z papierośnicy i zapaliłem ją drżącymi rękoma. Zabiję ją. - pomyślałem. - Poślę tę dziwkę do piekła, chociażbym miał tam trafić razem z nią.

Sądząc po stopniu rozkładu, nieboszczyk leżał tam już bardzo długo. Zaciągnąłem się głęboko i obróciłem jego ciało na plecy. Dźwięków i zapachów temu towarzyszących nie da się przyrównać do niczego innego. Na samo wspomnienie o nich nadal dreszcz przebiega mi po karku. Od panującej tam wilgoci ciało zrobiło się obrzydliwie miękkie i gąbczaste. Czułem, że moje palce lada chwila przebiją się przez tkankę i zanurzą w całym tym gównie rozkładającym się pod spodem. Odór rozkładu dopadł mnie nagle z taką mocą, że niemal powalił mnie na ziemię.

Na szyi denata zobaczyłem to, co spodziewałem się tam znaleźć. Z żalem urwałem wiszący na jego szyi krzyż świętego Benedykta. Był to nieśmiertelnik z wyrytymi na nim egzorcyzmami, mający chronić noszącego przed złem. Popularny był przede wszystkim wśród egzorcystów, ale niemniej chętnie nosili go także guślarze. Ci drudzy ryli na jego odwrocie swoje nazwiska, żeby w razie tragedii, łatwiej można było zidentyfikować ich ciała.

"Gurliński. P"

Nie znałem tego człowieka. Nie zdziwiło mnie to za bardzo. Wolałem chodzić swoimi drogami, więc nie trzymałem się z innymi guślarzami. Ponad politykę przyjętą przez większość, wybrałem własną wolność i niezależność. Pod spodem widniała data jego narodzenia:

"19.02.1955". Młody był. - pomyślałem.

Pewnie zawiódł go brak doświadczenia. Dzieciak nie mógł się spodziewać, jak wielkie zło czyha w tamtym miejscu. Zgaduję, że było już za późno, gdy zdał sobie z tego sprawę. Młody nigdy nie powinien był tam trafić.

Schowałem nieśmiertelnik do kieszeni. Postanowiłem później zgłosić to do odpowiednich organów. Wiedziałem, że gdy już położę łaumę trupem, będzie można wydobyć stamtąd wszystkie szczątki i oddać je rodzinom do godnego pochówku. Zamierzałem dopilnować, żeby nikt nie zapomniał, kto jako pierwszy przybył na pomoc okolicznym mieszkańcom.

Ponownie zacząłem przeczesywać mokradła w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu po gnieździe demona. Szukałem czegokolwiek - więcej zwłok, śladów krwi, śladów pazurów, a nawet woni szczochów czy świeżej sraki (tak, demony też srają). Wszystko na próżno. W końcu, gdy słońce miało już zachodzić, zdecydowałem się dać już sobie spokój.

Nic z tego. - pomyślałem. - Prędzej dostanę jebanej malarii niż trafię na to gniazdo.

Postanowiłem wrócić tam rano, kiedy na poszukiwania będę miał znacznie więcej czasu.

Gdy już miałem wracać do wioski, nagle zobaczyłem coś pływającego w wodzie obok mnie. Dziwny, pomarańczowy patyk wystawał znad tafli wody, wyróżniając się barwą wśród ponurego otoczenia. Zmarszczyłem brwi. Co to, do cholery, znaczy pomarańczowy patyk? - pomyślałem. - Nie ma pomarańczowych patyków. Jakiś śmieć może? Patyczek od lizaka na przykład. Ale w takim miejscu?

Podszedłem bliżej. Przedmiot zdawał się być przyczepiony do szarobrązowej kupki gówna z jakimiś dwoma innymi patyczkami poniżej.

Ja pierdolę. - pomyślałem.

To ptak. To, co jak ostatni idiota wziąłem za "pomarańczowy patyk", było wyjątkowo cienkim i długim dziobem, "kupka gówna" była pierzastym ciałem, a "dwa inne patyczki" to nóżki. Wyjąłem biedaka z wody i obejrzałem go uważnie.

Wodnik. Nie miałem wątpliwości. Był trochę nadgryziony przez robaki, ale nie przeszkodziło to w jego rozpoznaniu. Leżał tam długo, bardzo długo, na szczęście nikt go nie zjadł. W końcu próżno tam było szukać drapieżników, a wątpiłem, aby łauma zainteresowała się tak małą zdobyczą. Może i nie znalazłem kryjówki tamtej suki, ale miałem za to kolejne potwierdzenie jej obecności tam. Tego nigdy za wiele.

Trzymając ciało wodnika, wpadłem na pewien pomysł. Chyba już wiedziałem, jak ogarnąć, kto stał za dystrybucją przeklętych amuletów. Urwałem jedno piórko wodnika i schowałem do kieszeni. Resztę jego ciałka wyjebałem gdzieś w krzaki. Pomimo szacunku, jakim darzyłem i wciąż darzę zwierzęta, noszenie napęczniałego od gazów truchła ptaka w kieszeni napawało mnie obrzydzeniem.

Z pomocą słońca odnalazłem wschód i żwawym krokiem wróciłem do wioski. Było już późno. Ostatnie promienie słońca znikały za horyzontem, powoli zalewając całą okolicę w upiornej ciemności. Musiałem się śpieszyć. Łauma lada chwila miała się obudzić.

10

Zgarnąłem szybko swój motor i podjechałem nim pod płot staruszka. Ciężką torbę zarzuciłem sobie na ramię i ruszyłem w stronę drzwi. Z tego co widziałem, okna faktycznie były zabite deskami. Bardzo dobrze, widocznie stary miał trochę oleju w głowie. Zapukałem stanowczo. Usłyszałem szybkie kroki i po chwili drzwi otworzyły się na oścież. Za nimi stał siwiejący mężczyzna około pięćdziesiątki, z nogą od stołu gotową do ataku. Za nim stał drugi, młodszy i również uzbrojony w byle co. W tyle, zza ściany na końcu korytarza łypała na mnie para przestraszonych, kobiecych oczu.

Wszedłem do środka, przeciskając się między nimi.

- Zamknijcie drzwi. - rzuciłem za sobą. - Zaraz przyjdzie noc.

Salon wyglądał jak każdy wiejski dom w tamtych czasach. Drewniana podłoga pokryta wytartym linoleum, stara meblościanka, stół z ceratą w jakieś fioletowe kwiaty. Wokół niego stały cztery obite denną tapicerką krzesła, a pod oknem stał obskurny tapczan z zarzuconym na niego kocem. Całość oświetlona była sporymi świecami porozrzucanymi po całym pomieszczeniu. Nic specjalnego, oczywiście jeśli nie licząc wychudzonej krowy siedzącej z boku i przeżuwającej leniwie jakieś zielsko.

- Co tu, kurwa, robi krowa? - zapytałem wskazując na zwierzę. Jej oczy wlepiły się we mnie, jakby zrozumiała, że wspomniałem właśnie o niej.

- To ostotnia sztuka we wsi. - powiedział stary. - Nie mogliśmy jej zostowić somej. Już od jokiegoś czosu Boba śpi z nomi pod jednym dochem.

Zwierzę wlepiało we mnie niespokojny wzrok. Jej wątłe mięśnie napięły się, a ogon podniósł się sztywno do góry.

- Co ona taka przestraszona? - zapytała jedna z kobiet, podchodząc do... Boby. Widząc u jej boku staruszkę na wózku domyśliłem się, że była to Kamińska.

- Każdy jest? - zapytałem gospodarza, starając się nie patrzeć w tamtą stronę.

- Ono. - potwierdził. - O co pon w tym plecoku niesie?

Przeliczyłem na szybko wszystkich. Kamińska z matką była, jedna młodsza kobieta też, ojciec z synem i stary gospodarz również. Dobrze.

Ignorując jego pytanie, podszedłem do stołu i położyłem na nim torbę. Rozpiąłem ją i wyjąłem ze środka wszystko, co ze sobą przywiozłem. Gdy to robiłem, nikt z obecnych nie odezwał się nawet słowem. Jedynie gospodarz podszedł do mnie wolno i zajrzał mi przez ramię. Gdy zobaczył zawartość torby, sapnął głośno i przeżegnał się. Jako starszy człowiek ze wsi musiał domyślać się, co i czemu tam przyniosłem.

Piętnaście kilogramów soli w słoikach, dziesięć kamieni lapis lazuli, dwadzieścia główek czosnku, dodatkowo kilka srebrnych krzyży, spory baniak wody święconej i duże kadzidło z przygotowanymi w metalowych pojemniczkach ziołami do palenia.

- Każdy niech weźmie krzyż. - nakazałem.

Nikt się nie poruszył. Każdy wpatrywał się we mnie z końca pokoju z szeroko otwartymi oczyma, jakbym właśnie kazał im zeżreć własne gówno. Ten wzrok był mi bardzo dobrze znany, jednak wciąż niesłychanie mnie wkurwiał. I choć w życiu bym się do tego nie przyznał, trochę smucił.

- Która część polecenia była niezrozumiała? - warknąłem.

- Czy to konieczne? - zapytała Kamińska, zerkając to na stół, to na moją strzelbę.

- Absolutnie nie jest to konieczne. - odparłem, patrząc jej w oczy. - Jednak, jeżeli chcecie dożyć świtu, nalegam na spełnianie moich wskazówek. - rozejrzałem się po pozostałych. - Chcecie robić po swojemu, proszę bardzo, jednak niestosowanie się do moich poleceń może nas wszystkich wiele kosztować. Wraz z nadejściem nocy ze swojego legowiska wyjdzie potężny demon. Przywłaszczył sobie waszą wioskę na część swojego terytorium i wiedząc, że znajdzie w niej resztki ostatnich mieszkańców, będzie was szukał. Nie ma tu dużo chat do sprawdzenia, więc możecie być pewni, że w końcu tu trafi. Do tego czasu musimy zabezpieczyć dom albo on wedrze się do środka, a wtedy biada nam wszystkim.