I
jesienny wiatr wyrwał
z matczynych rąk telegram
i coś jeszcze2
Minnie rozplata dwa oberżnięte nierówno warkocze i zbiera włosy w asymetryczny koński ogon. Dwie łzy płyną po rozpalonych policzkach, wyciera je szybko rękawem bluzy, żeby przypadkiem ktoś nie zauważył, a wełnisty supeł poplątanych skarg zatyka jej gardło, nic jej się nie udaje, gimnazjum to prawdziwa porażka, koledzy i koleżanki kompletni kretyni, brat, mały tyran, kradnie jej kieszonkowe, a dziś, gdy odważyła mu się sprzeciwić, złapał nożyczki do prac plastycznych i obciął jej pół lewego warkocza. I jakby tego było mało, ostrzegł, że jeśli naskarży mamie, drogo za to zapłaci, Minnie dobrze wie, że groźba wypowiedziana to groźba spełniona, więc stanęła przed lustrem w szkolnej toalecie i skróciła też prawy warkocz, żeby oba były równej długości. Mama nie jest głupia, spyta, będzie chciała wiedzieć, i co jej wtedy powie? Spływa trzecia łza, którą trzeba przełknąć.
Nie zdążyła jeszcze o tej łzie zapomnieć, gdy wyrasta przed nią w bladym październikowym światle rozmazana postać jasnowłosej dziewczynki przewyższającej ją prawie o głowę. "Masz fajkę?", dziewczynka patrzy jej badawczo w oczy, Minnie kuli się w sobie, bo nie pali, a jeden jedyny raz, kiedy włożyła papierosa do ust i udawała, że się zaciąga, mama tak ją trzepnęła, że między ustami a policzkiem został purpurowy ślad palców, pamięta palący ból i strumień słonych łez, a odległe wspomnienie ożywia zapomniane odczucia, Minnie chwyta powietrze krótko, głęboko, żeby opanować nerwy, bo aż w niej wrze, zaraz wykipi. "Co jest? Dobra, zapomnij", rzuca obojętnie jasnowłosa i siada obok niej z rękoma na podołku i nogami wyciągniętymi na ciepłym betonie. Rozgląda się bacznie dokoła, wyjmuje z kieszeni na pupie tabliczkę rozmiękłej czekolady i wsuwa kawałek do ust, brudząc sobie ręce, które zaraz wyciera w wyświechtane dżinsy, zęby ma teraz brązowawe, podobne do ogorzałej od słońca skóry. "Chcesz?", mruczy, podsuwając czekoladę Minnie, a ta ułamuje nieśmiało kawalątek i trzyma go w ustach, póki się nie rozpuści, jakby wystawiała na próbę swoją wytrzymałość, bo się brzydzi, i chociaż zdobyła się na odwagę, wstrzymuje na chwilę oddech, przełyka ze szczelnie zamkniętymi ustami, bo bakterie nie mogą żyć bez tlenu, co nie?
"Masz na imię Leto?", duka Minnie, choć w gruncie rzeczy wolałaby, żeby jej wszyscy dali święty spokój, to nie jest stosowna pora na pogaduszki, przez półtora miesiąca w nowej szkole najwyżej pięć razy zamieniła z kimkolwiek słowo, bo wszystko zależy od tego, jakie zrobisz wrażenie, jakie nosisz ubrania, gdzie mieszkasz i gdzie spędzasz wakacje, a Minnie na żadne z zadawanych po cichu i natrętnie pytań nie może odpowiedzieć jak trzeba. Dziewczynka z blond włosami i odrobiną piegów, rozrzuconych w nieładzie na kościach policzkowych, pochmurnieje i opuszcza wzrok na adidasy, Minnie siłą rozpędu półotwiera usta, tak, że ledwie widać dwie szczerby na przodzie, "od jakiego imienia jest Leto?", a dziewczynka z piegami, wyraźnie rozgniewana, popycha ją gwałtownie, zrywa się i rusza przez szkolny dziedziniec, z rękami w kieszeniach. Minnie ociera oczy, pociąga nosem, bierze głęboki wdech i z rozmachem, aż na wysokość zdezelowanych tablic koszykarskich, kopie irytujący kamyk, co się przyplątał pod czubek buta i szukał guza.
Imię jasnowłosej dziewczynki faktycznie brzmi Leto i nic w tym strasznego, koledzy i koleżanki noszą jeszcze dziwniejsze imiona, równie nietypowe, antypatyczne i trudne do wymówienia, lecz ona ma na dodatek mrocznego satelitę, ogon komety wlokący się za nią od urodzenia, gwiazdkę, przypis do idiotycznego i kompletnie od czapy imienia, co też mamie przyszło do głowy, żeby przykleić jej jakieś "68", które ją będzie piętnować i prześladować do końca życia. Oficjalnie, w dokumentach urzędu stanu cywilnego i w szkolnym dzienniku, nazywa się "Leto, 68, Kabanis Müller" i chociaż stara się ten fakt ignorować, pochłonięta zabawą i beztroską przedwczesnego dojrzewania, ciągle się zdarza, tak jak dzisiejszego ranka, że jakiś perfidny nauczyciel zechce jej o tym dobitnie przypomnieć, wywołując w klasie szydercze chichoty, żarty i drwiny. Nie chce być inna, nigdy nie chciała, już wyjątkowy wzrost i rozwinięte ponad normę ciało we wrażliwym wieku dwunastu lat sprawiają, że się wyróżnia, a ona chce należeć, stanowić cząstkę zwartej, jednolitej grupy, co już na starcie jest niemożliwe, bo jak ma się zgrać z innymi głupimi i brzydkimi imionami, skoro przyszło jej wlec za sobą jakąś bezsensowną liczbę.
Nienawidzi tego "68" całym sercem, tak jak się nienawidzi kompleksów i tłumionych emocji, brzydzi ją każda ważna data, która się groźnie zbliża, nie przez przypadek czuje wstręt do lekcji historii i świadomie lub nieświadomie myli chronologię zdarzeń, niejeden raz wygarnęła mamie, że ją uwięziła w odjechanym imieniu i naznaczyła obciążającą datą, ma gdzieś, co znaczy dla matki i całej ludzkości owo "68", jedynym jej błędem, chociaż nie całkiem jej błędem, jest to, że przyszła na świat o chwilę za wcześnie, bo urodziła się trzydziestego pierwszego grudnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego roku, i przez to swoje pojawienie się za pięć dwunasta skazana została na upamiętnienie tego, czego nie zdołała przeżyć jej mama, Susan Müller, której potem przyszło do głowy wyjść za Basila Kabanisa, jej ojczyma, przyszywanego tatusia, i nie dość na tym, wdała się z nim w interesy i we dwoje, za dniówki zaoszczędzone z trudem w czasach, gdy ramię w ramię pracowali przy zupach Campbell, jednocześnie ze sobą flirtując, kupili i odnowili profetyczne i romantyczne "44", słynną niegdyś polską jadłodajnię w dzielnicy Cramer Hill z wykonanym tandetnie wprost na ścianie portretem Mickiewicza królującym nad rzędami laminowanych blatów, podobizną, która dawniej, jeszcze w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym, orędowała za tolerancją i pojednaniem, sławiła amerykańskie lewicowe i demokratyczne odczucia oraz ideały wschodniego wybrzeża w mieście głęboko konserwatywnym, które potężniało i rozrastało się dzięki pierwszemu i drugiemu pokoleniu republikańskich imigrantów, mieście rozparcelowanym na miłujące spokój i ład etniczne sąsiedztwa, których mieszkańcy nie bratali się z sobą poza fabrycznym tyglem, a jeśli już ktoś opuszczał granice swojej dzielnicy i przenosił się w lepsze miejsce, bliżej rzeki Delaware czy północno-zachodniej części miasta, to tylko dlatego, że wreszcie mu się powiodło, że się dochrapał własnego dachu nad głową i paru dolarów w kieszeni, bo amerykański sen był i jest najlepiej zrozumiałym, wspólnym językiem, co zjednuje bogów i usypia demony, i obsypuje darami wszystkie ich bękarcie dzieci.
Rodzice poznali się w fabryce zup Campbell, Susan, lat dwadzieścia cztery, ustawiała stosy puszek na przenośniku taśmowym osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu, Basil, lat dwadzieścia osiem, był szefem personelu, odpowiedzialnym za tysiąc bez mała osób i dwieście tysięcy identycznych puszek gęstej zupy pomidorowej w czasie jednej zmiany. Susan, dawniej studentka uniwersytetu stanowego w Ohio, rok przed odebraniem dyplomu na Wydziale Nauk Politycznych, kierunek ekonomia polityczna, zakochała się w pewnym hipisie, synu fabrykanta, rzuciła studia i podążając za nim, przemierzyła w poprzek całą Amerykę, aż do San Francisco, a konkretnie w okolice Haight-Ashbury. Byli ze sobą półtora roku, tyle trwała miłość, jedno lato przemieszkali w komunie, dwie łagodne zimy na ulicach, żebrząc o miłość wśród przechodniów i rozdając kwiaty. Rozdzieliła ich Leto i Woodstock, przeciwległy, przerażający brzeg Atlantyku, gdzie z zimą i obowiązkami nie było żartów, więc po koncercie i pierwszym jesiennym deszczu każde z nich, mniej lub bardziej kulejąc, poszło w swoją stronę, Scott wrócił na łono rodziny i chcąc nie chcąc zapisał się na uniwersytet Berkeley, w końcu zachodnie skrzydło Wydziału Zoologii nosiło imię jego pradziadka Johnsona juniora, Susan zaś, która miała na pieńku ze swoim protestanckim ojcem, drobnym rentierem, i nie wróciłaby do Columbus, stolicy chrzanionego Ohio, choćby się świat walił, wsiadła do rozklekotanego nocnego autobusu przedsiębiorstwa przewozowego Greyhound i bladym świtem dotarła do Camden w New Jersey, gdzie mieszkał i pracował w RCA Victor jej młodszy brat. Dwa miesiące później poznała Basila, ślub cywilny wzięli po pół roku z okładem, gdy Leto miała za sobą czternaście miesięcy życia, młoda para głosiła i podkreślała z naciskiem, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, lecz nie słuchał ich nikt poza młodszym bratem Susan, którego w gruncie rzeczy nie interesowało szczęście siostry, jedynie to, że ubędą mu dwie gęby do karmienia. I nieistotny był fakt, że miał kierownicze stanowisko, szły ciężkie czasy, wyczuwało się, że coś nieuniknionego jak śmierć puka do sąsiednich drzwi, podejrzewało się, że nadzieja to tylko obciążające urojenia, widziało się opustoszałe domy i opuszczone fabryki, których liczba z miesiąca na miesiąc rosła w postępie geometrycznym.
Pierwsza poddała się stocznia nowojorska, upadła, pociągając za sobą na dno dwa i pół tysiąca robotników, budżet nie spinał się bez nowych zamówień, a to, co gorliwie wypracował przemysł zbrojeniowy w latach zawieruchy i wielkich wojen, zniszczone zostało przez powszechne pragnienie świata lepszego i pokojowego, w rok, może dwa lata później, ledwie Nixon doszedł do władzy, zamknięto RCA Victor, terier meloman3 przeniósł się do Meksyku, gdzie była tania siła robocza, zarząd obwiniał związki zawodowe o wieczne strajki oraz żądanie wyższych płac, związki zawodowe obwiniały zarząd, że ponad wszystko zawsze stawiał zysk, Camden straciło miejsca pracy, w mieście liczącym dziewięćdziesiąt tysięcy mieszkańców w ciągu tygodnia zwolniono pięć tysięcy ludzi, i tak w połowie lat siedemdziesiątych tania restauracyjka przemianowana na "Ariadnę", z wyblakłym Mickiewiczem na ścianie i białawymi kolumnami wymalowanymi nad kolorową Greek Salad i smakowitym "dżeros"4, przestała być tym, czym była i czym, jak się zapowiadało, miała być, upadek przemysłu i przedłużająca się wojna w Wietnamie doprowadziły miasto do kryzysu, ludzi ogarniała niepewność, dzielnice się kurczyły, niedobitki z kwitnącego jeszcze niedawno miasta ciągnęły na obiecujące przedmieścia, pierwsi wynieśli się Żydzi, za nimi Włosi z Grekami, a jej rodzice, tak, jej rodzice, trwali w niezmiennym optymizmie i w tym optymizmie byli kompletnie nie do ruszenia, uparci niczym muły patrzyli, jak ich majątek topnieje, a ich marzenia przepadają na zawsze.
Leto ma to w nosie, starzy dokonali wyboru, tylko niestety, ich podszyte tchórzem zuchwalstwo obciąża jej własny grzbiet, to ona dźwiga ciężar spoczywającej na nich odpowiedzialności, mieli podobno wizję świata idealnego, wprowadzali ją do społeczeństwa, które zmieniało się niby na lepsze, "gówno prawda", jedyne, co jej poprawia nastrój i ma jasny sens, to gra w nogę, dwie bramki w ściśle wyznaczonych miejscach na krótko przystrzyżonej trawie, wyraźnie ustalone reguły walki, piłka tocząca się po murawie, jabłko niezgody pomiędzy dwudziestoma dwoma parami solidnie wytrenowanych nóg, obrona i przejęcie, zwłaszcza efektownym wślizgiem, bo w golach nie jest dobra, więc o nich woli milczeć, jak o wszystkim, co ją gniewa.
Gimnazjum w East Camden jest dla niej złem koniecznym, które w jakimś momencie musi się skończyć, na pewno z nadejściem pełnoletności, jeśli nie wcześniej, poza tym nie ma już żadnych wątpliwości, że jedyną pożywkę dla wszystkich jej utrapień, nie wyłączając sprawy nieszczęsnego imienia, stanowi niewdzięczne i naznaczone bezsilnością dojrzewanie oraz towarzyszące mu uciążliwości, denerwujący blond meszek na udach i goleniach, opinający stanik, w którym się dusi, kretyńska alergiczna astma, która potrafi ją niespodziewanie unieruchomić, tak jak w trakcie meczu zeszłej wiosny, gdy przyroda i pyłki normalnie oszalały, a one rozgrywały mecz z gimnazjum z Cooper Point, jej drużyna wygrywała jeden do zera i brakowało raptem dwóch minut do końca spotkania, gdy atakująca przeciwniczek wyrwała się obronie z prawej strony, Leto ostatnim sprintem dobiegała z lewej i szykowała się do najważniejszego w życiu wybicia wślizgiem, które jej drużynie dałoby puchar okręgu, a jej samej może nawet tytuł najlepszej zawodniczki, gdy nagle straciła oddech, poczerwieniała, zgięła się wpół, piłka przeleciała tuż przed nią, rzec by, całkiem wolno, a za piłką, na luzie, środkowa napastniczka, która po chwili przedryblowała golkiperkę ryzykownym balansem ciała i jakimś cudem strzeliła do pustej bramki. Mecz zakończył się dogrywką, Leto obserwowała dodatkowe pół godziny z ławki, przeklinając swoje kiepskie geny i marihuanę, którą paliła od małego, jeszcze w brzuchu mamy, gdy tymczasem jej szkoła, z dziesięcioma zawodniczkami na boisku i bez żadnej zmiany, traciła puchar, a ona upragniony tytuł. "Zdarza się", stwierdziła z twardym oklahomskim akcentem trenerka, jasne, tylko jej się zdarza, to chciała wykrzyczeć: "tylko mnie", lecz ostatecznie nie powiedziała ani słowa, skuliła się w rogu ławki, zacisnęła pięści, wbiła paznokcie w skórę dłoni, żeby nie zakłócić ceremonii wręczenia pucharu, a przede wszystkim, żeby się nie rozpłakać na oczach współzawodniczek, osaczających ją pogardliwymi spojrzeniami za ostateczny wynik meczu. O tym teraz myśli, to sobie przypomina, i dopiero przeraźliwe wrzaski kolegów i koleżanek, którzy uganiają się po szkolnym dziedzińcu za kotem z raną na grzbiecie od pocisku wiatrówki, żeby go, nieszczęśnika, jeszcze bardziej udręczyć, przywracają ją do rzeczywistości, do dzwonka, który brzęczy przeciągle, do dozownika, który wyciąga z kieszeni, do głębokiego wdechu, który bierze, żeby jakoś przetrzymać to swoje nieznośne życie i zbliżającą się lekcję historii Stanów Zjednoczonych.
W ostatnim rzędzie szkolnej sali Leto próbuje wyciągnąć wygodnie nogi w jednoosobowej ławce, gdy pani Gardner opowiada o złotych czasach Ameryki, sławetnych latach dwudziestych, kiedy rozwój był synonimem konsumpcji, a dobrobyt każdego przemysłowego miasta mierzono liczbą kominów zadymiających horyzont oraz tłumami robotników, miejscowych i imigrantów, wylewających się każdego ranka na ulice, tą ludzką armadą, która podnosi kotwicę z pierwszym brzaskiem i rusza do znojnej pracy. Pani Gardner przechadza się w tę i z powrotem między rzędami ławek, szurając topornymi sandałami po zniszczonej lastrykowej podłodze i kołysząc do snu dwudziestu pięciu uczniów powolnym, katatonicznym tańcem, jej tułów przypomina samonapędzające się wahadło z tendencją do zaniku drgań po pewnej liczbie wychyleń, niedługo oscylacja ustanie i sześćdziesięcioletnia drobna kobieta zatrzyma się, podając lekko ramiona ku przodowi, Leto zaś zacznie się zastanawiać, czy to nie nadmiar wiedzy tak przygina do ziemi i wykrzywia ciała, a kiedy pogrąży się w tych niestosownych rozważaniach, pani Gardner dotknie z czułością jej ramienia i wyszepcze głosem cichym jak odległe echo nieuniknionej przyszłości, "nie kul się tak, bo ci garb wyrośnie", po czym zniknie, hen, daleko, przy czarnej tablicy, wtenczas odezwie się dzwonek i krzesła w zgodnym rytmie zaczną szorować z hurgotem po podłodze.
Leto dźwiga szkolną torbę na plecach, idzie żwawo z ramionami sztywnymi od wysiłku, bo chce się trzymać prosto, ale szybko się zapomina i kontynuuje marsz z pochyloną głową, zatopiona w zadumie, a tornister podryguje na plecach z każdym zamaszystym krokiem, wolałaby dotrzeć do domu przed zmrokiem, nie dlatego, że się boi, ale w ubiegłym tygodniu, też był poniedziałek, te barany z liceum Woodrowa Wilsona zaczaiły się na jej kolegów z drużyny koszykówki i stłukły ich na kwaśne jabłko, aż fioletowi byli, bez żadnego powodu, tak tylko, dla zabawy. O tym teraz myśli, więc przyspiesza kroku, a jednocześnie stara się wyrzucić z głowy każde podejrzenie, że może stać się coś złego, bo mama ją ostrzegała, że najwięcej zła wyrządzają myśli, potrafią podsunąć najgorsze scenariusze i otworzyć ścieżki tam, gdzie nie ma nic poza mroczną i złowrogą gęstwą, myśli rodzą się spontanicznie, a ty potem cierpisz dożywotnio, "rozumiesz, Leto, mój skarbie?", Leto nie bardzo rozumie, o czym Susan mówi, ale nie szkodzi, raz nie zrozumie, drugi raz nie zrozumie, lecz za trzecim razem dotrze do małej najgłębszy sens zawsze obecnej i wszystko wypełniającej matczynej miłości i troski.
Słońce zachodzi niemrawo nad miastem Camden, gdy Leto potyka się, przykuca na skraju drogi i poprawia rozwiązane sznurowadło, a kiedy po drugiej stronie przejeżdża zmierzający ku południowemu zachodowi szkolny autobus miejscowej gminy, z wypisaną na karoserii dewizą "równe szanse w edukacji", która mówi wyraźnie o prawie każdego ucznia, niezależnie od narodowości, koloru skóry i sytuacji materialnej, do korzystania z tych samych przywilejów w edukacji publicznej5, w oknie autobusu Leto dostrzega Minnie z buzią przyklejoną do szyby, z czarniawymi, kędzierzawymi i obsmyczonymi warkoczykami, patrzącą przed siebie, daleko, ku rzece Delaware, i jeszcze dalej, ku Filadelfii, gdzie mieszka jej ojciec, który opuścił ich, gdy była niemowlęciem, więc go nie pamięta, a jeśli chowa w pamięci jakiś związany z nim obraz, to tylko zniszczone długie buty znalezione na pawlaczu, numer czterdzieści osiem, z których zrobiła doniczki, nasypała do środka ziemi, nawozu i posadziła w nich fasolki na lekcje botaniki.
Minnie mieszka w szemranej dzielnicy z szarymi kamiennymi domami od dawna pozbawionymi blasku, upływ czasu zniszczył je wszystkie jednakowo i w tej równo rozdzielonej szpetocie jest harmonia, zaniedbany kamień nie dziwi, jak gdyby czas obrobił go z mądrością, rudery dźwigają przeszłość bez mała pobożnie, dając świadectwo ludzkim ambicjom udaremnionym przez bieg zdarzeń, mieszkańcy i ruina współistnieją zgodnie, pogodzeni z destrukcją, i tylko wieczorami, gdy wcześnie się ściemnia, zwłaszcza teraz z nastaniem zimy, strach człowieka ogarnia, bo kiedy brzydota budynków skryje się pod szronem mroku, a kształty odzyskują coś z minionego splendoru, ludzie, chcąc odczarować dobroć nocy, co powleka jak balsam nadwerężone mury, zamieniają się w bestie, żeby przypadkiem nie ulec złudzeniu, że warci są czegoś lepszego, i nie zaprzeć się swego nieszczęsnego losu. Minnie wysiada z autobusu, zarzuca plecak na ramiona i pospiesznym ruchem dłoni żegna meksykańskiego przyjaciela, kierowcę, Miguela Ośmiornicę, otula się cienką kurtką i ze wzrokiem utkwionym przed siebie, biegnie wzdłuż strumienia Newton dotykającego Morgan Village, a dalej na zachód łączącego się z rzeką Delaware, która niepodzielnie panuje nad miastem i osacza je nieustannie szkodliwą wilgocią, a okresowo chmarami krwiożerczych komarów żerujących na ludzkich rozbitkach i stojących wodach dopływu Cooper.
"Wcześnie wróciłaś", mówi mama z wnętrza kuchni, gdy zasapana Minnie rzuca szkolny plecak w korytarzu mieszkania na parterze, pędzi do salonu, chwyta pilot i otwiera telewizor, "masakra", wciąż jeszcze nie podali daty, kiedy puszczą następny odcinek Dallas, musi się wreszcie dowiedzieć, kto strzelał do J.R., sześć miesięcy minęło od marca, a pytanie nadal pozostaje bez odpowiedzi, niedługo listopad, a oni wciąż trzymają ludzi w niepewności, Minnie przez całe lato traciła czas na domysły, kto i dlaczego, z nadejściem września nabrała otuchy, bo telewizja otwiera nowy sezon, więc wszystko powinno wrócić do normy, ale na nieszczęście zastrajkowali aktorzy, i to na czas nieokreślony, więc we wrześniu była mowa o październiku, w październiku o listopadzie, niby jakoś w połowie, telewidzów oburzało czekanie, a producenci z CBS tylko dolewali oliwy do ognia i chcąc ludzi jeszcze bardziej zaciekawić, dłużej potrzymać w napięciu, na okrągło puszczali parominutowe trailery ze wszystkimi możliwymi wersjami wydarzeń, kto mianowicie mógł zostać mordercą, wobec czego dyskusje rozgorzały na nowo, ale co tu dużo gadać, połowa obsady miała powód, by popełnić zbrodnię, Minnie już latem gotowa była iść o zakład, że do J.R. strzelała jego matka Miss Ellie, bo on tyle zła wyrządził biedaczce, a nikt ci bólu większego nie zada niż najbliżsi, im więzi ściślejsze, tym dotkliwsze rany, Pete chociażby, jej starszy brat, trzeciego września to było, złapał wiatrówkę i trafił ją w lewe ramię, Minnie wrzasnęła, postawiła na nogi całe sąsiedztwo, a on się śmiał i przepraszał, że niby niechcący, przez pomyłkę, błędy ludzka rzecz, więc się zdarzają, a piękne oczy Minnie zrobiły się z bólu jak szparki, zamgliły się od cieknących łez i wtedy już na pewno wiedziała, że to ona, matka, zabiła J.R.
"Dwudziestego pierwszego listopada, powiedzieli, pokażą", Minnie odwraca głowę i spogląda na mamę, która żuje coś, co przypomina smażonego banana i co w San Juan nazywają "plantanem", ona sama, od czasu gdy jej taki plantan na siłę wepchnęli do ust, nie znosi ani jego smaku, ani wyglądu, chociaż wszystkowiedząca i niestrudzona Luisa próbuje ją przekonać, że plantan zawiera mało sacharydów, a dużo potasu, więc niech lepiej przestanie kaprysić i dziwaczyć, tylko zaakceptuje to, co dla niej dobre, bo wiedza czasem przychodzi za późno, żeby zapobiec czemuś, czego się później żałuje, Minnie, znów plecami do matki, patrząc w telewizor, już prawie chce spytać, co będzie na kolację, bo jest głodna jak wilk, ale czuje rosnące napięcie w powietrzu i zaraz potem, wiadomo, światło jest szybsze od głosu, słowa padają jak rozszalałe grzmoty, "coś ty zrobiła z włosami, niech cię licho!", i nie dość na tym, tłuste od gotowania palce Luisy chwytają i ciągną za resztki warkoczyków, jakby takie ciągnięcie mogło przywrócić to, co na zawsze stracone.
Zbliża się jedenasta w nocy, a Pete nie wraca, matka krąży po salonie, Minnie otulona wełnianym dziecięcym kocykiem siedzi w rogu kanapy i udaje pochłoniętą skomplikowanymi zadaniami z rachunków. "Która godzina?", pyta setny raz Luisa i ani nie oczekuje, ani nie otrzymuje odpowiedzi, "kiedy go ostatnio widziałaś?", Minnie, nie podnosząc wzroku znad książki, mamrocze "mówiłam już, mamo, był w szkole", Luisa wychodzi z salonu, otwiera drzwi mieszkania i drepcze po wąskim chodniku, jakby się zastanawiała, czy przejść przez jezdnię, jak gdyby środkiem płynął groźny, rwący nurt, blady zarys jej niespokojnej sylwetki chybocze się na koronkowych zasłonach, jej cień olbrzymieje na ścianach, unosi się nad kanapą, wisi nad głową Minnie jak zła wróżba. Minęła dwunasta, Luisa obiema rękami podpiera głowę przy kuchennym stole, Minnie drzemie na kanapie, a pomiędzy nimi stoi milczący telefon, nikt nic nie wie, dwaj najbliżsi przyjaciele od dawna są w domach, policja nie potrafi dodać żadnego znaczącego szczegółu, jak coś się wydarzy, dadzą znać, niech się nie martwi, tymczasem jednak telefon tkwi na swoim miejscu, niemy i upiorny jak obrazy, które powstają w głowie Luisy i w niechcianych snach Minnie.
Już prawie świta, a Pete'a nadal nie ma, Luisa siedzi na tym samym miejscu, jej ciało przypomina ciężarek odcięty od linki pionu, Minnie opatulona wełnianym kocem śpi niespokojnie na kanapie, słońce zagląda z wahaniem przez okno i oświetla zakurzone kąty, wczorajsze sieci pracowitych pająków, okruszyny chleba na podłodze, bezład i zaniedbania wywołane przez noc głębokiego smutku, Luisa podnosi się ledwie żywa z krzesła, zapala gaz na kuchence i mechanicznymi ruchami przygotowuje jajka sadzone na cienkich paskach bekonu oraz grzanki z margaryną i cukrem.
Dopiero co obudzona Minnie, z włosami potarganymi od spania, z pustym, burczącym brzuchem, staje za nią i pociąga za skraj znoszonej podomki, bez odzewu, "która godzina, mamo?", pyta cicho, żeby nie spłoszyć matki niestosownym pytaniem, Luisa przypomina zjawę, zbędne kilogramy nie otulają jej ciała jak dawniej, można by przysiąc, że ubranie obwisło na niej po tej jednej nocy, a krągłe ramiona skuliły się od nadmiernego trudu, "która godzina?", nalega Minnie, Luisa jak zahipnotyzowana otwiera szafki, wyjmuje wyblakłe ze starości nakrycia, "czas na śniadanie, czas na śniadanie", powtarza i z przyzwyczajenia przygotowuje stół dla trzech osób.
Jedzą obie o porze, gdy sąsiednie domy okryte są jeszcze poranną mgłą, a ulice wokoło uparcie milczą, za pół godziny wszystko się zmieni, Luisa wie, że gdy wstanie dzień, nic już nie będzie takie samo, więc zawierza nadzieje tej odrobinie czasu, która jej jeszcze pozostała, myśli podobne cieniom kurczą się i wydłużają, żeby wypełnić przestrzeń czekania, zanim nadejdą wieści, które przeczuwa, bo syn wdał się w gangsterkę i narkotyki, powiedzieli jej o tym w kościele baptystów, żeby ją przywołać do porządku i sprowadzić na drogę Pana, a ona przez dwa tygodnie biła się z myślami, bo co to komu da, że przestanie chodzić na nabożeństwa, że będzie inna, że się sprzeciwi dyktatowi miejscowej społeczności, tylko że nie ma już w niej ani wiary, ani nadziei na drugą czy trzecią szansę, która spadnie jak manna z nieba i nakarmi do syta długotrwale złaknionych.
Minnie przygotowuje plecak i biegnie, żeby zdążyć na szkolny autobus, Luisa przyciąga kuchenny stołek pod okno i siada przy zsuniętej na bok zasłonce, Minnie goni autobus, który przyspiesza, Luisa wsłuchuje się we własny oddech, w szmer przebrzmiałych domysłów, wszystkie te "trzeba było, a gdybym, wtedy może" obezwładniają ją, biją w nią jak młotem, Minnie traci z oczu autobus, który nabiera prędkości i zamienia się w rozedrgany punkt na linii ciemnoczerwonego horyzontu, Luisa wciąga powietrze głęboko, chwyta się za pierś i osuwa się na podłogę, serce nie chce dłużej mieszkać w tym ciele, zaciśnięta, uniesiona pięść jest świadectwem ostatniego daremnego boju.
II
Śniłem we śnie i widziałem miasto nie zwyciężone atakami
całej reszty ziemi,
Śniłem, że jest to nowe miasto Przyjaciół,
Nie było tam nic wspanialszego niż mocna miłość,
ona kierowała wszystkim
I była widoczna o każdej godzinie w działaniu ludzi
tego miasta
I we wszystkich ich spojrzeniach i słowach6.
Zaciska zęby z bólu, zimny pot żłobi dłonie, już się nie wywinie, a jednak kule przelatywały o włos od niego, nie dosięgły celu, nie naruszyły tkanek, próbuje odetchnąć, lecz coś go dusi w piersiach, krótka skarga, która nie może się wydostać; leży na brzuchu, podnosi wzrok, widzi kałużę krwi trzy metry po prawej i sztywne ciało blokujące wąski chodnik tuż przed nim, i przechodniów nad sobą, gestykulujących żywo, hałas świdruje mu uszy, prawą ręką maca się po ciele, żeby zlokalizować ból, lecz nie wyczuwa rany, strach narasta, i te przytłaczające myśli, żona przykuta do łóżka, jedynak jeszcze niepełnoletni, zadłużona firma, i Andonis Kabanis traci świadomość, znów ma dziewiętnaście lat, obcy między obcymi.
Dwudziestu dwóch dni potrzebował transatlantyk, by dotrzeć do miejsca przeznaczenia, a kiedy "Patris" wyrzucił wreszcie na brzeg tysiąc trzysta stłoczonych dusz, w Kastigari7, siódmy listopada to był i padał deszcz ze śniegiem, Andonis Kabanis splunął w myślach na ziemię po trzykroć, żeby odegnać złe duchy, bo tak obiecał matce, która wierzyła w zabobony i mówiła, że tylko jeśli odczyniać uroki i robić łokciami potrafisz, to przebijesz się i osadzisz w nowym miejscu. A gdy po wielu trudach znalazł się wreszcie w Nowym Jorku, przystąpił do niego chudy jak szczapa krajan, Rodyjczyk, że mu niby natychmiast pracę znajdzie, nie za darmo rzecz jasna, ale zapewniał solennie, że te parę dolarów zwróci mu się z nawiązką, i gdy już wetknął je w kieszeń spodni z nogawkami o szerokich mankietach, wskazał mu pokój, który miał dzielić z czterema innymi, w małym hotelu przypominającym raczej blaszaną budę, i wyznaczył datę spotkania na następny dzień o tej samej porze dwie przecznice dalej, zapisał na kartce adres, "róg Broadwayu i Franklina", oraz nazwisko osoby, której ma szukać, jeśliby się spóźnił, "Smerlis"8 powtórzył dwa razy, akcentując dobitnie "r", klepnął go po ramieniu poufale i jak się pojawił, tak zniknął, upewniwszy go jeszcze konspiracyjnym szeptem, że znalazł się w odpowiednim kraju i w odpowiednim czasie, bo w Ameryce jest pewna i dobrze płatna praca dla młodzieńca jak on bystrego i ambitnego, puścił do niego oko, po czym wsiąkł w gęsty mrok miasta, które nigdy nie śpi i które już intensywnie czuwało w owianych złą sławą, brudnych zaułkach.
Rodyjczyk nie przyszedł na umówione spotkanie i szybko się okazało, że żaden Smerlis nie czeka z powitaniem, jedynie paru zabiedzonych wyrostków, z górą po dwanaście, trzynaście lat, siedziało w kucki na rogach ulicy, ze szczotkami i pastą w dłoniach, i bez ustanku pucowało utytłane buty przechodniów, Nowy Jork był jednym wielkim placem budowy, prowadzono roboty publiczne i wznoszono wielopiętrowe budynki, mające przyjąć pod swój dach wielotysięczny amerykański sen, który w niskich barakach przy ulicach pokrytych błockiem tracił blask i tkwił w pułapce trzech centów "od pary" i pięciu centów "od małżeństwa", Andonis Kabanis, który ulokował był swe nadzieje w cudzie, nie mógł pogodzić się z faktem, że jego dwadzieścia dolarów bezpowrotnie przepadło, jeszcze nie zdążył dobrze postawić stopy w Nowym Świecie, a już go wykiwali, w głowie mu się nie mieściło, że tak się dał nabrać, ogarnięty goryczą i żalem jął szukać sposobu, by dojść sprawiedliwości, ale nie znał języka, tylko "dzień dobry" umiał powiedzieć, "przepraszam" i "dziękuję", a i te słowa mełł w ustach niezręcznie jak gorący kartofel, więc gdzie, komu i jak ma wyjaśnić, co mu się przydarzyło? Wtenczas dostrzegł go włoski mafioso krążący po przypisanym sobie rewirze, dziesięć kwartałów wzdłuż Broadwayu i pięć na zachód, do ulicy Hudson, żeby zebrać dniówkę od czyścibutów, zobaczył nowego, a nuż niebezpiecznego, kto go wie, więc od razu zaparlał po sycylijsku, chcąc się przekonać, czy gość kumaty i czy wyznaje się na biznesie, być może nieciekawy wygląd i smagła cera świadczyć miały o pochodzeniu krewniaczym z włoskiego południa, zamienili dwa zdania, z czego niewiele wynikło, ostatecznie uciekli się do min i grymasów, aż wreszcie Kabanis wyjął i pokazał papiery oraz włoski paszport uwierzytelniający przynależność do tymczasowej ojczyzny, do której na mocy traktatu z Ouchy9 od tysiąc dziewięćset dwunastego roku należał Dodekanez, na co Włoch, nie tracąc czasu, powitał go wylewnie, obiecał mieszkanie i pracę od wieczoru, jeżeli tylko wyświadczy mu parę drobnych przysług, załatwi kilka zaległych spraw w Hell's Kitchen, ale Andonis Kabanis już dostał nauczkę, przysług i uprzejmości bez wynagrodzenia od ręki nie zamierzał świadczyć nigdy więcej i nikomu, i w ten sposób ich drogi rozeszły się w ciągu sekundy, choć nie na zawsze.
Dwa tygodnie później, za radą i zachętą pewnego pomywacza z Suli, Andonis Kabanis znalazł się w stanie New Jersey i podjął pracę na stanowisku spawacza w dziale prefabrykacji w położonej na południu Camden stoczni należącej do New York Shipbuilding Corporation, zarabiał dwadzieścia dwa centy za godzinę, co mu zapewniało skromne środki do życia, mikroskopijny pokoik w Morgan Village przy ulicy Sylvan, dwa talerze zimnej strawy przygotowywanej poprzedniego wieczoru przez gospodynię, Polkę, oraz niedzielne wyprawy na nieznane mu wschodnie obrzeża miasta, do niemieckojęzycznego Cramer Hill oraz żydowskich dzielnic Marlton i Parkside, które syciła wilgocią i rozgraniczała swym połamanym biegiem rzeka Cooper, dopływ Delaware, a ponieważ nie znał języka, odbywał spacery samotnie, z paroma groszami w kieszeni, przystając raz po raz i gapiąc się ćwokowato na drewniane piętrowe domy dla cztero- i pięcioosobowych rodzin, na wystawy cukierni, gdzie sprzedawano ociekające syropem słodycze oraz lody w kulkach, na synagogi i hordy ortodoksyjnych żydów z symetrycznymi czarnymi warkoczykami, na koszerne restauracje, gdzie serwowano smakowite kotleciki z ziemniaków i gulasz ukraiński.
Z innymi Grekami się nie zadawał, było ich zresztą niewielu, rozrzuconych po różnych dzielnicach niby maki kwitnące tu i ówdzie na polu, a to dlatego, że nie mieli parafii, która by ich zebrała na trzech, czterech ulicach, tak żeby stamtąd, od wspólnego centrum, mogli się roznieść po mieście, w pobliżu była jednakże Filadelfia co najmniej z dwiema prawosławnymi świątyniami i trzódką tysięcy wiernych, i tak, pewnej niedzieli, innej niż pozostałe, gdy sen się go nie imał, Andonis Kabanis wstał bladym świtem, wsiadł w Cooper Point na poranny prom, pokonał rzekę Delaware i udał się do kościoła Świętego Jerzego, by dziesiątego września tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku wysłuchać mszy wraz z trzystoma poruszonymi do głębi krajanami, którzy śród modlitw i pacierzy poszeptywali o wydarzeniach w Azji Mniejszej10 z pierwszych stron wczorajszego, niedzielnego wydania "New York Timesa". Miał jakieś złe przeczucie, którego nie umiał pomieścić ani w swych rachubach, ani w logicznych wywodach, jakąś świadomość mroczną, bolesną i przygniatającą piersi, i z biegiem czasu coraz głębszego nabierał przekonania, że przyszłość nie pozwoli mu wrócić do ojczyzny, że musi ułożyć sobie życie i dać sobie radę tutaj, w obcym i nieznanym miejscu, że nie ma odwrotu. Tego samego ranka jego pięćdziesięcioletnia matka odchodziła spokojnie we śnie, umarła na serce i od rozterek, Andonis Kabanis z trzytygodniowym opóźnieniem dowiedział się, że kuzyni z Nisiros wzięli na siebie koszty pogrzebu, a żeby pokryć długi, które u nich zaciągnęła, zamierzali spieniężyć to jedno, co mu pozostało, rodzinny dom.
Miał dwadzieścia dwa lata, osierocony przez ojca i matkę, pozbawiony domu i krewnych żył w mieście, z którego nazwą nie łączył żadnych wspomnień, jedynie teraźniejszość, i wtedy, ni stąd, ni zowąd, zaszła w nim całkiem nieoczekiwana zmiana, śmierć matki uciszyła wyrzuty sumienia, które trzymały go przy ojczyźnie, bo stale miał, biedak, w głowie powrót, zaoszczędzone pieniądze rachował skrupulatnie, liczyło się każde dziesięć centów, każdy dolar włożony do koperty trzymanej pod piernatem przybliżał go do matki, do ziemi, którą zamierzał kupić, by ją mogli uprawiać, do murków, które ułoży z kamieni bez zaprawy na tarasowym polu, śmierć matki zastała go z trzydziestoma dwoma dolarami i pięćdziesięcioma trzema centami, niewiele by z nimi zdziałał, więc tydzień później urwał się z pracy, poszedł do sklepu Kotlikoffa, przez trzy godziny przeglądał półki i gabloty, po czym kupił porządny garnitur oraz parę skórkowych butów, była to pierwsza rozrzutność, na jaką sobie pozwolił w życiu, ale nie żałował, w wyobrażeniu każdego Amerykanina byłeś tym, kim próbowałeś się stać, no i w gruncie rzeczy oszczędności są po to, żeby je wydawać, powinien i on zdobyć się wreszcie na odwagę, zerwać z przeszłością i coś osiągnąć, stać się kimś, kimś innym.
Ale tygodnie mijały, a Andonis Kabanis pozostawał wciąż taki sam - może dlatego, że był człowiekiem zamkniętym w sobie, małomównym i powściągliwym - nowy garnitur wisiał nienoszony w jednoskrzydłowej szafie, a miasto za oknem rozrastało się i wylegało na przedmieścia, wyszukane budynki wznoszono w ciągu paru zaledwie miesięcy, lokale muzyczne pulsowały tańcem i radością życia, napływający nowi imigranci przyczyniali się do wzrostu produkcji, starzy zaś skutecznie domagali się wyższych pensji i dniówek, pieniądze szybko przechodziły z rąk do rąk i budowały fortuny, kobiety zyskały prawo głosu w wyborach, a wiktoriańska moralność dogorywała w nielegalnych wyszynkach, gdzie pito whisky z przemytu i tańczono charlestona i shimmy11, koniec krwawych rzezi pierwszej wojny światowej przypieczętował pomyślność i rozbudzone nadzieje nowej epoki.
Kiedy światła neonów przeglądały się w kałużach, migocąc nad centrami rozrywki i kinami, kiedy ludzie ustawiali się w kolejkach po zabawę do białego rana, Andonis Kabanis usiłował zrozumieć, jaki popełnia błąd, dlaczego żyje bez żadnych perspektyw w haniebnej biedzie, dlaczego nigdy nie starcza mu na czynsz, a gospodyni co rano jest kwaśna i niezadowolona, dlaczego wydatki są za duże, a dochody za małe. W stoczni wytrzymał trzy zimy wlokące się w nieskończoność i dwa króciutkie lata, robota była ciężka, warunki pracy kiepskie, pieniądze byle jakie, a dla tych, co słabo znali język, jeszcze gorsze. U progu czwartej zimy, pod koniec września, gospodyni Polka obwieściła mu, że znalazła lepszego najemcę, rzetelnego i dobrze płacącego, więc będzie bardzo wdzięczna, jeśli on spakuje manatki i wyniesie się do końca tygodnia. Jeszcze tego samego ranka w niecałe pół godziny upchnął swój dobytek do ciągle tej samej, należącej do wuja przedwojennej walizki, po raz pierwszy nałożył swój porządny garnitur, zostawił dwa czynsze niezapłacone i poszedł przed siebie. Dzień był szary, z takich, co to nie widać błękitu nieba, a niskie chmury biorą w objęcia dym walący z kominów, Andonis, podobny istocie z innego świata, która pomyliła drogę i zgubiła cel, godzinami okrążał ten sam kwartał, z wysłużoną walizką w ręce, w kółko i w kółko, póki nie zapadł zmrok.
Zrobiło się późno, noc zastała go w zachodniej części dzielnicy Waterfront błąkającego się między kamiennymi domami o pogaszonych światłach i drzwiach zamkniętych na cztery spusty, zarys filadelfijskiej grani odbijał się i migotał pośrodku rzeki Delaware, ulice były puste i źle oświetlone, śnieg padał miękko i ścielił się na asfalcie, gdy Andonis Kabanis z brązową walizką w ręce schronił się u wejścia zamkniętego sklepu spożywczego. Senność nadeszła rychło, objęła go czule i pogrążyła w ciepłych snach, oczy zamknęły się, wargi zbielały, trwał zespolony ze śniegiem i bielą krajobrazu, póki przeciągłe gwałtowne potrząsanie nie przywróciło go życiu, a usta nie poczuły i nie połknęły odrobiny najmocniejszego z bimbrów, grappy-morderczyni, która i umarłego poderwie na nogi.
Andonis Kabanis całkowicie odzyskał świadomość po chwilowym zdrętwieniu w rękach i uczuciu lodowatego chłodu, który mu oblekał skórę dreszczem, gdy, wśród wrzawy, ożywionych gestykulacji i dziwacznych żartów, pojął, że obudził się w poczekalni zakładu pogrzebowego między trumnami z hebanu, krzyżami i Matkami Boskimi, i w pierwszym odruchu chciał się przeżegnać po trzykroć, lecz ponownie zemdlał. Ocuciła go ręka kobiety w średnim wieku, która przecierała mu delikatnie twarz i dała do picia osoloną wodę. Gdy otworzył oczy, przytulna atmosfera, ogień na kominku i zapachy gotowania przypomniały mu matkę i Andonis Kabanis zaczął cicho płakać.
Tydzień i dwa dni przebywał w domu Tony'ego Mekki, nim odzyskał siły, w małej komórce na parterze, gdzie jedynym umeblowaniem było proste łóżko i stary gramofon marki Berliner na korbkę. Tuż obok, zaraz za drzwiami, stały partie trumien, całe przyziemie pachniało lakierowanym drewnem, norweską jesienią z brzozami i żołędziami, zgniłymi liśćmi i pierwszymi deszczami, więc przez wszystkie noce zamykał drzwi szczelnie, trwał w bezruchu i ani oka nie zmrużył z obawy, że będą go straszyć zjawy, duchy, głosy, śmierć matki i nieomal jego własna, z ulicy zabrali go trzej czarni, znaleźli przy nim włoskie papiery tudzież włoski paszport i uznawszy go za zmarłego, zanieśli do trumniarza Tony'ego, który miał biuro oraz mieszkanie naprzeciw parafii Matki Boskiej Karmelickiej we włoskiej dzielnicy Waterfront. Przez cały wieczór biały piętrowy dom przy Czwartej Ulicy trząsł się w posadach od tańców, stukotu kijów bilardowych i żartów, w przyziemiu znajdował się zakład pogrzebowy, a na piętrze mieszkanie, Włosi zbierali się od wczesnych godzin i po kryjomu pili na parterze, obok zmarłych, niby to przy nich czuwając przed ostatnią drogą, prym wiódł gospodarz, Tony, wielki dowcipniś, a kto był w potrzebie, temu pomagał, robił za tłumacza, grabarza i darmowego doradcę, wypełniał formularze i pisał podania, chował ubogich, występował w sądach, zeznawał fałszywie, gdy zaszła potrzeba lub wystąpiła szczególna okoliczność, a wszystko w myśl tajemnego planu, który sobie ułożył w głowie i który miał go wprowadzić na scenę polityczną i wynieść na piedestał pośmiertnej chwały. A cieszył się taką sławą i takimi wpływami we włoskojęzycznej części Camden, że w trakcie egzaminów decydujących o przyznaniu pozwolenia na pobyt i upragnionej zielonej karty, na rutynowe pytanie "gdzie stoi Biały Dom" nowo przybyli Włosi odpowiadali bez mrugnięcia okiem "biały dom grabarza Tony'ego Mekki stoi na rogu Czwartej Ulicy i Division, w mieście Camden, w stanie New Jersey Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej", a dla pewności i żeby dogodzić świętościom, dodawali nawiasem "dokładnie naprzeciw kościoła parafialnego Matki Boskiej Karmelickiej, Wszechmocnej, Łaskawej i Cuda Czyniącej".
Cuda, rzecz jasna, zdarzały się rzadko i bez włoskich korzeni do Tony'ego Mekki wstępu nie miałeś, zwłaszcza jeśliś nie był katolickiego wyznania; żeby się dostać do niego w pionie czy w poziomie, należało przedstawić stosowne dokumenty oraz zaświadczenia, a skąd mogli wiedzieć Afroamerykanie, że włoskie papiery były też wydawane na wyspach Dodekanezu i że przynieśli chrześcijanina nie do tej, co trzeba, parafii, więc kiedy Pepito, prawa ręka Tony'ego Mekki i żaden znowu mędrzec, otworzywszy drzwi, od progu posłał im wiązankę, co prędzej pokazali dowody z pieczęciami znalezione przy ciele, dopiero wtenczas Pepito im uwierzył i rzucił się pomagać, odtrącając czarnych z kalabryjskimi przekleństwami, jak gdyby go mierziły te złowróżbne kruki profanujące swoimi brudnymi łapami ciało wybrańca, uczciwego włoskiego Amerykanina, krajana, co na swoje nieszczęście przyjechał szukać szczęścia do "mamma mia, brutta anche bella America", tej wrednej i wspaniałej Ameryki.
Szczęście jednakże nie opuściło Andonisa, bo Tony Mecca wziął go pod opiekę, wynajął mu pokój przy Bergen Square i przyrzekł zadowalającą dniówkę pod warunkiem, że nie będzie musiał się za niego wstydzić, na początek powierzał mu drobne prace, roznoszenie poufnych przesyłek lub wiadomości z pogróżkami, a także wyjaśnianie za pomocą kija ewentualnych nieporozumień czy sporów, a po dwóch miesiącach, gdy Mecca upewnił się ponad wszelką wątpliwość, że Andonis, pomijając fakt, iż nosi takie samo imię jak on, jest człowiekiem przystępnym i godnym zaufania, przechrzcił go na Nontę i wciągnął w robotę na całego, odtąd o porannej porze z dwoma innymi upiększał zwłoki, które przekroczyły próg zakładu pogrzebowego, po nocach zmagał się w piwnicy z recepturami i pędzeniem domowej, wzmacniającej grappy, by bladym świtem, nim się porządnie rozwidni, załadować szklane butelki do karawanu i wyekspediować je z mleczarzem Pepito do nielicznych, starannie wybranych klientów oraz wysoko postawionych przyjaciół.
I wtedy właśnie, w czasie jednego z szemranych wyładunków, z Pepitem w roli mleczarza, z Sergiem prowadzącym karawan oraz z nim samym dla ochrony na siedzeniu obok kierowcy, ujrzał ją po raz pierwszy, gdy lekkim krokiem szła ulicą Cooper, i w pierwszym blasku dnia bodaj jednocześnie dostrzegł jej jasne włosy, czereśnie w rozkwicie, szerokie czyste ulice, eleganckie wille i alabastrowe niebo, i poczuł ucisk w sercu, jakby zgniatało je jakieś imadło, narzędzie tortur, póki nie odwrócił wzroku i nie zapanował nad sobą, gdy tymczasem karawan Gina ruszył przed siebie z głuchym zgrzytem i skręcił ociężale w prawo, zaraz na pierwszym rogu. Tego samego wieczoru dostał gorączki, niby parę kresek, których jednakże nie udawało się zbić w żaden sposób, nos miał zatkany i nękał go katar, dygotał na całym ciele wstrząsany dreszczami, postanowili więc zawołać lekarza, bo dość się naoglądali umierających na gruźlicę, doktor Jakolski przyszedł ze swoją walizeczką mocno spóźniony, bo dobiegała północ, a kiedy już się przy chorym porządnie natrudził, gdy zjadł, wypił i zapalił cygaro, z absolutną pewnością orzekł, że pacjent przeżyje, że jeśli w ogóle cokolwiek mu dolega, to to jedynie, że mu wiosna nie służy, że nie toleruje czereśni, magnolii, lip oraz robinii, innymi słowy, cierpi na alergiczny nieżyt nosa. I kiedy dobrze po drugiej doktor Jakolski wreszcie sobie poszedł, Nonta zebrał się na odwagę i z drżeniem w głosie nagabnął zacną panią Meccę zajętą w owej chwili sprzątaniem ze stołu, czy to coś poważnego i źle wróżącego, a ona zachichotała, puściła do niego oko i skinęła głową, z ustami pełnymi okruszyn, "io sono sigura que ti abbiano fatto il malocchio"12.
Może niedosłownie "złe oko" zwaliło z nóg Nontę i uszczuplało jego siły fizyczne uporczywym kichaniem, zaczerwienieniem oczu i nosem jak kran nie do zakręcenia, niemniej on sam był przekonany, że jego cierpienia mają źródło w kobiecej naturze i kobiecym sprycie, że jeśli chce skruszyć okowy i wyzwolić się spod złego wpływu, powinien co prędzej odszukać jasnowłosą piękność, lecz im dłużej jej szukał, tym mniej miał nadziei, bo Camden było jak stóg siana, w którym chciał znaleźć igłę, co go boleśnie kłuła, i im dłużej szukał, tym silniej mu dokuczali uszczypliwościami, intrygami i złośliwymi żartami Sergio i Pepito, on jednak nie dawał za wygraną, tylko uzbrojony w cierpliwość gotów był stanąć przeciw całemu światu, i ciągle powtarzał, osuszając chusteczką oczy, wydmuchując nos i wycierając usta, "a psik, a psik", w kółko i w kółko, "do diabła z takim szczęściem, a psik".
Minęła wiosna, nastało krótkie lato, dolegliwości zelżały, a tuż przed nadejściem października, pewnego dnia o zmierzchu, zobaczył ją na chodniku pod własnym oknem, wytrząsającą z pantofla kamyk, Nonta bez zwłoki nałożył płaszcz i kapelusz, wyszedł z domu, żeby do niej zagadać, zawahawszy się jednak, ostatecznie nie zdążył, ale ruszył w ślad za nią i im dłużej szedł, bacznie ją obserwując, tym mniej był pewien, czy to rzeczywiście ona, bo jej blond włosy jak gdyby zrudziały, za pierwszym razem nie zauważył pasemek koloru miedzi, niewykluczone jednak, że teraz, gdy się ściemniało, róż nieba przeglądał się w jej włosach, więc Nonta podążał za nią aż do irlandzkiej dzielnicy Pine Point i brakowało chwili, by ukazała się w głębi wysepka Petty Island, wieczór zaś, jakiś dziwny, kazał wierzyć, nawet pod przysięgą, w upiory, zjawy, piratów i skradzione serca, żywego ducha nie było na ulicy, Nonta bał się własnego oddechu i własnego cienia, jego krok zestroił się z jej krokami, adrenalina buzowała w żyłach, ona wyczuła za sobą oddech i ciężkie stąpanie, odwróciła się, chciała krzyknąć, lecz zanim zdołała zareagować w jakikolwiek sposób, Nonta chwycił ją, przyciągnął do siebie i co zdążył zrobić, zrobił ukradkiem, milczkiem i naprędce, a co się stało, to się nie odstanie, więc szybko zapomniał, wyparł i pogrzebał w gęstym, dławiącym, bezlitosnym mroku.
Nadeszła zima, kobiecy miraż zblakł, Nonta odzyskał stare, dobre ja, pracy przybywało, zamówienia rosły, produkcja domowa nie wystarczała na zaspokojenie potrzeb znamienitych przyjaciół i przyjaciół przyjaciół, myśleli nad nielegalnym importem znad pokrytych lodem kanadyjskich jezior, lecz wielkie interesy kręciły się w Filadelfii, a tamtejsze gangi nie miały skrupułów, Mecca zaś nie chciał się plątać w mafie i podejrzane interesy, jego życie wypełniał zakład pogrzebowy, pieniędzy zarobionych dzięki tamtemu światu starczało mu aż nadto, przynajmniej na razie, zadowolili się więc nieomylnymi regułami podaży i popytu, bo im większa posucha w mieście, tym wyższa wartość domowej produkcji w twardym pieniądzu, im bardziej ludzie spragnieni są alkoholu i uciech, tym lepszy zarobek i większe bonusy.
Wszystko szło pomyślnie i równie pomyślnie mogłoby iść nadal, gdyby dwudziestego drugiego grudnia tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego roku nie przyszła do domu Mecców, i nie została kompletnie zapomniana, podługowata przesyłka w kosztownym opakowaniu z jaskrawoczerwoną kokardą. Paczka nie miała nadawcy ani adresata, czy choćby wizytówki, niemniej w dniach, kiedy nadeszła, nie budził podejrzeń fakt, że ktoś anonimowo pragnie wyrazić wdzięczność domostwu Mecców, bo przecież od czasu do czasu, a zwłaszcza w okresie świątecznym, członkowie rodziny, przyjaciele i współpracownicy spotykali się u nich, dostawali prezenty i wymieniali się tymiż prezentami przy przystrojonym bożonarodzeniowym drzewku. Był dzień Wigilii, a pani Mecca nie zdążyła kupić prezentów dla zaproszonych gości, córki poszły do krawcowej na końcowe przymiarki i poprawki pięknie uszytych sukien na bal noworoczny, Tony udał się na ważne spotkanie z senatorem republikanów Spaceyem w Central Waterfront, zamierzali posilić się i obgadać sprawy pozyskiwania głosów, ona zaś miała przygotować dom i włożyć nadziewaną gęś do piecyka, gdy tymczasem Sergio, czyszcząc ze zniecierpliwieniem misę pomarańczowych batatów, narzekał na przesadnie, nie w jego guście nadziany drób i mruczał pod nosem, że tysiąc razy wolałby tradycyjnego smażonego węgorza w marynacie z liści bobkowych i ząbków czosnku.
Im bliższa była pora wigilijnej kolacji, tym większy niepokój targał panią Meccą, aż wreszcie, nie widząc innego rozwiązania, zawołała Pepita i Nontę, ubranych od dawna w odświętne garnitury, złożyła im życzenia, pochwaliła za pracowitość i przywiązanie, po czym wręczywszy im całe dziesięć dolarów, prosiła, by polecieli i kupili brakujące prezenty dla zaproszonych gości. A ponieważ minęła już piąta po południu, dokądkolwiek szli, wszystkie sklepy zastawali zamknięte, ogarnęło ich przygnębienie, bo przecież pani Mecca pokładała w nich całą nadzieję, aż na którejś ulicy natknęli się na starego Steina z pękiem kluczy zawieszonym na szyi, szedł powoli, powłócząc nogami, i ozłocić go chcieli, byleby tylko otworzył sklep, i na dowód poważnych intencji pokazali dziesięć dolarów zmiętych w dłoni, lecz Żyd pokręcił głową, mówiąc, że połowicznych interesów to on robił nie będzie, a jeśli faktycznie chcą, żeby im sklep otworzył, niechaj dokładnie przeszukają kieszenie i znajdą coś więcej w ramach bonusu. Ale choć przetrząsnęli kieszenie i obmacali starannie szwy najgłębiej ukryte, to nie znaleźli niczego wartościowego, czym dałby się skusić, i gdy mu powiedzieli, że mają w sumie dziesięć dolarów i trzydzieści centów, wyplątał ręce spod płaszcza, żeby pomachać na pożegnanie, bo za samo otwarcie sklepu, zapalenie światła i uruchomienie kasy kalkuluje mu się, razem z usługą poza godzinami, sprzedać towaru co najmniej za dwanaście dolarów. Nie mieli wyboru, pobiegli za nim i go zatrzymali, obiecali dodać te dwa dolary w następnym tygodniu z procentem pięciu centów za każdy dzień zwłoki, po czym, wymieniwszy uścisk dłoni, szparkim krokiem ruszyli we trzech w stronę sklepu.
Kolacja niezwykle się udała, jedzenie było sycące, porcje sute, wino czerwone w obfitości - prezent od jednego z zaproszonych gości, komisarza Rigolettiego, który zawsze dbał o to, by zarekwirowane towary trafiały do zaprzyjaźnionych domów - a zanim przy świetle świec zaczęto nakrywać stół do słodkiego, Tony Mecca położył na gramofonie płytę, żeby Pasquale Feis wyśpiewał sycylijskie kolędy przy akompaniamencie niesamowitych dudów i gajdów, po czym pani Mecca, uczyniwszy nabożnie znak krzyża, wezwała biesiadników, by zgromadzili się przy choince i wylosowali prezenty, które pyszniły się cierpliwie pod połyskliwymi bombkami i ozdobami z błyszczącego papieru, a Nonta i Pepito, z policzkami rozpalonymi od trunków, puszyli się jak pawie, bardzo dumni z siebie.
Gdy prezenty odpakowano i w niektórych przypadkach wymieniono między sobą, by zadośćuczynić indywidualnym gustom i preferencjom, pani Mecca, zajęta dotychczas podawaniem aksamitnego tiramisu, aż krzyknęła, zdjąwszy wieko podługowatego pudełka, w którego wnętrzu tkwił biały uniform ze śmiesznym, spiczastym kapturem, tworzący po odpowiednim rozłożeniu postać groźnego ducha, rodem z moralnie nieskazitelnej protestanckiej organizacji Ku Klux Klan, popierającej, propagującej i promującej anglosaską eugenikę.
1 przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski [w:] "Przegląd Filozoficzno-Literacki", nr 2 (4) 2003.
2 Nicholas Virgilio, przeł. Andrzej Szuba.
3 Terier imieniem Piper zdobił logotyp wytwórni gramofonów RCA Victor oraz wytwórni płyt o tej samej nazwie. Obraz malarza Francisa Baronta przedstawiający teriera przy gramofonie nosi tytuł His Master's Voice (jeśli nie zaznaczono inaczej przypis pochodzi od autorki).
4 Giros.
5 Tak zwany "busing", zapewniający bezpłatny dowóz dziecka do szkoły w odległej dzielnicy, miał na celu przemieszanie uczniów w szkołach amerykańskich, aby wyrównać szanse mniej uprzywilejowanym oraz zróżnicować uczniów w szkołach dotychczas jednolitych pod względem rasy, pochodzenia i sytuacji materialnej.
6 Walt Whitman, Śniłem we śnie (Tatarak), przeł. Krzysztof Boczkowski [w:] Kim ostatecznie jestem. Poezje wybrane, Inter Esse, Kraków 2003.
7 Ellis Island znana jest wśród Greków pod nazwą Kastigari. (Tak bowiem brzmiała w ustach Greków trudna dla nich do wymówienia nazwa Castle Garden - obecnie Castle Clinton lub Fort Clinton - pierwszego oficjalnego punktu przyjmowania i kontroli imigrantów w Stanach Zjednoczonych. W latach 1855-1890 obsłużono tam ponad osiem milionów przybyszy. W roku 1892 centrum przyjmowania imigrantów do USA przeniesiono na Ellis Island - przyp. tłum.).
8 W 1908 r. na terenie New Jersey niejaki Smerlis miał rzekomo ponad sto punktów, w których pracowali, zwykle młodociani, pucybuci. Grecy konkurowali w świadczeniu tych usług z Włochami (przyp. tłum.).
9 Wyspy Dodekanezu przeszły pod panowanie włoskie w czasie wojny włosko-tureckiej (1911-1912). Wbrew warunkom traktatu pokojowego zawartego w Ouchy pod Lozanną 18 października 1912 r. Dodekanez pozostał pod administracją włoską. Przyłączony został do macierzystej Grecji dopiero w roku 1947 (przyp. tłum.).
10 Dziewiątego września 1922 r. wojska tureckie dokonały w Smyrnie (Izmirze) rzezi ludności greckiej i ormiańskiej, zabijając około 100 tysięcy cywilów, mimo że wskutek przegranej przez Grecję wojny z Turcją (1919-1922) wojska greckie już się z miasta wycofały (przyp. tłum.).
11 Taniec amerykański z lat 20. XX wieku polegający na intensywnych naprzemiennych ruchach barków w przód i w tył.
12 Na pewno ktoś cię złym okiem zauroczył.