Dentysta w paszczy krokodyla. i inne historie z Doliny Bagiennej Trawy - Paweł Wakuła

Kup ebooka

26.90 zł
21.51 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwsze ognisko

Do Doliny Bagiennej Trawy wreszcie zawitała wiosna. W promieniach słońca ostatnie łaty brudnobiałego śniegu topiły się i zamieniały w wesołe strumyczki raźno podążające w stronę rzeki. Kap! Kap! Kap! - z każdej nawet najdrobniejszej gałązki spadały krople wody.

- Trzeba jakoś uczcić tak piękny dzień. Może rozpalimy ognisko? - zaproponował Ogryzek i, nie czekając na Maurycego, zaczął zbierać z ziemi wilgotne drwa.

- A wiesz, że to dobry pomysł! - uśmiechnął się skrzat.

Po chwili obaj nosili z lasu naręcza gałęzi, z których pośrodku Malinowej Polany zaczęli układać zgrabny stosik.

Podczas tego zajęcia zastał ich leśniczy Piątek.

- A cóż to ma znaczyć? - spytał surowo. - Chcecie puścić z dymem całą dolinę? Nie wiecie, że nie wolno palić ognisk w lesie?

Maurycy i Ogryzek spojrzeli po sobie niepewnie.

- Jest tak mokro, że nie ma mowy o pożarze... - bąknął skrzat.

- A poza tym zakazy są dla ludzi! - odparł bezczelnie szczurek. - Nam, leśnym stworzeniom, wszystko wolno! Chce pan zakazać błędnym ognikom nosić płomyki nad głowami? Ciekawe, jak się pan do tego zabierze!

Piątek w zamyśleniu potarł brodę. Pożar lasu był jednym z jego najgorszych koszmarów, ale dobrze wiedział, że niemal zawsze spowodowany jest przez ludzi, bardzo rzadko przez piorun, a nigdy przez zamieszkujące puszczę stworzenia.

- Może zrobicie marzannę? - zaproponował polubownie. - Jest tak mokro, że nie uda się wam rozpalić ognia, ale gdybyście wzięli dwie solidne żerdzie...

Odwrócił się, żeby z ułożonego przez Maurycego i Ogryzka stosiku wybrać odpowiednie patyki, i aż podskoczył z wrażenia, gdy z szumem potężnych czarnych skrzydeł oderwał się od ziemi jakiś ptak, unosząc w dziobie jedną z gałęzi.

- A to dobre! - roześmiał się Ogryzek. - Wygląda na to, że kruk Alojzy też chce zrobić sobie ognisko! Jemu też pan zabroni?

Maurycy zmarszczył brwi.

- To do niego niepodobne! Alojzy na pewno chce zbudować szałas albo płotek... A może zrobi marzannę?

Piątek uśmiechnął się pod nosem.

- Kruki są bardzo zmyślne, ale nie sądzę, żeby Alojzy tracił czas i siły na takie głupstwa. Ma coś ważniejszego do zrobienia. Musicie wiedzieć, że te ptaki, jako jedne z pierwszych, już na początku wiosny budują swoje gniazda!

- A, chyba że tak - mruknął skrzat. - Wiadomo, własny dom jest najważniejszy!

Stary niedźwiedź mocno śpi

Maurycy i Ogryzek szli przez las, a wszędzie wokół rozlegały się odgłosy przyrody budzącej się do życia. Ptaki śpiewały, wiewiórki ganiały się po drzewach, a gdy mijali Polanę Trzech Dębów, dobiegło ich czyjeś rozkoszne ciamkanie i mlaskanie.

- Ktoś ma niezły apetyt! - zachichotał Ogryzek.

- To prawda - przyznał jego przyjaciel. - Ale i tak powinien zachowywać się kulturalnie. Kto to słyszał, żeby tak hałasować przy jedzeniu? To jakiś niewychowany gbur i prostak!

- Skoro mowa o gburach, chodźmy obudzić Leona - zaproponował szczurek. - Dzień taki piękny, już czas, żeby wstał ze swojego barłogu!

Po krótkiej wędrówce znaleźli się nad wejściem do gawry niedźwiedzia brutalnego.

- Hop! Hop! Leonie! - krzyknął Maurycy.

Cisza.

- A to śpioch! - zaśmiał się szczurek. - Poczekaj, już ja go obudzę!

Zwinął kawałek brzozowej kory i zaczął przeraźliwie trąbić. Na próżno. Tylko na gałęzi pobliskiego drzewa przycupnęła zaciekawiona sroka Krystyna.

- Co się dzieje z Leonem? - spytała. - O tej porze zawsze był już na nogach!

- Zima była ciężka - zauważył niepewnie Maurycy.

- Mimo to powinien już się obudzić! - zirytował się Ogryzek.

Gawra Leona była wielką jamą powstałą w wykrocie zwalonego przez wiatr dębu. Przed snem niedźwiedź zakopał się tam w legowisku ze świerkowych gałęzi i zeszłorocznych liści. Szczurek wlazł teraz na przewrócony pień i zaczął skakać, starając się robić jak najwięcej hałasu.

- Leonie! Hop! Hop! Pobudka! - wydzierał się, ale na próżno, z gawry nie doszedł ich żaden odgłos.

- Wlazłbym do środka i wytargał go za ucho, ale trochę się boję - mruknął Ogryzek. - Głodny niedźwiedź po przebudzeniu bywa zły...

Skrzat machnął ręką.

- Zostawmy go w spokoju. Po porannym spacerze burczy mi w brzuchu!

Gdy szli w kierunku Malinowej Polany, napotkali wracającego z obchodu leśniczego Piątka.

- Wpadnijcie do mnie na bułeczki z marmoladą i kakao - zaproponował z uśmiechem. - Zaprosiłbym też Leona, ale on już zaspokoił pierwszy głód. Muszę przyznać, że widok niedźwiedzia posilającego się po zimowym śnie jest imponujący!

- Spotkał pan naszego miśka? - zdziwił się Ogryzek. - A my byliśmy pewni, że jeszcze kima!

Maurycy zatrzymał się jak wryty.

- Ależ z nas gapy! - zawołał. - Przecież to właśnie jego słyszeliśmy, gdy jadł śniadanko na Polanie Trzech Dębów!

Bohaterski tchórz

Z każdym dniem widać było coraz więcej oznak wiosny, co prawda w głębokich leśnych rozpadlinach wciąż leżało jeszcze trochę śniegu, ale na gałęziach pojawiły się już świeże pączki, a wśród drzew wyrosły łany niebieskich przylaszczek. Jednak był jeszcze jeden niezawodny znak, że zima naprawdę się skończyła.

- Hura! Hura! Czarny bocian Gerwazy wrócił z Afryki! - wrzeszczał podekscytowany Ogryzek, biegnąc z szeroko rozpostartymi łapkami. - Przeleciał sześć tysięcy kilometrów nad pustynią, dżunglą i morzem. Nie masz pojęcia, gdzie on był i co widział!

- Zuch - przyznał Maurycy. - Musiał mieć masę przygód po drodze!

- No jasne! Widział z bliska słonia, żyrafę i lwa. A jak chciał się napić wody z Nilu, to prawie złapał go korkodryl! O tak! - szczurek kłapnął rękami przed nosem przyjaciela.

- Nieźle! - przyznał skrzat. - A właściwie co to za jeden, ten... korkodryl?

- Straszna bestia z paszczą pełną zębów! - wyjaśnił szczurek. - Drapieżny stwór, który mieszka w Nilu i może zjeść całego słonia razem z jego dwoma ogonami!

- Chyba z ogonem i trąbą - poprawił go skrzat, ale uczciwie przyznał: - Ja nigdy nie odważyłbym się na taką daleką podróż. Ten nasz Gerwazy to prawdziwy bohater!

- No pewnie! I wiesz co? Obiecał, że opowie nam o swoich przygodach!

- Super!

Maurycy i Ogryzek od razu pobiegli po leśniczego Piątka, żeby i on posłuchał opowieści Gerwazego. Wspólnie udali się na łąkę, gdzie czarny bocian wyznaczył spotkanie, lecz nie zastali go. Długo czekali, ale zamiast Gerwazego w wysokiej trawie przechadzał się tylko biały bocian Wojtek.

- Przepraszam, czy nie widziałeś swojego kuzyna? - spytał w końcu Maurycy.

- Tego tchórza? - prychnął Wojtek. - Był tu, ale uciekł jak niepyszny!

- Jak to uciekł? Wystraszył się kogoś? - zmartwił się Maurycy.

- To niemożliwe! - dodał Ogryzek. - Gerwazy nikogo się nie boi! Nawet korkodryla!

Leśniczy Piątek uśmiechnął się i wziął ich na stronę.

- Chłopaki, zdradzę wam tajemnicę - szepnął. - Niestety biały bocian to prawdziwy czarny charakter! Potrafi zbić rywala skrzydłami i poranić go dziobem. Z dzisiejszego spotkania nic nie będzie, bo najwyraźniej Gerwazy wystraszył się Wojtka!

Swojski dusiciel

Spotkanie z Gerwazym w końcu doszło do skutku. Piątek zaprosił bociana do leśniczówki Klechdy, żeby w bezpiecznym miejscu, z dala od brutalnego kuzyna, opowiedział o swoich przygodach na Czarnym Lądzie.

- No dalej, Gerwazy, zapodaj jakąś straszną historię! - poprosił Ogryzek. - Wiesz, taką, żebyśmy po jej usłyszeniu bali się pójść w nocy do kuchni przekąsić małe co nieco!

- Tak! Tak! - zgodziła się dziwożona Zuzanna. - Poprosimy o horror!

Bocian zaklekotał.

- Czy mówiłem wam już o pytonie?

- Pytong? A co to za jeden? - spytał szczurek.

- Wąż, ale naprawdę olbrzymi! Długi jak stąd do tamtego drzewa - bocian wskazał dziobem odległą o pięćdziesiąt metrów brzozę. - Jest tak silny i żarłoczny, że na śniadanie z łatwością może zjeść słonia i dwa młode nosorożce!

- O rany! - mruknął wilkołak Alfred. - To ile taki wąż może wypić mleka?

- Zaczynam się bać! - przyznała bardzo zadowolona Zuzanna.

Tylko leśniczy Piątek uśmiechnął się pod nosem.

- Mów dalej - poprosił Maurycy.

- Pyton to prawdziwy dusiciel - Gerwazy z lubością kontynuował straszną opowieść. - Oplata swoje ofiary, łamie im wszystkie kości, a potem połyka bez gryzienia!

Jego słuchacze spojrzeli po sobie z niedowierzaniem.

- Nie używa noża i widelca? - zdziwiła się dziwożona.

- Kolego, bujać to my, ale nie nas! - Ogryzek znacząco przymrużył oko.

- Nie wierzycie mi?! - oburzył się Gerwazy. - W takim razie nic tu po mnie! - zatrzepotał wielkimi skrzydłami i odleciał.

- I po co te nerwy? - wzruszył ramionami szczurek. - Przecież każdy wie, że to tylko bajki. Żaden pytong nie istnieje!

- Muszę cię wyprowadzić z błędu - zaskoczył go leśniczy. - Pyton to gatunek węża... Chociaż nie jest ani tak wielki, ani tak żarłoczny, jak opowiadał nasz poczciwy bocian.

- Naprawdę? - zdziwił się Maurycy. - Jak to dobrze, że podobnych stworzeń nie ma u nas w dolinie!

- I ty także nie masz racji! - roześmiał się Piątek. - Przecież wasz stary znajomy wąż Eskupala mieszka u mnie w kompostowniku!

- Nasz Apollin to dusiciel?! - zaniepokoili się goście.

- A jakże - odparł leśniczy. - Jest niezwykle rzadki, choć można go spotkać blisko ludzkich zabudowań, na przykład w zapuszczonym sadzie albo kompostowniku właśnie.

Ogryzek głośno przełknął ślinę.

- Lubię Apollina - mruknął - ale od dzisiaj będą omijał go z daleka!

Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej