Desire. Odzyskać nadzieję. Tom 1 - Aleksandra Muraszka

Reflow text when sidebars are open.
Travis
Kocham kobietę innego mężczyzny. Nawet kiedy wypowiadam to zdanie jedynie w myślach, za każdym razem się krzywię, bo to żałosne. Od wielu miesięcy nie ma dnia, w którym bym o niej nie myślał. Jestem jednak porządnym facetem, dlatego nie zamierzam o nią walczyć z kimś innym. Ona nie jest zabawką, trofeum, które można wygrać, okazując się lepszym od przeciwnika.
Dostałem jasny przekaz: "Kocham Riona". A więc czy tego chciałem, czy też nie, musiałem to przyjąć na klatę i postarać się o niej zapomnieć. Okazało się, że to nie takie proste. Nigdy dotąd nie czułem czegoś tak silnego jak to, czym darzę Haelyn. Wiem, może to brzmi banalnie i zarazem mdło, ale hej, w końcu każdy kiedyś przeżył prawdziwą miłość. Moją miłością jest Haelyn, choć jej miłością jest inny mężczyzna.
Ten kwaśny posmak na języku to zazdrość? Być może.
W każdym razie staram się układać życie, w którym ona nie zajmuje miejsca na szczycie listy moich priorytetów ani miejsca w moim łóżku, ani nawet najchłodniejszego kąta na kanapie.
- Szlag! - wykrzykuję, kiedy upuszczam gorący garnek prosto na podłogę. Odskakuję, nim wrzątek wyleje mi się na stopy. - Cholera jasna - dodaję pod nosem i wczepiam palce we włosy.
Stoję, wpatrując się w wielką plamę wody i makaronu jak ostatni kretyn, bo czuję, że gdybym teraz sięgnął po naczynie, mógłbym w przypływie złości rzucić nim o ścianę lub wypieprzyć je przez okno.
- Co się stało? - Do kuchni wpada zaalarmowana Karen. Odnajduje mnie wzrokiem, potem skupia się na katastrofie, do jakiej doprowadziłem, i znów wraca do mnie. - To wrzątek?
Przytakuję, opuszczając ręce.
- Poparzyłeś się?
Zaprzeczam, ale i tak w ciągu ułamka sekundy znajduje się obok i uważnie mi się przygląda.
- Nic ci nie jest. - Oddycha z ulgą.
- Nie można powiedzieć tego samego o tym makaronie. - Wskazuję go palcem. - Nadaje się do kosza.
- Ugotujemy nową porcję, nie przejmuj się. - Macha ręką, po czym podpiera się pod boki, wlepiając wzrok w mokrą podłogę. Chwilę później kąciki jej ust unoszą się i wykrzywiają w zabawnym uśmieszku. - Ciamajda z ciebie.
Przewracam oczami, sięgam po ścierkę i kucam, by podnieść garnek. Tym razem nie chwytam go gołymi rękami. Zazwyczaj takie rzeczy mi się nie zdarzają, jednak dziś jestem rozkojarzony i oto tego efekty.
- Masz zamiar się ze mnie nabijać czy pomożesz mi posprzątać? - pytam, zadzierając głowę.
Moja siostra zaczyna się głośno i dźwięcznie śmiać, dzięki czemu nie jestem w stanie się na nią za to gniewać. Jej radość, ta autentyczna, od zawsze poprawia mi humor. Kiedy w przeszłości czymś mnie wkurzyła, wystarczyło, by się zaśmiała, a ja już byłem stracony. Niemalże wszystko potrafiła u mnie załatwić w ten sposób. Rozpieszczałem ją od małego, bo to moja młodsza siostra, co często wychodziło mi bokiem - bywały dni, w których dawałem sobie wchodzić na głowę. No ale kto by nie dał, patrząc na tę śliczną, niewinną buźkę? Nawet teraz, gdy jest już dorosła, wygląda równie niewinnie. Od kilku lat praktycznie się nie zmieniła.
W powietrzu wyczuwam swąd dymu. Od razu wstaję i zerkam w stronę kuchenki, jednak ta jest wyłączona. I nagle słyszę cichy pisk Karen.
- O Boże! - Wypada z kuchni jak z procy, a ja przeskakuję wielką kluchę makaronu i wody i pędzę tuż za nią.
Zatrzymuję się kilka kroków dalej i przyciskam dłoń do ust, by nie parsknąć.
- Co mówiłaś? Że to ja jestem ciamajdą? - pytam, obserwując, jak zawzięcie macha rękami nad deską do prasowania.
Otóż moja siostrzyczka zostawiła rozgrzane żelazko na swojej ładnej białej bluzce w kolorowe kwiatki. Niestety ta od tej pory będzie nadawać się jedynie do mycia podłóg.
- Pobiegłam ci na ratunek! - wypomina, posyłając w moją stronę gniewne spojrzenie, a ja kolejny raz próbuję się nie roześmiać. - To twoja wina!
- Kupię ci nową.
- Jest z Chorwacji, tutaj takiej nie znajdę - odpowiada i unosi ubranie... a raczej to, co po nim zostało, i przygląda się szkodzie ze skwaszoną miną. - Lubiłam ją.
- W takim razie znajdziemy inną, którą polubisz jeszcze bardziej. - Podchodzę do siostry i wyciągam jej z rąk skrawki materiału. - Ty pomożesz mi uratować nasz obiad, a ja zabiorę cię po wszystkim na zakupy, co ty na to?
Przytakuje z westchnieniem.
Wietrzymy razem salon, wracamy do kuchni i sprzątamy, a następnie gotujemy świeży makaron. Serce mnie boli, gdy wyrzucam poprzedni do śmieci, jednak jedzenie z podłogi nie brzmi apetycznie.
Jeśli jeszcze kiedykolwiek wpadnę na pomysł zabrania jakiejkolwiek kobiety na zakupy, niech mnie ktoś mocno walnie w łeb. Boże, im to się nigdy nie nudzi! Łazimy od sklepu do sklepu od ponad dwóch godzin, a Karen jeszcze nic sobie nie wybrała! Przymierzyła z tuzin bluzek i koszulek, ale za każdym razem biadoliła: "Nie, ta mi się jednak nie podoba", i pytała, czy możemy pójść dalej. Jedno spojrzenie w jej jasne oczy sprawiało, że nie byłem w stanie odpowiedzieć niczego innego jak tylko: "Jasne, siostrzyczko".
Ona mnie kiedyś wykończy.
Wystarczyło, że na moment odwróciłem wzrok, a Karen zniknęła mi z pola widzenia. Tym oto sposobem od kilkunastu minut tułam się po pasażu handlowym w poszukiwaniu siostry, mając serdecznie dość dzisiejszego dnia.
- Trav?
Zatrzymuję się gwałtownie i odwracam w stronę znajomego głosu.
- Haelyn. - Chrząkam, bo ochrypłem, i podchodzę do dziewczyny, która od razu mocno mnie obejmuje. Pachnie wanilią pomieszaną z wiśnią, czyli sobą, przez co muszę się mieć na baczności, by nie przytrzymać jej przy sobie nieco dłużej.
- Co ty tu robisz? - Stawia krok w tył i uśmiecha się szeroko.
Ma na sobie zieloną sukienkę za kolano, która idealnie podkreśla jej kształty. Rude włosy zostawiła rozpuszczone, pozwalając im kręcić się przy końcach. Wygląda cudownie.
Nie gap się na nią, rozkazuję sobie i potrząsam ledwo zauważalnie głową, wracając spojrzeniem do jej oczu.
- Szukam siostry, zabrałem ją na zakupy, ale teraz gdzieś mi zniknęła - tłumaczę, na co dziewczyna chichocze.
Rany, jak ja uwielbiam ten dźwięk.
Travis, ogarnij się, kurwa. Miałeś tak o niej nie myśleć. Tylko się przyjaźnicie, pamiętaj o tym, matole.
- Ja czekam na Maud, stoi w mega długiej kolejce w butiku, a mnie przydzieliła zdobycie mrożonej kawy. - Patrzy na mnie szczerze radosna, a ja, choć bardzo się staram tego nie robić, na moment przepadam w jej oliwkowych oczach.
Haelyn spodobała mi się już w dniu naszego poznania się. Zatrudniła się w wydawnictwie, w którym pracuję od kilku lat. Od razu się w niej zakochałem, choć wcześniej nie wierzyłem, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Cóż, jak widać, jest. I to jak. Nie byłem w stanie (i niestety nadal nie jestem) pohamować swoich uczuć, chociaż udawało mi się to przed nią ukrywać - przynajmniej przez jakiś czas. Potem musiałem wyznać jej prawdę, a ona... cóż, dała mi kosza. Powiedziała, że chce się jedynie przyjaźnić, bo kocha kogoś innego. Zaakceptowałem to, serio. Gorzej z moim głupim sercem - ono nie przyjęło tego do wiadomości i zaczyna bić szybciej zawsze wtedy, gdy Haelyn znajduje się w pobliżu. W tym wszystkim najgorszy wydaje się fakt, że doskonale wiem, jak to jest mieć tę dziewczynę blisko. Całowaliśmy się - raz, ale się liczy. Zaraz potem ona wyszła z kręgielni ze swoim niedoszłym chłopakiem, zostawiając mnie z naszymi znajomymi i przy okazji rozdzierając moje serce na pół.
A ja nadal ją kocham.
Żałosny jestem, wiem.
- Z którą siostrą tu przyjechałeś? - Głos Haelyn przywraca mnie do rzeczywistości.
- Z Karen.
- Tą, o której mi opowiadałeś?
- Tak. - Posyłam jej delikatny uśmiech. - Spaliła swoją ulubioną bluzkę, tak jakby przeze mnie... - Drapię się po karku, a Haelyn unosi brwi z zaskoczenia. - Zostawiła na niej rozgrzane żelazko - dodaję, na co dziewczyna wykrzywia usta w grymasie.
- Poza bluzką nikt nie ucierpiał?
Kręcę głową, jednocześnie nie odrywając od niej spojrzenia.
- To dobrze. - Zerka w bok i wskazuje ręką jakiś sklep. - Maud jeszcze trochę tam postoi, idziesz ze mną po kawę?
Powinienem odmówić i szukać dalej Karen, ale kiedy chodzi o Haelyn, staję się zbyt podatny na sugestie i zawsze jej ulegam. Dlatego zgadzam się i ruszam obok dziewczyny w stronę budki z lodami, w której przy okazji podają również mrożoną kawę.
- Jak tam sytuacja z... no wiesz. - Nie chcę wprawić jej w zakłopotanie, dlatego ostrożnie dobieram słowa.
Haelyn składa zamówienie, po czym odwraca się do mnie i unosi kąciki ust.
- Całkiem dobrze. Dominic dostał zakaz zbliżania się, więc nareszcie czuję, że jestem względnie bezpieczna.
Dominic Tremblay - człowiek, który zamienił życie Haelyn w koszmar. Zabił jej rodziców, gdy dziewczyna miała ledwie pięć lat. Zrobił to na jej oczach, a ona cudem nie ucierpiała. Niedawno dowiedziała się, że facet wyszedł z więzienia, i bała się, że zacznie jej szukać, bo kto tam wie, co strzeli takiemu psychopacie do głowy. Na szczęście James, przyjaciel jej oraz Riona - czyli chłopaka, w którym jest po uszy zakochana - dość szybko zainterweniował, dzięki czemu Haelyn teraz może odetchnąć. Miejmy nadzieję, że zakaz powstrzyma mężczyznę przed ewentualnym szukaniem z nią kontaktu. Choć nie sądzę, by miał w ogóle taki zamiar.
- Cieszę się, zasługujesz na spokój - odzywam się w końcu, odbierając kawę dla Karen oraz drugą dla siebie, bo skoro już tu jestem, to dlaczego by nie skorzystać? Dziś piłem tylko jedną, i to z samego rana.
Ruszamy z Haelyn z powrotem pod sklep, gdzie na siebie wpadliśmy. Przypadkowo ocieram się o nią ramieniem, dlatego nieznacznie się odsuwam. Nie chciałbym wprawić jej w dyskomfort, a swojego serca w palpitacje. Ono i tak już musi wiele znosić.
- A jak sprawa z Jamesem? - postanawiam zapytać. - Pogadałaś z nim w końcu?
Haelyn unikała przyjaciela przez jakiś czas po tym, jak odkryła, że okłamał nie tylko ją, ale również jej przyjaciółkę - z którą zaczął się spotykać - oraz Riona. Z tego, co już wiedziałem, to on chyba mu wybaczył, bo jako jedyny z ich trójki normalnie z nim rozmawia, pomijając fakt, że chłopaki mieszkają razem. Skoro Rion się nie wyprowadził, musiał dogadać się z kumplem.
Nie chciałem za bardzo się wtrącać, Haelyn zwierzyła mi się jednak jakiś czas temu i szczerze mówiąc, nie wiem, jak bym się zachował na jej miejscu. Nagle okazało się, że wszystko, co się działo, nie było przypadkowe, a James znał Haelyn od dziecka, i to jego ojciec zamordował jej rodziców. Chłopak ukrywał ten fakt i nie spieszył się z wyjawieniem prawdy, a kiedy ta niespodziewanie ujrzała światło dzienne, wszystko szlag trafił. Miley - była Jamesa - totalnie się załamała, a Haelyn jako jej najlepsza przyjaciółka przez cały ten czas się o nią troszczyła i wciąż to robi. Bo taka właśnie jest: troskliwa, opiekuńcza, empatyczna, i zawsze stawia bliskich na pierwszym miejscu. Jak miałem się w niej nie zakochać?
- Tak, nie wiem, czy uda nam się odbudować relację, ale nie gniewam się już na niego - przyznaje i spogląda na mnie, a ja muszę się zatrzymać, by nie wejść w jakiś słup, bo nie potrafię zerwać naszego kontaktu wzrokowego. Haelyn również przystaje. - A co u ciebie? Ostatnio stale się mijamy. Nie mogłam cię wczoraj złapać w wydawnictwie, a dziś miałam wolne.
- Wszystko dobrze, ja też nie byłem dzisiaj w pracy. Wziąłem urlop do końca tygodnia ze względu na przyjazd Karen.
- Ona to ma szczęście - komentuje i upija spory łyk kawy, a ja przyglądam się jej, choć doskonale wiem, że powinienem odwrócić wzrok. Najwyraźniej postradałem rozum. Istnieje jeszcze szansa, że dostałem udaru cieplnego od słońca.
- Tutaj jesteś! - woła do Haelyn Maud, która wyłania się z butiku naprzeciwko. Podchodzi do nas z pełnymi torbami.
Ile ona kupiła tych butów? Z dziesięć par?
Dziewczyna staje na palcach, a ja zniżam się tak, by mogła cmoknąć mnie w policzek.
- Trav! Co za niespodzianka.
- Miło cię widzieć - mówię i obrzucam ją sceptycznym spojrzeniem. - Wykupiłaś pół sklepu? - pytam, na co ona parska śmiechem i kręci głową, a kilka blond kosmyków wysuwa się z upięcia i opada jej na twarz.
Z Maud łączy mnie specyficzna relacja. Pracujemy razem, znamy się od kilku lat i świetnie się dogadujemy, ale czasami sobie dogryzamy i chyba to lubię w nas najbardziej. Dziewczyna jest ode mnie młodsza, lecz to w niczym mi nie przeszkadza, bo wydaje się o wiele dojrzalsza. Mamy podobne poglądy na świat i poczucie humoru. Odkąd Haelyn dołączyła do Purple Pages, Maud od razu ją polubiła. We troje spędzamy w pracy każdą przerwę, jeśli nie jesteśmy zawaleni robotą.
Lubię te dwie wariatki. Poprawka: jedną lubię, drugą kocham.
- Ach, ci chłopcy - mamrocze Maud, przewracając oczami, a Haelyn śmieje się cicho, czym wywołuje gęsią skórkę na moim ciele.
Jezuuuuu, muszę się wreszcie ogarnąć. Tak nie może być.
Z wielkim trudem przenoszę spojrzenie na sklepy obok.
- Pogawędziłbym z wami, ale powinienem znaleźć siostrę, zanim wyczyści mi kartę kredytową.
Dziewczyny się śmieją.
- Do zobaczenia w poniedziałek, tak? - Haelyn zbliża się i przytula mnie na pożegnanie.
Staram się, cholera, naprawdę się staram jej nie błagać, żeby nigdy się nie odsuwała, ale przychodzi mi to z ogromnym trudem.
Przełykam ślinę, odrywam się od niej i obejmuję drugą przyjaciółkę.
- Tak - odpowiadam z ociąganiem. - Miłego popołudnia. - Macham im na odchodne i ruszam przed siebie.
Nim odnajduję Karen, wypijam całą kawę i połowę tej dla niej. Siostra marszczy gniewnie brwi, kiedy odbiera do połowy pusty kubek.
- Nie mogłeś się powstrzymać, co? - pyta z oburzeniem i pociąga przez słomkę kilka łyków.
- Ciesz się, że w ogóle pomyślałem, by ci kupić.
- Dziękuję. Tego mi było trzeba, strasznie się zmęczyłam tymi zakupami.
Ona się zmęczyła? A co ja mam powiedzieć?
Zabrałem się do jej kawy, bo musiałem się ochłodzić. Po spotkaniu z Haelyn moje ciało zwiększyło temperaturę o stopień - lub dwa - i nie chciało się ogarnąć. Nie pomagało gorące słońce, które parzyło mi skórę, ilekroć stałem na nim dłużej niż kilka minut.
- Widzę, że masz dwie torby. - Wskazuję je ręką. - Domyślam się, że nareszcie coś wpadło ci w oko.
Siostra potakuje, rozciągając usta w uśmiechu.
- Tak, wzięłam trochę rzeczy, bo były na promocji - zaznacza, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Obiecałem, że zabiorę ją na zakupy, i nie dałem jej swojej karty po to, żeby oszczędzała. Raz na jakiś czas pozwalam jej zaszaleć. W końcu nie mam dziewczyny, na którą mógłbym wydawać pieniądze. Niech chociaż moja siostra na tym skorzysta.
- Czyli jesteś zadowolona? - dopytuję, a ona ponownie kiwa głową. - Cieszę się. - Szturcham ją w bok i odbieram od niej torby. - Masz ochotę na lody?
- Tak - zgadza się, ale nie rusza za mną, gdy zmierzam w stronę kawiarenki. - Wszystko okej? Jesteś jakiś... dziwny.
Odwracam się do siostry i natrafiam na rentgenowskie spojrzenie. Nic się przed nią nie ukryje. Mimo iż ćwiczyłem tuszowanie emocji, przed Karen nie potrafię udawać. I chyba nawet tego nie chcę.
Wzruszam bezradnie ramionami i rozglądam się wokół.
- Spotkałem Haelyn i Maud - odpowiadam, kiedy upewniam się, że dziewczyn nie ma w pobliżu. Nie wiem, czy kontynuują zakupy, czy może wracają już do domu, ale wolałbym, żeby nie podsłuchały mojej wymiany zdań z siostrą.
Karen podchodzi do mnie z poważną miną, która tak bardzo jej nie pasuje.
- Z tą Haelyn? - pyta, a ja potakuję. - Och. - Z ust Karen ucieka westchnienie podszyte współczuciem.
Wszystko, tylko nie to.
Kilka tygodni temu opowiedziałem jej, co się wydarzyło między mną a Haelyn. Moja siostra jako jedyna z całego naszego rodzeństwa wie, że podkochuję się w tej dziewczynie i że nie potrafię poradzić sobie z odrzuceniem. Jak już wspominałem, ta mała cwaniara - która nie jest już taka mała - wie, jak mnie podejść i wyciągnąć to, co ją interesuje. Teraz zaczynam żałować, że się jej zwierzyłem. Sposób, w jaki na mnie patrzy, mówi: "Otwórz się przede mną", a ja niekoniecznie chcę wsadzać kij w mrowisko. Całkiem dobrze wychodzi mi tłumienie uczuć i spychanie ich w czeluści umysłu.
Czasami nawet nie boli.
- Nie będziemy o tym rozmawiać - zaznaczam, gdy otwiera usta gotowa się ze mną sprzeczać. - Idziemy na lody i będziemy się świetnie bawić. - Wystawiam w jej stronę palec wskazujący i mrużę oczy. - Zrozumiano?
Karen mruczy coś pod nosem i krzyżuje ręce na piersiach, ale po chwili potakuje i bierze mnie pod ramię.
- Wiesz, że jestem tu dla ciebie, gdybyś chciał pogadać?
- Wiem, siostrzyczko. - Rzucam na nią okiem i unoszę kąciki ust. - Dziękuję - dodaję, a ona odwzajemnia uśmiech i mocniej ściska moje przedramię.
Rzeczywiście do końca dnia nie poruszyliśmy więcej tego tematu. Byłem Karen za to wdzięczny. Skutecznie odciągała moją uwagę od spotkania z Haelyn, od przepełniających mnie niechcianych emocji. Zabawiała mnie, ograła w karty i na koniec pokazała, kto jest lepszy w Monopoly. Ech, nawet w głupie gry przegrywałem. Podobnie jak w życiu.
Caroline
Pieprzy się nieźle, choć nie tak dobrze, jak rozpowiada. Ale, trzeba przyznać, skutecznie odciągnął moje myśli i zajął mnie na całe pięć minut. To i tak spoko wynik, biorąc pod uwagę, że był totalnie zalany. A sądząc po wyrazie jego twarzy, nawet tego nie pamięta.
- Co robisz w moim łóżku? - mamrocze zaspany Brian zachrypniętym głosem. Chociaż brzmi tak, jakby przez całą noc wydzierał się wniebogłosy, to w rzeczywistości jedynie przepicie, czyli u niego norma. Aż się dziwię, że ten skutek w jego przypadku jeszcze nie stał się permanentny.
- Aktualnie staram się z niego wyjść - odpowiadam, wkładając koszulkę przez głowę.
Gdzie się podziały moje majtki?
- Caroline? To ty?
Obrzucam go skonfundowanym spojrzeniem.
Czyżby dopiero teraz ogarnął, kogo sprowadził do chaty?
- A co? Spodziewałeś się zastać tu kogoś innego? - Prycham i wracam do szukania bielizny. Gdzieś tu musi być. - Widziałeś moje majtki? - Kiedy znów odwracam się w jego stronę, dostrzegam, że pobladł.
- Twoje... co?
Wzdycham sfrustrowana, bo naprawdę zaczynam mieć dość tych poszukiwań. Ten pokój nie jest wielki, ale zagracony, a przez to dokopanie się do moich ubrań staje się dość trudnym zadaniem.
- Majtki, bielizna, no wiesz, materiał, który...
Brian unosi dłoń i przymyka powieki.
- Wiem, co to są majtki - chrypi i przełyka głośno ślinę, skanując otoczenie rozbieganym wzrokiem. - Skoro jesteś w moim łóżku... - Urywa, jakby musiał zebrać siły, by kontynuować. - Czy my...?
- Pieprzyliśmy się? - podpowiadam. - Tak, ale nie zostaniemy teraz parą, przykro mi.
- Jaja sobie, kurwa, robisz! - Podrywa się do siadu, co kwituje syknięciem, bo zapewne ból właśnie rozrywa mu czaszkę.
Och, nic się chłopak nie nauczył przez te wszystkie lata.
- Wybacz, nie jesteś w moim typie. - Wzruszam ramionami i wreszcie zauważam swoją zgubę. - Mam was!
Klękam i pochylam się nad Brianem, bo figi leżą po drugiej stronie łóżka, tuż przy jego lewym udzie. On zaś odsuwa się do tyłu, uderzając plecami o wezgłowie, jakby bał się kontaktu z moją skórą, i podciąga nogi do klatki piersiowej, co - nie powiem - nieco mnie rozbawia.
Parskam śmiechem.
- Nie tknąłem cię - mówi tylko, wgapiając się we mnie jak w jakiś obcy obiekt. Wygląda przezabawnie z tą miną.
- Ooooch, zdecydowanie tknąłeś. - Kiwam głową i wsuwam majtki na tyłek.
Brian od razu odwraca wzrok. Rany, nie sądziłam, że oprócz chwili zapomnienia zapewni mi również dobrą rozrywkę.
- No błagam... - Patrzę na niego z politowaniem. - Zeszłego wieczora widziałeś o wiele więcej i o wiele bliżej.
Krzywi się na moje słowa i znów na mnie zerka.
- Niemożliwe. Nie zrobiłem tego z tobą.
Wypuszczam głośne westchnienie i odwracam się, by podnieść z podłogi jeansy.
- Klasyczny poalkoholowy brak pamięci. Spoko, do południa powinieneś sobie co nieco przypomnieć. - Puszczam do niego oko, na co marszczy ciemne brwi. - A może nie. Mam to gdzieś. - Zapinam zamek, a potem pasek i sięgam po skarpetki. Siadam na skraju materaca, bo biedny Brian spadnie z łóżka, jeśli się do niego przysunę.
- Proszę cię, powiedz, że dziś jest pierwszy kwietnia - biadoli, a ja unoszę oczy ku sufitowi.
Zanim następnym razem pójdę z kimś do łóżka, zastanowię się nad tym dziesięć razy.
- Gdybym wiedziała, że z rana wyjdzie z ciebie taki panikarz, nie dałabym się tu zaciągnąć. Obiecywałeś dobry seks, a nie udział w dramacie. - Biorę głęboki wdech i spoglądam na niego przez ramię. Wydaje się autentycznie zdezorientowany i nieco... przerażony? - No weź, poważnie?
- Przespałem się z... dzieciakiem - wyrzuca z siebie drżącym głosem.
- Dla twojej informacji, choć powinieneś to wiedzieć, mam dwadzieścia lat. Nie jestem dzieckiem - zaznaczam dosadnie.
- Dla mnie jesteś - mówi z takim obrzydzeniem, że, co bardzo mnie dziwi, czuję ukłucie w dole brzucha, jak gdyby dźgnął mnie w niego maleńką szpileczką.
Może nie pamięta tej nocy, ale nie wmówi mi teraz, że mnie nie pragnął. Bo zdecydowanie nie uważał mnie za małolatę, gdy zaciągał mnie do swojego domu. Doskonale pamiętam, co jęczał mi do ucha, kiedy dochodził.
Przewracam oczami i opieram się ręką o materac.
- W takim razie lepiej nie chwal się kolegom. - Wykrzywiam usta w grymasie, by sekundę później szeroko się uśmiechnąć. - Ale gdybyś jednak chciał... - Pochylam się w jego stronę, a on się wzdryga. Bez jaj. To staje się wkurzające. - Wytrzymałeś pięć minut.
Otwiera szeroko oczy.
- Co?
- No. - Klepię kołdrę i odwracam się, by wreszcie włożyć skarpetki. - Też jestem w szoku, dawałam ci maks dwie minuty.
- Ja pierdolę, O'Brien mnie zabije - mamrocze bardziej do siebie, choć niestety doskonale to słyszę.
- Nic mu do tego - odpowiadam pospiesznie i opieram dłonie o uda. - Gdzie się podział mój sweter? - myślę na głos.
- Wybije mi wszystkie zęby - lamentuje dalej Brian.
- Może jest pod łóżkiem? - zastanawiam się i od razu sprawdzam, ale natrafiam jedynie na kilka pomiętych czarnych T-shirtów Evansa.
- Wykastruje mnie, a ja tak bardzo lubię swoje jaja. - Robi dramatyczną pauzę, po której dodaje: - I fiuta.
Odchylam głowę i znów wpatruję się w sufit.
Boże, daj mi siłę.
- Widziałeś mój różowy sweter? - pytam tego panikarza, lecz on zdaje się mnie w ogóle nie słyszeć.
- Kurwa, ja jebię...
- Brian? - Siadam bokiem, by lepiej go widzieć.
- Nie tknę alkoholu nigdy więcej. - Wpatruje się w przestrzeń, szarpiąc się za krótkie ciemne włosy, a mnie powoli trafia szlag. - Co ja zrobiłem?
- Evans, mówię do ciebie!
Przechyla głowę i wreszcie na mnie spogląda. Mimo to wciąż wydaje się nieobecny.
- Mam dwadzieścia siedem lat.
- Super, ogarniasz matmę, fajnie, możesz, proszę, ogarnąć też moje ubranie? Spieszę się, byłoby szybciej, gdybyś mi pomógł.
Brwi Briana zbiegają się ze sobą, podczas gdy usta rozchylają się, by po chwili zacisnąć w prostą linię.
- On mnie zabije - duka bez tchu. - Kurwa mać, nie chcę jeszcze umierać.
A ten dalej swoje.
Wzdycham, poddając się, i wstaję.
- Rionowi nic do tego. Nie dowie się o tym, bo to nie jego interes. Przestań panikować, bo zmoczysz łóżko.
- Za późno - szepcze i zamyka oczy. Podsuwa się wyżej, a później ze zmarszczonym czołem sięga ręką pod swoje pośladki i wyciąga spod nich...
- O! Znalazłeś! Cudownie. - Wyrywam mu materiał z dłoni i płynnym ruchem zarzucam go na ramiona, po czym w ekspresowym tempie zapinam kilka małych guziczków. Zegar wskazuje sześć po ósmej, a to oznacza, że już i tak jestem spóźniona. - Muszę lecieć! Nara! - Nie czekam, aż mi odpowie.
Gdy zamykam drzwi, słyszę jeszcze, jak mamrocze:
- Zmieniam nazwisko i wyjeżdżam do Włoch.
Dzieciak. Po prostu głupi dzieciak.
- Caroline, przykro mi, ale muszę cię zwolnić - słyszę tuż po przekroczeniu progu kawiarenki. - To twoje czwarte spóźnienie w tym tygodniu.
- Przepraszam - mówię, udając skruszoną, i mocniej chwytam torebkę. - Moja babcia poślizgnęła się w łazience i...
- Złamała nogę. Tę wymówkę słyszałam kilka dni temu - szefowa wchodzi mi w słowo.
Och, doprawdy? Cholera, zaczynam się gubić w zeznaniach.
Czuję, że się rumienię, i z miejsca się za to nienawidzę.
- Jesteś niepoważna - dodaje, przyjmując pozycję twardej, nieustępliwej kobiety.
Nie zaprzeczam, nie wyprowadzam jej z błędu ani w żaden sposób nie staram się wytłumaczyć. Nie zależy mi na tej pracy, przyjęłam ją tylko ze względu na mamę. Ogarnęła mi spotkanie, bo szefową tej kawiarenki jest dobra znajoma jej przyjaciółki.
O kurde. Mama nie będzie zadowolona, kiedy się dowie, że wyleciałam po przepracowaniu niespełna trzech tygodni. Będę musiała jej to wyjaśnić, choć już wiem, że pokręci głową i rzuci jednym z tych słabych, oklepanych tekstów typu: "Najwyższy czas dorosnąć". Chyba przed powrotem do domu zaszyję się w jakiejś knajpie, a później zrobię rundkę spacerem wokół miasta i wymęczę ciało, żeby jakoś to przeżyć.
- Zabiorę swoje rzeczy i już mnie nie ma - stwierdzam, po czym ruszam na zaplecze.
Otwieram szafkę, w której dotąd przechowywałam ciuchy na zmianę oraz kilka rupieci, a następnie pakuję wszystko do torebki (nie mam pojęcia, jakim cudem jeszcze się nie rozerwała). Przywołuję na usta sztuczny, skruszony uśmiech i wychodzę, mijając byłą szefową.
- Do widzenia - rzuca na odchodne.
Mam nadzieję, że nie, myślę, ale odwracam się i kiwam kobiecie głową. Robię to z czystej uprzejmości. Kolejne godziny spędzam w kilku miejscach: jadę taksówką do Detroit, kupuję sobie lunch, zjadam go w niewielkim parku, siedząc na ławce, a następnie przechadzam się wzdłuż nieznanej mi ulicy. Kwadrans później zatrzymuję się przed wydawnictwem, gdzie pracuje Haelyn, dziewczyna Riona, brata mojego zmarłego chłopaka. Pokręcone? Być może.
Widziałyśmy się ledwie kilka razy, lecz to wystarczyło, by zaskarbiła sobie moją sympatię. Kiedy mama Riona opowiadała o niej w samych superlatywach, sądziłam, że przesadza, jednak kilka miesięcy temu zobaczyłam to na własne oczy: nadzieję, która emanowała z Haelyn. Ta dziewczyna zdołała wyciągnąć Riona z dna i stale utrzymuje go na powierzchni. Daje mu wsparcie, jakiego po śmierci brata nie dostał od bliskich ani... ani ode mnie.
Potrząsam głową i ruszam przed siebie, bo to nieodpowiedni czas na wracanie do tych wspomnień. Nie zamierzam kolejny raz popaść w obłęd. Wyszłam na prostą. Kosztowało mnie to wiele siły i czasu, ale w końcu się udało. A przynajmniej tak sobie wmawiam.
- Caroline!
Na dźwięk znajomego głosu wzdycham i przewracam oczami, lecz nie zwalniam kroku.
- Caroline!
Udaję, że wcale go nie słyszę. Mogłabym dodatkowo zignorować głośne trąbienie, jednak kiedy zatrzymuje samochód i wysiada z niego, po czym staje na mojej drodze, nie mogę dłużej brnąć w kłamstwo.
- Brian - udaję zaskoczoną i lekko się uśmiecham. - Co ty tu robisz? Śledzisz mnie?
- Do samochodu, ale już. - Wskazuje na pojazd i zgrzyta zębami.
Prycham, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- W łóżku nie byłeś taki władczy - zauważam, na co kąciki jego ust wykrzywiają się w niesmaku.
- Właśnie o tym chcę z tobą pogadać. Pakuj się do auta.
- Miałam w planach wrócić do domu pieszo, ale skoro tak ładnie prosisz. - Akcentuję przedostatnie słowo, robiąc ku niemu krok. - Szok już minął? Jesteś w stanie normalnie się wysłowić?
Brian zaciska szczękę, wpatrując się we mnie z coraz mniejszymi pokładami cierpliwości. Widzę to w jego oczach: nie rozbawiłam go.
Bez słowa sprzeciwu zajmuję fotel pasażera, podczas gdy on obchodzi samochód i siada za kierownicą. Rusza z miejsca z piskiem opon i przez dłuższą chwilę milczy, a ja czekam spokojnie, aż odzyska zdolność mówienia.
- Żałuję, że tyle wczoraj wypiłem. Przez to nawet nie pamiętam, że spotkałem cię na imprezie.
- Może to i lepiej.
Brian zatrzymuje się na czerwonym świetle i odwraca do mnie głowę tak gwałtownie, że aż coś strzela mu w karku.
- Użyliśmy gumki, prawda?
- A co? Nie chcesz zostać tatusiem?
Posyła mi takie spojrzenie, jakby sam nie był pewien, czy chce mnie nim zabić, czy jedynie przestraszyć.
- Nie żartuj sobie, to kiepski moment.
Wypuszczam powietrze z westchnieniem.
- Oczywiście, że pomyślałam o zabezpieczeniu. - Prycham. - Ty ledwo kontaktowałeś. Nawet drzwi do domu musiałam otworzyć, bo nie potrafiłeś trafić kluczem w zamek. Aż dziwne, że trafiłeś w...
- Zamilcz, błagam. - Uderza czołem o kierownicę. - Nic już nie mów.
- Przecież sam chciałeś o tym pogadać - przypominam mu.
Brian prostuje plecy, bierze głęboki wdech i wraz z wydechem zerka na mnie, starając się panować nad wyrazem twarzy. Słabo mu to wychodzi, bo krzywi się i zamyka oczy na kilka długich sekund.
- Nie wybaczę sobie tego. Jak mogłem pójść z tobą do łóżka?
- Jezu, nie było aż tak źle - oburzam się, bo właśnie wyczerpałam resztki humoru na ten dzień. Krzyżuję nogi i wciskam dłonie pomiędzy uda. - Gdybyś cokolwiek pamiętał, nie robiłbyś teraz takiej afery.
- Gdybym był na tyle świadomy, nie dotknąłbym cię nawet małym palcem u stopy. - Pochyla się w moją stronę, lecz szybko wraca na swoje miejsce, jak gdyby nasza bliskość sprawiała mu fizyczny ból. Jego dotąd ciemnoszare tęczówki wydają się teraz niemal czarne.
- Są inne sposoby na przekazanie mi, że nie jestem atrakcyjna, nie musisz być aż tak brutalny - rzucam i skupiam wzrok na bocznej szybie.
- Nie o to chodzi... - Klnie pod nosem i rusza, bo światło zmieniło kolor na zielony. - Znamy się kilka lat, a ja od zawsze traktowałem cię jak siostrę. - Milknie i mogę się założyć o wszystkie swoje oszczędności, że właśnie kolejny raz się skrzywił. - Wciąż pamiętam, jak migdaliłaś się z ...
- Wysadź mnie tutaj - przerywam mu i odpinam pasy. - Zatrzymaj się!
- Dla...
Odwracam do niego głowę z mocno bijącym sercem.
- Ja też żałuję, że wpadłam na ciebie w tym barze - przyznaję, ledwo powstrzymując się od krzyku. - Zapomnijmy o tym, Evans.
- Jak mam o tym zapomnieć? Kiedy za każdym razem, gdy będę cię widział, moja wyobraźnia podsunie mi obraz ciebie pode mną albo na mnie... Jak my to w ogóle zrobiliśmy?
Ja go zaraz zabiję. Przysięgam, znajdę w schowku coś ciężkiego i walnę go w łeb.
Zaciskam palce na pasie, który nadal mocno trzymam, żeby nie rzucić się na tego idiotę z pazurami, i liczę do dziesięciu.
Rhys tak robił.
Rhys...
- Wiesz co? - odzywam się w miarę spokojnie.
Brian staje na poboczu, tuż przed tabliczką z nazwą "Windsor", więc jeśli teraz wysiądę, nie będę musiała daleko iść. A wysiądę. Bez dwóch zdań. Nie wyobrażam sobie spędzenia z nim kolejnych minut w tej puszce na kółkach, którą w dodatku prowadzi jak szaleniec. Prawo jazdy wygrzebał chyba w chipsach, bo jedyne, co potrafi prowadzić, to moje ciśnienie ku niebezpiecznie wysokiej granicy.
- To nic takiego. Udajmy, że wczorajszy wieczór, noc oraz dzisiejszy ranek tak naprawdę się nie wydarzyły, okej?
Wyraz jego twarzy mówi mi jasno, że on nie zamierza współpracować.
- Jak? Skoro, do kurwy nędzy, przespaliśmy się ze sobą! To nie jest nic takiego, bo ty to ty, a ja... to ja. - Macha rękami w niekontrolowany sposób.
Zaraz się poryczę.
W co ja się wpakowałam?
- Nie wyolbrzymiaj. - Staram się wysiąść, ale Brian chwyta mnie za udo. Cofa jednak dłoń tak szybko, jakby moje spodnie go poparzyły.
- Kurwa, sorry. - Wczepia palce w ciemne włosy, przeskakując spojrzeniem od mojej twarzy do miejsca, którego dotknął.
- Brian, ja nawet nie doszłam. Serio, nie panikuj. Nie planuję naszego ślubu, nie zamierzam zakładać z tobą rodziny ani tym bardziej nie mam w planach pójść z tobą ponownie do łóżka - wyrzucam z siebie i wysiadam, po czym pochylam się, by spojrzeć mu w oczy. - To się więcej nie powtórzy. Dzięki za podwózkę.
- Twój dom jest...
- Niedaleko, przejdę się, pa. - Trzaskam drzwiami i odchodzę tak szybko, jak tylko potrafię.
Gdybym wiedziała, że takie będą konsekwencje, nigdy nie poszłabym na ten układ. Boże, co też mnie podkusiło? A tak, alkohol i sprzyjająca atmosfera. Muszę być ostrożniejsza na przyszłość, jeśli nie chcę trafić na podobnego histeryka.
- Jak to straciłaś pracę? - Mama marszczy swoje idealnie wypielęgnowane brwi i odkłada lakier do paznokci na stolik kawowy, skupiając całą uwagę na mnie.
- Spóźniłam się kilka minut, a Teresa wykopała mnie za drzwi. - Nooooo, może nie do końca tak było, ale muszę jakoś przeciągnąć mamę na swoją stronę. Przestępuję z nogi na nogę, udając, że się tym przejęłam. - Powiedziała, że jestem niepoważna. - To akurat prawda. - Byłam ledwie siedem minut po ósmej tylko dlatego, że odjechał mi autobus. - Siedemnaście, lecz autobus naprawdę odjechał, bo ja się na niego spóźniłam. - Mamo, nie martw się, znajdę inną pracę, może nawet bliżej domu. - Posyłam jej uspokajający uśmiech.
- Jeśli chcesz, porozmawiam z nią...
Kręcę głową, by jej przerwać.
- Nie trzeba, nawet nie lubiłam tej pracy, panowała tam dziwna atmosfera. - Siadam obok mamy na kanapie, a ona obejmuje mnie ramieniem.
- Pomogę ci znaleźć coś odpowiedniego. - Gładzi moje ramię, a ja wtulam się w jej bok jeszcze mocniej. Pachnie sobą, słodko, ale nie mdło, co trochę mnie uspokaja. - Chyba że wolałabyś pójść na studia...
- Mamo. - Odsuwam się, by spojrzeć jej w oczy. Błyszczą tą cholerną nadzieją, której tak nie cierpię. - Tyle razy o tym rozmawiałyśmy.
- Wiem, ale minęło już sporo czasu od... - Nie kończy, bo zapewne zauważa moje łzy, które lada moment popłyną wzdłuż policzków, jeśli tylko pociągnie ten temat. - Dobrze, nie będę cię namawiać. Ale pamiętaj, proszę, że nigdy nie jest za późno, jeszcze możesz zmienić zdanie.
Potakuję, bo nic nie przejdzie mi teraz przez usta. Wystarczyły jedynie te słowa, bym się rozkleiła. Gardło piecze mnie od zduszonych łez, a obraz przed oczami rozmazuje się pomimo szybszego mrugania. Sądziłam, że zdołałam się nauczyć panować nad emocjami, lecz najwyraźniej przeceniłam swoje możliwości.
- Odgrzeję ci obiad. - Mama wstaje i zostawia mnie samą na kanapie.
Przez kilka następnych minut po prostu siedzę i gapię się w wyłączony telewizor. Jestem w stanie jedynie zapadać się w poduszki i oddychać. Temat studiów od kilku lat wywołuje we mnie te same emocje. Nie poszłam na wybraną uczelnię, bo to było marzenie moje i Rhysa. Mieliśmy wybrać się tam wspólnie. Czekała nas przeprowadzka, nowe doświadczenia, życie studenckie, ale to legło w gruzach w dniu, w którym on odszedł. Od tamtej pory już nic nie było takie samo i nadal nie jest. Ja nie jestem taka sama. Wszystko, co znałam i kochałam, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Przestało istnieć. Nie mogłam zrealizować ani jednego punktu ze swojej listy, bo przypominały mi one o stracie, jakiej doświadczyłam, a ból rozrywał mnie na strzępy.
Dzień po dniu, gdy liczyłam kolejne uderzenia swojego serca, pragnęłam usłyszeć bicie serca Rhysa. Poczuć jego siłę pod opuszkami palców. Pocałować skórę tam, gdzie było najbardziej wyczuwalne.
Bum, bum.
Bum, bum.
Bum, bum.
- Caroline? - Głos mamy przywraca mnie do rzeczywistości. - Dokąd odpłynęłaś? Martwisz się stratą pracy?
Wcale.
- Tak - kłamię. - Wiem, jak bardzo zależało ci, żebym się usamodzielniła.
- Kochanie, przecież wiesz, że możesz na nas liczyć. Na mnie i na tatę. Nikt cię z domu nie wyrzuci, chodziło nam raczej o to, byś wyszła do ludzi i czymś się zajęła, dlatego tak naciskałam na ciebie w sprawie pracy. Nie chciałabym, żebyś znów zaszyła się w swoim pokoju i... - Ponownie nie kończy, kiedy dostrzega wyraz mojej twarzy.
Błagam ją w myślach, by przestała mówić. Nie wiem jakim cudem, ale to chyba działa, bo mama jedynie kiwa głową, stawia przede mną pełen talerz i zajmuje miejsce obok ze swoją porcją jedzenia.
- Smacznego. - Posyła mi czuły uśmiech, ale ja nie potrafię go odwzajemnić.
- Dziękuję, tobie również - odpowiadam i w ciszy pochłaniam sałatkę z kurczakiem i warzywami. Nie czuję jej smaku, odnoszę wrażenie, jakbym przełykała tekturę. Może to przez stres? A może...
Nagle do salonu z dobrym humorem wchodzi ojciec, ale kiedy odnajduje nas spojrzeniem, marszczy brwi, a kąciki ust mu opadają.
- Co się stało? - pyta, podchodząc bliżej, i zajmuje miejsce w fotelu naprzeciwko.
Mama stara się zachować pokerową twarz, jednak ani trochę jej to nie wychodzi. Ja natomiast zaciskam palce na widelcu i zastanawiam się, jak powiedzieć ojcu, że wywalono mnie z roboty. Wścieknie się, po prostu to wiem.
- Nie pracuję już u pani Teresy - wypowiadam te słowa tak cicho, że nie jestem pewna, czy w ogóle mnie usłyszał.
- Dlaczego? - Nieco się pochyla, układając przedramiona na udach. Przed wejściem do domu musiał ściągnąć marynarkę. Zawsze nosi ją do garniturowych spodni, a teraz ma na sobie jedynie białą koszulę. Czy guziczki wystrzelą z niej, gdy ojciec dostanie furii? Już widzę, jak spina ramiona. - Co zrobiłaś, że cię zwolniła? - zadaje kolejne pytanie, a mnie przechodzi fala paniki, którą szybko zduszam.
To przecież mój tata. Nie muszę się go obawiać, powtarzam sobie kilka razy, aż jestem gotowa otworzyć usta.
- Skąd przypuszczenie, że coś zrobiłam?
Ojciec wysoko unosi brwi.
- Biorąc pod uwagę, że z ostatniej pracy wyleciałaś za spóźnienia, zgaduję, że sytuacja się powtórzyła. - Przechyla głowę, wlepiając we mnie świdrujące spojrzenie. Nie znoszę go. - A może coś ukradłaś? - insynuuje, przez co mama się zapowietrza.
Zerkam na nią. Siedzi wyprostowana jak struna, włosy założyła za ucho, a dłonie splotła na kolanach.
- Benjaminie, no wiesz? Jak możesz sugerować coś takiego? - Wskazuje mnie ręką. - Nasza córka nie jest złodziejką.
Dzięki, mamo.
- Sęk w tym, że nie wiem już, kim jest. - Tata unosi ręce i wstaje, jak gdyby nie mógł dłużej usiedzieć w miejscu.
Niewidzialna dłoń oplata moje serce i ściska je z całej siły. Słowa ojca uderzają we mnie z mocą huraganu. Sieją spustoszenie w moim wnętrzu i sprawiają, że zaczynam analizować, jakim jestem człowiekiem. Zwolniono mnie, bo spóźniałam się do pracy. Czy to nieodpowiedzialne? Tak. Czy powinnam czuć się z tym źle? Zapewne tak. Ale czy tak się czuję? Jest mi przykro jedynie z powodu nastawienia ojca.
- Tato... - Przełykam ślinę i z ogromnym trudem również się podnoszę. - Niczego nie ukradłam i nie zamierzam. Po prostu spóźniłam się na autobus.
Ojciec kręci głową, podpierając się pod boki. Nie spuszcza ze mnie ciężkiego spojrzenia. Wytrzymuję je, choć chce mi się płakać i najchętniej zaszyłabym się u siebie. Tata nigdy wcześniej nie nazwał mnie złodziejką, nawet nie zasugerował, że byłabym zdolna do czegoś takiego, a teraz? Czy on naprawdę ma o mnie takie zdanie?
- Gdzie byłaś wczorajszego wieczora? I dlaczego nie wróciłaś na noc do domu? - pada kolejne pytanie, na które nie zamierzam udzielić odpowiedzi.
- Jestem dorosła, nie muszę ci się tłumaczyć.
Mama wstaje i rzuca mi szybkie spojrzenie, po czym podchodzi do taty i kładzie dłoń na jego ramieniu. Będzie mnie bronić, jak zawsze.
- Była u koleżanki na urodzinach, powiedziała mi przed wyjściem.
- To dlaczego ja nic o tym nie wiem? - Zerka na swoją żonę i zaciska szczękę.
Dobrze znam ten tik, nie wróży on nic dobrego.
- Wróciłeś dość późno, nie chciałam cię martwić - odpowiada mama, rozciągając usta w szerszym uśmiechu. - Już z nią na ten temat rozmawiałam. Od jutra poszukamy nowej pracy, prawda, Caroline? - Odwraca do mnie głowę, a ja potakuję jak kukiełka niezdolna wydobyć z siebie ani słowa.
Ojciec odsuwa się od mamy i robi dwa kroki w moją stronę.
- Powiesz mi, co się z tobą dzieje, dziecko? - wypowiada niemal szeptem.
Nie krzyczy, a to już duży postęp.
Zamiast odpowiedzieć, wzruszam ramionami i spuszczam wzrok, wbijając go w stopy. Dopiero teraz zauważam, że włożyłam skarpetki na lewą stronę. To wszystko przez biadolenie Briana.
- Od śmierci tamtego chłopaka nie jesteś sobą! - No i proszę, podniósł głos. - On pociągnął cię ze sobą na dno!
Przegięcie.
Unoszę głowę i wbijam w ojca mordercze spojrzenie. Jak śmiał w ogóle wspomnieć o Rhysie? I to jeszcze takim tonem. Nigdy nie traktował go poważnie ani nawet z szacunkiem, a obecnie, kiedy jego już nie ma, nadal nim gardzi. Wzrasta we mnie złość. Zaciskam dłonie w pięści i czuję, jak przez ten ruch paznokcie wbijają mi się w skórę.
- Żałuję, że nie pojechałam z nim wtedy na tamtą imprezę! - wykrzykuję. - Może faktycznie byłabym z nim na dnie!
Słyszę, jak mama wciąga głośno powietrze, a tata... on wyłącznie stoi i na mnie patrzy. Bez emocji. Bez krzty wstydu.
Moim ciałem wstrząsa szloch, którego nie udaje mi się powstrzymać. Rany na nowo się otwierają, przez co zaczynam upadać. Pierwsza łza spływa po moim policzku, wypalając na nim gorący ślad.
- Idź do siebie! - rozkazuje ojciec. - Porozmawiamy, kiedy przestaniesz histeryzować. - Odwraca się i wchodzi do kuchni, nie zaszczycając mnie już spojrzeniem.
Odsuwam się od mamy, sięgam po komórkę i wychodzę z domu. Muszę uciec jak najdalej stąd. Nikt za mną nie wybiega, dlatego nie pędzę na łeb na szyję. Mijam kilku sąsiadów, znajomą okolicę, aż wreszcie po kilkunastu minutach docieram do dobrze znanego sobie miejsca.
Wyciągam telefon z kieszeni spodni, po czym wybieram odpowiedni numer. Kyden odbiera po trzech sygnałach.
- Co tam, skarbie? - wita się rozbawiony.
Przewracam oczami, bo nie podzielam jego nastroju. Nie w tym momencie.
- Jestem pod twoim domem, możesz wyjść? - pytam drżącym głosem. Pomimo świeżego powietrza brakuje mi tlenu. Płuca mnie bolą, a gardło dalej jest ściśnięte, jakby ktoś trzymał na nim dłoń. - Proszę - dodaję, bo naprawdę go teraz potrzebuję.
- Minutka - odpowiada i się rozłącza.
Czekam na niego mniej niż minutę, za co jestem bardzo wdzięczna. Już kiedy idzie w moją stronę, zauważa, w jakim jestem stanie. Staram się przywołać na usta uśmiech, ale sądząc po uniesionych brwiach Kydena, nie wychodzi mi to.
- Źle wyglądasz - przyznaje, gdy wreszcie się przede mną zatrzymuje.
Dziś nie związał czarnych włosów, które naturalnie się kręcą i sięgają mu niemal ramion. Wbija w moje oczy ciemne spojrzenie, zapewne zastanawiając się, jak bardzo jestem rozwalona psychicznie. Robi tak za każdym razem, kiedy proszę go o spotkanie. Właściwie to spotykamy się jedynie wtedy, gdy mam gorszy czas. On zgodził się na taki układ, więc nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia. Poznałam Kydena w najgorszym okresie swojego życia. Pomógł mi się podnieść i zaproponował wsparcie.
Dlatego do niego przychodzę. Za każdym razem, kiedy czuję, że tracę grunt pod nogami. Tak jak dziś.
- Znowu pokłóciłaś się z rodzicami? - Dotyka mojego policzka i ściera z niego łzę.
- Z ojcem - precyzuję, pociągając nosem. - Możemy o tym nie rozmawiać?
Chłopak potakuje z lekkim uśmiechem, ale to wystarcza, by słodkie dołeczki uwydatniły się w jego policzkach.
- W takim razie chodź. - Wyciąga do mnie rękę, a ja ochoczo ją przyjmuję. - Poprawmy ci humor.
Pozwalam się poprowadzić do jego domu. Z doświadczenia wiem, że nie pozwoli, bym cierpiała. Dlatego tak kurczowo trzymam się go od ponad dwóch lat.
Dalsza część w wersji pełnej