III
Poniedziałek
W poniedziałek rano otworzyłem najpierw jedno oko, a potem drugie. Ferie! Mogę dalej spać - ucieszyłem się i zamknąłem najpierw drugie oko, a potem pierwsze. Szkoda, że nie ma śniegu - pomyślałem sennie. I usłyszałem głosy. Nie w głowie, przecież nie jestem dyplomowaną wróżką. Dobiegały zza okna od strony podwórka Kasandry.
Wyjrzałem przez okno (teraz mam pokój na piętrze, parter zajął Młodszy).
Policja! Prawdziwy policyjny wóz stał na ulicy. A na podwórku Kasandry, wśród tłumu sąsiadów, dzielnicowy spisywał zeznania dyplomowanej wróżki.
Wybiegłem z domu jak strzała. Na dworze dopadłem Jaśka. W odróżnieniu od Bartusia (to jego starszy brat, pamiętacie?), nie gada zbyt wiele, ale tym razem się nie oszczędzał. Dowiedziałem się, że w nocy włamano się do Kasandry.
Niemożliwe! - pomyślałem. Co u niej kraść? Złodziej się tam nie pożywi. Najcenniejszy jest pies Oluś i kilka zestawów kart tarota.
- Ukradli Olusia?
Jasiek splunął (gra w kosza, więc jak każdy sportowiec spluwa na poczekaniu).
- Przeszukali cały dom, wszystko, bracie, wywalili na podłogę, a Oluś spał w budzie. Kasandra miała szczęście, że wróciła dopiero nad ranem z jakiegoś Światowego Zjazdu Czarownic.
Fakt, że tuż pod moim oknem grasowali rabusie, totalnie mną wstrząsnął. Podszedłem jak najbliżej stróża prawa, żeby nie uronić ani słowa.
- Znaki szczególne? - spytał dzielnicowy.
Popatrzyłem na dyplomowaną wróżkę. Znaków szczególnych to ona ma wyjątkowo dużo: długie i kręcone rude włosy, nastroszone tak, jakby zawsze siedziała tyłem do kierunku jazdy w odkrytym samochodzie, no i całe mnóstwo talizmanów na szyi. Najbardziej podobają mi się zęby niedźwiedzia. W dzieciństwie pożyczyłem je bez wiedzy Kasandry, bo Dominik chciał się bawić w Indian. Mówiłem mu, że w Indian bawiono się przed erą dinozaurów, ale on nie potrafi dać za wygraną... Skończyło się awanturą. Dyplomowana wróżka stwierdziła chłodno, że widzi mnie w gronie kryminalistów. Dominik się rozryczał, bo wróżka nie umieściła go tam ze mną. Jedyny pożytek z tego był taki, że najadłem się cukierków (Dominik dostał je od Kasandry, ale mu zabrałem, żeby szybciej zszedł na złą drogę i się nie mazał).
- I miała zielone kołpaki. - Jasiek wymieniał znaki szczególne... Kasandry?
No nie, oczywiście, że nie. Chodziło o starą przyczepę, która od wieków stała w garażu i nadawała się tylko na złom. Ostatnio leżały na niej dwa nowe okna dachowe kupione jeszcze jesienią. Kasandra od lat planuje remont poddasza, jednak na razie skończyło się na zakupie okien.
- Wartość skradzionych rzeczy? - dopytywał się dzielnicowy.
- Wartość? Okna ma pan na rachunku, a przyczepę kupił nieboszczyk mąż, więc wartość sentymentalna i magiczna, gdyż, jak panu wiadomo lub nie, zieleń jest kolorem...
Dzielnicowy westchnął.
- W złotych polskich, pani Krysiu, w złotych polskich.
- W złotych polskich? - Kasandra wzniosła oczy ku ponuremu niebu na znak, że nie zajmuje się tak przyziemnymi sprawami. - Proszę spytać Olusia, on jej pilnował. I proszę dopisać, że od niedzieli prześladuje mnie wewnętrzne przekonanie, iż zostanę wplątana w jakąś cuchnącą sprawę! - zażądała kategorycznie.
- A? - Dzielnicowy wyglądał, delikatnie mówiąc, niezbyt inteligentnie.
- W śmierdzącą sprawę. Jestem świadkiem, że to prawda. Od niedzieli chodzi za panią Kasandrą śmierdząca sprawa - wtrąciłem się do rozmowy.
Policjant spojrzał na mnie nieprzyjaźnie i zwrócił się do Kasandry.
- Rozejrzę się tu i tam - obiecał - ale radzę wyrejestrować przyczepę, bo z doświadczenia wiem, że jak nic pójdzie na złom. A co do okien, to wielka lekkomyślność zostawiać je w niezamkniętym garażu. Czy są jakieś inne straty?
Na szczęście były. Złodzieje ukradli nie tylko przyczepę i dwa nowe okna, ale i sto złotych z toaletki.
Czekałem z niecierpliwością na dalszy ciąg śledztwa, ale policjant tylko energicznie skinął głową, wsiadł do radiowozu i odjechał w stronę komendy.
Też mi śledztwo! Nawet śladów na ziemi nie sprawdził. Przecież przyczepę można odnaleźć choćby po rysunku bieżnika opon.
Zadzwoniłem po Dominika.
- Przychodź, mamy sprawę! Okradli Kasandrę! Zrobimy odlew!
- Kasandry?
Obłęd w ciapki. A mama uważa, że Dominik chwyta wszystko w lot!
Przybiegł, gdy oglądałem kłódkę na drzwiach garażu. Była tak zardzewiała, że nawet gdyby Kasandra chciała ją zamknąć, to nie przekręciłaby klucza, który zresztą tkwił w dziurce, bo nie można go było wyjąć.
- Zdjęli odciski palców? - Dominik oparł ręce o kolana, żeby odsapnąć.
- Coś ty, nawet im to do głowy nie przyszło.
- Głupi nie są. Okien nie znajdą, sto złotych niepodpisane, a przyczepa nic niewarta - stwierdził Jasiek.
Warta, niewarta, ale sprawa jest - pomyślałem.
Zrobiliśmy zdjęcia drzwi i śladów na ziemi. Pozostawało jeszcze przygotować odlew bieżnika. Mieliśmy szczęście, od garażu aż do bramy biegł wyraźny ślad obciążonej oknami przyczepki. Za bramą, na asfaltowej jezdni ślad się urywał. Moje biuro detektywistyczne nie dysponowało odpowiednimi materiałami, więc musieliśmy kupić gips do sporządzenia odlewu. Pobiegłem do domu po kasę. Pech chciał, że w drzwiach natknąłem się na mamę. Jak zwykle spieszyła się do pracy, a jeszcze musiała odwieźć Młodszego do przedszkola.
- Wiesz co? - Z jej miny wywnioskowałem, że wpadła na genialny pomysł. - Weź Młodszego, niech wybierze smycz. Potem odprowadź go do przedszkola, to po drodze. Lepiej żeby on spóźnił się do przedszkola, niż ja do pracy.
- Mam kupić mu smycz? - Nie mogłem uwierzyć, że rodzice zdecydowali się podarować Młodszemu psa. Kiedy ja o coś proszę, zawsze znajdują tyle przeszkód, że można by z nich usypać Kilimandżaro, a Młodszy chce i dostaje.
- I obrożę? - spytałem, żeby nie biegać do sklepu dwa razy.
- Nie! - Mama pomachała mi ręką i odjechała.
Na podwórku został rozpromieniony Młodszy. Wziąłem go za rękę i dołączyłem do Dominika.
Najpierw kupiliśmy gips, potem poszliśmy do sklepu Pod Leniwym Kotem.
- Są psy?! - spytał Młodszy, ledwie przekroczyliśmy próg.
- Poproszę obrożę, dla niego - wskazałem Młodszego.
Zdziwienie w oczach sprzedawcy zmusiło mnie do przerwania detektywistycznego wątku (myślałem o kradzieży) i skierowania uwagi na sprawy rodzinne.
- To znaczy, chodzi o smycz - uśmiechnąłem się słabo.
- Tak? Dla jakiego pieska? - spytał sprzedawca.
- Eeee... - Uświadomiłem sobie naraz, że nie wiem. Pomyślałem jednak, że pies nie może być duży, jeśli takie chuchro jak Młodszy ma go prowadzać na smyczy. - Malutki, jak ratlerek albo chihu....
- Nie rajtelek! Owczarek, wielgachny jak miś! Czarny i kudłaty! - Młodszy stanął na palcach, żeby pokazać jak wielgachny ma być pies.
Sklepikarz zrozumiał, że lepiej nie ustalać wielkości psa. Podał smycz pasującą do ręki Młodszego. Długość smyczy regulował przycisk na uchwycie. Młodszy był wniebowzięty.
Wyszliśmy ze sklepu.
- Nie wydaje ci się to dziwne? - spytał Dominik.
- Co takiego? Że basset Oluś nie szczekał? Może znał złodzieja albo spał na obu uszach.
- Że kazali ci kupić smycz bez obroży, i w dodatku nie wiadomo dla jakiego psa.
Obłęd w ciapki, ten zawsze szuka dziury w całym!
- Okradli moją sąsiadkę! Co mi tam pies Młodszego! Niech się rodzice martwią, że nie są agresywni!
- Asertywni.
- Asertywni to oni są, ale tylko w stosunku do mnie!
- Moim zdaniem ta smycz jest podejrzana. Twoi rodzice planują jakiś przekręt.
- I-tam, rodzice nie mają czasu na takie rzeczy. Mama nawet w weekendy jeździ w teren na pomiary działek albo siedzi w biurze i rysuje mapki. A tata trąbi albo myśli o trąbieniu.
Odprowadziliśmy zadowolonego Młodszego do przedszkola i wróciliśmy na podwórko Kasandry, żeby zrobić odlew (bieżnika, nie Kasandry). Łatwo nie było, bo żadnej praktyki nie mamy. Nawet jak zastygło, to się rozpadało (rymy mnie prześladują, a to dlatego, że w przedszkolu katowano nas rymowankami).
Wreszcie się udało. Mieliśmy odlew! Ostrożnie zaniosłem go do biura, czyli na strych.
Założyłem w komputerze dokument o roboczym tytule "Zielona przyczepa". Spisałem całą wiedzę, jaką mieliśmy na ten temat, a potem poszliśmy rozejrzeć się po okolicy.