II
Poniedziałku ciąg dalszy
Siostra Dominika, Amelia, która jest sekretarką w naszej szkole, uprzedziła mnie z błyskiem w oku:
- Jeśli pan dyrektor dobierze ci się do skóry, uciekaj przez okno, specjalnie nie domknęłam. - I otworzyła drzwi gabinetu.
Zostałem sam w przestronnym gabinecie. Rozglądałem się beztrosko, gdy nagle usłyszałem za sobą głos Donata M. Donata.
- Ty coś wiesz!
- Wiem? - Zaskoczył mnie. Wiedziałem wiele rzeczy, ale z pewnością nie dotyczyły one dyrektora.
- Powiedzmy, że wyczytałem to z twoich oczu. Nie spytam zatem wprost, ponieważ na proste pytanie żaden uczeń nigdy mi jeszcze nie odpowiedział, więc nie spytam wprost, czy ukradłeś kościotrupa? Ale... - Dyrektor się zawahał, chyba zgubił wątek, a nie było akurat pana od matematyki, który pospieszyłby z podpowiedzią.
- Tadziczka? - spytałem.
- Jakiego Tadziczka? - Donat M. Donat przeczesał palcami gęstą grzywę i spochmurniał. - Ukradłeś i Tadziczka? A co to takiego? A raczej: kto to taki?
Usiadł na dyrektorskim krześle, aż pufnęły miękkie poduszki.
- Tego z sali biologicznej, bo...
Nim zdążyłem odplątać to, co zaplątałem, ktoś zapukał do drzwi i stanęła w nich pani, która uczy nas przyrody.
- Z nieba mi pani... - Dyrektor swoim zwyczajem nie dokończył zdania, by przejść do sedna. - Straciła pani Tadziczka? To dlaczego powiadomiono mnie jedynie o kradzieży kościotrupa?
Pani od przyrody, zwana Bąbelkiem, spąsowiała jak piwonia, nerwowo zamrugała powiekami i...
- Jeśli już to kościotrupka - poprawiła Donata M. Donata. - O kradzieży kościotrupka, ponieważ to nie był zbyt okazały model, chociaż prosiłam o model w skali jeden do jednego. I dodam dla porządku, że w ewidencji wyposażenia sali biologicznej widnieje on jako model ludzkiego szkieletu, więc nazywanie go kościotrupem jest niestosowne i mylące. A fakt, że składał się wpół za pomocą kulistego pokrętła na biodrze przeczy logice i fałszuje rzeczywistość, gdyż żaden ludzki szkielet nie ma pokrętła na...
- A Tadziczek?! Who is he?! - Dyrektor w zdenerwowaniu przechodził czasami na angielski. Na szczęście uczył się od niedawna i opanował tylko kilka zdań, więc można było go zrozumieć.
Bąbelek zrobiła wielkie oczy, które zamgliły się niespodziewanie.
- Nie straciłam Tadziczka... chyba że panu coś doniesiono...?
Obłęd w ciapki! Przecież gdyby mnie zapytali, to powiedziałbym, kim jest Tadziczek. Bałem się jednak odezwać nieproszony. Kiedyś w dzieciństwie odezwałem się niepytany i mam nauczkę do dziś.
Wtedy obciąłem grzywkę mojej kuzynce Paulince bez jej zgody. Ciocia podrzuciła ją do nas na noc. Paulinka zajęła moje łóżko, a mnie się to nie spodobało. W nocy wyciąłem jej całą grzywkę, więc wszyscy bardzo się zdenerwowali i zamknęli mnie za karę w pokoju. Nudziłem się jak mops, a ponieważ na biurku leżały farby, pomalowałem ściany. Były super. Mama zawołała: "Święty Walenty!", a tata najspokojniej w świecie orzekł: "To dziecko straciło resztki rozumu". "Jeśli tylko resztki, to nie ma się czym martwić" - podsumowałem też najspokojniej w świecie. Jednak lepiej bym zrobił, gdybym milczał. Co było dalej, nie będę opowiadał, bo szkoda słów.
Po chwili znów ktoś zapukał i w drzwiach stanął... Dominik.
A ten tu czego? - zdziwiłem się.
- Kim jest Tadziczek? - Dyrektor znienacka zaatakował Dominika.
Dominik, jak to Dominik, zanim odpowiedział, najpierw dokładnie zamknął drzwi, bo lubi być dokładny. Niestety, drzwi się nie domykały.
- Tadziczek to mój narzeczony, panie dyrektorze. - Ubiegła go pani Bąbelek, która wyglądała tak, jakby nagle dostała rozstroju żołądka.
Donat M. Donat sięgnął po szklankę wody, upił łyk i przełknął z głośnym gulgotaniem.
- Za chwilę zwariuję - mruknął sam do siebie (ale i tak usłyszałem), po czym spytał: - Ukradli pani narzeczonego? Czy to szkoła, czy dom?!
- Wariatów - grzecznie podpowiedział Dominik.
Obłęd w ciapki, no nie?
- To wszystko da się wyjaśnić. - Z całym spokojem rozpoczął mój grzeczny kolega. - Gdy szkielet kostny człowieka pojawił się w sali biologicznej, zrobiliśmy głosowanie...
- Że co? - Dyrektor najwyraźniej miał kłopoty ze zrozumieniem, więc postanowiłem się wtrącić, bo długie milczenie zaczęło mi ciążyć.
- W demokratycznym głosowaniu wybraliśmy mu imię i urządziliśmy chrzciny. Chociaż ja byłem przeciwny głosowaniu. Bo z głosowaniem zawsze jest tak, że jedni są za, drudzy przeciw, i koniec końców nic nie można ustalić.
- Urządziliście chrzciny?... Szkieletowi?... - W oczach pani Bąbelek widać było osłupienie, ale i przebłyski zrozumienia.
- Nic z tego nie rozumiem, a co z tym Tadziczkiem? - Donat M. Donat domagał się pełnej informacji.
- I nadaliście mu imię mojego narzeczonego Tadzi... Tadeusza? - drążyła temat Bąbelek.
Gdybym wtedy powiedział, że kościotrup w trakcie hucznej ceremonii nadawania imienia powstał z martwych i o własnych siłach wymaszerował z sali biologicznej, może odwróciłbym uwagę dyrektora od drażliwej kwestii imienia. Niestety, jakoś na to nie wpadłem. Na szczęście sam Donat M. Donat zrozumiał, że sprawa jest drażliwa, i podsumował krótko:
- Skoro tak, to znaczy, że zginął jedynie układ kostny człowieka, innymi słowy szkielet. A więc wróciliśmy do punktu... - przerwał i zamyślił się.
- Wyjścia - podpowiedział Dominik.
- A mnie nie zawiódł mój nos! - Dyrektor wstał i patrząc na mnie jak sędzia, który wydaje wyrok śmierci, rzekł grobowym głosem: - Teodorze, jestem pewien, że to ty odpowiadasz za zaginięcie własności Szkoły Podstawowej numer dwa imienia!... I tak dalej...
- Ja? - Włożyłem dużo wysiłku w to, żeby moje zdziwienie było szczere i przekonujące.
Raz w życiu zdziwiłem się mało przekonująco. Było to w głębokim dzieciństwie, ale do dziś pamiętam. Stałem z mamą w kolejce na poczcie. Obok stała pani Ela, znajoma mamy. Nie znałem jej. Ona mnie chyba też nie, bo powiedziała: "Jaki grzeczny ten pani synek". Mama się zawahała, ale po chwili przyznała, że czasami rzeczywiście bywam grzeczny, i spojrzała na mnie tak, że postanowiłem wytrzymać w kolejce nawet bez podskakiwania. Stałem, stałem, aż w końcu pomyślałem, że jeśli się nie ruszę, to na pewno umrę. Tak się tym przeraziłem, że usiadłem tam, gdzie stałem. Myślałem, że siadam na podłodze, ale za mną leżała torba z zakupami pani Eli i w następnej chwili poczułem, że mam mokre siedzenie. Podniosłem się po cichutku i ukryłem się za mamą, a gdy pani Ela sięgnęła po torbę, pierwszy się zdziwiłem, że coś z niej wycieka. Niestety, zdziwiłem się nie dość przekonująco. Nie będę opowiadał, co było dalej. Moim zdaniem, jeśli już kupi się torbę jaj, to trzeba ją zanieść do domu, a nie na pocztę.
- To na pewno nie on, właśnie przyszedłem zaręczyć... - Dominik nie dokończył, bo mu przerwałem.
- O! Moje ćwiczenia. Znalazły się... - zdziwiłem się na całego.
Dyrektor Donat M. Donat trzymał w dłoniach moje zaginione ćwiczenia do matematyki.
- Znaleziono je w sali biologicznej obok odkręconych śrub po Tadzicz... to znaczy po tym tam szkieletorze! - Dyrektor nie spuszczał ze mnie wzroku.
Zawsze pragnąłem zostać detektywem i rozwiązywać trudne zagadki, ale tej zagadki w żaden sposób nie dało się wytłumaczyć. Jeszcze w czwartek na matematyce w sali matematycznej miałem swoje ćwiczenia, więc musiały zginąć później. Ale później nie byłem w sali biologicznej, bo w czwartek nie mamy przyrody, a w piątek zwolniłem się z ostatniej lekcji, właśnie z przyrody. Może i jestem czasami roztargniony, ale pamiętam, że od czwartku nosiłem ćwiczenia w plecaku i dopiero w niedzielę wieczorem, gdy zamierzałem odrobić lekcje, odkryłem, że gdzieś mi się zapodziały.
- Umiem wybaczać niemądre żarty, więc daję ci czas i powtarzam, że albo szkielet się znajdzie, albo... - dotarły do mnie słowa dyrektora.
- To nie ja! - zaprzeczyłem pospiesznie.
Dominik natychmiast mnie poparł. Stwierdził, że zaręcza o mojej niewinności, gdyż Teoś, czyli ja, nie zrobiłby nic bez jego, czyli Dominika, pomocy. I gdybym rzeczywiście zwędził kościotrupa, to Dominik brałby w tym udział. A nie brał.
Na to dyrektor odpowiedział, że wprawdzie Dominik jest wiarygodny, nie to co ja, jednak on, czyli dyrektor, kieruje się zasadą ograniczonego zaufania.
Ktoś delikatnie zapukał we framugę. Wszyscy jak na komendę zwróciliśmy oczy ku wciąż otwartym drzwiom.
- Co tam, Amelciu? - spytał magister Donat.
Długowłosa siostra Dominika wsunęła się do gabinetu. Trzymała za rożek białą kopertę, a minę miała taką, jakby niosła bombę.
- Podrzucili to pod drzwi sekretariatu - wyjaśniła i podała dyrektorowi kopertę, na której nalepione były litery wycięte z gazety. Litery różniły się kolorem i wielkością. Zupełnie jak w listach wysyłanych przez prawdziwych porywaczy.
We czwórkę pochyliliśmy się nad niezwykłą kopertą, to znaczy ja, Dominik, pani Bąbelek i Donat M. Donat, bo Amelka trzymała się z boku.
- DYREKCJA - odczytałem krzywy napis. I nie czekając, aż dyrekcja wyjdzie ze zdziwienia, wyjąłem z koperty kartkę. Na niej również były przyklejone litery.
- SIĘ ZNAJDZIE W PIĄTEK - tym razem Bąbelek odczytała koślawe litery.
Wtedy zadzwonił dzwonek na przerwę.
Przez chwilę milczeliśmy. Pewnie wszyscy powtarzali w myślach: "Się znajdzie w piątek".
- Co się znajdzie? - mruknął dyrektor.
- W piątek - dopowiedziała Bąbelek.
- To oczywiste... - zacząłem, ale nie dokończyłem, bo przerwała mi Amelka.
- Panie dyrektorze, jest pan umówiony z burmistrzem za dwadzieścia minut.
Ta dziewczyna w ogóle nie ma wyczucia chwili. W takim momencie zawracać nam głowę jakimś burmistrzem!
- To oczywiste. - Nie dałem się wyprowadzić z równowagi. - Dostał pan odpowiedź od porywacza kościotrupa. I proszę zauważyć, że to nie ja sporządziłem tę wyklejankę, ponieważ przez cały czas byłem tu z panem. Mam na to kilku świadków, więc oskarżenia w stosunku do mojej osoby, mimo niezwykłego zbiegu okoliczności, który spowodował, że ćwiczenia do matematyki znalazły się w sali biologicznej, są bezpodstawne, a...
- Spieszę się! - przerwał mi Donat M. Donat.
- Z jakichś niezrozumiałych powodów Tadzicz... kościotrup został porwany. I z jakichś niezrozumiałych powodów złodziej obiecuje, że zwróci, a może podrzuci, ewentualnie odeśle szkielecik właśnie w piątek - dokończyłem.
- To znaczy, że złodziej prosi mnie o czas? - Dyrektorskie zdziwienie nie miało granic, może dlatego było wypowiedziane pełnym zdaniem.
- Coś w tym rodzaju, choć nie użył słowa "proszę" - przyznała pani Bąbelek.
Gdyby tam było "proszę", może Donat nie wnerwiłby się tak, jak się wnerwił. O dziwo mniej go zbulwersowało zniknięcie kościotrupa niż ten bardzo rzeczowy list. Stwierdził, że nie pozwoli, by uczniowie bawili się z nim w kotka i myszkę. Na apelu żądał zwrotu kościotrupa, a nie głupiego listu. Ten list tak go rozzłościł, że już nie odpuści i dobierze się do skóry dowcipnisiowi. A co do mnie i Dominika, to...
- Do piątku, a najpóźniej do soboty, odnajdziemy i złodzieja, i kościotrupa. Proszę nam zaufać - Dominik uprzedził moje zamiary.
- I oczyszczę swoje dobre imię, gdyż niesłusznie zostałem posądzony o...
- Kefirek! - Zniecierpliwiony Donat miał dość zamieszania z kościotrupem. - All right, daję wam czas do piątku. Jeśli sprawa się nie wyjaśni, zrobię tak, jak postanowiłem. - Spojrzał na zegarek. - Ta kradzież nie ujdzie wam! - dodał surowo, wrzucając nas tym samym do jednego worka ze złodziejem.
Dominik cały poczerwieniał, pewnie od razu poczuł się winny niezawinionego czynu. Zawsze tak było. Gdy działo się coś złego i nauczyciele z rozpędu oskarżali całą klasę, Dominik czerwieniał i czuł się winny za wszystkich.
Ja natomiast nie poczuwałem się do żadnych win, nawet tych rzeczywiście zawinionych. Uzupełniłem dyrektorskie zdanie: "Nie ujdzie wam to na sucho!" i zająłem się układaniem w głowie spisu podstawowych pytań, na które musiałem znaleźć odpowiedź do piątku.