Rozdział
2
- O panie Jezu śliczny! O Matko Bosko Wambierzycko!! Ludzie, ludzie, ratunku!!!
Z drewnianej willi "Orion" wybiegła zażywna kobieta lat około siedemdziesięciu i żegnając się z rozmachem wpadła na mnie właśnie wtedy, gdy mocując się z walizką na kółkach pokonywałam schody wejściowe.
- Pani Teklo, co się stało?! - zawołałam, chwytając ją w objęcia.
- A bo to pan profesor leży jak nieżywy i ani drgnie - odparła bez namysłu cała roztrzęsiona.
- Gdzie leży?! - spytałam przerażona nie na żarty.
- W korytarzu na dywanie.
Rzuciłam walizkę, pobiegłam przodem, rozglądam się...
- Pani Teklo - mówię - przecież tu nikogo nie ma.
A ona spojrzała na mnie z ukosa, zakasała rękawy i pyta, robiąc przy tym odpowiednio nieprzystępną minę:
- A pani skąd tak dobrze wie, że tutaj nikogo nie ma? Hę?!... I kim pani właściwie jest?
Przedstawiłam się jej, dodając, że przyjechałam na zaproszenie profesora Wiznera, który dobrze się znał z moim ojcem....
Tekla Szych uspokoiła się trochę, ale widać było, że nie do końca jest usatysfakcjonowana moimi wyjaśnieniami. Wróciła po moją walizkę i nadal rzucała mi spode łba podstępne spojrzenia.
- Jak Boga kocham, żem go tu przed chwilą widziała - mówiła, wchodząc na drewniane wyrobione schody z rozchwianą poręczą. - Leżał jak ten neptek. Pani Laura pójdzie za mną, przygotowałam pokój.
- Może coś się pani przywidziało? - zauważyłam na swoje nieszczęście, co spowodowało gwałtowny wybuch tłumionych emocji Tekli Szych:
- Mnie się przywidziało! Mnie!! Dopiero przyjechała, a już głupstwa gada! A, pewnie ta stara Jamrajowa zdążyła jej nagadać, że piję. Łachudra jedna! A ja dzisiaj kieliszka wódki w ustach nie miałam. No, może wczoraj wypiłam ciut, ciut do kolacji...
Była tak rozeźlona, że bez namysłu wsunęłam jej dziesięć złotych do kieszeni fartucha, po czym zapewniłam ją solennie, że z żadną Jamrajową nie miałam po drodze do czynienia.
A przy okazji uświadomiłam mojej uroczej gospodyni, jak bardzo jestem zmęczona po wielogodzinnej nocnej podróży pociągiem z Olsztyna z przesiadką we Wrocławiu.
- Jeżdżą te ludzie wte i wewte, bo nie mają co robić - zauważyła rozgniewana - a nie lepiej tak usiąść na tyłku i swoje grzechy przepowiedzieć.
Nie podjęłam tego kontrowersyjnego tematu, tylko zauważyłam nieśmiało:
- Całkowicie się z panią zgadzam. Jazda naszymi kolejami nie należy do najprzyjemniejszych. Chciałabym się trochę umyć i może coś przekąsić...
- Lecę, już lecę na jednej nodze - odparła nieco udobruchana Tekla, rozsuwając zasłony w oknach.
Pokój był obszerny, kwadratowy, z ogromnym łożem, belkowanym sufitem, staroświecką szafą i dwoma oknami, przez które można było podziwiać uroki okolicy. Powleczone jesienną mgiełką kolorowe lasy pokrywały stoki gór, a tuż pod domem połyskiwał w słońcu bystry potoczek.
- Jak tu ładnie i czysto - powiedziałam - i jaki piękny widok.
Moje pochwały nieco uspokoiły wzburzenie Tekli. Wytarła ręce w fartuch, przybrała poważna minę, spojrzała na mnie z ukosa i rzekła:
- Zadowolona pani?... No... Jak to miło popatrzeć dzisiaj na kogoś uśmiechniętego. Bo to u nas, pani, na kogo by nie spojrzeć, to tylko lęk i zgryzota.
- Właśnie - zauważyłam nieśmiało - pani Teklo, co się tutaj dzieje? Pełno ludzi na dworcu. Ledwo wysiadłam na peron, już pakowali się do wagonów. Mało mnie nie wepchnęli z powrotem do pociągu. Jakby przed czymś uciekali...
- A, to pani Laura nic nie wie - ucieszyła się Tekla. - Na nasze Głazy padł blady strach. W imię Ojca i Syna! - przeżegnała się z rozmachem. - Jak nic, kara boska. Duchy się ukazują. Pojedynczo lub parami, a czasami po trzy i cztery. Jamrajowa, ta plotuśnica, co sprząta w hotelu "Pod Jeleniem", przysięgała się na wszystkie świętości, że widziała ich z pół tuzina. Sześć sztuk przeszło jej przed samym nosem. O tak! - przejechała palcem po twarzy. - I znikło...
- Co pani powie! To dlatego ludzie wyjeżdżają z Głazów? - spytałam nieco zbulwersowana tymi rewelacjami.
- A jak!... Zresztą po prawdzie, pani Laura, nie ma tu co robić - zdobyła się na poufałość Tekla Szych.
- W naszym miasteczku były dwa zakłady, w jednym robili kryształy, w drugim porcelanę, ale je zamknęli. Bo podobno się nie opłacało.
- Pani Teklo kochana - zagadnęłam ostrożnie - niech mi pani powie z łaski swojej, co to za duchy?
- Kto ich tam wie, moja pani? Duchy jak duchy... duszyste - odparła Tekla po głębokim namyśle. - Raz ich widać, a raz nie.
- Kto jeszcze widział te duchy, oprócz starej Jamrajowej? - pytałam zaintrygowana.
- Wszyscy, pani Laura, wszyscy je widzieli - odrzekła Tekla, bijąc się w bujną pierś. - Dlatego teraz na nasze Głazy wołają Postrach-Zdrój, bo to ino patrzeć, a wszystkie ludzie wyjadą z miasteczka. Zmykają jeden za drugim. Taka prawda, taka racja. I kara za grzechy!
Wytarła głośno nos w kraciastą chustkę i zaraz dodała przytomnie:
- A goście też już nie przyjeżdżają i pieniędzy coraz mniej, bo kiedy dowiedzieli się, że w mieście straszy, zwiali, aż się za nimi kurzyło. Tak, pani Laura, dom zdrojowy w dolinie stoi pusty. W zamku na górze nikt nie urządza balów. Bryndza, pani kochana, bryndza i posucha - oświadczyła z głębokim westchnieniem.
- Tylko kolej ma zarobek, bo kto może, ucieka z tego zapowietrzonego zdroju.
- Coś takiego! - zawołałam zdziwiona.
- A co do pana profesora - powiedziała Tekla tonem nie znoszącym sprzeciwu - na własne oczy widziałam...
- Wierzę pani - odparłam, wychylając się przez okno.
Mieszkańcy Głazów rzeczywiście się wyprowadzali. Szli szosą niczym z pielgrzymką. Słońce świeciło jasno na czystym niebie, pogoda była wymarzona na wycieczkę, lecz oni wlekli ze sobą walizy i toboły, całymi rodzinami zmierzając w kierunku dworca.
- Przerażenie ogarnia - rzuciła od niechcenia Tekla. - Jak nic plaga egipska - dodała autorytatywnie.
Pomyślałam sobie, że przy okazji wdepnę na posterunek i zorientuję się, co i jak. Wiedziałam, że ulokował się tutaj mój dobry znajomy ze szkoły policyjnej w Szczytnie.
- Pani Teklo kochana - spytałam - czy to się zdarza pierwszy raz? Nigdy wcześniej nie było takiej paniki?
- A uchowaj Bóg! - odparła z przekonaniem Tekla. - W Głazach zawsze było pełno gości. W willi profesora nieraz studenci spali, gdzie popadnie. Ja to nawet byłam zła, bo nie dość, że tak nieprzyzwoicie jedno przy drugim leżeli tym... jak to się mówi, pokotem, to mi całą podłogę zadeptali. Ale profesor nikomu nie odmawiał. Co to, to nie. Dla każdego znalazł się kąt. Bo w uzdrowisku, moja pani, szpilki nie można było wetknąć.
- Co pani powie! - wykrzyknęłam zdziwiona. - Tyle było kuracjuszy?!
- A jak! - odparła zadowolona, że nareszcie może mi udzielić informacji z pierwszej ręki. - Nawet profesor musiał czekać w kolejce na kąpiel czy masaż w "Wieniawie".
- Co to za "Wieniawa"? - spytałam, nadal podziwiając piękno górskiego krajobrazu.
- Nasz stary dom zdrojowy, zabytek pierwsza klasa - odparła Tekla Szych. - Wybudowany jeszcze het, za Franciszka Józefa w Świerkowej Dolinie. W zeszłym roku go odnowili jak się patrzy. Wygląda teraz jak pałac z białą kopułą. Ale stąd go nie widać. Trzeba zejść w dół do szosy, a potem najlepiej pieszo wzdłuż naszej rzeki i potem prosto przez park. Pani Laura przejdzie się na spacer, to wszystko zobaczy.
- A ten zamek, o którym pani wspominała? - dopytywałam się, nadal wyglądając przez okno.
- Mitręgi. Też zabytek, tyle że jeszcze większy - odrzekła z dumą i powagą. - Jedzie się w górę serpentyną z dziesięć kilometrów. W sezonie to, pani Laura, codziennie były na zamku bale, przyjęcia, koncerty, a jak! Różni śpiewacy przyjeżdżali, nieraz całe zespoły. Mówili, że festiwale urządzają.
- To musiało być w Głazach wesoło - zauważyłam.
- Jeszcze jak! Widzisz pani, część tego zamku odnowili, a reszta to ruina. Mieszka tam jakiś człowiek, co niczego nie pozwala tknąć. Podobno ma nie wszystko po kolei - dodała znacząco Tekla, przymykając przy tym jedno oko. - Fiksum-dyrdum, czy jakoś tak... O, widać stąd kawałek okrągłej baszty. Resztę zasłaniają góry.
- Przydałby mi się tutaj samochód - westchnęłam. - Taka piękna okolica. Szkoda, że nie mam...
- A profesor ma - przerwała mi moja wszystkowiedząca przewodniczka. - Co prawda stary wóz i nikomu nie daje się do niego dotknąć, ale za to maszyna pierwsza klasa. Przedwojenna.
- Nadzwyczajne! - nie kryłam swego zachwytu.
- Kiedyś - dopuściła mnie do poufałości - jak profesor był w dobrym humorze, zabrał mnie na przejażdżkę. Mówię pani - Tekla uśmiechnęła się, wspominając radosne chwile - pierwszy raz jechałam odkrytym samochodem. Wszyscy mnie widzieli, nawet ta papla Jamrajowa z hotelu.
- Niesłychane! - zawołałam zdumiona.
- A ja tylko kapelusz z kwiatem jabłoni poprawiłam, rozparłam się na skórzanej kanapie i patrzyłam przed siebie jak ta księżna, co ją w telewizji niedawno pokazywali. Może i panią profesor przewiezie. Podobno - ściszyła głos - to jeszcze hitlerowska maszyna, ale ja tam nic nie wiem...
- Pani Teklo - powiedziałam równie cicho - jeżeli pani nie ma nic przeciwko temu, zjadłabym coś...
- No to trzeba było od razu tak mówić - ucieszyła się gospodyni profesora Wiznera. - Chodź pani ze mną do kuchni. Zrobię jajecznicę z grzybami. Tegoroczne, sama zbierałam. Smażone na prawdziwym maśle, paluszki lizać...
- Na maśle? - zauważyłam nieśmiało. - To chyba niezdrowe. Wie pani, cholesterol...
- A kto mówił, że wszystko ma być zdrowe? - spytała retorycznie. - Całe życie jest niezdrowe, a człowiek jakoś musi z nim wytrzymać, co nie?...
Więcej nie oponowałam, bo jajecznica z młodymi maślakami była wręcz wyśmienita.
Nieobecnością profesora Wiznera specjalnie się nie przejmowałam. Wiedziałam, że profesor wróci dopiero w sobotę wieczorem. W środę zadzwonił do Olsztyna i powiedział, że ma dodatkowe zajęcia na studiach zaocznych w Kłodzku.