Detektywi z podstawówki. Tajemnica fryzjerki Loczek - Alicja Sinicka


Reflow text when sidebars are open.
Razem z Kasią szliśmy szybkim krokiem do szkoły. Jak zawsze wyruszyliśmy za późno i trzeba było się spieszyć, żeby nie dostać kolejnego spóźnienia. W drodze co chwilę zadzierałem głowę do góry. Z nieba spadały pierwsze tej zimy płatki śniegu. Wirowały w powietrzu jak małe piórka. Kasia z tej okazji wzięła wielki czarny parasol swojego taty, który po rozłożeniu zajmował prawie cały chodnik. Nieustannie uderzała mnie nim w ramię.
- Uważaj trochę - upomniałem ją.
- Mówiłam, że jak chcesz, możesz iść ze mną pod parasolem, to się uparłeś, że nie - dotarł do mnie jej głos spod wielkiej, czarnej kopuły.
- Ja rozumiem, że można schować się pod parasolem, kiedy leje deszcz, ale śnieg? I to pierwszy? Bez przesady.
- On się potem rozpuści, więc i tak będziesz mokry. Zobaczysz. Nie po to układałam rano włosy, żeby teraz wszystko zepsuć.
Przejechałem palcami po grzywce i wzruszyłem ramionami. Co ma być, to będzie - pomyślałem, a potem spojrzałem na niewielki salon fryzjerski, który znajdował się po lewej stronie szkoły. Budynek był kwadratowy, miał niebieską, nieco wyblakłą elewację i duże okna, w których odbijały się nasze sylwetki. Nad wejściem wisiał czarny, prosty szyld z napisem "U Hiacynty".
Chwilę później usłyszeliśmy ostry dźwięk klaksonu samochodowego dobiegający z ulicy. Zobaczyłem żółtego Fiata Pandę. Za kierownicą siedziała Hiacynta Loczek, właścicielka salonu fryzjerskiego, którą nieraz widywaliśmy za jego witrynami. Miała bujne, rude loki, które zawsze upinała w identyczny kok, wypuszczając z przodu po jednym paśmie. Kobieta unosiła pięść i coś krzyczała, ale nic nie było słychać, bo wszystkie szyby miała zamknięte.
- Na kogo ona tak krzyczy i trąbi? - zdziwiła się Kasia, przesuwając parasolkę tak, że czarna czasza znalazła się za jej plecami.
Podążyłem wzrokiem za Hiacyntą Loczek, żeby zrozumieć, co ją tak rozzłościło, i zobaczyłem panią Wronę, która właśnie wyszła ze swojego czarnego Mini Coopera. Nasza wychowawczyni ze spokojem wypisanym na twarzy zamknęła auto. Chyba nie zdawała sobie sprawy z tego, że to na nią ktoś zatrąbił. Przeczesała palcami swoje ciemne, pofalowane włosy, po czym włożyła na głowę fioletowy beret.
- Dzień dobry - przywitałem się.
Kiwnęła głową w odpowiedzi, a potem założyła skórzane rękawiczki. Spojrzałem na Hiacyntę Loczek. Wyglądała na jeszcze bardziej rozwścieczoną, pewnie dlatego, że pani Wrona w ogóle na nią nie reagowała. W końcu fryzjerka wysiadła z samochodu, zostawiając go na środku prawego pasa jezdni. Z impetem trzasnęła drzwiami i w swojej obszernej puchowej kurtce ruszyła w stronę pani Wrony.
- Co pani sobie myśli?! - zawołała do naszej wychowawczyni.
Pani Wrona otworzyła szerzej oczy i zaczęła rozglądać się na boki, nie wiedząc chyba, skąd dochodzi ten oburzony kobiecy głos. Kasia zerknęła na mnie z zaintrygowaniem. Wiedzieliśmy już, że zaraz na naszych oczach rozegra się awantura.
- Ja? - Pani Wrona stuknęła się palcem w pierś.
- A kto?! To moje miejsce parkingowe! Staję tu od lat, a pani ostatnio regularnie mi je zajmuje!
- Przecież każdy może na nim stanąć - odpowiedziała jej łagodnie pani Wrona. - Nie ma żadnego oznaczenia, że jest to akurat pani miejsce.
- Ale jest moje! Prowadzę salon od dziesięciu lat i tyle samo moje auto każdego dnia jest zaparkowane pod nim! Wszyscy o tym wiedzą, tylko nie pani!
- Bo dopiero od niedawna przyjeżdżam do szkoły samochodem. - Pani Wrona poprawiła poły swojego szarego płaszcza. - Wcześniej jeździłam autobusem.
- To może lepiej będzie, jeśli wróci pani do tego autobusu!
- Wypraszam sobie. - Nasza wychowawczyni uniosła brodę, po czym odwróciła się na pięcie od pani Loczek i ruszyła w stronę szkoły.
- Ja jej dam, ja jej dam! - odgrażała się właścicielka salonu, znowu unosząc zaciśniętą pięść.
Potem spojrzała na nas swoimi pomalowanymi na zielono oczami. Stała tuż obok mnie.
- Widzieliście? Co za brak szacunku!
Trudno było coś na to odpowiedzieć. Wpatrywaliśmy się w panią Loczek bez słowa. Dopiero po tym, jak powiedziała, co ją tak rozzłościło, faktycznie uświadomiłem sobie, że często w drodze do szkoły widywałem żółtego Fiata Pandę zaparkowanego pod tym salonem. Teraz na jego miejscu stał lśniący czarny Mini Cooper pani Wrony.
- Ja teraz nie mam gdzie zaparkować! - krzyczała dalej fryzjerka.
- Sto metrów stąd jest duży parking - podpowiedziała Kasia. - Moja mama zawsze tam parkuje, jak przyjeżdża do szkoły na wywiadówki.
- O nie! Ja na pewno nie będę stawać na jakimś parkingu kawał drogi stąd. Popatrzcie na moje buty!
Oboje spuściliśmy wzrok. Pani Loczek miała na nogach srebrne kozaki na wysokim obcasie.
- Da się w takich prowadzić auto? - zdziwiła się Kasia.
- Do jazdy mam tenisówki, ale całe mi się pomoczą, jak zacznę w nich spacerować po ośnieżonych chodnikach.
- Dopiero zaczyna padać - odpowiedziałem, zerkając na niebo.
- Och, nic nie rozumiecie. To jest moje miejsce parkingowe! Jestem do niego przyzwyczajona. Czasem przywożę coś do salonu fryzjerskiego i kiedy tu parkuję, mam krótką drogę, żeby to przenieść do środka. Poza tym cały czas mam swoje auto na oku. - Rozejrzała się na boki. - Nigdy nic nie wiadomo, a już kiedyś ukradziono mi samochód.
- Naprawdę ukradziono pani auto? - zdziwiła się Kasia.
- To było dawno temu. - Pani Loczek się zamyśliła. - Miałam wtedy salon fryzjerski na drugim końcu naszego miasteczka. Jeździłam takim uroczym czerwonym garbusem. Kojarzycie, jak ten samochód wygląda, prawda?
- Tak, tak - odpowiedzieliśmy zgodnie, a ja przywołałem w myślach obraz małego, pękatego i śmiesznie zaokrąglonego auta.
- Wszystko pamiętam, jakby to było wczoraj - ciągnęła opowieść pani Loczek, drapiąc się po szyi. - Parkowałam nim zawsze daleko od salonu, bo przy budynku nie było miejsca. W tamten feralny poniedziałek też to zrobiłam. Poszłam do pracy jak zawsze, miałam taki paskudny dzień, bo pod koniec trafiła mi się kapryśna, wymagająca klientka. Miała na głowie pięć włosów na krzyż. Przyszła ze zdjęciem jakiejś estradowej diwy i powiedziała, że ona chce dokładnie taką samą fryzurę! Burzę loków opadającą na ramiona. Robiłam, co mogłam, ale klientka i tak była niezadowolona. Powiedziała, że inaczej to sobie wyobrażała, po czym wyszła ode mnie z obrażoną miną. Wracając na parking, wciąż miałam przed oczami jej rozczarowane spojrzenie. Padał deszcz, było już ciemno, wyjęłam kluczyk i chciałam już tylko wsiąść do swojego auta, ale jego nie było na miejscu parkingowym, a ja nawet nie miałam parasolki.
- To przykre. - Kasia popatrzyła z zatroskaną miną na panią Loczek.
- Żebyś wiedziała. - Fryzjerka pociągnęła nosem. - Zadzwoniłam na policję, ale nikt się za bardzo nie przejął moją sprawą. Niby spisali moje zeznania, trochę się pokręcili, popytali, ale i tak nigdy już nie odnaleźli mojego garbuska. Przepadł.
- Miała pani autocasco? - zapytałem.
- Co to jest autocasco? - Kasia zmarszczyła brwi.
- Ubezpieczenie, między innymi na wypadek kradzieży. Jak ci ukradną samochód, to firma ubezpieczeniowa oddaje ci pieniądze - wytłumaczyłem.
- Miałam autocasco. - Pani Loczek machnęła ręką. - Ale tu już nawet nie chodziło o pieniądze, tylko o moje ukochane auto! Od tamtej pory nie ufam nikomu i niczemu, a już na pewno nie zostawiam auta daleko od miejsca, w którym przebywam.
Pani Loczek zacisnęła pięści i popatrzyła groźnie na panią Wronę, która właśnie wchodziła po schodach do budynku szkoły.
Nagle usłyszeliśmy kolejny dźwięk klaksonu. Tym razem dochodził z jasnej furgonetki stojącej za fiatem pozostawionym przez panią Loczek na drodze. Kierowca w czarnych okularach przeciwsłonecznych wskazywał dłonią na samochód i mówił coś, kręcąc głową do kolegi siedzącego obok niego.
- Co za straszny poranek! - zawołała fryzjerka. - Ja tego tak nie zostawię!
Potem szybkim krokiem wróciła do swojego samochodu i ruszyła do przodu.
- Parking jest w drugą stronę. - Kasia podrapała się po głowie.
- Może pani Loczek chce zostawić auto gdzieś indziej?
Nie było czasu, żeby dłużej się nad tym zastanawiać, bo usłyszeliśmy stłumiony dźwięk dzwonka dobiegający z budynku szkoły i ruszyliśmy pędem do głównej bramy.