II
Nacisnąłem czerwony przycisk, żeby zamknąć bramę za kolejnym wozem przybyłym do jednej z firm odnajmujących u Źrudły pomieszczenia magazynowe, i odebrałem połączenie.
- Dzień dobry, czy mam przyjemność z panem Markiem Deutsch? - zapytał damski głos.
- Z Markiem Deutschem - skorygowałem. - Tak, to ja.
- Z panem Markiem Deutschem, przepraszam bardzo - poprawiła się automatycznie rozmówczyni. - Z tej strony Andżelika Grudź z kancelarii adwokackiej Piękoś i Kuczerba. W celu potwierdzenia pańskiej tożsamości poproszę pana o odpowiedź na kilka rutynowych pytań. Czy zgadza się pan odpowiedzieć?
- Hm, to zależy jakie.
- Cha, cha, cha! No tak, ja przepraszam bardzo, mógł pan mnie źle zrozumieć, ale mogę pana zapewnić, że nie chodzi o żadne poufne informacje, tylko potwierdzenie pana podstawowych danych. Pan ma na drugie imię Marceli, zgadza się?
- Tak.
- I jest pan synem pana Henryka Deutscha i pani Reginy...
- Tak.
- ... z domu Zwerling?
Nie tylko błyskawicznie nauczyła się odmieniać moje nazwisko, ale nawet poprawnie wymówiła z niemiecka nazwisko rodowe mojej matki - punkt dla pani Andżeliki.
- Tak, zgadza się - potwierdziłem.
- W takim razie łączę pana z moim szefem - oznajmiła radośnie.
Rozległy się raźne dźwięki tematu przewodniego z Blues Brothers. Zdążyłem dwa razy otworzyć i zamknąć bramę, zanim usłyszałem w telefonie kaszlnięcie i ciepły męski głos.
- Dzień dobry panu, Mikołaj Piękoś, adwokat.
Przedstawiłem się w odpowiedzi.
- Szanowny panie - przemówił z namaszczeniem mecenas Piękoś - jako kancelaria adwokacka Piękoś i Kuczerba kontaktujemy się z panem, ponieważ chcemy się z panem podzielić pewnymi informacjami, które, jak sądzimy, mogą pana w pewnym stopniu zainteresować. Pan, jak rozumiem, jest synem świętej pamięci pana Henryka Deutscha, naszego wybitnego twórcy?
- Tak, pani Andżelika już mnie o to pytała.
- Doskonale. Jak rozumiem, pański tata urodził się w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym trzecim w Warszawie...
- Tak, ale o co chodzi? - wtrąciłem i niewykluczone, że w moim głosie dało się wyczuć lekkie zniecierpliwienie.
- ...jako syn pana Lejba Deutscha, urodzonego w roku tysiąc dziewięćset drugim w Kołomyi?
- To możliwe - potwierdziłem, starając się nie zgrzytać zębami.
- I pani Sabiny z domu Silberzahn?
Wziąłem głęboki wdech.
- Tak, o ile mi wiadomo, to tak.
- A zatem wszystko się zgadza - podsumował mój rozmówca niskim głosem. - Wygląda na to, że będę miał dla pana całkiem dobre wiadomości.
- Jakiego rodzaju są te wiadomości?
- Cóż, chodzi o spadek. Proszę tylko sobie nie robić zbyt wielkich oczekiwań, w grę wchodzą sumy raczej skromne, ale chyba też nie do pogardzenia.
- Ale spadek?... - dziwiłem się. - Po kim ten spadek?
- Chwilowo muszę pana prosić o cierpliwość, bo, że się tak wyrażę, to nie jest rozmowa na telefon. Najlepiej, gdyby pan zechciał wstąpić do nas, i wtedy, na spokojnie, wszystko panu wyłuszczymy. Jesteśmy w hotelu Sheraton przy placu Trzech Krzyży. Kiedy moglibyśmy się spotkać?
- Chwileczkę... - Spostrzegłem, że nie zauważyłem stojącego od dobrych paru chwil przed bramą wozu dostawczego, którego kierowca, zniecierpliwiony, wysiadł i podszedł do domofonu. Wcisnąłem zielony guzik i brama zaczęła się otwierać. - Przepraszam, panie mecenasie, akurat mam tu urwanie głowy. Dziś pracuję do... do późnego wieczora. Jutro... jutro też jestem zajęty...
Nie widziałem powodu, żeby obcego człowieka wtajemniczać w takie intymne szczegóły jak to, że po dwudziestu czterech godzinach dyżuru muszę w praktyce całą dobę odsypiać.
- A pojutrze?
Zwykle zostawiałem sobie na drugi dzień po dyżurze zaległe chałtury. Tym razem, tak się składało, nie miałem nic pilnego do roboty - co w zasadzie nie było dobrą wiadomością.
- Pojutrze mam już bardziej luźne.
- O, doskonale! - ucieszył się mecenas Piękoś.
Stanęło na tym, że stawię się w Sheratonie o jedenastej rano.
Potem przez resztę dyżuru zastanawiałem się, czy to nie jakiś szwindel. Tak zwany przekręt nigeryjski. Z dziesięć lat temu dostałem raz czy dwa takiego mejla, po angielsku:
Szanowny panie Deutsch. Z przykrością informuję, że pański stryjeczny dziadek Jacob Deutsch, znany w Nigerii potentat przemysłu naftowego, zmarł tydzień temu w swojej rezydencji w reprezentacyjnej dzielnicy Lagos. Jako wykonawca testamentu zmarłego mam zarazem przyjemność powiadomić pana, że jest pan jedynym spadkobiercą pozostawionego przez pana Jacoba Deutscha majątku o wartości 13,5 mln USD. Niestety, dość długo trwało, zanim pana znaleźliśmy, toteż w tej chwili pozostało już tylko pięć dni na uruchomienie procedury spadkowej, a w razie niedotrzymania tego terminu, zgodnie z nigeryjskim prawem, cały majątek zmarłego przejdzie nieodwołalnie na skarb państwa. Aby temu zapobiec, proszę mi niezwłocznie przesłać skan swojego dowodu osobistego oraz kwotę 1000 USD opłaty skarbowej, a już w następnym mejlu będę mógł panu przekazać poświadczenie dziedziczenia i pełen wykaz wchodzących w skład masy spadkowej aktywów. Z poważaniem - dr Azubuike Danjuma, prawnik.
Skojarzenia nasuwały się same, jednak na korzyść mecenasa Piękosia świadczyło to, że nie czaił się gdzieś w czeluściach internetu, tylko istniał realnie i chciał się ze mną spotkać osobiście, poza tym nie rzucał żadnymi oszałamiającymi sumami z kosmosu, przeciwnie, wyglądało na to, że trzymał się ziemi. No i nie był Nigeryjczykiem - chociaż zdawałem sobie sprawę, że to o niczym nie świadczy. Czyż w dziedzinie oszustwa ktoś stoi na straży patentów, praw autorskich czy tam apelacji produktów regionalnych? Pomysł nigeryjskich oszustów mógł zostać przez polskich cwaniaczków podchwycony, udoskonalony i dostosowany do lokalnej specyfiki - czemu nie, Polak potrafi. Tylko jeśli tak, to dlaczego upatrzyli sobie właśnie mnie? Tyle o mnie wiedzą, a nie wiedzą, że jestem bez grosza?
Nie, jasne, że wiedzą, dlatego właśnie liczą, że ich nie poślę na drzewo. Ale co by im to dało? Może chodzi im tylko o skan mojego dowodu? O, co to, to nie, dowodu do skanowania im nie dam, nie ma głupich!
Ale znów - dlaczego akurat ja? Facet więcej wiedział o moich dziadkach niż ja sam! A może... Mam! To może być kolejna odsłona afery reprywatyzacyjnej! Planują położyć łapę na jakiejś pożydowskiej nieruchomości, a mnie, z moim dobrym żydowskim nazwiskiem, chcą wykorzystać jako żywą tarczę!
Chyba że wpadam w paranoję. Sprawa przecież może być czysta. Przecież kilka lat temu jakieś towarzystwo ubezpieczeniowe rzeczywiście wypłacało ubezpieczenia potomkom tych, co przed wojną wykupili sobie u nich polisy i zginęli - czy to w Holokauście, czy z innych przyczyn. Lista tych polis była dostępna w internecie - nazwiska moich dziadków tam nie było, ale kto wie, może się ubezpieczyli w jakiejś innej firmie. Więc takie rzeczy są możliwe.
Biłem się tak z myślami przez cały następny dzień, zamiast odsypiać nieprzespaną służbowo noc. Część dnia i tak straciłem na przygotowania do wizyty w Sheratonie. To drogi hotel i nie chciałem, żeby mnie tam wzięli za jakiegoś menela. Wybrałem najmniej sprany T-shirt, trochę tylko przetarty z tyłu, wygotowałem dżinsy w wodzie z ludwikiem, gąbką do mycia naczyń wyczyściłem buty, dobrałem parę całych skarpet - i było już prawie dobrze. Musiałem tylko coś narzucić na ten T-shirt, żeby go nie było za bardzo widać. Po namyśle pobiegłem do wieżowca na Szczyglej, gdzie mieszka mój przyjaciel Ziutek, genialny muzyk, chociaż już od paru lat nie gra - kłopoty ze zdrowiem i depresja. Szkoda, gdyby tylko zechciał, mógłby wszystkim młodziakom pokazać, o co tak naprawdę chodzi w grze na instrumentach perkusyjnych. Elegancką marynarkę ma z czasów, kiedy grał w nocnych lokalach w Bejrucie, dawno temu, jeszcze zanim wybuchła w Libanie wojna domowa. No, żeby grać na bębenkach i takich tam dla arabskiej publiczności, to trzeba jednak coś umieć. Trochę mi było głupio tak do Ziutka wpadać jak po ogień, po to tylko żeby pożyczyć marynarkę. Ale nie mogłem się rozsiadać, bo jednak trzeba było wygospodarować trochę czasu na zaległy sen. Ustaliliśmy, że się spotkamy na dłużej, kiedy tylko się ociepli.
Położyłem się w końcu gdzieś koło ósmej wieczorem, ale ciężko mi było zasnąć, bo chociaż to było dopiero przedwiośnie i dzień powszedni, dziesiątki barów na tyłach Nowego Światu kipiały od grupek rozdokazywanej młodzieży, z których każda jakimś cudem potrafiła przy jednym piwku przesiedzieć kilkanaście godzin z oznakami narastającej euforii. Też kiedyś byłem młody i niemądry, ale wtedy nie było w obiegu takich substancji, a zresztą gdybym nie mieszkał na parterze, w kanciapie, która była kiedyś stróżówką, i gdybym naprawdę nie potrzebował snu, pewnie nic by mnie to nie obchodziło.
Kiedy o dziewiątej rano obudził mnie alarm w komórce, było mi wyjątkowo trudno zwlec się z łóżka. Z lustra nad umywalką łypnęła na mnie ponuro spuchnięta gęba jakiegoś obcego dziadygi. Wlazłem pod prysznic, obmyłem ciało i resztki włosów, potem, stękając, wytarłem się dziurawym ręcznikiem w słoneczniki, kupionym jeszcze za czasów Jowanki, i rozłożyłem go na rurze ciepłowniczej, żeby wysechł. Umyłem zęby wyłysiałą szczoteczką, na którą z trudem wycisnąłem z tubki resztki pasty. Ubrałem się w przygotowane poprzedniego dnia rzeczy, wsypałem do kubka łyżeczkę mielonej kawy i zalałem ją wrzątkiem do jednej trzeciej wysokości naczynia. To było prawie jak filiżanka. Tak jak mnie nauczyła moja druga była żona, Faustyna, nie mieszałem parzącego się napoju, tylko delikatnie zgarnąłem łyżeczką utrzymującą się na powierzchni warstwę kawy, żeby, zamoczona, powoli opadła na dno, pozostawiając na wierzchu beżową piankę. To było prawie jak espresso. Wypiłem je bez cukru, wmawiając sobie, że tak właśnie lubię, zmieniłem kotom wodę, założyłem marynarkę Ziutka, odczekałem do za dwadzieścia jedenasta i wyszedłem na spotkanie z mecenasem Piękosiem.