Diabły w biały dzień - Jun’ichirō Tanizaki

Kup ebooka

49.00 zł
26.95 zł (40,18 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od tłu­ma­cza

Jun'ichir? Ta­ni­zaki jest jed­nym z czo­ło­wych i naj­bar­dziej płod­nych twór­ców współ­cze­snej li­te­ra­tury ja­poń­skiej, a jego dzieła cie­szą się du­żym uzna­niem za­równo w Kraju Kwit­ną­cej Wi­śni, jak i za gra­nicą. We wcze­snych la­tach twór­czo­ści jego na­zwi­sko bu­dziło wiele kon­tro­wer­sji i spe­ku­la­cji. W jego utwo­rach nie bra­ko­wało bo­wiem ta­kich te­ma­tów jak sil­nie pod­kre­ślana, szo­ku­jąca wów­czas sek­su­al­ność, ob­se­syjna mi­łość do ko­biet, ma­so­chizm, po­goń za anor­mal­nymi przy­jem­no­ściami, bru­tal­ność. Jed­nak za­równo te­ma­tyka utwo­rów, jak i styl pi­sa­nia oraz eks­pre­sja obecna w dzie­łach Ta­ni­za­kiego prze­cho­dziły me­ta­mor­fozy - czę­sto dra­styczne - przez całe ży­cie pi­sa­rza. W jego utwo­rach czę­sto po­ja­wiają się po­staci sil­nych, obez­wład­nia­jąco atrak­cyj­nych ko­biet, a także mo­tyw ma­so­chi­stycz­nej wręcz tę­sk­noty za nimi. Dla­tego też twór­czość Ta­ni­za­kiego po­strze­gano nie­kiedy z per­spek­tywy ce­le­bro­wa­nia ko­biet i fe­mi­ni­zmu; ogól­nie jed­nak uważa się, że ten­den­cje te wy­ni­kają ra­czej z oso­bi­stego za­in­te­re­so­wa­nia Ta­ni­za­kiego sek­su­al­no­ścią i cie­le­sno­ścią.

Do­ro­bek au­tora obej­muje za­równo pio­nier­skie dzieła z wąt­kiem de­tek­ty­wi­stycz­nym (Toj?, 1920), dy­na­miczne po­wie­ści hi­sto­ryczne (Ran­giku Mo­no­ga­tari, 1930), jak i no­wele z mie­sza­niną ob­se­sji i po­żą­da­nia (Shun­kin­sh?, 1933) czy dzieła ostro kry­ty­ku­jące ów­cze­sną cy­wi­li­za­cję (Po­chwała cie­nia, 1933/34), a wresz­cie opo­wie­ści fan­tasy w stylu prze­ka­zy­wa­nych ust­nie le­gend i ba­śni, a na­wet gro­te­skowy czarny hu­mor. Prace Ta­ni­za­kiego cha­rak­te­ry­zują się uży­ciem sub­tel­nych zdań, w któ­rych pi­sarz wy­ko­rzy­stuje wszel­kie formy nar­ra­cji i chwy­tów ję­zy­ko­wych. Po­ja­wiają się w nich za­równo kla­syczny ję­zyk chiń­ski i ja­poń­ski, jak i slang czy dia­lekty. Do cha­rak­te­ry­stycz­nych cech twór­czo­ści au­tora na­leży też umie­jęt­ność bu­do­wa­nia na­pię­cia, ule­ga­ją­cego dra­ma­tycz­nym zmia­nom z każ­dym frag­men­tem utworu.

Ta­ni­zaki jest au­to­rem wy­soko ce­nio­nym za ta­kie dzieła jak Po­chwała cie­nia, Mi­łość głupca, Klucz czy Dzien­nik sza­lo­nego starca, które do­cze­kały się rów­nież swo­ich wy­dań w Pol­sce. Opo­wia­da­nia za­warte w ni­niej­szej książce nie są spe­cjal­nie znane, także wśród eks­per­tów w dzie­dzi­nie oraz pa­sjo­na­tów li­te­ra­tury, a czę­sto wręcz po­mi­jane w bio­gra­fiach Ta­ni­za­kiego i na ob­szer­nych li­stach jego dzieł. Zo­stały prze­tłu­ma­czone za­le­d­wie na garstkę ję­zy­ków, jed­nak są nie mniej in­te­re­su­jące i war­to­ściowe, pełne ta­jem­nicy i na­pię­cia. Co może od­na­leźć w nich współ­cze­sny czy­tel­nik i dla­czego są godne uwagi, nie tylko osoby za­fa­scy­no­wa­nej li­te­ra­turą ja­poń­ską, ale i ta­kiej, która do­tych­czas nie miała z nią stycz­no­ści? Aby spró­bo­wać zna­leźć od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, jak to zwy­kle bywa w przy­padku li­te­ra­tury, naj­pierw na­leży po­chy­lić się nad syl­wetką sa­mego pi­sa­rza i zba­dać, jak jego ży­cie i do­świad­cze­nia wpły­nęły na jego twór­czość.

Jun'ichir? Ta­ni­zaki uro­dził się w 1886 roku w To­kio w ro­dzi­nie ku­piec­kiej. Gdy był dziec­kiem, w 1894 roku, jego dom zo­stał znisz­czony, a ro­dzina stra­ciła cały ma­ją­tek w wy­niku trzę­sie­nia ziemi. Wy­da­rze­nie to dało po­czą­tek lę­kom, z któ­rymi zma­gał się przez całe swoje ży­cie i które rów­nież od­zwier­cie­dlał w swo­jej twór­czo­ści. W wieku 22 lat roz­po­czął stu­dia na Wy­dziale Li­te­ra­tury Ja­poń­skiej Ce­sar­skiego Uni­wer­sy­tetu To­kij­skiego, jed­nak z uwagi na pro­blemy fi­nan­sowe zu­bo­ża­łej ro­dziny i nie­moż­ność opła­ce­nia cze­snego, prze­rwał na­ukę po dwóch la­tach. Nie­długo po­tem, w tymże 1910 roku, Ta­ni­zaki roz­po­czął ka­rierę li­te­racką, gdy po­czytne pi­smo "Shin­shi­ch?" przy­jęło do druku dwa jego wcze­sne dra­maty: Tanj? (Na­ro­dziny) i Z? (Słoń) oraz opo­wia­da­nie The Af­fair of Two Wat­ches. Jego twór­czość szybko zdo­była po­pu­lar­ność i przy­nio­sła mu rów­nież ko­rzy­ści fi­nan­sowe: młody twórca mógł so­bie po­zwo­lić na po­dróże po Azji i kosz­towny dom w stylu za­chod­nim.

Ża­den inny pi­sarz ja­poń­ski nie wplótł w swoje dzieła tak licz­nych ele­men­tów ze sprzecz­nych ze sobą tra­dy­cji: ja­poń­skiej i za­chod­niej, po­szu­ku­jąc syn­tezy obu tych kul­tur. W mło­do­ści Ta­ni­zaki prze­ja­wiał bar­dzo silną fa­scy­na­cję Za­cho­dem. W 1922 roku prze­niósł się do znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal To­kio Jo­ko­hamy, która wów­czas była miej­scem za­miesz­ka­nia wielu ob­co­kra­jow­ców. To wła­śnie tam, a kon­kret­nie w dziel­nicy Yamate, po­znał od pod­szewki za­chod­nie zwy­czaje i styl ży­cia. Warto wspo­mnieć, że Ta­ni­zaki był sil­nie zwią­zany z kla­syczną li­te­ra­turą ja­poń­ską i po­strze­gano go jako czło­wieka sza­nu­ją­cego tra­dy­cje swo­jego kraju. Za­le­d­wie rok póź­niej, gdy na­stą­piło trzę­sie­nie ziemi w Kant?, re­gio­nie, w któ­rym znaj­dują się To­kio i Jo­ko­hama, lęki głę­boko za­fa­scy­no­wa­nego wów­czas Za­cho­dem Ta­ni­za­kiego znowu się ode­zwały. Jego dom w Jo­ko­ha­mie zo­stał znisz­czony, a pi­sarz do­świad­czył ko­lej­nego zwrotu w swo­ich upodo­ba­niach i fa­scy­na­cjach, kie­ru­jąc je po­now­nie w stronę kla­sycz­nej Ja­po­nii, a w szcze­gól­no­ści re­gionu Kan­sai (gdzie miesz­czą się Kioto, Osaka i Kobe). Po prze­pro­wadzce do Kan­sai, pre­fe­ru­jący do tej pory styl za­chod­nio­eu­ro­pej­ski twórca za­czął stop­niowo co­raz bar­dziej sku­piać się na sty­li­styce czy­sto ja­poń­skiej, aż w końcu wy­pra­co­wał piękny styl pi­sa­nia w kla­sycz­nym ję­zyku ja­poń­skim. Cho­ciaż jego prace były no­wo­cze­sne i po­pu­larne, sam Ta­ni­zaki naj­wy­raź­niej nie za­wsze ak­cep­to­wał ten fakt, mó­wiąc: "wiele dzieł po­wsta­łych przed trzę­sie­niem ziemi to prace, któ­rych nie chcę uzna­wać za wła­sne". Z tego po­wodu w hi­sto­rii li­te­ra­tury pa­no­wał zwy­czaj wy­raź­nego po­działu dzieł Ta­ni­za­kiego na na­pi­sane przed i po ka­ta­stro­fie oraz oce­nia­nia dzieł wcze­śniej­szych nieco ni­żej niż utwo­rów po­wsta­łych póź­niej.

Cho­ciaż utwory Ta­ni­za­kiego po­wsta­wały w burz­li­wych cza­sach, nie za­wie­rały żad­nych ele­men­tów kry­tyki spo­łecz­nej. Wcze­sny etap twór­czo­ści Ta­ni­za­kiego zbiegł się z okre­sem Ta­ish? (1912-1926). Był to czas sil­nych ru­chów li­be­ral­nych. W ży­ciu co­dzien­nym pa­no­wała więk­sza swo­boda wy­po­wie­dzi, bar­dziej po­wszechny do­stęp do kul­tury, po­dej­mo­wano też stop­niowo kroki w kie­runku zmiany roli ko­biet, jed­nak w spo­łe­czeń­stwie ja­poń­skim, w któ­rym przez lata obo­wią­zy­wały sztywne wzorce, zmiany te za­cho­dziły dość po­woli. Wszyst­kie te ele­menty, w tym tak cha­rak­te­ry­styczną dla Ta­ni­za­kiego mie­szankę ja­poń­skiego sen­ty­mentu li­te­rac­kiego i bo­ga­tego w emo­cje za­chod­niego stylu pi­sa­nia, można za­ob­ser­wo­wać w Opo­wie­ści o To­mo­dzie i Mat­su­na­dze (To­moda to Mat­su­naga no ha­na­shi, 1926), która zo­stała wy­dana pod sam ko­niec tego okresu. Bo­ha­ter opo­wia­da­nia wie­dzie ży­wot roz­bity mię­dzy Wscho­dem a Za­cho­dem. Po­dró­żuje do zeu­ro­pe­izo­wa­nej Jo­ko­hamy, no­wo­cze­snego Szan­ghaju oraz sa­mego Pa­ryża w po­szu­ki­wa­niu przy­jem­no­ści i wol­no­ści. Ob­raca się w to­wa­rzy­stwie ob­co­kra­jow­ców, kon­tem­pluje za­chodni styl ży­cia, spę­dza czas z wy­zwo­lo­nymi ko­bie­tami, które nie przej­mują się na­rzu­co­nymi im ro­lami. Wkrótce jed­nak To­moda za­czyna cier­pieć na po­ważne symp­tomy zwią­zane z jego sty­lem ży­cia, które unie­moż­li­wiają mu dal­szy po­byt w Eu­ro­pie. Wraca więc do Ja­po­nii. W tym mo­men­cie po­zna­jemy Mat­su­nagę, cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo To­mody - pra­wego męża i ojca, który pro­wa­dzi po­czciwy ży­wot na pro­win­cji, od­da­jąc się ta­kim czyn­no­ściom jak cho­dze­nie na piel­grzymki czy stu­dio­wa­nie kla­sycz­nej li­te­ra­tury. Wy­raź­nie wi­dać, że po­sta­cie To­mody i Mat­su­nagi in­spi­ro­wane są wła­snymi do­świad­cze­niami Ta­ni­za­kiego, który wie­lo­krot­nie zmie­niał swój styl ży­cia z ja­poń­skiego na za­chodni i od­wrot­nie. Gdy mia­sto, w któ­rym miesz­kał, na­wie­dziło wspo­mniane trzę­sie­nie ziemi, nie był w sta­nie zo­stać tam dłu­żej. Można ła­two so­bie wy­obra­zić, jak Ta­ni­zaki zmaga się z po­dob­nymi symp­to­mami psy­cho­so­ma­tycz­nymi co To­moda, który spa­ce­ru­jąc uli­cami Pa­ryża, nie­spo­dzie­wa­nie do­staje ata­ków pa­niki.

Kry­zys toż­sa­mo­ści, roz­dar­cie mię­dzy ro­dzimą tra­dy­cją a mo­der­ni­za­cją ży­cia na wzór za­chodni to wątki, które Ta­ni­zaki po­ru­sza dość czę­sto w swo­jej twór­czo­ści. W wielu utwo­rach pi­sarz zgłę­bia mroczne strony ludz­kiej psy­chiki, po­ru­sza­jąc te­maty, które go fa­scy­nują: spla­ta­jące się ze sobą sa­dyzm i ma­so­chizm, okru­cień­stwo, nie­po­ha­mo­wane po­żą­da­nie czy wręcz cho­ro­bliwy fe­ty­szyzm (utwory Ta­ni­za­kiego czę­sto uka­zują fe­tysz ko­bie­cych stóp), a zwłasz­cza pod­glą­dac­two, które od­grywa istotną rolę w Klu­czu, ale także w za­war­tym w tym to­miku opo­wia­da­niu Dia­bły w biały dzień (Ha­ku­ch? Kigo, 1918). Przy­pad­kowo od­kryta wia­do­mość spro­wa­dza nar­ra­tora i jego nie­zrów­no­wa­żo­nego przy­ja­ciela w miej­sce, w któ­rym stają się świad­kami zbrodni. Wy­bór lo­ka­li­za­cji, w któ­rej roz­gry­wają się klu­czowe wy­da­rze­nia, zde­cy­do­wa­nie nie jest przy­pad­kowy, bo­wiem to wła­śnie dziury w pa­pie­ro­wym pa­ra­wa­nie sh?ji za świą­ty­nią umoż­li­wiają se­kretną ob­ser­wa­cję. Ta­ni­zaki nie szczę­dzi szcze­gó­łów i z do­kład­no­ścią opi­suje ru­chy pięk­nej przy­wód­czyni szajki, jej mi­mikę, ge­sty­ku­la­cję, a także sce­ne­rię i grę świa­tła w po­koju. Jesz­cze na po­czątku swo­jej ka­riery Ta­ni­zaki przez pe­wien czas pra­co­wał dla stu­dia fil­mo­wego Ta­ish? Kat­suei jako sce­na­rzy­sta przy fil­mach nie­mych, a wpływ tego do­świad­cze­nia wi­dać wy­raź­nie w opi­sie mor­der­stwa, kiedy to ni­czym przez obiek­tyw ka­mery, Ta­ka­ha­shi i So­no­mura ob­ser­wują sub­telne zmiany w ru­chach i za­cho­wa­niu bo­ha­te­rów, klatka po klatce, kadr po ka­drze. Warto tu do­dać, że na tym nie skoń­czyły się związki Ta­ni­za­kiego z dzie­siątą muzą - część jego dzieł do­cze­kała się po­pu­lar­nych w Ja­po­nii ekra­ni­za­cji.

Ta­ni­zaki był ogrom­nym wiel­bi­cie­lem Ed­gara Al­lana Po­ego i Ranpo Edo­gawy - pio­nie­rów po­wie­ści kry­mi­nal­nej. Cho­ciaż sam Ta­ni­zaki nie uzna­wał się za po­wie­ścio­pi­sa­rza de­tek­ty­wi­stycz­nego i nie uwa­żał swo­ich dzieł za kry­mi­nały, Ranpo, który był także kry­ty­kiem po­wie­ści kry­mi­nal­nych, stwier­dził, że Ta­ni­zaki to je­den z naj­lep­szych pi­sa­rzy w Ja­po­nii, z któ­rego można być dum­nym rów­nież na li­te­rac­kim fo­rum mię­dzy­na­ro­do­wym. A in­spi­ra­cją do na­pi­sa­nia Dia­błów w biały dzień była nie­zwy­kle po­pu­larna wów­czas no­wela Złoty żuk Ed­gara Al­lana Po­ego, au­tora pierw­szej na świe­cie po­wie­ści kry­mi­nal­nej Za­bój­stwo przy Rue Mor­gue (1841). Jed­nym z tłu­ma­czy dzieł Po­ego na ję­zyk ja­poń­ski był brat pi­sa­rza, Se­iji Ta­ni­zaki. Wzmianka o au­to­rze Zło­tego Żuka po­ja­wiła się także w Opo­wie­ści o To­mo­dzie i Mat­su­na­dze, kiedy to rzadko spo­ty­kany w tam­tych cza­sach w Ja­po­nii tru­nek przy­wo­dzi bo­ha­te­rowi na myśl opo­wia­da­nie za­ty­tu­ło­wane Beczka Amon­til­lado.

Ta­ni­zaki eks­pe­ry­men­tuje z formą, na­wią­zuje do po­cząt­ków ki­ne­ma­to­gra­fii oraz two­rzy uni­kalny świat, w któ­rym Wschód i Za­chód prze­pla­tają się, ra­dy­kal­nie wpły­wa­jąc na psy­chikę bo­ha­tera. Na­leży pa­mię­tać, że w ów­cze­snych cza­sach jego opo­wia­da­nia sta­no­wiły nie­zwy­kle cenny wgląd w ży­cie i oby­czaje lu­dzi z in­nej czę­ści świata, choć wie­rzę, że rów­nież dzi­siej­szy pol­ski czy­tel­nik do­ceni wy­ła­nia­jącą się z nich por­cję wie­dzy na te­mat Ja­po­nii oraz po­strze­ga­nia świata za­chod­nio­eu­ro­pej­skiego przez Ja­poń­czyka.

Cho­ciaż sce­ne­ria i epoka ule­gały zmia­nom, warto za­uwa­żyć, że es­te­tyzm, ma­so­chizm, bru­tal­ność, ro­man­tyzm, fan­ta­styka, ero­tyzm i kult ko­biet, które po­ja­wiają się w dzie­łach Ta­ni­za­kiego od okresu Ta­ish?, prze­trwały i miały wpływ na póź­niej­szą twór­czość au­tora.

Dzia­łal­ność twór­czą Ta­ni­za­kiego w cza­sie wojny i w okre­sie po­wo­jen­nym naj­le­piej od­daje współ­cze­sne tłu­ma­cze­nie Genji mo­no­ga­tari (Opo­wieść o Gen­jim), bar­dzo ob­szer­nego kla­sycz­nego dzieła z prze­łomu X i XI wieku. Zo­stało ono opu­bli­ko­wane jako "Opo­wieść o Gen­jim w tłu­ma­cze­niu Ju­ni­chiro" w 1939 r., lecz usu­nięto z niego część do­ty­czącą cu­dzo­łó­stwa. Po woj­nie "Opo­wieść o Gen­jim" zo­stała po­pra­wiona w 1951 r., a na­stęp­nie z uwzględ­nie­niem zmo­der­ni­zo­wa­nego pi­sma opu­bli­ko­wana w 1964 r., sta­jąc się osta­teczną wer­sją prze­kładu.

Ta­ni­zaki ni­gdy nie na­sy­cał swo­ich dzieł żad­nymi kon­kret­nymi in­ten­cjami po­li­tycz­nymi. Mimo to, nie­które jego dzieła zo­stały za­ka­zane przez wła­dze, czego re­pre­zen­ta­tyw­nym przy­kła­dem jest Shoy­uki - po­wieść opu­bli­ko­wana w 1943 r. w ma­ga­zy­nie "Chu­oko­ron", która już po pierw­szym od­cinku zo­stała za­ka­zana ze względu na wiele eks­tra­wa­ganc­kich scen. Póź­niej Ta­ni­zaki po­wie­dział: "Swo­bodna dzia­łal­ność twór­cza pi­sa­rzy zo­stała siłą stłu­miona przez pewne wła­dze i nie tylko nie mogę prze­ciw temu za­pro­te­sto­wać na­wet pół­słów­kiem; nie mogę tego po­chwa­lać, głę­boko tym gar­dzę". We­dług re­cen­zji Yukio Mi­shimy, Ta­ni­zaki "prze­kształca wielką sy­tu­ację po­li­tyczną w ero­tyczną, okrutną, po­żą­daną bajkę" i "nie po­strzega świata i po­li­tyki jako za­gad­nień bar­dziej god­nych uwagi niż wy­ta­tu­owane plecy ko­biety". Pa­ra­dok­sal­nie, twór­czość Ta­ni­za­kiego jed­nak wy­wie­rała wpływ po­li­tyczny, na­wet je­śli au­tor nie miał ta­kiego za­miaru. Jego aro­gancki i eks­tra­wa­gancki duch buntu, w któ­rym po­ka­zał się naj­peł­niej w okre­sie przed, w trak­cie i po woj­nie na­dal nie ma so­bie rów­nych. Li­te­ra­tura Ta­ni­za­kiego jest wy­jąt­kowa i cią­gle zwraca uwagę, po­mimo tego że wszelka opi­sy­wana w jego dzie­łach nie­mo­ral­ność i roz­wią­złość stały się z cza­sem mniej szo­ku­jące, a w świe­cie przed­sta­wio­nym jego utwo­rów trudno jest już zna­leźć ja­ką­kol­wiek za­ska­ku­jącą "no­wość".

Na sam ko­niec wspo­mnę, że świą­ty­nia Su­itengu, w któ­rej roz­grywa się ak­cja Dia­błów w biały dzień do dziś stoi w To­kio w dziel­nicy Nin­gy­?ch?, za­le­d­wie kilka prze­cznic od domu, w któ­rym uro­dził się Ta­ni­zaki. W 2016 roku świą­ty­nia zo­stała od­no­wiona, zmie­nia­jąc nieco układ w sto­sunku do znaj­du­ją­cych się obok bu­dyn­ków. W stycz­niu 2023 roku mia­łam oka­zję od­wie­dzić to miej­sce i mimo do­kład­nego zlu­stro­wa­nia oko­licy w po­szu­ki­wa­niu alejki, w któ­rej Ta­ka­ha­shi i So­no­mura mo­gli ob­ser­wo­wać scenę mor­der­stwa, nie udało mi się jej zna­leźć. Je­dyny bu­dy­nek, do któ­rego przy­lega świą­ty­nia, jest pro­sty i no­wo­cze­sny, przez co zu­peł­nie nie przy­po­mina tra­dy­cyj­nego domu wy­ło­żo­nego ta­tami, przed któ­rym stali bo­ha­te­ro­wie opo­wia­da­nia. Co wię­cej, u sa­mych stóp świą­tyni znaj­duje się te­raz po­ste­ru­nek, a po­li­cjant bacz­nym okiem przy­gląda się oko­licy. Eiko i jej szajka z pew­no­ścią nie by­liby za­chwy­ceni tym fak­tem.

Ka­ro­lina Gra­bi­kow­ska

Opo­wieść o To­mo­dzie i Mat­su­na­dze

1

Kilka lat temu, a do­kład­niej 25 sierp­nia 1920 roku, otrzy­ma­łem z pro­win­cji Yamato list od nie­zna­nej mi ko­biety o imie­niu Shi­geko. Je­stem w sta­nie przy­wo­łać do­kładną datę, gdyż na­wet po tylu la­tach wciąż je­stem w po­sia­da­niu tego li­stu. Za­zwy­czaj nie za­wra­cam so­bie głowy lek­turą stosu ko­re­spon­den­cji, który pię­trzy się u progu mo­ich drzwi. Li­sty te pi­szą naj­czę­ściej nie­zna­jomi mi­ło­śnicy ksią­żek, któ­rzy za wszelką cenę chcą się po­dzie­lić swoją pa­sją do słowa pi­sa­nego. Gdy je­stem za­jęty, prze­waż­nie za­no­szę je do swo­jego ga­bi­netu i tam zo­sta­wiam, cał­ko­wi­cie o nich za­po­mi­na­jąc. Jed­nak gdy zo­ba­czy­łem ten kon­kretny list, po­czu­łem silną po­trzebę, by na­tych­miast go prze­czy­tać. Zo­stał za­adre­so­wany pędz­lem, a nie dłu­go­pi­sem, a od­ręczne pi­smo było owiane aurą sta­ro­daw­nej ele­gan­cji i wy­twor­no­ści. W polu nadawcy wid­niał na­stę­pu­jący ad­res:

Shi­geko Mat­su­naga

Yagy?, So­ekami

Pro­win­cja Yamato

Ja­po­nia

Wy­star­czyło spoj­rzeć na ko­pertę, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że za­wie­rała coś wię­cej niż ko­lejną wia­do­mość od aspi­ru­ją­cej li­te­ratki. List jest długi, nie­mniej jed­nak i tak przy­to­czę tu całą jego treść. Sta­nowi nie­jako fun­da­ment hi­sto­rii, którą pra­gnę prze­ka­zać.

Sza­nowny Pa­nie,

mam na­dzieję, że mój list za­sta­nie Pana w do­brym zdro­wiu, mimo nie­zno­śnych upa­łów, z któ­rymi przy­szło nam się mie­rzyć. Pro­szę po­zwo­lić mi się przed­sta­wić. Je­stem żoną Gi­suke Mat­su­nagi, miesz­kańca wio­ski Yagy? w pro­win­cji Yamato. Ni­gdy nie mia­łam przy­jem­no­ści po­znać Pana oso­bi­ście i zdaję so­bie sprawę, że to nie­tak­towne z mo­jej strony kło­po­tać Pana nie­za­po­wie­dzianą ko­re­spon­den­cją. Dla­tego też ży­wię głę­boką na­dzieję na Pań­ską uprzej­mość i cier­pli­wość pod­czas lek­tury tego li­stu, w któ­rym po­sta­ram się na­kre­ślić oso­bliwy łań­cuch zda­rzeń, który na­ka­zał mi do Pana na­pi­sać.

Wy­szłam za mąż w 1905 roku w wieku osiem­na­stu lat, zaś mój mał­żo­nek osią­gnął wów­czas ćwierć­wie­cze. Jako naj­star­szy syn spę­dził kilka lat w To­kio, gdzie stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Wa­seda[1]. Po­bra­li­śmy się, gdy ukoń­czył na­ukę. Jego ro­dzina od wielu po­ko­leń zaj­mo­wała się rol­nic­twem, zaś po na­szym ślu­bie mąż nie miał żad­nej kon­kret­nej pracy. Przez pierw­sze pół roku mał­żeń­stwa ży­li­śmy wspól­nie w szczę­ściu i spo­koju. Jed­nak zimą owego roku zmarła matka mo­jego mał­żonka, a on sam za­czął za­cho­wy­wać się w spo­sób, który bu­dził mój nie­po­kój. Ubo­le­wał nad swoim lo­sem i per­spek­tywą ze­sta­rze­nia się na wsi. Gdy tylko nada­rzała się oka­zja, opusz­czał dom i wy­ru­szał do Kioto czy Osaki z na­dzieją, że po­dróż po­może mu prze­zwy­cię­żyć chan­drę. Żył w ten spo­sób aż do lata 1906 roku, kiedy to spo­dzie­wa­łam się na­szego pierw­szego dziecka. Zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie oznaj­mił z nie­za­chwianą pew­no­ścią sie­bie, że za­mie­rza spę­dzić rok czy dwa za gra­nicą. Jak Pan za­pewne jest w sta­nie so­bie wy­obra­zić, cała ro­dzina była w szoku. Zro­bi­li­śmy wszystko, co w na­szej mocy, by od­wieść go od tego po­my­słu, jed­nak nie­stety na próżno. Nie mo­gli­śmy prze­ko­nać go w ża­den spo­sób. Jego de­ter­mi­na­cja była znacz­nie sil­niej­sza.

W cza­sie po­bytu męża na Za­cho­dzie ani razu nie otrzy­ma­łam od niego wia­do­mo­ści. Mi­nęły trzy lata, a nikt z ro­dziny nie wie­dział, co się z nim dzieje. Cały trud wy­cho­wa­nia na­szej córki spadł na moje barki. Przez cały ten czas za­sta­na­wia­łam się, cóż może się z nim dziać, gdy je­sie­nią 1909 roku wró­cił do domu, rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie jak z niego wy­był. Choć z na­tury był dość chu­der­lawy, ni­gdy nie zma­gał się z po­waż­nymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi. Jed­nak gdy po po­wro­cie z po­dróży sta­nął blady u progu drzwi, stało się dla mnie oczy­wi­ste, że znacz­nie pod­upadł na zdro­wiu. Nie­długo po­tem prze­szedł po­ważne za­ła­ma­nie ner­wowe. Przez ko­lej­nych kilka lat, aż do wio­sny 1912 roku, pro­wa­dził spo­kojne, ro­dzinne ży­cie na wsi. Oka­zy­wał nie­zwy­kłą czu­łość za­równo w sto­sunku do mnie, jak i na­szej córki Ta­eko. Stan męża za­czął po­woli ule­gać po­pra­wie. Stał się on rów­nież znacz­nie bar­dziej sta­bilny emo­cjo­nal­nie. Jed­nak la­tem 1912 roku znów oznaj­mił, że pla­nuje wy­ru­szyć w po­dróż. Tak jak po­przed­nio, nie po­in­for­mo­wał ni­kogo, do­kąd się wy­biera ani jaki jest cel jego wy­prawy. Wspo­mniał je­dy­nie, że i tym ra­zem wróci za dwa lub trzy lata oraz że nie mamy po­wodu do nie­po­koju. Co­kol­wiek by się nie działo, rzekł, mam go nie szu­kać. I tak nie mia­ła­bym szans go od­na­leźć. Tak oto mąż od­szedł po­now­nie, pro­sząc, bym za­jęła się do­mem i na­szą córką pod­czas jego nie­obec­no­ści. Nie mia­łam wyj­ścia. Mu­sia­łam speł­nić jego ży­cze­nie i z na­dzieją ocze­ki­wać na po­wrót.

Także tym ra­zem mał­żo­nek za­wi­tał w na­szym domu po upły­wie kilku lat, a do­kład­niej je­sie­nią 1915 roku. Jego ob­li­cze znów było blade, a ciało mi­zerne. Zda­wało się, że po raz ko­lejny do­świad­czył roz­stroju ner­wo­wego. Prze­pro­sił za długą nie­obec­ność oraz wszelki ból i zmar­twie­nia, na które mnie na­ra­ził. Prze­jęty i na skraju łez, za­tro­skany mąż i oj­ciec nie przy­po­mi­nał czło­wieka, z któ­rym nie­gdyś ży­łam. Wszystko, co ro­bił, było na­zna­czone de­li­kat­no­ścią i em­pa­tią. Za­czął rów­nież prze­ja­wiać za­in­te­re­so­wa­nie spra­wami du­cho­wymi. Wio­sną 1917 roku całą trójką (ja, mój mąż i na­sza córka Ta­eko, która wów­czas skoń­czyła dwa­na­ście lat) uda­li­śmy się na piel­grzymkę. Być może to w wy­niku na­wró­ce­nia mał­żo­nek za­czął wra­cać do zdro­wia i na­bie­rać sił.

Pro­wa­dząc dawny styl ży­cia na ło­nie na­tury, wy­da­wał się znacz­nie spo­koj­niej­szy. Po­zwo­li­łam so­bie na­wet na fan­ta­zje o na­szej no­wej, wspól­nej przy­szło­ści wy­peł­nio­nej szczę­ściem i na­dzieją, że tym ra­zem wszystko bę­dzie w po­rządku. Jed­nak wraz z na­dej­ściem lata, w 1918 roku, mąż znowu wy­ru­szył w nie­znane bez słowa wy­ja­śnie­nia. Jego po­przed­nia po­dróż trwała po­nad trzy lata. Rów­nież i tym ra­zem od jego odej­ścia mi­nęły ko­lejne trzy. W przy­szłym roku upłyną cztery lata jego nie­obec­no­ści i ży­wię ogromną na­dzieję, że spo­tkamy się po­now­nie za­nim na­stępny rok do­bie­gnie końca. Po­zo­stało mi je­dy­nie cze­kać i nie tra­cić wiary. Nie wiem, gdzie on jest i czym się zaj­muje.

Od­czu­wam nie­zmierną wdzięcz­ność za moje mał­żeń­stwo, choć wiem, że nie za­słu­guję na ta­kie szczę­ście. Za­równo ja, jak i na­sze córki (na­sze dru­gie dziecko przy­szło na świat dwa lata temu) cze­kamy cier­pli­wie na po­wrót głowy ro­dziny. Za nic w świe­cie nie po­są­dza­ła­bym męża o odej­ście z po­wodu znu­że­nia ży­ciem ro­dzin­nym. Je­stem pewna, że miał swoje po­wody, o któ­rych ja sama nie mam po­ję­cia. Pod­czas obec­no­ści w domu za­wsze był ła­godny i bar­dzo się o nas trosz­czył. Za każ­dym ra­zem, gdy od­cho­dził, jego oczy były pełne łez. Bła­gał, bym cze­kała na jego po­wrót. Nie chcę, by po­my­ślał Pan, że mam żal do męża. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach by­ła­bym szczę­śliwa, cze­ka­jąc tak długo, jak to ko­nieczne. Jed­nak nie­stety ubie­głej zimy na­sza star­sza córka Ta­eko za­cho­ro­wała na za­pa­le­nie opłuc­nej. Jej stan ostat­nio się po­gor­szył i nie mogę prze­stać my­śleć o tym, że każdy nad­cho­dzący dzień może być jej ostat­nim. Pęka mi serce, gdy dzień po dniu ci­chut­kim gło­sem w go­rączce błaga, by zo­ba­czyć ojca. Czuję się zu­peł­nie bez­radna.

Pró­bo­wa­li­śmy usta­lić miej­sce prze­by­wa­nia mo­jego męża ostat­nim ra­zem, gdy nas opu­ścił, jed­nak bez skutku. Tym ra­zem na­sze wy­siłki rów­nież nie przy­nio­sły re­zul­ta­tów. Po­dej­rze­wamy, że i te­raz udał się za gra­nicę, dla­tego też pró­bo­wa­li­śmy do­wia­dy­wać się o miej­sce jego po­bytu za­równo w Ja­po­nii, jak i poza kra­jem. Nikt, kto pa­so­wałby do jego opisu, nie był wi­dziany w To­kio, Kioto ani Osace. Gdy przy­wo­łuję na myśl słowa mo­jego męża, które usły­sza­łam tuż przed jego odej­ściem, jak za­pew­niał mnie, że nie mamy szans go od­na­leźć, mu­szę przy­znać, że cała ta sy­tu­acja wy­daje mi się nie­zwy­kle oso­bliwa.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki