1
W październiku 2014 roku przebywałem w Monrovii, stolicy Liberii. Miałem tam nakręcić dokument telewizyjny o siejącej spustoszenie w tym biednym zakątku Afryki Zachodniej epidemii eboli. Całe miasto było w stanie pogotowia. W ciągu kilku miesięcy śmiertelny wirus pozbawił życia tysiące ludzi, a personel medyczny licznych agencji i organizacji z całego świata wciąż walczył o opanowanie choroby. Ulice były pełne plakatów wzywających do unikania, jak tylko się da, wszelkich form kontaktu fizycznego, a woń środków dezynfekujących wypełniała gorące, wilgotne powietrze.
Pewnego ranka jechałem za jedną z karetek stale krążących wśród blaszanych ruder najbiedniejszych dzielnic, aby jak najszybciej zebrać ciała zmarłych. Grzebanie bliskich było surowo zabronione. Poprzedniego wieczoru muzułmańska rodzina z dzielnicy położonej blisko morza zadzwoniła na numer alarmowy, aby zgłosić śmierć dziecka. Kiedy przyjechałem, sanitariusze byli już przy pracy. Małe ciało zostało zamknięte w worku i ułożone na trawie. Krople deszczu uderzały o biały plastik. Zmarłe kilka godzin wcześniej dziecko miało zaledwie osiem miesięcy. Pod drzewem zebrała się grupa sąsiadów, a pracownicy pogotowia ładowali ciało na półciężarówkę. Mieli na sobie białe kombinezony, maski, gogle, żółte rękawiczki i bez przerwy dezynfekowali się sprayem. Jeden z nich podszedł do dziadka dziecka.
- Jak tylko skończymy, proszę spalić materac, na którym spało dziecko.
Mężczyzna przytaknął bez słowa. Kiedy zabrano małe ciało, matka dziecka wybuchnęła niekontrolowanym szlochem. Sfilmowaliśmy tę scenę, po czym zwróciłem się do Franceski, pracującej ze mną operatorki.
- Świetnie, to było dobre. Idziemy na obiad? - Mrugnąłem do niej z uśmiechem.
Że było w tym coś głęboko niewłaściwego, dotarło do mnie wieczorem, gdy siedząc w pokoju hotelowym, wróciłem myślami do tego zdarzenia. Ta wstrząsająca scena nie poruszyła mnie w najmniejszym stopniu. Przyjąłem ją z obojętnością i cynizmem. I to nie był pierwszy raz, kiedy tak reagowałem. Nagle zdałem sobie sprawę, że płacząca matka i martwe dziecko nie są dla mnie prawdziwymi ludźmi, lecz jedynie drugoplanowymi postaciami w filmie, w którym to ja byłem głównym bohaterem. Ich nieszczęście nie miało dla mnie większego znaczenia.
Po powrocie do kraju wciąż o tym myślałem. Miałem trzydzieści siedem lat i nagle poczułem się kimś bardzo innym od chłopaka, który dekadę wcześniej zajął się dziennikarstwem, wierząc, że leżą mu na sercu sprawy innych ludzi. Zadałem sobie pytanie, kim, czym się stałem.
*
Musiałem zacząć od nowa. Zakochać się w historii zdolnej nadać sens rzeczywistości. Zanurzyć się w niej, dać się ponieść jej nurtowi.
Pewnego wieczoru, który spędzałem razem z Lucą, znajomym reżyserem radiowym, Luca przywołał mnie do komputera:
- Chodź tutaj, zobacz ten artykuł.
Tekst opowiadał historię Loreny Morselli, przedszkolanki z Massa Finalese, niewielkiej miejscowości w prowincji* Modena. Ta kobieta przeszła przez koszmar niezwykle długiego i bolesnego procesu sądowego. Została oskarżona o satanistyczne rytuały i przemoc seksualną wobec czwórki swoich małych dzieci, które jej odebrano i od tamtej pory ich nie widziała.
Ta historia mroziła krew w żyłach. O świcie 12 listopada 1998 roku policja zjawiła się w domu kobiety i jej męża Delfina Covezziego* z nakazem zabrania dzieci wydanym przez sąd dla nieletnich w Bolonii. Ośmioletnia bratanica Loreny, Cristina, znajdująca się pod kuratelą opieki społecznej, oskarżyła ich o udział w sekcie zdeprawowanych morderców, którzy nocami zabierali dzieci z Massa Finalese na miejscowe cmentarze, aby je gwałcić, wypożyczać gangowi pedofilów i zmuszać do uczestnictwa w składaniu ofiar z ludzi. Horror, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, wydarzył się na prowincji pełnej pól ornych, podrzędnych dróg, zagród, traktierni i opuszczonych gospodarstw rolnych, w miejscu, gdzie pozornie nic się nie działo.
Po uważnym wysłuchaniu dziecka psychologowie i pracownicy socjalni z Mirandoli natychmiast zaalarmowali władze, aby zapewniły bezpieczeństwo dzieciom pary: jedenastoletniej Veronice, dziewięcioletniemu Pietrowi, siedmioletniemu Federicowi i trzyletniej Aurorze. Zostały obudzone i zabrane. W ciągu kilku godzin ślad po nich zaginął. Jakby rozpłynęły się w powietrzu. Żeby nie zabrano jej również piątego, jeszcze nienarodzonego dziecka, Lorena uciekła z kraju. Zatrzymała się w małej wiosce w Prowansji i tam urodziła. Nadal tam mieszkała, kiedy odebrała ode mnie telefon krótko po tym, jak skończyłem czytać artykuł i znalazłem jej numer.
Kobieta mówiła po włosku z wyraźnym akcentem z Bassa Modenese*, naznaczonym już jednak przez francuskie słowa i wtrącenia, których używała, gdy się zamyśliła: oui, voila, bon, donc, mais non!, attendez, alors, d'accord. Jej opowieść nie zawsze była linearna. Chwilami przypominała nieregularny lot motyla. Co jakiś czas, gdy opowiadała, przypominał się jej jakiś epizod i w tym momencie porzucała jedno wspomnienie, by iść za drugim, otwierała jeden nawias, nie zamykając poprzedniego, gubiła wątek. Potem, śmiejąc się z zakłopotaniem, wznawiała "donc, na czym to ja skończyłam?". Kiedy rozmowa schodziła na jej dzieci, roztkliwiała się, a zdania kończyła zdławionym szlochem.
Po rozdzieleniu trójka starszych dzieci potwierdziła zeznania kuzynki, oskarżając Lorenę o okrutne zbrodnie: przemoc psychiczną, porwania, gwałty i przerażające mordy na cmentarzach, gdzie wraz z mężem zmuszała ich do oglądania potworności, a niejednokrotnie do aktywnego w nich uczestnictwa.
Dzieci zostały przejęte przez opiekę społeczną i ułożyły sobie nowe życie w innych rodzinach. Dorastały w przekonaniu, że ich rodzice powinni zapłacić więzieniem za całe wyrządzone zło. Od tamtego jesiennego poranka 1998 roku nie chciały już o nich słyszeć.
Małżeństwo zostało skazane w pierwszej instancji na dwanaście lat, a następnie, w grudniu 2014 roku, po długim procesie odwoławczym uniewinnione. Delfino nie doczekał jednak końca procesu. Rok wcześniej zmarł na atak serca. Kobieta została sama z piątym dzieckiem, Stefanem. Przez lata udzielała wywiadów każdemu, kto się z nią skontaktował, aby opowiedzieć, jak służby socjalne gminy Mirandola zniszczyły wszystko, co było jej drogie, zmusiły ją do odejścia z pracy, wspólnoty parafialnej oraz rodziny i ucieczki do obcego kraju. Po szesnastu latach nie miała już nic. Została jej tylko niezachwiana wiara w Chrystusa oraz najmłodszy syn o brązowych włosach i jasnych oczach, dzięki któremu nie stoczyła się w otchłań szaleństwa.
*
Nie wiedziałem, czy jej wierzyć. Ta opowieść pełna było luk i niejasności. Dlaczego dzieci oskarżały ją o tak straszne rzeczy? Czułem się zdezorientowany jako dziennikarz i jako ojciec. Lorena twierdziła, że to zajmujące się dziećmi psycholożki wbiły im do głowy wszystkie te historie i zwróciły je przeciwko rodzicom. Ale czy profesjonalistki mogłyby sfabrykować tak straszne historie i przekonać dzieci do ich powtarzania? Dlaczego? A jeśli to ona miała podwójną duszę?
- Opieka społeczna zabrała nie tylko moje dzieci - ciągnęła opowieść. - W latach 1997-1998, w dwóch gminach, Massa Finalese i Mirandola, zabrała ich czternaścioro... nie, przepraszam... piętnaścioro... a właściwie szesnaścioro. Wszystkie pochodziły z rodzin oskarżonych o to samo.
I kiedy wymieniała nazwiska, miejsca, wyroki i daty śmierci, z niedowierzaniem wpatrywałem się w gigantyczną czarną dziurę, która powoli zaczęła wsysać także i mnie. Ogarniało mnie uczucie udręki, oszołomienia i lęku. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem.
*
Ta historia przypominała pokrytą pyłem mozaikę. Zobaczyłem jej fragment, który natychmiast przykuł moją uwagę. Postanowiłem ją odsłonić. Dowiedzieć się, kim były pozostałe dzieci, o co oskarżono ich rodziców i jak to się stało, że została w to wszystko wmieszana rodzina Loreny.
Zacząłem zbierać materiały na temat afery pedofilskiej w Bassa Modenese. W internecie znalazłem kilka starych artykułów opisujących tę sprawę, ale ich autorzy nie zagłębiali się zbytnio w szczegóły. Jeśli chciałem odtworzyć wszystkie jej etapy, potrzebowałem dokumentacji - sprawozdań opieki społecznej, protokołów przesłuchań, decyzji sądu dla nieletnich. Żądanie dostępu do akt nie wchodziło w rachubę. Zbyt wiele zachodu w zderzeniu z biurokracją. Trwałoby to wieki.
Zacząłem więc wydzwaniać do adwokatów, którzy bronili wówczas oskarżonych, pytając, czy zachowali jakieś akta, ale nie dostałem właściwie nic. To były jeszcze papierowe dokumenty. Ktoś się ich pozbył, ktoś inny zgubił je podczas przeprowadzki albo zaginęły podczas potwornego trzęsienia ziemi, które nawiedziło tę okolicę w 2012 roku, powodując zawalenie albo trwałe naruszenie konstrukcji wielu budynków. Poza tym większość ludzi w ten czy inny sposób związanych wówczas z tą sprawą nie ukrywała nieufności do dziennikarza z zewnątrz. Czego on mógł chcieć po tylu latach?
Rozmawiając z tymi nielicznymi, którzy zgodzili się na spotkanie, odnosiłem wrażenie, że z jakiegoś niejasnego powodu nikt nie chciał ponownie wsadzić nosa w tę sprawę. To było zamknięte doświadczenie, do zapomnienia. Powtarzałem stale jedno pytanie: "Czy w historiach opowiadanych przez te wszystkie dzieci może się kryć jakaś prawda?". Najczęstsza odpowiedź brzmiała: "Być może, ale mój klient nie ma z tym nic wspólnego" albo "Teraz już nie da się tego stwierdzić".
Nikt już nie pamiętał dokładnie, ile było tych dzieci. Ilu było członków ich rodzin. Jaka była tożsamość pozostałych oskarżonych. Ile wydano wyroków skazujących, a ile uniewinniających. Jakie kary zasądzono. Nikt nie był w stanie zabrać mnie w podróż w czasie. Kosztowałoby to wysiłek, na który nikt, uwikłany w tysiąc innych i znacznie pilniejszych spraw, nie mógł sobie pozwolić. Zmierzenie się z tak wielką historią byłoby zbyt skomplikowane. Zwróciłem się więc do jednej z moich najzdolniejszych koleżanek, młodej, ale obdarzonej niezwykłą intuicją dziennikarki Alessii Rafanelli. Przez następne cztery lata ta historia pochłonie nas bez reszty.
*
I tak oto pewnego wiosennego poranka 2015 roku wsiadłem do samochodu i odbyłem dwuipółgodzinną podróż z Mediolanu od Massa Finalese. Nie znałem tam nikogo. Miałem tylko kilka ogólnych informacji. Przed przyjazdem do Massa zatrzymałem się jeszcze w centrum Mirandoli, zagadując każdego, kto wyglądał na więcej niż trzydzieści pięć lat, i pytając, czy coś pamięta lub kogoś zna. Pytałem o pedofilów. O rytuały na cmentarzach. O procesy. O wyroki. Byłem przekonany, że w takich małych miasteczkach, gdzie wszyscy się znają, łatwo będzie mi wyciągnąć od ludzi anegdoty, adresy i numery telefonów. Ale przechodnie i staruszkowie siedzący na ławkach przed Caff? del Teatro marszczyli tylko brwi i dziwnie na mnie patrzyli.
- Nic mi to nie mówi. To na pewno było tutaj, w Mirandoli? Aaa, coś pamiętam, ale to było dawno. I to było gdzieś na Bassa, a nie tutaj w Mirandoli!
Wszyscy, których zagadywałem, mieszkali w Mirandoli od wielu lat albo nawet od urodzenia. Nikt jednak nie pamiętał tej historii, choć przez długi czas zajmowała strony lokalnych gazet. Mieli co najwyżej jakieś mgliste wspomnienie czegoś, co wydarzyło się wiele lat temu, zresztą nie "tu", a "tam", na chłopskiej ziemi, którą mieszkańcy Modeny i Mirandoli nieszczególnie lubią odwiedzać, chyba że szukają dobrej gospody.
Amnezja dotknęła również Massa Finalese, osadę należącą administracyjnie do miasteczka Finale Emilia, mimo że właśnie ona została najbardziej dotknięta sądowym tsunami. Przyjechałem tam od południowego zachodu, przez pola, obsadzoną drzewami szeroką drogą wzdłuż kanału.
Zaraz za znakiem wyznaczającym początek miejscowości zauważyłem po prawej stronie imponujący opuszczony trzypiętrowy budynek, długi jak boisko piłkarskie. Dalej, ponad domami i drzewami górował ekstrawagancki zamek z wieżami i blankami w stylu neogotyckim, zbudowany na początku XX wieku. Poza tym nie było nic godnego uwagi. Piazza Caduti per la Liberta, czyli Plac Poległych za Wolność, w centrum miasteczka wyglądał raczej jak skrzyżowanie trzech ulic z posągiem wykutym w białym marmurze, przedstawiającym bezimiennego piechura z lewą ręką na sercu, patrzącego gdzieś w dal, poza dachy, w stronę dzwonnic Finale Emilia. Napis na postumencie głosił: "Massa oddaje hołd poświęceniu swoich poległych obywateli".
Gdy już wysiadłem z samochodu, z łatwością ustaliłem główne miejsca spotkań w miasteczku. Wszystkie w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie. Prowadzony przez pewną Chinkę bar koło pomnika, gdzie koło osiemnastej młodzież zbiera się na aperitif. Nieco bardziej elegancka Pasticceria Ratti po drugiej stronie ulicy. Bar Speedy, połączenie pizzerii, kawiarni, baru z przekąskami i piwiarni, stojący zaraz za oddziałem banku i odwiedzany głównie przez starszych. I wreszcie, na północnym krańcu, Pesa Caff?, skąd odchodziła obsadzona drzewami aleja prowadząca na cmentarz.
Również tam reakcja zagadywanych przeze mnie osób była podobna. Ludzie mrużyli oczy, jakby próbowali spojrzeć w przeszłość, ale jedyne, co pamiętali, to ledwie kilka przebłysków dawnej sprawy. Wyglądało na to, że ja znam więcej szczegółów. Wszyscy wiedzieli, że "Covezzi? Tak, byli tacy państwo", a niektórzy nawet pamiętali, że miał z tym coś wspólnego miejscowy ksiądz, "jakiś don* Giorgio", ale niewiele więcej. Trudno mi było uwierzyć, że sprawa takiego kalibru, jak na miasteczko liczące cztery tysiące dusz, uległa zapomnieniu. Czy naprawdę nie pamiętali? A może udawali i nie chcieli o tym mówić? Zrozumiałem, że łatwo nie będzie.
* Prowincja we Włoszech to jednostka administracyjna i samorządowa drugiego stopnia, jednak o szerszych kompetencjach niż nasz powiat (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
* Poza rzadkimi wypadkami, wymagającymi odrębnej procedury administracyjnej, kobiety we Włoszech nie zmieniają nazwiska po ślubie, choć zwyczajowo nazywa się je "po mężu", i tak żona pana Covezziego zachowała swoje nazwisko rodowe Morselli, ale będzie potocznie zwana "panią Covezzi". W tej książce autor używa obu tych form.
* Bassa Modenese (w wolnym tłumaczeniu: Niziny Modeńskie), zwana też po prostu Bassa, to położony około 35 m n.p.m. obszar rozciągający się na północ od Modeny. W tym rejonie wydarzyła się nasza historia.
* Don jest we Włoszech tytułem księdza diecezjalnego.