Wprowadzenie
Przewertujcie albumy rodzinne ze zdjęciami swoich rodziców lub dziadków,
a być może zaskoczy was to, że wszyscy wydają się na nich szczupli.
Kobiety nosiły sukienki zapewne w rozmiarze 34, a mężczyźni mieli 80
centymetrów w pasie. Nadwagę mierzono w pojedynczych kilogramach,
otyłość zdarzała się rzadko. Grube dzieci? Prawie nigdy. Talie po 106
centymetrów? Nic z tych rzeczy. Dziewięćdziesięciokilogramowe
nastolatki? Z pewnością nie.
Dlaczego gospodynie domowe z lat 50. i 60. ubiegłego wieku były znacznie
szczuplejsze niż współcześni ludzie, których widujemy na plażach, w centrach handlowych i w naszych własnych lustrach? Podczas gdy kobiety z tamtych czasów ważyły zazwyczaj 50-55 kilo, a mężczyźni 70 do 80, dziś
musimy dźwigać o 20, 30, a nawet 90 kilogramów więcej.
Nasze babcie i mamy wcale dużo nie ćwiczyły. (Wydawało się to czymś
niestosownym, jak snucie brudnych myśli w kościele). Ile razy zdarzyło
się wam oglądać, jak wasza mama wkłada buty do biegania, żeby
przetruchtać pięć kilometrów? Dla mojej matki gimnastyką było odkurzanie
schodów. Dziś wychodzę z domu w każdy ładny dzień i widzę, jak
dziesiątki kobiet biegają, jeżdżą na rowerach albo chodzą z kijkami,
czego czterdzieści lub pięćdziesiąt lat temu praktycznie się nie
widywało. A jednak z roku na rok stajemy się grubsi.
Moja żona jest triatlonistką oraz instruktorką, więc każdego roku
oglądam kilkakrotnie zawody w tej ekstremalnej dyscyplinie. Triatloniści
trenują miesiącami, a nawet latami, żeby przetrzymać wyścig złożony z pływania w odkrytym akwenie na dystansie od 1,6 do 4 kilometrów, jazdy
na rowerze na odcinku od 90 do 180 kilometrów i biegu na 20 do 40
kilometrów. Już sam udział w tym wyścigu jest wyczynem, gdyż wymaga
spalenia kilku tysięcy kalorii oraz niezwykłej wytrzymałości. Większość
triatlonistów przestrzega dość zdrowych nawyków żywieniowych.
Dlaczego zatem mniej więcej jedna trzecia tych zagorzałych sportowców,
mężczyzn i kobiet, ma nadwagę? Doceniam ich jeszcze bardziej za to, że
muszą taszczyć ze sobą dodatkowe piętnaście, osiemnaście czy dwadzieścia
kilogramów, ale zważywszy na fakt, że ich trening wymaga bardzo
intensywnych i długich ćwiczeń, zastanawiam się, w jaki sposób mogą mieć
nadwagę.
Jeżeli zastosujemy konwencjonalną logikę, uznamy, że triatloniści z nadwagą muszą więcej ćwiczyć albo mniej jeść, żeby schudnąć. A ja
zamierzam dowieść, że problemem, na jaki trafiają dieta i zdrowie
większości Amerykanów, nie jest tłuszcz ani cukier, ani pojawienie się
Internetu, ani koniec wiejskiego stylu życia. Jest nim pszenica - albo
to, co się nam sprzedaje pod nazwą pszenicy.
Okazuje się, że to, co jemy pod sprytnym przebraniem babeczki z otrębami
albo cebulowego chlebka ciabatta, to tak naprawdę nie jest pszenica,
tylko produkt genetycznych badań prowadzonych w drugiej połowie XX
wieku. Współczesna pszenica ma się do prawdziwej pszenicy w najlepszym
razie tak, jak szympans do człowieka. Choć nasi włochaci krewni z rzędu
naczelnych dzielą z nami 99 procent genów, to jednak mają dłuższe ręce,
sierść na całym ciele i mniej szans na wygranie w którymkolwiek z teleturniejów. Jestem przekonany, że potraficie dostrzec różnice, o jakich decyduje ten pozostały procent. Współczesna pszenica jest jeszcze
bardziej oddalona od swego przodka sprzed zaledwie czterdziestu lat.
Uważam, że zwiększone spożycie zbóż - albo mówiąc dokładniej, zwiększone
spożycie tej zmienionej genetycznie rośliny nazywanej pszenicą -
wyjaśnia kontrast pomiędzy smukłymi, choć prowadzącymi siedzący tryb
życia ludźmi z lat 50. i walczącymi z nadwagą ludźmi z XXI wieku, z triatlonistami włącznie.
Wiem, że uznawanie pszenicy za szkodliwy produkt żywnościowy jest czymś
takim, jak nazywanie Ronalda Reagana komunistą. Degradowanie ikonicznej
podstawy wyżywienia do roli czynnika stanowiącego zagrożenie zdrowotne
może się wydawać absurdalne, nawet niepatriotyczne, ale ja udowodnię, że
to najpopularniejsze na świecie zboże jest również najbardziej
destrukcyjnym składnikiem światowej diety.
Do charakterystycznych, udokumentowanych oddziaływań pszenicy na ludzi
należą: pobudzanie apetytu; narażenie mózgu na wpływ egzorfin
(odpowiednika endorfin wydzielanych przez organizm); nadmierne
podwyższanie poziomu cukru we krwi, prowadzące do cykli przesytu
występującego naprzemiennie z odczuciem głodu; proces glikacji, będący
podłożem chorób i starzenia się organizmu; stany zapalne; wpływ na
wskaźnik pH, prowadzący do niszczenia chrząstki i uszkodzeń kości, oraz
aktywacja nieprawidłowych reakcji immunologicznych. Rezultatem
konsumpcji pszenicy jest złożona gama stanów chorobowych, poczynając od
celiakii - niszczycielskiej choroby rozwijającej się w wyniku kontaktu z pszennym glutenem - aż po wiele zaburzeń neurologicznych, cukrzycę,
choroby serca, zapalenie stawów, osobliwe wysypki i paraliżujące
urojenia o podłożu schizofrenicznym.
Skoro to, co nazywamy pszenicą, stanowi taki problem, usunięcie go z pożywienia powinno przynosić ogromne i niespodziewane korzyści.
Rzeczywiście tak się dzieje. Jako kardiolog, badający i leczący tysiące
pacjentów zagrożonych chorobą serca, cukrzycą i niezliczonymi
niszczycielskimi skutkami otyłości, na własne oczy widziałem, jak
wielkie, przewieszone nad paskiem brzuchy znikają, kiedy korzystające z mojej rady osoby eliminowały pszenicę ze swej diety. Zazwyczaj chudły o 10, 15 albo 20 kilogramów w ciągu kilku pierwszych miesięcy. Po
gwałtownej utracie wagi, uzyskanej bez większego wysiłku, następowało na
ogół wiele korzyści zdrowotnych, które zadziwiają mnie nawet dziś, mimo
że już widziałem to zjawisko tysiące razy.
Byłem świadkiem dramatycznych zmian w stanie zdrowia pacjentów, jak
choćby w wypadku trzydziestoośmioletniej kobiety z wrzodziejącym
zapaleniem jelita grubego, zagrożonej usunięciem okrężnicy. Wyleczyła ją
eliminacja pszenicy - jej okrężnica pozostała nietknięta.
Dwudziestosześcioletni mężczyzna, który niemal stał się niesprawny, gdyż
ledwie był w stanie chodzić z powodu bólu stawów, doznał pełnej ulgi i znowu mógł chodzić oraz biegać, kiedy wykreślił pszenicę ze swojego
menu.
Przy całej niezwykłości powyższych przypadków istnieje wiele naukowych
badań, dowodzących, że pszenica jest źródłem tych chorób - i sugerujących, że jej usunięcie z diety może przynieść ulgę bądź
całkowicie zlikwidować objawy. Przekonacie się, że bezwiednie wybraliśmy
wygodę, obfitość i niskie koszty, oddając w zamian zdrowie, o czym
świadczą okrągłe brzuchy, grube uda i podwójne podbródki. Wiele
argumentów, które przedstawiam w następnych rozdziałach, zostało
dowiedzionych badaniami naukowymi, których wyniki są ogólnie dostępne.
Zadziwiająco wiele z tego, czego się dowiedziałem, zostało
zademonstrowane w badaniach klinicznych już kilkadziesiąt lat temu,
tylko jakoś nigdy nie wypłynęło na powierzchnię medycznej lub społecznej
świadomości. Ja po prostu dodałem dwa do dwóch i uzyskałem wyniki, które
możecie uznać za zdumiewające.
To nie twoja wina
W filmie Buntownik z wyboru Will Hunting, grany przez Matta Damona,
obdarzony niezwykłym geniuszem, ale będący siedliskiem demonów
przeszłości, wybucha płaczem, kiedy psycholog Sean Maguire (Robin
Williams) powtarza wciąż na nowo: "To nie twoja wina".
Podobnie wielu z nas, widząc szpetny pszenny brzuch, zaczyna się
obwiniać: zbyt wiele kalorii, za mało wysiłku fizycznego, za mało
ograniczeń. Lecz trafniej byłoby powiedzieć, że to rada, aby jeść więcej
"zdrowych produktów pełnoziarnistych", pozbawiła nas kontroli nad
naszymi apetytami oraz skłonnościami, sprawiając, że jesteśmy grubi i niezdrowi, pomimo naszych wysiłków i najlepszych chęci.
Porównuję tę powszechnie akceptowaną radę do mówienia alkoholikowi, że
skoro jeden lub dwa drinki nie mogą zaszkodzić, to dziewięć lub dziesięć
może przynieść jeszcze większy pożytek. Korzystanie z tego zalecenia ma
katastrofalne konsekwencje dla zdrowia.
To nie twoja wina.
Jeżeli stwierdzasz, że wszędzie nosisz ze sobą wystający, niewygodny
pszenny brzuch, bezskutecznie usiłując go wepchnąć w zeszłoroczne
dżinsy; jeśli wciąż powtarzasz swojemu lekarzowi, że nie odżywiasz się
źle, a mimo to wciąż masz nadwagę i stan przedcukrzycowy oraz wysokie
ciśnienie i cholesterol; albo jeśli rozpaczliwie starasz się ukryć swoje
męskie piersi, pomyśl o pożegnaniu z pszenicą.
Eliminując pszenicę, wyeliminujesz problem.
Co masz do stracenia poza pszennym brzuchem, męskimi piersiami i wielkim
tyłkiem?
Rozdział 1. Jaki brzuch?
Rozdział 1
Jaki brzuch?
Lekarz akademicki z zadowoleniem przyjmuje ustanowienie standardu
bochenka chleba, opracowanego na podstawie najlepszych naukowych badań
(...). Taki produkt może być elementem diety zarówno osób chorych, jak i zdrowych, a jego wpływ na trawienie i rozwój jest niewątpliwy.
Dr Morris Fishbein
redaktor naczelny "Journal of the American
Medical Association", 1932
W minionych wiekach wydatny brzuch był domeną osób uprzywilejowanych,
oznaką bogactwa i sukcesu, symbolem tego, że nie musisz czyścić swojej
stajni ani orać własnego pola. Dziś otyłość uległa demokratyzacji -
każdy może mieć wielki brzuch. W połowie XX wieku twój tato nazywał tę
krągłość brzuchem piwnym. Ale skąd u troskliwych matek, ich dzieci oraz
połowy twoich przyjaciół i sąsiadów, którzy nie piją piwa, wzięły się
piwne brzuchy?
Nazywam to brzuchem pszennym, choć równie dobrze mógłbym określić ten
stan precelkowym mózgiem, obwarzankowym jelitem albo ciasteczkową buzią,
ponieważ nie ma w organizmie układu, którego pszenica by nie dotyczyła.
Jednak jej wpływ na talię jest najbardziej widoczny i charakterystyczny
jako zewnętrzny wyraz groteskowych zniekształceń, których ludzie
doznają, jedząc to zboże.
Pszenny brzuch to skutek nagromadzenia tłuszczu, związany z wieloletnim
spożywaniem produktów żywnościowych, które wywołują wydzielanie
insuliny, hormonu odpowiedzialnego za magazynowanie tłuszczu. Niektóre
osoby gromadzą tłuszcz w pośladkach i biodrach, jednak większość ludzi
magazynuje jego nadmiar w środkowej części swojego ciała. Ten
"centralny" albo "trzewny" tłuszcz jest wyjątkowy - w przeciwieństwie do
tkanki tłuszczowej w innych rejonach ciała, wywołuje stany zapalne,
zaburza reagowanie na insulinę i wysyła niewłaściwe sygnały metaboliczne
do pozostałej części organizmu. U mężczyzny z pszennym brzuchem tłuszcz
trzewny wytwarza również estrogen, co powoduje powstawanie "męskich
piersi".
Jednak skutki spożycia pszenicy nie objawiają się jedynie na powierzchni
ciała. To zboże sięga również głębiej, praktycznie do każdego narządu
organizmu, od jelit, wątroby, serca i tarczycy, aż po mózg. Prawdę
mówiąc, nie ma narządu, na który pszenica nie mogłaby wpływać w jakiś
potencjalnie szkodliwy sposób.
Zadyszka i poty w centrum USA
Zajmuję się profilaktyką kardiologiczną w Milwaukee. Podobnie jak wiele
innych miast Środkowego Zachodu, jest to dobre miejsce do życia i posiadania rodziny. Służby miejskie działają całkiem nieźle, biblioteki
są pierwszorzędne, moje dzieci chodzą do znakomitych szkół publicznych,
a liczba mieszkańców jest na tyle duża, że można cieszyć się
wielkomiejską kulturą, chociażby świetną orkiestrą symfoniczną i muzeum
sztuki. Żyją tu dość przyjaźnie nastawieni ludzie. Ale... są grubi.
Nie chcę tu powiedzieć, że są nieco zbyt pulchni. Chodzi mi o to, że są
naprawdę, naprawdę grubi. Mam na myśli zadyszkę i poty po przejściu
jednego biegu schodów. Mam na myśli osiemnastolatki ważące 110
kilogramów, samochody terenowe przechylające się ostro na stronę
kierowcy, wózki inwalidzkie o podwójnej szerokości, sprzęt szpitalny
niemogący obsłużyć pacjentów, którzy ważą 160 kilo albo więcej. (Oni nie
tylko nie mieszczą się w tomografie albo innym urządzeniu
diagnostycznym; nawet gdyby się zmieścili, i tak nie udałoby się
zobaczyć czegokolwiek. To tak, jakby ktoś próbował ocenić, czy cień w mętnym oceanie jest flądrą czy rekinem).
Dawno, dawno temu człowiek ważący ponad 100 kilogramów był rzadkością,
dzisiaj to powszechny widok pośród mężczyzn i kobiet krążących po
centrach handlowych, widok równie monotonny, jak stoiska z dżinsami.
Emeryci mają nadwagę albo są otyli, podobnie jak ludzie dojrzali,
młodzi, nastolatki, a nawet dzieci. Grubi są pracownicy umysłowi i fizyczni. Ci, którzy prowadzą siedzący tryb życia, są grubi i sportowcy
też. Grubi są biali i czarni, Latynosi i Azjaci. Grubi są mięsożercy i wegetarianie. Amerykanów nęka otyłość na skalę nigdy wcześniej w historii ludzkości niespotykaną. Żadna grupa demograficzna nie uciekła
przed epidemią otyłości.
Zapytajcie kogokolwiek w Departamencie Rolnictwa Stanów Zjednoczonych
(United States Department of Agriculture - USDA) lub ministra zdrowia, a dowiecie się, że Amerykanie są grubi, ponieważ piją za dużo słodzonych
napojów oraz piwa, jedzą za dużo frytek i za mało ćwiczą. I to
rzeczywiście może być prawda. Ale to raczej nie jest cała prawda.
W rzeczywistości wielu ludzi z nadwagą całkiem nieźle orientuje się w zagadnieniach zdrowotnych. Zapytajcie kogoś, kto waży ponad 110
kilogramów: "Jak sądzisz, co doprowadziło do tak znacznej tuszy?". Być
może zdziwicie się, że wiele z tych osób nie odpowie wam: "Piję słodzone
napoje, jem ciastka i oglądam telewizję przez cały dzień". Większość
stwierdzi coś w rodzaju: "Nie wiem, co się dzieje. Ćwiczę pięć razy w tygodniu. Ograniczyłem tłuszcze i jem więcej zdrowych produktów
pełnoziarnistych. A jednak wygląda na to, że nie mogę przestać tyć!".
Jak do tego doszło?
Ogólnonarodowy trend do redukcji spożycia tłuszczu i cholesterolu oraz
zwiększenia liczby kalorii przyjmowanych w postaci węglowodanów
doprowadził do osobliwej sytuacji, w której produkty oparte na pszenicy
nie tylko stały się powszechniejsze w naszych dietach, ale zaczęły w nich dominować. Dla większości Amerykanów każdy posiłek i każda
przekąska składają się z produktów zawierających mąkę pszenną. To może
być danie główne, przystawka albo deser - a najprawdopodobniej i jedno,
i drugie, i trzecie.
Pszenica stała się narodowym symbolem zdrowia. Mówiło się nam: "Jedzcie
więcej zdrowych produktów pełnoziarnistych" i przemysł spożywczy ochoczo
na to przystał, tworząc "zdrowe dla serca" wersje wszystkich naszych
ulubionych wyrobów pszennych, wypełnione po brzegi pełnym ziarnem.
Smutna prawda wygląda tak, że rozpowszechnienie produktów pszennych w amerykańskiej diecie dorównuje wzrostowi obwodów naszych talii. Narodowy
Instytut Serca, Płuc i Krwi (National Heart, Lung, and Blood Institute),
w ramach prowadzonego w 1985 roku ogólnokrajowego programu edukacyjnego
na temat cholesterolu, wydał zalecenie ograniczenia spożycia tłuszczu i cholesterolu. Zbiega się ono dokładnie z gwałtownym wzrostem wagi u mężczyzn i kobiet. Jak na ironię, właśnie w 1985 roku Centrum Kontroli i Profilaktyki Chorób (Centers for Disease Control and Prevention - CDC)
rozpoczęło prowadzenie statystyk wagi ciała, starannie dokumentując
eksplozję otyłości i cukrzycy, która wtedy nastąpiła.
Dlaczego spośród wszystkich zbóż ludzie wybierają akurat pszenicę?
Ponieważ jest ona wyraźnie dominującym źródłem glutenu w ludzkiej
diecie. Poza propagatorami naturalnych diet, takimi jak Euell Gibbons,
większość ludzi nie jada zbyt wiele żyta, jęczmienia, orkiszu,
pszenżyta, bulguru, kamutu oraz innych, mniej powszechnych źródeł
glutenu. Spożycie pszenicy przewyższa konsumpcję innych zbóż
zawierających tę mieszankę białek w stosunku przekraczającym sto do
jednego. Pszenica ma też unikatowe cechy, które nie występują w innych
zbożach, a sprawiają, że jest szczególnie niebezpieczna dla naszego
zdrowia. Omówię je w następnych rozdziałach. Skupiam się na pszenicy,
gdyż w dietach ogromnej większości Amerykanów sformułowanie "narażenie
na gluten" można zastąpić słowami "narażenie na pszenicę". Z tego
względu często używam pszenicy jako określenia wszystkich zbóż
zawierających gluten.
Wpływ, jaki wywiera na zdrowie Triticum aestivum, czyli zwyczajna
pszenica, z której wypieka się chleb, oraz jej genetyczni krewniacy,
jest szeroki, a jego osobliwe skutki występują od ust po odbyt i od
mózgu po trzustkę. Można je zauważyć i u gospodyni domowej z Appalachów,
i u arbitrażysty z Wall Street.
Jeżeli zakrawa to na wariactwo, okażcie cierpliwość. Piszę te słowa z czystym, wolnym od pszenicy sumieniem.
żywieniowy jęk
Jak większość dzieci z mojego pokolenia, urodzonego w połowie XX wieku i wychowanego na chlebie oraz herbatnikach, mam długie i osobiste związki
z pszenicą. Razem z siostrami byliśmy prawdziwymi znawcami płatków
śniadaniowych. Tworzyliśmy własne mieszanki z różnych gatunków tych
przysmaków i skwapliwie wypijaliśmy słodkie, pastelowo zabarwione mleko,
które pozostawało na dnie miseczek po ich zjedzeniu. Nasze Wielkie
Amerykańskie Doświadczenie z Przetworzoną Żywnością nie kończyło się,
rzecz jasna, na śniadaniu. Do szkoły mama pakowała mi zazwyczaj kanapki
z masłem orzechowym albo mortadelą, które miałem zjadać przed batonikami
i herbatnikami w polewie czekoladowej. Czasami dorzucała też ciasteczka
Oreo albo biszkopty przekładane słodką masą. Wieczorami uwielbialiśmy
"telewizyjne obiadki", gotowe dania pakowane na foliowych talerzykach.
Mogliśmy dzięki nim pałaszować kurczaki w cieście, kukurydziane babeczki
i jabłkowy pudding, nie odrywając się od oglądania ulubionych programów.
Na pierwszym roku college'u, uzbrojony w nielimitowany karnet do
stołówki, objadałem się goframi i naleśnikami na śniadanie, fettuccine
alfredo na lunch oraz makaronem i włoskim chlebem na obiad. Makowe
muffinki albo biszkoptowa babka na deser? No jasne! Nie dość, że w wieku
dziewiętnastu lat dorobiłem się sporej opony w talii, to jeszcze przez
cały czas czułem się wyczerpany. Przez następnych dwadzieścia lat
walczyłem z tym, wypijając dziesiątki litrów kawy, żeby przezwyciężyć
wszechogarniające otępienie, które nie ustępowało bez względu na to, ile
godzin spałem każdej nocy.
Jednak to wszystko tak naprawdę do mnie nie docierało, dopóki nie
spojrzałem na zdjęcie, które moja żona pstryknęła podczas wakacji z naszymi dziećmi, mającymi wówczas dziesięć, osiem i cztery lata. To było
na wyspie Marco, na Florydzie, w 1999 roku.
Na tej fotografii spałem sobie na piasku, a mój obwisły brzuch rozlewał
się na obie strony. Podwójny podbródek spoczywał na moich złożonych
sflaczałych rękach.
Wtedy naprawdę to do mnie dotarło: nie miałem do zrzucenia kilku
zbędnych kilogramów. Nagromadziłem wokół swego pasa dobre 15 kilo
niepotrzebnej tkanki. Co musieli myśleć moi pacjenci, kiedy doradzałem
im w sprawach diety? Nie byłem wcale lepszy od lekarzy z lat 60. XX
wieku, którzy zaciągając się papierosami, mówili swoim pacjentom, jak
mają prowadzić zdrowszy tryb życia.
Dlaczego nosiłem na brzuchu te zbędne kilogramy? W końcu każdego dnia
przebiegałem 5-8 kilometrów, stosowałem rozsądną, zrównoważoną dietę,
bez nadmiernych ilości mięsa oraz tłuszczów, unikałem niezdrowych potraw
i przekąsek, starając się zamiast tego spożywać mnóstwo zdrowych
produktów pełnoziarnistych. Co się więc działo?
Oczywiście miałem swoje podejrzenia. Nie mogłem nie zauważać, że wtedy,
gdy zjadałem na śniadanie tosty, gofry albo bajgle, musiałem przez kilka
godzin walczyć z sennością i otępieniem. A jeśli zjadłem omlet z trzech
jaj z serem, czułem się świetnie. Jednak kilka podstawowych badań
laboratoryjnych zbiło mnie z tego tropu. Trójglicerydy: 350 mg/dl; HDL
("dobry") cholesterol: 27 mg/dl. A byłem diabetykiem z poziomem cukru na
czczo wynoszącym 161 mg/dl. Biegałem nieomal każdego dnia, a mimo to
miałem nadwagę i cukrzycę. W mojej diecie musiał tkwić jakiś
fundamentalny błąd. Pośród wszystkich zmian, jakie w niej wprowadziłem w imię zdrowia, najbardziej znaczące było zwiększenie spożycia zdrowych
produktów pełnoziarnistych. Czy to możliwe, że właśnie zboża były
źródłem mojej tuszy?
Chwila, w której zacząłem to mgliście podejrzewać, rozpoczęła moją
podróż w przeszłość szlakiem okruchów: od otyłości i wszystkich
problemów zdrowotnych, które mi ona przyniosła. Jednak dopiero wtedy,
gdy zacząłem obserwować jej szersze skutki, występujące na skalę
przekraczającą moje osobiste doznania, doszedłem do wniosku, że naprawdę
dzieje się coś interesującego.
Wnioski z bezpszennego eksperymentu
Ciekawy fakt: pełnoziarnisty chleb pszenny (indeks glikemiczny 72)
podwyższa poziom cukru we krwi w tym samym stopniu albo nawet bardziej
niż zwyczajny cukier, czyli sacharoza (indeks glikemiczny 59). (Glukoza
najbardziej zwiększa poziom cukru, dlatego jej indeks glikemiczny wynosi
100. Poziom, do jakiego określony produkt żywnościowy podwyższa ilość
cukru w porównaniu z glukozą, wyznacza jego indeks glikemiczny). Toteż
gdy obmyślałem strategię mającą pomóc moim otyłym pacjentom ze
skłonnością do nadwagi skutecznie ograniczać poziom cukru we krwi,
uznałem za logiczne, że najszybszym i najprostszym sposobem osiągnięcia
wyników będzie wyeliminowanie produktów podnoszących ów poziom w największym stopniu - innymi słowy, nie cukru, tylko pszenicy. Wręczałem
im prostą ulotkę, opisującą, w jaki sposób uczynić dietę zdrową,
zastępując produkty na bazie pszenicy innymi, o niskim indeksie
glikemicznym.
Po trzech miesiącach moi pacjenci wracali na kolejne badania krwi. Tak
jak oczekiwałem, poza nielicznymi wyjątkami, ich poziom cukru (czyli
glukozy) we krwi rzeczywiście spadł z wartości cukrzycowych (126 mg/dl
lub wyższych) do normalnego. Owszem, diabetycy stali się niediabetykami.
To prawda - cukrzycę często można wyleczyć, a nie tylko opanować,
poprzez usunięcie z diety węglowodanów, a zwłaszcza pszenicy. Wielu
moich pacjentów zrzuciło ponadto dziesięć, piętnaście, a nawet
dwadzieścia kilogramów.
Jednak w osłupienie wprawiło mnie to, czego się nie spodziewałem.
Pacjenci donosili o ustąpieniu objawów refluksu oraz cyklicznych
skurczów i biegunki związanej z zespołem jelita drażliwego. Mieli więcej
energii, poprawiała się ich koncentracja i lepiej sypiali. Znikły u nich
wysypki, nawet te, które utrzymywały się od wielu lat. Ich bóle
reumatyczne złagodniały lub całkiem ustąpiły, co pozwoliło im ograniczyć
bądź całkowicie wyeliminować paskudne leki stosowane do ich uśmierzania.
Objawy astmy stały się mniej dotkliwe albo ustąpiły całkowicie, dzięki
czemu wielu mogło odrzucić inhalatory. Ci, którzy uprawiali sporty,
twierdzili, że uzyskują coraz lepsze rezultaty.
Szczuplejsi. Pełniejsi energii. Myślący jaśniej. Ludzie o zdrowszych
jelitach, stawach i płucach. Jeden za drugim. Z pewnością te wyniki były
wystarczającym powodem do tego, żeby odmawiać sobie pszenicy.
Jeszcze dobitniej przekonały mnie liczne przypadki, w których ludzie
rezygnowali z pszenicy, a potem pozwalali sobie na jej okazjonalne
spożywanie - kilka precelków, kanapka na przyjęciu. W ciągu paru minut
wielu z nich dostawało biegunki bądź doznawało obrzęku i bólu stawów
albo zadyszki. Te objawy pojawiały się i znikały.
To, co zaczęło się jako prosty eksperyment zmierzający do ograniczenia
poziomu cukru we krwi, przyniosło zrozumienie przyczyn wielu zaburzeń
zdrowotnych i utratę wagi. Do dziś jestem tym zdumiony.
Rezygnacja z pszenicy
Dla wielu ludzi pomysł usunięcia pszenicy z diety jest - przynajmniej od
strony psychologicznej - równie bolesny, jak myśl o leczeniu kanałowym
bez znieczulenia. W wypadku niektórych osób ten proces może w istocie
mieć nieprzyjemne skutki uboczne, podobne jak rezygnacja z papierosów
albo alkoholu. Lecz ta procedura musi być przeprowadzona, aby pacjent
mógł wrócić do zdrowia.
W książce Dieta bez pszenicy poddaję analizie twierdzenie, iż źródłem
problemów zdrowotnych Amerykanów, od zmęczenia, poprzez zapalenie stawów
i dolegliwości żołądkowo-jelitowe, aż po otyłość, są niewinnie
wyglądające babeczki z otrębami albo cynamonowe bajgle z rodzynkami,
które przygryzają do kawy każdego ranka.
Ale jest dobra wiadomość: istnieje lekarstwo na dolegliwość zwaną
pszennym brzuchem - bądź, jeśli wolicie, precelkowym mózgiem,
obwarzankowym jelitem lub ciasteczkową buzią.
Konkluzja: wyeliminowanie tego produktu, który jest elementem ludzkiej
kultury znacznie dłużej niż Larry King1 występuje w radiu, sprawi,
że będziecie smuklejsi, bystrzejsi, sprawniejsi i szczęśliwsi. Zwłaszcza
utrata wagi może następować o wiele szybciej, niż się tego
spodziewaliście. A ponadto możecie selektywnie tracić najbardziej
widoczną, insulinooporną, cukrzycotwórczą, wywołującą stany zapalne i wprawiającą w zakłopotanie tkankę - tłuszcz trzewny. To proces, który
można przebyć praktycznie bez odczuwania głodu bądź odmawiania sobie
czegokolwiek, osiągając szeroką gamę korzyści zdrowotnych.
Ale dlaczego należy eliminować akurat pszenicę, a nie na przykład cukier
albo wszelkie zboża w ogóle? W następnym rozdziale wyjaśniam, dlaczego
akurat ona, pośród wszystkich innych współczesnych zbóż, posiada
wyjątkową zdolność szybkiego zamieniania się w cukier krążący we krwi. A przy tym ma słabo zbadany skład genetyczny i uzależniające właściwości,
które sprawiają, że się nią przejadamy. Pszenica jest łączona dosłownie
z dziesiątkami osłabiających dolegliwości wykraczających poza nadwagę, a mimo to przeniknęła do każdego nieomal aspektu naszej diety. Rzecz
jasna, dobrym pomysłem wydaje się także ograniczenie spożycia
rafinowanego cukru, gdyż substancja ta ma niewielkie lub żadne
właściwości odżywcze, a również wpływa niekorzystnie na poziom cukru we
krwi. Ale jeżeli zależy wam na spektakularnych wynikach, wyeliminowanie
pszenicy jest najłatwiejszym i najskuteczniejszym krokiem, jaki możecie
podjąć, żeby chronić swoje zdrowie i zmniejszyć obwód w talii.
Rozdział 2. To nie są babeczki twojej babci - skąd się wzięła współczesna pszenica
Rozdział 2
To nie są babeczki twojej babci - skąd się wzięła współczesna pszenica
...jest tak dobry jak dobry chleb.
Miguel Cervantes
Don Kichot
Pszenica, w większym stopniu niż jakikolwiek inny artykuł spożywczy
(łącznie z cukrem, tłuszczem i solą), została wpleciona w tkankę
amerykańskich doświadczeń żywieniowych, jeszcze zanim w radiu i telewizji pojawiły się popularne seriale. Zboże to stało się tak
wszechobecnym składnikiem diety prawie każdego Amerykanina, i to na tak
wiele sposobów, że wydaje się podstawą naszego stylu życia. Czymże byłby
talerz jajecznicy bez tostu, lunch bez kanapek, piwo bez precelków,
piknik bez hot dogów, dip bez krakersów, wędzony łosoś bez bajgli czy
szarlotka bez chrupiącej skórki?
Jeśli dziś wtorek, to muszą być bułeczki
Pewnego razu zmierzyłem długość stoiska z pieczywem w moim
supermarkecie: 21 metrów.
To 21 metrów białego chleba, grahama, chleba wieloziarnistego, chleba z siedmiu zbóż, chleba żytniego, pumpernikla, chleba na zakwasie, chleba
francuskiego, chleba włoskiego, paluchów, obwarzanków białych,
obwarzanków z rodzynkami, z serem, z czosnkiem, chleba owsianego, chleba
z siemieniem lnianym, chleba pita, bułek, kajzerek, bułeczek z makiem,
bułek do hamburgerów i czternastu odmian bułek do hot dogów. A nie
wliczam tutaj ciastek i dodatkowych 12 metrów półek z rozmaitymi
pszennymi "wyrobami artystycznymi".
No i jest jeszcze stoisko z przekąskami, gdzie na klientów czeka ponad
40 gatunków krakersów i 27 odmian precelków. W dziale piekarniczym można
dostać bułkę tartą i grzanki. W witrynie mleczarskiej stoją dziesiątki
pojemników z bułeczkami, tartami owocowymi albo rogalikami, które można
"samemu" upiec w domu.
Płatki śniadaniowe wypełniają swój własny świat, zajmując na ogół całą
alejkę w supermarkecie, od podłogi do najwyższej półki pod sufitem.
Spory fragment ekspozycji stanowią pudełka i torebki makaronów:
spaghetti, lazanie, penne, kolanka, muszelki, makaron pełnoziarnisty,
zielony makaron ze szpinakiem, pomarańczowy makaron z pomidorami,
makaron jajeczny, cienkie nitki i szerokie wstążki.
A co z mrożonkami? Szafy chłodnicze pękają w szwach od setek dań z makaronem i kluskami oraz dodatków do klopsów i pieczeni.
Prawdę mówiąc, poza działem z detergentami i mydłem trudno znaleźć
półkę, na której nie byłoby produktów pszennych. Czy można obwiniać
Amerykanów o to, że pozwolili pszenicy zdominować swoją dietę? W końcu
występuje ona praktycznie we wszystkim.
Jako uprawa pszenica odniosła sukces na bezprecedensową skalę, a obsiewany nią areał ustępuje jedynie kukurydzy. Należy bez wątpienia do
najczęściej konsumowanych zbóż na świecie, gdyż dostarcza 20 procent
spożywanych kalorii.
A przy tym jest z całą pewnością przykładem finansowego sukcesu. Nie
potrafilibyśmy nawet policzyć, na ile sposobów producent może
przekształcić surowiec kosztujący 5 centów w efektowny, przyjazny dla
konsumenta produkt o wartości 3,99 dolara. I to przy aprobacie
Amerykańskiego Stowarzyszenia Serca! W większości wypadków marketing
tych produktów kosztuje drożej niż ich składniki.
Spożywanie żywności wytworzonej częściowo lub w całości z pszenicy -
produkty na śniadanie, lunch i obiad oraz przekąski - stało się regułą.
Prawdę mówiąc, ta reguła zadowala amerykański Departament Rolnictwa,
Radę Produktów Pełnoziarnistych, Radę Pszenicy, Amerykańskie
Stowarzyszenie Dietetyczne, Amerykańskie Stowarzyszenie Cukrzycy i Amerykańskie Stowarzyszenie Serca, gdyż daje im pewność, że ich
przesłanie, nakazujące jeść więcej "zdrowych produktów
pełnoziarnistych", zyskało szerokie i ochocze poparcie.
Dlaczego więc ta, wydawałoby się, dobroczynna roślina, która zapewniała
byt całym pokoleniom ludzi, nagle zwróciła się przeciwko nam? Po
pierwsze, to nie jest to samo zboże, z którego nasi przodkowie wypiekali
swój chleb powszedni. Przez wiele stuleci pszenica ewoluowała w naturalny sposób, zmieniając się w umiarkowanym stopniu, lecz w ciągu
ostatnich pięćdziesięciu lat przeszła radykalną przemianę dzięki
naukowcom zajmującym się rolnictwem. Jej odmiany były hybrydyzowane,
krzyżowane i poddawane introgresji w celu stworzenia zboża odpornego na
warunki środowiska, takie jak susza, oraz na patogeny, na przykład
grzyby. Przede wszystkim jednak dokonywano genetycznych zmian
zmierzających do powiększenia plonów z hektara. Przeciętny zbiór na
północnoamerykańskiej farmie jest dziś ponad dziesięć razy większy niż
sto lat temu. Tak ogromny postęp wymagał drastycznych zmian w kodzie
genetycznym, polegających między innymi na zredukowaniu dawnych
"złocistych falujących łanów" do dzisiejszej sztywnej, 45-centymetrowej,
wysokowydajnej pszenicy karłowatej. Jak się przekonacie, takie
fundamentalne przemiany genetyczne miały swoją cenę.
W ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat, które upłynęły od zniesienia
prohibicji, w pszenicy dokonano niezliczonych transformacji. Postęp
genetyki na przestrzeni ostatniego półwiecza umożliwił ludzką
interwencję w uprawę, której gwałtowne tempo zdystansowało powolny,
następujący z roku na rok wpływ natury na hodowlę tego zboża. Zmiany
odbywały się w postępie geometrycznym. Pod względem genetycznym
nowoczesna babeczka z makiem uzyskała swój obecny stan dzięki
ewolucyjnemu przyspieszeniu, przy którym z naszym rozwojem wyglądamy jak
Homo habilis, tkwiący gdzieś we wczesnym plejstocenie.
Od natufijskiej owsianki do pączków z dziurką
"Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj".
To cytat z Biblii. W Księdze Powtórzonego Prawa Mojżesz opisuje ziemię
obiecaną jako krainę "pszenicy, jęczmienia, winorośli". Chleb jest
centrum religijnego rytuału. Żydzi świętują Paschę przaśną macą dla
upamiętnienia ucieczki Izraelitów z Egiptu. Chrześcijanie spożywają
opłatki symbolizujące ciało Chrystusa. Muzułmanie uważają przaśny chleb
naan za święty i wymagają, aby przechowywać go w pozycji pionowej i nigdy nie wyrzucać w miejscu publicznym. W Biblii chleb jest metaforą
udanych zbiorów, czasu obfitości, uwolnienia od głodu, a nawet
zbawienia.
Czyż nie dzielimy się chlebem z przyjaciółmi i rodziną? Czyż dostojnych
gości nie witamy chlebem i solą? "Pozbawić kogoś chleba" to tyle, co
odebrać mu coś niezbędnego do życia. Pieczywo jest nieomal uniwersalną
podstawą wyżywienia: ćapati w Indiach, tsoureki w Grecji, pita na
Bliskim Wschodzie, aebleskiver w Danii, naan była w Birmie czy lukrowane
pączki w Stanach Zjednoczonych.
Pogląd, iż produkt spożywczy tak bardzo podstawowy, tak głęboko
zakorzeniony w ludzkim doświadczeniu, może nie służyć nam zbyt dobrze,
jest, no cóż, niepokojący i sprzeczny z najstarszymi opiniami na temat
pszenicy oraz chleba. Jednak dzisiejszy chleb w niewielkim stopniu
przypomina bochenki wyciągane z pieców naszych przodków. Tak samo jak
współczesny cabernet sauvignon jest bardzo odmienny od surowego produktu
fermentacji z IV wieku p.n.e., który gruzińscy winiarze zakopywali w podziemnych kopcach, tak samo zmieniła się również pszenica. Chleb - a także inne produkty wytworzone z pszenicy - żywił ludzi przez całe
stulecia, jednak pszenica naszych przodków nie jest tym samym zbożem,
które dociera na nasze stoły podczas śniadania, obiadu i kolacji. Z pierwotnych szczepów dzikich traw zbieranych przed wiekami powstało
ponad 25 000 jej odmian, a praktycznie każda z nich jest wynikiem
ludzkiej interwencji.
Pod koniec plejstocenu, około roku 8500 p.n.e., na wiele tysięcy lat
przed pojawieniem się chrześcijan, żydów bądź muzułmanów, zanim powstały
imperia egipskie, greckie i rzymskie, Natufijczycy prowadzili na wpół
koczownicze życie, przemierzając Żyzny Półksiężyc (tereny współczesnej
Syrii, Jordanii, Libanu, Izraela oraz Iraku) i uzupełniając swoją
łowiecko-zbieracką dietę miejscowymi roślinami. Zbierali samopszę,
przodka współczesnej pszenicy, rosnącą dziko na otwartych równinach.
Posiłki z mięsa gazel, dzików, ptactwa i koziorożców były uzupełniane
daniami z ziaren zbóż oraz owoców. Pozostałości odkopane w miejscach
takich jak osada Tell Abu Hureyra, na terenie dzisiejszej środkowej
Syrii, świadczą o wprawnym wykorzystywaniu narzędzi, na przykład sierpów
i moździerzy do rozdrabniania ziarna, a także jam do przechowywania
zebranej żywności. Resztki ziaren pszenicy odnaleziono na stanowiskach
archeologicznych Tell Aswad, Jerycho, Nahal Hemar, Navali Cori i w innych miejscach. Pszenicę rozkruszano ręcznie, a następnie jedzono w postaci papki. Współczesna wersja chleba spulchnianego przez drożdże
miała się pojawić dopiero za kilka tysięcy lat.
Natufijczycy zbierali dziką samopszę i niewykluczone, że celowo
przechowywali nasiona z myślą o wysianiu ich w następnym sezonie w wybranych przez siebie miejscach. W końcu ziarna te stały się
podstawowym składnikiem ich diety, ograniczając konieczność polowań i zbieractwa. Przejście od zbierania dzikich zbóż do ich uprawy było
fundamentalną przemianą, która ukształtowała ich późniejsze obyczaje
migracyjne, a także przyczyniła się do rozwoju narzędzi, języka i kultury. Wyznaczała ona początek rolnictwa - stylu życia, który wymagał
długotrwałego osiedlania się w mniej więcej tym samym miejscu i stanowił
punkt zwrotny w historii ludzkiej cywilizacji. Uprawa zbóż i innych
roślin dawała nadwyżki żywności, które umożliwiały specjalizację,
powstanie rządów i wszystkich innych wypracowanych przejawów kultury
(tam, gdzie rolnictwo było nieobecne, rozwój kulturowy zatrzymał się na
poziomie przypominającym życie neolityczne).
Przez większą część tych dziesięciu tysięcy lat, kiedy pszenica
zajmowała poczesne miejsce w jaskiniach, szałasach, chatkach z suszonej
cegły i na stołach ludzi, zmiany w obrębie tego gatunku następowały
stopniowo, aż to, co na początku było zbieraną pszenicą samopszą, a potem płaskurką, w końcu stało się uprawianym gatunkiem Triticum
aestivum. Pszenica z XVII wieku była pszenicą z XVIII wieku, która z kolei była prawie taka sama, jak pszenica z XIX i pierwszej połowy XX
wieku. Jadąc wozem zaprzężonym w woły, można było wówczas zobaczyć
złociste łany falujące w podmuchach wiatru. Nieudolne wysiłki ludzi
uprawiających pszenicę, obejmujące prowadzone rok po roku na
chybił-trafił eksperymenty hodowlane, skutkowały prostymi modyfikacjami,
czasami udanymi, ale zazwyczaj chybionymi. Nawet wytrawne oko miałoby
trudności z odróżnieniem pszenicy z początków XX wieku od jej
poprzedniczek z wcześniejszych stuleci.
W ciągu XIX i na początku XX wieku, podobnie jak w ciągu kilkuset
poprzednich lat, pszenica zmieniła się nieznacznie. Mąka Pillsbury's
Best XXXX, z której moja babcia wypiekała swoje słynne śmietankowe
muffinki w 1940 roku, niewiele się różniła od mąki jej prababki sprzed
sześćdziesięciu lat czy, prawdę rzekłszy, od mąki jej poprzedniczek
żyjących dwieście lat wcześniej. Proces mielenia poddany został w XX
wieku mechanizacji, co pozwalało uzyskiwać więcej drobnej mąki, ale
podstawowy skład tego produktu pozostawał w zasadzie taki sam.
To wszystko skończyło się w drugiej połowie XX stulecia, kiedy rozwój
metod hybrydyzacji doprowadził do transformacji tego zboża. To, co
obecnie jest uznawane za pszenicę, uległo przemianie - nie dzięki siłom
takim jak susza bądź choroby ani na skutek darwinowskiej walki o byt,
tylko w wyniku ludzkiej interwencji. W rezultacie pszenica przeistoczyła
się bardziej niż Joan Rivers2. Rozciągano ją, zszywano, cięto i zszywano ponownie, aby wreszcie uzyskać coś, czego nieomal nie da się
rozpoznać w porównaniu z oryginałem, choć nadal określa się to tym samym
mianem: pszenica.
Współczesna komercyjna produkcja pszenicy nastawiona jest na uzyskanie
takich jej cech, jak większa wydajność, niższe koszty uprawy i masowe
wytwarzanie towaru o jednolitych parametrach. A przy tym praktycznie
nikt nie pyta o to, czy te cechy sprzyjają ludzkiemu zdrowiu. Twierdzę,
że w którymś momencie historii pszenicy, być może pięć tysięcy lat temu,
ale bardziej prawdopodobne, że pięćdziesiąt lat temu, to zboże uległo
przemianie.
W rezultacie dzisiejszy bochenek chleba, herbatnik lub naleśnik różnią
się od swoich odpowiedników sprzed tysiąca lat, są odmienne nawet od
tego, co robiły nasze babcie. Te wyroby mogą wyglądać tak samo, mogą
nawet bardzo podobnie smakować, ale istnieją pomiędzy nimi różnice
biochemiczne. Niewielkie zmiany w strukturze białek pszenicy mogą
decydować o wystąpieniu niszczycielskiej reakcji immunologicznej na te
białka bądź braku takiej reakcji.
pszenica przed wkroczeniem genetyki
Pszenica w wyjątkowy sposób potrafi dostosować się do różnych środowisk
- jest uprawiana od Jerycha, leżącego 260 m poniżej poziomu morza, aż po
górskie rejony Himalajów, czyli 3000 metrów nad poziomem morza. Pod
względem szerokości geograficznej jej zasięg jest również ogromny - od
Norwegii, 65° szerokości północnej, do Argentyny, 45° szerokości
południowej. W Stanach Zjednoczonych pszenica jest uprawiana na 24
milionach hektarów gruntów ornych, co daje obszar wielkości stanu Ohio.
Na całym świecie jej uprawy zajmują powierzchnię dziesięć razy większą,
dwukrotnie przekraczającą łączny areał całej Europy Zachodniej.
Pierwszą dziką, a następnie uprawianą odmianą była samopsza, prababcia
współczesnej pszenicy. Spośród wszystkich gatunków tej rośliny ma ona
najprostszy kod genetyczny, liczący zaledwie 14 chromosomów. Około 3300
roku p.n.e. odporna, tolerująca zimno samopsza była popularnym zbożem w Europie. Działo się to w epoce tyrolskiego człowieka lodu,
pieszczotliwie zwanego Ötzim. Badanie zawartości jelit tego
późnoneolitycznego łowcy, zabitego przez jakichś napastników i pozostawionego pośród górskich lodowców we włoskich Alpach, dzięki czemu
jego ciało uległo naturalnej mumifikacji, ujawniło częściowo strawione
pozostałości samopszy, spożytej w postaci przaśnych placków, a także
resztki innych roślin oraz mięsa jelenia i koziorożca3.
Wkrótce po rozpoczęciu uprawy samopszy na Bliskim Wschodzie pojawiła się
odmiana pszenicy zwana płaskurką, pochodząca od samopszy i niespokrewnionej z nią dzikiej trawy o nazwie Aegilops
speltoides4. Trawa ta dodała swój kod genetyczny do kodu
samopszy, w wyniku czego powstała bardziej złożona pszenica płaskurka,
posiadająca 28 chromosomów. Rośliny takie jak pszenica potrafią
zachowywać sumę genów swoich przodków. Wyobraźcie sobie, co by to było,
gdyby podczas aktu, który doprowadził do waszego powstania, wasi rodzice
nie mieszali swoich chromosomów, płodząc potomstwo mające ich 46, tylko
dodawali 46 chromosomów mamusi do 46 chromosomów tatusia. Mielibyście 92
chromosomy. Oczywiście u gatunków wyższych do tego nie dochodzi. Taka
addytywna kumulacja chromosomów w roślinach nazywana jest
poliploidyzacją.
Samopsza i jej ewolucyjna następczyni płaskurka zachowały popularność
przez kilka tysięcy lat - na tyle długo, by zyskać miano podstawowych
produktów żywnościowych i religijnych symboli. I to pomimo faktu, że w porównaniu ze współczesną pszenicą przynosiły dość marne plony i w mniejszym stopniu nadawały się do pieczenia lub gotowania. (Z grubej,
gęstej mąki, którą z nich uzyskiwano, można było robić tylko liche
placki oraz papki). Płaskurka to zapewne ta pszenica, o której mówił
Mojżesz; w Biblii wspomniany jest również orkisz. Do początków Imperium
Rzymskiego przetrwała jeszcze jedna znana nam odmiana pszenicy.
Sumerowie, którym przypisuje się stworzenie pierwszego języka pisanego,
pozostawili nam dziesiątki tysięcy tabliczek pokrytych pismem klinowym.
Piktograficzne znaki na kilku z nich, datowanych na rok 3000 p.n.e.,
zawierają przepisy na chleby i ciasta. Wszystkie robiono z pszenicy
płaskurki, rozdrabnianej w moździerzu przy użyciu tłuczka lub w ręcznie
obracanych żarnach. Aby przyspieszyć żmudny proces mielenia, do ziarna
często dodawano piasku, który ścierał zęby sumeryjskich amatorów chleba.
Płaskurka była uprawiana w starożytnym Egipcie, a jej cykl wzrostu
pasował do okresowych wylewów Nilu. Uważa się, że to Egipcjanie nauczyli
się sprawiać, żeby chleb "rósł", dodając do niego drożdży. Uciekając w pośpiechu z Egiptu, Żydzi nie zdążyli zabrać zakwasu, przez co musieli
spożywać przaśny chleb z pszenicy płaskurki.
W którymś momencie podczas tysiącleci poprzedzających czasy biblijne
28-chromosomowa płaskurka (Triticum turgidum) skrzyżowała się w naturalny sposób z inną trawą, Triticum tauschii, dzięki czemu
powstała licząca 42 chromosomy Triticum aestivum, roślina genetycznie
najbliższa tej, którą obecnie nazywamy pszenicą. Jako że skrywa ona w sobie chromosomową zawartość trzech odrębnych roślin w postaci 42
chromosomów, jest najbardziej złożona pod względem genetycznym, a tym
samym najbardziej "plastyczna" genetycznie. Ta cecha bardzo się
przysłużyła przyszłym genetykom w nadchodzących tysiącleciach.
Triticum aestivum, dzięki wyższym plonom i lepszym właściwościom
piekarniczym, wyparła stopniowo swych przodków, samopszę i płaskurkę.
Przez wiele następnych stuleci ten gatunek pszenicy zmienił się
nieznacznie. W połowie XVIII wieku Karol Linneusz, szwedzki botanik i twórca systemu klasyfikacji organizmów, naliczył pięć różnych odmian
rodzaju Triticum.
W Nowym Świecie pszenica nie wyewoluowała w sposób naturalny, tylko
została przywieziona przez Krzysztofa Kolumba i jego żeglarzy, którzy w 1493 roku posiali kilka jej ziaren na wyspie Portoryko. W 1530 roku
hiszpańscy odkrywcy przywieźli ziarna pszenicy do Meksyku przez
przypadek - w worku z ryżem, a z czasem przenieśli jej uprawę na
południowy zachód Ameryki. Bartholomew Gosnold, żeglarz, który nadał
nazwę przylądkowi Cod i odkrył wyspę Martha's Vineyard, przywiózł
pszenicę do Nowej Anglii w roku 1602, a nieco później przybyła ona także
z pielgrzymami na pokładzie statku "Mayflower".
W taki oto sposób pszenica wędrowała przez wieki po całym globie,
ulegając w tym czasie jedynie łagodnym i ograniczonym zmianom
ewolucyjnym.
Prawdziwa pszenica
Jak wyglądała pszenica uprawiana dziesięć tysięcy lat temu i zbierana
ręcznie z dzikich pól? To proste pytanie zaprowadziło mnie na Środkowy
Wschód USA - a dokładniej, na małą organiczną farmę w zachodnim
Massachusetts.
Spotkałem tam Elishevę Rogosę. Eli jest nauczycielką przedmiotów
ścisłych, ale także farmerką, orędowniczką zrównoważonego rolnictwa i założycielką organizacji Heritage Wheat Conservancy (www.growseed.org),
która stawia sobie za cel ocalenie dawnych roślin i ich uprawę z zastosowaniem zasad organicznych. Po dziesięciu latach spędzonych na
Bliskim Wschodzie w ramach jordańsko-izraelsko-palestyńskiego projektu
GenBank, zmierzającego do zebrania antycznych, nieomal wymarłych odmian
pszenicy, Eli powróciła do Stanów Zjednoczonych z nasionami pochodzącymi
od pierwotnych roślin z Egiptu i Kanaanu. Od tamtej pory zajmuje się
uprawą starożytnych zbóż, które zapewniały wyżywienie jej przodkom.
Moja znajomość z panią Rogosą zaczęła się od wymiany e-maili, która
nastąpiła po tym, jak poprosiłem ją o kilogram ziarna pszenicy samopszy.
Eli nie mogła się powstrzymać przed udzielaniem mi informacji na temat
swej unikatowej uprawy, która w końcu nie była zwyczajnym hodowaniem
dawnego zboża. Twierdziła, że smak chleba z samopszy jest "bogaty,
delikatny i bardziej złożony", w przeciwieństwie do chleba ze
współczesnej pszenicy, który jej zdaniem smakuje jak tektura.
Eli jeży się, słysząc, że produkty pszenne mogą być niezdrowe. Uważa, że
przyczyną niepożądanych skutków zdrowotnych wywoływanych przez pszenicę
są prowadzone w ostatnich dziesięcioleciach działania zmierzające do
zwiększenia plonów i zysków. Jej zdaniem rozwiązanie mogą stanowić
pierwotne trawy, samopsza i płaskurka, uprawiane w warunkach
organicznych zamiast współczesnej, przemysłowej pszenicy.
Dziś samopsza, płaskurka oraz pierwotne, dzikie i uprawne odmiany
Triticum aestivum zostały zastąpione przez tysiące stworzonych przez
człowieka wariantów tego gatunku, a także Triticum durum (do produkcji
makaronów) oraz Triticum compactum (bardzo drobne mąki stosowane do
wyrobu ciastek i innych produktów). Obecnie, żeby znaleźć samopszę albo
płaskurkę, trzeba szukać nielicznych dziko rosnących roślin albo
niewielkich obszarów ich upraw na Bliskim Wschodzie, w południowej
Francji i północnych Włoszech. Dzięki współczesnym hybrydyzacjom
wymyślonym przez człowieka gatunki rodzaju Triticum zawierają obecnie
setki, a może i tysiące genów odróżniających je od pierwotnej samopszy,
która powstała w sposób naturalny.
Dzisiejsza pszenica Triticum jest produktem hodowli zmierzającej do
uzyskania wyższych plonów oraz roślin o takich cechach, jak odporność na
choroby, susza i wysokie temperatury. Prawdę mówiąc, ludzie
zmodyfikowali pszenicę do tego stopnia, że jej współczesne szczepy nie
są w stanie przetrwać w stanie dzikim bez ludzkiego wsparcia w postaci
nawozów azotowych i środków zwalczających szkodniki5. (To
tak, jak z pewnymi gatunkami zwierząt domowych, które mogą istnieć tylko
dzięki ludzkiej pomocy, bo inaczej giną).
Różnice między pszenicą Natufijczyków a tym, co w XXI wieku nazywamy
pszenicą, byłyby widoczne na pierwszy rzut oka. Pierwotna samopsza i płaskurka miały łuski, a ich ziarna mocno przylegały do łodygi. We
współczesnej pszenicy ziarna są "nagie", dzięki czemu łatwiej oddzielają
się od źdźbła. Przez to młocka, czyli proces oddzielania ziarna od
niejadalnych plew, jest łatwiejsza i bardziej wydajna. Cecha ta wynika z mutacji genów Q i Tg6. Jednak inne różnice są jeszcze bardziej
oczywiste. Współczesna pszenica jest znacznie niższa. W miejsce
falujących łanów przyszły odmiany karłowate i półkarłowate, o wysokości
od 40 do 60 centymetrów - jeszcze jeden skutek eksperymentów hodowlanych
zmierzających do zwiększenia plonów.
To, co dziś małe, jutro będzie wielkie
Odkąd ludzie uprawiają ziemię, starają się na różne sposoby powiększyć
plony. Poślubienie kobiety z posagiem w postaci kilku hektarów ziemi
było przez wiele lat podstawowym sposobem zwiększenia zbiorów.
Uzupełnieniem posagu często bywało kilka kóz i worek zboża. W XX wieku
wprowadzono maszyny rolnicze, które zastąpiły zwierzęta pociągowe i zwiększyły wydajność oraz zbiory przy jednoczesnym zmniejszeniu wkładu
pracy. Przyniosło to dalszy wzrost plonów z hektara. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych produkcja wystarczała zazwyczaj do zaspokojenia
popytu (przy czym dystrybucję ograniczała raczej bieda niż brak
zasobów), wiele innych krajów świata nie było w stanie wyżywić swoich
mieszkańców, co skutkowało szerzeniem się głodu.
W obecnych czasach ludzie próbują zwiększać zbiory poprzez tworzenie
nowych odmian, krzyżowanie różnych zbóż i traw oraz wytwarzanie odmian
genetycznych w laboratoriach. Hybrydyzacja obejmuje takie techniki, jak
introgresja oraz krzyżowanie wsteczne, w ramach którego potomstwo danej
odmiany jest kojarzone ze swoimi rodzicami albo z innymi szczepami
pszenicy, bądź nawet innymi trawami. Tego typu wysiłki opisał (jako
pierwszy) już w 1866 roku austriacki ksiądz i botanik Gregor Mendel, nie
podejmowano ich jednak na serio aż do połowy XX wieku, kiedy lepiej
zrozumiano takie koncepcje, jak heterozygotyczność i dominacja genu. Od
czasu pierwszych prób Mendla genetycy wypracowali skomplikowane metody
uzyskiwania pożądanych cech, choć nadal te działania wiążą się z dużą
liczbą prób i błędów.
Znaczna część współczesnych, celowo wyhodowanych odmian pszenicy
powstała w Międzynarodowym Ośrodku Uszlachetniania Kukurydzy i Pszenicy
(International Maize and Wheat Improvement Center - IMWIC), położonym u podnóży Sierra Madre Wschodniej, na wschód od Meksyku. Zalążkiem tej
instytucji stał się rozpoczęty w 1943 roku program badawczy, prowadzony
we współpracy Fundacji Rockefellera i meksykańskiego rządu, który chciał
doprowadzić Meksyk do rolniczej samowystarczalności. Program ten
rozwinął się w imponujący sposób i obecnie w jego ramach prowadzone są
ogólnoświatowe próby zwiększenia plonów kukurydzy, soi oraz pszenicy.
Przyświeca mu szlachetny cel ograniczenia głodu na świecie. Meksyk
dostarczył sprawnego poligonu do hybrydyzacji roślin, gdyż tamtejszy
klimat gwarantuje dwa sezony uprawowe w roku, co skraca o połowę czas
potrzebny do uzyskania nowych odmian. Do roku 1980 te wysiłki
doprowadziły do powstania tysięcy nowych odmian pszenicy, z których
najbardziej wydajne zaczęto od tamtej pory uprawiać na całej kuli
ziemskiej, od krajów Trzeciego Świata po nowoczesne, uprzemysłowione
państwa, ze Stanami Zjednoczonymi włącznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki