Dziewiąta Planeta
Dziewiąta Planeta nie świeciła. Wisiała na ekranach "Kopernika" jak fioletowo-czarna rana w tle gwiazd. Spektrometry nie potrafiły utrzymać stabilnego obrazu. Co kilka sekund glob rozmywał się, puchł, zapadał w siebie i wracał jako anomalia o masie dziesięciu Ziem.
Na mostku wyły alarmy. Makro-fluidyczne chłodzenie reaktora dławiło się pod naporem promieniowania; w kapilarnych przewodach ciężkie chłodziwo syczało jak rozgrzany metal zanurzony w wodzie.
W sekcji medycznej Tomasz leżał przypięty do tytanowego łóżka. Pasy przeciążeniowe wcinały mu się w kombinezon. Ciało szarpały krótkie, brutalne skurcze. Z kącika ust sączyła się piana, a miedziane elektrody na ogolonej skroni strzelały drobnymi iskrami.
- Kolejne przepięcie! - krzyknęła Anna, wbijając palce w holo-klawiaturę terminala medycznego. - Płat czołowy dochodzi do granicy termicznej!
Z korytarza wpadła Magda. Kombinezon miała przypalony na rękawie, dłonie umazane pastą termoprzewodzącą. Podpięła przenośny terminal do konsoli medycznej, zanim drzwi zdążyły się za nią zamknąć.
- Anteny kierunkowe odcięte, grodzie falowodów zamknięte, klatka Faradaya trzyma według wszystkich nudnych podręczników! - wyrzuciła z siebie Magda. - Więc czemu to cholerstwo nadal pompuje w niego dane?
- Bo to nie jest transmisja radiowa - powiedziała Anna, wskazując słupki transferu rosnące jak pożar. - Nośna przechodzi poza klasycznym pasmem. Traktuje jego układ nerwowy jak niezabezpieczony sterownik i zapisuje się bezpośrednio w strukturze białkowej.
Przy śluzie stanęła Kaśka. Nie zdjęła rękawic pilota. - Orbita leci w diabły - rzuciła. Głos miała twardy, ale spojrzenie uciekło jej do wygiętego w łuk ciała Tomasza. - Ta planeta nas ściąga. Gradient rośnie wykładniczo. Za dziesięć minut kadłub złoży się jak puszka.
- Nie odłączę go od rdzenia na ślepo! - warknęła Magda. Przygryzła wiązkę kabli, żeby zwolnić ręce, i ręcznie przełączyła przepływ prądu w łóżku medycznym. - Diagnostyka pokazuje śnieg. Cokolwiek nadaje z tej planety, próbuje rozpakować się w jego czaszce, a ja nie mam instrukcji zwrotu towaru.
Na ekranie neurologicznym zgasł cały sektor lewej półkuli. Czerwień zapadła się w martwą czerń.
- Utracony blok pamięci o dużej objętości - powiedziała Anna, ciszej niż wcześniej. - Bez śladów odzysku. On robi miejsce. Kasuje mu życie sektor po sektorze.
Tomasz nagle znieruchomiał. Otworzył oczy. Źrenice rozszerzyły się do granic, a z gardła wydobył się cienki, nieludzki ton - pisk kondensatora tuż przed rozładowaniem.
- Magda, teraz! - ryknęła Kaśka z mostka. Poszycie jęczało pod wpływem pola Dziewiątej Planety. - Wbij mu fazę odwrotną i odeślij to świństwo tam, skąd przyszło!
Magda dopadła konsoli. Palce ślizgały się po szklanym panelu, wywołując kaskadę czerwonych błędów. - Otwieram obwód! Sprzęgam łóżko diagnostyczne z głównym kondensatorem napędu. Jeśli trafię w fazę odwrotną, zerwę synchronizację. Jeśli nie, usmażę instalator i pół naszego złomu!
Anna śledziła odczyty z mózgu Tomasza. Na mapie neurologicznej gasły kolejne obszary lewej półkuli. Piksel po pikselu. Wspomnienie po wspomnieniu.
- Przeładowanie płata czołowego: dziewięćdziesiąt procent! - krzyk Anny przeciął wycie alarmów.
Tomasz wygiął się na łóżku tak mocno, że pasy zatrzeszczały. Spod elektrod buchnęła cienka smuga siwego dymu. Kaśka uderzyła dłonią w konsolę nawigacyjną. Za szybą mostka hologram Planety X urósł, aż wypełnił cały ekran: mroczna, wirująca masa bez horyzontu.
- Osiemdziesiąt sekund do krytycznego gradientu! - krzyknęła Kaśka. - Grodzie puszczają! Magda, strzelaj, bo stracimy jego i statek!
- Odpalam sprzężenie zwrotne! - Magda chwyciła ciężki, mechaniczny hebel awaryjny obwodu medycznego. Nie było czasu na cyfrową kalibrację. Została brutalna inżynieria: analogowy impuls przeciwko technologii starszej niż ich nauka. - Kaśka, odwróć ciąg na reaktorze. Potrzebuję rezerwy mocy z makro-fluidyki!
- Masz ją! - Pilotka zerwała plomby z głównej przepustnicy.
Pokładem szarpnęło. Elektromagnesy wyssały energię z reaktora i pchnęły ją przez zbrojone przewody prosto do łóżka medycznego.
Magda opuściła hebel.
Biały łuk przeciął sekcję medyczną. Tomasz wrzasnął. W jego krzyku ludzki ból zmieszał się z cyfrowym piskiem przesterowanej maszyny. Monitory sypnęły iskrami. Ekrany zalała absolutna biel, a w powietrzu rozszedł się gęsty odór palonego plastiku, ozonu i mięsa. Z przewodów chłodzenia buchnęła para. Reaktor jęknął głucho, dławiąc się nagłym spadkiem napięcia.
Magda wisiała na heblu, opierając na nim cały ciężar ciała. Oddychała krótko. Przez rękawice czuła ciepło rozgrzanej dźwigni. Otworzyła oczy szerzej. Nie była w jasnej hali szkoleniowej. Stała w dymiącej sekcji medycznej "Kopernika", podczas gdy Dziewiąta Planeta rozrywała ich orbitę.
Szarpnęła wajchę w górę. Obwód pękł. Tomasz opadł na łóżko jak ciało pozbawione sterowania.
W tej samej chwili, głęboko w uszkodzonej przestrzeni jego umysłu, coś eksplodowało. Przedwojenny gabinet nie rozpłynął się. Został rozerwany od środka. Dźwięk przekraczał możliwości słuchu - fala uderzeniowa z czystego szumu statycznego. Dębowe biurko, za którym siedział Djagnosta, pękło na pół jak trafione piorunem. Welurowe kotary zajęły się błękitnym ogniem wysokiego napięcia.
Tomasz klęczał na podłodze, łapiąc powietrze. Ból rozsadzał mu czaszkę, ale ucisk obcego kodu zelżał. Przypomniał sobie statek. Lot. Imiona załogi.
Podniósł wzrok.
Djagnosta stał w kącie płonącego gabinetu. Tużurek dymił. Jedno szkło binokli pękło w pajęczynę, ale on nadal patrzył na Tomasza z tą samą martwą precyzją. Na ułamek sekundy sylwetka Djagnosty rozpadła się na fraktale i ciągi cyfr. Potem z trudem wróciła do postaci chłodnego ordynatora.
- Skrajnie nieefektywna metoda... - powiedział głosem pełnym trzasków. - Zewnętrzny impuls energetyczny. Prymitywna architektura. Błędna kalibracja.
Poprawił pęknięte binokle palcem w polimerowym mankiecie. Z wnętrza dłoni wysunęła się mosiężna sonda, teraz iskrząca dziko i nieregularnie.
- Sądzicie, że spalicie algorytm stary jak światło galaktyki prostą wibracją elektronów? - Djagnosta zrobił krok. Podłoga zamarzła pod jego butem. - Obejście analogowe jedynie opóźniło wykonanie. Przechodzę w tryb formatowania siłowego.
Z oczu Tomasza, podrażnionych dymem i przeciążeniem, popłynęła cienka strużka krwi. Gabinet zaczął składać się do wewnątrz jak miażdżone pudełko. Zimno zgęstniało. Każdy oddech ciął gardło jak szkło. Tomasz zrozumiał, że Magda kupiła mu najwyżej kilkanaście sekund.