Dla mnie Bomba! - Anna Ryźlak

-
Proszę czekać

PASAŻER NA GAPĘ

Dzień dobry, cześć i czołem! Gdybym grał w pewnym starym polskim filmie, który kojarzy zapewne większość dorosłych (przetestujcie rodziców, pytając ich o to później), mógłbym dośpiewać sobie: Pytacie, skąd się wziąłem. Jestem wesoły Romek, mam na przedmieściu domek...

Ale to nie jest ani film, ani książka dla dorosłych, spokojnie. Oni mają własne. Doradzę wam jednak, żebyście pilnowali swojego egzemplarza, bo mogą chcieć go potajemnie czytać. A potem wiadomo, jak to z nimi jest – nie odłożą na miejsce i katastrofa gotowa. Pamiętajcie, że wielu z nich marzy o wielkiej przygodzie, a wy za chwilę weźmiecie w niej udział. Wierzę, że wasza wyobraźnia jest na to gotowa i podczas wertowania tej książki wszystkie litery stworzą razem kosmiczny obraz! To co? Startujemy?

To nie jest też książka z tych, co to zaczynają się od słów: "Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...". Za siedmioma górami to po prostu za blisko jak na miejsce akcji tej opowieści. Poza tym krasnoludki i śpiące królewny miały już swoje pięć minut, a wy znacie ich przygody na pamięć. Nikt oczywiście nie odbiera im sławy, ale może nadszedł czas na mieszkańców innych planet, na latanie tęczową drabiną czy śpiewającego niedźwiedzia grizzly? Brzmi zachęcająco?

Jestem narratorem tej historii, ale żadnym tam wszechwiedzącym. Wcale nie wiem, co dokładnie się wydarzy. Dowiem się tego razem z wami, bo uwielbiam niespodzianki. Taki pasażer na gapę – powiecie. Wcale nie, kupiłem książkę, a to zawsze bilet wstępu do odbycia pewnej podróży – w tym przypadku dalekiej, bo międzyplanetarnej. Oj, przepraszam bardzo za mój niewyparzony język, ale podejrzałem przed chwilą, co się stanie kilkanaście stron dalej, i stąd ta wiedza o galaktycznych wycieczkach. Ale pssst, cicho-sza! Już nic nie mówię i zapraszam was na bombową opowieść z bombowymi bohaterami.

 

Podpisano

Wasz bombastyczny narrator

 

 

A wiecie, że ta opowieść

jest tak mega, że doczekała się słuchowiska?

No! I tam śpiewają, że ho, ho!

A niektórzy to tak fałszują, że szok!

ELO, CZYLI POZNAJMY SIĘ NIECO!

Nie pamiętam, czy wam wspominałem, bo mam sklerozę spowodowaną prawdopodobnie zbyt dużą ilością masła w mojej diecie, ale... No i właśnie w tym momencie zapomniałem, o czym miałem napisać...

Szczęśliwie już wiem! Więc, moje drogie, moi drodzy, potrafię przemieszczać się szybko w czasie i przestrzeni, być przy tym niewidzialny niczym słynny Harry pod peleryną niewidką, a to wszystko po to, by móc błyskawicznie przedstawić wam bohaterów tej (nie)ziemskiej opowieści. No, nie bez powodu w końcu wybrano mnie na narratora tej historii... Nie było castingu, ale... okazałem się bezkonkurencyjny, bez dwóch zdań. Dobrze, żeby nie było, że znowu tylko o mnie, że ja niby jestem narcyzem, co to pragnie być w centrum uwagi, już spieszę z przedstawieniem trojga wyjątkowych jedenastolatków.

Klara, Miłka i Witek mieszkają w sercu Warszawy. Ich wspólna historia zaczęła się (i nadal trwa) w szkole podstawowej. Znają się od zerówki, przeżyli razem niejedną niesmaczną zupę mleczną z grubym kożuchem czy rozgotowany szpinak, który trzeba było chować pod ziemniaki, więc – jak się domyślacie – zdążyli się już dobrze poznać. Niektórzy mówią, że przyjaźnie "nieparzyste" nie mają szans – ta trójka stanowi jednak świetne zaprzeczenie tej teorii. Uzupełniają się idealnie, dzięki czemu potrafią się wspierać w trudnych momentach.

Myślę, że najwyższy czas przedstawić wam Witka, bo właśnie znajduję się w jego mieszkaniu, całkiem niewidzialny, i przysłuchuję się temu, jak jego mama, pani Ewa, budzi go do szkoły, stojąc w progu pokoju z kubkiem kakao w dłoni. To bardzo wysoka kobieta, wzrostem dorównuje siatkarkom, ale zamiast pokrzykiwać w zwięzły sposób, tak jak się to słyszy na turniejach, mówi raczej słodko i powoli:

– Kochany mój bąbelku, szkoła nie poczeka, a konkretnie pani Dobzińska i jej klasówka z matmy.

Trzeba przyznać, że zabrzmiało to bardzo dziecinnie.

– Dobrze, dobrze, no juuuż! Jeszcze minuta. – Witek nie miał najmniejszego zamiaru zrywać się z łóżka w zbyt szybkim tempie. Wczoraj do późna gadał z najlepszymi przyjaciółkami, wymieniając SMS-y o życiu, a potem nie mógł zasnąć do północy. Teraz poczuł ucisk w żołądku na samą myśl o tym, że Maciek z Karolem znowu będą mu dokuczać w szkole, wytykać go palcami, docinać z powodu przyjaźni z dziewczynami, ech...

– Ty mi tu nie jęcz, proszę. Nie będzie dobzie u pani Dobzińskiej, jak dobzie się nie rozbudzisz i dobzie nie napiszesz tej klasówki.

Mama Witka nie odpuszczała nigdy i jak na najprawdziwszą mamę przystało, miała odpowiedź na wszystko. A może istnieje jakiś poradnik pod tytułem Dwieście odpowiedzi na każdą okazję, czyli jak nie dać się zagiąć nastolatkowi? Tak, bankowo taki wydano, mama Witka go przeczytała i teraz po prostu często cytuje.

– Mamooo, nooo, czy ty możesz nie mówić do mnie tak, jakbym miał trzy latka? Mam dwanaście! I to lat, a nie latek!

Dobra riposta, ale siatkarska mama już w kontrze:

– Jedenaście, synku. I trzy miesiące, jakbyś chciał być dokładny. Kakao masz na biurku, no, rach-ciach, rach-ciach!

I weź tu dyskutuj z mamą, której konikiem była też chyba matematyka i... szachy! Szach-mat. Mama–Witold 1:0.

Tak, tak, oto typowy poranek w mieszkaniu Witka, pierwszego z głównych bohaterów tej historii. Mama jak zwykle on time, syn jak zwykle w niedoczasie. Mieszkają na Ursynowie, skąd do znajdującej się w centrum miasta szkoły podstawowej regularnie kursuje metro, a dokładnie linia pierwsza. Niestety, mama Witka nie daje za wygraną i odwozi go pod samiusieńkie ogrodzenie i bramę wejściową do szkoły... samochodem. Witek to już prawie Witold – no, przynajmniej tak się czuje – więc oddałby wszystko, by dojeżdżać i wracać sam, ale co poradzisz, jak nic nie poradzisz? Z pewnością każdy z was tak w życiu miał, że chciał podziałać samodzielnie, natomiast rodzic uważał, że to zdecydowanie za wcześnie. Może warto usiąść do stołu i spisać na kartce wszystkie argumenty za i przeciw?

* * *

Pozwólcie, że przedstawię wam teraz Milenę, nazywaną przez rodzinę i przyjaciół Miłką. Ta fantastyczna dziewczynka stanowi absolutne przeciwieństwo Witka pod względem podejścia do czasu. Zbyt długi sen nie jest jej potrzebny. Uważa, że przegapia wtedy za dużo w życiu. Ciągle pogania więc tatę, starając się być na czas zawsze i wszędzie. Klarę oraz Witka też. W tej grupie przyjaciół to ona znajduje najczęściej rozwiązania problemów. Jest też bardzo odważna. Zgodnie z hasłem: "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" staje w obronie Witka, któremu nierzadko w szkole dokuczają koledzy. Solidarność i lojalność przede wszystkim!

– Szyyybcieeej, tato, ja się nigdy nie spóźniam!

Jak wspominałem, Miłka urodziła się chyba nie w czepku, jak to mawiają, tylko w wielkim zegarku. Właśnie wybiegła z domu do szkoły, poganiając przy tym elegancko ubranego tatę – pana Janka, który w temacie czasu mógłby spokojnie ojcować Witkowi. "Niedoczas" to jego drugie imię.

– Córciu, ja pogubię kiedyś nogi przez ciebie. Daj pomyśleć chociaż, czy wszystko wziąłem z domu. – Pan Janek otarł pot z czoła. – Teczka z dokumentacją pana Stanisława? Jest! Kluczyki do samochodu? Są! Klucze do chałupy? Są! – wyliczał dzielnie, a przede wszystkim bardzo spokojnie pan Janek.

Mawiają, że pośpiech jest złym doradcą.

– Czekaj, chyba nie wyłączyłem kuchenki po owsiance!

Oho! Mówiłem coś o spokoju? Tata Miłki lotem błyskawicy wrócił do mieszkania przerażony jak nigdy.

Zdradzę wam, że przyszedłem na świat znacznie wcześniej niż wy i kojarzę taką scenę z dość starego już filmu pod tytułem Dzień świra, gdzie główny bohater miał problem z wychodzeniem z mieszkania właśnie przez takie przypominanie sobie, czego nie zrobił, a co zrobił. Zbiegał po schodach i co chwila ponownie po nich wbiegał, myśląc o tym, czy wyłączył żelazko lub kuchenkę, czy zakręcił wodę w łazience i w kuchni, czy zgasił światło... I tak dalej, i tak dalej. Jeszcze nie dla was ten film, ale gwarantuję, że rodzice znają tę scenę. I od razu uspokajam – co się odwlecze, to nie uciecze. Obejrzycie sobie tę produkcję w połowie szkoły średniej zapewne. Chociaż nie mam pewności, czy nie powiecie wtedy, że to staroć, że wolicie jakieś potwory z gatunku fantasy.

Miłka ma ogromny urok osobisty. Rozmowa z nią, nawet gdy podnosi głos i nawet w sytuacji graniczącej ze spóźnieniem, potrafi być zabawna.

– Tato! Teraz to będziemy biegli, no! – poganiała pana Janka.

– Biegli? Jeszcze czego! Ja cię dziś podwożę do autobusu, pamiętasz? Bo jadę najpierw ogarnąć klienta na Woli. – Pan Janek był już spocony i zdyszany, jakby ukończył maraton.

– Jak se tatuś woli – odpowiedziała z przekąsem Miłka.

– Ja ci dam "se", ja ci dam "se"! Dbaj ty trochę o ten język polski. So-bie! – Pan Janek nigdy nie odpuszczał, o poprawność językową starał się dbać zawsze i wszędzie. Czytał dużo książek, uwielbiał o nich opowiadać Miłce i rozprawiać godzinami przez telefon z przyjacielem z pracy. Można rzec, że czuł do książek miętę!

Po chwili dało się słyszeć warkot silnika i pan Janek z Mileną odjechali, a raczej się... potoczyli... Kto z was mieszka w większym mieście, ten doskonale wie lub wiedzieć powinien, że korki to nie tylko określenie dodatkowych lekcji pomocnych w nauce danego przedmiotu, ale też zjawisko charakteryzujące o siódmej rano niemalże całe miasto. Dlatego by ich nie generować, czyli nie zwiększać dodatkowo, powinniśmy wsiąść do metra, tramwaju, autobusu czy czegokolwiek wpisującego się w określenie "środek transportu miejskiego". Możecie też po prostu wskoczyć na rower albo skorzystać ze starego, ale sprawdzonego środka transportu, jakim są... wasze stopy. No tak, ale per pedes, czyli, w języku łacińskim*, pieszo, Miłka dotarłaby do szkoły dopiero na dziesiątą. Trochę późno, a przecież klasówka z matmy nie poczeka...

Szczęśliwie dziewczynka miała już opracowany system antyspóźnieniowy.

– Ale tu gęsto, tatooo, dobrze, że przesiadam się do autobusu, w życiu bym na tę matmę nie zdążyła.

– Prawda to. Ja to chyba jednak rano nie umiem tego wszystkiego odpowiednio ogarnąć, córciu. – W głosie pana Janka słychać było nutę nostalgii.

– Ale czego, tato? – Pytanie wybrzmiało, choć inteligentna Miłka doskonale wiedziała, co tata miał na myśli, więc na dobrą sprawę mogła w ogóle go nie zadawać.

* UWAGA, czas na przypis-ciekawostkę od narratora mądrali.

Wiecie, że język łaciński bywa nazywany językiem martwym? Chodzi o to, że nie jest już nigdzie używany jako język ojczysty. Ale martwy to on wcale nie jest moim skromnym zdaniem. Łacina jest baaardzo stara – jej początki sięgają starożytnej Italii. Miała ogromny wpływ na rozwój takich języków jak włoski, rumuński czy francuski. W obecnych czasach nadal funkcjonuje, w medycynie na przykład. Z pewnością znacie też jakieś powiedzonka w języku łacińskim. A jak nie, to już wam je podrzucam: Cogito, ergo sum (Myślę, więc jestem). Mam jeszcze jedno na specjalną okazję. Nie mówcie nikomu, że to ode mnie. Gdy dostaniecie dwóję i chcecie wybronić tę sytuację przed rodzicami, spróbujcie z: Errare humanum est (Błądzić jest rzeczą ludzką). Nie zapomnijcie dodać na końcu: droga mamo / drogi tato!

 

– Tego śniadania typu owsianka, naleśnik czy kanapka, drugiego śniadania do szkoły, na które wiecznie nie mam pomysłu, bo ile można kroić w słupeczki marchewkę lub paprykę? – urwał na chwilę, ustawiając wsteczne lusterko w samochodzie. – No i siebie nie ogarniam; ciągle czegoś zapominam. Zawsze ogarniała to... – Zamilkł, gdy jego głos zadrżał.

– Ogarniała to wszystko mama – dokończyła za niego szybko córka i dodała: – Wiem, tatuś. Ale ty cudownie to wszystko spinasz, nic się nie martw. Wszystko robisz wręcz śpiewająco!

Milenka zaśpiewała: "Panie Janie, panie Janie, rano wstań, rano wstań", żeby choć troszkę go rozweselić, a gdy i to nie pomogło, kontynuowała już bez melodii:

– Mówię serio, jesteś najlepszym tatą na świecie! Nikt tak nie przypala owsianki, nikt tak cudownie nie myli terminów wywiadówek, nikt tak regularnie nie przesala zupy i tak oryginalnie jej nie doprawia. – Uśmiechnęła się pod nosem na pewne wspomnienie. – Pamiętasz, jak pomyliłeś sól z cukrem i zaserwowałeś babci pieczarkową na słodko? Oj, tatuś, tatuś, to są tylko drobiazgi, ważne, że mamy siebie. – Położyła rękę na jego ramieniu.

– Wiem, córciu, kochana jesteś – powiedział czule pan Janek, a za sekundę krzyknął głośno: – Matko jedyna!

– Co jest? – Miłka aż podskoczyła na siedzeniu pasażera. (Tata zawsze nalegał, żeby siadała z tyłu, bo to bezpieczniejsza opcja, ale czasami ulegał prośbom córki – bliskość foteli niewątpliwie ułatwiała rozmowę).

– Zapomniałem tego dodatkowego wniosku dla pana Stanisława, a bez niego nie dostanie kredytu...

Bycie doradcą bankowym bankowo bywa stresujące. Ale spokojnie, nie zapominajmy, że Miłka jest mistrzynią rozwiązywania problemów, jak również wspomnianych systemów antyspóźnieniowych! Wystarczyło kilka sekund i...

– Dobra, ty zawracaj do domu, a ja się przebiegnę do autobusu, to już niedaleko przecież. Akurat potrenuję krótkie dystanse pod jutrzejsze zaliczenie wuefowe!

– Serio? Miłka, jesteś najlepsza! No to leć! Tylko wjadę w boczną ulicę i gdzieś stanę! – Jak powiedział, tak zrobił, po czym cmoknął ją w policzek na pożegnanie. – Dziękuuuję, córciu! – krzyknął jeszcze przez otwarte okno samochodu, ale jesienny wiatr porwał to wdzięczne słowo i poniósł je w świat.

I dobrze! Takie "dziękuję", "ściskam", "proszę" czy "buziaki" mogłyby wypełnić wszystkie domy, sklepy, ulice, nie sądzicie? Ale by było! Wchodzisz do szkoły, a tu pełno dobrych słów, tak dużo, że aż musisz się przepychać. I mówisz wtedy na przykład: Przepraszam bardzo, ale czy buziaki byłyby tak uprzejme, żeby przepuścić mnie do szatni? O, dziękuję bardzo, że dziękuję razem z proszę uprzejmie zrobiły mi miejsce...

Gdzie to ja byłem? Chyba poniosła mnie trochę wyobraźnia... Chciałem wam powiedzieć, że stan, który przed chwilą dopadł pana Janka, można określić słowem "melancholia". Smutek, przygnębienie i tęsknota za Marią, mamą Miłki, towarzyszą mu każdego dnia, mimo że minęły już prawie trzy lata, odkąd odeszła. Często zastanawia się nad tym, czy Miłka ma tyle obowiązków szkolnych i innych zajęć, że pozwalają jej zapomnieć na co dzień o braku mamy, czy może jednak nie chce o tym mówić, więc i on nie powinien pytać, żeby nie rozdrapywać ran. Przecież bankowo jest jej co najmniej tak źle jak jemu...

Do tematu smutku i samotności wrócimy jeszcze później, obiecuję też, że spróbujemy zastąpić je radością i towarzyskością, bliskością nawet. Ale teraz, na horyzoncie tego poranka, widzę jeszcze jedno słabe uczucie: rozdrażnienie. Po przetransportowaniu się metrem (wcale nie na gapę) do mieszkania trzeciej bohaterki – Klary – usłyszałem wrzaski tak głośne, że prawie ogłuchłem. Mama dziewczynki, niezwykle elegancka kobieta ubrana w ciemnozielony garnitur, z blond włosami upiętymi w idealny kok i miną prosto z horroru, wykrzyczała:

– Odłóż ten telefon, powiedziałam! Za siedem minut będzie taksówka. Zejdź z tyłu bloku, podjedzie obok spożywczego.

– Yhm, ta... – Dziewczynka wydawała się nie słyszeć mamy, skupiona na ekranie smartfona, praktycznie do niego przyklejona niczym glonojad do szyby akwarium.

– Na stole w kuchni masz pieniądze, jak wrócisz, kup sobie jakąś pizzę. Albo nie; lepiej chińszczyznę zjedz, kaczkę z ryżem albo te pierożki na parze, z tego lokalu, co to się otworzył w bloku obok. Tak, zdecydowanie pierożki, bo zdrowsze są. Byle nie chipsy ani żadne takie niezdrowe badziewia. – Mama Klary wyrzucała z siebie słowa z prędkością światła, biegając po mieszkaniu w tę i we w tę. Nawet gdyby Klara miała ochotę coś odpowiedzieć, nie zdołałaby. Mama mówiła bez przerwy. – Ojciec wraca jutro dopiero, mają jakiś wyjazd integracyjny na Mazurach. Wszystko jest na mojej głowie. On sobie popija herbatkę i kawusię, przedstawiając reszcie pracowników tych, co są nowi w firmie, a ja? Ledwo żyję z tego pośpiechu!

Klara podniosła wzrok znad ekranu komórki, ale ledwo nadążała nim za mamą, która w tym momencie malowała usta czerwoną szminką przed lustrem w przedpokoju. Mimo wszystko podjęła próbę zagadania:

– A ty?

– Co ja? – Poirytowana niedoczasem mama Klary wyjechała pomadką poza obrys ust, co tylko dodatkowo ją zdenerwowało.

A myślałem, że bardziej się nie da...

– O której wrócisz? – Głos dziewczynki nie brzmiał radośnie. Czuła, że mama średnio jej słucha.

– Klara, dziecko, ja mam jakąś masakrę przy tym nowym projekcie. Zażyczyli sobie, rozumiesz, żeby bryła budynku jeszcze bardziej przypominała statek kosmiczny. I weź tu teraz ogarniaj szkice, nanoś zmiany... – Kobieta przystanęła, spojrzała na swoje buty i zaczęła lamentować na nowo: – Jenyyy, szpilka mi poszła, złamał się obcas, no! A może włożyć beżowe w tej sytuacji, jak myślisz? – Nie czekając na odpowiedź córki, dodała: – Nieważne, leć, bo taksówka czeka. Odłóż ten telefon. Jak wrócisz...

– Pieniądze będą na stole, wiem – dokończyła Klara, zatrzaskując za sobą drzwi. Następnie zbiegła po schodach.

Mama Klary, pani Ania, jest architektką, zajętą pracą od rana do wieczora. Jak to się mówi? Zarobioną? Oj, tak! Tata, Konstanty, pracuje w korporacji – niesamowicie dużej firmie, która pochłania go niczym ruchome piaski. Wystarczy, że postawi stopę w biurze, a ono wciąga go w wir ważnych maili, telefonów, jeszcze ważniejszych maili i jeszcze większej liczby ultraważnych telefonów. Tylko że... Klara czuje się "nieco" samotna. Gdyby nie rybki – Balbina i Balbinos – oraz biały szczur o imieniu Ups, po powrocie ze szkoły nie miałaby do kogo otworzyć buzi. Pozostaje komórka. Rodzice nie założyli jej żadnej blokady na telefon – nielimitowane gry, czaty, apki, przeglądarki i inne takie, co Klara podsumowała kiedyś w rozmowie z przyjaciółmi słowami: Oh yeah!

Wtrącę coś od siebie i powiem wam, że jednak Oh yeah to ostatnia rzecz, pod którą mogę się podpisać w kontekście nielimitowanego ślęczenia nad telefonem. I nie, wcale nie jestem boomerem! A wiecie, skąd się wzięło imię szczura? Klara zainstalowała kiedyś na smartfonie jakąś grę, ale ewidentnie sobie z nią nie radziła, więc często słyszała komunikat: "Ups, coś poszło nie tak". Stąd właśnie szczur Ups.

I ups... zdarzało się przemycać go do... szkoły! W plecaku, w pudełeczku z dziurkami wyłożonym aksamitną szmateczką, żeby miał mięciutko. A potem Ups... hop do kieszeni koszuli, a jak nikt nie patrzył – hop na ramię Klary. Tak właśnie wydarzy się niebawem!

Oj, mamusiu! Przepraszam, znowu zajrzałem na następne strony...

DZWONCIE PO KARETKę, MÓWIE, WAM!

Przedstawiłem wam Witka, Klarę i Miłkę, czyli troje z głównych bohaterów. Zastanawiacie się, czy będzie więcej tych głównych? A wszyscy głównymi być nie mogą? Każdy z nas jest ważny, zapamiętajcie to sobie! Teraz pozwólcie, że przejdę do akcji właściwej, czyli opisu dość niecodziennej sytuacji, jaka rozegrała się w pewnym budynku...

Szkoła, do której chodzi wspomniana paczka przyjaciół, do najnowszych nie należy, ale liczy się przecież poziom nauczania, a nie tylko wnętrza, więc rodzice nie marudzą.

W przeciwieństwie do dzieci... "Mała ta stołówka, non stop na stolik czekam albo w kolejkę wpychają się starsze klasy", "Nie no, podłoga w gimnastycznej jest tak zdarta, że szok, wywaliłem się tam ostatnio przez te stare deski", "Ja na tej toalecie nie usiądę, ble, ja korzystam tylko w domu", "Za małe są te szafki w szatni" – takie opinie można usłyszeć na korytarzach, a tymczasem przed budynkiem szkoły, na podjeździe przed bramą główną, przed chwilą padły takie oto słowa:

– Pa, misiu, powodzenia ci życzę na matmie. Będzie dobzie! – Mama Witka w trakcie pożegnań jest w swoim żywiole. Podobnie jak rano w mieszkaniu, również teraz słodycz w skali od jednego do dziesięciu wynosiła sto!

Podwiozła właśnie syna do szkoły pod samiusieńką bramę...

– No masakra, jak babcię kocham – wymamrotał Witek pod nosem, a głośno do przyjaciółek krzyknął na przywitanie: – Elo, dziewczyny! Jak tam, wszystko wykute na blachę?

Nie dawał po sobie poznać, jak bardzo uwiera go mamina nadopiekuńczość. Codziennie obiecywał sobie porozmawiać z nią o tym po powrocie ze szkoły, ale po pierwsze, nie chciał sprawić jej przykrości, a po drugie, trochę nie miał odwagi? Musi nadejść odpowiedni moment!

– A jak! Pewnie, że wykute! Wczoraj zainstalowałam taką nową apkę matematyczną i sprawdziłam się z tego działu, będzie szósteczkaaa jak nic! – wyrwała się Klara.

– A daj żyć, połowy nie rozumiem. Jak będzie czwórka, to chyba ucałuję panią Dobzińską z radości. – Miłka nie była aż taką optymistką w tej kwestii. Zdecydowanie wolała geografię.

– Uważaj, bo ci na to pozwoli. No dobra, girlsy, to trzy, dwa, jeden... – Witek otworzył drzwi do sali numer pięć i przepuścił dziewczyny przodem. Prawdziwy dżentelmen.

W klasie zajęte były już prawie wszystkie ławki. Dzieci nie hałasowały, przejęte zbliżającą się klasówką. Słychać było jedynie Anię zaklinającą pod nosem rzeczywistość słowami: "Oby nie dwója, oby nie dwója, bo mama nie pozwoli mi iść na konie". Ucho pani Dobzińskiej łapało nawet najskromniejsze dźwięki równie sprawnie co to należące do pani Bemolowej od muzyki. Na jej lekcji miało być cichooo jak makiem zasiał!

– Aniu, siadaj, proszę, chyba że na stojąco będziesz pisać? A może od razu na leżąco, na jakimś materacu, co? Basiu, zapraszam do ławki obok, bo już mi wyobraźnia podpowiada, że Konrad patrzy, co ty tam liczysz... Witoldzie! – zwróciła się do Witka oficjalnym tonem. Gdy jednak nie doczekała się reakcji, ponowiła głośniej, rozbijając jego imię na sylaby: – Wi-tol-dzie?

– Tak? – Głos chłopca był tak nieśmiały jak popiskiwanie Upsa.

– Zapraszam, tu z przodu usiądziesz. Ja was muszę porozsadzać. – Pogroziła przy okazji palcem Klarze i Miłce.

Witek podniósł się wolno, bardzo niechętnie. I nie chodziło o to, że nie chciał siedzieć w jednej z pierwszych ławek. Lubił matematykę, ale czuł pismo nosem, intuicję miał niezłą po prostu – wiedział, że przemarsz przez klasę skończy się nieprzyjemnościami...

– Dobzie, że umiesz, Misiu, mamusia będzie szczęśliwa – wypalił Maciek.

– Nie docinaj mu tak, bo się poskarży koleżaneczkom. I popłacze jeszcze... – zawtórował mu identycznie wyglądający Karol, po czym zaśmiał się szyderczo.

Bliźniaczo niemili kolesie.

– Proszę o spokój, co to za gadanie?! Macie już przed sobą na ławkach kartki z zadaniami, zapraszam do wysilenia głowy. W ciszy! – poinformowała o rozpoczęciu klasówki pani Dobzińska.

Wiedzieć wypada, że panią Dobzińską z równowagi wyprowadzały dwie rzeczy: nieustępowanie miejsca w autobusie starszym ludziom i... gadanie na lekcji. Jej lekcji. Po cichu leciały zazwyczaj punkty karne do elektronicznego dziennika, ale czasami na tym nie poprzestawała, o czym dowiecie się dosłownie za momencik...

– Odczepcie się od niego! – Miłka błyskawicznie stanęła w obronie Witka, sycząc w stronę bliźniaków.

Jak to leciało? "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego!"

– Cisza, powiedziałam! – Kolor twarzy nauczycielki przypominał teraz buraczki. Takie bez śmietanki, intensywnie bordowe.

– Sam jesteś beksa-lala i matematyczne zero! Dodawać się naucz najpierw, a Witka zostaw w spokoju! On trenuje boks, kiedyś się nie pozbierasz! – Klara zdawała się nie słyszeć ostrzeżenia pani Dobzińskiej.

Kłótnia klasowa rozgorzała na dobre. Witek odwrócił się w stronę przyjaciółek. Starał się uciąć słowne przepychanki i uratować dziewczyny przed gniewem nauczycielki. Ale na pokojowe rozwiązanie konfliktu lub choćby zawieszenie broni było już chyba za późno.

– Dajcie spokój...

– Boks, ahaś, a na fitness go ze sobą nie zabieracie? – Karol wyczuł rezygnację w głosie Witka, co jeszcze podkręciło u niego chęć dogryzania.

Klasowej sprzeczki miał już najwyraźniej dość również szczur, znajdujący się dotychczas w szkolnym plecaku swojej właścicielki. Właśnie w tym momencie postanowił wyjrzeć na zewnątrz, popiskując radośnie.

– O nieee, Ups! – pisnęła Klara, gdy zorientowała się, że przyjaciel urządził sobie wycieczkę klasoznawczą.

Pani Dobzińska momentalnie podleciała do dziewczynki i nie widząc ani nie słysząc jeszcze biegającego po parapecie gryzonia, spytała:

– Co "ups", co "ups"? Co się znowu stało, Klaro? Zadania ci może nie odpowiada... – ucięła w pół słowa, nie dodając "-ją", ponieważ po dostrzeżeniu szczura skakała na jednej nodze przerażona i nie wnikając, kto zawinił, krzyczała: – Dosyć, powiedziałam! Milena, Witold i Klara: proszę po lekcji zostać w klasie! Już ja wam pokażę...

I tak dalej, i tak dalej...