MLICKI, ZDŻARSKI.
ZDŻARSKI
(wchodzi. Powierzchowność zaniedbana, niespokojne ruchy).
Dzień dobry!
MLICKI. Skąd się tu wziąłeś?
ZDŻARSKI. Wydarzyła mi się przykra rzecz.
MLICKI. Cóż takiego?
ZDŻARSKI. Kazano portierowi, aby nie puszczał mnie do hotelu,
dopóki nie zapłacę rachunku.
MLICKI. Przecież miałeś dziś w nocy pieniądze?...
ZDŻARSKI. Wszystko przegrałem!
MLICKI. Pociesz się, ja też się mocno zgrałem.
ZDŻARSKI. Mogę u ciebie parę dni pozostać? W tych dniach
nadejdą pieniądze dla mnie.
MLICKI. Bez wątpienia, miejsca jest aż nadto
(gasi lampę i chodzi do koła niespokojnie).
ZDŻARSKI. Jesteś bardzo niespokojny?...
MLICKI. Ty byłeś tu wczoraj?
ZDŻARSKI. Tak; nie zastałem cię w domu!...
MLICKI. Ale z Heleną rozmawiałeś?
ZDŻARSKI. Niestety, nie wiedziałem, że ona o niczem nie wie.
Przypadkowo zgadało się o Oldze, ja w tej myśli, że ona o
wszystkiem wie...
MLICKI
(uśmiecha się).Przypuszczałeś to rzeczywiście?
ZDŻARSKI
(kręci papierosa). Tak! nie spodziewałem się, że chcesz
nadal ukrywać ten głośny stosunek.
MLICKI
(śmieje się nerwowo).
ZDŻARSKI. Czemu się śmiejesz?
MLICKI. Dziwna rzecz, jakiś ty czasem naiwny.
ZDŻARSKI
(patakując). Aha!
MLICKI. No i cóż dalej?...
ZDŻARSKI. A nic. Helę jakby piorun raził. Ale to kobieta
hartowna. W jednej chwili się opanowała. Nieczem się przedemną nie
zdradziła.
MLICKI. To ci się podobało?... co?...
ZDŻARSKI. Bardzo. Zrozumiałem, że gdybyś ją kochał, gdyby
była z tobą szczęśliwa, byłaby mogła być czemś więcej dla ciebie,
jak tylko...
MLICKI. Masz niezrównany zmysł psychologiczny.
ZDŻARSKI. Jak czasem... No, w każdym razie dobrze zrobiłem,
że ją przygotowałem?
MLICKI. Lepiej, niż się tego spodziewałeś
(chwila milczenia).
ZDŻARSKI. No i na czem obecnie stanęło?
MLICKI. Na czem? hm! jedno z nas zmarnieć musi.
ZDŻARSKI. Ty nie zmarniejesz. Ale Hela z pewnością.
MLICKI. No i co potem?
ZDŻARSKI. O to cię właśnie chciałem zapytać...
MLICKI. Ja na to rady nie mam, nic a nic pomódz jej nie mogę.
Stanowczo wszelką moją pomoc odrzuciła.
ZDŻARSKI. Hm, to jasne, że Hela, właśnie Hela nie chce być
dalej twoją utrzymanką...
MLICKI. Utrzymanką?...
ZDŻARSKI. No, nazwij to jak chcesz, nie będziemy się o słowa
sprzeczać... Hm!... Podła sprawa... Ty rzeczywiście żadnej
odpowiedzialności nie masz. Cóżeś ty winien, że inną pokochałeś...
Ale... ale... jakżeż z sumieniem? to głupie sumienie, co się w
żaden sposób nie chce ucywilizować!?...
MLICKI. A cóż mnie sumienie obchodzi! Chcę szczęścia! chcę
żyć, a pozostać tu dłużej, to dla mnie zguba!
ZDŻARSKI. A więc zdecydowałeś się Helę poświęcić?
MLICKI. Jeżeli tak być musi!...
ZDŻARSKI. Aby żyć!... żyć w szczęściu!... He, he, a jeśli to
szczęście nie spełni twych oczekiwań, jeśli wszystkie te ofiary
pójdą na marne?...
MLICKI. To wszystko możliwe.
ZDŻARSKI. Mam na myśli całkiem specyalny wypadek.
MLICKI
(śmieje się ironicznie). Wiem, wiem... wreszcie dosiadłeś
swego konika. Nieprawdaż? Stare teorye o czystości, o instynktach
samczych...
ZDŻARSKI. Możeby było lepiej, gdybyś trochę poważniej zajrzał
w twoje serce.
MLICKI. Dla mnie Olga pozostanie czystą i dziewiczą, choć -
choć już należała do innego.
ZDŻARSKI. Jakie to jasne w teoryi! -
(śmieje się). Jasne jak słońce! Bo cóż ona temu winna, że
cię ktoś uprzedził, że oddała serce swe, zanim mogła przeczuwać, iż
jakiś Mlicki istnieje? Cóż do djabła ona temu winna, że ten ktoś
żądał pochwytnej rękojmi jej miłości - to znaczy he, he, wiesz już
czego się żąda od dziewicy. Cóż wreszcie winna, że się oddała?
oddać się musiała - bo przecież miłość silniejsza od rozsądku.
Podobno to nawet jest siłą charakteru, odwagą, szlachetną dumą,
jeźli kobieta nie czeka, aż otrzyma państwowe zezwolenie na - na
ową he, he, rękojmię miłości. No proszę cię, czyż można coś
piękniej uzasadnić, można coś głębiej zrozumieć, jak właśnie to?
Więc nie zważam na nic: żenię się. Naraz odzywa się samiec. Prosty
ordynaryjny samiec, samiec, który jest równie silny w duszy
parobka, jak naprzykład w duszy człowieka tak moralnie
przerafinowanego, jakim ty jesteś. Rozpoczyna się pierwszy akt
szczęścia. Czujesz, że wszystko, co kobieta po raz pierwszy daje,
to wszystko, co w duszy kobiety jest tylko przeczuciem, obawą
dziwną a tajemniczą, pełną strachu i pragnienia, to wszystko już
duszy twej, no, dajmy na to, żony - dawno przekwitło: już dawno
zapomniała tego pijanego szału, z jakim się po raz pierwszy
oddawała; he, he... jest doświadczona, może trochę zimna... bo, bo
wiesz w tych chwilach budzi się w kobietach doświadczonych zmysł
spostrzegawczy, a wiesz, że my mężczyźni jesteśmy właśnie w tych
chwilach niezrównanie komiczni - he, he. Ale może ci przykro, że tę
sprawę poruszam?
MLICKI. I tobie się zdaje, że mnie to boli? he, he...
ZDŻARSKI. Nie boli cie to? Toś niezwykły człowiek; nie boli
cię nawet to nawet, jeśli pomyślisz, że Olga mogłaby być już matką?
MLICKI
(wściekły). Milcz!
ZDŻARSKI. Po co mam milczeć, kiedy to cię nie boli?
(zapalczywie). Od człowieka, którego serce szanuję, żądam
tego instynktu! Wolno parobkowi go nie mieć, wolno mu brać za żonę
kobietę, która mu w posagu przynosi dzieci z innym spłodzone. Ale
tobie nie wolno brać kobiety za żonę, któraby ewentualnie...
(urywa). MLICKI
(siada na krześle). Dosyć tego! jeśli ci na tem zależy,
bym ci się przyznał, jak bardzo nad tem cierpię - to tę satysfakcyę
możesz mieć, Ale nie męcz mnie teraz. To się na nic nie zda. Ja bez
Olgi żyć nie mogę. Jest coś, co jest silniejszem we mnie nad
wszystkie cierpienia, nad wszystkie inne instynkty
(macha ręką).
Nie idzie wszystko na marne, jeśli tak być musi...
(Pauza)
ZDŻARSKI. Kiedyż Olga wróci?
MLICKI. Dlaczego właśnie pytasz o to?
ZDŻARSKI. Możeby to lepiej było, gdyby nie była wyjeżdżała?
MLICKI. Czemu?
ZDŻARSKI. Na dystans wydaje się zawsze, że żyć bez tego kogoś
nie można.
MLICKI
(wstaje rozdrażniony). Jakoś niezwykle przyjacielsko
jesteś dziś do mnie usposobiony. Powiedz tylko, kochasz ją jeszcze?
Kochasz ją więcej niż dotąd!?
ZDŻARSKI
(pogardliwie). Mylisz się mój drogi!
MLICKI. Nie, nie, nie mylę się.
ZDŻARSKI
(wzrusza ramionami).
MLICKI. Skądże ta nienawiść ku niej?
ZDZARSKI. Nienawiść? Ja jej bynajmniej nie nienawidzę, ale
nie mam powodu zachowywać dla niej w mem sercu wdzięcznej pamięci.
MLICKI. Aha! aha! za dalekoś się zapędził w twoich
nadziejach?
ZDŻARSKI. Ja ich w sobie nie robiłem, ktoś inny je we mnie
wzbudził.
MLICKI. A! a! To podczas waszego pobytu w Paryżu?... N'est ce
pas? Raz mówiłeś coś o tem! Ale jak to było?
ZDŻARSKI
(śmieje się). Masz dobrą pamięć! Tylko wtedy - ot,
niewinne głupstwo.
MLICKI. No opowiedzże!
ZDŻARSKI. A, drobnostka! Siedzieliśmy w zamkniętym pokoiku
jakiejś winiarni i piliśmy szampana. Olga namiętnie lubi szampana.
Wprawdzie trochęśmy dużo wypili...
MLICKI. No i...?
ZDŻARSKI. Nic więcej...
(zjadliwie). Mój przyjaciel szukał mnie... taki prosty
łatęda, który miał też ochotę na szampana...
MLICKI
(z sztuczną wesołością). Padliście zatem, że tak powiem
ofiarą - przerwanej miłości. Czytałem raz pyszną balladę na ten
temat.
(Pauza).
Teraz jej już nie kochasz? Toś się szybko odkochał! Jakże to się
stało, że twoja miłość tak gwałtownie zamilkła?
ZDŻARSKI. Wcale nie gwałtownie... zwolna, kawałek po kawałku
gniła moja miłość, zresztą poznałeś ją w tem samem męskiem
towarzystwie co i ja. Zanadto był mi wstrętny widok tylu
pożądliwych rąk, które i po nią się wyciągnęły.
MLICKI
(z tajoną wściekłością). He, he - przedziwnie to
powiedziałeś... Ale, ale... twa pamięć kiepska. Nigdy nie zapomnę,
z jakiem uwielbieniem o niej mówiłeś zaczem ją poznałem. Wtedy była
dla ciebie piękną, odważną, coś w rodzaju nad-kobiety, co depcze
wszelkie prawa, co stoi ponad wszystkimi tymi przesądami, których
teraz tak zapalczywie bronisz... pamiętasz?
ZDŻARSKI. Owszem, pamiętam. Nie znałem jej jeszcze wtedy.
Sama sobie stawiała ideały, którym się dziś sprzeniewierza.
MLICKI. Przedziwny z ciebie dyalektyk. Wyrażasz się bardzo
niejasno; przynajmniej pojąć nie mogę, dlaczego się tak gorąco moim
stosunkiem zajmujesz.
ZDŻARSKI. Ja? ależ niech Bóg broni! Poprostu mnie zmuszasz do
tego. O niczem innem nie jesteś w stanie mówić. Wypytujesz mnie
ustawicznie, krążysz naokoło mnie jak kot koło gorącej miski.
Przypuszczasz, że wiem coś o niej, czego ty nie wiesz, chciałbyś
mnie znienacka podejść...
MLICKI
(zapomina się i przerywa mu szyderczym
śmiechem). He, he! powiedzno tylko kochany Janie, czy cię
naprawdę nie wpuszczono do hotelu?
ZDŻARSKI
(uśmiecha się). Mam się oburzyć?
MLICKI
(z zjadliwą ironią). Czy
(pokazuje na drzwi) czyś nie słyszał z kurytarza mojej
rozmowy z Heleną?
ZDŻARSKI
(cynicznie). Mam cię wyzwać?
MLICKI
(śmieje się coraz pogardliwiej). Rzeczywiście myślałeś
wczoraj, że Helena wie o wszystkiem?
ZDŻARSKI. A do djabła! tyś jakby stworzony na małżonka, który
świetnie będzie umiał dogryzać swej doświadczonej pani.
MLICKI
(przypatruje mu się chwilę). A toś się odciął!
(wybucha gniewem). Szatan z ciebie!
(naraz bardzo życzliwie). Ale bój się Boga! całkiem o
kawie zapomnieliśmy!
(idzie do przyległego pokoju. Zdżarski uśmiecha się drwiąco i
bawi się kapeluszem).
MLICKI
(wraca ziewając). Czy istotnie przegrałeś dziś wszystkie
pieniądze?
ZDŻARSKI. Gorzej niż wszystkie.
MLICKI. Więc na dług?
ZDŻARSKI. Trzeba go dziś zapłacić!
MLICKI. Mogę ci chętnie pożyczyć.
ZDŻARSKI. Dziękuję!
MLICKI. Chcesz zaraz?
ZDŻARSKI. Możemy to później załatwić!MLICKI. Jak chcesz.
(Pauza).
MLICKI
(chodzi po pokoju, naraz staje przed Zdżarskim; patrzą chwilę
na siebie). Było nam lepiej, zaczem...