1
CO MOŻE DAĆ CI TA KSIĄŻKA
TSOKNYI RINPOCZE
Dorastałem na wsi otoczony mnóstwem miłości i troski. Wciąż mam żywo w pamięci, jak - mały brzdąc - wskakiwałem z rozpędu na kolana mojemu
dziadkowi ubranemu w dagam, obszerny, ciepły kaftan służący do
medytacji. Dziadek nieprzerwanie medytował i mruczał mantry, pozwalając
łobuziakowi przybiegać i umykać. Biło od niego ciepłem, miłością i spokojem, cokolwiek się działo dookoła.
Urodziłem się w Katmandu: moim ojcem był tulku Urgyen Rinpocze, znany
tybetański mistrz medytacji, a matką Nepalka, której przodkowie także
praktykowali medytację - zaliczał się do nich pewien słynny król Tybetu,
którego potomkowie osiedlili się w nepalskiej dolinie Nubri, w cieniu
Manaslu, ósmej z kolei najwyższej góry na świecie. Całe wczesne
dzieciństwo spędziłem w tym odległym górzystym rejonie.
Praktykujących medytację z oddaniem i wprawą w moim rodzie było wielu, w tym mój ojciec, jego babka oraz jej ojciec, słynny mistrz medytacji
swoich czasów. Powiedzieć o kimś, że ma dokonania w dziedzinie
medytacji, zazwyczaj oznacza, że przeszedł wiele etapów treningu umysłu
i osiągnął stabilność w mądrości i współczuciu. Dlatego więc uważam się
za człowieka uprzywilejowanego, bo od dziecka nauczano mnie medytacji i wychowywano w medytacyjnej atmosferze.
Kiedy skończyłem trzynaście lat, wysłano mnie do wspólnoty tybetańskiej
w północnoindyjskiej dolinie Kangra, gdzie miałem otrzymać formalne
wykształcenie buddyjskie. Uczyłem się tam praktykować medytację u kilkunastu mistrzów tej sztuki, wśród których byli jogini praktykujący w odosobnieniu. Miałem szczęście kontynuować nauki pod kierunkiem
niektórych z głównych mistrzów medytacji naszych czasów.
Buddyzmu zacząłem nauczać jako dwudziestoparolatek i od tego czasu
podróżuję po świecie, wpajając tajniki medytacji dziesiątkom tysięcy
uczniów na kilku kontynentach. Oczywiście wciąż sam się uczę i zgłębiam
też, co na temat ludzkiego umysłu mówi nauka. Uczestniczyłem w kilku
seminariach Mind & Life Institute, na których do naukowców
przemawiał Dalajlama, i nauczam medytacji na letnich kursach
organizowanych przez ten instytut dla doktorantów i uczestników stażu
postdoktoranckiego.
Od początku, kiedy zająłem się nauczaniem medytacji, wrodzona ciekawość
sprawiła, że zainteresowałem się szczególnie zachodnią psychologią,
dzisiejszym życiem i wyjątkowymi wyzwaniami, z jakimi przyszło się
mierzyć współczesnym ludziom. Bycie nauczycielem podróżującym oznacza,
że moje życie to ciągły ruch. W odróżnieniu od wielu znanych azjatyckich
nauczycieli medytacji wolę podróżować w pojedynkę i anonimowo, dzięki
czemu mogę przyglądać się ludziom i nawiązywać z nimi spontaniczne,
szczere rozmowy. Sporo czasu spędzam na lotniskach, często przemierzam
ulice miast na całym świecie i przesiaduję w kawiarniach jako, mówiąc
ogólnie, obserwator ludzi.
Od lat spotykam się z ekspertami z dziedziny psychologii, naukowcami,
przyjaciółmi i uczniami na całym świecie, starając się zrozumieć ich
umysłowość, ich zmagania i napięcia kulturowe. Paru cenionych
psychoterapeutów, między innymi Tara Bennett-Goleman i John Welwood,
obdarowali mnie podręcznikami. Z Tarą (żoną Daniela Golemana) wspólnie
zgłębialiśmy problemy natury psychologicznej, a zwłaszcza często
występujące dysfunkcyjne wzorce emocjonalne, takie jak poczucie
emocjonalnej deprywacji albo lęk przed opuszczeniem, o których Tara
pisze w książce Alchemia emocji i w innych tekstach. Dzięki Johnowi
Welwoodowi, specjaliście od terapii małżeńskiej i pisarzowi,
dowiedziałem się, czym są wzorce relacyjne, i poznałem koncepcję
"duchowego eskapizmu", czyli tendencji do wykorzystywania praktyk
duchowych, między innymi medytacji, w celu uniknięcia niezagojonych ran
natury psychologicznej oraz przytłaczających, męczących emocji. Mnóstwo
się też nauczyłem od swoich uczniów, z którymi rozmawiałem o ich życiu,
związkach i praktykach duchowych.
Z tych źródeł uczyłem się o zaburzeniach nerwicowych, wzorcach
nawykowych i emocjach zarówno swoich, jak i moich uczniów - to narzuciło
ton mojemu podejściu do nauczania, ponieważ wiele się dowiedziałem o wyzwaniach emocjonalnych i psychologicznych, z jakimi dziś się mierzymy.
Zauważyłem na przykład, że ludzie potrafią uciekać przed problemami
psychologicznymi poprzez oddawanie się praktykom duchowym, wyczułem też
ukrytą moc wzorców emocjonalnych i traum relacyjnych. Właśnie tego typu
spostrzeżenia ukształtowały instrukcje zawarte w tej książce.
Moja metoda nauczania wyrasta nie tylko z uwrażliwienia na współczesne
wyzwania w sferze emocjonalnej i psychologicznej, ale także z tego, że
wciąż pozostaję oddany możliwości transformacji i przebudzenia. Staram
się być wierny tradycyjnej, głębokiej mądrości, na której gruncie
wyrosłem, a zarazem iść z duchem czasu i wymyślać nowe rzeczy. Dlatego
stawiam na otwartość w bezpośrednich interakcjach z uczniami, a jednocześnie poświęcam uwagę ich wewnętrznym napięciom, traumom i zagubieniu.
Z początku uczyłem bardziej tradycyjnymi metodami, skupiając się na
teorii i podkreślając subtelne różnice na podstawie kanonicznych
tekstów. Większość moich uczniów była znakomicie wykształcona, dlatego
radzili sobie intelektualnie i byli dociekliwi. Myślałem wtedy: Oj,
ależ oni są bystrzy! Na pewno będą robić postępy. A jednak po jakichś
dziesięciu latach poczułem, że coś jest chyba nie tak. Uczniowie niby
"łapali to", a jednak lata mijały, a oni wciąż tkwili w tych samych
wzorcach emocjonalnych i nawykowych. To sprawiało, że nie byli w stanie
robić postępów w praktyce medytacyjnej.
Zacząłem powątpiewać, czy podejście tak bardzo cenione przez moją
tradycję przemawia do moich uczniów zgodnie z zamierzeniem. Głowiłem
się, dlaczego uczniowie na całym świecie rozumieją przekaz zawarty w nauczaniu, ale nie potrafią go urzeczywistnić i przejść głębokiej
przemiany.
Przypuszczałem, że kanały komunikacyjne w ich umysłach, emocjach i ciałach są albo zablokowane, albo nadmiernie obciążone, a tymczasem z tybetańskiego punktu widzenia wszystkie te kanały powinny być połączone
i całkowicie drożne. Widziałem, że moi uczniowie nie mogą połączyć w całość tego, co rozumieli intelektualnie, ponieważ nie dawali sobie rady
na poziomie ciała i uczuć. I w końcu dotarło do mnie, że powinienem
zmienić metodę nauczania medytacji.
Obecnie skupiam się przede wszystkim na uzdrawianiu i otwieraniu kanału
łączącego umysł ze światem uczuć, na przygotowywaniu całego jestestwa
ucznia. Techniki opisane w tej książce odzwierciedlają to nowe
podejście, które cyzelowałem przez lata. Mimo że zrodziły się z dziesięcioleci szkolenia się u wielkich mistrzów, z moich medytacji i doświadczeń w nauczaniu, to jednak nie są przeznaczone wyłącznie dla
wyznawców buddyzmu czy też poważnych adeptów sztuki medytacji. Wręcz
przeciwnie, zostały tak pomyślane, aby przydały się każdemu.
Nie są one też lekiem wyłącznie na zaburzenia nerwicowe - oferują
praktyczne metody radzenia sobie z wszelkiego typu stresującymi myślami
i emocjami, które wielokrotnie nami owładają. Oprócz strachu może być
wśród nich agresja, zazdrość, nieokiełznana żądza i wszelkie inne
przeszkody na drodze do wewnętrznego spokoju.
Uwielbiam dzielić się medytacją w sposób psychologicznie i emocjonalnie
istotny, praktyczny i przystępny dla ludzi, których pochwycił w swe
sidła dzisiejszy świat. Mamy bardzo niewiele czasu na pracę z naszymi
umysłami i sercami, dlatego liczę, że poniższe techniki przyniosą nam
wiele korzyści tu i teraz.
DAVID GOLEMAN
Dorastałem w kalifornijskim mieście Stockton położonym około półtorej
godziny jazdy od zatoki San Francisco. Wtedy była to tchnąca spokojem,
typowa amerykańska mieścina, jak z obrazów Normana Rockwella. Ostatnimi
czasy jednak Stockton dorobiło się zupełnie innej sławy: jest to
pierwsze miasto w USA, które zbankrutowało, przeprowadzany jest też w nim eksperyment polegający na tym, że jego zubożałym mieszkańcom wypłaca
się comiesięczną rentę. Jest to również wylęgarnia gangów.
Już we wczesnym dzieciństwie zauważyłem, że w domach moich kolegów nie
ma książek, podczas gdy w moim na półkach stały ich tysiące. Rodzice
byli wykładowcami akademickimi i cenili edukację jako najlepszą ścieżkę
do sukcesu w życiu. Tak jak oni przede mną - traktowałem szkołę poważnie
i pilnie się uczyłem.
Dostałem się na studia do college'u na Wschodnim Wybrzeżu, a stamtąd na
Harvard, gdzie studiowałem psychologię kliniczną. Na mojej ścieżce
edukacyjnej jednak znalazł się ostry zakręt, kiedy przed rozpoczęciem
studiów doktoranckich dostałem się do programu stypendialnego, dzięki
któremu spędziłem dwa lata w Indiach, studiując - jak wyjaśniłem moim
sponsorom - psychoetnologię czy też "azjatyckie modele umysłu". W rzeczywistości nie wiedzieć kiedy całą duszą oddałem się nauce
medytacji.
Medytować zacząłem już na początku studiów i w Indiach z entuzjazmem
brałem udział w dziesięciodniowych odosobnieniach medytacyjnych.
Odnalazłem stan wewnętrznego spokoju, a po powrocie do kraju nadal
praktykowałem. Przez te wszystkie lata poznałem wielu znakomitych
nauczycieli i dzisiaj uważam siebie za ucznia Tsoknyiego Rinpocze.
Rozprawa doktorska, którą pisałem na Uniwersytecie Harvarda, była
poświęcona medytacji jako technice radzenia sobie ze stresem i od tego
czasu uważnie śledziłem badania naukowe praktyki kontemplacyjnej.
Ścieżka kariery zawiodła mnie do dziennikarstwa naukowego, a ostatecznie
do redakcji "New York Timesa", gdzie pracowałem w dziale "Nauka". Moją
główną umiejętnością w tej dziedzinie nadal jest przeszukiwanie
doniesień publikowanych na łamach czasopism naukowych i przekładanie ich
na język zrozumiały i interesujący dla przeciętnego odbiorcy bez
specjalistycznego wykształcenia.
To wszystko z kolei sprawiło, że napisałem książkę o naukowych
odkryciach związanych z medytacją do spółki z przyjacielem jeszcze z czasów studenckich, Richardem Davidsonem, obecnie światowej sławy
specjalistą z dziedziny neuronauki związanym z University of Wisconsin.
Nasza książka Trwała przemiana. Co nauka mówi o tym, jak medytacja
zmienia twoje ciało i umysł czerpie z najpoważniejszych badań nad
praktyką medytacyjną. Jako jej współautor powróciłem do tej krynicy
nauki kontemplacyjnej, dokonując przeglądu odkryć naukowych
przemawiających za technikami, którymi Tsoknyi Rinpocze dzieli się w każdym rozdziale.
Co może dać ci ta książka
Praktyka uważności (mindfulness) zdobyła już sporą popularność w naszych miejscach pracy, szkołach, centrach jogi, ośrodkach medycznych i wciąż zagarnia nowe terytoria, wnikając do najrozmaitszych enklaw
społeczeństwa Zachodu. O ile ta odskocznia od życiowych trosk z oczywistych powodów przemawia do wielu ludzi, o tyle należy pamiętać, że
uważność to tylko jedno z wielu narzędzi przydatnych do bardziej
rozwiniętej praktyki medytacji. Ścieżka praktyki, którą omawiamy
szczegółowo w tej książce, obejmuje podstawy uważności, ale także
wychodzi daleko poza jej ramy. Kiedy już rozpoczniesz praktykowanie
uważności, powiemy ci, co robić dalej - a także co robić na samym
początku, aby rozbroić głęboko zakorzenione nawyki emocjonalne, które do
tej pory często tobą sterowały.
Niniejsza książka pomoże ci poradzić sobie z problemami, z jakimi w naszym nowoczesnym życiu mierzymy się dzisiaj wszyscy - mówię nie tylko
o wszechobecnych telefonach i coraz bardziej przepełnionych rozkładach
dnia, ale także o zalewie destrukcyjnych myśli, jak choćby zwątpienie w siebie i cynizm, oraz o utrudniających życie nawykach emocjonalnych, na
przykład o dokuczliwej skłonności do samokrytyki. Początkowe rozdziały
pomogą czytelnikowi uporać się z dwoma problemami, na które skarży się
większość zaczynających swoją przygodę z medytacją: 1) Mój umysł
szaleje, nie potrafię się uspokoić i 2) Moje najbardziej niepokojące
myśli stale wracają. Starając się dostosować swoje nauczanie w taki
sposób, aby przyniosło efekty pomimo tych dwóch przeszkód, Tsoknyi
Rinpocze zaczyna od "zrzucania" (ang. dropping) polegającego na tym,
że medytujący przebija się przez uparty strumień myśli, oraz "podawania
ręki", kiedy to medytujący uczy się zaprzyjaźniać z nękającymi go
wzorcami umysłowymi.
Te praktyki - zazwyczaj brakuje ich w standardowym nauczaniu uważności -
są bezcenne. Wielu rozpoczynających trening uważności zarzuca tę metodę,
bo mimo starań nie potrafią sobie poradzić z natłokiem nieprzyjemnych,
irytujących myśli. Ta książka opowiada o tym, jak traktować takie myśli
z miłością i akceptacją.
Dzielimy się tutaj także kilkoma nowymi metodami. Są już znane uczniom
Rinpocze, ale nie szerszemu odbiorcy.
Ta książka jest dla ciebie, jeśli:
zastanawiasz się, czy zacząć medytować, ale nie masz pewności, czy
powinieneś to robić albo od czego zacząć;
jeśli medytujesz, ale nie bardzo wiesz, dlaczego to robisz, albo jak
praktykować dalej, żeby zrobić postępy;
jeśli już się przekonałeś do uprawiania medytacji i teraz pragniesz
zachęcić do tego osobę, na której ci zależy, poprzez ofiarowanie jej
tej książki.
2
RZUĆ TO!
Po co się przejmować, jeżeli nie możesz czegoś zmienić?
I po co się
przejmować, jeśli możesz coś zmienić?
PORZEKADŁO TYBETAŃSKIE
TSOKNYI RINPOCZE: WYKŁADNIA
W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy
dorastałem, tempo życia w Nepalu i Indiach północnych nie było
szczególnie szybkie. Większość ludzi uważała siebie za przykutych do
miejsca. Mieliśmy rozluźnione ciała i zasiadaliśmy do herbaty, kiedy nam
się podobało. Uśmiechaliśmy się bez przymusu. Oczywiście mierzyliśmy się
z licznymi wyzwaniami, takimi jak ubóstwo i brak możliwości, ale w tym
krajobrazie miejsca na stres i pośpiech raczej nie było.
A jednak także te kraje się rozwijały i tempo życia powoli się
rozpędzało. Na drogach przybywało samochodów, mnożyły się miejsca pracy
podporządkowane wyznaczonym terminom i oczekiwaniom. Wielu ludzi
zobaczyło, na czym polega życie klasy średniej, i pragnęło doświadczyć
tego chociaż trochę. A ja zauważyłem, że zaczynają mieć objawy stresu,
fizycznego i umysłowego. Byli niespokojni, kolana podskakiwały im
nerwowo pod stołem. Mieli też rozbiegane spojrzenia i uśmiechali się z lekkim przymusem.
Sam odczułem to na własnej skórze, kiedy zacząłem pracować nad różnymi
skomplikowanymi projektami. Na przykład zainicjowałem wieloletni program
konserwacji tekstów moich przodków, a tymczasem moje biuro znajdowało
się po drugiej stronie miasta. Budziłem się i byłem tam już myślami, a mój świat uczuć bombardował mnie rozkazami: Idź, no idź! Raz przejedź
szczoteczką po zębach i wypluj, co tam masz! Wsadź od razu całe
śniadanie do ust, przeżuj raz i połknij! Nie masz na to wszystko czasu!
Po drodze do biura ruch samochodowy na ulicach Katmandu był niemalże nie
do zniesienia. Trzymaj nogę na gazie! Nie przejmuj się, że możesz
spowodować kraksę - to nie ma znaczenia! Jedź do biura i na nic się nie
oglądaj! Gdy zajeżdżałem na miejsce, czułem się już wypalony.
Pospiesznie się z wszystkimi witałem, nie zwalniając i nie tracąc czasu
na zbędne ruchy. Chciałem czym prędzej się stamtąd wydostać.
Wymykałem się, a potem szedłem dokądś, byle gdzie - na przykład do
kawiarni. Siedziałem tam, nie mając nic szczególnego do roboty, i próbowałem się wyciszyć, ale nadal czułem się roztrzęsiony. Miałem
wrażenie, że cały jestem wielką brzęczącą kluchą - z niewiadomych
przyczyn moje ciało, uczucia i umysł były opanowane przez stres.
Któregoś dnia jednak postanowiłem wziąć się w garść. Zacząłem szanować
ograniczenia prędkości właściwe mojemu ciału, zamiast podporządkowywać
się nachalnej, wypaczonej energii pośpiechu. Powiedziałem sobie: Będę
robić wszystko normalnie, we właściwym tempie. Będę dojeżdżał do biura w swoim czasie. Nie pozwolę, żeby ten wewnętrzny niepokój mnie poganiał.
Rankami krzątałem się teraz rozluźniony, poruszając się w dogodnym dla
mnie tempie. Przed wstaniem przeciągałem się w łóżku. Starannie,
niespiesznie myłem zęby. Kiedy energia pośpiechu usiłowała mnie poganiać
- Pospiesz się, natychmiast ruszaj w drogę! Złap coś na śniadanie i zjedz to w samochodzie! - po prostu tego nie słuchałem.
Szanowałem limit prędkości mojego ciała. Zasiadłszy do śniadania,
przeżuwałem jak należy, smakując posiłek. Do biura jechałem z prawidłową
prędkością, bez poczucia, że muszę pędzić na łeb na szyję. Ta jazda
sprawiała mi nawet przyjemność. Za każdym razem, kiedy energia pośpiechu
kazała mi jechać prędzej - No jedź tam już - uśmiechałem się i kręciłem głową. Ostatecznie docierałem niemalże o tej samej porze co
wcześniej.
Kiedy wchodziłem do biura, czułem się świeży i odprężony, a znajome
wnętrza sprawiały wrażenie jak nigdy spokojnych i pięknych. Siadałem i piłem herbatę z moim zespołem, patrząc każdemu w oczy, i prawdziwie
rozgaszczałem się w pracy. Nie czułem pragnienia, by wyjść.
Ugruntowanie
Chciałbym zacząć od podstaw. W mojej tradycji lubimy budowanie różnych
obiektów - świątyń, klasztorów, monastyrów, stup. Być może to w ramach
kompensacji naszej nomadycznej przeszłości. W każdym razie w naszych
metaforach często pojawiają się budowle. I wiemy, jak każdy budowniczy,
że ważne są solidne fundamenty. W medytacji także ważne są zdrowe,
solidne fundamenty, by móc zacząć.
Surowcem są nasze ciała, umysły i uczucia. Pracujemy z naszymi myślami i emocjami - z naszym szczęściem i smutkiem, z tym, co sprawia nam
trudność i z czym się zmagamy. W wypadku medytacji solidne fundamenty
oznaczają, że jesteśmy obecni, połączeni, ugruntowani w ciele. W dzisiejszych czasach z wielu powodów może to być dość trudne. Dlatego
lubię rozpoczynać własną praktykę, a także praktykę moich uczniów od
ćwiczenia ugruntowującego, polegającego na znajdowaniu ciała, osiadaniu
w ciele i łączeniu się z ciałem. Nasze myślące umysły pracują, jak się
zdaje, bez chwili przerwy, co często sprawia, że czujemy się
zdenerwowani, zmęczeni i nieugruntowani. Dzięki tej metodzie przebijamy
się przez wirujące myśli, ściągamy świadomość do ciała i przez jakiś
czas po prostu jesteśmy tutaj. Na nowo łączymy nasze umysły z ciałami,
odnajdując w ten sposób nasz grunt.
Technika z rzucaniem
Pierwsza technika, jaką chciałbym się podzielić, czyli rzucanie (ang.
dropping), służy zerwaniu z nawykiem więźnięcia w naszych myślących
umysłach - z zamyślaniem się - połączonemu ze zrywaniem kontaktu z naszymi ciałami. Rzucanie to jeszcze nie medytacja, tylko raczej sposób
na to, by w danej chwili móc przebić się przez rodzący napięcie strumień
myśli, trosk i pośpiechu. Pozwala nam to osiąść w bieżącej chwili, w ugruntowaniu i ucieleśnieniu. I to nas przygotowuje do medytacji.
Rzucanie polega na robieniu trzech rzeczy w tym samym czasie:
Podnosisz ręce i swobodnym ruchem opuszczasz je na uda.
Robisz długi, głośny wydech.
Odrywasz świadomość od myślenia i rzucasz ją w to, co czuje twoje
ciało.
Pozostań w spoczynku, świadom swojego ciała, bez żadnego szczególnego
postanowienia. Poczuj swoje ciało i wszystkie jego doznania: przyjemne
albo nieprzyjemne, ciepło albo chłód, ucisk, mrowienie, ból, rozkosz -
wszystko, co trafia do twojej świadomości. Nieważne, co to za uczucia.
Jeśli nic nie czujesz, to też dobrze - w takim razie trwaj w odrętwieniu.
A zatem w skrócie: rzucasz, a potem spoczywasz i rozluźniasz się. Po
prostu chcesz, by świadomość ugruntowała się w ciele. Nie szukasz
jakiegoś szczególnego stanu lub szczególnego uczucia. Tego nie da się
zrobić źle, bo uczucia i doznania nie są dobre albo złe; one po prostu
są. A jako że mamy ten silny nawyk umysłowy polegający na wskakiwaniu do
głowy i traceniu łączności z ugruntowanym ciałem, możesz próbować
rzucania kolejny raz i następny, tyle razy, ile potrzebujesz, aby
przerwać strumień myśli.
Spróbuj to robić przez pięć minut: opuść ręce, zrób głęboki wydech i rzuć myślący umysł w doznawanie swego ciała. Trwaj tak przez chwilę i potem znowu rzuć. Powtarzaj to w razie potrzeby kilkukrotnie.
Rozluźnij się wewnętrznie. Udziel sobie pozwolenia na nicnierobienie. Z początku będzie ci się to wydawało czymś obcym, ale dzięki wprawie
stanie się bardziej naturalne.
Kiedy świadomość umości się w twoim ciele, zwróć uwagę na jego
stabilność, na jego naturalne uziemienie, na ciężkość i bezruch. Zwróć
uwagę na miejsce kontaktu z podłogą albo krzesłem. Pozwól sobie poczuć
prosty spokój istnienia: to tylko twoje ciało, zakotwiczony w tym
miejscu zbiornik tkanek, nerwów i kości, który tu siedzi, nic przez
jakiś czas nie robiąc.
Nauka rozluźniania się
Rozluźnianie się jest zabawne. Wszyscy chcemy osiągać ten stan, a jednak
jest to zaskakująco trudne. Na ogół myślimy o rozluźnianiu się jako o przeciwieństwie czujności. Bycie czujnym i świadomym to nasz "tryb
czuwania", podczas którego robimy różne rzeczy, natomiast rozluźnianie
się to sposób wyłączenia się i przygaszenia naszych układów.
Kiedy myślimy o rozluźnianiu się, prawdopodobnie wyobraźnia podsuwa nam
obraz, jak padamy na kanapę z pilotem i przestajemy myśleć. Taki
odprężający stan otępienia przynosi nam tymczasową ulgę, ale nie pomaga
w pozbyciu się przyczyny stresu. Stres pozostaje pod powierzchnią i ostatecznie wcale nie czujemy się tak odświeżeni, jak na to liczyliśmy.
Rzucanie to po prostu inne podejście do rozluźniania się, które w tym
wypadku jest głębsze, wewnętrzne i powiązane z naszymi ciałami i uczuciami, zamiast próby uciekania od nich i relaksowania się gdzie
indziej. Zamiast kultywować stan otępienia, traktując je jako antidotum
na stres, uczymy się rozluźniać świadomie i niwelować główną przyczynę
stanu rozchwiania związanego z tym, że żyjemy zagubieni w swoich
myślach.
Dla wielu początkujących w dziedzinie medytacji niepokojące myśli
potrafią sprawiać wrażenie przeszkód nie do pokonania - często słyszymy
od nich jakąś wersję stwierdzenia: "Nie jestem w stanie zapanować nad
swoim umysłem. Nie dam rady tego zrobić!". Celem rzucania jest właśnie
ta bolączka - że nasze myśli nieprzerwanie nas nękają i że potrafią
zaciążyć nad praktykowaniem medytacji.
Dzięki tej technice oczyszczamy umysł z myśli, choćby tylko na kilka
chwil, tak że możemy rozpocząć ćwiczenie od nowa już w miejscu
ugruntowanym i ucieleśnionym. Rzucanie przerywa tworzący napięcie
strumień myśli, troski i pośpiechu i przygotowuje nas do kolejnych
ćwiczeń medytacyjnych, dlatego rozpoczynamy od niego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki