Dlaczego social media są takie głupie. Miejsce, w którym wszyscy udają życie, którego nie mają - Max Paradox

Kup ebooka

29.99 zł

-
Proszę czekać

SPIS TREŚCI

INTRO 4

Rozdział 1 - Kto właściwie wpadł na pomysł, żeby życie zamienić w treść 11

Rozdział 2 - Algorytm, który wie, co chcesz zobaczyć, zanim sam to wiesz 21

Rozdział 3 - Ludzie, którzy zawodowo mają ciekawe życie 33

Rozdział 4 - Ludzie, których znamy, choć nigdy z nimi nie rozmawialiśmy 39

Rozdział 5 - Dlaczego wszyscy inni mają lepsze życie 45

Rozdział 6 - Gdzie w social mediach zniknęła nuda 51

Rozdział 7 - Dlaczego wszystko musi być interesujące 58

Rozdział 8 - Liczby, które decydują o tym, czy twoje życie jest interesujące 64

Rozdział 9 - Kiedy liczby zaczynają pisać twoją historię 70

Rozdział 10 - Dlaczego wszystko wygląda trochę lepiej niż naprawdę 76

Rozdział 11 - Czy robimy rzeczy, żeby je przeżyć, czy żeby je pokazać 81

Rozdział 12 - Gdzie właściwie kończy się prywatność 86

Rozdział 13 - Jak zwykła rzecz nagle widzi cały internet 92

Rozdział 14 - Życie na scenie, której nikt nie widzi 97

Rozdział 15 - Chwile, których internet nigdy nie zobaczy 102

Rozdział 16 - Dlaczego tak łatwo zapomnieć, że oglądamy tylko fragmenty 107

Rozdział 17 - Dlaczego tak trudno przestać przewijać 112

Rozdział 18 - Dlaczego kilka sekund potrafi być ciekawsze niż godzina 118

Rozdział 19 - Dlaczego pamiętamy tak niewiele z tego, co właśnie obejrzeliśmy 123

Rozdział 20 - Dlaczego wracamy po więcej, choć wiemy, że większość zaraz zapomnimy 128

Rozdział 21 - Dlaczego internet sprawia, że dzień wygląda krótszy 133

Rozdział 22 - Dlaczego rzeczywistość czasem wydaje się wolniejsza niż internet 138

Rozdział 23 - Dlaczego zaczynamy patrzeć na życie jak na serię postów 143

Rozdział 24 - Kto właściwie jest publicznością naszego życia 148

Rozdział 25 - Dlaczego w ogóle opowiadamy o swoim życiu 153

Rozdział 26 - Czy internet jest rozmową, czy raczej sceną 158

Rozdział 27 - Czy wszyscy żyjemy w tym samym internecie 162

Rozdział 28 - Czy istnieją jeszcze rzeczy, które widzi cały internet 166

Rozdział 29 - Kto właściwie decyduje, co zobaczy internet 170

Rozdział 30 - Czy w świecie social mediów istnieją jeszcze prywatne chwile 175

Rozdział 31 - Dlaczego internet czasami wygląda jak cały świat 179

Rozdział 32 - Dlaczego małe momenty potrafią wyglądać jak wielkie wydarzenia 183

Rozdział 33 - Dlaczego nikt nigdy nie zobaczy większości internetu 188

Rozdział 34 - Dlaczego chcemy zostawić swój ślad w internecie 192

Rozdział 35 - Historia, która nigdy się nie kończy 196

INTRO

Jest poniedziałek rano. Człowiek siedzi przy kawie, jeszcze nie do końca obecny w rzeczywistości, i robi to, co robi dziś prawie każdy: sięga po telefon. Nie po to, żeby do kogoś zadzwonić. Nie po to, żeby sprawdzić wiadomość od konkretnej osoby. Sięga po telefon, żeby zobaczyć... co wydarzyło się w życiu ludzi, których w większości nigdy nie spotkał.

Pierwszy obrazek to ktoś biegnący o świcie w idealnie czystych butach do biegania. Drugi to ktoś siedzący przy perfekcyjnie nakrytym stole, na którym leży śniadanie wyglądające jak reklama hotelu w Szwajcarii. Trzeci obrazek przedstawia kogoś, kto właśnie ogłasza, że "jest ogromnie wdzięczny za tę drogę". Czwarty pokazuje zdjęcie z wakacji, które wygląda tak, jakby zostało zrobione pięć minut przed końcem świata, tylko że z bardzo dobrym światłem.

I przez chwilę wszystko wydaje się normalne.

Bo tak wygląda internet. Tak wygląda życie na ekranie. Tak wygląda rzeczywistość, która istnieje równolegle do tej prawdziwej, ale jest od niej zdecydowanie bardziej uprzejma, bardziej symetryczna i zdecydowanie lepiej doświetlona.

Dopiero po chwili pojawia się pytanie, które jest nieprzyjemne, ale nie daje się łatwo odepchnąć: dlaczego właściwie to wszystko istnieje.

Nie chodzi o technologię. Technologia jest zrozumiała. Ludzkość od dawna buduje narzędzia, które pozwalają komunikować się szybciej, i głośniej. Kiedyś był list, potem telefon, potem e-mail. Każdy kolejny krok był po prostu usprawnieniem poprzedniego.

Social media są czymś zupełnie innym.

To jest pierwsza w historii technologia komunikacji, której głównym produktem nie jest informacja, tylko wrażenie życia. Nie chodzi o to, żeby coś przekazać. Chodzi o to, żeby wyglądało, że coś się wydarzyło.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się absurd.

Bo jeśli ktoś przygląda się temu systemowi przez chwilę z boku, zauważa coś dziwnego: większość ludzi w social mediach nie pokazuje swojego życia. Oni pokazują jego wersję, którą sami chcieliby zobaczyć.

To jest bardzo subtelna różnica.

Wyobraźmy sobie człowieka, który siedzi w domu w dresie, je makaron z pudełka i ogląda serial, który widział już trzy razy. To jest jego rzeczywistość. Ale jeśli ten sam człowiek publikuje zdjęcie w internecie, nagle okazuje się, że jego życie składa się z podróży, inspiracji, refleksji i kawy w miejscach, w których nikt nigdy nie widział rachunku.

To nie jest kłamstwo w klasycznym sensie.

To jest coś znacznie bardziej eleganckiego.

To jest selekcja rzeczywistości.

Social media są miejscem, w którym każdy człowiek staje się jednocześnie bohaterem swojego życia i jego działem marketingu. I jak każdy dział marketingu na świecie, ten też nie zajmuje się pokazywaniem wszystkiego. On zajmuje się pokazywaniem tego, co dobrze wygląda.

Reszta znika.

Nie zobaczymy momentu, kiedy ktoś piętnaście minut próbuje zrobić jedno zdjęcie kawy, żeby wyglądała "naturalnie". Nie zobaczymy chwili, w której ktoś kasuje zdjęcie, bo wygląda na nim zbyt normalnie. Nie zobaczymy momentu, w którym ktoś zastanawia się przez dziesięć minut, czy napis "poniedziałek" brzmi bardziej autentycznie niż "nowy tydzień, nowe możliwości".

Ale zobaczymy efekt końcowy.

I efekt końcowy jest zawsze imponujący.

To właśnie dlatego social media są jednym z najdziwniejszych miejsc, jakie stworzyła ludzkość. To jest ogromna globalna scena, na której miliardy ludzi jednocześnie grają rolę samych siebie. Tyle że nieco lepszych. Nieco bardziej interesujących. Nieco bardziej poukładanych.

Trochę jak w teatrze.

Z tą różnicą, że w teatrze wszyscy wiedzą, że to jest przedstawienie.

W social mediach większość ludzi zachowuje się tak, jakby to była dokumentacja rzeczywistości.

To jest pierwszy poziom absurdu.

Drugi poziom zaczyna się wtedy, kiedy zauważymy, że widzowie tego spektaklu również są aktorami w innych spektaklach. Każdy ogląda życie innych ludzi, a potem wraca do swojego profilu i publikuje własną wersję wydarzeń.

Powstaje system, w którym wszyscy jednocześnie patrzą i są oglądani.

I nikt nie wie, gdzie kończy się obserwowanie, a zaczyna występowanie.

Czasami wystarczy jedno zdanie, żeby zrozumieć skalę tego zjawiska: ludzie robią zdjęcia rzeczy, które robią tylko po to, żeby zrobić zdjęcie.

To jest moment, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że coś tu poszło bardzo dziwnie.

Bo jeśli ktoś jedzie na wakacje, żeby odpocząć, to wszystko jest jasne. Jeśli ktoś jedzie na wakacje, żeby zobaczyć nowe miejsce, też jest w porządku. Ale jeśli ktoś jedzie na wakacje głównie po to, żeby opublikować zdjęcia z wakacji, wtedy nagle okazuje się, że rzeczywistość stała się dekoracją dla internetu.

Internet przestał być dodatkiem do życia.

Życie stało się dodatkiem do internetu.

I właśnie dlatego social media są tak fascynujące z perspektywy obserwatora, który udaje, że widzi to wszystko po raz pierwszy. Bo gdyby ktoś naprawdę przybył z zewnątrz i zobaczył, jak funkcjonuje ten system, prawdopodobnie miałby kilka bardzo konkretnych pytań.

Na przykład: dlaczego ludzie publikują zdjęcia jedzenia, zanim je zjedzą.

Albo: dlaczego ktoś, kto spędza wieczór z przyjaciółmi, nagle przestaje rozmawiać, żeby udokumentować, że rozmawia z przyjaciółmi.

Albo jeszcze dziwniejsze pytanie: dlaczego liczba małych ikon w telefonie potrafi zmienić czyjś dzień z przeciętnego w doskonały.

Social media są pełne rytuałów, które dla uczestników są zupełnie naturalne, ale dla obserwatora z boku wyglądają jak bardzo skomplikowany system symboli i gestów. Są polubienia, które oznaczają aprobatę. Są komentarze, które oznaczają obecność. Są reakcje, które oznaczają emocje.

A wszystko to dzieje się w świecie, w którym nikt nikogo nie słyszy.

To jest komunikacja bez głosu, bez spojrzenia i bez ciszy między zdaniami. Wszystko jest zapisane, policzone i natychmiast ocenione przez algorytmy, które decydują, czy twoje życie jest dziś wystarczająco interesujące, żeby pokazać je innym.

I to właśnie jest moment, w którym pojawia się najciekawszy paradoks.

Bo social media powstały jako narzędzie do łączenia ludzi. Miały sprawić, że świat stanie się bliższy, bardziej dostępny i bardziej rozmowny. W praktyce stworzyły środowisko, w którym każdy może zobaczyć życie tysięcy innych osób, ale bardzo rzadko naprawdę z kimkolwiek rozmawia.

To jest trochę tak, jakby ludzkość zbudowała gigantyczną kawiarnię, w której wszyscy siedzą przy stolikach, patrzą na siebie i publikują zdjęcia kawy. I nikt nie jest do końca pewien, czy rozmowa jest jeszcze częścią tej umowy.

Jedno z najbardziej trafnych zdań, jakie można powiedzieć o social mediach, brzmi bardzo prosto:

"Internet jest jedynym miejscem na świecie, w którym ludzie potrafią poczuć się samotni, będąc jednocześnie otoczonymi przez tysiące innych ludzi."

Drugie zdanie jest jeszcze bardziej niepokojące:

"Jeśli twoje życie jest naprawdę dobre, nie masz czasu, żeby je publikować."

Te dwa zdania pojawiają się w tej książce nie dlatego, że są moralizujące. Pojawiają się dlatego, że są bardzo niewygodne. A niewygodne obserwacje mają jedną niezwykłą cechę: kiedy już się je zobaczy, trudno je odzobaczyć.

Ta książka nie próbuje nikogo przekonać, żeby usunął swoje konto.

Nie próbuje nikogo wychowywać.

Nie próbuje nawet udawać, że istnieje jakaś wielka odpowiedź na pytanie, co z tym wszystkim zrobić.

Ta książka robi coś znacznie prostszego.

Przygląda się temu systemowi tak, jakby był nowo odkrytą cywilizacją.

Z jej rytuałami. Z jej hierarchiami. Z jej dziwną ekonomią uwagi, w której zdjęcie kanapki potrafi mieć większy zasięg niż rozmowa z przyjacielem. Z jej bohaterami, którzy istnieją tylko dlatego, że miliony ludzi codziennie otwierają aplikację z czystej ciekawości.

I z jej uczestnikami, którzy bardzo często mają wrażenie, że coś tu jest trochę absurdalne, ale mimo to codziennie wracają, żeby zobaczyć, co nowego wydarzyło się w życiu ludzi, których nie znają.

Bo social media mają jedną niezwykle sprytną właściwość.

Są jednocześnie śmieszne i wciągające.

Są jednocześnie absurdalne i znajome.

I właśnie dlatego tak trudno przestać w nie patrzeć.

A kiedy człowiek zaczyna naprawdę się im przyglądać, odkrywa, że największy absurd wcale nie polega na influencerach, algorytmach ani filtrach.

Największy absurd polega na tym, że wszyscy jesteśmy tam trochę z własnej woli.

A kiedy już to zauważysz, zaczynasz dostrzegać kolejną dziwną rzecz.

Bo jeśli social media są sceną, to ktoś musi pisać scenariusz.

I w następnym rozdziale spróbujemy ustalić, kto właściwie wpadł na pomysł, żeby życie zamienić w treść.

Rozdział 1 - Kto właściwie wpadł na pomysł, żeby życie zamienić w treść

Jest wczesny wieczór w restauracji, która wygląda tak, jakby została zaprojektowana głównie z myślą o zdjęciach. Światło jest miękkie, ściany mają kolor bardzo fotogenicznego beżu, a stoliki ustawione są w taki sposób, żeby każdy mógł zrobić zdjęcie jedzenia pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Przy jednym z tych stolików siedzą cztery osoby, które przyszły tu spędzić razem czas, ale przez pierwsze siedem minut nikt właściwie nie je. Jedna osoba przesuwa talerz bliżej światła, druga poprawia serwetkę, trzecia mówi "poczekaj, jeszcze jedno". Czwarta patrzy na to wszystko z miną człowieka, który już wie, że jego makaron wystygnie, zanim stanie się oficjalną treścią internetu.

To jest moment, w którym warto się zatrzymać i zadać pytanie, które wydaje się banalne, ale w rzeczywistości jest dość dziwne: kiedy dokładnie życie zaczęło potrzebować publiczności. Przez większość historii ludzkości ludzie robili rzeczy głównie dlatego, że chcieli je zrobić. Jedli kolację, bo byli głodni. Spotykali się z przyjaciółmi, bo chcieli z nimi porozmawiać. Jechali w góry, bo chcieli zobaczyć góry. Nikt nie myślał wtedy o tym, czy moment ten będzie wyglądał dobrze na ekranie telefonu trzymanego w dłoni.

Dziś bardzo często pojawia się dodatkowa warstwa rzeczywistości, która działa trochę jak cichy narrator stojący z boku każdej sytuacji. Ten narrator nie pyta, czy coś jest przyjemne, ciekawe albo ważne. On pyta coś zupełnie innego: czy to się dobrze opublikuje. I kiedy tylko człowiek zaczyna zwracać uwagę na tę warstwę, nagle odkrywa, że bardzo wiele codziennych zachowań zaczyna wyglądać jak przygotowanie materiału dla niewidzialnej publiczności.

To prowadzi do pierwszego fundamentalnego odkrycia tej epoki: życie w internecie nie jest spontaniczne. Ono jest produkowane. Ludzie robią zdjęcia, nagrywają krótkie filmy, piszą opisy, wybierają moment publikacji, a potem obserwują reakcje tak, jakby sprawdzali wyniki eksperymentu społecznego. W pewnym sensie każdy użytkownik social mediów jest jednocześnie bohaterem swojego życia i jego redaktorem naczelnym. I jak każdy redaktor, ma jedno bardzo konkretne zadanie: sprawić, żeby historia była ciekawa.

Problem polega na tym, że prawdziwe życie rzadko jest tak dramatyczne, jak historia, którą chciałoby się opublikować. Większość życia składa się z rzeczy zupełnie zwyczajnych: pracy, powrotów do domu, drobnych rozmów, czekania w kolejce i jedzenia kanapki nad zlewem. To nie są momenty, które algorytmy szczególnie lubią. Algorytmy wolą coś bardziej dynamicznego, trochę bardziej niezwykłego, trochę bardziej spektakularnego.

I właśnie tutaj zaczyna się subtelna zmiana w sposobie, w jaki ludzie patrzą na swoje własne doświadczenia. Zamiast pytać "czy to jest dla mnie przyjemne", zaczynają pytać "czy to jest interesujące". Zamiast zastanawiać się "czy chcę tu być", zaczynają myśleć "czy warto to pokazać". Nagle bardzo wiele rzeczy zaczyna istnieć jednocześnie w dwóch wersjach: w tej realnej i w tej publikowalnej.

"Jeśli coś wydarzyło się naprawdę, ale nikt tego nie opublikował, internet zaczyna podejrzewać, że to w ogóle się nie wydarzyło."

To zdanie brzmi trochę jak żart, ale kiedy człowiek zaczyna obserwować zachowania w sieci, okazuje się zaskakująco trafne. Wyjazd bez zdjęć wygląda podejrzanie. Kolacja bez relacji wydaje się niekompletna. Sukces, którego nie ogłoszono publicznie, sprawia wrażenie nie do końca oficjalnego.

W tym sensie social media stworzyły nową walutę rzeczywistości: widzialność.

Widzialność działa w bardzo prosty sposób. Coś istnieje publicznie tylko wtedy, kiedy zostało zobaczone. A żeby zostało zobaczone, musi zostać opublikowane. I kiedy ten mechanizm zaczyna działać przez lata, bardzo łatwo pomylić dwie rzeczy: przeżywanie życia i dokumentowanie życia.

To nie jest spisek ani wielki plan. To raczej bardzo naturalna konsekwencja środowiska, które nagradza widzialność. Jeśli opublikujesz coś, co przyciąga uwagę, dostajesz reakcje. Reakcje są przyjemne. Są małe, kolorowe, policzalne. I choć każdy wie, że nie są najważniejszą rzeczą na świecie, to jednak działają na ludzką psychikę z niezwykłą skutecznością.

"Social media to jedyne miejsce na świecie, gdzie można zmierzyć popularność własnego śniadania."

Brzmi absurdalnie, ale jednocześnie jest to opis bardzo precyzyjny. Ludzie publikują momenty swojego dnia, a potem obserwują liczby, które pojawiają się pod tymi momentami. Polubienia, komentarze, udostępnienia. Każda z tych liczb jest drobnym sygnałem: ktoś to zobaczył. Ktoś na to zareagował. Ktoś na chwilę zwrócił uwagę.

A uwaga jest dziś jedną z najcenniejszych rzeczy na świecie.

Dlatego social media nie są tylko miejscem, gdzie ludzie publikują zdjęcia. To jest ogromny system dystrybucji uwagi. Miliony użytkowników codziennie rywalizują o kilka sekund czyjejś koncentracji. I w tej rywalizacji bardzo szybko uczą się, co działa, a co nie.

Na przykład odkrywają, że zwykłe zdjęcie kawy jest w porządku, ale kawa w pięknej filiżance przy oknie wygląda znacznie lepiej. Odkrywają, że spontaniczne zdjęcie z wakacji jest dobre, ale zdjęcie zrobione o zachodzie słońca ma większe szanse na sukces. Odkrywają też, że pewne rzeczy przyciągają uwagę bardziej niż inne: podróże, sukcesy, metamorfozy, momenty "inspirujące".

I tak powoli powstaje nieformalny podręcznik życia publikowalnego.

- Rzeczy zwyczajne są akceptowalne tylko wtedy, kiedy wyglądają niezwyczajnie.

- Moment spontaniczny można opublikować, ale dopiero po lekkiej korekcie światła i kadru.

- Życie może być chaotyczne, ale publikacja powinna sprawiać wrażenie przemyślanej.

- Im bardziej coś wygląda na naturalne, tym więcej pracy zwykle kosztowało.

To nie jest oficjalny regulamin żadnej platformy. To jest raczej zestaw zasad, które użytkownicy odkrywają intuicyjnie. Uczą się ich przez obserwację, przez eksperymenty i przez drobne porażki publikacyjne, które zdarzają się każdemu.

Bo każdy, kto spędził trochę czasu w social mediach, zna ten moment, kiedy publikuje coś, co wydaje się świetne, a potem patrzy na reakcje i odkrywa, że internet nie jest szczególnie zainteresowany.

I wtedy pojawia się bardzo ludzkie pytanie: dlaczego.

To pytanie prowadzi do kolejnej interesującej obserwacji. Social media działają trochę jak ogromny system szkoleniowy, w którym ludzie uczą się, jak prezentować siebie w sposób atrakcyjny dla publiczności. Nie ma tu wykładów ani instrukcji, ale są sygnały zwrotne. Każde polubienie jest małym potwierdzeniem. Każdy brak reakcji jest cichą sugestią, że może następnym razem warto spróbować czegoś innego.

Po kilku latach korzystania z takich systemów człowiek zaczyna zauważać, że jego życie powoli dostosowuje się do logiki publikacji. Nie w dramatyczny sposób, raczej bardzo subtelnie. Trochę więcej uwagi przy wyborze miejsca na kolację. Trochę więcej zastanowienia przy planowaniu wyjazdu. Trochę więcej świadomości tego, jak coś będzie wyglądało na ekranie.

W pewnym momencie pojawia się nawet ciekawy paradoks.

Czasami coś jest przyjemne właśnie dlatego, że dobrze wygląda w internecie.

To jest niezwykle sprytna konstrukcja psychologiczna. Bo jeśli coś jednocześnie sprawia przyjemność w realnym świecie i wygląda dobrze w cyfrowym świecie, staje się podwójnie atrakcyjne. A jeśli coś jest przyjemne, ale zupełnie niepublikowalne, nagle wydaje się trochę mniej ekscytujące.

Dlatego bardzo wiele miejsc na świecie zaczęło zmieniać swój wygląd.

Restauracje mają ściany stworzone do zdjęć. Kawiarnie mają specjalne stoliki przy oknach. Hotele projektują lobby, które wygląda dobrze na filmach nagrywanych telefonem. Nawet niektóre muzea zaczynają przypominać scen nawet niektóre muzea zaczynają przypominać scenografie przygotowane bardziej dla aparatu niż dla oka zwiedzającego. W pewnym momencie ktoś odkrył bowiem bardzo prostą prawdę: jeśli ludzie robią zdjęcia w danym miejscu i publikują je w internecie, to reklamują to miejsce za darmo. A darmowa reklama jest jedną z tych rzeczy, które biznes lubi najbardziej na świecie.

Dlatego architektura powoli zaczęła dostosowywać się do aparatu telefonu. Ściany stały się bardziej kolorowe. Neonowe napisy zaczęły pojawiać się w kawiarniach, choć nikt nigdy nie potrzebował neonu, żeby napić się kawy. Lustra - przepraszam, powierzchnie odbijające światło - zaczęły pojawiać się w miejscach, które wcześniej były po prostu ścianą. Wszystko po to, żeby ktoś zrobił zdjęcie i powiedział znajomym: "patrzcie, tu jestem".

I w tym momencie dochodzimy do bardzo ciekawej zmiany kulturowej.

Przez wieki ludzie projektowali przestrzeń po to, żeby było w niej wygodnie żyć. Dziś bardzo często projektują ją tak, żeby była wygodna do fotografowania. To nie jest dramatyczna zmiana, raczej subtelne przesunięcie priorytetów. Ale kiedy człowiek zaczyna je zauważać, odkrywa, że wiele miejsc na świecie przypomina dziś dekoracje do życia, a nie samo życie.

"Najlepsze miejsce w kawiarni to dziś nie to z najwygodniejszym krzesłem, tylko to z najlepszym światłem."

To zdanie brzmi jak drobna obserwacja, ale w rzeczywistości opisuje ogromną zmianę w sposobie, w jaki ludzie korzystają z przestrzeni. Bo kiedy zdjęcie staje się częścią doświadczenia, światło nagle zaczyna być równie ważne jak smak.

Ale prawdziwy geniusz systemu social mediów polega na czymś jeszcze innym.

On nie tylko zmienił sposób, w jaki ludzie pokazują swoje życie. On zmienił sposób, w jaki ludzie je interpretują. Moment przestaje być tylko chwilą. Staje się potencjalną historią. Człowiek nie tylko coś przeżywa, ale jednocześnie zastanawia się, jak to opisać.

W rezultacie powstaje nowy rodzaj narracji o własnym życiu.

Kiedyś ludzie opowiadali historie przy stole, po powrocie z podróży albo podczas spotkania z przyjaciółmi. Dziś bardzo często opowiadają je w czasie rzeczywistym, fragmentami, obrazkami i krótkimi zdaniami. Zamiast jednej historii pojawia się seria drobnych sygnałów: zdjęcie, film, podpis, emotikon.

To jest trochę tak, jakby każdy dzień został pocięty na małe kawałki treści.

I każdy z tych kawałków może zostać opublikowany.

- Śniadanie staje się treścią.

- Spacer staje się treścią.

- Wizyta w siłowni staje się treścią.

- Nawet moment odpoczynku bywa treścią.

To nie jest krytyka. To jest raczej obserwacja niezwykle sprytnego systemu, który potrafił przekonać miliardy ludzi, że codzienne życie jest materiałem publikacyjnym.

A kiedy człowiek zaczyna publikować codzienność, pojawia się bardzo interesujący efekt uboczny.

Codzienność zaczyna być trochę bardziej spektakularna.

Bo jeśli ktoś wie, że jego spacer może zostać zobaczony przez kilkaset osób, nagle spacer przestaje być tylko spacerem. Staje się wydarzeniem. Nawet jeśli to bardzo małe wydarzenie.

To właśnie dlatego tak wiele rzeczy w social mediach wygląda trochę bardziej idealnie niż w rzeczywistości. Nie dlatego, że ludzie kłamią. Raczej dlatego, że wybierają momenty, które najlepiej opowiadają historię.

Problem polega na tym, że kiedy wszyscy wybierają najlepsze momenty, powstaje bardzo ciekawa iluzja.

Wygląda na to, że wszyscy inni żyją trochę lepiej.

Ktoś jest w podróży. Ktoś właśnie coś osiągnął. Ktoś je idealne śniadanie. Ktoś ma dzień pełen inspiracji. Oczywiście każdy wie, że to tylko fragment rzeczywistości. Ale kiedy widzi się tysiące takich fragmentów dziennie, bardzo łatwo zapomnieć, że są to fragmenty.

"Social media to jedyne miejsce na świecie, gdzie każdy dzień wygląda jak najlepszy dzień czyjegoś tygodnia."

I właśnie tutaj zaczyna się kolejny poziom absurdu.

Bo człowiek siedzi na kanapie, ogląda te wszystkie fragmenty cudzych dni i przez chwilę ma wrażenie, że jego własny dzień jest trochę mniej spektakularny. Tymczasem osoby publikujące te fragmenty robią dokładnie to samo - siedzą na kanapie i oglądają fragmenty dni innych ludzi.

Powstaje system porównań, który działa bez przerwy.

I co ciekawe, nikt go oficjalnie nie stworzył.

To nie jest funkcja platformy. To jest naturalna konsekwencja tego, że ludzie są ciekawi innych ludzi. Zawsze byli. Social media po prostu zamieniły tę ciekawość w niekończący się strumień obrazów.

Ten strumień ma jednak jedną bardzo specyficzną właściwość.

Nigdy się nie kończy.

Zawsze jest jeszcze jeden film. Jeszcze jedno zdjęcie. Jeszcze jedna historia. Zawsze jest coś nowego, coś świeżego, coś, co pojawiło się pięć sekund temu. To sprawia, że człowiek może przewijać ekran przez bardzo długi czas i za każdym razem mieć wrażenie, że za chwilę zobaczy coś naprawdę interesującego.

To trochę przypomina spacer po ogromnym mieście pełnym witryn sklepowych.

Każda witryna wygląda ciekawie. Każda pokazuje coś atrakcyjnego. I choć człowiek wie, że nie potrzebuje większości tych rzeczy, to jednak trudno przestać patrzeć.

"Algorytm nie pyta, czy masz czas. On po prostu zakłada, że jeszcze jedną rzecz zobaczysz."

To zdanie bardzo dobrze opisuje logikę działania platform społecznościowych. Ich celem nie jest zakończenie doświadczenia. Ich celem jest jego kontynuacja. Im dłużej ktoś zostaje, tym więcej rzeczy zobaczy.

I tym więcej rzeczy sam może pokazać.

W ten sposób powstaje cykl, który jest jednocześnie bardzo prosty i bardzo skuteczny. Ludzie oglądają życie innych ludzi. To inspiruje ich do pokazania własnego życia. A to z kolei staje się materiałem do oglądania dla kolejnych osób.

Internet staje się ogromnym katalogiem codzienności.

I choć każdy wie, że ten katalog jest trochę wyretuszowany, trochę wyselekcjonowany i trochę teatralny, to jednak wciąż jest fascynujący.

Bo ludzie zawsze byli ciekawi siebie nawzajem.

Social media po prostu zamieniły tę ciekawość w system operacyjny codzienności.

I kiedy człowiek zaczyna to dostrzegać, pojawia się kolejne pytanie, które jest jeszcze ciekawsze niż pierwsze.

Bo skoro życie zostało zamienione w treść, to ktoś musi zdecydować, która treść jest ważna.

A w następnym rozdziale przyjrzymy się bardzo dziwnej postaci tej epoki - algorytmowi, który wie o twoim zainteresowaniu cudzym śniadaniem więcej, niż ty sam.

Rozdział 2 - Algorytm, który wie, co chcesz zobaczyć, zanim sam to wiesz

Jest wtorek wieczorem. Człowiek siedzi na kanapie, telefon leży w dłoni w tej samej pozycji, w jakiej leży każdego wieczoru na świecie w milionach domów. Ekran świeci delikatnie, a kciuk wykonuje jeden z najbardziej charakterystycznych ruchów XXI wieku: powolne przesunięcie w górę. Treść przesuwa się. Pojawia się nowe zdjęcie, potem film, potem kolejny obrazek, potem ktoś coś mówi przez piętnaście sekund. Po chwili pojawia się bardzo interesujące uczucie - wrażenie, że wszystko, co właśnie widzimy, jest dziwnie trafione.

Nie idealne. Ale wystarczająco bliskie temu, co lubimy.

Czasem jest to przepis na jedzenie, które wygląda podejrzanie podobnie do tego, które jedliśmy wczoraj. Czasem to fragment podróży w miejsce, które kiedyś sprawdzaliśmy w wyszukiwarce. Czasem film z kotem, który zachowuje się dokładnie tak jak kot znajomego. A czasem jest to coś jeszcze dziwniejszego - film o temacie, o którym myśleliśmy wcześniej tego samego dnia.

I w tym momencie pojawia się bardzo naturalna reakcja człowieka.

Jak on to wie.

To pytanie brzmi trochę jak fragment powieści science fiction, ale w rzeczywistości jest pytaniem, które każdego dnia zadają sobie miliony użytkowników internetu. Bo choć wszyscy wiedzą, że platformy społecznościowe korzystają z algorytmów, to jednak rzadko zastanawiają się nad tym, jak bardzo te algorytmy są zaangażowane w organizowanie naszego doświadczenia.

Algorytm nie jest osobą. Nie siedzi w biurze przy biurku, nie patrzy na ekran i nie zastanawia się, czy dziś powinniśmy zobaczyć więcej filmów o gotowaniu czy więcej zdjęć z wakacji. Algorytm jest raczej ogromnym zestawem instrukcji, które próbują odpowiedzieć na jedno bardzo konkretne pytanie: co sprawi, że użytkownik zostanie tutaj jeszcze chwilę.

I choć brzmi to jak bardzo techniczny problem, w rzeczywistości jest to pytanie niezwykle ludzkie.

Bo żeby przewidzieć, co przyciągnie czyjąś uwagę, trzeba wiedzieć, co ludzi interesuje. A żeby wiedzieć, co ludzi interesuje, trzeba obserwować ich zachowanie. I właśnie to robi algorytm przez cały czas, kiedy korzystamy z platformy.

On patrzy.

Nie w sensie dosłownym, oczywiście. On analizuje sygnały. Ile czasu zatrzymaliśmy się przy danym filmie. Czy obejrzeliśmy go do końca. Czy wróciliśmy do niego drugi raz. Czy kliknęliśmy w komentarze. Czy przesunęliśmy ekran natychmiast, czy dopiero po kilku sekundach.

Każdy z tych drobnych gestów jest informacją.

A kiedy takich informacji zbiera się miliony, zaczyna powstawać coś bardzo interesującego: model naszego zainteresowania. Model, który nie zna naszych myśli, ale zna nasze reakcje. I reakcje, jak się okazuje, są często bardziej szczere niż deklaracje.

Człowiek może powiedzieć, że interesuje się poważną literaturą i rozwojem osobistym. Ale jeśli przez pięć minut ogląda film o tym, jak ktoś buduje domek na drzewie dla kota, algorytm zapamięta właśnie to.

I w pewnym sensie będzie miał rację.

"Algorytm nie słucha tego, co mówisz o sobie. On słucha tego, przy czym zatrzymuje się twój kciuk."

To jedno z najbardziej precyzyjnych zdań opisujących sposób działania platform społecznościowych. Bo w świecie internetu najważniejszą walutą nie jest opinia. Jest czas. Każda sekunda, którą ktoś spędza przy danej treści, jest małym sygnałem: to jest interesujące.

Dlatego algorytmy uczą się bardzo szybko.

Jeśli zatrzymujemy się przy filmach z podróży, zaczynają pokazywać ich więcej. Jeśli oglądamy materiały o sporcie, pojawia się ich coraz więcej. Jeśli przez kilka dni z rzędu patrzymy na zdjęcia kawy, nagle okazuje się, że internet jest pełen kawy.

To prowadzi do powstania zjawiska, które można nazwać bardzo elegancko: personalizacją doświadczenia.

Ale można też nazwać je znacznie prościej.

Każdy użytkownik dostaje swój własny internet.

Dwie osoby siedzące obok siebie w tej samej kawiarni mogą otworzyć tę samą aplikację i zobaczyć zupełnie różne rzeczy. Jedna zobaczy filmy o fitnessie, druga o architekturze, trzecia o gotowaniu, a czwarta o kotach skaczących z szafek.

To nie jest przypadek.

To jest efekt tysięcy drobnych decyzji podjętych przez algorytm na podstawie zachowania użytkownika. W rezultacie każdy z nas zaczyna żyć w lekko zmodyfikowanej wersji internetu.

I choć brzmi to bardzo wygodnie, ma też jeden niezwykle interesujący efekt uboczny.

Internet zaczyna wyglądać tak, jakby zgadzał się z nami.

Jeśli ktoś interesuje się podróżami, jego internet jest pełen ludzi podróżujących. Jeśli ktoś ogląda treści o sukcesie, jego internet jest pełen historii sukcesu. Jeśli ktoś lubi śmieszne filmy, jego internet jest pełen ludzi, którzy robią rzeczy zabawne.

To sprawia, że świat online zaczyna przypominać bardzo uprzejmą rozmowę z kimś, kto ma podobne zainteresowania.

Problem polega na tym, że rzeczywistość poza ekranem jest znacznie bardziej chaotyczna.

Algorytm lubi porządek. Lubi przewidywalność. Lubi wzorce. Dlatego bardzo często pokazuje rzeczy, które są podobne do tych, które już widzieliśmy. To sprawia, że doświadczenie staje się komfortowe, ale jednocześnie trochę wąskie.

I tutaj pojawia się jeden z najbardziej subtelnych paradoksów social mediów.

Platformy, które miały pokazać nam cały świat, bardzo często pokazują nam tylko jego fragment.

Fragment dopasowany do naszych reakcji.

Fragment, który sprawia, że zostajemy na platformie trochę dłużej.

- Jeśli zatrzymujesz się przy treściach o podróżach, twój świat zaczyna wyglądać jak niekończące się wakacje.

- Jeśli oglądasz filmy o sporcie, twój internet jest pełen ludzi, którzy codziennie biegają o szóstej rano.

- Jeśli interesujesz się jedzeniem, nagle okazuje się, że cały świat gotuje coś spektakularnego.

- Jeśli lubisz śmieszne filmiki, internet zamienia się w niekończący się festiwal dziwnych zachowań.

To nie jest manipulacja w klasycznym sensie. To jest raczej bardzo skuteczna optymalizacja uwagi. Platforma chce pokazać nam rzeczy, które nas zatrzymają. A żeby to zrobić, musi znaleźć wzór.

Wzór naszego zainteresowania.

Czasem jednak algorytm popełnia małe błędy. Pokazuje coś zupełnie niepasującego do naszego zwykłego repertuaru. Film o hodowli bonsai, kiedy nigdy nie interesowaliśmy się roślinami. Materiał o naprawie rowerów, kiedy nie mamy roweru. I wtedy dzieje się coś bardzo ciekawego.

Człowiek zatrzymuje się na chwilę.

Bo dziwność też przyciąga uwagę.

To właśnie dlatego internet bywa tak zaskakujący. Wśród tysięcy przewidywalnych treści pojawia się coś nieoczekiwanego. Coś, co nie pasuje do wzoru. I choć algorytm wcale nie planował tej niespodzianki jako wielkiego wydarzenia, użytkownik często zapamiętuje właśnie te momenty.

Bo niespodzianka jest jednym z najbardziej niedocenianych elementów uwagi.

"Najlepsze treści w internecie to te, których nie szukaliśmy."

To zdanie opisuje jeden z najciekawszych mechanizmów działania platform społecznościowych. Człowiek otwiera aplikację bez konkretnego celu, a po kilku minutach znajduje coś, czego w ogóle nie planował oglądać.

I właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie, które brzmi prawie filozoficznie.

Czy to my wybieramy treści, czy treści wybierają nas.

Oczywiście odpowiedź jest bardziej skomplikowana niż prosty wybór jednej z tych opcji. W rzeczywistości jest to ciągła rozmowa między użytkownikiem a algorytmem. Człowiek reaguje na treść. Algorytm reaguje na reakcję. Potem człowiek reaguje na nową treść. I tak powstaje pętla, która może trwać bardzo długo.

Czasami nawet dłużej, niż planowaliśmy.

Bo przecież większość ludzi nie otwiera social mediów z myślą: spędzę tu godzinę. Otwiera je z myślą: zobaczę tylko chwilę, co się dzieje. A potem ta chwila zaczyna się rozciągać.

Najpierw jeden film. Potem drugi. Potem coś jeszcze ciekawszego. A potem coś, co wygląda jak przypadek, ale w rzeczywistości jest efektem bardzo dokładnego dopasowania.

Algorytm działa jak niezwykle cierpliwy algorytm działa jak niezwykle cierpliwy kelner w restauracji, który nigdy nie pyta, czy skończyliśmy, tylko po prostu przynosi kolejne danie. Czasem jest to coś bardzo podobnego do poprzedniego, czasem coś trochę bardziej egzotycznego, a czasem coś zupełnie dziwnego, co sprawia, że człowiek mówi w myślach: "tego się nie spodziewałem". I właśnie wtedy pojawia się moment, który jest kluczowy dla całej konstrukcji social mediów.

Ciekawość.

Ciekawość jest jedną z najbardziej niewinnych cech człowieka, a jednocześnie jedną z najpotężniejszych sił napędzających uwagę. To ona sprawia, że zatrzymujemy się przy filmie o czymś, czego nigdy wcześniej nie oglądaliśmy. To ona powoduje, że chcemy zobaczyć jeszcze jeden materiał, jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jeden fragment czyjegoś dnia.

Algorytm bardzo dobrze to rozumie.

On nie musi nas zatrzymać na zawsze. Wystarczy, że zatrzyma nas na chwilę. A kiedy chwila się kończy, pojawia się następna. I następna. I następna.

"Internet nie jest zaprojektowany po to, żebyś skończył oglądać. Jest zaprojektowany po to, żebyś zawsze miał coś jeszcze."

To zdanie bardzo dobrze opisuje logikę nieskończonego strumienia treści. Nie ma ostatniej strony. Nie ma momentu, w którym aplikacja mówi: to już wszystko na dziś. Zawsze istnieje jeszcze jeden element. Jeszcze jeden obraz. Jeszcze jeden film.

To przypomina spacer po bardzo długim deptaku, na którym każdy krok odsłania kolejną witrynę sklepową. Człowiek nie musi nic kupować. Wystarczy, że patrzy. A patrzenie potrafi trwać bardzo długo.

Dlatego algorytmy nie są wrogiem użytkownika ani jego przyjacielem. One są raczej organizatorami uwagi. Ich zadaniem jest uporządkowanie ogromnej ilości treści w taki sposób, żeby każda kolejna była trochę bardziej interesująca niż poprzednia.

A to oznacza, że algorytm zaczyna rozumieć pewne rzeczy o nas samych.

Na przykład to, że ludzie bardzo lubią historie. Nawet krótkie. Nawet fragmentaryczne. Jeśli film ma początek, rozwinięcie i zakończenie, jest większa szansa, że ktoś obejrzy go do końca. A jeśli ktoś obejrzy go do końca, algorytm uznaje to za sygnał: to było dobre.

Dlatego w internecie pojawia się coraz więcej treści, które przypominają miniaturowe opowieści.

Ktoś zaczyna zdanie od "nie uwierzycie, co się stało". Ktoś inny pokazuje problem, który zostanie rozwiązany w ciągu trzydziestu sekund. Jeszcze ktoś opowiada historię, która kończy się niespodziewanym zwrotem akcji.

Wszystko to działa, bo ludzki mózg bardzo lubi zakończenia.

- Historia bez zakończenia jest jak zdanie bez kropki.

- Film bez puenty zostawia poczucie niedokończenia.

- Opowieść z niespodzianką zostaje w pamięci znacznie dłużej.

Algorytm oczywiście nie myśli w tych kategoriach, ale bardzo szybko zauważa wzorce. Jeśli ludzie oglądają coś do końca, pokazuje im podobne rzeczy. Jeśli zatrzymują się na filmach z niespodzianką, zaczyna pokazywać więcej niespodzianek.

I w ten sposób powoli powstaje nowy rodzaj opowiadania historii.

Historie krótkie.

Historie dynamiczne.

Historie, które mieszczą się między jednym ruchem kciuka a drugim.

W pewnym sensie można powiedzieć, że social media zmieniły tempo narracji. Kiedyś opowieści rozwijały się powoli. Były książki, filmy, długie rozmowy. Dziś bardzo wiele historii musi zmieścić się w kilkunastu sekundach.

I choć brzmi to jak ogromne ograniczenie, w rzeczywistości okazało się niezwykle skuteczne.

Bo kiedy historia jest krótka, łatwiej ją obejrzeć. A kiedy łatwiej ją obejrzeć, łatwiej obejrzeć następną.

"Najkrótsza historia na świecie zaczyna się od słów: tylko jeden film."

To zdanie jest jednocześnie żartem i bardzo dokładnym opisem doświadczenia wielu użytkowników. Człowiek otwiera aplikację z myślą o jednym materiale. A potem pojawia się kolejny. I kolejny.

Czas zaczyna płynąć trochę inaczej.

Dziesięć minut mija szybciej niż zwykle. Pół godziny też. I choć każdy w pewnym momencie zauważa, że spędził w aplikacji więcej czasu, niż planował, to jednak nie czuje się oszukany. Raczej zaskoczony.

Bo przecież większość treści była interesująca.

I to jest jeden z najbardziej eleganckich elementów całego systemu. Social media nie zatrzymują ludzi siłą. One zatrzymują ich ciekawością. A ciekawość jest czymś, co człowiek bardzo chętnie akceptuje.

Jednocześnie jednak pojawia się pewien subtelny efekt uboczny.

Kiedy ktoś przez dłuższy czas korzysta z platformy, zaczyna zauważać, że pewne rzeczy powtarzają się częściej niż inne. Podobne historie. Podobne obrazy. Podobne pomysły.

To dlatego, że algorytm lubi rzeczy, które już działają.

Jeśli pewien rodzaj filmu przyciąga uwagę, platforma zaczyna pokazywać więcej filmów tego rodzaju. Jeśli pewien styl opowieści zatrzymuje widzów, pojawia się coraz więcej podobnych historii.

W rezultacie internet zaczyna przypominać ogromną salę koncertową, w której jeden przebój jest grany w tysiącu wersji.

To nie jest problem. To raczej naturalna konsekwencja systemu opartego na uwadze. Ludzie lubią rzeczy znajome, ale z drobną różnicą. Algorytm dostarcza dokładnie taki zestaw doświadczeń.

Trochę nowości.

Trochę powtórzenia.

Trochę niespodzianki.

I kiedy wszystko działa zgodnie z planem, użytkownik ma wrażenie, że internet jest dokładnie taki, jakiego potrzebuje w tej chwili.

Czasami inspirujący.

Czasami zabawny.

Czasami zupełnie niepotrzebny, ale jednak interesujący.

To prowadzi do bardzo ciekawej refleksji.

Bo kiedy algorytm uczy się naszych zainteresowań, zaczyna przypominać kogoś, kto zna nas bardzo dobrze. Wie, jakie obrazy nas zatrzymują. Wie, jakie historie oglądamy do końca. Wie nawet, przy jakich treściach spędzamy kilka sekund więcej.

Ale jednocześnie nie wie nic o naszym życiu.

Nie wie, czy mieliśmy dziś dobry dzień. Nie wie, czy jesteśmy zmęczeni. Nie wie, czy oglądamy film dlatego, że jest interesujący, czy dlatego, że po prostu chcemy na chwilę przestać myśleć o czymś innym.

Algorytm zna nasze reakcje.

Nie zna naszych powodów.

I właśnie dlatego czasami potrafi być niezwykle trafny, a czasami zupełnie nietrafiony. Czasami pokazuje coś, co wydaje się idealnie dopasowane. A czasami coś, co wygląda tak, jakby trafiło do naszego telefonu przez pomyłkę.

Ale nawet wtedy dzieje się coś interesującego.

Bo jeśli treść jest wystarczająco dziwna, człowiek zatrzyma się na chwilę.

A chwila wystarczy, żeby algorytm zapamiętał kolejny sygnał.

W ten sposób powoli powstaje bardzo szczegółowy portret naszej uwagi. Portret zbudowany z setek drobnych reakcji, które wykonujemy zupełnie bez zastanowienia.

I kiedy człowiek zaczyna o tym myśleć, pojawia się kolejne pytanie.

Bo jeśli algorytm decyduje, co zobaczymy jako następne, to znaczy, że ktoś wcześniej musiał stworzyć treść, którą on pokaże.

A w następnym rozdziale przyjrzymy się ludziom, którzy zawodowo produkują momenty wyglądające jak spontaniczne życie.

Rozdział 3 - Ludzie, którzy zawodowo mają ciekawe życie

Jest środek dnia w miejscu, które wygląda jak spontaniczny fragment czyjegoś życia. Na stole stoi kawa, obok leży otwarta książka, a przez okno wpada światło, które wygląda tak idealnie, jakby ktoś bardzo długo ćwiczył jego ustawienie. Kobieta siedząca przy stoliku uśmiecha się lekko do telefonu, poprawia włosy, robi krótkie nagranie, a potem przez chwilę patrzy na ekran z miną człowieka, który sprawdza, czy rzeczywistość wygląda wystarczająco naturalnie.

Potem nagranie znika.

Pojawia się kolejne.

I jeszcze jedno.

Po dziesięciu minutach wszystko jest gotowe. Kawa wciąż stoi na stole, ale właściwie nie była tu głównym powodem wizyty. Głównym powodem było stworzenie fragmentu życia, który wygląda dokładnie tak, jak ludzie lubią oglądać życie innych.

To jest moment, w którym pojawia się jedna z najbardziej fascynujących postaci epoki social mediów.

Influencer.

Samo słowo brzmi trochę jak tytuł z futurystycznego filmu. W rzeczywistości oznacza coś znacznie prostszego: człowieka, którego życie jest interesujące dla innych ludzi. Albo przynajmniej wygląda na interesujące.

To nie jest drobna różnica.

Bo w świecie internetu interesujące życie nie zawsze oznacza niezwykłe życie. Często oznacza życie opowiedziane w sposób, który sprawia wrażenie niezwykłego. To trochę tak, jakby ktoś wziął codzienność i dodał do niej bardzo dobrą narrację.

W rezultacie powstaje nowy zawód, który jeszcze dwadzieścia lat temu byłby trudny do opisania. Influencer nie produkuje rzeczy w klasycznym sensie. Nie buduje samochodów, nie pisze raportów, nie projektuje mostów. On produkuje momenty.

Moment kawy.

Moment podróży.

Moment refleksji.

Moment sukcesu.

Te momenty są później publikowane, oglądane i komentowane przez tysiące ludzi, którzy bardzo często czują, że znają tę osobę, choć nigdy z nią nie rozmawiali.

"Influencer to jedyny zawód na świecie, w którym życie jest jednocześnie pracą i scenografią."

To zdanie brzmi trochę żartobliwie, ale w rzeczywistości opisuje bardzo ciekawą zmianę kulturową. Bo kiedy życie staje się materiałem publikacyjnym, granica między prywatnością a pracą zaczyna się rozmywać.

Ktoś jedzie na wakacje.

Czy to urlop, czy projekt?

Ktoś gotuje obiad.

Czy to kolacja, czy treść?

Ktoś idzie na spacer.

Czy to chwila odpoczynku, czy materiał do relacji?

Dla wielu influencerów odpowiedź brzmi: trochę jedno i trochę drugie.

To nie znaczy, że wszystko jest udawane. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych momentów naprawdę się wydarza. Ludzie naprawdę podróżują, naprawdę piją kawę, naprawdę chodzą na siłownię. Różnica polega na tym, że te momenty są obserwowane przez publiczność.

A kiedy pojawia się publiczność, pojawia się również pewien poziom świadomości.

Człowiek zaczyna myśleć o kadrach.

O świetle.

O tym, czy historia będzie interesująca.

W pewnym sensie influencer jest jednocześnie bohaterem i reżyserem swojego życia. On decyduje, które fragmenty zostaną pokazane, a które pozostaną poza ekranem. I choć dla widza wszystko wygląda spontanicznie, bardzo często za tą spontanicznością stoi sporo planowania.

To prowadzi do bardzo ciekawego paradoksu.

Im bardziej coś wygląda naturalnie w internecie, tym więcej pracy mogło w to zostać włożone.

- Spontaniczne zdjęcie często powstaje po kilku próbach.

- Naturalny uśmiech bywa efektem wielu ujęć.

- Krótki film potrafi wymagać kilku nagrań.

- Lekka opowieść w opisie bywa pisana przez kilka minut.

To nie jest oszustwo. To jest raczej forma opowiadania historii. Tak jak w filmie aktorzy powtarzają scenę kilka razy, żeby wyglądała przekonująco, tak w social mediach twórcy powtarzają moment, żeby wyglądał naturalnie.

A kiedy robią to dobrze, widz nie widzi pracy.

Widzi tylko efekt.

I właśnie dlatego influencerzy stali się tak interesującą częścią współczesnej kultury. Oni pokazują życie, które wygląda trochę lepiej, trochę ciekawiej i trochę bardziej uporządkowanie niż przeciętna codzienność.

To jest życie z narracją.

A ludzie bardzo lubią narracje.

Jednocześnie jednak influencerzy wykonują pracę, która jest znacznie bardziej wymagająca, niż wydaje się z zewnątrz. Bo kiedy ktoś ogląda minutowy film w internecie, nie widzi godzin, które mogły zostać poświęcone na jego przygotowanie.

Nie widzi planowania.

Nie widzi nagrywania.

Nie widzi montażu.

Nie widzi momentów, w których coś nie wyszło.

To jest trochę jak oglądanie spektaklu teatralnego bez świadomości prób.

Publiczność widzi przedstawienie.

Aktorzy pamiętają przygotowania.

"Najbardziej naturalne rzeczy w internecie są często najbardziej zaplanowane."

To zdanie nie jest krytyką. Jest raczej próbą zrozumienia, jak działa nowa forma opowiadania rzeczywistości. Bo influencerzy są w pewnym sensie kronikarzami codzienności, tylko że ich kroniki muszą być interesujące.

A interesujące rzeczy mają pewne wspólne cechy.

Są dynamiczne.

Są wizualne.

Są łatwe do zrozumienia.

Dlatego tak wiele treści w social mediach wygląda podobnie. Podobne kadry, podobne historie, podobne momenty. To nie dlatego, że wszyscy się kopiują. Raczej dlatego, że pewne formy opowieści działają lepiej niż inne.

Algorytm to zauważa.

Widzowie to zauważają.

Twórcy bardzo szybko się tego uczą.

W rezultacie powstaje coś w rodzaju nieformalnej szkoły opowiadania życia. Każdy obserwuje innych, uczy się, eksperymentuje i powoli buduje własny styl.

Czasem ten styl jest bardzo autentyczny.

Czasem bardzo teatralny.

Czasem coś pomiędzy.

Ale zawsze ma jeden cel: zatrzymać uwagę.

I właśnie tutaj pojawia się kolejny fascynujący element całej układanki.

Bo jeśli ktoś zawodowo produkuje interesujące fragmenty życia, to ktoś inny musi je oglądać.

A w świecie social mediów oglądanie jest czynnością równie ważną jak publikowanie. Bez widzów nie byłoby twórców. Bez twórców nie byłoby widzów.

To jest system, który działa tylko wtedy, kiedy obie strony są obecne.

Dlatego w następnym rozdziale przyjrzymy się drugiej połowie tej relacji - ludziom, którzy siedzą na kanapie, przewijają ekran i przez chwilę czują, że znają setki obcych osób.

Rozdział 4 - Ludzie, których znamy, choć nigdy z nimi nie rozmawialiśmy

Jest późny wieczór. W mieszkaniu jest cicho, telefon świeci niebieskawym światłem, a człowiek siedzi na kanapie i ogląda historię życia osoby, której nigdy nie spotkał. Najpierw pojawia się film z porannego biegu. Potem zdjęcie śniadania. Później krótka relacja z pracy, następnie spacer z psem, a na końcu refleksja o tym, jak ważny jest odpoczynek.

Po pięciu minutach widz ma bardzo dziwne wrażenie.

Jakby znał tę osobę.

Wie, że lubi kawę z mlekiem. Wie, że chodzi spać późno. Wie, że niedawno była na wakacjach. Wie nawet, że ma kota, który często pojawia się w filmach. To nie jest wiedza głęboka, raczej zestaw drobnych szczegółów. Ale szczegóły mają niezwykłą właściwość: budują poczucie znajomości.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się jeden z najbardziej fascynujących fenomenów social mediów.

Relacja jednostronna.

Człowiek ogląda czyjeś życie przez miesiące, czasem przez lata. Widzi sukcesy, drobne porażki, momenty zabawne i momenty poważne. Powoli zaczyna mieć wrażenie, że zna tę osobę. Tymczasem ta osoba nie ma najmniejszego pojęcia o jego istnieniu.

To jest relacja bardzo asymetryczna.

Ale jednocześnie bardzo silna.

"Internet stworzył coś niezwykłego: przyjaźnie, w których tylko jedna osoba wie, że istnieją."

To zdanie brzmi trochę jak żart, ale w rzeczywistości opisuje mechanizm znany w psychologii od dawna. Nazywa się to relacją paraspołeczną. To sytuacja, w której widzowie czują emocjonalną więź z osobą publiczną, choć ta osoba nie zna ich osobiście.

Przez dziesięciolecia dotyczyło to głównie aktorów, prezenterów telewizyjnych i muzyków. Widzowie oglądali ich na ekranie i mieli wrażenie, że są częścią ich życia. Social media zmieniły skalę tego zjawiska.

Dziś każdy może być taką osobą.

Każdy może pokazywać fragmenty swojego dnia.

Każdy może zbudować grupę ludzi, którzy oglądają jego codzienność.

I choć większość tych relacji jest lekka i powierzchowna, to jednak mają one pewną niezwykłą właściwość. Są bardzo regularne. Widzowie wracają codziennie, żeby zobaczyć, co wydarzyło się u danej osoby.

To trochę przypomina oglądanie serialu.

Każdy odcinek jest krótki, ale razem tworzą historię.

Historia może być bardzo prosta. Ktoś prowadzi kawiarnię. Ktoś podróżuje. Ktoś remontuje mieszkanie. Ktoś opowiada o pracy. Ktoś dzieli się fragmentami swojego dnia. Nie są to wielkie dramaty ani epickie wydarzenia. Raczej małe momenty, które razem tworzą coś znajomego.

A znajomość jest bardzo silnym uczuciem.

Kiedy człowiek widzi kogoś regularnie, nawet tylko na ekranie, zaczyna traktować go jak część swojego świata. W pewnym momencie może nawet powiedzieć zdanie, które brzmi bardzo dziwnie, kiedy wypowie się je na głos.

"Lubię tę osobę."

To zdanie jest ciekawe, bo nie odnosi się do kogoś, z kim rozmawialiśmy, kogo spotkaliśmy albo z kim spędziliśmy czas. Odnosi się do kogoś, kogo obserwowaliśmy.

I obserwowanie potrafi budować emocje.

- Jeśli ktoś jest zabawny, widzowie zaczynają czekać na jego filmy.

- Jeśli ktoś jest inspirujący, ludzie zapisują jego pomysły.

- Jeśli ktoś jest szczery, widzowie czują z nim więź.

- Jeśli ktoś jest interesujący, ludzie wracają, żeby zobaczyć więcej.

W rezultacie powstaje coś, co przypomina ogromną sieć lekkich relacji. Miliony użytkowników obserwują setki twórców. Nie rozmawiają z nimi codziennie, ale czują, że są częścią ich świata.

To jest bardzo nowe doświadczenie w historii komunikacji.

Bo wcześniej, żeby znać czyjeś życie, trzeba było spędzać z nim czas. Trzeba było rozmawiać, spotykać się, dzielić przestrzeń. Social media pozwoliły poznać czyjąś codzienność bez fizycznej obecności.

W pewnym sensie stworzyły nową kategorię znajomości.

Nie przyjaciel.

Nie obcy.

Coś pomiędzy.

"Internet jest miejscem, gdzie możesz znać historię czyjegoś psa, ale nigdy nie słyszeć jego głosu."

To zdanie bardzo dobrze pokazuje specyfikę relacji online. Widzowie znają szczegóły życia twórców, ale bardzo rzadko mają z nimi prawdziwy kontakt. Komentarz pod filmem nie jest rozmową. To raczej krótkie sygnały obecności.

Czasami jednak twórcy odpowiadają.

Piszą krótkie wiadomości.

Reagują na komentarze.

Wtedy widzowie czują coś bardzo przyjemnego: zauważenie. To moment, w którym jednostronna relacja na chwilę staje się dwustronna.

Choć trwa to kilka sekund, potrafi zostawić bardzo silne wrażenie.

Bo uwaga drugiego człowieka jest czymś niezwykle cennym.

Jednocześnie jednak twórcy funkcjonują w bardzo specyficznej sytuacji. Z jednej strony są otoczeni ogromną liczbą ludzi. Z drugiej strony większości z nich nigdy nie spotkają. Komentarze pojawiają się jeden po drugim, a każdy reprezentuje inną osobę, inne życie, inne emocje.

To trochę przypomina rozmowę w ogromnym pomieszczeniu, w którym setki osób mówią jednocześnie.

Niektóre głosy są głośniejsze.

Inne cichsze.

Niektóre zostają na dłużej.

Inne znikają po chwili.

To sprawia, że relacje w social mediach są jednocześnie bardzo intensywne i bardzo ulotne. Ludzie mogą czuć silne emocje wobec twórców, których nigdy nie spotkali. A twórcy mogą mieć ogromną publiczność, choć w danym momencie siedzą sami w pokoju.

I właśnie w tym miejscu pojawia się kolejny niezwykły paradoks internetu.

Bo choć social media są pełne ludzi, bardzo często każdy z nich siedzi sam przed ekranem.

To nie jest samotność w klasycznym sensie. Raczej bardzo nowy rodzaj obecności. Człowiek jest jednocześnie częścią ogromnej społeczności i w swoim własnym pokoju.

Może oglądać setki historii.

Może reagować.

Może publikować własne momenty.

A wszystko to dzieje się w przestrzeni, która jest jednocześnie publiczna i prywatna.

I kiedy człowiek zaczyna się nad tym zastanawiać, pojawia się kolejne pytanie.

Bo skoro ludzie oglądają życie innych i czują, że je znają, to naturalnie zaczynają porównywać je ze swoim.

A w następnym rozdziale przyjrzymy się bardzo subtelnemu mechanizmowi, który sprawia, że po pięciu minutach w social mediach człowiek zaczyna mieć wrażenie, że wszyscy inni radzą sobie trochę lepiej.