Dlaczego wszystko musi mieć aplikację. Historia świata, który zamienił przyciski na ikonki - Max Paradox
29.99 zł

29.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
SPIS TREŚCI
INTRO 3
Rozdział 1 - Aplikacja do otwierania drzwi 8
Rozdział 2 - Aplikacja do zapalania światła 13
Rozdział 3 - Aplikacja do robienia kawy 19
Rozdział 4 - Aplikacja do ważenia się 24
Rozdział 5 - Aplikacja do szczotkowania zębów 29
Rozdział 6 - Aplikacja do podlewania roślin 33
Rozdział 7 - Aplikacja do otwierania samochodu 37
Rozdział 8 - Aplikacja do zamawiania windy 41
Rozdział 9 - Aplikacja do prania 46
Rozdział 10 - Aplikacja do szczęścia klimatyzacji 51
Rozdział 11 - Aplikacja do otwierania paczki 56
Rozdział 12 - Aplikacja do parkowania 60
Rozdział 13 - Aplikacja do jazdy hulajnogą 64
Rozdział 14 - Aplikacja do odkurzania 68
Rozdział 15 - Aplikacja do jedzenia w restauracji 72
Rozdział 16 - Aplikacja do otwierania bramy 76
Rozdział 17 - Aplikacja do otwierania hotelowego pokoju 80
Rozdział 18 - Aplikacja do śmieci 84
Rozdział 19 - Aplikacja do sprawdzania snu 88
Rozdział 20 - Aplikacja do picia wody 92
Rozdział 21 - Aplikacja do karmienia kota 96
Rozdział 22 - Aplikacja do robienia zakupów w sklepie 100
Rozdział 23 - Aplikacja do podlewania trawnika 104
Rozdział 24 - Aplikacja do wchodzenia na siłownię 108
Rozdział 25 - Aplikacja do otwierania lodówki 112
Rozdział 26 - Aplikacja do włączania prysznica 117
Rozdział 27 - Aplikacja do wchodzenia do biura 121
Rozdział 28 - Aplikacja do sprzątania mieszkania 125
Rozdział 29 - Aplikacja do parkowania samochodu 129
Rozdział 30 - Aplikacja do zamawiania kawy 133
Rozdział 31 - Aplikacja do otwierania samochodu 137
Rozdział 32 - Aplikacja do włączania światła 141
Rozdział 33 - Aplikacja do przypominania o oddychaniu 145
Rozdział 34 - Aplikacja do sprawdzania pogody w domu 149
Rozdział 35 - Aplikacja do sprawdzania aplikacji 153
Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, pojawia się zazwyczaj w miejscu całkowicie niewinnym. W sklepie z lampkami nocnymi, w pralni samoobsługowej, przy wejściu do siłowni albo przy kasie parkingowej. Człowiek stoi spokojnie, chce po prostu zapłacić, włączyć urządzenie albo otworzyć drzwi, i wtedy pojawia się zdanie, które brzmi jednocześnie uprzejmie i groźnie: "Proszę pobrać naszą aplikację". Nie "proszę nacisnąć przycisk". Nie "proszę włożyć monetę". Aplikację. W tym momencie człowiek orientuje się, że aby wykonać czynność trwającą siedem sekund, musi najpierw przejść proces instalacji technologicznej infrastruktury.
Scena wygląda zwykle tak samo. Stoi się przed czymś, co kiedyś działało bez telefonu: bramką, lampką, wagą, zamkiem, ekspressem do kawy. Urządzenie jest gotowe do działania, fizycznie istnieje, ma przyciski, diody i ekran. Ale przyciski nie działają, bo przyciski są już tylko dekoracją. Urządzenie czeka na sygnał z aplikacji, która znajduje się w telefonie, który znajduje się w kieszeni, który właśnie próbuje złapać zasięg, który oczywiście w tym miejscu jest wyjątkowo słaby.
I wtedy pojawia się pierwsze pytanie, które w tej epoce zadaje sobie coraz więcej ludzi: ale właściwie... dlaczego?
Dlaczego lampka nocna potrzebuje aplikacji. Dlaczego waga łazienkowa chce połączenia z chmurą. Dlaczego szczoteczka do zębów ma panel statystyk. Dlaczego lodówka wysyła powiadomienia. Dlaczego klamka w drzwiach musi być zsynchronizowana z serwerem w innym kraju. I dlaczego nikt nie wydaje się tym szczególnie zaskoczony.
To zdumiewające, jak szybko zaakceptowaliśmy fakt, że najprostsze czynności życia codziennego wymagają teraz konta użytkownika, hasła i aktualizacji oprogramowania. Jeszcze niedawno żeby włączyć światło, trzeba było wykonać jeden ruch palcem. Dziś można włączyć światło, ale dopiero po sparowaniu lampy z aplikacją, aplikacji z siecią Wi-Fi, sieci Wi-Fi z routerem, a routera z internetem, który akurat w tej chwili postanowił się zawiesić.
Najbardziej fascynujące jest jednak to, że nikt nie planował takiego świata. Nie było spotkania globalnej rady technologicznej, na którym ktoś wstał i powiedział: "Słuchajcie, mam pomysł. Każde urządzenie na planecie powinno mieć aplikację". A jednak dokładnie tak się stało. To nie był plan. To był proces. Proces tak powolny i tak logiczny w każdym pojedynczym kroku, że nikt nie zauważył, kiedy dotarliśmy do momentu, w którym nawet dozownik mydła chce dostęp do Bluetooth.
Mechanizm jest zaskakująco prosty. Każdy producent patrzy na produkt i zadaje sobie jedno pytanie: czy możemy dodać aplikację? Jeśli odpowiedź brzmi "tak", pojawia się drugie pytanie: czy ktoś nas powstrzyma? A jeśli odpowiedź brzmi "nie", aplikacja powstaje. Nieważne, czy jest potrzebna. Nieważne, czy rozwiązuje problem. Wystarczy, że istnieje możliwość jej stworzenia.
Tak powstał świat, w którym wszystko ma aplikację.
Niektóre z tych aplikacji są oczywiście sensowne. Nikt nie ma problemu z aplikacją bankową, bo bank zawsze był czymś skomplikowanym. Nikt nie protestuje przeciwko aplikacji mapowej, bo mapa w telefonie rzeczywiście jest przydatna. Problem zaczyna się wtedy, gdy aplikacja przestaje być narzędziem, a zaczyna być obowiązkiem.
Wtedy pojawiają się sytuacje naprawdę niezwykłe.
Na przykład moment, w którym człowiek chce zapłacić za parking, ale parkometr informuje go, że monety nie są już obsługiwane. Karty również nie. Jedyną metodą płatności jest aplikacja, którą trzeba pobrać, zarejestrować konto, podać numer telefonu, potwierdzić e-mail, ustawić hasło zawierające wielką literę, cyfrę i znak specjalny, a następnie zaakceptować regulamin liczący siedemnaście stron. Wszystko po to, żeby zaparkować samochód na trzydzieści minut.
To jest moment, w którym człowiek zaczyna rozumieć, że aplikacje przestały być dodatkiem do rzeczywistości. One zaczęły ją zastępować.
Urządzenia już nie są urządzeniami. Są platformami.
A to oznacza, że każda czynność życia codziennego może zostać przekształcona w proces technologiczny. Proces, który wymaga logowania. Proces, który wymaga aktualizacji. Proces, który wymaga zgody na politykę prywatności. Proces, który czasem przestaje działać, bo serwer gdzieś na świecie postanowił zrobić sobie przerwę.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że ludzie przyjęli to z niezwykłym spokojem. Kiedy aplikacja nie działa, nikt nie mówi: "To absurd, że drzwi potrzebują internetu". Zamiast tego ludzie mówią: "Chyba padł serwer". To zdanie brzmi tak, jakby drzwi zawsze potrzebowały serwera. Jakby od początku historii ludzkości dostęp do klamki zależał od infrastruktury cyfrowej.
To jest jeden z najciekawszych momentów współczesnej cywilizacji: moment, w którym przestaliśmy być zdziwieni.
Kiedyś absurd był wyraźny. Gdyby w latach dziewięćdziesiątych ktoś powiedział, że żeby uruchomić czajnik elektryczny, trzeba pobrać aplikację, ludzie uznaliby to za dowcip science fiction. Dziś taki czajnik naprawdę istnieje, a jego reklama brzmi poważnie: "Inteligentny czajnik sterowany aplikacją mobilną".
I nikt się nie śmieje.
To dlatego ta książka powstała. Nie po to, żeby krytykować technologię, ani po to, żeby przekonywać kogokolwiek do powrotu do przeszłości. Ta książka powstała z czystego zdumienia. Z próby zrozumienia, jak doszliśmy do świata, w którym nawet butelka wody potrafi mieć kod QR prowadzący do aplikacji.
Bo im dłużej się temu przyglądać, tym bardziej widać, że aplikacje nie są tylko narzędziem. Są nowym rytuałem codzienności.
Rytuałem, który wszyscy wykonujemy z powagą.
Człowiek stoi przed drzwiami. Wyciąga telefon. Otwiera aplikację. Czeka aż się załaduje. Loguje się. Naciska przycisk "otwórz". Drzwi się otwierają. A potem człowiek wchodzi do środka i nie zadaje sobie pytania, dlaczego drzwi nie mogły po prostu mieć klamki.
Technologia ma niezwykłą zdolność zmieniania tego, co oczywiste. Najpierw pojawia się jako wygoda. Potem jako standard. A potem jako konieczność. W pewnym momencie człowiek orientuje się, że nie może już wykonać podstawowej czynności bez telefonu, który pełni funkcję pilota do rzeczywistości.
I to właśnie jest najciekawsze w całej tej historii.
Nie to, że aplikacje istnieją.
Tylko to, że zaczęły istnieć wszędzie.
A kiedy coś zaczyna istnieć wszędzie, przestaje być dodatkiem do świata. Zaczyna być jego architekturą.
Człowiek nie zauważa momentu, w którym przekracza tę granicę. Zauważa tylko drobne sygnały. Lampkę, która nie chce się włączyć bez aplikacji. Rowery miejskie, które wymagają konta. Sklep, w którym rabat działa tylko przez aplikację. Siłownię, do której nie można wejść bez kodu generowanego przez telefon.
Każdy z tych momentów jest mały.
Ale razem tworzą coś ogromnego.
Nową rzeczywistość, w której wszystko - absolutnie wszystko - chce mieć aplikację.
I w tej rzeczywistości najbardziej fascynujące nie jest to, że technologia się rozwija. Najbardziej fascynujące jest to, że my, ludzie, przyjęliśmy ją z taką powagą, jakby aplikacja była naturalnym elementem świata, podobnym do drzwi, krzeseł albo łyżek.
A przecież jeszcze chwilę temu nikt nie wyobrażał sobie aplikacji do sterowania lampą.
A teraz nawet lampy mają swoje loginy.
I to dopiero początek tej historii.
Pierwszy moment, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że coś w świecie technologii poszło lekko za daleko, pojawia się zwykle przy drzwiach. Nie przy jakichś futurystycznych drzwiach laboratorium badawczego ani przy pancernych wrotach bankowego skarbca. Przy zwykłych drzwiach. Drzwiach do siłowni, pralni, coworkingu, garażu albo wynajętego apartamentu na weekend. Człowiek staje przed nimi z naturalnym przekonaniem, że drzwi otwiera się ręką. Drzwi jednak mają inne plany.
Na wysokości oczu znajduje się niewielka kartka. Kartka jest bardzo uprzejma. Kartka informuje, że aby wejść do środka, należy pobrać aplikację. Aplikacja nazywa się zwykle w sposób poważny i technologiczny - coś w rodzaju SmartAccess, DoorCloud albo GateFlow. Nazwa sugeruje, że chodzi o coś bardzo ważnego. Tymczasem chodzi o klamkę.
Człowiek czyta instrukcję i zaczyna powoli rozumieć skalę przedsięwzięcia. Najpierw trzeba zeskanować kod QR. Następnie pobrać aplikację. Następnie założyć konto. Następnie potwierdzić adres e-mail. Następnie ustawić hasło. Następnie zalogować się do aplikacji. Następnie odnaleźć odpowiednią funkcję w menu. Dopiero wtedy pojawia się przycisk "otwórz drzwi".
W tym momencie większość ludzi wykonuje cały ten proces z absolutną powagą. Nikt nie stoi przed drzwiami i nie mówi: "Zaraz, chwila. Dlaczego drzwi wymagają infrastruktury cyfrowej większej niż lotnisko?". Zamiast tego ludzie wyciągają telefony i zaczynają instalować aplikację, jakby było to naturalne przedłużenie czynności otwierania drzwi.
Najciekawsze jest to, że drzwi fizycznie istnieją przez cały czas. One tam są. Solidne. Metalowe. Mają zawiasy, ramę i miejsce, w którym kiedyś znajdowała się klamka. Ta klamka została jednak zastąpiona małym panelem elektronicznym, który czeka na sygnał z aplikacji. Drzwi są więc w pełni gotowe do działania, ale z jakiegoś powodu potrzebują serwera, żeby zdecydować, czy się otworzyć.
To jest moment, w którym zwykły przedmiot przestaje być przedmiotem, a staje się usługą.
Drzwi nie są już drzwiami. Drzwi są platformą.
Człowiek stojący przed takimi drzwiami zaczyna nagle brać udział w procesie, który jeszcze kilka lat temu był zarezerwowany dla bankowości internetowej. Zakłada konto. Loguje się. Czeka na weryfikację. Czeka na aktualizację aplikacji. Czasami dostaje powiadomienie, że aplikacja wymaga dostępu do Bluetooth, lokalizacji i kontaktów.
Wszystko po to, żeby przekręcić coś, co kiedyś nazywało się klamką.
W pewnym sensie jest to bardzo imponujące. Cywilizacja stworzyła system, który pozwala człowiekowi otworzyć drzwi za pomocą satelity, internetu i serwerowni oddalonej o tysiące kilometrów. Problem polega na tym, że ta sama cywilizacja już wcześniej wymyśliła coś znacznie prostszego.
Klamkę.
Ale klamka ma jedną wadę z punktu widzenia współczesnego świata. Klamka nie generuje danych.
Aplikacja generuje dane.
To jest moment, w którym zaczyna być widać prawdziwy mechanizm tego zjawiska. Aplikacje nie powstają dlatego, że drzwi są trudne w obsłudze. Drzwi przez setki lat były jednym z najprostszych elementów architektury. Aplikacje powstają dlatego, że każda czynność może zostać zamieniona w proces cyfrowy, a każdy proces cyfrowy może zostać zmierzony.
Jeśli drzwi mają aplikację, można wiedzieć, kto je otworzył, kiedy je otworzył, jak długo były otwarte, ile razy zostały użyte w ciągu dnia i czy użytkownik zgodził się na powiadomienia marketingowe. Drzwi zaczynają więc prowadzić coś w rodzaju statystyki życia.
Z perspektywy technologii to jest genialne.
Z perspektywy człowieka stojącego na deszczu przed budynkiem jest to doświadczenie lekko surrealistyczne.
Człowiek próbuje otworzyć drzwi, ale aplikacja prosi o aktualizację. Aktualizacja trwa chwilę. Po aktualizacji aplikacja prosi o ponowne logowanie. Po logowaniu aplikacja informuje, że potrzebuje dostępu do Bluetooth. Po włączeniu Bluetooth pojawia się komunikat, że system nie może odnaleźć urządzenia.
Drzwi stoją w tym czasie dokładnie metr przed użytkownikiem.
Ale drzwi nie są już częścią fizycznego świata.
Drzwi są częścią ekosystemu.
Najbardziej niezwykłe w tej sytuacji jest zachowanie ludzi wokół. Jeśli przy takich drzwiach zbierze się kilka osób, powstaje spontaniczna wspólnota technologiczna. Ktoś mówi: "U mnie też nie działa". Ktoś inny mówi: "Spróbuj wyłączyć i włączyć Bluetooth". Jeszcze ktoś sugeruje: "Może trzeba zaktualizować aplikację".
Ludzie stoją przed drzwiami i wspólnie diagnozują infrastrukturę cyfrową.
To jest scena, która kiedyś należała do działów IT w dużych korporacjach. Teraz odbywa się na chodniku.
Najciekawsze jest to, że w pewnym momencie drzwi w końcu się otwierają. Zwykle po kilku minutach prób aplikacja wreszcie nawiązuje połączenie z zamkiem. Drzwi klikają. Ludzie wchodzą do środka. I wtedy dzieje się coś niezwykłego.
Nikt nie mówi: "To było absurdalne".
Ludzie mówią: "W końcu zadziałało".
To zdanie jest jednym z najbardziej charakterystycznych zdań współczesnej cywilizacji technologicznej. Nie pytamy już, dlaczego coś jest tak skomplikowane. Cieszymy się, że w ogóle działa.
To jest moment, w którym absurd staje się normą.
Technologia ma bardzo sprytny sposób wprowadzania zmian. Nigdy nie zaczyna od rzeczy ogromnych. Nie pojawia się nagle aplikacja do oddychania. Zmiana zaczyna się od czegoś drobnego. Od aplikacji do zamówienia taksówki. Potem pojawia się aplikacja do hulajnogi. Potem do roweru miejskiego. Potem do wejścia do biura.
Każdy krok jest mały.
Ale po pewnym czasie człowiek orientuje się, że jego telefon stał się pilotem do rzeczywistości.
Bez telefonu nie można wypożyczyć roweru. Bez telefonu nie można zapłacić za parking. Bez telefonu nie można wejść do biura. Bez telefonu nie można odebrać paczki z automatu.
Telefon przestaje być urządzeniem.
Telefon staje się przepustką do świata.
To prowadzi do sytuacji, które jeszcze niedawno wydawałyby się czystą fantastyką. Na przykład momentu, w którym człowiek stoi przed drzwiami własnego mieszkania i mówi do znajomego: "Poczekaj chwilę, aplikacja mi się ładuje".
To zdanie jest jednocześnie banalne i niezwykłe.
Bo oznacza, że fizyczna rzeczywistość zaczęła czekać na software.
Jedno z najbardziej trafnych zdań, jakie można usłyszeć w tej epoce, brzmi tak:
"Największym osiągnięciem technologii było przekonanie ludzi, że klamka jest zbyt prostym rozwiązaniem."
Drugie zdanie jest jeszcze lepsze:
"Jeśli coś kiedyś działało bez telefonu, to znaczy tylko tyle, że jeszcze nie miało aplikacji."
Te dwa zdania są jak małe notatki z epoki, w której żyjemy. Epoki, w której każda czynność może zostać ulepszona przez aplikację, nawet jeśli ta czynność była już perfekcyjnie prosta.
A drzwi są dopiero początkiem.
Bo kiedy już zaakceptujemy aplikację do klamki, świat zaczyna mieć znacznie śmielsze pomysły.
Człowiek wchodzi do pokoju wieczorem i robi coś, co przez ostatnie sto lat było jedną z najprostszych czynności w historii cywilizacji. Wyciąga rękę w stronę ściany, gdzie znajduje się włącznik światła. Ruch jest automatyczny. Palec dotyka przycisku. Światło się zapala. Przynajmniej tak wyglądała ta historia przez większą część XX wieku.
Współczesna wersja tej sceny wygląda nieco inaczej. Człowiek wchodzi do pokoju, wyciąga rękę w stronę ściany i odkrywa, że włącznik nie działa. Włącznik oczywiście nadal tam jest, ale pełni funkcję bardziej dekoracyjną niż praktyczną. Obok niego znajduje się mała naklejka z kodem QR i zdaniem napisanym z niezwykłym spokojem: "Aby sterować oświetleniem, pobierz aplikację".
To zdanie brzmi jak informacja techniczna, ale w rzeczywistości jest czymś znacznie większym. Jest ogłoszeniem końca epoki, w której światło było czymś, co można było po prostu włączyć.
Człowiek stoi więc w półmroku i zaczyna proces instalacyjny. Telefon zostaje wyciągnięty z kieszeni. Kod QR zostaje zeskanowany. Aplikacja zostaje pobrana. Następnie pojawia się ekran powitalny, który gratuluje użytkownikowi dołączenia do "ekosystemu inteligentnego oświetlenia". Brzmi to tak, jakby człowiek właśnie wszedł do ekskluzywnego klubu technologicznego.
W rzeczywistości chce tylko zobaczyć podłogę.
Najbardziej fascynujące w tej sytuacji jest to, że lampy, które wymagają aplikacji, są często bardzo dumne ze swojej inteligencji. W opisie produktu można przeczytać, że lampa potrafi zmieniać temperaturę barwową, synchronizować się z muzyką, reagować na zachód słońca i tworzyć sceny świetlne o nazwach takich jak "relaks", "koncentracja" albo "wieczór filmowy".
Problem polega na tym, że w zdecydowanej większości przypadków człowiek chce tylko jednego trybu.
Trybu "jasno".
To jest moment, w którym zaczyna być widać jeden z najpiękniejszych paradoksów współczesnej technologii. Im prostsza jest czynność, tym większa pokusa, żeby ją skomplikować. Zapalanie światła było przez dekady czynnością niemal doskonałą. Jeden ruch ręki, jeden efekt. Technologia jednak patrzy na taką sytuację i widzi coś zupełnie innego.
Widok technologii wygląda mniej więcej tak: "Czy naprawdę potrzebujemy jednego przycisku, skoro możemy mieć aplikację z siedemnastoma ustawieniami?"
Tak powstaje inteligentna lampa.
Inteligentna lampa jest bardzo ambitnym urządzeniem. Ma własne oprogramowanie, własne aktualizacje i własny system logowania. Czasami ma również coś, co w dokumentacji nazywa się "integracją z chmurą". Oznacza to, że lampa komunikuje się z serwerem gdzieś na świecie, aby ustalić, czy użytkownik naprawdę chce włączyć światło.
To prowadzi do sytuacji, które są jednocześnie komiczne i zaskakująco powszechne. Na przykład momentu, w którym człowiek stoi w ciemnym pokoju, bo aplikacja do sterowania lampą przestała działać po aktualizacji systemu operacyjnego.
Lampa oczywiście nadal istnieje. Żarówka jest w środku. Prąd płynie w kablach. Jedynym brakującym elementem jest zgoda aplikacji.
Ciemność w takim momencie przestaje być zjawiskiem fizycznym.
Ciemność staje się problemem software'owym.
Najbardziej interesujące jest jednak to, jak szybko ludzie nauczyli się traktować takie sytuacje jako coś normalnego. Jeśli lampa nie działa, nikt nie mówi: "Dlaczego lampa potrzebuje internetu?". Ludzie mówią raczej: "Chyba aplikacja się zawiesiła".
To zdanie brzmi niewinnie, ale zawiera w sobie ogromną zmianę kulturową. Oznacza, że przestaliśmy myśleć o przedmiotach jako o rzeczach. Zaczęliśmy myśleć o nich jako o usługach.
Lampa nie jest już lampą.
Lampa jest platformą oświetleniową.
A platforma oświetleniowa ma swoje zasady. Platforma musi mieć konto użytkownika. Platforma musi mieć aktualizacje. Platforma musi mieć politykę prywatności. Czasami platforma musi mieć również newsletter.
Człowiek, który kupił lampę, odkrywa więc, że posiada nie tylko urządzenie, ale również relację cyfrową. Relację, która wymaga logowania, synchronizacji i czasem cierpliwości.
Jedno z najbardziej trafnych zdań tej epoki można usłyszeć w sklepach z elektroniką:
"To nie jest zwykła żarówka. To inteligentna żarówka."
To zdanie jest prezentowane jako ogromna zaleta. I rzeczywiście jest w nim pewna duma technologiczna. Problem polega na tym, że inteligentna żarówka czasem zachowuje się w sposób bardzo przypominający inteligentne oprogramowanie.
Czyli bywa kapryśna.
Czasami traci połączenie z siecią. Czasami zapomina hasła do routera. Czasami wymaga aktualizacji firmware'u, która trwa dokładnie w momencie, gdy ktoś próbuje włączyć światło.
Człowiek stojący w ciemnym pokoju zaczyna wtedy przeprowadzać procedurę diagnostyczną. Sprawdza Wi-Fi. Restartuje aplikację. Wyłącza i włącza Bluetooth. Czasami resetuje lampę do ustawień fabrycznych.
W tym momencie dzieje się coś bardzo interesującego.
Czynność, która kiedyś trwała pół sekundy, zamienia się w proces technologiczny trwający kilka minut.
Ale jest jeszcze jeden element tej historii, który czyni ją naprawdę fascynującą. Inteligentne lampy rzadko występują pojedynczo. Zwykle tworzą cały ekosystem oświetleniowy. W jednym mieszkaniu może być dziesięć takich lamp. Każda ma własne ustawienia, własne sceny świetlne i własne powiadomienia.
Dom zaczyna przypominać centrum sterowania.
Człowiek siedzi na kanapie i mówi do telefonu: "Włącz tryb wieczór". Aplikacja wykonuje serię komend. Jedna lampa przygasa. Druga zmienia kolor. Trzecia symuluje zachód słońca.
Wszystko wygląda bardzo imponująco.
Do momentu, gdy ktoś chce po prostu przeczytać książkę.
Bo wtedy okazuje się, że aby ustawić zwykłe białe światło, trzeba przejść przez kilka menu aplikacji. Trzeba wyłączyć scenę "kino". Trzeba wyłączyć scenę "relaks". Trzeba wybrać temperaturę barwową. Trzeba zapisać ustawienie jako nowy profil.
Dawniej istniało słowo opisujące taki tryb.
Światło.
Jedno z najlepszych zdań, jakie można usłyszeć w rozmowach o inteligentnych domach, brzmi tak:
"Kiedyś światło było włączone albo wyłączone. Teraz światło ma osobowość."
Drugie zdanie jest jeszcze bardziej trafne:
"Największym osiągnięciem inteligentnego domu było przekonanie ludzi, że włącznik na ścianie jest przestarzałą technologią."
To są zdania, które brzmią jak żart, ale opisują coś bardzo realnego. Technologia ma niezwykłą zdolność zmieniania definicji prostoty. Coś, co kiedyś było oczywiste, nagle staje się "zbyt podstawowe". Coś, co kiedyś było zbędne, nagle staje się "nowym standardem".
W ten sposób światło przestało być światłem.
Stało się funkcją aplikacji.
A kiedy aplikacja staje się bramą do światła, pojawia się bardzo ciekawe pytanie. Jeśli do zapalenia lampy potrzebny jest telefon, to czy dom naprawdę jest inteligentny, czy tylko bardzo uprzejmie czeka na instrukcje z kieszeni właściciela.
To pytanie prowadzi do jeszcze ciekawszego wniosku.
Bo jeśli lampy mają aplikację, to właściwie nie ma już powodu, żeby inne rzeczy jej nie miały.
A świat technologii bardzo nie lubi niewykorzystanych powodów.
Jest bardzo wczesny poranek. Człowiek stoi w kuchni w stanie, który można opisać tylko jednym słowem: półświadomość. Oczy są jeszcze w trybie nocnym, mózg działa na minimalnych obrotach, a jedynym realnym celem egzystencji w tej chwili jest kawa. Nie filozofia, nie produktywność, nie sens życia. Kawa.
Przez większość historii ludzkości proces jej przygotowania był prosty. Woda. Kawa. Ciepło. Kilka minut później napój był gotowy. Rytuał był tak prosty, że stał się częścią biologii. Człowiek nie zastanawiał się nad nim. Człowiek wykonywał go automatycznie.
Nowoczesna wersja tego rytuału wygląda jednak trochę inaczej.
Człowiek podchodzi do ekspresu do kawy i naciska przycisk. Ekspres milczy. Na ekranie pojawia się komunikat: "Aby rozpocząć proces parzenia, połącz urządzenie z aplikacją".
To jest moment, w którym kawa przestaje być napojem.
Kawa staje się projektem technologicznym.
Telefon zostaje wyciągnięty z kieszeni. Aplikacja zostaje otwarta. Jeśli użytkownik ma szczęście, aplikacja pamięta jego hasło. Jeśli nie, zaczyna się bardzo interesujący proces przypominania sobie, jakie hasło zostało wymyślone trzy miesiące temu przy konfiguracji ekspresu.
Człowiek próbuje przypomnieć sobie kombinację wielkiej litery, cyfry i znaku specjalnego.
Wszystko po to, żeby zagotować wodę.
Najbardziej niezwykłe w ekspresach z aplikacją jest to, że są one niezwykle dumne ze swojej inteligencji. Instrukcja obsługi informuje użytkownika, że urządzenie potrafi zapamiętać preferencje smakowe, tworzyć profile użytkowników, analizować historię parzenia i sugerować optymalne parametry ekstrakcji.
To brzmi imponująco.
Ale większość ludzi chce po prostu kawy.
Nie raportu.
Jedną z najciekawszych rzeczy w świecie aplikacji jest to, że bardzo lubią one słowo "profil". Profil użytkownika, profil smakowy, profil napoju. Technologia uwielbia tworzyć profile, bo profile oznaczają dane. Dane oznaczają analizę. Analiza oznacza możliwość powiedzenia, że urządzenie jest inteligentne.
W praktyce oznacza to, że aby zrobić kawę, człowiek musi najpierw stworzyć profil.
Profil kawowy.
Człowiek stoi więc w kuchni i odpowiada na pytania aplikacji. Jak intensywna ma być kawa. Jak gorąca. Ile mililitrów. Czy preferowany jest smak klasyczny, mocny czy zbalansowany. Aplikacja pyta z powagą, jakby przygotowanie espresso było egzaminem wstępnym do akademii baristów.
W tym czasie czajnik z lat dziewięćdziesiątych zagotowałby już wodę trzy razy.
Ale nowoczesny ekspres nie spieszy się. Nowoczesny ekspres jest częścią ekosystemu. Ekosystem potrzebuje konfiguracji. Konfiguracja potrzebuje synchronizacji. Synchronizacja potrzebuje aktualizacji.
A aktualizacja potrzebuje czasu.
Człowiek patrzy na ekran telefonu i widzi komunikat: "Trwa aktualizacja firmware'u ekspresu".
To zdanie jest jedną z najbardziej niezwykłych rzeczy, jakie wydarzyły się w historii kawy. Przez setki lat jedyną aktualizacją ekspresu było wytarcie go ściereczką.
Dziś ekspres ma firmware.
Firmware do kawy.
Najciekawsze jest jednak to, że po zakończeniu całego procesu kawa w końcu się pojawia. Maszyna zaczyna pracować. Woda przepływa przez zmielone ziarna. Filiżanka powoli się napełnia. Człowiek bierze pierwszy łyk.
Smakuje dokładnie jak kawa.
Nie jak inteligentna kawa.
Po prostu kawa.
To jest moment, w którym można zauważyć jeden z największych sekretów współczesnej technologii. Niezależnie od liczby aplikacji, aktualizacji i algorytmów, ostateczny rezultat często pozostaje dokładnie taki sam jak wcześniej.
Kawa nadal jest kawą.
Światło nadal jest światłem.
Drzwi nadal są drzwiami.
Zmienia się tylko droga prowadząca do tych rzeczy.
Ta droga staje się coraz dłuższa.
Jednym z najlepszych zdań opisujących tę sytuację jest zdanie, które można usłyszeć w wielu nowoczesnych kuchniach:
"Ekspres jest świetny, tylko czasami trzeba go zrestartować."
Restartowanie ekspresu do kawy jest jednym z najbardziej symbolicznych rytuałów współczesnej cywilizacji. Człowiek stoi rano w kuchni i wykonuje dokładnie te same czynności, które wykonuje administrator serwera.
Wyłącza urządzenie.
Włącza urządzenie.
Czeka.
To działa zaskakująco często.
Drugie zdanie, które pojawia się bardzo często w rozmowach o inteligentnych ekspresach, brzmi jeszcze lepiej:
"Możesz zrobić kawę z łóżka."
To zdanie jest prezentowane jako ogromna zaleta technologii. I rzeczywiście brzmi imponująco. Człowiek leży w łóżku, otwiera aplikację, naciska przycisk i ekspres w kuchni zaczyna przygotowywać kawę.
Problem polega na tym, że kilka minut później człowiek i tak musi wstać, żeby ją wypić.
Technologia wykonała więc ogromny wysiłek, aby skrócić drogę między łóżkiem a przyciskiem ekspresu o kilka kroków.
To jest piękne.
Ale jest też coś jeszcze ciekawszego w tej historii. Inteligentny ekspres bardzo często wysyła powiadomienia. Informuje użytkownika o poziomie wody, o konieczności odkamieniania, o statystykach parzenia. Czasami wysyła nawet raport tygodniowy.
Raport o kawie.
Człowiek otrzymuje więc powiadomienie w telefonie, że w tym tygodniu wypił czternaście kaw i że jego ulubiony profil smakowy to "espresso intensywne".
To jest moment, w którym kawa przestaje być rytuałem.
Kawa staje się analizą danych.
Jednak najbardziej fascynujące w tym wszystkim jest to, że ludzie naprawdę lubią te funkcje. Lubią patrzeć na statystyki. Lubią ustawiać profile. Lubią tworzyć scenariusze parzenia.
Bo technologia ma niezwykłą zdolność zamieniania prostych czynności w doświadczenia.
Kiedyś kawa była po prostu kawą.
Dziś kawa jest interakcją z aplikacją.
A jeśli kawa może mieć aplikację, to właściwie nie ma już żadnej granicy.
Bo skoro nawet poranna kawa potrzebuje konta użytkownika, to świat technologii z pewnością znajdzie jeszcze wiele innych rzeczy, które również potrzebują aplikacji.
I to jest moment, w którym zaczyna się naprawdę ciekawa część tej historii.
Istnieje bardzo specyficzny moment w życiu człowieka, w którym postanawia on stanąć na wadze. Ten moment zwykle nie jest przypadkowy. Czasem pojawia się po weekendzie pełnym dobrego jedzenia, czasem po rozpoczęciu nowego planu treningowego, a czasem po tym, jak spodnie zaczynają prowadzić bardzo szczere rozmowy z pasem. Niezależnie od powodu, człowiek wykonuje prosty gest - staje na wadze.
Przez większość historii tej czynności waga była jednym z najbardziej uczciwych urządzeń na świecie. Człowiek stawał na niej, wskazówka się poruszała, liczba się pojawiała. Nie było negocjacji, nie było logowania, nie było synchronizacji. Była liczba.
Nowoczesna waga patrzy na ten proces i uważa go za zdecydowanie zbyt prosty.
Nowoczesna waga ma aplikację.
Scena wygląda zwykle tak samo. Człowiek staje na wadze, a na ekranie pojawia się komunikat: "Aby zobaczyć wyniki, połącz urządzenie z aplikacją". W tym momencie człowiek zaczyna rozumieć, że nie stoi na wadze. Stoi na platformie pomiarowej w ekosystemie zdrowia cyfrowego.
To brzmi bardzo poważnie.
W praktyce oznacza to, że aby poznać swoją wagę, trzeba najpierw pobrać aplikację.
Telefon zostaje wyciągnięty z kieszeni. Aplikacja zostaje pobrana. Następnie pojawia się ekran powitalny z bardzo entuzjastycznym zdaniem: "Witamy w świecie inteligentnego monitorowania zdrowia". Brzmi to tak, jakby człowiek właśnie rozpoczął program kosmiczny.
W rzeczywistości stoi na wadze w łazience.
Najbardziej fascynujące w inteligentnych wagach jest to, że nie interesuje ich sama waga. Liczba kilogramów jest dla nich tylko początkiem rozmowy. Waga chce wiedzieć znacznie więcej. Prosi o wzrost. Prosi o wiek. Prosi o poziom aktywności. Prosi o zgodę na dostęp do danych zdrowotnych.
Po chwili okazuje się, że waga nie mierzy tylko wagi.
Waga mierzy wszystko.
Procent tkanki tłuszczowej, masę mięśniową, poziom nawodnienia, wiek metaboliczny, indeks BMI, a czasami nawet coś, co nazywa się "wskaźnikiem energii ciała". Człowiek zaczyna podejrzewać, że gdyby waga miała jeszcze kilka czujników, mogłaby również mierzyć poziom optymizmu.
To prowadzi do bardzo interesującej sytuacji. Dawniej waga dawała jedną liczbę. Dziś waga generuje raport.
Raport o człowieku.
Człowiek stoi więc w łazience z telefonem w ręku i patrzy na wykresy. Wykres tkanki tłuszczowej. Wykres masy mięśniowej. Wykres wagi z ostatnich trzydziestu dni. W pewnym momencie zaczyna się zastanawiać, czy nie potrzebuje również wykresu pokazującego, ile czasu spędza na analizowaniu wykresów.
Najciekawsze jest jednak to, że liczba kilogramów nadal istnieje. Ona pojawia się gdzieś w aplikacji. Tylko że jest teraz częścią większej historii. Historii danych.
Waga nie mówi już tylko "ważysz tyle i tyle".
Waga mówi: "Twoje ciało znajduje się w procesie dynamicznych zmian metabolicznych".
To brzmi znacznie bardziej profesjonalnie.
Ale oznacza dokładnie to samo.
Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy w świecie aplikacji zdrowotnych jest to, że bardzo lubią one statystyki. Każda czynność życia może zostać zamieniona w wykres. Kroki. Sen. Tętno. Waga. Kalorie. W pewnym momencie życie zaczyna przypominać raport kwartalny.
Człowiek przestaje być osobą.
Człowiek staje się zestawem danych.
To prowadzi do sytuacji, w których ludzie zaczynają analizować swoje ciało tak, jak analitycy finansowi analizują rynek. Porównują tygodnie. Obserwują trendy. Szukają wzorców. Waga przestaje być momentem prawdy w łazience.
Waga staje się projektem analitycznym.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że waga bardzo często wysyła powiadomienia. Informuje użytkownika o zmianach. Gratuluje postępów. Zachęca do dalszej aktywności. Czasami wysyła komunikaty w stylu: "Twoje ciało robi świetną robotę".
To zdanie jest bardzo uprzejme.
Ale pochodzi od wagi.
Jest coś niezwykle interesującego w momencie, w którym urządzenie łazienkowe zaczyna motywować człowieka. Waga staje się trenerem. Doradcą. Analitykiem.
I oczywiście aplikacją.
Jedno z najbardziej trafnych zdań opisujących inteligentne wagi brzmi tak:
"Kiedyś waga pokazywała liczbę. Teraz waga opowiada historię."
Drugie zdanie jest jeszcze bardziej trafne:
"Największym osiągnięciem inteligentnej wagi było przekonanie ludzi, że kilogram to dopiero początek rozmowy."
To są zdania, które brzmią zabawnie, ale pokazują bardzo realny mechanizm. Technologia ma niezwykłą zdolność rozszerzania prostych rzeczy. Waga była kiedyś urządzeniem. Teraz jest platformą zdrowia.
Platforma zdrowia potrzebuje danych.
Dane potrzebują aplikacji.
Aplikacja potrzebuje logowania.
I w ten sposób człowiek odkrywa, że aby poznać swoją wagę, musi przejść przez proces technologiczny.
Najbardziej niezwykłe w tym wszystkim jest to, że ludzie naprawdę zaczęli lubić te raporty. Lubią patrzeć na wykresy. Lubią analizować dane. Lubią obserwować, jak liczby się zmieniają.
Bo kiedy coś staje się aplikacją, przestaje być tylko narzędziem.
Staje się doświadczeniem.
A doświadczenia mają jedną bardzo charakterystyczną cechę.
Zawsze można je rozbudować.
Jeśli waga może mieć aplikację, to właściwie każda rzecz w domu może mieć aplikację. Każde urządzenie może zbierać dane. Każda czynność może zostać zmierzona.
A kiedy wszystko zaczyna być mierzone, świat zaczyna wyglądać trochę inaczej.
I właśnie wtedy pojawiają się aplikacje do rzeczy, które jeszcze niedawno wydawały się całkowicie odporne na cyfryzację.