Od tłumacza
Książka ukazuje się "w samą porę"... Katolicy w Polsce przeżywają duszpasterski program podany przez nasz Episkopat pod tytułem "Kościół niosący Ewangelię nadziei". Ten ogólny temat obejmuje lata 2005 - 2010 i niesie oczywiście bardzo szeroki wachlarz problemów. W kolejnych latach: "Przywracajmy nadzieję ubogim", "Przypatrzmy się powołaniu naszemu", "Bądźmy uczniami Chrystusa", "Otoczmy troską życie" i "Bądźmy świadkami miłości".
Jest niemożliwe bliższe wniknięcie w każde zagadnienie, lecz w ogólnym ujęciu kryje się w nich idea powołania do kapłaństwa..., tak wynikającego z Sakramentu Chrztu Świętego, jak i Sakramentu Kapłaństwa; za urzeczywistnianie każdej wskazówki tego dokumentu jest odpowiedzialna kapłanka i kapłan Kościoła Domowego, ale pośrednio lub bezpośrednio... kapłan-ksiądz...
Tę ogromną pracę i zadanie mają wykonywać wszyscy katolicy na zasadzie "powołania" do życia, do świętej wiary, poszczególnych stanów i zawodów Polek i Polaków, do pracy, modlitwy, cierpienia (przy tej okazji: do rangi wielkiego symbolu wyrasta wypowiedź św. Maksymiliana M. Kolbego: "Choroba - to inny rodzaj pracy") i odpoczynku. Jesteśmy w stanie czynić to wszystko dzięki temu, że zostaliśmy również powołani do uczestniczenia w kapłaństwie Jezusa Chrystusa. Ze swej strony On także został powołany do swego kapłaństwa - jedynego.
"Powołanie" w istocie rzeczy sprowadza się do "wołania". Na pewno Ktoś "woła", ktoś słyszy - lub nie, słucha - nie... Niewątpliwie Bóg woła, powołuje każdego nie tylko do istnienia, do życia, do obecności we wszechświecie i wobec Niego samego oraz... ludzi, ale i do bycia człowiekiem - do człowieczeństwa... Można je określić mianem pierwszego wielkiego powołania; drugim wielkim powołaniem jest powołanie do miłości. Oczywiście obydwa zawierają niezmiernie głęboką, bogatą i obszerną treść.
"Powołanego" do życia i do człowieczeństwa, które jest równoznaczne z powołaniem do szlachetności, jest równocześnie powołaniem do osiągnięcia zbawienia, czyli do świętości, a więc do zdobycia przynajmniej jej najniższego stopnia, czyli osobistej wolności od grzechu ciężkiego. A więc tym samym Bóg powołuje do bycia człowiekiem religijnym/wierzącym. Próbując ująć dokładniej tę sprawę, trzeba powiedzieć, że Bóg powołuje każdego człowieka do Kościoła Rzymsko-Katolickiego, a konsekwentnie do Ewangelizacji całego świata...
W przypadku poszczególnych powołań - można je umownie nazwać małymi - chodzi o to, by odkryć-usłyszeć, posłuchać-okazać posłuszeństwo, pójść za głosem powołującym i kształtować swe życie według wymogów każdego powołania stanowego lub zawodowego.
Prawdopodobnie trafniejszym określeniem "powołania" jest zaproszenie lub posłannictwo; pierwsze - wskazuje na delikatność Pana Boga, uszanowanie wolnej woli zapraszanego, a drugie zawiera w sobie głębszy sens tej rzeczywistości, mianowicie ukazanie zadania, stojącego przed człowiekiem - zazwyczaj młodym, co nie wyklucza "powołania" kogoś w późniejszym wieku jego życia; może chodzić o korektę dotychczasowego wyboru...
Historia każdego człowieka, jak niedawno przypomniał Ojciec Święty Benedykt XVI, jest prowadzona przez Boga. Jest wiele przypadków, kiedy człowiek sam usiłuje pisać własną historię i wówczas zdarzają się błędy czasem mimowolne i nieświadome, a czasem uparte. Dowodów na to mamy aż nadmiar. Najgorsze jest to, że mimo interwencji Pana Boga czasem sytuacja się nie zmienia. Są jednakowoż - na szczęście wielu - korekty..., zwłaszcza, jeżeli uświadomi sobie każdy ksiądz czy kandydat na księdza ze względu na KOGO wybrał czy decyduje się na wybranie kapłańskiej drogi swego życia. Bóg mówi i pisze przez człowieka; chociaż człowiek jest niedoskonałym narzędziem, On zawsze pisze pięknie.
W tej publikacji problem powołania jest bardzo zawężony i obejmuje aspekt powołania do stanu kapłańskiego - diecezjalnego lub zakonnego. Przekazuje ona świadectwa kapłanów, opisujących z pasją to, co przeżyli osobiście.
Można zaryzykować stwierdzenie, że głos Boga jest ustawicznie taki sam - chociaż jakoś "zależny" od czasu, miejsca czy nawet wieku powoływanego; natomiast poszczególne osoby słyszą go na swój sposób, zgodnie ze stanem ich cielesno-duchowej rzeczywistości i zewnętrznymi okolicznościami.
Ks. J. Rohdain w swej Przedmowie do tej książki napisał, że ona przedstawia nam drogi amerykańskich księży. Przedstawia nam także - w całej prostocie - "dramat" powołania kapłańskiego. Oto widzimy na mapie świata, który idzie "ku nowemu", prawdziwe powołanie kapłańskie, widzimy drogę, nieraz niezauważaną przez nas. Tym lepiej! Szukajmy na tych kartach nowych obrazów, dołączmy się do tych niby niepozornych wędrówek, aby stać się ręką Najwyższego Kapłana, który pisze czasem bardzo pięknie, czasem bardzo 'niezgrabnym' pismem, ale zawsze pisze historię nową, współczesną: historię Kościoła Jezusa Chrystusa.
Autorzy tej książki, księża diecezjalni i zakonni, próbują opisać wydarzenia i siły, które skierowały ich życie ku kapłaństwu. Młody katolik będzie mógł znaleźć tutaj opis wątpliwości, których, być może on sam doznaje, pokus, zniechęceń, które "znaczą" jego duszę... I to zwycięstwo, które, być może, pewnego dnia będzie jego zwycięstwem i triumfem!
W tej książce podano 26 wypowiedzi różnych autorów. Każda wypowiedź jest odrębnym rozdziałem. Podaje osobiste przeżycia każdego z piszących. Tytułem przykładu, warto podać niektóre nazwiska: kardynał N. Gilroy, sławny pisarz Tomasz Merton, biskup F.J. Sheen, którego książki cieszą się niebywałym sukcesem zarówno we Francji jak i Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Równocześnie reprezentowane są różne zakony: Jezuici, Misjonarze, Kapucyni, Redemptoryści, Pasjoniści, Dominikanie, Benedyktyni itd.
Ich sylwetki różnią się oczywiście od sylwetek księży "bohaterów wielu powieści" - pozytywnych lub negatywnych, wokół których tak wiele szumu obecnie nie tylko w Polsce. Na tym właśnie
polega istotna wartość i zaciekawienie, jakie budzi ta książka! Przekazuje fakty, a przeciw faktom nie ma argumentów.
Jan Paweł II w Adhortacji "Ecclesia in Europa" napisał: "Człowiek współczesny chętniej słucha świadków aniżeli nauczycieli; a jeżeli słucha nauczycieli to dlatego, że są świadkami. [...]. Potrzeba wyrazistych, osobistych i wspólnotowych świadectw nowego życia w Chrystusie". Ta książka w doskonały sposób spełnia - moim zdaniem - wspaniałe ujęcie zagadnień zawartych w powyższych słowach Ojca Świętego. Ukazuje nauczycieli i świadków w jednej osobie, zawiera wyraziste i osobiste, a także - w pewnym sensie - wspólnotowe świadectwa "nowego życia w Chrystusie".
A u t e n t y z m nauczycieli, będących świadkami (a o nich mówi nasza publikacja), ma zawsze swoją niezastąpioną wymowę.
Ośmielam się twierdzić, że i w Polsce może ona rzucić bardzo wiele światła nie tylko ludziom młodym, zmagającym się z podjęciem decyzji zostania czy nie zostania kapłanem, ale również klerykom w seminariach diecezjalnych i zakonnych, a nawet kapłanom - młodszym i starszym...
Tłumacz
Przedmowa do wydania angielskiego
Nasz wiek jest osaczony pragnieniem zrozumienia wszystkiego. Filozofowie i uczeni bez przerwy prowadzą prace badawcze, celem rozwiązania zagadek natury; uczeni pytają: "Jak"? Filozofowie zaś: "Dlaczego"? Każdy chce wytłumaczyć tajemnice, łącznie z tajemnicami nadnaturalnymi. Do tych ostatnich należy właśnie tajemnica życia kapłańskiego.
Ksiądz - postać zagadkowa... Poświęca się "służbie ołtarza" z tą świadomością i przekonaniem, że został do tego powołany przez samego Boga. Codziennie głosi i sprawuje Boże Tajemnice. Podczas służby Bożej ubrany jest w święte szaty; na ulicy jego ubiór odróżnia go od innych. Często można go zobaczyć pogrążonego w lekturze stosunkowo dużej, tajemniczej książki napisanej w języku łacińskim.
Ksiądz dobrowolnie wyrzeka się "świata" i wielu rzeczy tak drogich ludzkiemu sercu. Rezygnuje z radości związanych z życiem rodzinnym - składa ślub czystości, zobowiązując się do życia w celibacie. Składa uroczysty ślub posłuszeństwa swoim duchownym przełożonym. Natura jego powołania z konieczności ogranicza pole jego działalności, a jego życie - to praca, nauka, modlitwa. Zupełnie dobrowolnie wybrał "służebną postawę życia".
Dlaczego więc pozwolił wyświęcić się na księdza? Pytanie postawione przez "światowego człowieka", który zatracił poczucie wartości duchowych; wyrzeczenia związane z życiem księdza są dla niego niezrozumiałe. Pytanie postawione przez sceptyka, dla którego religijne wartości nie mają znaczenia: wydaje mu się, że ksiądz, to czysty szaleniec. Książka ta nie została napisana dla "człowieka światowego" ani dla sceptyka...
Ale to samo pytanie stawiane jest przez młodego katolika, który znajduje się wobec najtrudniejszego problemu, jakim jest odkrycie wytyczonej mu przez Boga drogi jego życia. To właśnie dla niego została napisana ta książka, chociaż sceptyk i światowiec mógłby także odnieść korzyść po jej przeczytaniu.
Oczywiście, jak to zauważył kardynał Gilroy, pytanie to nie może nigdy otrzymać pełnej i wyczerpującej odpowiedzi. Człowiek zna tylko jedną część czynników, a sam tylko Pan Bóg drugą. Jednakowoż, ponieważ Bóg działa przy pomocy naturalnych przyczyn i ludzkich środków, różne "siły i doświadczenia" kierowane przez Opatrzność Bożą, mają swój udział w powołaniu kapłańskim, i dlatego mogą dostarczać "pewnych elementów" potrzebnych do odpowiedzi.
Autorzy następnych rozdziałów spróbowali opisać "siły i doświadczenia" z ich własnego życia, mając nadzieję, że rzucą trochę światła na drogę kogoś innego. Katolik będzie mógł tutaj znaleźć opis wątpliwości, które dręczyły ich ducha, pokusy, zniechęcenia, które atakowały ich dusze i wizje chwały, które przepełniały ich wyobraźnię, i tego Z W Y C I Ę S T W A, które, być może, pewnego dnia stanie się jego zwycięstwem.
Antigonish, N.S., 11.08.1952 r.
Jerzy L. Kane
(J.L. Kane jest dyrektorem Dzieła Powołań i Wych. Religij. w diecezji Antigonish, N.J.)
Przedmowa do wydania francuskiego
Paryż, Święto Objawienia Pańskiego, 1954
Zachowuję w pamięci niezatarte wspomnienia ze spotkania z księżmi amerykańskimi. Tak w Chicago jak i w Nowym Jorku, tak w Bostonie jak i Waszyngtonie, tak w rezydencjach księży biskupów jak i na plebaniach; bardzo serdecznie gościli mnie ci atleci prawi, szczerzy, uprzejmi, grzeczni, mocni i śmiali.
To jest świeżość młodego Kościoła, przepełnionego witaminami i "uczynkowymi łaskami Boga", wspaniałomyślnego, świeżego i prostolinijnego. Nasuwa się pytanie, jak wyglądały drogi, które prowadziły tych Bożych pionierów od kołyski aż do ołtarza ich pierwszej Mszy Świętej.
I oto książka, która przedstawia nam właśnie te drogi amerykańskich księży. Pozwala nam także - w swej prostocie - zobaczyć "dramat" powołania kapłańskiego.
* * *
Ten dramat powołania kapłańskiego Francuz będzie oceniał zawsze z większym niepokojem. Być może, nawet z pewną trwogą. Ale nasz temperament latyński, skłonny do nadmiernej analizy trudności, jest tego rodzaju, że nawet najmłodszy ksiądz katecheta, z jakiegoś tam przedmieścia, bez przerwy, aż do śmierci, duma nad przepastnymi wymiarami kapłaństwa.
Postawiony między Bogiem a człowiekiem, kapłan od pierwszych kroków do ołtarza, staje się straszliwą... Tajemnicą, do której się włącza.
Po latach pracy i posługi kapłańskiej, wystarczy mu tylko jeden dzień skupiającej ciszy, aby osiągną w tym świecie "bez tajemnicy" szczyt zrozumienia kapłańskiej rzeczywistości - tej, którą daje to, co jest Święte.
Fala filmu czy powieści dobrze przedstawi sto powierzchownych obrazów; z kolei przypływ i odpływ publicznych opinii pięknie będzie się pasjonował takim lub innym określeniem aktualnego kapłana, pragnienie najbardziej bezinteresownego apostolatu będzie mogło zebrać pod swoim tytułem wszystkie możliwe do przyjęcia przymiotniki przywiązania do misji lub zupełnie dobrze do świata robotników, lecz w końcu pozostaje tylko jedna rzeczywistość, jedna nieusuwalna cecha: on jest "kapłanem". Całkiem krótko - kapłan. I to jedno słowo mówi wszystko, i mówi to przerażająco.
Sposoby bycia się zmieniają. Wobec ruchliwie zmiennej historii, tylko samo Odkupienie pozostaje jedyną Historią. A w Odkupieniu, ktoś jeden jest obarczony obowiązkiem głoszenia niezmiennej prawdy, ktoś jeden jest wyznaczony do składania Ofiary, ktoś jeden do łączenia Boga z ludźmi: to jest kapłan!
Niektórzy mają trudności w utrzymywaniu więzi z ludźmi. Ale, ostatecznie, tylko wiarygodny i prawdziwy kapłan, wie bardzo dobrze, że więzią trudną do znalezienia i utrzymania jest właśnie więź Bogiem.
Proboszcz z Ars ją znalazł i tym samym, bez jakichś sztucznych zabiegów czy specjalnej umiejętności, miał kontakt z ludźmi należącymi do wszystkich klas społecznych. Stary, wiejski proboszcz, który umiera prawie w samotności, promieniuje w końcu w tak niepojęty sposób, jak i kapłan w Tamanrasset sam odprawiający Mszę Świętą, są kapłanami tylko przez swoje kapłaństwo - bez jakichkolwiek dodatków.
Katechizacja dzieci, obecność przy umierającym, ostatni dialog z konającym jest o wiele trudniejszy, aniżeli dyskusja naukowa.
Msza Święta i Sakramenty Święte, które nie są niczym innym, jak tylko promieniowaniem Mszy Świętej, napełniają kapłana mocą, której jedna godzina kontemplacji prowadzi na szczyt.
Osamotnieniem, które zostało ujawnione nam w Chrystusie o trzeciej godzinie w pierwszy Wielki Piątek, jest w rzeczywistości przepełniona cała ludzkość. W tym momencie totalnego osamotnienia, Ten Najwyższy Kapłan dotyka, łączy i przenika każdego z tych miliardów ludzi specjalnym węzłem, którego nie będzie można wyobrazić sobie w porównaniu z żadnym fizycznym. Tak, w tym momencie całkowitego opuszczenia cała ludzkość jest dotknięta inaczej, aniżeli rzesza ludzi zgromadzona na Górze Błogosławieństw czy ci, którzy spotykają się z Nim w warsztacie stolarskim w Nazarecie. Gdyby ktoś, bodaj na moment, miał jakieś wątpliwości dotyczące tej podstawowej tajemnicy, wówczas trzeba byłoby zamienić seminaria tylko na małe szkółki podstawowe dla doskonałych żołnierzy. Lecz to jest właśnie promieniowanie tego porządku Boskiej Tajemnicy, w której ma udział - nawet w pustym kościele - codzienna konsekracja chleba i wina. I biedny człowiek, który jest przeznaczony do tej mocy i chwały, do tej samotności i tego promieniowania, będzie zawsze "podzielony na cztery części" między tym chlebem, który konsekruje i tym ogniem, którym płonie wobec tego dosłownie zgłodniałego tłumu, tak mu bliskiego, a równocześnie tak oddalonego.
W wędrówce, w bolesnej wędrówce ludzkości, to wstawiennictwo jest bezcenne. Począwszy od krzyku św. Pawła w Liście do Hebrajczyków, aż do ostatniego słowa w Księdze Objawienia św. Jana, Kościół będzie kierował wszystkich do tajemnicy ołtarza porannej Ofiary. I ten naród, który chce i szuka przede wszystkim "Kapłana" nie oszukuje siebie.
* * *
Chcielibyśmy w każdym kraju zbyt szybko dać naszym kapłanom zewnętrzną sylwetkę sfabrykowaną przez nasze narodowe obyczaje. Oto na tej mapie świata, który "balansuje" ku nowej osi, obraz prawdziwych powołań kapłańskich, dróg nie jeden raz nieprzewidywalnych dla nas. Tym lepiej! Szukajmy w tych nowych pejzażach, w tych pozornie zwykłych wędrówkach odkrycia ręki Najwyższego Kapłana, który czasem posługuje się pięknymi pismami, czasem bardzo niezgrabnymi literami, aby zawsze pisać młodą historię: tę Kościoła Chrystusa. Jego Ofiara jest Jego naprawdę młodzieńczą świeżością.
Przystąpię do ołtarza Bożego,
do Boga, który jest radością mojej młodości.
Ks. Jan Rodhan
Prałat Jego Świątobliwości
Sekretarz Generalny Pomocy Katolickiej
ZDOBYĆ ŚWIAT
Jakub Keller, M.M.[1]
KOMUNIŚCI W CHINACH
Niedawno jeden z naszych misjonarzy powrócił z Chin, gdzie ciężko pracował przez siedemnaście lat. Usunięty z pola apostolskiej działalności, powrócił do swego macierzystego domu, by czekać na skierowanie do pracy w innym zakątku Winnicy Mistrza.
Długo opowiadał mi, w jaki sposób komuniści potrafili porwać umysłu młodych Chińczyków. Jedna z najbardziej interesujących historii miała miejsce na wyspie Sancian, gdzie zmarł św. Franciszek Ksawery. Wynaturzając, dla własnej korzyści, perspektywy wielkiego Apostoła, komuniści zdołali dokonać tego, czego nie udało się zrealizować dotychczas nikomu. Zdobyli całkowicie młodzież chińską tą wzniosłą ideą, że każdy może uczestniczyć w rozgrywkach na skalę światową i zapewnić ludzkości spokój. Ta idea rozpaliła wyobraźnię tubylców, którzy do tej pory zadowalali się życiem w małych zagrodach wschodnich wiosek; przekształciła ich w gorliwych apostołów komunizmu.
Ten jest na tyle przebiegły, że potrafił zaapelować do najszlachetniejszych odruchów ludzkiego serca. Roztaczając miraż przed narodem, że każdy może pomóc w odnowie, nie tylko swej własnej miejscowości i własnego kraju, ale całego świata, czerwoni posłużyli się sloganem: Wyzwolicie świat. To było powtarzane wszędzie, bez przerwy i na wszelkie sposoby, które można sobie wyobrazić.
Przyczynicie się do szczęścia ludzkości. Przez lata apel ten wstrząsał duszami nawet najbardziej apatycznymi. Raz podjęta idea, w mgnieniu oka rozpaliła wszystkich! Znikła blada małoduszność indywidualna. Weszły w grę moce, którymi Bóg obdarzył każdego z nas i zaczynamy myśleć i działać na wielką skalę.
Mimo heroicznej pracy uczniów św. Franciszka Ksawerego, nie mogli oni wniknąć w głąb Chin i tylko zdecydowanie mniejsza ilość wierzących tubylców zdobyła rzeczywiście szersze widzenie rzeczywistości. Tymczasem komuniści, gdy dostali się na scenę, korzystając z dorobku poprzedników, otwarli masom nową drogę do zdobyczy. Poszerzyli ograniczoną wizję przeciętnego Chińczyka i nauczyli go myśleć i pracować poza jego małym kręgiem.
Wilki odziane w skórę jagnięcia, wiernie oddani szatanowi doprowadzają z nadzwyczajnym sukcesem do tego, że w uszach każdego brzmi wzruszająca zachęta Nauczajcie narody - przecież jest ono takie samo, jakie powtarzał Jezus Chrystus, wysyłając swych uczniów, aby je powtarzali na wszystkie strony.
Sposób, w jaki komuniści mogli wzbudzić taki entuzjazm, pasjonował mnie. Wbrew ich przewrotnemu celowi, metoda nie jest inna, aniżeli ta, która rozpalała wszystkich wielkich apostołów Kościoła w ciągu dziewiętnastu wieków jego historii. Być może, że trzeba dostrzec w nieobecności tej światowej wizji główną przyczynę osłabienia i paraliżu, jakie dzisiaj pętają rozwój chrystianizmu.
Komuniści, więc, potrafili obudzić w sercu Chińczyków sens powołania i obowiązek poświęcenia się przemijającej sprawie. Te wydarzenia z życia zasłużonego misjonarza - weterana - przypomniały mi sposób, w jaki ja zacząłem interesować się kapłaństwem. Zawdzięczam to księdzu z parafii św. Franciszka Salezego, w Oakland w Kalifornii, który przychodził do naszego przedszkola. Miałem wówczas sześć lat. Już upłynęło 46 lat, a ja pamiętam dobrze, jak stał przed nami, i przypadkowo zrobił krótką uwagę, która wydała przynajmniej jedno ziarno, przynoszące owoc!
Powiedział tylko tyle: "Trzeba, moi chłopcy, aby jeden z was został księdzem i któregoś dnia zrobił coś dobrego na tym świecie".
W tym samym wieku, w którym umysł zaczyna samodzielnie funkcjonować, uwierzyłem, że jestem przytłoczony przerażającą mocą tych dwóch słów: "kapłan" i "świat".
W czasie moich szkolnych lat, ta nieprawdopodobna możliwość dotarcia do całej ludzkości, w imię Jezusa Chrystusa, często powracała do mojej świadomości. Wkrótce wstąpiłem do Seminarium św. Patryka w Menlo Park w Kalifornii, aby się przygotować do kapłaństwa.
Stojąc na czele małej parafii, w archidiecezji San Francisco, miałem nadzieję, że będę mógł przyjść z pomocą mojemu bliźniemu.
CO ZE MNĄ?...
Później, z końcem 1918 roku, Ojciec Price, poprowadził na Wschód pierwszą grupę misjonarzy z Maryknoll. Z wielkim zapałem czytałem publikacje misyjne i widziałem przez to na własne oczy podróże tych ludzi do najbardziej zacofanych zakątków ziemi i poczułem się owładnięty pragnieniem, aby pójść ich śladami. Parę lat później wstąpiłem do Maryknoll. Wyświęcony na księdza w 1925 roku zamiast zostać od razu wysłany na misje, zostałem wyznaczony do pracy nad zaznajamianiem Ameryki z naszym dziełem, nad zdobywaniem nowych powołań i zapewnieniem bazy materialnej.
Stało się na początku dla mnie bolesnym rozczarowaniem, że nie pojechałem do Chin czy na inne tereny misyjne. Później dopiero dostrzegłem, że znalazłem się wkrótce w lepszej sytuacji, by pracować nad rozprzestrzenianiem posłannictwa Chrystusa. Mogłem przecież rzeczywiście natchnąć setki ludzi do poświęcenia się pracom życia misyjnego i w ten sposób poszerzyć prawie do nieskończoności pracę, którą mogłem wykonywać indywidualnie.
Starałem się ukazywać powoli tę "światową wizję" nawet tym, którzy w żaden sposób nie myśleli o oddaniu się misyjnej pracy. Jeżeli nie mogli przejść wszystkich dróg, to dlaczego nie przebiegliby przynajmniej części? Zachęcałem ich do wyboru przestrzeni pracy najbardziej dla nich odpowiednich i do niesienia tak daleko, jak to jest możliwe miłości i prawdy... Chrystusa...
Bez przesądzania rezultatów zachęcałem tysiące osób, aby się stali "Chrystoforami", czyli "Nosicielami Chrystusa". To jest w całej pełni Boska idea: każdy powinien zaangażować się, dla swej ogromnej korzyści, w budowę obszernego świata.
Dzisiaj, dzięki ruchowi "Chrystoforów", rzesza, ciągle powiększająca się, odpowiada na ten sam zniewalający apel nieznanego kapłana, który zapoznał mnie z nim w roku 1906 w kalifornijskim przedszkolu.
To, że każdy powinien dołożyć wszelkich wysiłków, mając na widoku wyzwolenie świata, jest ideą tak starą, jak pagórki Galilei. W naszych dniach, z zastraszająco fatalnymi sukcesami, ideę tę wykorzystuje się przeciwko Chrystusowi: pomyślcie o przemianie, jaka dokonałaby się nagle, gdyby ona była podjęta i rozszerzona, w ten sam bezczelnie agresywny sposób dla Chrystusa.
Apel ten jest potężny, tak potężny, że można słusznie zapytać, że, jeśli nie rozbudzi tysięcy powołań do życia zakonnego i misyjnego, to na pewno pomoże młodym ludziom zrozumieć to jedno: Nawet dzisiaj, w imię Chrystusa, każdy z nas ma moc przynieść światu pokój.
Spodobało mi się milczenie
Tomasz Merton[1]
[...]. Około pierwszej w południe, wyszedłem kupić jakieś śniadanie i wróciłem z rękoma pełnymi kartonowych puszek najrozmaitszych kształtów i rozmiarów, zawierających jajecznicę, grzanki i kawę, i z kieszeniami pełnymi paczek papierosów. Ale nie miałem ochoty palić. Zajadaliśmy przy rozmowie, w końcu uprzątnęliśmy ten bałagan. Ktoś zaproponował spacer na targ drobiu. Gotowaliśmy się więc do wyjścia.
W którejś chwili, pośród tego wszystkiego, przyszła mi do głowy myśl, myśl sama w sobie dość doniosła i dosyć zaskakująca, ale jeszcze bardziej dziwna w tym kontekście. Wielu ludzi może nie uwierzy w to, co piszę.
Kiedy siedzieliśmy na podłodze, puszczając płyty i jedząc śniadanie, zabłysła mi nagle myśl: "Zostanę księdzem".
Nie umiem powiedzieć, co ją bezpośrednio spowodowało; nie był to jakiś szczególny odruch wstrętu czy znużenia i apatii, w jakie wprawiało mnie dotychczasowe moje życie - i to mimo jakiejś bezwartościowości tego życia. I nie zrodziła jej muzyka, ani atmosfera jesieni, które już w skończonym kształcie zostało nagle we mnie zaszczepione, nie było czymś słabym i nieokreślonym, jakim jest zawsze popęd uczuciowy. Nie było ono wytworem namiętności czy wyobraźni. Był to mocny, słodki, głęboki i nalegający pociąg, który odczułem nagle, ale jako odruch pożądania jakiegoś dotykalnego dobra. Zrodził się on w sferze sumienia, był nowym, wyraźnym przeświadczeniem, że to jest właśnie to, co powinienem zrobić.
Nie potrafię powiedzieć, jak długo ta myśl nurtowała mnie, zanim ją wyraziłem. Ale niebawem rzekłem, jakby coś nadzwyczajnego:
- Wiecie, myślę, że powinienem pójść do klasztoru i zostać księdzem.
Gibney, już słyszał to przedtem i myślał, że żartuję. To oświadczenie nie budziło zresztą żadnego sprzeciwu ani komentarza - tak, czy owak pomysł nie był zasadniczo niesympatyczny dla Gibne'ya. W jego pojęciu, każde życie miało sens, oprócz życia biznesmena.
Gdy wychodziliśmy z bramy domu, myślałem: "Będę więc księdzem".
Kiedy siedzieliśmy nad rzeką, na targu kurcząt, umysł mój wypełniała ta sama myśl. Około trzeciej czy czwartej po południu, Gibney pożegnał się z nami, pojechał do Port Washington. Peggy i ja zostaliśmy jeszcze trochę dłużej wpatrując się w brudną rzekę. Potem odprowadziłem ją do stacji kolei podziemnej. W cieniu, pod wiaduktem nad Tenth Avenue powiedziałem jej:
- Peggy, naprawdę mam ten zamiar. Wstąpię do klasztoru i zostanę księdzem.
Nie znała mnie bliżej, a poza tym nie miała wyrobionego zdania o powołaniu księdza. Niewiele mogła mi odpowiedzieć. Czy oczekiwałem zresztą, że coś powie?
Byłem rad, że w końcu jestem sam. Na tej wielkiej, szerokiej ulicy, pełnej rozpędzonych, hałaśliwych ciężarówek, która jest przedłużeniem Eighth Avenue - zapomniałem już jej nazwy - znajdowała się mała katolicka księgarnia oraz niemiecka paszteciarnia, gdzie nieraz jadałem. Przed zajściem do tej ostatniej, gdzie za jednym zamachem chciałem zjeść i obiad i kolację, wszedłem do katolickiej księgarenki św. Weroniki. Jedyną książką o zakonach, był mały, zielony tomik, poświęcony jezuitom, ale i ten kupiłem i czytałem go podczas posiłku.
Teraz, kiedy znalazłem się sam, ta myśl przybrała inny i bardziej określony kontur. Dobrze, przyjąłem możliwość pozostania księdzem, jako rzeczywistą i odpowiednią dla mnie. Pozostało mi jeszcze nadać jej, w pewnym sensie, znacznie zdecydowaną postać.
Czym to było w istocie? Czego wymagało? Mój umysł szukał po omacku odpowiedzi na te pytania.
Co miałem, tutaj i teraz, w tym kierunku zrobić? Musiałem siedzieć długo nad tą książeczką i tymi myślami, Kiedy znów wyszedłem na ulicę, zapadał już zmierzch, a boczne zaułki były ciemne. Było chyba koło siódmej.
Jakiś instynkt pchnął mnie do pójścia na ulicę 16-tą, do jezuickiego kościoła św. Franciszka Ksawerego. Nigdy tam jeszcze nie byłem. Nie wiem, czego chciałem tam szukać teraz. Może pierwotnie myślałem o rozmowie z którymś z ojców - naprawdę nie wiem.
Kiedy dotarłem do ulicy 16-ej, cały budynek wydawał się ciemny i pusty, i w rzeczywistości, drzwi kościoła były zamknięte. I na ulicy było pusto. Miałem już odejść zawiedziony, gdy zauważyłem wejście prowadzące pod kościół, do krypty czy podziemia. Kiedy indziej nie byłbym nigdy zwrócił na nie uwagi. Schodziło się dwa stopnie w dół i dopiero tam napotykało się na drzwi, na pół ukryte pod schodami prowadzącymi do głównego wejścia kościoła. Nic nie wskazywało na to, że i te drzwi nie są zamknięte i zaryglowane.
Ale coś mnie tknęło: popróbuj tych drzwi. Zszedłem, położyłem dłoń na ciężkiej, żelaznej klamce. Drzwi ustąpiły i znalazłem się w niższym kościele, który był pełen świateł i ludzi.
Najświętszy Sakrament był wystawiony w monstrancji na ołtarzu i w końcu zrozumiałem, co powinienem zrobić i dlaczego jestem tu przyprowadzony.
Był to jakiś rodzaj nowenny - a może Godzina Święta - nie wiem, ale nabożeństwo miało się ku końcowi. Gdy znalazłem jakieś miejsce, padłem na kolana, zaczęto śpiewać Przed tak Wielkim... Wszyscy ludzie: robotnicy, ubogie kobiety, studenci, urzędnicy śpiewali po łacinie hymn na cześć Najświętszego Sakramentu napisany przez św. Tomasza z Akwinu.
Wpatrzyłem się w monstrancję, w białą Hostię. I nagle stało się dla mnie jasne, że całe moje życie znajduje się w jakimś przełomowym punkcie. O wiele więcej niż mogłem sobie wyobrazić i zrozumieć, zależało teraz od jednego słowa - od mojej własnej decyzji.
Nie urabiałem mojego życia w przewidywaniu takiej sytuacji - nie przygotowywałem się do niej. Nic nie było dalsze od mojej myśli. Tym bardziej uroczysty stawał się fakt, że zostałem tu nagle powołany do dania odpowiedzi na pytanie, które powstało w moim umyśle, ale w niezmierzonych głębiach wiekuistej Opatrzności.
Przekład i opracowanie z j. francuskiego Salezy Kafel
Korekta, skład i opracowanie graficzne Renata Muszyńska
Tytuł oryginału: "Why I Became a Priest". The Mewman Press, 1952, Westminster, Maryland
Przekład francuski: "Pourquoi je suis devenu pretre? Presentation du Rev. G.L. Kane
W tej książce podano 26 wypowiedzi różnych autorów. Każda wypowiedź jest odrębnym rozdziałem. Podaje osobiste przeżycia każdego z piszących. Tytułem przykładu, warto podać niektóre nazwiska: kardynał N. Gilroy, sławny pisarz Tomasz Merton, biskup F.J. Sheen. Równocześnie reprezentowane są różne zakony: Jezuici, Misjonarze, Kapucyni, Redemptoryści, Pasjoniści, Dominikanie, Benedyktyni itd. W ich wypowiedziach głos Boga jest ustawicznie taki sam - chociaż jakoś "zależny" od czasu, miejsca, wieku.
ISBN 978-83-8104-966-5
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero