BUNKIER. MURANOWSKA 38
W getcie w przeddzień świąt Wielkiejnocy 1943 roku mało było ludzi w lepszych warunkach ode mnie. Pracowałem po aryjskiej stronie i miałem tam załatwione mieszkanie, które należało odremontować. W ciągu dwóch tygodni mógłbym się do niego przenieść z całą rodziną, wynieść z getta. Oddawałem się więc optymizmowi, nie widząc piętrzących się nad nami chmur.
18 kwietnia 1943. Tego pamiętnego dnia od południa ludzie zaczęli między sobą szeptać i ostrzegać jeden drugiego: "Tej nocy ma być akcja, czuwać, nie spać, kobiety z dziećmi niech śpią w schronach, Ukraińcy przyjechali...". Stan niepewności trwał gdzieś do jedenastej wieczorem. Siedząc przy kolacji, usłyszałem, że jakiś samochód podjechał pod bramę sąsiedniego domu, zamieszkanego przez urzędników Gminy Żydowskiej. Wszyscy jak jeden mąż zerwaliśmy się od stołu i wybiegliśmy na balkon. Okazało się, że jest to gminna karetka pogotowia. Do samochodu wsiadło natychmiast kilkunastu ludzi i odjechało. Po upływie kilku minut scena się powtórzyła. Porządnie zaniepokojeni, wysyłamy jednego z nas, aby się dowiedział, co to oznacza. Ten szybko wraca i oznajmia, że urzędnicy wyjeżdżają do gmachu Gminy przy Zamenhofa. Coś się święci, ale nic pewnego oni sami jeszcze nie wiedzą. Należy się przygotować na wszelkie możliwości i dlatego zarządzamy, aby kobiety z dziećmi zeszły do schronu. Karetka gminna przyjeżdżała jeszcze ze trzy razy i znowu zaległa groźna cisza.
Upłynęło niecałe pół godziny i słyszymy stukanie do bramy. Jest to patrol chłopców z organizacji, którzy nas ostrzegają, że mury getta są obstawione przez Ukraińców i że o pierwszej po północy Niemcy i Ukraińcy mają wkroczyć do getta. Teraz już nie ma na co czekać. Wszyscy muszą się bezwzględnie ukryć. Barykadujemy i zabezpieczamy bramę, ustawiamy warty w domu i posterunki obserwacyjne na balkonach. Jeszcze jesteśmy w trakcie przygotowań, a już słychać warkot samochodów, które się zatrzymują na rogu ulic Zamenhofa i Muranowskiej; wysiada z nich około stu żołnierzy i momentalnie ustawiają się po dwóch z karabinami przy każdej bramie. Od tej chwili jesteśmy odcięci od świata, zdani na własne siły i na miłosierdzie tych tam na ulicy.
W czasie tej wojny okazało się, że najpewniejszy swego życia jest człowiek, którego się nie widzi i nie słyszy. Trzymając się tej prawdy, od razu przy przeprowadzce na Muranowską zaczęliśmy myśleć o urządzeniu kryjówek i skrytek dla naszych rodzin na wypadek niebezpieczeństwa w czasie, gdy my jesteśmy przy pracy. W tym celu zamurowaliśmy kilka niepozornych pokoi na czwartym piętrze i wyrżnęliśmy klapy w suficie, który wychodził na strych. Oprócz tego na strychu istniały pierwszorzędne skrytki, a niektórzy mieli też schronienia we własnych mieszkaniach. Trzeba było prawdziwego Sherlocka Holmesa, aby znalazł wejście do takiej skrytki lub też domyślił się, że ktokolwiek przebywa wewnątrz.
Ale to wszystko nie wystarczyło. Czuliśmy, że nadejdzie kiedyś jeszcze większe niebezpieczeństwo i że wówczas schrony na nic się nie zdadzą. Baliśmy się sami przed sobą nazywać rzeczy po imieniu, aby nie straszyć słabszych. Dręczyła nas wszystkich jedna i ta sama troska: jak zbudować schron-bunkier, odporny na ogień, granaty, niezależny pod względem wody, światła i ubikacji. Bunkier ten musi być obszerny, aby w razie potrzeby mógł pomieścić do stu osób, musi też być zaopatrzony w żywność na dłuższy czas. Teren naszej posesji okazał się jakby wymarzony do tego celu. Od frontu Muranowskiej kamienica czteropiętrowa, w środku podwórza z lewej strony oficyna, też czteropiętrowa. Od ulicy Niskiej kupa gruzów wysokości około 3 metrów ponad poziom podwórza (pozostałość z domu po bombardowaniu Warszawy w 1939 roku), z prawej zaś strony podwórza też gruzy przylegające do sąsiedniego domu przy Muranowskiej 36. Gdzie zrobić ten bunkier, czy pod gruzami z prawej strony podwórza, czy też od strony Niskiej? Wybraliśmy to ostatnie miejsce, gdyż tu mieliśmy zejście z każdego korytarza i w razie konieczności wyjście na Niską zasypanymi na razie okienkami. Poza tym był to teren niezagrożony możliwością zawalenia się sąsiedniej ściany, w przeciwieństwie do gruzów z prawej strony podwórza, które mogłyby zostać przysypane murem najbliższej kamienicy. Sporządziliśmy dokładną listę osób zainteresowanych budową schronu, przy czym koszty rozłożyliśmy równomiernie na wszystkich. Powstała komisja, złożona z fachowców, którzy projektowali budowę, doglądali prac i udzielali wskazówek. Teraz wyłonił się najtrudniejszy problem: trzeba rąk do pracy, a powinni to być ludzie zainteresowani, gdyż dzieło musi powstać w ścisłej tajemnicy. Jeśli tajemnica nie zostanie zachowana, wszyscy ryzykują życiem, nie brak bowiem donosicieli i kapusiów. Pracowaliśmy w wojskowych warsztatach i urlopów ani żadnych zwolnień nie dostawaliśmy, z wyjątkiem niedziel. Po jedenastogodzinnej pracy i godzinnym marszu w jedną i drugą stronę nikt nie miał sił ruszyć ręką ani nogą. Dom nasz zamieszkiwaliśmy wespół z pracownikami fabryki karoserii samochodowych Autocarossa przy Glinianej. (Firmy Kozikowski i Autocarossa podlegały bezpośrednio tej samej instytucji wojskowej, a mianowicie HKP2 554 Warszawa). Żydzi zatrudnieni w firmie Autocarossa mieli trochę więcej swobody, nie wykonywali bowiem tak ważnych robót jak my, i dlatego też kilku z nich zgodziło się za wynagrodzeniem pracować przy budowie schronu.
Ja i moja rodzina nie byliśmy zbytnio zainteresowani schronem, gdyż - jak już zaznaczyłem na początku - mieliśmy w krótkim czasie przenieść się na aryjską stronę. Z tego też względu żywności sobie nie szykowaliśmy, ale pieniądze przypadające na nas zostały wpłacone. Wychodziliśmy bowiem z założenia, że dopóki mieszkamy w tym domu, musimy się solidaryzować ze współmieszkańcami. W takich wypadkach nie ma wyjątków, ciężary obciążają wszystkich jednakowo. W razie potrzeby każdy musi mieć możność ukrycia się, biedny czy bogaty, kulawy czy ślepy.
Wszystkie trudności zostały pokonane i praca ruszyła naprzód. W pierwszym rzędzie pomyślano o wejściu do schronu i o odpowiednim zamaskowaniu go. W ostatniej z całego ciągu piwnic w lewej oficynie, zanieczyszczonych różnymi odpadkami, panuje największy bałagan: kupy pierza, połamane maszyny piekarskie, cegły maskują wejście. W rogu sutereny został wykopany szyb o głębokości 2 metrów. Dalej, na poziomie 2 metrów poniżej podłogi sutereny, przebito dziurę w murze między lewą oficyną a gruzami od ulicy Niskiej. Po wybiciu dziury trzeba było kopać z powrotem do góry, aby się dostać na poziom piwnic przypuszczalnie istniejących pod gruzami. Po wielu dniach żmudnej pracy tunel jest gotów, trzeba go tylko podstemplować beleczkami, aby się ziemia nie obsunęła. Jeszcze jeden dzień pracy i piwnice zostały osiągnięte. Jest ich około dziesięciu przeciętych korytarzykami metrowej szerokości, każda z nich ma mniej więcej 8 metrów kwadratowych powierzchni i 1,8 metra wysokości. Piwnice te są do połowy zasypane spalonym gruzem i różnymi odłamkami. Jest ciemno i brak powietrza. Prace na razie stają. Przeciągamy po kryjomu światło z transformatora na Muranowskiej, przebijamy kilka dziur w suficie umożliwiających dostęp powietrza, przy tym okazuje się, że sufit wraz z leżącymi na nim gruzami ma grubość 3 metrów, czego już i granat nie przebije.
Przystępujemy do sprzątania piwnic. Nie można wyrzucić gruzów na podwórze, gdyż wzbudziłoby to podejrzenie. Zapadła więc decyzja, aby pięć piwniczek oczyścić zupełnie, a pozostałe pięć zapełnić gruzem do sufitu. Przy wykonywaniu tej pracy ziemia się obsunęła i troje ludzi zostało zasypanych. Ledwo ich wydobyto, nieprzytomnych i wyczerpanych. Pięć piwniczek jest czystych. Obieramy miejsce na kuchnię, ubikację i studnię. Teraz już praca nabiera innego charakteru, wymaga więcej inteligencji i pomysłowości. Jedna grupa ludzi stawia kuchnię, inni kopią studnię. Upłynęło kilka dni, kuchnia już stoi, a wody w studni nie widać, trzeba kopać dalej. Dopiero na głębokości 5 metrów pokazała się woda, ale brudna i niezdatna do picia. Wyłania się konieczność zainstalowania pompy tłocząco-ssącej. Trzeba ją kupić w aryjskiej dzielnicy, a tymczasem dni uciekają i zabieramy się do innych prac. Dokopaliśmy się do rury kanalizacyjnej, założyliśmy miskę klozetową, zaczęliśmy znosić deski na podłogi. Na wilgotnej ziemi przecież nie można spać. Przed zejściem do schronu zdążyliśmy ułożyć podłogę w jednej z piwnic i zbić kilka półek. Mamy więc pięć wyprzątniętych piwniczek, w tym jedną z podłogą. Pomieszczenie obliczone jest na sto osób z górą, wody własnej nie ma. Jest ustęp, ale każdorazowo trzeba go polewać wodą ze studni. Poza tym ustęp jest zupełnie nieogrodzony, nie ma nawet żadnego parawanika. Jest jeszcze mała kuchnia i trochę drewna do palenia. To wszystko, co zdążyliśmy zrobić, i co było możliwe do zrobienia w tak krótkim czasie. Jeśli sobie uprzytomnimy, w jakich warunkach wykonywało się prace, to pod względem ofiarności i samozaparcia przewyższają one budowę niejednego mostu-olbrzyma lub podziemnego tunelu.
Przed świętami dużo ludzi wróciło do getta z aryjskiej strony, milej bowiem jest na jednej desce u siebie niż w salonach u kogoś. Poza tym napłynęło wiele osób z terenu różnych szopów. W rezultacie w getcie było w tym czasie dwa razy więcej ludzi niż normalnie. Napływ ten nie ominął też naszego domu, wprost przeciwnie. Normalnie przebywało u nas do stu osób, a w dniu rozpoczęcia akcji było z całą pewnością dwustu pięćdziesięciu ludzi. Na to nie ma rady, trzeba się chować, a chować się muszą wszyscy, choćby jeden drugiemu na głowie miał siedzieć. Dziwnym trafem ani jeden człowiek nie pomyślał, aby się ukryć w skrytce w mieszkaniu czy na strychu, wszyscy pchali się do piwnic. Wleźć pod ziemię jak najgłębiej, do krateru wulkanu bodaj, byle tylko się uchronić od tych "bohaterów", którzy za zwycięstwo w getcie otrzymali na pewno brylanty do Krzyża Żelaznego!
Jest noc, ciemno, ludzie z dziećmi na rękach szukają po omacku drogi. Matki muszą uważać, aby dzieci, broń Boże, nie płakały. Obuwie trzyma się albo w rękach, albo okręca się je gałganami. Przez podwórze nie wolno chodzić, Niemiec może zaświecić latarką. Zapałki nie wolno zapalać, po omacku, trzymając się za ręce, uważając na każdy krok, posuwa się ta ponura procesja ludzi-widm do podziemnych lochów. Nikt nie zapomina, że przed bramą są Niemcy, którzy czyhają na każdy szmer, aby rozpocząć polowanie.
Zaczynając od czwartego piętra frontowej oficyny, udajemy się śladem tego korowodu. Przechodzimy z jednego mieszkania do drugiego, wszędzie drzwi otwarte, wszędzie ciemno, nikt nie pilnuje mienia. Każdy wie, że jak przeżyje te ciężkie chwile i wróci do swojego mieszkania, to mu niczego nie zabraknie. Uważamy, aby nie potrącić czegoś i nie narobić niepotrzebnego hałasu. W korytarzu widzimy, że zewsząd wychodzą ludzie. Wszyscy spieszą w jednym kierunku. Schodzimy klatką schodową z czwartego piętra aż do samej piwnicy. Tu ludzie gęsiego posuwają się bardzo wolno do przodu, a przecież do wejścia jest jeszcze ze 30 metrów. Omijamy tę kolejkę, przechodzimy przez wiele piwnic zawalonych różnymi rupieciami. Nareszcie dochodzimy do klapy. Tu stoją dwaj mężczyźni: jeden trzyma ogarek świecy i przysłania płomień, drugi pomaga ludziom starszym i słabym wchodzić do bunkra. Trwa to już pół godziny, ludzie wchodzą jeden po drugim, nikt się nie tłoczy. Panuje absolutna cisza, od czasu do czasu słychać tylko, jak osoby pomagające przy wchodzeniu wydają szeptem rozkazy. Jeden taki rozkaz dotarł w tej chwili do nas. Okazuje się, że zaczyna się robić ciasno. Wolno odtąd brać do schronu tylko żywność. Wszelkie inne paczki zostaną wyrzucone. Nikt się temu nie sprzeciwia, nie pada ani jedno słowo skargi. Wszyscy rozumieją powagę chwili, niektórzy odnoszą swe rzeczy z powrotem. Po pewnym czasie schodzenie się kończy, my też wchodzimy. Jedna osoba zostaje na górze, zamyka klapę, nagarnia na nią kupę pierza i różnych odłamków, to wszystko przyciska jeszcze ciężką maszyną piekarską i odchodzi. Za kilka godzin będzie z powrotem i oznajmi nam, co się dzieje na górze.
Jesteśmy w tunelu. Na razie jest ciemno i zimno, posuwamy się dalej. Zaczyna się korytarz, w oddali przebijają pierwsze błyski światła. Widzimy tu dwóch chłopców, którzy mają głowy przytknięte do muru i nasłuchują. Okazuje się, że jest tu rura o średnicy 15 centymetrów. Rura ta wychodzi na powierzchnię gruzów. Służy teraz jednocześnie jako wywietrznik i doskonały aparat podsłuchowy. Możemy słyszeć wszystko, co się dzieje na Niskiej. Przytykamy uszy. Z oddali dochodzi od czasu do czasu echo wystrzału karabinowego. Zostawiamy chłopców na posterunku i udajemy się dalej. Nagle korytarz się kończy. Robi się widno. To pali się czterdziestoświecowa żarówka. Kilkudziesięciu stłoczonych ludzi nie ma się gdzie ulokować. Pan Hryniewiecki, który jest komendantem schronu, wydaje rozkazy. Matki z dziećmi, ludzie starzy i słabi mają zająć piwnicę z drewnianą podłogą. Co chwila komendant wzywa do zachowania bezwzględnej ciszy, w przeciwnym razie światło zostanie wyłączone. W końcu jest trochę porządku. Jedni leżą na ziemi lub siedzą, inni stoją. W schronie jest dopiero około 160 osób, miejsca już prawie nie ma, a trzeba się liczyć z tym, że ludzi będzie jeszcze przybywać. Pomimo że jest zimno, powietrze staje się ciężkie.
Poznajmy troski i nastroje stłoczonych tu nieszczęśników. Oto kilku młodych ludzi, kobiety i mężczyźni. Dotąd byli zatrudnieni w różnych placówkach po aryjskiej stronie. Przyszli na święta do getta odwiedzić znajomych. Wszystkich swoich bliskich i krewnych stracili w poprzednich akcjach. Ich nic nie obchodzi, niczym się nie przejmują. Flirtują między sobą w najlepsze, opowiadają pieprzne historyjki. Dalej stoi kilku starszych mężczyzn. Jeden z nich mówi:
- Teraz zrobią judenrein3.
Drugi się odzywa:
- Szopy i ważne placówki zostawią. Dlaczegóż mieliby się pozbawić darmowych rąk?
Inny wtrąca:
- Jeśli utrzymują Werterfassung4, to jeszcze zostaną Żydzi, w przeciwnym razie wszystkich wywiozą.
Ktoś znowu dodaje:
- Skupią wszystkich na Niskiej i Muranowskiej, a resztę wyłączą.
Tych dociekań mamy na razie dość. Idziemy dalej. Młody mężczyzna w jesionce, otoczony sporą grupą ludzi, opowiada, jak to pracuje po aryjskiej stronie jako chrześcijanin w fabryce, ma tam mieszkanie i dokumenty. Po co tu przyszedł? Wpadł w pułapkę bez wyjścia, bez jedzenia. Nie wie, co teraz zrobić. Paru ludzi ugania się za papierosami, muszą zapalić. Mogą nie jeść, ale palić muszą. Wchodzimy do piwniczki z drewnianą podłogą. Kilku starców siedzi i żarliwie się modli. Odmawiają Psalmy Dawida. Tak są zatopieni w modlitwie, że nie zwracają uwagi na to, co się dzieje dokoła. Dalej siedzą cztery kobiety z maleńkimi dziećmi, karmią je i uspokajają. Na ich młodych twarzach pooranych bruzdami maluje się troska i niepokój. Co będzie dalej? Mimo woli przysłuchujemy się ich rozmowie:
- Nie przyszykowałam dla dziecka jedzenia, nie wiem, co mu teraz dać - mówi jedna z nich.
- Moja Halinka potrzebuje chociaż raz na dzień coś gotowanego. Gdzie ja tu jej coś zrobię - dodaje druga.
- Moje dziecko jest słabe, potrzebuje powietrza, a tu jest tak duszno i może być jeszcze gorzej, jak ci z góry zejdą. Nie wiem, czy wytrzymamy - skarży się inna.
Przenosimy się do następnego pomieszczenia. Tu są przeważnie pracownicy naszej firmy i każdego doskonale znam. Tragedia tych ludzi jest największa i oni przeżywają najcięższe chwile. Na wstępie Bromberg, blacharz w naszym warsztacie. Żona i dwoje dzieci są po aryjskiej stronie, a on tu sam jak kołek, bez jedzenia i możności ratunku. Siedzi i płacze:
- Czy ja się jeszcze kiedyś zobaczę z moimi dziećmi?
Pan Kac. Żona z dzieckiem jest po aryjskiej stronie. Przyszedł do getta, gdyż ma tu teścia, chciał mu uprzyjemnić święta. Jest też bez jedzenia. Zaciska zęby i milczy. To jest człowiek, który umie się opanować. Państwo Holc, młode małżeństwo, mają mieszkanie w aryjskiej dzielnicy u nadzwyczaj porządnych ludzi, chcieli spędzić święta w getcie i wrócili. Są bez żywności. Usiedli w kącie. Mąż narzeka na żonę:
- Przez ciebie wróciliśmy. Nie chciałem wracać, tyś mnie namawiała. Nie mamy nawet co jeść. Co z nami będzie? Na pewno zginiemy.
Piński. Żona po aryjskiej stronie. On tutaj bez żywności. Usiadł w kącie, zapalił fajkę i kurzy. Zmarszczył czoło, myśli. Ale cóż on może wymyślić? Choćby się wysilał cały rok. Nachman, mężczyzna trzydziestopięcioletni, żonę i dwoje dzieci stracił w pierwszym wysiedleniu. Ma miejsce w aryjskiej dzielnicy. Nie chciał tam siedzieć sam przez święta. Wrócił. Jak wszyscy prawie współpracownicy naszej firmy, jest bez żywności. Siedzi i gniecie w sobie zmartwienie, nie przeczuwa wcale, jak tragiczny koniec szykuje mu przeznaczenie. Państwo Kahan z dwojgiem dzieci oraz Hoffer5 z żoną i bratankiem. Ci wprawdzie myśleli o wyniesieniu się z getta, ale byli tak przewidujący, że przygotowali się na ewentualny przymusowy, dłuższy tu pobyt. Mają trochę żywności w zapasie. W obecnej chwili są w stosunkowo najlepszym położeniu. Kahan pomaga żonie przy małym dziecku. Hoffer położył się na mokrej glinie i zmusza się do spania, aby przestać myśleć i patrzeć na to wszystko.
Dochodzimy wreszcie do mojej rodziny. Z boku w piwniczce na rozpostartej kołdrze siedzą: matka, żona, teściowa i siostra, a ojciec rozmawia z kolegami. Ojciec, siwy jak gołąb, strasznie wychudł i zmizerniał. Gdy patrzę na niego, płakać mi się chce. Matka ani nikt z naszych nie narzeka, starają się maskować niepokój, chociaż pod względem wyżywienia znajdujemy się w tym samym położeniu co większość pracowników naszej firmy. Żona pociesza mnie:
- Nie martw się. Wszystko jeszcze będzie dobrze.
Oby jej słowa się sprawdziły. Matka wyraża nawet zadowolenie, że nie znajduje się po aryjskiej stronie:
- Jestem szczęśliwa - mówi - że mogę być z mężem i dziećmi. Cokolwiek się z nami stanie, jesteśmy razem. Gdybym była - mówi do mnie - tam teraz z córką, twoją żoną i teściową, a ty z ojcem tu, jak wszyscy prawie pracownicy waszych warsztatów, serce moje nie wytrzymałoby. Umarłabym na pewno, myśląc o was i nie wiedząc, co się z wami dzieje.
W tych kilku słowach wyraża się całe serce mojej matki i kochającej żony.
W piwniczce jest jeszcze kilku tak zwanych jamników, czyli byłych funkcjonariuszy Żydowskiej Służby Porządkowej. Siedzą z boku cicho, nikt im nie współczuje. Każdy pamięta, jak się zasłużyli podczas pierwszych akcji wysiedleńczych. Zresztą oni sami dopiero teraz zdali sobie sprawę z tego, że Żyd jest Żydem. Choćby się zasłużył Niemcom jak sam Hitler, musi - według wskazań tegoż - zginąć. Ci policjanci, którzy kiedyś tropili swych braci po różnych kryjówkach, myśląc, że przez oddanie przysług Niemcom uratują sobie życie, muszą teraz kryć się jak lisy w norach.
Strasznie mnie boli głowa. Chcę się położyć i usnąć, aby przez parę godzin zapomnieć i przestać myśleć o tym wszystkim. Klapa jest na kilka chwil otwarta. Przynieśli w bańce od mleka wodę do picia. Ojciec wychodzi na górę. Jest ciekaw, co się tam dzieje. Robię sobie na mokrej glinie kawałek wolnego miejsca obok Hoffera, kolegi z pracy, i kładę się spać. Za 3-4 godziny dowiem się, co słychać, i pójdziemy na górę do mego ojca.
Warto chyba zapoznać Czytelników z działalnością placówki Werterfassung. Po pierwszym wysiedleniu Żydów z Warszawy powstała konieczność sprzątnięcia z mieszkań mebli i innego dobytku. Niemcy początkowo stworzyli batalion pracowników, którzy chodzili po mieszkaniach, wybierali rzeczy, ładowali je na platformy i odwozili do magazynów, gdzie następnie wszystko sortowano i wagonami wysyłano do Niemiec. Po akcji styczniowej stan liczebny tego batalionu wzrósł kilkakrotnie. Zwerbowano przymusowo czy też dobrowolnie, za bochenek czarnego chleba, około 10 tysięcy kobiet i mężczyzn. Z ludzi tych potworzono kolumny robocze po 200-300 osób, a każda miała nad sobą 3-4 żołnierzy SS, panów życia i śmierci. Co rano dziesiątki takich kolumn wyruszały na teren dawnego getta i obrabiały domy z mienia żydowskiego. Rzeczy te szły do magazynów. Tu Żydzi, pracownicy tej samej placówki, pod odpowiednim kierunkiem przygotowywali je do wysyłki. Osoby zatrudnione w Werterfassung zamieszkiwały przeważnie domy przy Niskiej i Muranowskiej. Rzecz zrozumiała, że tak liczne brygady zdołały uprzątnąć domy żydowskie w niedługim czasie. Ludzie ci są już niepotrzebni. Trzeba ich albo wywieźć i wykończyć, albo zdemobilizować i puścić wolno na miasto. Ale od czegóż tu pomysłowość niemiecka. Konrad6, ówczesny dyktator tej placówki, powiedział sobie: "Dlaczegóż mam się pozbawić dziesięciu tysięcy par rąk roboczych? Ileż pieniędzy mogę zarobić ich pracą?". Potworzył z zebranych w getcie maszyn i narzędzi ogromne warsztaty: stolarskie, tapicerskie i krawieckie. W stolarniach i tapicerniach przerabiało się i odnawiało meble wybrane z żydowskich domów, i to, już jako nowy gotowy towar, szło wagonami nach die Heimat7. A pieniądze za to Konradowi do kieszeni.
W warsztatach krawieckich przyjmował Konrad zamówienia wojskowe na płaszcze, mundury i tym podobne, oczywiście z odpowiednim zyskiem. Dlatego też placówka ta była uważana za najlepszą i najpewniejszą. Przecież znajduje się pod osobistą opieką Gruppenführera Konrada, pana absolutnego nad gettem. I wszyscy słusznie wyczekiwali na wyrok, jaki zapadnie na tę placówkę, mniemając, że od tego zależny jest los getta.
Szósta rano, we śnie zdawało mi się, że to wszystko koszmar, ale ten koszmar jest okrutną prawdą. Jestem brudny, zawalany gliną, kości mam jakby połamane. Zimno mi, ząb o ząb szczęka. Pytam znajomych, czy jest coś nowego. Na razie spokój. Przyszedł pan Bender i otworzył na kilka minut klapę. Pragnę skorzystać z tego i dostać się do ojca. Komendant nie chce mnie puścić. Gdy już się wreszcie zgodził, moja żona chce koniecznie iść ze mną. Matka niechętnie się na to zgadza. Prosi, abym przyprowadził z powrotem ojca. W końcu udaje nam się wyśliznąć ze schronu.
Buty mam owinięte szmatami. Idziemy na górę, na czwarte piętro, najciszej jak tylko możemy. Wchodzimy do pokoju w naszym mieszkaniu. Pokój ten ma balkon z widokiem na Muranowską. W ogóle nasze mieszkanie jest punktem zbornym dla wszystkich. Stąd idą wiadomości do schronu i rozchodzą się wszystkie rozkazy. Balkon zaś jest głównym punktem obserwacyjnym. Ojciec bardzo się ucieszył, gdy nas ujrzał. Zaczął wypytywać o matkę, siostrę, teściową i znajomych. Jak się urządziliśmy, czy jesteśmy głodni? Zaspokoiłem, jak tylko mogłem, jego ciekawość. Żona tymczasem poszła do kuchni się umyć. Chcę koniecznie wiedzieć, co się dzieje na ulicy. Do okna nie wolno podchodzić. Ci na dole tylko polują na takie okazje. Balkon jest obstawiony dokoła dyktą. W środku na brzuchu leży pan Feldman, który jest głównym obserwatorem. Z małą lornetką przy oczach obserwuje przez dziurę w dykcie ruchy nieprzyjaciela. Co ujrzy, natychmiast komunikuje ludziom w pokoju. Proszę go, aby na kilka minut ustąpił mi swojego miejsca. Chętnie się zgadza i oddaje mi lornetkę. Od środka pokoju podczołguję się na balkon. Ulica jest pusta, jakby wymarła. Tu i ówdzie stoi kilku Niemców i Ukraińców, którzy zabawiają się strzelaniem do celu. Od czasu do czasu przejeżdża auto z żandarmerią i SS. Jak tylko lornetka może ogarnąć, dokoła widać gęsto krążące patrole. Przy murze od ulicy Pokornej stoi dużo żołnierzy. Z oddali dochodzi nas echo coraz gęstszej strzelaniny i wybuchów granatów.
Powierzam posterunek panu Feldmanowi i udaję się do kuchni, aby spojrzeć przez okno na Niską. Tu mieszkają pracownicy Werterfassung. Ludzie kręcą się po ulicy, stoją grupkami i namiętnie dyskutują. Widać z ich ruchów zaniepokojenie. Gdzieniegdzie spacerują pojedynczo Niemcy. W tej chwili stolarnia na Niskiej zaczyna pracować i słychać chód krajzegi.
Zaspokoiłem już ciekawość i idę się umyć. Jesteśmy głodni, bierzemy sobie po kawałku czarnego chleba i po plasterku kaszanki. Chleba tego starczy nam przy odpowiednim oszczędzaniu na trzy dni. Za pieniądze teraz w ogóle nic się nie kupi, nie ma gdzie i u kogo. Biorę kilka kawałków tego cennego pokarmu i manierkę gorącej herbaty, którą zagotowałem na maszynce elektrycznej, i zanoszę do schronu moim najbliższym. Niech się trochę pokrzepią. Mówię im, jak się przedstawia sytuacja na ulicy, i idę z powrotem. Wolę na razie być na górze aniżeli w schronie.
Stan pozornej ciszy, przerywanej strzałami i wybuchami, trwał do południa. Po południu w odstępach mniej więcej godzinnych przez ulicę Muranowską przechodzi kilka grup Żydów w liczbie od 60 do 150 każda, eskortowanych przez SS i Ukraińców. Na tych, którzy nie nadążają, spadają niezliczone razy skórzanych batów oraz uderzenia kolbami karabinów, gdzie popadnie. Wszystkie grupy kierują się w stronę Umschlagplatzu. Teraz wiemy, że akcja się rozpoczęła i to są jej pierwsze plony. Przed wieczorem ludzie z Werterfassung przesłali nam kilka znaków, aby się dobrze ukryć. Żadnych pewnych wiadomości na razie sami nie mają. Tak przeszedł pierwszy dzień. Strzelanina na ulicach nie ustaje, nawet się wzmaga. Spać się nikomu nie chce. Posterunki są rozstawione. Czuwamy.
Uprosiliśmy ojca, żeby zszedł z nami do schronu. Tę noc spędzimy wszyscy razem. Na dole obstąpili ojca znajomi, prosząc go o nowiny. Pocieszył ludzi, jak tylko mógł najlepiej, chociaż sytuacja nie przedstawiała się różowo. Matka z siostrą bardzo się ucieszyły, że ojciec przyszedł, i zaraz zaczęły mu szykować posłanie na ziemi.
Tymczasem w schronie większość ludzi zabrała się do jedzenia. Już się trochę zadomowili i czuli się lepiej niż poprzedniej nocy. Przyzwyczaili się do gęstego powietrza i do zapachów z ubikacji. Młodzi chłopcy wydobyli nawet ze studni kilka wiader wody do mycia. Każdy już ma swój kącik i porządek panuje lepszy niż rano. Kładziemy się na spoczynek z sercem przepełnionym troską i niepokojem. Co przyniesie następny dzień? Wszyscy śpią w ubraniach, stojąc, siedząc czy leżąc, jak kto może.
Upływa około pięciu godzin. Budzimy się, jest szósta rano. Chłopcy z punktu podsłuchowego mówią, że słychać warkot większej liczby samochodów i ciężki huk jakichś pojazdów. Otwierają klapę. Ojciec idzie na górę, ja za nim. Reszta zostaje w schronie, dopóki nie będzie pewnych wiadomości. Ojciec jest jakby komendantem na górze, dlatego i mnie udaje się wychodzić. Feldman jest na posterunku, obserwuje teren. Ulica przedstawia taki sam widok jak poprzedniego dnia. Liczba żołnierzy i Ukraińców została prawie podwojona.
Nagle nadjeżdża kilkanaście samochodów z żandarmerią. Na placu Muranowskim samochody stają. Wysiadają z nich żołnierze i otaczają narożny blok domów. Oddają kilka salw z karabinów do okien i wrzucają granaty, które wybuchają. Wtem w narożnym domu zaszczekały dwa karabiny maszynowe. Kilku Niemców momentalnie padło, reszta w popłochu uciekła. Skutki tego nie dają na siebie długo czekać. Mija niecałe pół godziny i w stronę placu Muranowskiego jedzie pięć czołgów, ciągnąc za sobą działka przeciwlotnicze. Na nadjeżdżające czołgi znowu posypał się grad kul z karabinów maszynowych. Teraz Niemcy zaczynają wysiadać. Działka zostały szybko wyprzęgnięte. Czołgi ustawiły się od strony placu Muranowskiego, błyskawicznie natarły tyralierą. Z odległości 50 metrów od domu dały ognia ze wszystkich luf. Posypały się gruzy. Znowu odezwały się karabiny maszynowe. Z domu wyleciało kilka granatów i wybuchło na jezdni, nie sięgając czołgów. Tymczasem żołnierze ustawiają z daleka działka przeciwlotnicze i pod osłoną blach pancernych dają ognia do domów. Bitwa w całej pełni. My, zahipnotyzowani tym widokiem, obserwujemy, co będzie dalej. Ogień czołgów i dział nie milknie. Jeszcze kilka razy obrońcy odpowiadają strzałami i granatami, powoli jednak obrona zamiera. Zwycięstwo pozostaje przy Niemcach. Z domu nie słychać żadnych odgłosów. Niemcy walą jeszcze z dział około 15 minut i następnie pod osłoną granatów i karabinów maszynowych wdzierają się do środka.
Teraz już słychać krzyki ofiar i strzały. Wychodzą na ulicę pierwsi skazańcy-bohaterowie. Z rękoma wzniesionymi wysoko do góry, każdy pod eskortą. Na ulicy Niemcy formują grupy. Nie minęła godzina i trzy takie grupy, mniej więcej po 80 ludzi, kobiet i mężczyzn, przeważnie młodych, otoczone przez około 300 żołnierzy maszerują w naszą stronę. Niektórzy Żydzi są umazani krwią, widać rozcięte głowy, poranione ręce i nogi. Ubranie podarte na strzępy. Na twarzach nie znać strachu ani przygnębienia, są raczej zadowoleni. Dali z siebie, co mogli. Są to jedyni ludzie, jakich widziałem dotychczas, idący bez obawy i z odwagą na śmierć. Pochód ten dociera do skrzyżowania ulic Zamenhofa i Muranowskiej, skręca na Umschlag i ginie nam z oczu. Patrzymy znowu w stronę placu Muranowskiego. Czołgi skończyły swoją robotę. Odjeżdżają w kierunku Nalewek. Kilka samochodów z żołnierzami też odjeżdża, a reszta wykonuje krwawą robotę na ulicy Miłej. Strzelanina i huk granatów. Mamy wrażenie, że znajdujemy się na froncie podczas wielkiej bitwy. Od czasu do czasu wszystko zagłuszają krzyki i jęki mordowanych ofiar. Nerwy nasze napięte są do ostateczności. Dech nam w piersiach zamiera od tych obrazów i przypuszczeń, jakie też rzeczy dzieją się poza naszym polem widzenia.
Nie pada żadne słowo. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, co nas czeka. Nie chcemy straszyć ludzi w schronie, nic im nie mówimy. Zarządzamy tylko, żeby klapa była zamknięta. Nikomu nie wolno wychodzić. Wszyscy muszą być w pogotowiu.
Lecz oto z oddali dochodzą niesamowite krzyki. Chcemy się przekonać, co to jest. Widzimy z daleka masę ludzi, ale wzrok nasz nie jest tak bystry, abyśmy mogli dokładnie rozeznać, co się tam dzieje. Lecę do pana Feldmana, pożyczam lornetkę i wracam do okna. I oto co się ukazuje moim oczom: około 1000 Żydów zbitych w czworobok, nieprawdopodobnie ściśniętych, tak że jeden drugiego zgniata na miazgę. Jeden drugiego tratuje. Kto się przewraca, więcej nie wstaje. Ale dlaczegóż ci ludzie tak się tłoczą, dlaczegóż tak krzyczą? Tajemnica wychodzi prędko na jaw. Czworobok tych nieszczęśliwców otoczony jest przez około 200 Ukraińców, którzy bez opamiętania sieką najbliżej stojących nahajkami, kijami i kolbami karabinów po głowach, twarzach, plecach, gdzie popadnie. Pod nogami oprawców leżą zwały ofiar, potłuczonych' w kałużach krwi. Z dala stoi grupka Niemców, przyglądają się ze śmiechem. Po 20 minutach tego "uboju" zbiry ukraińskie prowadzą Żydów na stację załadowczą. Ofiary idą gęsiego. Ukraińcy ustawili się w szpaler z obu stron i każdemu Żydowi wymierzają jeszcze dodatkowo kilka uderzeń kijami czy kolbami karabinów. Zabijają dzieci na rękach matek. Z rozbitymi głowami, z połamanymi kośćmi wloką się te półtrupy do wagonów. Na placu zostaje kilkudziesięciu ludzi, którzy się już więcej nie podniosą.
Mam silne nerwy i byle czym się nie przejmuję. Dużo już widziałem strasznych rzeczy podczas tej wojny, ale tego widoku nie mogłem znieść, nie chciałem dłużej patrzeć, oddałem lornetkę najbliżej stojącemu i czym prędzej odszedłem. Zupełnie wyczerpany, zwaliłem się na łóżko. Zamknąłem oczy, zacisnąłem zęby i starałem się odegnać nurtujące mnie myśli. Nie chcę sobie w ogóle uprzytomnić, że razem z najbliższymi mogę się w każdej chwili znaleźć w takim samym położeniu jak ci ludzie tam, na Umschlagu.
Jest już czwarta po południu. Od wczorajszego wieczora nie mieliśmy nic w ustach. Nikt o tym nie myśli, każdy jest najedzony własnym nieszczęściem. Zdaje się, że robota na dzisiaj ma się ku końcowi. Kanonada powoli słabnie. Kilka samochodów z żołnierzami wraca i skręca na Dziką. Na Niskiej też ustaje wszelki ruch, w ogóle już ludzi nie widać.
O szóstej wieczorem ulica przybiera wygląd taki jak wczoraj: kręcą się gęste patrole, a posterunki - po dwóch Ukraińców - stoją przed każdą bramą. Żołnierze strzelają sobie dla zabawy i znowu złowroga cisza. Jesteśmy zmęczeni, rozbici okropnościami całego dnia. Na dole, w schronie, nie mają w ogóle pojęcia, co się dzieje. Jacyż oni w porównaniu z nami szczęśliwi! Nic im nie powiemy, i tak cierpią ponad siły. Póki człowiek żyje, żyje nadzieją. Trzeba zanieść im na dół coś do zjedzenia, przez cały dzień siedzą o pustych żołądkach. Nie mieli kropli gorącej wody w ustach. Sami nie odczuwamy wcale głodu. Zaparzam trochę cykorii w manierce, wsypuję kilka sacharynek, kroję dla każdego po dwie cienkie kromki chleba i zabieramy się z ojcem do zejścia. Zapasy się skurczyły, z trudem jeszcze przebiedujemy jutrzejszy dzień. Na górze w naszym mieszkaniu zostaje kilkunastu mężczyzn, posterunki są rozstawione. Każdy ma wyznaczone godziny czuwania. Nie zamieniamy z ojcem ani jednego słowa, schodzimy smutni i zrezygnowani.
W schronie pytają nas o wiadomości, kiedy będzie można wyjść. Miejmy nadzieję, że się to niedługo skończy. Na razie wyjść nie można, na ulicy wszystko po staremu. Pytamy, co tu słychać. Odpowiadają, że w schronie absolutnie nic, tylko w korytarzu przy murze dochodzą odgłosy częstych strzałów i wybuchów. Dajemy najbliższym trochę gorącej kawy i chleba. Mają łzy w oczach, pytają, czy nie jesteśmy głodni. Odpowiadamy, iż jesteśmy tak syci, że gdyby nam zaproponowano teraz szynkę z jajecznicą, na pewno byśmy jej nie mogli zjeść, co zresztą było zupełnie zgodne z prawdą. Staramy się nadrabiać miną. Nerwy są u kresu wytrzymałości. Chcę spać i uciec od tego wszystkiego. Ileż bym dał, żeby usnąć i więcej nie wstać. Nie chcę się rozglądać nawet po schronie. Nie chcę rozmawiać ze znajomymi. Kładę się spać w miejscu, gdzie stoję. Jest to moja trzecia noc w schronie.
Budzę się, nie muszę patrzeć na zegarek, wiem, że jeszcze nie ma szóstej. Cóż nam przyniesie dzień? Ojciec dawno jest już na nogach. Czekamy, aż otworzą klapę. Matka nie chce puścić go na górę, mówi, że też wyjdzie. W końcu udaje się ją uspokoić. Żona wcale się nie odzywa. Otwierają klapę. Z góry nic nowego. Wychodzę z ojcem. Na powierzchni słyszę, że ktoś idzie za nami. Odwracam się, to moja żona. Jakim cudem się wydostała, mimo zakazu wychodzenia, to już zostanie jej tajemnicą. Nie ma rady, musi iść z nami. W mieszkaniu nikt już nie śpi. Umyliśmy się z ojcem pod kranem, a żona zakrzątnęła się przy kuchni, aby sobie zagrzać trochę wody. Jest już godzina ósma. Na ulicy Niskiej zaczęli się pokazywać ludzie, na razie nieliczni, wjeżdża kilka aut z esesmanami. Żołnierze wypędzają ludzi z domów, warsztatów i magazynów. Jesteśmy ciekawi, co z tego wyniknie. Ulica powoli się zapełnia. O jedenastej napływ ustaje. Niemcy też wyłażą z różnych zakamarków. Widocznie więcej Żydów już nie mogą znaleźć.
Na ulicy jest mniej więcej 2 tysiące osób. Harmider panuje niesłychany. Ludzie lecą tam i z powrotem, krzyki i nawoływania idą pod niebiosa. Niemcy starają się uformować kilka dwuszeregów, co im się z trudem po dłuższym czasie udaje. Urządzają selekcję. Przed każdym dwuszeregiem przechodzi Niemiec i przebiera. Ten w prawą stronę, ten w lewą. Opodal naszego schronu widzimy około 800 ludzi, w tym kilkadziesiąt kobiet, młodych, postawnych. Z przeciwnej strony ulicy jest skupiona reszta. Z daleka nawet uwydatnia się rażąca sprzeczność. To już są braki, ludzie starsi i słabi, małego wzrostu, przy czym przeważają kobiety. Teraz rozumiemy. Ci pod naszym schronem pójdą do pracy, a tamci na "giemzę8". Nagle jeden z moich kolegów z pracy, pan Nachman, decyduje się na śmiały krok. Bierze za rękę swą daleką krewną, młodą kobietę, i leci z nią na dół po schodach. Wychodzą z sieni, stąpają jak mogą najciszej, wdrapują się na gruzy przykrywające nasz schron. Teraz podczołgują się na brzuchach do krawędzi gruzów, do ulicy Niskiej, do miejsca, gdzie stoją ci wybrani młodzi ludzie. Pan Nachman, korzystając z tego, że Niemcy na chwilę się odwrócili, opuszcza kobietę na rękach, w sam środek grupy. Już sam ma zeskoczyć, ale w ostatniej chwili cofa się. Widzę, jak zrezygnowany czołga się wolno z powrotem. Wraca na górę. Pytamy, co było tego powodem.
- Nie mogłem się zdobyć - mówi - żeby was tak opuścić. Co będzie ze wszystkimi, będzie i ze mną.
Jesteśmy głęboko wzruszeni jego słowami. Jak silnie zespoliło nas wspólne nieszczęście!
W południe grupy ruszają z miejsca. Jedna udaje się w stronę Umschlagu, a druga do bramy wyjściowej getta, na skrzyżowanie ulic Zamenhofa i Gęsiej. Stolarnia zamilkła, krajzega już nie wyje. Ostatni rozdział Werterfassung został zamknięty. Już więcej nie ujrzymy wolno chodzących ludzi po ulicy, z wyjątkiem łowców pana Pinkierta. Przed domami krążą patrole Ukraińców. Z drugiej strony, przy Muranowskiej, stoją działka i od czasu do czasu żołnierze dają z nich ognia do domów. Mury przy Pokornej są gęsto obstawione. Główne siły Niemców przeniosły się w stronę Nalewek i na teren szopów szczotkarskich przy Świętojerskiej i Franciszkańskiej. Stamtąd dochodzi nas odgłos huraganowego ognia karabinów, dział i granatów. W powietrzu unoszą się gęste tumany kurzu i pyłu. Całe getto jest jakby jednym wielkim kotłem, strzelającym i wybuchającym. Raz po raz maszerują grupy skazańców otoczone opiekunami. Idą różnymi ulicami w stronę Umschlagu. Robota w całej pełni. Kilka razy dziennie widzę przelatujące przez Muranowską karawany Pinkierta, niosące ze sobą powiew śmierci. To są zbieracze padliny. Na dachu jednego karawanu widzę dwie skrzynie z trupami zniekształconymi i porozrywanymi strzałami. Na koźle siedzi dwóch Żydów w czarnych ubraniach, umazanych krwią. Na głowach noszą okrągłe czarne czapy. Wóz jest ciężko obładowany, resory się uginają. Koń ledwo ciągnie. Po dłuższej chwili znika nam z oczu i znowu pusta ulica. W górze krąży niemiecki bombowiec; tego tylko jeszcze brakuje, aby nas obsypał bombami.
Musimy się rozejrzeć za posiłkiem dla siebie i ludzi w schronie. Można nie jeść dzień, dwa, ale nie wolno nam opaść z sił, mogą one nam się jeszcze przydać. Jest zaledwie kilka kawałków chleba, trzeba je zostawić na ostatnią chwilę. W mieszkaniu mamy parę kilogramów stęchłej, piaszczystej kaszy jęczmiennej. Zastanawiamy się, co z tego ugotować. Żona rozpala ogień w kuchni, przystawia ostrożnie garnek z wodą i z tą nieszczęsną kaszą. Razem jest tego z pięć litrów. Nie ma czym okrasić. Wtem ojciec przylatuje uszczęśliwiony, znalazł gdzieś w szafie zawinięte w papierku parę deko zjełczałego masła. No, teraz będzie już królewskie danie. Samo to, że w kuchni jest ogień i gotuje się w garnku, podnosi nas trochę na duchu. Może jeszcze nie wszystko stracone. Życie w mieszkaniu zaczyna trochę pulsować. Teraz trzeba uważać na okna od strony Niskiej, nie wolno pokazać głowy. Stoją tam Niemcy, jak tylko kogoś zauważą, natychmiast strzelają, a strzelają nadzwyczaj celnie.
Jedzenie jest już ugotowane. Żeby nie zgrzeszyć, rzadko który prosiak chciałby się na to złakomić. Zanosimy ten garnek, jakby w nim były same brylanty, na dół. W schronie musimy opowiedzieć, co się stało z pracownikami Werterfassung, nie wolno nam już dłużej tego ukrywać i zostawiać ludzi w nieświadomości tego, co się wokół dzieje. Teraz wiedzą wszyscy, że jesteśmy zupełnie opuszczeni. Nie mamy żadnego oparcia. Wszelkie wolne życie w getcie umarło. Ludzie siedzą osowiali, przeżuwają swoje myśli. Dostajemy się do piwnicy, w której siedzi moja rodzina. Tu nas o nic nie pytają. Nic im z tego nie przyjdzie. Nasz los jest ich losem i odwrotnie.
Żona rozdziela tymczasem przyniesioną kaszę. Każdemu wlewa do miseczki czy do garnczka kilka łyżek. Nie jest to wprawdzie porcja, którą się można najeść, ale zawartością garnka trzeba obdzielić pięć osób naszej rodziny i dziesięciu kolegów z pracy, którzy nie mają co jeść i głodują. Ludzie ze łzami w oczach dziękują za tę odrobinę gorącej strawy. Żadne odgłosy ani wybuchy nas nie dochodzą. Mamy wrażenie, że znajdujemy się na innej planecie. Siedzący tutaj mają przedłużone życie o całe lata. Dziś już więcej na górę nie wyjdziemy.
Przytykamy uszy do rury podsłuchowej. Słyszymy stały, miarowy stukot butów żołnierskich i częste wystrzały karabinowe. Przy misce klozetowej kolejka jak za chlebem. Odór jest straszny. W piwniczce z drewnianą podłogą starzy ludzie modlą się bez przerwy. Dzieci się już oswoiły ze schronem, jedne śpią, drugie jedzą. To są szczęśliwe istoty. Nic nie rozumieją. Przy studni chłopcy nabierają wiadra wody do spłukania ustępu. Nasi dyskutują między sobą. Piński, nie mając co włożyć do fajki, wypchał ją liśćmi zastępującymi prawdziwą herbatę i kurzy jak z komina. Zaglądam do Hoffera. Ten leży. Ma na razie co jeść i nic nie je. Jest zrezygnowany. Od czasu wejścia do schronu jak się uwalił, tak prawie wcale się nie podnosi. Blacharz już nie płacze. Myśli nad tym, jak tu przeprowadzić wodę do środka schronu. Na razie jeszcze nic nie wymyślił. Wszyscy od chwili przyjścia nie zdjęli z siebie jesionek ani butów. Moja siostra od dwóch dni już nie idzie na stronę, mało nie pęknie, wstydzi się załatwić na oczach ludzi. Dopiero po długich perswazjach i namowach dała się wreszcie przekonać.
Trzeba się kłaść spać. Jesteśmy jeszcze razem, tym się pocieszamy. Idzie czwarta noc. Siadam na ziemi, opieram głowę na kolanach matki i zasypiam.
Świt zastaje nas już na nogach. Klapa jest zamknięta. Dużo osób dokoła jeszcze śpi. Niektórym się zachciewa chrapać, ci od razu otrzymują szturchańca. Musi być cisza. Matki małych dzieci korzystają z wczesnej pory, że nikt się nie kręci. Włączyły do kontaktów maszynki elektryczne i gotują papkę dla dzieci. Zaglądam do jednego rondelka. Jest w nim trochę suszonych zacierek i woda. Dużo osób stara się przespać głód. Stan taki nie może dłużej trwać. Ludzie przecież pomdleją, trzeba temu jakoś zaradzić. Widzę, że niektórzy zaczynają narzekać. Ten i ów powiada: "Jest tu dużo ludzi, którzy mają zapasy. Dlaczego nie dadzą głodnemu przez cały dzień sucharka, a sami po kryjomu jedzą?". Ojciec idzie po radę do Hoffera. Ten jest człowiekiem rozsądnym. Nigdy się nie wymawia, jeśli zachodzi potrzeba niesienia pomocy w nieszczęściu.
- Słuchaj - powiada do mego ojca - ja, ty i Gurewicz zbierzemy trochę prowiantu od tych, co wiemy, że mają, i ugotujemy kocioł zupy dla głodujących. Sam daję pierwszy, co mogę. - Wyjmuje z worka torbę suszonych zacierek, wsypuje na miskę trochę kaszy jęczmiennej i dodaje do tego topioną słoninę.
- Przecież to starczy już na dwa kotły - odzywa się mój ojciec.
- To nic - mówi Hoffer. - Ile zbierzemy, rozdzielimy na kilka razy, żeby nie trzeba było jutro znowu się kłopotać.
We trójkę zaczęli obchodzić poszczególnych ludzi. Niektórzy dawali, co mieli, inni się wymawiali. Myśmy ofiarowali kilogram kaszy. Ten udzielił trochę fasoli, ów pęczaku, inny grochu, a znów inny parę deka topionego tłuszczu. I tak zebrało się produktów na jakieś cztery kotły. Teraz trzeba to ugotować. Jedni chcą gotować w schronie, drudzy na górze. Zdanie tych drugich przeważa. Mają rację, w schronie jest i tak okropnie duszno i gorąco. Wybrano trzy kobiety i pod opieką Hoffera udają się na górę. Ojciec z moją żoną też wychodzą, idą ugotować trochę kaszy dla nas. Ale dziś już nie ma czym okrasić. Pan Hoffer wie o tym, sam, nieproszony, przynosi ojcu dużą szklankę topionego tłuszczu. Ojciec wcale mu nie dziękuje. Choćby chciał coś powiedzieć, na pewno nie mógłby z siebie słowa wydobyć. Głodni ludzie trochę się uspokoili. Za kilka godzin każdy dostanie gorącej zupy.
Jest już południe. Też wychodzę na górę. W drugiej suterenie widzę, jak Hoffer ustawił na gruzach polową kuchnię z cegieł i rozpala ogień. Szybciej się ugotuje i nie trzeba będzie znosić kotła z czwartego piętra. Ma rację. Kobiety ustawiają kocioł z wodą i wsypują, co potrzeba.
Ostrożnie idę na górę. Zobaczymy, co tam się dzieje. Kanonada taka sama jak wczorajszego dnia, nawet się przybliżyła znacznie w naszą stronę. Lepiej rozróżniamy poszczególne wystrzały i wybuchy. Pan Feldman opowiada, że dzisiaj przeszło już dziesięć dużych grup Żydów od strony Nalewek na Umschlag pod "odpowiednią opieką". Pinkiert ma robotę i poza tym nic nowego. Nagle rozlega się strzał w korytarzu naszego mieszkania, szyba brzękła. Porządnie zaniepokojeni, wylatujemy z pokoju. Okazuje się, że jakiś mężczyzna przechodził nieostrożnie przez korytarz. Niemiec na Niskiej zauważył i strzelił. Szczęście, że obeszło się bez ofiary. W ścianie jest głęboka dziura od kuli. Takie wypadki nie robią już na nas żadnego wrażenia. Jak gdyby nigdy nic, zapominamy o tym po chwili. Żona gotuje kaszę, a ja schodzę do schronu po matkę, gdyż chce wejść na górę się umyć. Już cztery dni, jak twarzy nie umyła. W suterenie pod opieką Hoffmana gotuje się zupa.
Pomagam matce wyjść ze schronu. W pierwszym momencie nie może oczu otworzyć, tak ją razi światło. Przyglądam się jej chwilę. Ach, jakie piętno wyryły te cztery dni na jej twarzy. Cera ziemista, oczy podkrążone i dużo świeżych zmarszczek. Ale nic, mówię sobie. Aby tylko kości były, to będzie i mięso. Przy tym dowiaduję się, że teściowej popuchły nogi jak banie od siedzenia i strasznie cierpi. Cóż ja mogę na to wszystko poradzić? Zaprowadziłem matkę na górę, a sam idę do pokoju frontowego. Tam się wszyscy skupiają i roztrząsają nasze położenie. Jeden mówi:
- Widziałem dzisiaj prywatny samochód ciężarowy na Zamenhofa.
Drugi się odzywa:
- Jeśli tak, to może Kozikowski będzie mógł przyjechać.
Inny znowu:
- Musimy się sami ratować.
Ale jak? Nikt na to nie może dać odpowiedzi. Wszyscy zgadzają się, że jest z nami źle i prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej. Dlaczegóż by nas mieli oszczędzić? Jak zaczną obrabiać Muranowską, to i nas obrobią. Tymczasem żona z matką ugotowały kaszę. Każdy zjadł trochę na górze. Chociaż głodny byłem jak wilk, zaledwie przełknąłem parę łyżek. Trochę ze względu na nasze położenie i wreszcie ze względu na smak tej potrawy. No, ale narzekać nie wolno. Dziękujemy Bogu, że mamy chociaż taką kaszę, żeby jej było jak najwięcej, i że mamy jeszcze możność ugotowania sobie jedzenia. Zostało trzy czwarte zawartości garnka. Trzeba to zanieść na dół, dać trochę teściowej i siostrze, a resztę rozdzielić między głodujących.
Powoli zbieramy się do zejścia. Jest już piąta po południu. Wolniutko i ostrożnie wszyscy schodzimy. Hoffera już nie ma. Widocznie zupa ugotowana i zaniesiona do środka. W schronie widzę dużo ludzi jedzących łapczywie jak ludożercy: z misek, talerzy i garnczków, zupę przyrządzoną przez Hoffera. Po trochu zaspokajają pierwszy głód. Pytam teściową, czy bardzo cierpi. Mówi, że nic jej nie jest. Mężnie znosi swoje dolegliwości. Rozdzielamy pozostałą kaszę między głodujących, którzy już czekają na nią jak na zbawienie.
Jest znowu wieczór. Znowu przemordowaliśmy dzień. Zapomniałem już, jak wygląda łóżko. Zdaje mi się, że do końca życia muszę spać w ubraniu, na mokrej ziemi. Żeby nam chociaż dali tak spać. Ale kto wie? Żona chce, żebym jej na noc ściągnął buty, ale nie pozwalam. Nie wiem, co nas za chwilę czeka. Trzeba być gotowym na wszystko. Piąta noc w schronie. Jeszcze się trzymamy. Długo nie mogę usnąć. Myślę, jakby tu się wydostać z tego piekła. Ale wszystkie moje pomysły są nierealne. Aż wreszcie znużony zasypiam.
W schronie jest noc, ale na zewnątrz z pewnością dzień. Wczorajsi kucharze szykują się do wyjścia. Chcą dzisiaj wcześniej ugotować kocioł zupy. Klapa jeszcze zamknięta. Po kilku minutach przychodzi Bender i otwiera. Mówi nam, że na ulicach nie ma w ogóle Niemców i nie słychać żadnej strzelaniny. W schronie nieopisana radość. Ludzie płaczą ze szczęścia. Już chcą wychodzić. Robi się prawdziwy jarmark. Nikt się nie liczy z tym, że nie wolno głośno mówić. Wszyscy powstawali z miejsc, tłoczą się do klapy. Widząc, na co się zanosi, komendant schronu kazał natychmiast zamknąć klapę i ustawił przy niej silnych chłopów. Sam zaś z kilkoma mężczyznami zabrał się do robienia porządku. Wzywa do zachowania ciszy i do usadowienia się na dawnych miejscach. Tam, gdzie słowa nie pomagają, pięści idą w ruch i w niedługim czasie jaki taki porządek zostaje przywrócony. Zakazuje się bezwzględnie wychodzenia. Klapa musi być zamknięta. Wiadomości pana Bendera trzeba sprawdzić jeszcze raz. Jeśli będzie spokojnie do południa, to można pojedynczo wychodzić. Może to wybieg, aby zwabić ludzi na ulicę? Niektórzy szemrzą niezadowoleni. Ale zgodzić się muszą.
Wypuszczono kilku mężczyzn i kucharzy z kotłem. Między innymi ja z ojcem idziemy na górę. Już na podwórzu uderza nas niesamowita cisza. Nie słychać ani jednego wystrzału. Odzwyczaiłem się od tego. Na górze podniecenie. Prawie wszyscy się skupili w naszym mieszkaniu. Namiętnie dyskutują. Wyrażają przypuszczenia, domysły. Przede wszystkim udaję się na balkon, sam chcę się przekonać. Istotnie, jak lornetka sięga, ani jednego Niemca. Cisza absolutna, tylko wiatr dmie. Nawet przy murze na Pokornej nikogo nie dostrzegam. Z daleka, na balkonie od strony Miłej, widzę mężczyznę, który tak samo jak ja obserwuje ulicę. Wracam do pokoju. Zbliżam się do grupy dyskutujących. Gurewicz mówi:
- Akcja już się skończyła, to była karna ekspedycja za napady na Niemców w getcie.
Ten zawsze był optymistą. Piński z Kacem chcą się dostać do parkanu przy Pokornej i przekraść się na drugą stronę. Blacharz mówi:
- Musimy się przedostać przez pięć domów do Muranowskiej 26. Tam jest schron z połączeniem do kanału ściekowego i tamtędy wydostaniemy się na aryjską stronę. Znam doskonale wejście, tamtejsi ludzie też mnie dobrze znają. Mój szwagier jest komendantem. Przejść będzie można, jak się ściemni, wieczorem.
Pomysł ten wydaje mi się najlepszy. Ale należy czekać do wieczora. A ci, co nie zamierzają wyjść na aryjską stronę, uważają, że trzeba będzie przeprowadzić kilka ulepszeń w schronie, jak tylko okoliczności pozwolą. Ci mówią najbardziej do rzeczy. A reszta to jakby pomysły wyjęte z powieści Londona.
Zbliża się godzina jedenasta, nastrój jest wesoły. Tu i ówdzie ludzie się śmieją, ale nasza radość jest przedwczesna. Z dala, od Zamenhofa, dochodzi warkot szybko zbliżającego się auta. Momentalnie, jakby na rozkaz, wszyscy się uciszyli. Na twarzach maluje się napięcie. Auto z zawrotną szybkością skręca w naszą ulicę i wali pełnym gazem w stronę placu Muranowskiego. Tuman kurzu wznosi się na jezdni. Jest to małe opancerzone auto policyjne. Siedzi w nim sześciu Niemców w hełmach. Lekkie karabiny maszynowe wystawili poza karoserię. Na placu Muranowskim auto zawraca. Objeżdża jakąś inną ulicę i znowu jest na Muranowskiej. Teraz żołnierze strzelają, ile tylko lufa wytrzymuje. Salwy idą w powietrze, do domów, gdzie się da. Dajemy znać do schronu. Posterunki na swoje miejsce. Stan biernej obrony został przywrócony. Dochodzą nas już gęste salwy karabinów maszynowych ze wszystkich stron getta. Wtem znowu w dwuminutowych odstępach wjeżdżają samochody w naszą ulicę. Karabiny szczekają, auta suną po jezdni jak torpedy. Nagle jeden samochód zatrzymuje się przed naszym domem. Niemcy błyskawicznie wyskakują i walą kolbami karabinów i butami w bramę. W pierwszej chwili struchleliśmy. Jest nas ze 40 osób w otwartym pokoju. Na zejście do schronu jest już za późno. Niemcy są przy bramie, mogliby usłyszeć stąpanie po schodach. Decydujemy się szybko, bez słów, na ukrycie się w zamaskowanym pokoju na czwartym piętrze. Jak koty, bezszelestnie, skaczemy po kilka schodów naraz na strych, gdzie jest klapa do pokoju. Przelatując przez kuchnię, widzę, że moja żona rozpaliła ogień. Zdążyłem jeszcze nabrać wody i chlusnąłem na palenisko. Nie ma żadnego śladu życia.
Wchodząc przez klapę, straciłem równowagę i runąłem z wysokości piętra na podłogę. Szczęście, że pode mną leżał worek z pościelą, inaczej bym się porządnie potłukł. Klapa już zamknięta. W pokoju nikogo nie widać. Kurz można dosłownie nożem kroić. Nie możemy widzieć, co się dzieje na ulicy. Jest wprawdzie okno, ale nie wolno podchodzić. Za to słyszymy wszystko doskonale. Walą jak opętani w bramę, krzyczą przy tym niezrozumiale po niemiecku. Po kilku minutach, widząc, że bez silniejszych środków nie dadzą rady, przestali. Przeklinając, wsiadają do auta i ruszają z miejsca. Na ulicy pojazdy pędzą w różne strony, karabiny maszynowe grają, jak noże w sieczkarni.
Siedzimy prawie że nieprzytomni. W ustach, nosie i oczach mam sam kurz. W gardle mi zaschło. Mimo woli spluwam, ślina jak błoto. Kurz już trochę opadł. Siedzimy tak pół godziny, strzelanina trochę ustała. Od strychu pukają do nas umówionym znakiem. Otwieram. Powoli wychodzimy. Przy kranie w kuchni wszyscy sobie przepłukują usta i przemywają oczy.
Na ulicy podwojone patrole i posterunki. Strzały karabinowe i z różnych stron głuche wybuchy. Zdaje mi się, że z daleka, od strony Nalewek, dostrzegam pióropusze dymu. Ale to nic pewnego. Słońce jasno świeci. Jest około godziny pierwszej. Leżę na balkonie obok pana Feldmana i obserwuję. Widzę, jak od placu Muranowskiego idzie około trzydziestu Niemców i Ukraińców. Zatrzymują się przed domem na Muranowskiej numer 33. Naradzają się nad czymś. Następnie ośmiu z nich wdrapuje się do parterowych okien i znikają we wnętrzu. W rękach trzymają jakieś butelki i małe paczuszki.
Czujemy, że pierścień dokoła nas się zaciska. Nawała się zbliża. Po paru minutach Niemcy szybko wyskakują z okien i stają na ulicy. Nie wiemy, co to oznacza. Krążą różne przypuszczenia. Może podłożyli bomby zegarowe. Czujemy, że nastąpi coś nowego. Groza czai się w powietrzu. Niedługo czekamy. Nagle z okien pierwszego, drugiego i trzeciego piętra strzeliły języki ognia. Czwarte piętro się jeszcze nie zajęło. Zagadka rozwiązana. Każdemu jakby mowę odjęło. Leżę na balkonie i obserwuję. Niemcy stoją, śmieją się, dowcipkują, aż do nas dochodzą ich chichoty. Buchają coraz większe płomienie. Ludzi nie widać. Czwarte piętro też się po trochu zajmuje. Widocznie podpalili od razu trzy piętra. Czuć spaleniznę. W powietrzu unosi się czarny dym. Sadze fruwają dokoła. Niemcy krzyczą: "Raus, raus!". Nikt nie wychodzi. Co to jest? Gdzie się ci ludzie podzieli? Przecież znam ten dom. Normalnie mieszkało tam 150 ludzi, a schronu odpornego na ogień też nie mają. Czyżby wszyscy dali się żywcem spalić?
Nadjeżdża samochód strażacki, na nim kilkunastu strażaków. Auto przystaje przed palącym się domem. Strażacy wysiadają, stają z daleka i przyglądają się. Świeża zagadka.
Ale oto pierwsze ofiary. Z parterowego okna wypada na ulicę troje ludzi: dwóch mężczyzn i kobieta. Włosy rozczochrane, twarze czarne, ubranie na nich miejscami się tli. Machają rękami, rwą na sobie palącą się odzież. Krzyczą: "Wody, wody!". Niemcy jednak nie kwapią się z podaniem jej nieszczęśliwcom. Owszem, wyjmują aparaty fotograficzne, zdejmują palących się Żydów i cały gmach. Pokładają się ze śmiechu, trzymają się za boki. Jeden drugiego klepie po plecach. Zjawia się powoli więcej ofiar. Na niektórych ubranie pali się płomieniem. Tarzają się po chodniku, żeby ogień ugasić. Nikt nie chce im podać kropli wody, chociaż ich błagania i prośby idą pod niebiosa. Filmują tych biedaków, ile się da.
Na ulicy jest już około 30 pogorzelców. Jedni siedzą, drudzy leżą i wcale się nie ruszają, inni wreszcie biegają po chodniku tam i z powrotem, machają rękami, krzyczą jak wariaci. Jeszcze od czasu do czasu wyskakuje oknem jakaś paląca się pochodnia. W oknie pierwszego piętra pokazuje się kilka osób. Stoją, patrzą na Niemców i są niezdecydowani. Iść z powrotem w ogień czy skakać z piętra w ręce Niemców? Niemcy też im się przyglądają, krzyczą: "Raus, raus!". Tym razem nawet nie strzelają do Żydów. Wolą, żeby skakali. Chcą się nasycić tym widokiem. Znowu kodaki w robocie. Ci nieszczęśliwcy decydują się. Skaczą. Jest ich pięciu. Nie mogę nawet rozróżnić, czy to mężczyźni, czy kobiety. Ubranie na nich płonie w powietrzu. Upadli, nie ruszają się. Po kilku chwilach podchodzi Niemiec, kopie ich i każe wstawać. Trzech wolno się podnosi. Kulejąc, odchodzą do grupy spaleńców. Dwaj pozostali, pomimo kopniaków i szturchańców, już więcej nie wstają.
Upływa sporo czasu, już się więcej żadne ofiary nie pokazują. Niemcy formują więc kolumnę i pod "opieką" Ukraińców z karabinami w rękach na wpół spaleni ludzie wloką się na Umschlag. Kilkadziesiąt osób na pewno zostało uduszonych i spalonych żywcem wewnątrz domu. Niemcom się robi gorąco, odsuwają się. Tymczasem kamienica od parteru aż po dach przedstawia jedną bryłę ognia. Drewno trzeszczy, wszystko się wali i zapada. Teraz strażacy majstrują coś przy aucie. Włączają sikawki i puszczają strumień wody na dom po przeciwnej stronie ulicy. Dlaczego to robią? Jesteśmy zaintrygowani. Czyżby naszej strony ulicy nie mieli zamiaru spalić? Sami nie wiemy, co o tym myśleć. Powoli się ściemnia. Strażacy zawzięcie oblewają wodą przeciwległy dom. Niemcy zabierają się do odejścia. Raźnym krokiem i ze śpiewem maszerują w stronę ulicy Zamenhofa. Przechodzą pod naszym balkonem i znikają. Strażacy pracują jeszcze około pół godziny i również odjeżdżają. Już nie ma obawy, że druga strona ulicy się zajmie. Na chodniku zostały dwa trupy, które czekają na Pinkierta. Ogień bucha jasnym płomieniem. Całe piętra się zawalają. Powoli wyłaniają się nagie, sterczące szkielety ścian tego, co przed kilkoma godzinami było domem. Futryny w oknach jeszcze się palą. Dach jest jedną płaszczyzną ognia.
Zmrok zapada. Robi się ciemno. Ulicami krążą zdwojone patrole Ukraińców. Tu i ówdzie słychać strzały. Teraz obejmujemy wzrokiem całe getto. Na wszystkich krańcach płoną pojedyncze domy. Widok zaiste groźny i wspaniały. Robi się zimno, ale nam jest gorąco. Zapomnieliśmy zupełnie o jedzeniu. Znowu cały dzień przegłodowaliśmy. Teraz już gotować nie będziemy. Nikt nie ma do tego głowy. Suchego jedzenia też nie mamy. Najgorzej z kobietami na dole. Zupełnie opadły z sił. Wszystkie ranne plany prysły. Na Pokorną nie można iść. Pełno Ukraińców. Do schronu z kanałem też nie. Nic nowego nie możemy wymyślić.
Przyszedł mi do głowy pewien pomysł: może kopać przejście z naszego schronu do kanału na Niskiej. Omawiamy szczegóły, wałkujemy na wszystkie strony. Okazuje się, że jest to niemożliwe do wykonania. Nie znamy dokładnego położenia rury kanałowej. A kopać na ślepo? Poza tym schron jest wypełniony ludźmi. Gdzie tu ziemię wyrzucić? To było dobre, ale trzy tygodnie temu. Żałujemy, że się tego nie przeprowadziło. Pocieszmy się, że naszej strony może nie spalą. Po cóż by strażacy oblewali domy z naszej strony ulicy?
Nieprędko dzisiaj schodzimy do schronu. Nie ma się do czego spieszyć. Nasze nowiny tam nie pokrzepią. Siedzimy tak do północy, patrzymy w ciemność i na płonące domy. Z trudem coś dociera do naszej świadomości. Ciężko nam i smutno. O północy wleczemy się powoli w ciemności, zrezygnowani, do schronu. W schronie zaduch uderza nas jak obuchem, momentalnie oblewamy się potem. Panuje przygnębienie i smutek. Na tych steranych i umęczonych twarzach możemy wszystko wyczytać jak w otwartej księdze. Cierpiący, głodni, nie skarżą się i nie narzekają. Kocioł stoi w kącie. Kucharze nie zdążyli ugotować zupy, musieli się ukryć, jak Niemcy zaczęli dobijać się do bramy. Po raz nie wiem który zadajemy sobie pytanie: co z nami będzie? Słychać już głosy: "Niech się dzieje, co chce. Niech przyjdą i raz z tym skończą".
Boimy się chorób i robactwa. Panuje brud. Śpimy w ubraniach. Wyziewy z ubikacji są straszne. Dziś przybyło więcej osób z góry. Jest ciasno, wszystkie korytarze zapełnione. Trzeba będzie myśleć o powiększeniu schronu. Nawet małe dzieci siedzą osowiałe i po ich twarzyczkach możemy się przekonać, ile cierpią. Moja matka zdrętwiała cała od siedzenia. Nie może się wyprostować. Obok nas siedzi pan Temkin, teść Kaca, 75-letni starzec. Ściśle przestrzega rytuału świąt wielkanocnych. Nie chce wypić kropli wody ani nic jeść. Ma kilka opłatków macy. Przez cały dzień obywa się jednym płatkiem. Cały czas odmawia psalmy. Nie ma już sił się podnieść.
Światło zaczyna nawalać. Cienkie, niezabezpieczone kable nie wytrzymują natężenia, często się przepalają. Wyłania się konieczność wydania zakazu gotowania na maszynkach elektrycznych. Teraz już i dzieci nie dostaną nic gotowanego. Matki lamentują, nic na to nie możemy poradzić. Jednym słowem życie staje się z minuty na minutę cięższe. Już po północy. Rzadko komu dzisiaj się chce spać. Nie ma do kogo zwrócić się o radę. Wszyscy są w jednakowym położeniu. Nie ma teraz mądrych, każdy jest głupi.
Został zamknięty znowu jeden rozdział cierpiącego getta. Nasze umęczone dusze z trudem pogrążają się we śnie. Idzie szósta noc. Boże, zmiłuj się nad nami!
Budzę się, jest już rano. Żona podchodzi, całuje mnie i winszuje. Matka płacze. Ojciec wyciera sobie oczy. Zupełnie zapomniałem, że to 24 kwietnia, straciłem rachubę czasu. Dziś właśnie kończę 21 lat. Staję się pełnoletnim. Zwykle otrzymywałem różne prezenty, a dziś jestem głodny, brudny, nie mam nawet kawałka suchego chleba. Zwykle życzono mi wielu lat szczęśliwego życia, a dziś może przyjść koniec. W jednej chwili przebiegło mi przed oczyma całe moje życie. Właściwie to ja przecież wcale jeszcze nie żyłem. Nic jeszcze sam nie zdziałałem. Dotychczas byłem pod skrzydłami ojca i matki. Teraz dopiero doszedłem do swego rozumu. Mam obowiązki względem rodziców, którym muszę spłacić dług, względem żony, którą bardzo kocham. Rwę się do życia, ale wszystkie furtki zamknięte, zewsząd śmierć szczerzy zęby. Życie moje zda się podcięte jak młode drzewo oderwane od korzenia. Jestem bezradny. Muszę patrzeć na męki rodziców, którzy mnie przez 21 lat chronili i radzi by mi nadal nieba przychylić. Nic im nie mogę pomóc. Nie chcę ich powinszowań, bo czuję, że serce pęka mi z bólu. Bodajbym się wcale nie urodził i nie dożył takiego czasu.
W schronie ciasno, nie można się obrócić. O siedzeniu czy leżeniu nie ma mowy. Wiele osób, które dotychczas siedziały w mieszkaniach, chce się przenieść na dół. Wczorajsze pożary przekonały nawet najbardziej odważnych o konieczności ukrycia się w schronie. Nie zdążyli otworzyć klapy, a z góry już zaczynają schodzić. Sytuacja jest poważna. Trzeba temu zaradzić, i to szybko. Błyskawicznie zapadają decyzje i zostają wydane zarządzenia. Wszyscy muszą jeszcze dzisiejszy dzień pozostać na miejscu. Trzeba opróżnić z gruzów tyle piwniczek, ile tylko możliwe. Praca musi się rozpocząć natychmiast. Ludzie chcący wejść do schronu wracają z ciężkim sercem na górę. Nie szemrzą, nie narzekają. Nie ma innej rady. Tych ze schronu nie można wyrzucić.
Teraz przystępujemy do zorganizowania pracy. Przede wszystkim, gdzie dawać ziemię? Na podwórze nie wolno, gdyż przed bramą stoją Niemcy i przez szklane szybki wszystko widzą. Decydujemy się na wyrzucanie gruzu do suteren znajdujących się w pobliżu schronu. Są to duże piwnice - pomieszczenia dawnej piekarni. Komendant wyznacza ludzi do pracy. Wybiera około 60 mężczyzn. Tymczasem na górze zbierają ze wszystkich mieszkań kubły i znoszą do schronu. Musimy jeszcze ustawić kilka posterunków z widokiem na całe podwórze i ulicę Niską. Tam kręcą się gęste patrole Niemców i gdyby usłyszeli coś podejrzanego, mogliby się wdrapać na gruzy i złapać nas na gorącym uczynku. Poza tym musimy mieć zapewnioną łączność z ludźmi na górze obserwującymi ulicę Muranowską. Kilku chłopców stanie w oknach mieszkań i umówionymi znakami będą nam komunikować, co się dzieje na ulicy. Przystępujemy do pracy.
Od miejsca wydobywania ziemi aż do suteren, gdzie zostanie ona wyrzucona, staje sznur ludzi. Najgorszą robotę będą mieli ci w tunelu. Muszą leżeć na brzuchach i podawać sobie wiadro ważące około 25 kilo. Ziemię zaczynamy wybierać od razu z dwóch piwnic. Przy każdej staje po czterech mężczyzn i napełnia kubły. Następnie wiadro wędruje od jednego do drugiego i po paru minutach zostaje opróżnione. Ludzie pracują sprawnie jak maszyny. Pomimo wielkiej liczby zatrudnionych i nadzwyczaj szybkiego tempa pracy posuwamy się bardzo wolno. Musimy się zdobyć na nadludzki wysiłek, by uzyskać trochę wolnego miejsca. Nakładam już godzinę jak automat. Zrzuciłem z siebie ubranie, w schronie duszno i gorąco jak w łaźni. Pot kroplisty spływa po ciele, mam zlepione włosy. Nie zdaję sobie sprawy, że tempo mojej pracy powoli słabnie. Komendant sam przyprowadza człowieka i każe mu, żeby mnie zastąpił. Oddaję łopatę. Wszystko mi wiruje przed oczyma. Zdaje mi się, że za chwilę padnę ze zmęczenia. Odchodzę trochę na bok, by nie przeszkadzać, i opieram się o zimny mur.
Tutaj nikomu nie dziękują i nie wyrażają uznania, każdy wie, że jest to święty obowiązek i powinność. Odpoczywam długo. Więcej niż pół godziny. Teraz znów moja kolej, dostaję rozkaz zastąpić kogoś w tunelu przy podawaniu. Tutaj praca najgorsza. Leżę na brzuchu na zimnej ziemi. Dźwigam przed sobą ciężkie wiadro gruzu, podaję następnemu i odbieram puste. Odwracam się, oddaję puste wiadro, a już czeka na mnie napełnione. I tak stale bez końca. Szybciej się męczę niż poprzednio. Ręce mi mdleją, brzuch boli od leżenia na mokrej ziemi, w krzyżu łamie, nie mogę się wyprostować. Jednak tempa nie wolno zwalniać. Nikt nie może czekać na wiadra. Wstyd mi, ale sam proszę komendanta, aby mnie kimś zastąpił. Czuję, że dłużej nie wytrzymam. Znowu odpoczywam jakiś czas. Nogi mam trochę jak z ołowiu. Siadam w suterenie na kupie gruzu. Tu jest trochę świeżego powietrza.
Przyglądam się pracującym ludziom. Ci tutaj mają najlżejszą robotę, stoją wyprostowani, tak szybko się nie męczą. Jedną ręką trzeba podać pełne wiadro, a drugą odebrać próżne, i tak stale, bez przerwy. Ale tu muszą się wystrzegać innych rzeczy: nie wolno słowa powiedzieć, nawet cicho szeptać. Trzeba też uważać, aby broń Boże ucho od wiadra nie brzęknęło. Pomimo stosunkowo lżejszej pracy też są zmęczeni. Dokucza im głód i wyczerpanie. Pytam się człowieka, który wyszedł ze środka, czy jeszcze dużo ziemi trzeba wydobyć.
- O - mówi - jeszcze, jeszcze. Jeszcze połowy nie wydobyliśmy, a już blisko pół dnia pracujemy.
Odpoczynek mój znowu się skończył. Teraz idę zastąpić kogoś przy wywalaniu gruzu. Jestem młody, toteż przeznaczają mnie do najcięższych prac. W trzeciej suterenie, pod oknem, które się znajduje tuż przy suficie, na równi z podwórzem, leży już kupa gruzu wysoka na 2,5 metra. Włażę na sam wierzchołek tej góry. Zaczynam windować wiadra i opróżniać je. Nogi do połowy się zapadają. Muszę się bardzo daleko wychylić, by odebrać czy podać wiadro. Pod tym, który stoi niżej, ziemia się stale obsuwa i nigdy nie może do mnie sięgnąć. Praca jest ciężka, można sobie ścięgna w rękach pozrywać.
Kilka razy posterunki obserwacyjne sygnalizują niebezpieczeństwo. Nie wiemy, co to jest. Po co się pytać? Trzeba się schować szybko, jak tylko można najprędzej i najciszej wchodzimy do schronu. Wiadra zabieramy ze sobą. Nie można zostawić narzędzi na miejscu zbrodni. Niebezpieczeństwo chwilowo przeszło. Znowu wychodzimy i praca rusza. Wysypuję, wysypuję... już się piętrzy wysoka góra gruzu, a wiadra wciąż kursują w jednakowym tempie. Kilka jest uszkodzonych. Uszy się poobrywały. Zostają wycofane z obiegu i zastąpione innymi. Nareszcie jestem znowu zwolniony. Tym razem na dłużej. Przeszedłem wszystkie etapy pracy. Wysyłają mnie na górę, żebym sprowadził paru mężczyzn na zmianę. Wychodzę z sieni. Stoi tu chłopiec. Oczy ma stale zwrócone na okna poprzecznej oficyny. Za węgłem stoi drugi i patrzy jak urzeczony na Niską. Jak tylko zobaczy coś podejrzanego, zaraz daje odpowiednie znaki koledze na dole. Telefon bez drutów i słów funkcjonuje doskonale.
Idę na górę. Po schodach stąpam cicho, tuż przy ścianie, gdyż przy poręczy stopnie trzeszczą. W naszym mieszkaniu zastaję sporo osób. Dzisiaj jest tu cicho. Nie dyskutują, nie gadają, nie radzą. Wszyscy patrzą w dal. Obserwują ulicę. Wyznaczam kilkanaście osób. Niektórzy się ociągają, ale po paru ostrych słowach wszyscy idą na dół. Spełniłem swoją misję. Czas należy do mnie. Jestem głodny, ale wpierw chciałbym wiedzieć, co się dzieje na ulicy. Nikogo się nie pytam. Sam się położę na balkonie i zobaczę. Pan Feldman już nie może patrzeć, oczy ma zawiane kurzem i sadzą, nabiegłe krwią. W dzień i w nocy leży na balkonie i obserwuje. Tu jest jego posterunek. Chce mu być wiernym do ostatka. Rzadko kiedy śpi. Leży na balkonie jak przykuty.
Jak okiem sięgnąć nad całym gettem unosi się gęsta, czarna chmura. Z setek domów buchają wysokie pióropusze dymu. Piętrzą się ściany ognia i płoną dachy. Tumany kurzu i sadzy hulają po ulicy. Chociaż dzień jest piękny, słońce wysoko, w getcie jest pochmurno jak w deszczowy dzień. W którą stronę zwrócę oczy, wszędzie ten sam widok. Palące się pierze za każdym podmuchem wiatru idzie pod niebo i tworzy żarzące się chmury. Coraz więcej szkieletów spalonych domów. Na dole setki żołnierzy maszerują w różne strony. Co chwila przejeżdżają auta z żandarmerią. Pewnie całą armię dziś sprowadzili do getta. W krótkich odstępach czasu przechodzą długie kolumny Żydów. Polowanie dzisiaj doszło jakby do punktu kulminacyjnego. Przechodzą setki ofiar ze spalonych domów, ludzi na wpół obłąkanych. Popalone włosy, ubranie w strzępach, poranieni i potłuczeni, wloką się na ostatni spoczynek. Ale tego jeszcze mało. Ukraińcy okładają spaleńców batami i kolbami karabinów. Ktoś nie wytrzymuje i pada na bruk, dostaje końcowe leki, stosowane bardzo często, i tak już zostaje. Przerzedzone tak bataliony, wlokąc się po trupach swych braci i sióstr, idą na Umschlag. Karetki Pinkierta zbierają ofiary na ulicach jak kasztany opadłe z drzew.
Tyle widzą oczy. Czyż to nie budujący widok? Strzelanina, ogień dział i wybuchy granatów przewyższają wszystko, co było dotychczas. Pod Verdun nie byłem, ale na pewno nie było tam głośniej i goręcej. Jak żołnierz na froncie przyzwyczaja się do okropności bitew i nic go to później nie obchodzi, tak i my powoli przyzwyczajamy się do coraz gorszych rzeczy i okropniejszych widoków. Stajemy się nieczuli na to, co dzieje się dokoła. Znowu wszystko przeniosło się w inną stronę. Nasza ulica jest dzisiaj spokojna. Mury spalonego domu pod numerem 3 przypominają nam tylko wczorajsze sceny.
Jestem strasznie głodny, przecież nie mogę żyć i stale nie jeść. Może coś ugotowali. W kuchni ojciec sam przyrządza kaszę z wodą. Przypalił ją porządnie, czuć z daleka. W takich warunkach i królewski kucharz lepiej by nie ugotował. Ojciec jeden pomyślał, że matka i rodzina już kilka dni prawie zupełnie nie jedzą. Nie wiem, czy znalazłby się jeszcze jeden człowiek na świecie, który w takich warunkach i w takim nieszczęściu zdobyłby się na myślenie o głodujących w schronie i sam gotował posiłek. Zjadłem trochę tej kaszy. Resztę ojciec troskliwie zaniósł na dół.
W suterenie jeszcze pracują, ale już znacznie wolniej. Ludzie są strasznie zmęczeni i wygłodzeni. Ciemno, nic prawie nie widać. Świec nie można zapalać, gdyż okna są niezasłonięte. Praca musi ustać, chociaż nie wyrzuciliśmy całej ziemi z dwóch piwnic. Z góry przyszło kilkadziesiąt osób, zostają przydzieleni do świeżo oczyszczonych pomieszczeń. Nie wszyscy jednak mogą się w nich zmieścić. Robi się jeszcze ciaśniej. Ale sytuacja jest o wiele lepsza niż rano. Zresztą jeśli okoliczności pozwolą, to opróżni się jeszcze jedną piwnicę.
Kobiety posiliły się przyniesioną kaszą i resztę oddały innym. Znowu noc, już siódma, i nie ma żadnego pocieszenia ani widoku poprawy. Coraz gorzej i gorzej. Pętla na szyi powoli i nieubłaganie się zaciska. Znikąd ratunku, znikąd żadnej pomocy. Mężczyźni są zmęczeni i wycieńczeni całodzienną ciężką pracą. Jak kłody zwalają się na mokrą ziemię i zasypiają. Ojciec wychodzi na górę, ma tej nocy dyżur. Ja też idę. Chcę być z nim razem. Uspokoiliśmy kobiety i wyszliśmy. Na górze widno jak w dzień. Do końca życia nie zapomnę tego, co wówczas ujrzałem.
Jak okiem sięgnąć jedno wielkie morze ognia. Zda się, że przyszedł koniec świata. To już płoną nie pojedyncze domy, ale całe szeregi ulic, całe dzielnice. Gdzie tylko spojrzę, wszędzie to samo. Mam wrażenie, że siedzę w arce Noego, a dokoła mnie potop ognia. Leżę, patrzę i nie mogę się oderwać. Walą się ściany, dachy, belki. Głuche grzmoty rozlegają się wokoło. Runął środek jakiegoś domu i momentalnie słup ognia wzbija się do nieprawdopodobnej wysokości. Do tego wszystkiego wiatr dziś hula, jakby się otwarły wszystkie czeluście piekieł, zawodzi, wyje, jęczy i gna chmury ognia w tę i tamtą stronę. Noc grozy i Sądu Ostatecznego. Nie dochodzi do nas ani jeden krzyk palących się ludzi. Duszą się i giną w skrytkach, norach, bez słowa skargi. Na ulicy rozróżniam stukot butów żołdackich. Pilnują, by ogień sprawnie się palił i nikt nie zdołał umknąć. Wyniszczenie musi być całkowite. Dzisiaj nawet nie strzelają. Mają zabawę i widok, jaki nawet władcom świata nieczęsto jest dany.
Noc mija. Ogień powoli zlewa się ze świtem. Łuna zamienia się w powałę dymu i sadzy. Dziś wcale nie spaliśmy, a jednak senności nie odczuwamy. Teraz lepiej rozróżniamy poszczególne obiekty. Z przeciwnej strony ulicy stoi jeszcze jeden niespalony dom, otoczony zewsząd ogniem. Wygląda jak oaza na pustyni. Opadają z niego iskry i palące się kawały drzewa, papy i różnych odłamków. Lecz oto na dach wylazło kilku mężczyzn, trzymają w rękach wiadra wody. Jeden polewa dach, a drugi podaje wodę. Zauważyli nas. Dają nam znaki, byśmy ich ostrzegli w razie niebezpieczeństwa. Na skrzydłach byśmy pofrunęli, by im pomóc. Zewsząd na nich lecą iskry i płomienie. Nie czują tego. Polewają zawzięcie. Kilka razy ostrzegamy ich, że zbliżają się żołnierze. Czym prędzej włażą do dymnika, by po chwili znowu wyjść. Na razie udało im się odwrócić niebezpieczeństwo. Nigdzie się nie tli. Jeden zostaje na dachu na posterunku, a reszta znika. Rzadko który strażak zaryzykowałby taką pracę.
Gdy obserwowałem tych ludzi, przyszedł mi do głowy świetny pomysł. W sąsiednim domu na Muranowskiej 40 jest przecież telefon. Gdyby tak przejść po dachach i zadzwonić do pana Kozikowskiego do warsztatu! Dowiedzielibyśmy się, czy możemy liczyć jeszcze na pomoc z zewnątrz. W najgorszym razie niech chociaż wiedzą, że jeszcze żyjemy i trzymamy się. Aby tylko telefon był czynny i podróż się udała.
Idzie ze mną Hoffer. Wchodzimy na strych i tędy dymnikiem na dach. Może od powodzenia wyprawy zależny jest los nas wszystkich. Stoimy na dachu. Teraz mamy widok na całe getto i dalej. Słońce już wstało. Hen w dali, poza gettem, chodzą ludzie, spieszą w różne strony. Ale nie czas teraz na rozglądanie się i rozmyślanie. Musimy spełnić swoje zadanie. Tonący brzytwy się chwyta. Czołgamy się ostrożnie po pochyłości dachu i jednocześnie uważamy, by nas Niemiec z dołu nie zauważył. Dochodzimy do muru sąsiedniej kamienicy. Zastajemy nową przeszkodę. Między jednym domem a drugim wznosi się tak zwany brandmur9 wysokości około 2 metrów. Trzeba się przez to przerzucić na drugą stronę. Hoffer idzie pierwszy. Ja zrazu nie mam odwagi. Po chwili wylądował szczęśliwie po drugiej stronie. Daje mi znaki, bym też szedł. Udało się. Połowę drogi mamy za sobą. Tu dach jest gorszy, bardziej pochyły. Jak koty posuwamy się w kierunku klapy.
Nareszcie dobrnęliśmy. Otwieramy. Pod nami nie ma strychu, lecz od razu sień. Opuszczamy się na rękach, ale do podłogi brakuje jeszcze dobrych 2 metrów. Nie ma rady, trzeba skoczyć. Narobiliśmy trochę huku. To nic. Jesteśmy wewnątrz domu. Teraz zaczniemy szukać ludzi i telefonu. Idziemy od czwartego piętra na dół. Wszędzie mieszkania pootwierane na oścież. Nigdzie żywej duszy. Jesteśmy bardzo zaniepokojeni. Dopiero w oknie klatki schodowej na pierwszym piętrze widzimy człowieka, który obserwuje podwórze. Daje nam znaki, byśmy przyszli do niego. Idziemy. Przekradamy się przez podwórze. Udało się! Obcy człowiek zasypuje nas od razu całą serią pytań: "Skąd jesteście, co słychać, kiedy się skończy?". Nie wdajemy się z nim w żadną rozmowę, widzimy, że jest jeszcze głupszy od nas. Nic nam nie poradzi. Mówimy że chcemy zatelefonować. Kieruje nas do mieszkania pana Firsta. Tu też jest otwarte. Wewnątrz zastajemy kilku żydowskich policjantów, między innymi i naszego dalekiego kuzyna Wypłosza. Zupełnie obcy ludzie zaczęli nas ściskać i całować. Wyglądamy, jakbyśmy przyszli z tamtego świata. Powoli wszyscy się uspokoili. Możemy więc wyłuszczyć swoją prośbę i stawiać pytania. A więc pytamy, co tu w mieszkaniu robią, co zamierzają czynić, jak przedstawia się sytuacja, co się stało z ludźmi, którzy pierwszej nocy uciekli gminną karetką, kto tam był, dlaczego brama jest otwarta...
Odchodzę na bok z kuzynem i ten mi opowiada, że ludzie, którzy wyjechali gminną karetką, zostali rozstrzelani w gmachu Gminy przy ulicy Zamenhofa 19, a zwłoki ich porzucono w niezamieszkanych dzielnicach dawnego getta. Było tam kilku radnych z rodzinami, między nimi prezes Rady Żydowskiej adwokat Wielikowski. Ludzie w mieszkaniu pilnują telefonu, Niemcy im kazali. Sami teraz nie wiedzą, czy mają się schować, czy też dalej tu siedzieć. Kilka razy chcieli się wydostać karawanami Pinkierta na cmentarz znajdujący się w aryjskiej dzielnicy, ale zawsze wozy były przepełnione trupami i nie udawało się nigdy. Prawdopodobnie całe getto zostanie spalone, nie ma żadnej nadziei, żeby ktoś ocalał. Myśleli dostać się do ulicy Pokornej, do parkanu, ale okazało się, że jest to niemożliwe. Rodziny ich ukrywają się w schronie, ale w razie pożaru spłoną, gdyż schron mieści się w piwnicach pod domem. Są jeszcze w gorszym położeniu niż my i więcej od nas też nie wiedzą. Kuzyn prosił mnie, abym nie zapomniał o nim i jego rodzinie, w razie gdyby Kozikowski mógł nam pomóc.
Dzwonię. Serce tłucze mi się w piersiach. Po drugiej stronie odzywa się pani Peregałówna, jedna z pracownic firmy, Żydówka, która nie poszła do getta na święta. Mówi mi, że nikogo z dyrekcji nie ma, ale Tański i Kozikowski robią, co tylko w ich mocy, aby nas ratować. Jeżdżą po przepustki po wszystkich urzędach. Nadzieje są bardzo słabe. Już myśleli, że nas nie ma. Doradza mi, abym jeszcze raz dzwonił o czwartej po południu, wtedy już będzie Tański. Obiecała, że moje prośby powtórzy dyrekcji. Na tym się skończyła pierwsza rozmowa. Znowu nic.
Trzeba wracać. Tam się już na pewno niecierpliwią. Znalazłem gdzieś w pokoju parę cebul, marchewek i buraków, wepchnąłem to wszystko do kieszeni i wracamy do naszych. Tu już nas wyczekują jak Mesjasza, przy samym wejściu na dach. Mówimy, cośmy widzieli, słyszeli i co nam powiedziano w warsztacie. Teraz już jest więcej śmiałków. Kilku naraz ryzykuje i idą, chcą zobaczyć ludzi i porozmawiać z nimi.
Niemcy jakoś oszczędzają jeszcze naszą stronę ulicy. Akcja toczy się gdzie indziej. Dom, który rano ludzie polewali wodą, teraz ponownie się zajął i nic go już nie uratuje. Partie pogorzelców idą bez przerwy na Umschlag. W naszej piwnicy nie można dzisiaj pracować. Na Niskiej pełno Niemców, stoją pod samym murem, podobnie na Muranowskiej. Pożywiam się przyniesionymi surowymi warzywami i daję ojcu. Przy okazji posyłam do schronu dla kobiet trzy buraki. Głodujemy wszyscy bez przerwy. Wyszperałem gdzieś w mieszkaniu trochę zwiędniętych i na wpół zepsutych kartofli. Rozpaliłem ogień i przypiekłem je w łupinkach.
Jest już południe. Kilku ludzi poszło telefonować. Wrócili z niczym - telefon był nieczynny, nie wiadomo, czy uszkodzony, czy też wyłączony. Bardzo nas to zmartwiło. O czwartej pójdziemy jeszcze raz. Kręcimy się po mieszkaniu jak cienie. Sami nie wiemy, co ze sobą robić. Widzimy, że tragedia zbliża się do końca. Jeśli sami czegoś nie przedsięweźmiemy, jesteśmy bezapelacyjnie zgubieni. Jedynym ratunkiem jest wydostanie się z tego piekła. Gdy spłonie dom, o dalszym pobycie w schronie nie ma absolutnie mowy. Zbyt wiele ludzi, brak żywności, wody...
Dochodzi czwarta. Wybieramy się z Hofferem do telefonu. Idziemy ze ściśniętym sercem. Tym razem poszło nam o wiele łatwiej. Jesteśmy już trochę obznajomieni z terenem. Szczęście nam sprzyja. Policjanci opowiadają nam, że było tu kilku żandarmów. Każdy z nich zażądał złotego zegarka. Zegarków oczywiście nie było. Na razie odeszli, ale zapewnili, że przyjdą jeszcze raz i zegarki muszą być, w przeciwnym wypadku wszyscy policjanci dostaną kulę w łeb. Nie wiedzą, co robić. Chcą porzucić telefon i pochować się. Dzwonię. Tym razem Tański już czeka na mnie przy telefonie. Bardzo się ucieszył, że jeszcze się trzymamy. Ale nic dobrego dla nas nie ma. Miał już wszystkie potrzebne przepustki, trzeba było je tylko poświadczyć w Gestapo. Tu oficer uważnie przeczytał papiery, następnie podarł je na drobne kawałeczki. Skrzyczał Tańskiego, że jeszcze stara się dla Żydów. Teraz już żadnej nadziei dla nas nie ma. Na pomoc od niego nie mamy co liczyć. Mówi, abyśmy się starali własnymi siłami coś zrobić. Życzy nam powodzenia. Na tym się kończy nasza rozmowa. Ostatnia nadzieja ratunku pryska jak bańka mydlana.
Tański był szefem w firmie Kozikowskiego. W dużej mierze zawdzięczaliśmy mu życie. Podczas pierwszej akcji wysiedleńczej przetrzymywał nas wraz z rodzinami w piwnicach warsztatu. Dzięki jego staraniom przydzielono Kozikowskiemu żydowskich pracowników. Wystarał się dla nas o mieszkanie w getcie, przewoził samochodami przez wachy, załatwiał wszelkie przepustki związane z pracą. Każdemu z nas pomagał, jak tylko mógł, a mógł bardzo wiele, gdyż wpływy miał duże i znajomości szalone. Podczas styczniowej akcji przyjechał po nas samochodem i ze skrytki zabrał do pracy. Każdemu starał się pomóc w urządzeniu się po aryjskiej stronie. Był to człowiek zagadkowy. Jedni mówili, że jest Niemcem, drudzy, że Polakiem, inni, że volksdeutschem, a byli też tacy, co twierdzili, że jest Żydem. To wydawało nam się najmniej prawdopodobne. Wszyscy jednak wiedzieli, że Żydami bardzo się zajmuje i wiele dla nich robi. W końcu zginął w sierpniu 1943. Niemcy, na skutek donosu, przyszli do warsztatu aresztować go jako Żyda z fałszywymi dokumentami. W chwili aresztowania Tański rozbroił dwóch agentów policji kryminalnej i uciekł samochodem. Jednak na drugi dzień został złapany i zabity. Wydał go najlepszy przyjaciel, Niemiec. Tański, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Temkin, pochodził z Kalisza. Siostrę, panią Kac, wraz z mężem i córką zatrudniał u siebie w warsztacie, starego ojca zaś miał u nas, w schronie. Był to 75-letni Żyd, który całymi dniami siedział i odmawiał psalmy. O tym, że ktoś chciał go zabrać na aryjską stronę i że starzec wolał zostać, gdyż twierdził, że i tak niedługo umrze, a pragnie być pochowany na cmentarzu żydowskim, wiedzieliśmy wszyscy wcześniej, nie wiedzieliśmy tylko, że to syn chce zabrać ojca do siebie.
Zbieramy się do powrotu. Nasi już po minach poznają, że nie przynosimy dobrych wiadomości. Warsztat i praca już nas więcej nie chronią. O ile dawniej przedstawialiśmy jeszcze jakąś wartość, o tyle teraz jesteśmy gromadą niepotrzebnych robaków.
Prosimy Boga o dobry nalot bombowy, aby wszystko razem z nami przewrócił do góry nogami. Ale to, o co się prosi, tak rzadko zostaje spełnione. Niektórzy bluźnią, w nic już nie wierzą. Czy patrząc na to wszystko, można jeszcze wierzyć w jakąś sprawiedliwość na świecie?
Nagle na ulicy rozlega się niesamowity krzyk: "Niemcy, chodźcie, chodźcie! Tutaj się schowało dużo ludzi! Moja żona i dzieci też są!". Wypadam na balkon. Widzę, jak z bramy domu numer 40 wybiega mężczyzna lat około 45. Włosy rozczochrane, wymachuje rękoma. Zwariował. Krzyczy, wzywa Niemców:
- Moja żona się tu z dziećmi schowała. Dużo ludzi, dużo ludzi!
Momentalnie zbiera się dokoła niego grupa Niemców i Ukraińców. Czekają tylko na takie okazje. Wariat prowadzi ich do środka. Niebawem wychodzi na ulicę około 60 osób, kobiet, mężczyzn i dzieci. Na przodzie żona i dwoje dzieci szaleńca. Ten biegnie przy niej, krzyczy, gestykuluje, znowu biegnie do Niemców i z powrotem. Niemcy biorą go na bok, każą mu się odwrócić. Pada strzał. Kula trafiła w głowę. Nieszczęśnik zachwiał się i upadł. Momentalnie tworzy się koło niego kałuża krwi. Grupa ruszyła z miejsca. Skręca w kierunku Umschlagu.
Nerwy nasze są u kresu wytrzymałości. Czujemy, że i my tak skończymy. Robi się ciemno. Czerwona łuna na niebie jest widoczna coraz lepiej. Dziś idę z ojcem na noc do schronu. Cały dzień i poprzednią noc byliśmy na górze. Na pewno się niepokoją o nas. Bierzemy ze sobą trochę zimnych ugotowanych kartofli w łupinach i schodzimy. Dzisiaj w schronie jest jeszcze bardziej duszno i ciasno. Prawie nie ma czym oddychać. Nie można tchu złapać. Ktoś wytrzasnął skądś mały elektryczny wentylator. Furkocze teraz w piwniczce, gdzie są małe dzieci, ale i to prawie nie pomaga. Ludzie leżą przy samej ubikacji i wdychają przez cały dzień przykre wyziewy. Nie narzekają.
Przeszedł już cały tydzień. Przez ten czas postarzeliśmy się o dziesiątki lat. Wszyscy nasi już prześnili sen o Kozikowskim i o jego przyjeździe po nas samochodem. Przyjadą po nas, ale Niemcy. To nas na pewno nie ominie. Już idzie ósma noc, a my stale śpimy w butach i ubraniu, na chwilę jeszcze niczego nie zdjęliśmy z siebie. Mamy już 26 kwietnia. Jest duszno. Para osiada na ścianach i spływa kroplami. Gdzie się dotknąć, wszędzie mokro. Jesteśmy wszyscy głodni. Bo czyż można się nasycić dwoma czy trzema sparciałymi kartoflami?
Skoro świt wychodzę z ojcem na górę, by odetchnąć trochę świeżym powietrzem; może gdzieś wyszperamy znowu parę kartofli. Głowa mnie boli. Czuję, że dłużej takiego stanu nie wytrzymam. Stale jeszcze prześladuje mnie widok człowieka-wariata. W dziennym świetle łatwo zauważyć zmianę, jaka zaszła w ludziach w ciągu tych kilku dni. Dwa tygodnie temu mogłem się jeszcze doszukać u ojca kilku czarnych włosów na głowie, teraz znikły one bezpowrotnie. Nawet zarost jest zupełnie siwy. Najbardziej ojciec mój cierpi, patrząc na nas i na nasze zmarnowane młode lata. Nie zdążyliśmy jeszcze żyć, a już jesteśmy skazani na zagładę. Mówię:
- Nie martw się. Jakoś się jeszcze wydostaniemy. Szczęście nas nie ominie. Tyle przetrwaliśmy, jesteśmy razem, to i teraz wytrwamy.
Mówić łatwo, ale mnie nawet nie chce się wierzyć we własne słowa. Ha, cóż nam więcej zostało, jak samemu się pocieszać.
Na górze czeka nas niespodzianka. Wczoraj szliśmy w odwiedziny, dzisiaj sami mamy gości. Jeszcze było szarawo, a z narożnego domu Muranowska 44 przyszło do nas po dachach jedenastu młodych ludzi. Dziesięciu mężczyzn i kobieta, ubrana w bryczesy i buty. Okazało się, że w nocy dom z przeciwnej strony zajął się od iskier i prawie cały spłonął. Przyjechała wprawdzie straż i chciała gasić, ale jej wysiłki były daremne. Wielu ludzi się podusiło, licznych przysypały gruzy, a reszta oddała się w ręce Niemców. Nasi goście trwali w jakiejś norze do świtu i rano zaryzykowali wędrówkę do domu numer 42, a stamtąd po dachach do nas. Uciekli, tak jak stoją, niektórzy nie mają na sobie ani marynarek, ani czapek. Pytamy, co zamierzają robić. Otóż chcą postawić wszystko na jedną kartę i przedostać się do parkanu przy Pokornej, a stamtąd na aryjską stronę. Spróbują po dachach, a jeśli nie będzie można, to ustawią się w kolumnę i w nocy pójdą po jezdni.
- A gdy Ukraińcy was zatrzymają - pytam - co zrobicie?
Na to jeden z nich, widocznie przywódca, chłop jak Herkules, wyjmuje z kieszeni mały siedmiostrzałowy belgijski rewolwer i mówi:
- To jest najlepszy argument. Jeśli będzie mało, znajdzie się jeszcze co innego. Koledzy też nie są od parady i mają się czym bronić.
Bardzo mi się ten projekt spodobał. Ale cóż, to dobre dla ludzi młodych, zwinnych i w każdej chwili gotowych na wszystko. Ludzi, którzy już nic nie mają do stracenia. A my? Dla nas całym życiem są rodziny, całą pociechą fakt, że jesteśmy razem. Jeszcze nikt z nas przez chwilę nie pomyślał, aby się oderwać i szukać dla siebie samego ratunku. Czyż możemy się ważyć z gołymi rękoma, ze starszymi i słabymi kobietami na tak desperacki krok? Od razu na wstępie zginiemy. Dla nas istnieje tylko jedna możliwość: czekać i jeszcze raz czekać. Rozwiązanie samo musi przyjść.
Nasi goście pytają, czy mamy żywność, chętnie by coś zjedli. Śmiejemy się. Trafili jak kulą w płot. Już sami od kilku dni formalnie głodujemy.
- A szkoda - mówią. - W kryjówce, gdzieśmy siedzieli do rana, zostało dużo różnorakiego prowiantu. Można by było się tam dostać i przenieść.
U nas od razu chętnych znalazło się wielu. Między innymi i ja.
- Zaczekajcie - mówią. - Za 2-3 godziny ktoś z nas z wami pójdzie i przyniesie, co się da. Przedtem trochę odpoczniemy.
Ucieszyliśmy się bardzo. Będzie chociaż czym zaspokoić głód, jedno zmartwienie odpadnie. Przybysze rozgościli się na dobre w mieszkaniach, porozkładali się w ubraniach i butach na niezasłanych od tygodnia łóżkach. Nas to nic nie obchodzi. Niech leżą, niech się rozkoszują, póki żyją.
W getcie tymczasem wszędzie się tli, dymi i pali. Domów niespalonych i niepalących się, z wyjątkiem naszej ulicy i Niskiej, już nie ma. Strzelanina w porównaniu z poprzednimi dniami znacznie osłabła. Można nawet powiedzieć, że jest cicho. Niemców na ulicach też jest dużo mniej. Umyliśmy się, doprowadziliśmy do porządku nasze ubrania. Idziemy poszukać kartofli. Włożyliśmy ich trochę kiedyś w styczniu do skrytki. Miał to być żelazny zapas dla naszych współpracowników. Worek jest i kartofle też, ale co lepsze już wybrano. Została sama zgnilizna. Przewracamy w tym gnoju jak w złotodajnym piasku. Zdołaliśmy jeszcze wybrać około 2 kilogramów. Wyprawa się udała, nie ma co narzekać. Wypłukałem kartofle w wodzie. Ojciec rozpalił ogień. Przyrządziliśmy je w całości tak jak wczoraj. Tymczasem nasi goście się pobudzili. Rozglądają się w terenie i planują dalszą wędrówkę ku wolności. Po dachach trudno iść dalej, ponieważ sąsiedni dom ma tylko trzy piętra; aby przejść, trzeba by było opuścić się z dachu po ścianie szczytowej z wysokości co najmniej półtora piętra. Przejście po dachach jest stosunkowo najbezpieczniejsze, ale jeśli okaże się niemożliwe, można zrobić wyłom w ścianie szczytowej na wysokości piwnic. Najpierw trzeba wykorzystać jedną możliwość, po cóż na próżno marnować siły. W tym celu przywódca przybyszów, jak już wspomniałem, człowiek młody, silnej budowy, rosły, mówi do swoich kolegów:
- Wyjdę na dach, rozejrzę się, a wy tu czekajcie.
Poszedł. Zupełnie przestaliśmy się zajmować tą sprawa. Obchodziło nas to tylko o tyle, że przyrzekł pójść z nami po żywność. Po upływie kilku minut słyszymy strzał i upadek na dachu. Takimi rzeczami już dawno przestaliśmy się przejmować i prawie że nie zwróciliśmy na to uwagi. Strzelają przecież cały dzień i padają różne odłamki. Mija kilkanaście minut, śmiałek nie wraca. Hoffer mówi:
- Mam przeczucie, że coś mu się przytrafiło. Pójdę i zobaczę.
Po kilku chwilach wraca blady jak trup, zdenerwowany.
- Zabity. - Więcej z siebie nie mógł wydobyć.
W kolegów tego człowieka i w nas jakby piorun uderzył. Włażę na dach. Chcę się sam przekonać i zobaczyć. Ostrożnie wytykam głowę, żeby i mnie się nie przytrafiło to samo. Nieszczęśnik leży na pochyłości dachu od strony Niskiej. Został zastrzelony przez Niemca chodzącego po ulicy, z odległości 70 metrów. W lewym boku ma wyrwaną dziurę wielkości sporego talerza. Krew jeszcze się sączy z rany, spływa po dachu i kapie do rynny. Przed kilkoma minutami był żywym człowiekiem, mającym różne plany i projekty. Człowiekiem myślącym o ratunku dla siebie i przyjaciół, pełnym dobrych chęci i nadziei, nieprzypuszczającym nigdy, że taki będzie jego koniec. Oto jaka jest możliwość ratunku, nawet dla ludzi gotowych do desperackich kroków i rwących się do czynu. Nie mówiąc już o nas, czekających na zmiłowanie Boże. Przygnębienie i boleść. Czyż istnieje kara, aby pomścić taką zbrodnię? Człowiek w kwiecie wieku został zamordowany niewinnie, leży na dachu w kałuży krwi. Nie ma komu i gdzie go pochować. Wszelki ślad i pamięć po nim zaginą. A morderca chodzi wolno po ulicy, drwi sobie ze wszystkiego. Czeka go nagroda za bohaterski czyn. Kobieta, widocznie żona, lamentuje i płacze. Co teraz pocznie bez męża, swojej jedynej podpory?
Okazało się, że kobieta ta, z domu Zemsz, jest koleżanką szkolną mojej żony. Rodzice jej przed wojną mieli sklep żelazny przy Twardej 8. Przyjaciele zabitego zabierają się do robienia wyłomu w murze. Jest to jedyne wyjście. Z chodzenia po dachach już zrezygnowali. Dostarczamy im młotów i innych potrzebnych do wykonania tej pracy narzędzi. Czym tylko możemy, staramy się im dopomóc. Oby tylko zdołali się uratować. Są młodzi, pełni zapału i mają życie przed sobą. Marzenia nasze o zdobyciu żywności prysły.
Kilku naszych ryzykuje wędrówkę do sąsiedniego domu, żeby zadzwonić do warsztatu. Niech chociaż tam wiedzą, że jeszcze żyjemy i trzymamy się. Po kilku minutach wracają. Nikogo już tam nie zastali, mieszkania otwarte, sznury telefoniczne przerwane. Wszyscy się pochowali. Co chwila coś się kończy, co chwila jakaś furtka przed samym nosem nam się zatrzaskuje. Jest już po południu. Na Umschlagu dziś krzyki i robota wre. Widocznie są wagony. Żydzi pojadą do raju...
W piwnicy kują i walą w ścianę. Prawdopodobnie uda się tym chłopcom przebić mur. Kartofle są już upieczone. Kilka zjedliśmy, a resztę zanieśliśmy kobietom do schronu.
Idę znowu na górę. Chcę być na powietrzu, póki jeszcze można. Tu na razie nic się nie zmieniło. Nasi goście przebili już na wylot ścianę między domami, teraz powiększają dziurę, żeby człowiek mógł się przecisnąć. Wtem bratanek Hoffera daje nam rozpaczliwe znaki. Teraz on przez większą część dnia zastępuje pana Feldmana, ponieważ ten już prawie na oczy nie może patrzeć. Okazuje się, że trzech Ukraińców wdrapało się do wybitych okien parterowego mieszkania należącego do pana Hryniewieckiego. W pokoju jest nas kilkanaście osób. Nie wiemy, co ze sobą zrobić. Czy schować się do kryjówki w mieszkaniu, czy też czekać. Od schronu w piwnicy jesteśmy odcięci. Obawiamy się, że weszli podpalić nasz dom. Na dole klapa też może być otwarta i wszystkich nakryją. Stoimy i kręcimy się w miejscu. Ale tym razem szczęście nam sprzyja. Po kilku minutach Ukraińcy wyłażą, jeden trzyma jakieś pudło w ręku, pozostali dwaj paczki. Jeszcze raz się udało. Najbardziej przytomny z nas jest pan Gurewicz. Ukraińcy plądrowali jeszcze mieszkania, a ten szybko, na bosaka, zbiegł po schodach, aby zamknąć i zabezpieczyć drzwi prowadzące do sieni i ochronić nas i ludzi w schronie przed skutkami wizyty. Należy mu się naprawdę Żelazny Krzyż pierwszej klasy. Wraca uradowany. Chwilowo odwrócił od nas niebezpieczeństwo.
Tymczasem na ulicy Ukraińcy rozpakowują swą zdobycz. Oczom naszym ukazuje się patefon i płyty. Patefon stawiają na środku jezdni, nastawiają płytę i po chwili rozlegają się skoczne tony muzyki. Czyż to nie tragikomiczna sytuacja? Setki płonących domów, pełno trupów, a ci przygrywają sobie na patefonie! Nam samym zbiera się na śmiech. Boję się, abym sam nie popadł w obłęd. Zdaje mi się, że to koszmarny sen. Ukraińcy tańczą i śmieją się. A my na to wszystko patrzymy. Patefon gra jeszcze do późnego wieczora.
Schodzimy na noc do piwnicy. Dowiaduję się, że Bromberg próbował dzisiaj podłączyć wodę do schronu z sutereny. Zabrakło mu kilka niezbędnych części i robota na razie utknęła. A szkoda, bo jest to jedna z najpotrzebniejszych rzeczy. Dziewiąta noc męki. Z dnia na dzień ludzie coraz bardziej upadają na duchu, ubywa im sił. Sytuacja się pogarsza. Tak jakby wszystko się sprzysięgło przeciw nam. Jakbyśmy musieli do samego dna wychylić kielich goryczy.
Uczepiłem się jeszcze jednej myśli. Może akcja się skończy za dzień, dwa i wtedy przedostaniemy się jakoś na aryjską stronę. O dłuższym siedzeniu w schronie nie ma mowy z powodu brudu i braku żywności. Za parę dni rozpleni się robactwo. Ale po co myśleć na zapas? Na razie jest noc, jeszcze żyjemy, więc trzeba spać. Dzisiaj moja teściowa zemdlała z wycieńczenia. Ledwośmy ją docucili. Ktoś ofiarował kostkę cukru, ktoś wreszcie dał jej kawałek suchara z czarnego chleba. Żona jeszcze teraz siedzi i okłada jej czoło zimnymi kompresami. Wszystko to są oznaki zbliżającego się coraz szybciej końca tej tragedii. Najpierw słabsi, potem silniejsi. Nikt się nie ostanie. Chyba, żeby nastąpił cud. Kiedyż będzie koniec i jaki on będzie?
Noc szybko ucieka. Wychodzę na powierzchnię. Jest jeszcze bardzo wcześnie. Słońce wschodzi. Już koniec kwietnia. Gdzieniegdzie ptaszki świergocą. Wszystko budzi się do życia. Świat wychodzi z odrętwienia. Dla świata początek życia, dla nas zmierzch, my nie należymy do tego świata. Jesteśmy oderwaną częścią, niepotrzebną i wyjętą spod prawa.
Na górze już nas czekają "pocieszające" wiadomości. W nocy spalił się sąsiedni dom, Muranowska 36. Wczorajsi goście wpadli z deszczu pod rynnę. Chyba że zawczasu zdążyli ujść dalej. Dom numer 44 spłonął wczoraj, dom numer 42 prawdopodobnie też się zajął. Jeśli tak dalej pójdzie, to istnienie naszej kamienicy też jest obliczone na godziny. W domu numer 40 zapaliły się firanki w oknie. Zdawało się, że i mieszkanie się zajmie, ale w ostatniej chwili zjawiło się kilka osób i zdołało jeszcze w porę ugasić ogień. Nasi przygotowali na wszelki wypadek naczynia z wodą.
Rozwiązanie nadchodzi szybciej, niż byśmy się spodziewali. Już patrzymy na nasze mieszkania innymi oczami. Zdaje nam się, że jesteśmy tu obcy. Teraz zaprząta nasze myśli pytanie: jak schron wytrzyma próbę ogniową? Czy się w środku nie podusimy? O ratowaniu rzeczy w ogóle nie myślimy. Chcę tylko zostać w tym, co mam na sobie. Aby przeżyć i zobaczyć koniec. Kto jeszcze miał w mieszkaniu trochę prowiantu, znosi go do schronu. Jest to teraz droższe niż złoto. Hoffer, który jest człowiekiem głęboko wierzącym, znosi do schronu siedem rodałów. Pragnie je uchronić przed zniszczeniem. Niesie je pojedynczo, ostrożnie, jak malutkie dzieci.
Rodały te już mają swoją historię. Przed naszym sprowadzeniem się na Muranowską znajdowała się tu mała bożnica. Po pierwszym wysiedleniu zastaliśmy wszystko splądrowane i poprzewracane do góry nogami. Hoffer nie dawał nic zniszczyć. Chciał jak najwięcej uchronić. W tym celu wziął do siebie, do mieszkania, znalezione rodały i inne przedmioty kultu. Rodały te były u niego przeszło pół roku. W czasie styczniowej akcji wszystkie nasze mieszkania zostały doszczętnie ogołocone z rzeczy i mebli. Mieszkanie zaś Hoffera zostało nietknięte, nawet nikt do niego nie zajrzał. Dlatego też uważa dziś, że rodały uchronią go nadal od wszelkiego nieszczęścia i gdzie się przenosi, stara się, jeśli to tylko możliwe, zabrać je ze sobą. Opiekuje się nimi jak najbardziej kochająca matka swoimi dziećmi. Dobrze jest człowiekowi, który umie tak wierzyć i ufać Bogu.
Bacznie obserwujemy sąsiednie domy, abyśmy w razie zaprószenia ognia u nas nie byli zaskoczeni. Dom numer 36 stanowi już kupę tlejących, dymiących gruzów. Wczorajszy wyłom w ścianie jest zawalony rumowiskiem cegieł. Ustawiamy posterunki na strychu i w mieszkaniach na czwartym piętrze. W razie pożaru mają natychmiast dać znać. Dopóki można, trzeba wszelkimi siłami chronić kamienicę. Około jedenastej przed południem przylatuje chłopiec z mieszkania Bromberga i powiada, że w ubikacji graniczącej z posesją numer 40 słyszy uderzenia w mur. Zaintrygowani biegniemy, żeby sprawdzić, co to jest. Ciężkie i silne uderzenia następują szybko po sobie. Huk roznosi się po całym domu. Tynk spada ze ściany. Po drugiej stronie słychać ludzi mówiących po żydowsku.
Wybijają wyłom w murze. Po upływie pół godziny odłamki cegieł zaczynają wypadać na naszą stronę. Jeszcze kilka minut i już jest dziura na wylot. Po kilkunastu następnych ciężkich uderzeniach człowiek może już przejść. Natychmiast cała lawina ludzi tłoczy się w naszą stronę.
Przybyło co najmniej 200 osób z płonącej kamienicy numer 42. Ludziom tym groziło spalenie się żywcem. Schron ich mieścił się we wnętrzu domu i dlatego nie był odporny na ogień. Przebili sobie także przejście do domu numer 40, ale tam nie znaleźli schronienia, ponieważ brama była wciąż otwarta, mieszkania również pootwierane i Niemcy mogli w każdej chwili wpaść do wnętrza. Nie mieli więc innego wyjścia. Przebijali się dalej i w końcu znaleźli się u nas. Dużo kobiet z maleńkimi dziećmi na rękach, kilkunastu starców. Wszystkie twarze wynędzniałe i zmęczone. Lecą jak spłoszone zwierzęta, sami nie wiedzą, dokąd. Mają tylko jeden cel: uciec jak najdalej przed Niemcami. Są wystraszeni, nasłuchują, czy nie wchodzą żołnierze. Niektórzy jednak zdają sobie sprawę, że wędrówka dobiegła końca. To już ostatni etap. Dalej uciekać nie można. Nie ma gdzie. Każdy trzyma węzełek żywności czy też plecak albo tobołek z rzeczami. Siedzą, wzdychają ciężko. Dużo kobiet rozpacza i płacze. Dzieci też pochlipują.
Staramy się ich uspokoić. Patrzą na nas jak na wybrańców losu. Czy jednak możemy im pomóc? Sami wiemy najlepiej, jak się u nas przedstawia sytuacja. Możemy tylko płakać nad ich i naszym losem. Wyglądają jak tabun spłoszonych koni na stepie, czujących śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie ma słów, aby określić tragedię tych ludzi. Błagają nas, abyśmy wpuścili ich do naszego schronu. Jak trudno odmówić prośbie tych ludzi. Lecz czyż możemy ujawnić schron, chwilowo nasz jedyny ratunek? Przecież bylibyśmy wszyscy zgubieni. I ludzie tam na dole, i ci, którzy teraz przybyli. Przeciwnie, musimy się strzec, aby nie śledzili naszych kroków i nie odkryli wejścia do schronu. Drzwi z mieszkań, prowadzące do schronu, zmuszeni jesteśmy zamknąć, by odseparować frontowe mieszkania od zejścia do suteren. Ludziom tym oddajemy wszystkie mieszkania. Otwieramy i zdradzamy im wszystkie nasze kryjówki, między innymi zamurowane pokoje z zejściami od strychu, które dla nas samych były jedynym ratunkiem w wielu wypadkach. Sami pomagamy się ulokować, podajemy paczuszki, butelki z wodą... Staramy się ulżyć im w nieszczęściu, ile nam tylko sił starczy.