Do pralni - autorka Sophie Daull

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czwartek wieczorem

Tamtego wieczoru byłem wykończony. Nie lubię tych dni, kiedy musimy sprzątać suche liście. To daje w kość. A już dmuchawa z pojemnikiem na odpady noszona godzinami na plecach to istna kara. Cały ten złom jest ciężki i tak samo nieporęczny, jak 25-kilogramowy ekwipunek wojskowy chłopaków z pierwszej wojny. Nie wiem, dlaczego zmienili plan - mieliśmy być na cebulkach, a wrzucili nam liście, rozstawili nas przy drodze do Chartres i kazali usypywać te gigantyczne stosy przy pniach platanów, pomiędzy rozjazdem do Alençon a hipermarketem, tam, gdzie jest najgorszy ruch. Ci, co znają Nogent, dokładnie wiedzą, o co chodzi.

Poszedłem do sklepu Ma vie en bio po gotowe danie - komosę ryżową z kremowym sosem z trybuli - z myślą, jak co wieczór, że sobie spokojnie posiedzę przed telewizorem.

Od jakiegoś czasu już nie chodzę po pracy napić się z Gilbertem. On chleje na umór, nie lubię tego. Czasami nawet nie wie, gdzie zaparkował swoją furgonetkę. Zresztą, w Relais de la Poste nie mają soku pomidorowego, a Gilberta wkurza to, że nie piję. Wkurza go, że nie piję; wkurza go, że jestem wegetarianinem; wkurza go, że nie gadam o futbolu. Jak mam mu powiedzieć, że odstawiłem mięso, kiedy byłem w więzieniu? Przez poznanego tam faceta, który był tak samo wyrafinowany, jak Gilbert jest banalny; który twierdził, że niejedzenie mięsa jest oznaką wyższego stanu umysłu; który uprawiał tai chi i jogę; który potrafił przyrządzić maniok i liście betelu, chińskie stuletnie jajo i rosyjską kaszę i który - zgodnie z zasadami feng shui - spał w jedwabnej piżamie z głową skierowaną na północ? Wypuszczono nas razem. On został uniewinniony, mnie zwolniono za dobre sprawowanie. A potem mieszkaliśmy razem, osiem lat, jak mąż z żoną. Alexandre - tak miał na imię. Wielki Alexandre już nie żyje. Jest Gilbert, mój mały przywódca.

Siedziałem więc na sofie, z kartonową tacką na kolanach, w cieple mojej towarzyszki mikrofalówki. Drugi mój towarzysz - telewizor - zapewniał mi zapas obrazów. Włączałem to, co łatwo hipnotyzuje: programy z całą masą ekspertów komentujących wiadomości - sprawy polityczne, kulturalne, ekonomiczne.

W pewnym momencie, nagle, upuściłem widelec i się zakrztusiłem.

Na ekranie pojawiła się kobieta o ostrych rysach twarzy - coś mówiła - w pełnym kadrze.

Znam tę laskę, kurwa, jestem pewien, że ją znam.

Podgłośniłem obraz, przyjrzałem się kobiecie dokładniej. Głos, znam też jej głos. Słucham. Napisała książkę, dlatego jest gościem w tym programie literackim. Napisała ją dla córki, która zmarła w wieku szesnastu lat. Mówi o bolesnych sprawach: o żałobie, o stracie, o duchach i tak dalej. Dużo rusza rękami. Jej gestykulacja wydaje mi się nieprzyjemnie znajoma. I wtedy, nagle, zaczynam rozumieć. Wszystko składa mi się do kupy.

Co ta laska, do cholery, robi w moim telewizorze?

Osoba mówiąca z telewizora to córka kobiety, którą zamordowałem trzydzieści lat temu. Jestem w szoku. Poza tym - szmat czasu.

Trzynaście lat od wyjścia z więzienia, sześć od śmierci Alexandre'a, pięć, od kiedy się tu ukrywam i - jak mi się wydaje - co najmniej dwie dekady, od kiedy zupełnie nie myślę o tej całej sprawie, nie licząc blefowania przed psychologami i pracownicami socjalnymi z nadzoru medyczno-sądowego.

Stałem tak z rozdziawioną gębą i pilotem dyndającym między nogami, jakby mnie kompletnie sparaliżowało. W nozdrza wdzierał się zapach gnijących liści, którymi przesiąkł mi dres, zmieszany z kwaśną wonią stygnącego sosu z trybuli. W moich neuronach nastąpiło coś w rodzaju zwarcia; chwilowe wyładowanie, które sprawiło, że te wszystkie lata zaczęły mi się przewijać wstecz, dając wrażenie ogłuszającego chaosu.

Przypomniałem sobie coś, co opowiedział mi Alexandre. Nie słuchałem wtedy uważnie, bo zawsze się wyłączałem, kiedy on popisywał się swoją wiedzą o kulturze. To była opowieść o greckich muchach: facet, który zabił swoją matkę-królową, by pomścić ojca-króla - zadając tym samym kres długiej, krwawej i skomplikowanej historii rodziny - jest nękany przez owady, wczepiające się w jego włosy, ubrania, myśli, a nawet sny. Przez cały dzień mu brzęczą, racząc go tymi samymi nudnymi śpiewkami o wyrzutach sumienia, o winie, o niemożliwości przebaczenia itp. Furie o skomplikowanej nazwie, coś z wieloma samogłoskami "i" czy "y".

Kiedy kładłem się spać, w mojej głowie rozległo się uporczywe bzzz...

Piątek rano

Nie spałem całą noc.

Pod powiekami tańczyły mi twarze, które przez długie lata wymazywałem z pamięci: kobieta, którą zabiłem, dziewczyna z telewizji (zielone oczy, rudy kok, spiczasty podbródek), gruby Jipé, moja matka, mój prawnik, pracownik stacji benzynowej na autostradzie, który widział krew na moim ubraniu, chłopaki z telewizji, znowu dziewczyna z programu, zamieniona potem w kociaka z liceum, gdzie chodziłem na podryw, i te wszystkie zakapiorskie gęby kumpli, z którymi się nawaliłem tamtej nocy.

Musiałem jednak na chwilę przysnąć, bo zobaczyłem też moją matkę, jak mruczy mi do ucha "kocham cię, skarbie", podczas gdy posuwają ją klawisze.

Tak, to mógł być tylko sen koszmar.

Parszywa noc.

Następnego dnia byłem umówiony z Gilbertem na ósmą, przed ratuszem. Czekał na mnie, opierając się o furgonetkę; palił papierosa. To, że nie palę - też go wkurza. Ale jest w stanie to uszanować. Nigdy nie zapali fajki w aucie, wiedząc, że zaraz wsiądę i pojadę z nim do roboty. Po tej straszliwej nocy tak się ucieszyłem na jego widok, że aż miałem ochotę go pocałować w tę jego tłustą mordę i przytulić się do jego brzucha. Moja gęba musiała wyglądać paskudnie, choć on nawet nie zareagował.

Mówię o nim wiele złego, ale w sumie go lubię. Bo to spoko gość, poza tym naprawdę lubi kwiaty. To trzeba zobaczyć - jak z czułością rozładowuje skrzynie z bratkami czy żonkilami i idzie tyłem, wysuwając podbródek nad trzepoczące płatki, by ochronić je przed wiatrem; trzeba usłyszeć, jak słodko rozmawia z astrami, powojnikami, ostróżkami, kiedy przymocowuje je do bambusowych palików.

Ale tamtego ranka - to był mój pierwszy poranek, kiedy miałem w uszach to uporczywe syczenie starogreckich insektów - nie było mowy o kwiatach. Musieliśmy wtedy przekopać rondo na drodze do Le Mans. To oznaczało harówkę przez cały dzień na tym totalnym odludziu, na wietrze - jak idioci. Bez możliwości zamówienia dania dnia u Francine, bo mieliśmy pracować jednym ciągiem pełną zmianę, więc jeść "na miejscu". A ja tak lubię piątkowy kuskus Francine. Podaje mi go bez mięsa i naprawdę tanio.

Musieliśmy zawrócić do supermarketu Super U, żeby zatankować, co dostarczyło Gilbertowi kolejnego powodu do narzekań. Przez cięcia budżetowe gmina przestała wypłacać pracownikom zaliczki na pokrycie wydatków. Gilbert musi więc płacić swoją osobistą kartą kredytową w przypadku każdych, nawet najmniejszych zakupów, i pamiętać przy tym, żeby za każdym razem prosić o paragon, na podstawie którego dostaje zwrot pieniędzy po sześciu miesiącach.

Tak jest z benzyną, ale też z rękawicami roboczymi, sekatorami i innymi rzeczami niezbędnymi do pracy. Gilbert ma już naprawdę dość. Myślał, że gdy zostanie szefem wydziału, będzie miał spokój, ale jest dokładnie odwrotnie. Wkrótce będziemy musieli płacić z własnej kieszeni za nawozy, kosiarki, a może nawet za zraszacze?

Nie mam nic przeciwko. Jestem zadowolony, że udało mi się zdobyć tę robotę; dziękuję pani z nadzoru medyczno-sądowego.

Zatankowaliśmy paliwo i weszliśmy do supermarketu, żeby kupić coś do przegryzienia. Gilbert wziął kiełbasę czosnkową i jego ulubiony camembert. Dotykał i wąchał, zanim, jak zwykle, wybrał najbardziej śmierdzący. Ja kupiłem sobie taramę i opakowanie remulady selerowej, oba dania bio, co wywołało zwyczajowe komentarze ze strony mojego kolegi ze wsi:

- Nie dość, kurwa, że jesteś wegetarianinem, to jeszcze bio! Serio, czuję się jakbym pracował z jakąś laską, a nie z facetem! Jak tak dalej pójdzie, to w końcu zaczniesz sikać na zielono!

Chwycił z półki litrową flaszkę czerwonego wina, a ja poszedłem do innej alejki po butelkę wody gazowanej. Nie wie, że na dnie torby mam jeszcze termos z genmaichą. Biorę zawsze wielki łyk, po kryjomu, gdy on idzie do toalety oddać swój żółty mocz.

Przy kasie kupił "L'Écho du Perche" i ruszyliśmy w stronę Mans. Niebo było cementowe. Pięć kilometrów dalej zaparkowaliśmy na poboczu ronda. Wysiedliśmy z furgonetki, założyliśmy fluorescencyjne kamizelki. Ustawiliśmy pachołki, żeby zabezpieczyć teren, na którym mieliśmy się ustawić. Wyjęliśmy z tyłu narzędzia, a z kieszeni nakrycia głowy: dla mnie wełnianą czapkę, dla niego czapkę z logo lokalnego klubu sportowego.

Staliśmy tak przez chwilę pomiędzy D16 a D495, na poboczu ronda, wsłuchując się w ciszę wsi, kiedy już dźwięk silnika odjeżdżającego samochodu całkowicie zanikł, a odgłos silnika zbliżającego się auta jeszcze nie był słyszalny.

Przeszliśmy przez drogę z łopatami i szpadlami przewieszonymi przez ramię jak bagnety i bezpiecznie dotarliśmy na miejsce akcji - do wielkiej błotnistej grudy. Mieliśmy "przewrócić ziemię", zgodnie z instrukcją na blankiecie służbowym, gdzie jednak nie sprecyzowano, czy będą tam urządzane rabaty kwiatowe, czy też trzeba przygotować grunt pod kolejną reklamę turystyczną dla Rady Regionalnej, z miniaturą zamku i sztandarami niczym w średniowieczu.