Rozdział 1
Styczeń to nie jest najlepszy moment, by
jechać rano do pracy, zwłaszcza w poniedziałek. Do takiego wniosku
doszła Klara, stojąc w zatłoczonym tramwaju, który z hałasem przetaczał
się właśnie przez ośnieżony most. Śnieg, jak na złość, topniał,
zamieniając się na chodnikach w szarą breję, a wiatr wciskał się pod
płaszcz i przypominał, że zima nie zamierza odpuścić.
Miała nadzieję, że weekend coś zmieni w sytuacji pogodowej, a ona
odpocznie, nabierze dystansu. Ale dwa wolne dni minęły równie
błyskawicznie jak chwila, w której uświadomiła sobie, że Maks wcale jej
nie kocha. Posiedziała sporo nad książkami, nadrobiła zaległości,
posprzątała mieszkanie, zrobiła zakupy i nagotowała jedzenia na zapas, a poniedziałek już pukał do drzwi jak kurier, którego nikt nie zamawiał.
Spojrzała na zegarek. Spieszyła się do pracy. A miała jeszcze do
przejechania spory kawałek. Wysiadła i ruszyła biegiem, starając się
omijać wielkie płatki śniegu sypiące obficie z nieba w wielkiej
obfitości.
- Hej! - przywitał się z nią Tomek, gdy wpadła do pachnącej kawą, cukrem
i cynamonem kawiarni na Dworcu Głównym w Krakowie. - Czy mnie się tylko
wydaje, czy znowu się spóźniłaś? - Puścił do niej oko.
Klara ubrana w ciężką, ciepłą kurtkę zimową nie mogła dyskretnie zerknąć
na ukryty pod długim rękawem zegarek. A jawnie nie miała odwagi. Co,
jeśli kolega miał rację? Zawsze była punktualna, ale ostatnio zwleczenie
się z łóżka kosztowało ją mnóstwo energii i niestety zajmowało więcej
czasu niż zwykle.
Tomek nie robił problemów, lubili się i wspierali, ale nie mogła tego
nadużywać. To by było wobec tego fajnego chłopaka nie w porządku.
- Już ci pomagam! - zawołała, przebierając się szybko na zapleczu w służbowe ubranie.
Ruch był już bardzo duży. Wiele osób pragnęło o poranku mocnej kawy i słodkości, żeby się postawić na nogi. Klara weszła za ladę i natychmiast
zaczęła robić kilka rzeczy jednocześnie, podstawiła filiżankę pod
ekspres dla jednego klienta, przygotowała wysoką szklankę do zaparzenia
herbaty dla drugiego, nałożyła ciasto na talerzyk, spakowała drożdżówki
na wynos. Szybko, jeszcze szybciej...
Praca tutaj nigdy się nie kończyła. Ile by się zamówień nie
zrealizowało, ciągle pojawiały się kolejne, a do niewielkiego
pomieszczenia napływały nowe osoby.
W takich momentach marzyła o spokojnych porankach w domu w Bobrówce.
Jednej kawie, którą parzyła dla siebie, a czasem robiła to dla niej
babcia. Nie kilkudziesięciu jak tutaj. Kawałku szarlotki zjedzonej w spokoju i ciszy. Łagodnego szumu drzew za oknem.
Ale to zostawiła za sobą. Wynajęła mieszkanie zamiast pokoju, nie
wracała już do rodzinnego domu w każde piątkowe popołudnie, by zostać
tak długo, jak to tylko możliwe. Uciekła z tego starego dobrego świata,
który ją wychował i ukształtował. Lecz niestety nie uchronił przed
złamanym sercem.
- Spóźniłaś się, ale ja nie mam żalu - powiedział Tomek.
Uśmiechnął się, aż mu się oczy zaświeciły, kiedy mijał ją w drodze do
stolika klienta.
- Coś się stało? - zapytała, kiedy wrócił.
Tak najczęściej ze sobą rozmawiali, mijając się w ciasnym przejściu za
ladą i wymieniając krótkie zdania, kiedy następował moment, gdy
znajdowali się najbliżej.
- Julia wróciła - dodał szybko, odstawiając brudne filiżanki do okienka.
A potem zakręcił się w miejscu z radości.
- O nie! - Zareagowała zbyt głośno, aż się obejrzały dwie stojące w kolejce dziewczyny.
Nie podzielała jego radosnego entuzjazmu ani trochę. Aż jej się serce
ścisnęło nagłym przeczuciem bólu, jaki za chwilę spadnie na tego miłego,
radosnego chłopaka.
Tomek się zatrzymał, ściskając w dłoniach tacę z kolejnym zamówieniem,
choć czujny wzrok głodnego mężczyzny siedzącego pod ścianą zarejestrował
to opóźnienie i chłopak usłyszy zapewne za moment kilka przykrych słów.
Dworzec Główny w Krakowie to miejsce, gdzie ludzie się spieszą.
Zaryzykował.
- Znam twoją opinię - zastrzegł od razu. - Ale ludzie się zmieniają i trzeba dać im szansę.
- Proszę cię. - Klara złapała go za rękaw. - Zrobiłeś to już dwukrotnie...
- Ale teraz Julia naprawdę zrozumiała, w czym leżał problem. Naprawimy
to. Maks też zasłużył przynajmniej na to, żebyś go wysłuchała.
Musiał iść. Patrzyło na nich już kilka osób, a w niewielkiej kawiarni
ich słowa, nawet jeśli wypowiadane cicho, niosły się po pomieszczeniu.
Tomek ruszył szybko w stronę stolika, a ona przyjęła kolejne zamówienie.
Kolega wrócił i zaparzył kawę, tym razem na wynos, Klara spakowała
drożdżówki. Tak się nawzajem wspierali i od trzech miesięcy tworzyli
świetny duet. Szef był z nich bardzo zadowolony. Oboje wykazywali się
pracowitością, bystrością umysłu, uśmiechali się do klientów i nie
mylili przy obsłudze. Skarb.
Diamenty - jak mawiał właściciel, jeden z tych nielicznych, którzy
umieli nie tylko docenić, lecz także zauważyć, że ktoś się przykłada do
obowiązków. Nie wiedział jednak, że oba te klejnoty mają mocne
pęknięcie. Złamane serca. Choć żadne z nich niczym sobie na to nie
zasłużyło.
Kochali tak samo, jak pracowali. Z całym zaangażowaniem. A mimo to oboje
przegrali.
* * *
Trzy godziny później Klara wyciągnęła pojemnik z sałatką. Krótka chwila
przerwy na zapleczu stanowiła jedyny moment wytchnienia w pracy. Dobrze,
że przygotowała jedzenie wczoraj, bo dziś rano pewnie nie starczyłoby
jej na to energii. Czuła się trochę jak rekonwalescentka po trudnej
operacji. Powoli dochodziła do siebie. Ale droga, jaka się jeszcze przed
nią rozpościerała, sprawiała wrażenie bardzo długiej. Nie wiedziała też,
co znajdzie na końcu. Czy naprawdę siebie? A może kogoś zupełnie innego,
bo powrót do starej wersji raczej nie był już możliwy.
Telefon zawibrował jej w kieszeni. Wiadomość. Wystarczyło jedno
spojrzenie i serce zabiło szybciej, choć wcale nie chciała, żeby tak
było. Ciepły prąd przeszył jej ciało. Od wielu tygodni starała się nad
tym zapanować, ale wciąż nie wychodziło. Nie miała nad tym żadnej
kontroli.
Oczywiście od razu wiedziała, kto do niej napisał. Dostawała mnóstwo
powiadomień - od koleżanek ze studiów, mamy, babci, dawnych znajomych z Bobrówki, a czasem nawet profesorów, ale teraz nie musiała sprawdzać. To
był on.
Maks.
Nie pisał od trzech dni. Tyle zazwyczaj najdłużej wytrzymywał bez
kontaktu. Potem za każdym razem coś w nim pękało, jakby musiał się
odezwać, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. A ona wciąż nie umiała
opanować w sobie tego napięcia, bo choć postanowiła już nigdy więcej się
z nim nie spotkać i jak na razie słowa dotrzymała, to nie dało się
ukryć, że czekała.
Nawet w najciemniejszą styczniową noc może być jasno - brzmiał
początek wiadomości. Klara aż przewróciła oczami. - Kiedy masz obok
siebie tego wyjątkowego człowieka i jego prawdziwe uczucie. A gdy go
stracisz, ciemność nie ma już końca...
Zagotowało się w niej. Czemu wciąż kłamał? Naprawdę miał o niej tak
niskie mniemanie? Może raz w życiu faktycznie dała się nabrać na takie
tanie słowa, ale przecież nie zrobi tego po raz drugi. A najgorsze, że
chłonęła każde słowo tego ckliwego tekstu. Ogarnęła ją złość. Już sama
nie wiedziała, czy bardziej na siebie, czy na Maksa.
Miała ochotę odpisać: "Spieprzaj".
To słowo w jej ustach brzmiałoby jak mała rewolucja. Miła, uprzejma
Klara, dziecko nauczycielki, wychowana w domu, w którym nawet kot
chodził cicho, żeby nikogo nie urazić. W świecie, gdzie najostrzejszym
wykrzyknikiem było "kurczę blade". Mocniejszych się nie używało. Mama
jako polonistka bardzo szanowała język jako narzędzie porozumienia i wyrażania pięknych myśli.
Klara zawsze się z nią zgadzała. Teraz jednak dochodziła do wniosku, że
czasem mocne słowo jest jak skuteczne narzędzie - ostre, ale potrzebne.
Zatrzymała się, bo starych nawyków nie da się jednak pozbyć tak łatwo, i po chwili napisała tylko:
Spadaj.
Bez emotikonek, tłumaczeń. Jedno krótkie słowo, które jej zdaniem
ostatecznie zamykało sprawę. Gdyby ktoś tak do niej napisał, już nigdy
nie odważyłaby się do niego odezwać. Ale nie spodziewała się, że Maks
zaprzestanie wysyłania wiadomości. Już wiele razy i na różne sposoby
starała się wyjaśnić mu, że jego próby są skazane na porażkę. Nie da mu
drugiej szansy!
Mówiła poważnie. Nie zamierzała się złamać bez względu na to, jak bardzo
było jej teraz trudno.
Odłożyła telefon. Na szczęście Maks już nic więcej nie napisał.
Zastanawiała się, po co właściwie wciąż siedział w Bobrówce. Przecież
tak nie lubił tej małej miejscowości. Czemu nie wrócił do siebie, by
zginąć gdzieś w wielkich przestrzeniach dużego miasta. Tak, by nigdy
więcej się już nie spotkali.
Kończyła sałatkę, kiedy zadzwoniła babcia Łucja. Chwila przerwy to był
moment nie tylko na posiłek czy regenerację sił, lecz także na rozmowy.
Wszystkie bliskie jej osoby pamiętały, że ma o tej godzinie wolne.
Zostało już niewiele czasu, ale wiedziała, że odbierze. Babcia
znajdowała się teraz w trudnej sytuacji, Klara nie chciała jej zostawiać
samej, a poza tym rozmowy z nią zawsze wnosiły spokój do jej serca.
Potrzebowała tego.
- Cześć, kochana! - usłyszała w słuchawce ciepły, znajomy głos. - Jak u ciebie? Znowu napisał?
Klara parsknęła śmiechem.
- Babciu, ty masz jakieś nadprzyrodzone moce. Dopiero co odebrałam
wiadomość.
- Znowu te jego piękne słowa?
- Raczej ckliwe, aż zęby bolą - odparła Klara. - Mógłby pisać romanse. I pewnie by mu się dobrze sprzedawały.
- No to może chociaż na czymś byś skorzystała, zostałabyś bohaterką
bestsellera - mruknęła babcia z przekąsem. - A nie tylko łzy i nerwy.
Klara uśmiechnęła się szerzej.
- Lubię historie o miłości, ale nie w jego wersji. Ten autor zupełnie mi
nie odpowiada.
- To czemu go nie zablokujesz, dziecko? - zapytała z troską babcia. -
Teraz to modne, skuteczne i czasem zdrowe.
- Gdyby uczucie kończyło się w momencie, gdy odkrywasz, że ten, komu
oddałaś serce, jest bucem, świat byłby prostszy. - Klara westchnęła i dopiła ostatni łyk herbaty. - A liczba złamanych serc o połowę mniejsza
- dodała. - Nie mogę tego zrobić, choć wiem, że masz rację. Nawet
próbowałam, ale na razie mnie to przerasta.
Babcia zamilkła na chwilę.
- Oj tak - powiedziała w końcu. - To niestety długo trwa, zanim człowiek
się otrząśnie z nieszczęśliwego zauroczenia. Ale masz rację. Rozumiem
cię. I wiesz co? Jesteś dzielna.
- Babciu, spokojnie. Jestem realistką. Wiem, co się stało, i nie
zamierzam się nad sobą użalać. Sama jestem sobie winna. Nie miałam
trzynastu lat, powinnam lepiej wybierać. Dlatego wyjechałam...
- No i bardzo dobrze - przerwała jej babcia. - Bo wiesz, w Bobrówce to
byś nie miała spokoju. Tam każdy wie wszystko o człowieku, czasem nawet
więcej niż on sam.
- Znam te realia. - Klara uśmiechnęła się smutno. - I zastanawiam się,
jak ty sobie z tym radzisz. Ale ja nie dlatego się wyprowadziłam. Nasze
sąsiadki smoczyce mnie nie przerażają do tego stopnia. Najbardziej boję
się samej siebie - powiedziała cicho. - Że się złamię i polezę jak
głupia do niego. Nie darowałabym sobie. Muszę ochłonąć, wzmocnić się,
jak to się mówi, nawiązać kontakt z rozumem.
- Jak sobie radzisz, kochana? - zapytała babcia ciepłym głosem.
- Dobrze. Choć wiesz... to "dobrze" ma różne odcienie. Ale... - Zawahała
się. - Maks dał mi bardzo cenną lekcję. Staram się być mu wdzięczna. Jak
mnie uczyłyście z mamą: nauczycielom trzeba okazywać szacunek, a Maks
okazał się wybitnym profesorem. W krótkim czasie objaśnił mi, jaką
jestem idiotką!
- Nie mów tak, błagam - zaprotestowała babcia.
Klara znów tylko westchnęła i schowała pudełko do plecaka. Przerwa
właśnie dobiegała końca, ale ona nie czuła się w ogóle wypoczęta. A czekało ją jeszcze sporo godzin pracy. Dziś miała na uczelni tylko jeden
wykład o szesnastej, więc wzięła więcej godzin, żeby trochę dorobić. W zeszłym roku dawała bez problemu radę godzić studia z pracą, a teraz
bardzo ciężko jej to szło.
- Ale to prawda - powiedziała jeszcze na koniec. - Nie wystarczy być
miłym i grzecznym, żeby stać się mądrym. Okazałam się zwykłą naiwną
idiotką. Studentka psychologii, która przeczytała tyle książek, a potem
zakochała się po uszy po kilku zaledwie ciepłych słowach. W zupełnie
nieznanym chłopaku, który na każde pytanie udzielał wymijającej
odpowiedzi. Żenada.
- Oj, dziecko... - Babcia westchnęła. - Nie oceniaj się tak surowo.
- Nie ma w tym żadnej przesady - odparła stanowczo Klara. - Po prostu
patrzę realnie. Właśnie dlatego jestem wdzięczna Maksowi. Naprawdę.
Nauczył mnie, że nie mogę ufać własnym osądom, a zauroczenie wyłącza mi
mózg. Dzięki niemu będę lepszym człowiekiem i kto wie, jakich kłopotów w przyszłości uniknę.
Babcia zamyśliła się na chwilę.
- To niesamowite, jak wy teraz patrzycie na życie. Za moich czasów
dziewczyna po rozstaniu nie robiła z tego głębokiej filozofii. Po prostu
wściekała się na chłopaka, który nawalił, spotykała z koleżankami, a potem obgadywała go tak długo, aż jej się humor poprawiał - zakończyła z uśmiechem.
- No i co, babciu? Ty też tak robisz? - zapytała celnie Klara. -
Chodzisz po sąsiadkach i mówisz źle o Wiktorze?
- Nie, choć może powinnam - odpowiedziała Łucja. - Przynajmniej
odzyskałabym kilka znajomych. Cieszyłyby się z dostawy tematów do
plotek. Ale to słabe. Masz rację.
- Widzisz? Jednak jesteśmy do siebie podobne. - Klara się roześmiała.
- Dziękuję, że to powiedziałaś - odparła Łucja całkiem już poważnym
tonem. - To dla mnie komplement - dodała. - Ale obiecaj mi jedno.
Trzymaj się z dala od Maksa. On będzie się koło ciebie jeszcze długo
kręcił. Tacy jak on zawsze wracają. A kobieta, jak trochę czasu minie,
to zaraz zaczyna pamiętać tylko dobre chwile. I wtedy przegrywa...
- Babciu, spokojnie. To nie zaszło aż tak daleko. Wiesz przecież, że my
się dopiero poznawaliśmy. O miłości trudno jeszcze w takim przypadku
mówić.
- Nie zgadzam się z tym - powiedziała babcia. - Choć wiem, że to teraz
modne. Czekać, namyślać się, robić małe kroki. Ponoć to gwarancja
większego bezpieczeństwa. Może... Ale jeśli się kogoś kocha, często serce
wie, że to właściwa osoba już od pierwszego momentu.
- No to moje ma wyjątkowo słabe wyczucie... - podsumowała Klara. - Babciu,
muszę kończyć. Rano się chwilę spóźniłam i nie chcę, żeby Tomek znów
teraz czekał. On też potrzebuje przerwy.
- Fajny ten Tomek... - Łucja westchnęła. - Kawę to tak umie zaparzyć jak
nikt inny...
- Proszę cię. - Klara podeszła do drzwi i położyła dłoń na klamce. - To
ja wam wtedy parzyłam kawę, on tylko podawał.
- Ale jak podawał!
- Kochana, lecę do klientów. On jest zajęty. Kocha, niestety, swoją, mam
nadzieję, nadal byłą, dość egoistyczną dziewczynę. Nie mam u niego
szans. Ale nie martw się o mnie, zadbaj, proszę, o siebie. Potrzebujesz
wyjść z domu.
- Spróbuję - obiecała Łucja ostrożnie i rozłączyła się.
Rozdział 2
Maks odłożył telefon. Nie spodziewał się
innej odpowiedzi, ale i tak zrobiło mu się przykro. Siedział przy
stoliku pod oknem. Nie miał teraz wiele pracy. Pizzeria świeciła
pustkami, kucharz grał w jakąś układankę na telefonie, a po chodniku
przed wejściem hulał wiatr. Ludzie chronili się przed zimnem w domach
albo pracowali.
- Jak obstawiasz? - zwrócił się Maks do siedzącego pod przeciwległą
ścianą chłopaka. - Ile razy dziś upieczesz pizzę? Będzie choć ze dwa?
Rafał ucieszył się z tego zagajenia. Był gadułą i praca z małomównym
Maksem mocno dawała mu w kość. Wielokrotnie próbował się zaprzyjaźnić,
ale bez skutku. Kolega tworzył wokół siebie mur nie do pokonania.
Mówiono na niego "odludek" albo bardziej bezpośrednio "gbur". Ale odkąd
Klara wyjechała, Maks się zmienił. Nie było to łatwo zauważalne, bo
wciąż trzymał dystans i nie chciał nikogo wpuszczać do swojego świata,
Rafał jednak widział. Przesiadywali ze sobą codziennie wiele godzin.
- Styczeń to w Bobrówce martwy sezon - powiedział. - Ludzie żyją tutaj
bardzo blisko tradycji. Na święta szykują wszystko, co mają. Wydają
każdy grosz i jeszcze zaciągają kredyty, biorą, co mogą, na raty.
Świętują. A potem w nowym roku przychodzi gwałtowne otrzeźwienie,
któremu sprzyja zimna pogoda za oknem. I zaczynają oszczędzać.
- Może tak być. - Maks obracał w dłoniach solniczkę i patrzył przez
wielkie okna.
Uliczna latarnia, do której Klara przypinała swój rower, wciąż tu stała
i miała się całkiem dobrze. Tymczasem wokół niej tak wiele się zmieniło.
Nie miał już mocy, by tę piękną dziewczynę ściągnąć jednym esemesem.
Okropne uczucie!
- Dobrze, że chociaż jest szkoła, to dzieciaki wpadną na hamburgera albo
frytki - dodał pozornie lekkim tonem, nie chcąc zdradzić, jakie emocje w nim buzują.
Ale Rafał i tak widział.
- Nie jest tak źle - odparł równie spokojnie. - Z zakładu produkcyjnego
też na pewno ktoś zamówi obiad. No i jest pan Wiktor. Wczoraj nie
przyszedł, więc obstawiam, że dziś będzie w piecu przynajmniej jedno
pepperoni. - Uśmiechnął się.
- Owszem - przyznał Maks i humor odrobinę mu się poprawił.
Polubił tego starszego pana i ze zdumieniem się temu przyglądał.
Zasadniczo nie przepadał za ludźmi, zwłaszcza z tego pokolenia. Uważał
ich za nudziarzy, którzy nie mają pojęcia, czym jest prawdziwe życie, i jeszcze na dodatek wtrącają się do cudzego. Ale z Wiktorem od początku
sporo ich łączyło. Obaj byli w Bobrówce nowi, należy dodać, że jako
jedyni. Od czasu ich przeprowadzki nikt się więcej nie pojawił. I obaj
stali się obiektami zainteresowania wielu kobiet. Potem równie słabo im
poszła próba nawiązania pierwszej relacji i obaj leczyli się po tej
sytuacji, stając się źródłem wielu plotek.
Różnica polegała tylko na tym, że Maks od początku miał tutaj złą opinię
i ona się teraz tylko pogorszyła, a Wiktor doskonałą i fakt, że
wszystkich okłamał, w żaden sposób tego nie zmienił. Wciąż go tutaj
uwielbiano, a winą za naiwność obarczono panią Łucję. Taki paradoks
życia.
- Słuchaj. - Maks obrócił się całym ciałem w stronę kucharza. - Jak
myślisz, dlaczego właściciel w ogóle jeszcze mnie tu trzyma? Przecież
nie potrzebujecie już kelnera. Spokojnie dałbyś sobie radę sam.
- No... - Zawahał się Rafał. - Zawsze zatrudniał tylko na sezon, to fakt.
Ale widać zmienił zdanie.
- Naprawdę nie wiesz, dlaczego? - zapytał Maks. - Wy tu przecież o wszystkim gadacie. Ktoś na pewno ma jakieś informacje.
- Plotkują, to fakt. - Kucharz kiwnął głową. - Ale nikt nie wie. Tylko
szef. A on pary z ust nie puszcza. Dotarłoby do mnie, gdyby cokolwiek na
ten temat powiedział. Ja słyszałem tylko, że ma powód. Tyle. Więc nie
jest to zbieg okoliczności. Może sam z nim pogadaj.
- Próbowałem - przyznał się Maks. - Ale nic nie wskórałem.
Cholerna Bobrówka! - pomyślał.
Te słowa wypowiadał rano zamiast "dzień dobry" i wieczorem na
zakończenie dnia. Nie rozumiał, co się dzieje. Najpierw odliczał dni do
uwolnienia się od tego miejsca, a teraz trwał z dnia na dzień. Nie
wyjeżdżał. Czekał, aż zostanie zwolniony. Taka była przynajmniej
oficjalna wersja, którą przekazywał tacie. Ale wiedział, że temat jest o wiele głębszy.
Telefon wciąż leżał tuż obok jego dłoni. Wysyłał wiadomości do Klary bez
wielkiej nadziei na przełom. Bardziej z tęsknoty, potrzeby kontaktu,
jakiegokolwiek.
Ależ mu ta dziewczyna dała popalić! Taka spokojna, łagodna, jak sądził,
naiwna. Łatwa do poderwania. Ocenił ją dokładnie tak samo jak całą
miejscowość i swojego szefa. Pogardliwie i z lekceważeniem. A tymczasem
to oni wygrali. Wciąż tu przecież siedział.
Nie chciał wyjeżdżać z cholernej Bobrówki!
Rozdział 3
Maciek, właściciel pizzerii, zadzwonił
późnym popołudniem do ojca Maksa, Adama. Znali się dobrze i właśnie z tego powodu chłopak znalazł tutaj zatrudnienie, choć na początku wcale
nie radził sobie najlepiej i nie ukrywał, że nie chce tu być. Maciek
umiał jednak być cierpliwy i patrzeć dalekowzrocznie. Nie słuchał więc
tych, którzy radzili mu jak najszybciej usunąć zbuntowanego, niezbyt
kompetentnego kelnera. Nie poddał się temu, mimo iż sporo się musiał na
ten temat nasłuchać. A teraz napłynęła kolejna fala. Po historii z Klarą
akcje Maksa - o ile to możliwe - jeszcze bardziej spadły.
Ale Maciek był nieugięty. I tylko jego żona wiedziała, jaki ma ku temu
powód.
- No i jak? - zapytał, przyciskając mocno telefon do ucha. Od rana z niepokojem czekał na wieści.
- Słabo - odparł tata Maksa. - Wyniki bardzo złe. Taka prawda, nie ma co
owijać w bawełnę.
- Kurczę, to niedobrze. - Właściciel pizzerii ogromnie się zmartwił.
- Wiem. - Adam kiwnął głową, choć kolega nie mógł tego widzieć. Brzmiał
jak człowiek zrezygnowany, który pogodził się z losem, i to też było
dość niepokojące.
- A jak twoje znajomości? - dopytywał się Maciek. Adam miał sporo
lekarzy w kręgach swoich kontaktów, kiedyś skutecznie pomógł jego żonie.
Może teraz też byłaby na to szansa? - Wszystkie poruszone?
- Niebo i ziemia - odparł Adam. - Robię, co w mojej mocy. Przecież
wiesz, że mam dla kogo żyć.
Obaj jednocześnie pomyśleli o chłopaku, który siedzi teraz w pustym
zapewne lokalu i uważa, że jego największym zmartwieniem jest pytanie,
czy wyjeżdżać z Bobrówki, skoro dotrzymał danego ojcu słowa i przetrwał
trzy miesiące. Los jednak szykował dla niego o wiele poważniejsze
wyzwanie. Niestety. Maciek tylko westchnął. Uważał, że chłopak bardzo
się zmienia na lepsze, ten czas mu pomógł. I wszystko mogło się teraz
zepsuć. Obaj z ojcem zasługiwali choć na chwilę spokoju. Na to się
jednak nie zanosiło.
- Czy to nie jest czas, żeby chłopakowi powiedzieć prawdę? - zapytał.
Był zdania, że takich rzeczy nie powinno się przed bliskimi ukrywać. -
Dobry moment na przekazanie wieści o chorobie nigdy nie nadejdzie. To
zawsze jest trudne - dodał. - Wiem z własnego doświadczenia. A syn
zasługuje, by wiedzieć.
- Jeszcze chwila - powiedział tata Maksa. - Tak się teraz uspokoił, że
aż czasem trudno mi w to uwierzyć. Pizzę motocyklem wozi, a kiedyś
skakał nad przepaściami, pędził po autostradach, ścigał się jak głupi,
narażając swoje życie.
- Nie czekaj w nieskończoność - poprosił Maciek.
- Nie będę - obiecał Adam. - Daj mu jeszcze tylko trochę czasu. U ciebie
jest bezpieczny. Niech się wzmocni. Tutaj szybko wróci do dawnego
środowiska. I tak się dziwię, że tak długo tam siedzi.
- Ja też. To pewnie przez Klarę. Jak zwykle kobiety nas trzymają w garści - próbował żartować, choć wcale nie było mu do śmiechu.
- O, to fakt - przyznał Adam i Maciek uświadomił sobie, że palnął
głupotę.
Ojciec Maksa całe życie ponosił konsekwencje decyzji żony, która odeszła
do innego mężczyzny, zostawiając nie tylko męża, lecz także małego
synka.
- Naprawdę okropnie mi przykro - powiedział Maciek cicho.
Miał na myśli tak wiele. Stanowczo za dużo stało się w tej jednej tak
przecież malutkiej rodzinie.
Pomyślał o swojej żonie. Była jego skarbem i wsparciem na każdym kroku.
Po tylu wspólnie spędzonych latach nawet nie umiał sobie wyobrazić, że
któregoś dnia mogłoby jej zabraknąć. A przecież też otarli się o chorobę. I ta straszna myśl wielokrotnie przychodziła mu do głowy
podczas bezsennych nocy.
Ojciec Maksa nie zasłużył sobie na taką okropną diagnozę. Zresztą jak
zdecydowana większość ludzi, którzy zmagali się z ciężkim schorzeniem.
Ale tu sytuacja była szczególnie trudna. Maks miał na świecie tylko
jego. A poza tym Adam tak niewiele dobrego w życiu doświadczył. Najpierw
porzuciła go żona, a potem już tylko zmagał się z przeciwnościami losu,
by na koniec dostać kłopoty z dorastającym synem. Poważne kłopoty.
- Musisz wyzdrowieć - powiedział Maciek z naciskiem. - A kiedy to się
stanie, obiecaj mi, że coś zmienisz. Zaczniesz wreszcie być szczęśliwy.
Zadbasz o siebie.
- Na razie to ja muszę przejść przez chemię. - Adam westchnął. - Na
dodatek sam. Pierwszą mam za parę dni.
- To znaczy, że się spieszą - wyrwało się Maćkowi.
- No i trochę, że mnie lubią - zażartował słabo Adam.
- Słuchaj, ja o tym myślałem - powiedział Maciek. - Dla mnie nie ma
problemu. Jestem ci winien coś cenniejszego niż wszystkie pieniądze.
Będę twojego chłopaka trzymał tak długo, jak tylko chcesz. Ale uważam,
że on powinien wiedzieć.
- Dziewczyna mu dopiero co serce złamała. Musi się pozbierać - odparł
Adam.
- O czym ty mówisz? - zapytał Maciek z oburzeniem. - Parę razy się
spotkali. Nawet się nie zdążył zakochać. A twoja choroba to poważna
sprawa.
- On sprawia wrażenie twardziela i cynika - przyznał Adam. - Ale ja go
znam. Naprawdę taki nie jest. A z miłością żartów nie ma. Już niejeden
się na tym przejechał. Nigdy nie wiesz, kiedy poznasz tę jedyną właściwą
osobę i kto ci może złamać serce. Ja się o niego boję. Tyle lat sam go
wychowywałem, że chyba mi się zainstalowała tak zwana matczyna intuicja
- zażartował.
- No dobrze, jak uważasz - zgodził się Maciek, wzdychając ciężko. - Ktoś
cię po tej chemii odbierze? - zapytał jeszcze.
- Wiesz przecież, że jestem sam - odparł Adam. - Ale nie przejmuj się.
Miałem bardzo dużo czasu, żeby się przyzwyczaić. Radzę sobie od lat. To
wyjątkowo paskudna sprawa, ale bywało gorzej.
- Nawet sobie tego nie potrafię wyobrazić.
- Na przykład jak Maks był w szpitalu... - zaczął opowiadać Adam. - Miał
dziewięć lat i dostał jakiegoś ataku kolki. Zwijał się z bólu. Lekarze
go trzymali cztery dni na oddziale. Właściwie do końca jego pobytu nie
doszli, co się wtedy wydarzyło. A ja musiałem jeździć do pracy, bo nie
dostałem wolnego. Zaczynałem o piątej rano, żeby jak najszybciej
skończyć. Potem jechałem do syna i siedziałem aż do rana. Bez chwili
snu. Budził się w nocy, płakał... I tak w kółko. Moja mama wtedy
zachorowała, nie wpuścili jej na oddział i nikt nam nie mógł pomóc.
- To straszne - szepnął Maciek.
- Pod koniec to bałem się wsiadać za kierownicę, taki byłem zmęczony -
dodał Adam, jakby pierwszy raz w życiu komuś o tym opowiadał. - A potem
zabrałem go do domu i jeszcze przez kilka dni nie chodził do szkoły.
Dziecku trzeba ugotować, zająć się nim jakoś. Rzeczywiście był taki
moment, kiedy wydawało mi się, że zabraknie mi sił, żeby rano wstać z łóżka. Że się poddam. Albo po prostu wezmę torbę i, jak moja żona, wyjdę
z domu.
- Ale nie zrobiłeś tego. Jesteś dzielny - powiedział Maciek. - Słuchaj,
ja cię odbiorę z chemii - zaproponował spontanicznie. - Przyjadę do
Krakowa.
- Nie, naprawdę nie trzeba - odmówił Adam szybko. - Może się okazać, że
potem będzie gorzej, wtedy zacznę prosić o pomoc. Ale na razie się
trzymam.
- Jak uważasz.
Maciek pożegnał się i rozłączył. Stał przy oknie, kiedy rozmawiał przez
telefon, a teraz odwrócił się, by spojrzeć zupełnie nowym wzrokiem na
swój dom. Przytulny salon, w którym się znajdował, to dzieło jego żony.
Dbała o to, by otoczenie emanowało ciepłem i spokojem.
Był szczęściarzem. Prawdziwym szczęściarzem. Jego Marta poszła teraz do
pracy, ale wiedział, że o czternastej wróci. Potem dzieci przyjdą ze
szkoły, zjedzą razem obiad.
Na zewnątrz wiało. Panował przenikliwy ziąb, pozbawione liści drzewa i krzewy w ogrodzie sprawiały wrażenie tak suchych, jakby się już nigdy
nie miały zazielenić. To była jednak tylko zimowa, nieprzyjemna złuda.
Ale w domu wszystko wyglądało inaczej. Ciepło, zacisznie, przytulnie,
często radośnie i wesoło. Każdy powinien tak żyć.
Nie czuł się kimś wyjątkowym, lepszym niż inni. A jednak wiedział, że
został bardzo obdarowany. Starał się dzielić, wspomagać innych.
Jak ten Adam tyle lat wytrzymał sam i jeszcze wychowywał syna? -
zastanawiał się nieraz. - Nie wszystko mu wyszło, bo to po prostu było
niemożliwe. Zadanie okazało się za trudne dla jednego człowieka.
Adam dzielnie sobie radził, a jednak nie otrzymał za to żadnej nagrody.
W trudnej życiowej sytuacji chory, z poważną diagnozą i perspektywą
leczenia, pozostawał sam. Maciek doskonale wiedział, że sytuacja kolegi
jest poważna. A on sam - słaby, zmęczony trudami życia.
Wszedł do kuchni i zaparzył sobie herbaty. Próbował podjąć jakąś decyzję
w sprawie Maksa. Nie miał pojęcia, co lepsze. Ale już kiedy wkładał
torebkę do kubka, rozstrzygnął tę kwestię. Czyimś dobrem musiał
zaryzykować. Nie upił nawet łyka herbaty, lecz od razu podszedł do
przedpokoju, naciągnął czapkę na uszy, włożył ciepłą kurtkę i zasunął
zamek.
Miał jeszcze godzinę, zanim odbierze najmłodszą córkę ze szkoły.
To powinno wystarczyć - pomyślał.
Rozdział 4
Wiktor, elegancki mężczyzna, rzekomy
wdowiec, nowy mieszkaniec Bobrówki wzbudzający powszechne
zainteresowanie zwłaszcza u płci pięknej, wszedł do pizzerii po swoją
ulubioną pepperoni. Mógł oczywiście zadzwonić - Maks by mu przywiózł.
Jeździł teraz na swoim motocyklu i lokal zyskał nową usługę. Ale chciał
to zrobić osobiście.
- Dzień dobry - przywitał się, wchodząc z ulgą z zimnej ulicy do
ciepłego, pachnącego ciastem i topionym serem wnętrza.
- A pan osobiście! - ucieszył się Rafał, spoglądając w jego stronę.
Zawsze to jakieś urozmaicenie dość monotonnego dnia.
- Tak, chciałem się przejść - wyjaśnił Wiktor. - Nie znacie jeszcze
takiego doświadczenia, ale kiedy człowiek jest na emeryturze, czas mu
płynie inaczej. Trzeba sobie szukać zajęć. Pogoda na spacer
niespecjalna, ale ciągnęło mnie do was.
Maks spojrzał za okno. Wiało jak diabli.
- W sumie powiem panu, że dobrze, iż pan przyszedł. - Uśmiechnął się
lekko. - Nie chciałoby mi się jechać w taki ziąb - dodał szczerze. - I mojej maszyny też szkoda.
- Już wrzucam pizzę do pieca. - Kucharz zaczął się pospiesznie krzątać.
Przy tak małej liczbie klientów praca była przyjemnością. - Na miejscu
czy na wynos? - zapytał jeszcze.
- Na miejscu - odparł Wiktor. - I dobrą herbatę z cytryną jeszcze
poproszę.
- Jasne. - Maks wstał i zaczął sprawnie przygotowywać napój. Dziwił się,
jak dobrze mu to teraz szło. Sam nawet wybierał składniki i tworzył nowe
kompozycje. Teraz na topie była zimowa, właściwie codziennie inna, bo
wrzucał, co mu natchnienie podpowiedziało.
Kiedy przybył tu latem, nic nie potrafił. A ostatnio zagadywał do
klientów, pomagał w przygotowywaniu zamówień od hurtowników, odbierał
towar. Coraz więcej rzeczy robił, choć cały czas miał świadomość, że i tak jego obecność tutaj jest zbędna. Nie zarabiał na swoją pensję.
Właściciel poradziłby sobie bez trudu z jednym pracownikiem.
- Jak Klara? - zapytał pan Wiktor, siadając wygodnie w tym samym miejscu
co zawsze.
Ta miejscowość była niezwykła. Człowiek szybko tu wsiąkał. Zaczynał mieć
swoje trasy spacerowe, ulubione bułki w tej cholernej piekarni, w której
wciąż tak wiele robili ręcznie i pachniało tak, że nawet największy
cynik nie umiał się temu oprzeć. Swoje krzesło w jedynej pizzerii i wybrany smak tej najsłynniejszej włoskiej potrawy. Kartotekę założoną w delikatesach przez właścicielkę, która pilnie zbierała wszystkie plotki.
Ale też przyjaciół, takich prawdziwych, którzy nie zostawiają człowieka
samego w potrzebie. Znajdowało się ich w sytuacjach zupełnie
niespodziewanych. I tak człowiek wsiąkał w to miejsce, zanim się zdążył
zorientować, co się dzieje.
- Jak Klara?- powtórzył pytanie.
Miał tę denerwującą cechę starszych ludzi - lubił się wtrącać do cudzego
życia i komentować. Ale jemu Maks jakoś to wybaczał. Sam nie wiedział
czemu.
- A Łucja? - odbił pałeczkę. - Dawno jej nie widziałem. Nawet chodnikiem
nie przechodzi. Podobno ludzie nie dają jej żyć.
- No, ja Klary też od wielu tygodni nie zdołałem zaobserwować w Bobrówce
- zauważył Wiktor. - Ponoć uciekła.
Uśmiechnął się słabo, nie chciał mu dokopać. Tylko się przekomarzali.
- Dobra, jeden do jednego - zdenerwował się Maks. - Nie ma sensu się
mocować.
Kucharz przyglądał im się z ciekawością.
- Obaj żeśmy dali ciała - dodał chłopak. - I jak widać, doświadczenie
życiowe w niczym nie pomaga. Ludzie nie mądrzeją z wiekiem, tylko
zwyczajnie się starzeją. - Spojrzał na niego z satysfakcją.
- Hola, hola, młody człowieku! - Wiktor roześmiał się. - Czuję się teraz
o wiele mądrzejszy niż trzy miesiące temu. Więc nie przesadzaj.
- Ja w sumie też - odparł Maks.
Obaj zamilkli. Nie poskładało się to wszystko, to musieli przyznać.
Pizza piekła się w niewielkim pomieszczeniu. Pachniało coraz mocniej.
- Też bym coś zjadł - powiedział Maks, spoglądając na kucharza. - Może
jeszcze coś dorzucisz niewielkiego?
- Podzielę się z wami - odezwał się pan Wiktor. - Specjalnie zamówiłem
największą, przecież jej sam nie zjem. I herbatę też stawiam. Albo, jak
wolicie, Pepsi.
- Ja herbatę! - ucieszył się kucharz.
Między nim a Maksem układało się ostatnio o wiele lepiej niż na
początku, ale wciąż czuł wobec niego pewien dystans. Nie miał na
przykład odwagi, by go poprosić, żeby mu coś przygotował do picia. A te
zimowe kompozycje pachniały tak, że nawet przypieczony ser i szynka nie
dawały mu rady.
- Ja też herbatę. Robię najlepszą - podsumował Maks i włączył czajnik.
- Słyszałem, że kobiety w Bobrówce próbują odtworzyć twój przepis.
Pomarańcze i imbir sprzedają się w delikatesach jak nigdy dotąd.
- Nie ma szans - powiedział Maks. - Ja sam go nie znam. - Uśmiechnął
się. - Wrzucam, co mam pod ręką.
- Ale pepperoni to zostaw. - Rafał prawie mu wyrwał plasterek z ręki.
- To akurat chciałem zjeść - zaprotestował Maks i szybko wrzucił sobie
kawałek kiełbasy do ust. - Spokojnie - dodał. - Z fachowcem rozmawiasz.
- Ależ wy tu żyjecie... - Wiktor pokręcił głową. - W Krakowie w każdej
pizzerii jest taki ruch, że ledwo kelnerzy wyrabiają się na zakrętach. A tu można byłoby szachy wyciągnąć i grać. Lubisz? - zapytał, spoglądając
na Maksa.
- Nawet nie pamiętam - odparł chłopak. - Kiedyś grałem z ojcem. Całkiem
nieźle mi szło. No, ale potem przestałem.
Odwrócił się. Nagle przypomniały mu się te wszystkie dobre chwile z tatą. Kiedy był młodszy, ojciec stawał na głowie, żeby jakoś się do
niego zbliżyć. Ale on był obrażony, zagniewany. Nosił w sobie żal, że
tata pozwolił matce odejść.
Było to dla niego jasne, że musiał popełnić jakiś błąd. W przeciwnym
razie ona by go nie zostawiła. A może... - przyszło mu nagle do głowy -
czasem ludzie po prostu odchodzą bez czyjejś winy? Bo są niedojrzali, za
słabi, nie nadają się do życia w rodzinie, w małżeństwie.
Tata był fajny. Ta konkluzja ostatnio coraz częściej przychodziła mu do
głowy. Lubili grać w szachy - przypomniało mu się. I teraz pomyślał, że
może gdyby wtedy odpuścił i pozwolił sobie po prostu cieszyć się tym, co
jest dobre, miałby z tatą całkiem przyjemne chwile. Ale tego nie zrobił.
Sam się ukarał za odejście mamy. I przy okazji ojca też.
Zadzwonię dziś do niego - pomyślał. - Zaraz, jak tylko pan Wiktor
wyjdzie.
- W domu mojego kuzyna jest fajna skrzynka z szachami - powiedział
mężczyzna. - Przyniosę następnym razem. Zagramy. Zobaczymy, czy
faktycznie umiesz.
- Proszę mnie nie brać pod włos - odparł szybko Maks. - Bo ja się w takie gierki nie dam wciągnąć. Nie będę się starał ani spinał, żeby pana
pokonać.
Przyniósł herbatę do stolika, a jednocześnie pomyślał, że odpali dzisiaj
w telefonie jakąś partyjkę ze sztuczną inteligencją, żeby nie dać się
temu staruszkowi wykiwać. Skoro zaproponował szachy, to znaczy, że
świetnie się na nich zna. Cwana sztuka z niego była, z tego Maks już
sobie zdawał sprawę.
- Właściwie to o co poszło z Klarą? - zapytał Wiktor, uparcie trzymając
się tego tematu.
Maks obruszył się na to obcesowe pytanie.
Sam chciałbym wiedzieć - pomyślał w pierwszej chwili, ale nie był już w stanie się oszukiwać tak sprawnie, jak jeszcze kilka miesięcy temu.
- Nie ogarnąłem się na czas - powiedział z westchnieniem, siadając przy
stoliku. - Nie zauważyłem, z kim mam do czynienia. Wydawało mi się, że
jestem mądry. A byłem głupi.
- Bardzo trafna diagnoza jak na tak młodego człowieka - zauważył Wiktor
z uznaniem. - Niezwykła - mruknął. - Do mnie w sumie też pasuje co do
jednego słowa.
- Możecie sobie ręce podać - wtrącił Rafał. Wyciągnął pizzę i postawił
pachnącą na stole. - Panią Łucję znam od dawna - powiedział po chwili. -
To taka kobieta, która ma dużo godności. Nie wróci do pana. - Spojrzał
na niego z satysfakcją.
Może i był zwykłym kucharzem w niewielkiej pizzerii, która przez
większość czasu świeciła pustkami, ale swojej dziewczyny nie stracił.
Kochali się. Wyraźnie umiał coś więcej niż inżynier z dużego miasta czy
charyzmatyczny motocyklista z tatuażami, dla którego wpadały tutaj młode
dziewczyny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki