Dobre i złe sny ptaszków mechanicznych - Igor Kulikowski

Kup ebooka

15.00 zł
12.45 zł (15,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I wtedy, mącąc palcami wodę w sadzawce i mącąc obraz rybich grzbietów, poruszających się leniwie pod jej powierzchnią, widzi go w tym kształcie, który pozostawiony w przeszłości, wyłania się z niej niespodziewanie, odbijając się w wodnym lustrze pod koronami drzew.

Jesteśmy zrobieni z chmur - myśli. Chmury wypełniają nasze głowy, przypływają, odpływają i przypływają znowu, pozostawiając nas pośród pytań i bez jasnych odpowiedzi; z przeczuciami, które mogą okazać się prawdą, równie dobrze jak bzdurą - jednak same w sobie muszą coś znaczyć, jeśli tworzymy nasz świat zgodnie z ich wolą, tak często odsuwając od siebie prawa naprawdę nim rządzące.

Jesteś tutaj i nie wydarzysz się już nigdy więcej - myśli. - Jesteś czarujący i wesoły. Z pozoru niewinny, lecz naprawdę bardzo bystry i pełen figlarnych fantazji. Znajduję cię nad wodą tak zieloną, iż mam wrażenie, że jeśli zanurzysz w nią dłoń, zabarwi twoje palce niczym palce topielicy.

Opowiadasz mi o łabędziach, opiekujących się jej ciałem, zaplątanym w wodorosty; o mlecznym i jedwabnym drzewie, które zobaczysz na własne oczy, choć będzie to najdalsze możliwe do wyobrażenia miejsce, ale ty tak bardzo pragniesz słońca!

Jesteś zrobiony z chmur i z błękitnych chalcedonów. Widzę, jak powoli odchylasz grube, zielone łodygi, aż napotkany przypadkiem kielich zalewa cię purpurowym światłem.

Z okienka na poddaszu, gdzie w cieniu znajduję ukojenie, podglądam twoją nagość wśród kosaćców i albinotycznych pawi o ażurowych ogonach, pod gałązkami ginkgo biloba, i nieświadomie gładząc dłońmi szorstką skórę fotela, myślę z zazdrością, że nikt lepiej od ciebie nie potrafi istnieć w samym środku życia, a przy tym tak, jakby to było zupełnie nic.

Ja sama, cóż - odkąd zaistniałam w moim własnym kształcie, czuję, że przypadł mi w udziale los obserwatorki, nie uczestniczki - i dlatego kłócenie się z nim jest tak nerwowe i przypomina raczej kiepskie aktorstwo niż spontaniczne poddawanie się nurtom życia.

Widzisz, tamtej nocy byłam przerysowaną, rozchichotaną kokietką o czerwonych ustach i przydymionym oku, zamieszkującą burgundowe buduary - jednak w lustrze nad ranem zobaczyłam tylko aktorkę lub kogoś, kto jest w stanie zaistnieć w środku życia jedynie w przebraniu.

Ale mówili mi - masz charyzmę, masz światło - gdy ja czułam się jak najbardziej pusta rzecz na świecie. Traciłam głos i byłam jak wczorajsze gazety, jak natrętne listy miłosne, przychodzące za późno, zagubione w skrzynkach, kiedy nic już nie znaczą.

Niczego o tym nie wiesz - nie zapiszemy się w historii ludzkości i nie zajmiemy więcej niż jeden rozdział w naszych własnych książkach, a jednak tamtymi nocami grałam wspaniale i staliśmy się duchami!

Byliśmy duchami dla dwójki dzieci w ogrodzie, ukrywających się pośród drapieżnych róż, porastających wszystkie zakamarki, wszystkie schowane w kolczastej zieleni schody, prowadzące do tych sekretnych miejsc, gdzie pod białymi parasolami datur, pośród winorośli i powoju, miały swój zalążek najdawniejsze ze snów.

Byliśmy duchami dla miast i domów, dla słonecznych ulic o brzegach znaczonych starymi lipami i dla kwiatów przerastających furty i ogrodzenia. Widziały nas oczy ozdobnych kamienic, zielonych papug i przelotnych jaskółek. Widziały wieczorne jesienne porty, pełne śpiących okrętów; okna i latarnie.

W ułamkach chwil objawialiśmy się częściom świata, by już za moment z nich zniknąć - podobnie jak nam samym objawiły się duchy drogich nam najukochańszych - w kuchni, w pokojach, w ogrodzie i pod drzewami - a potem rozwiewały się na wietrze jeden po drugim, rok za rokiem. W końcu w domu i pod drzewami nie było już nikogo, a duchy egzotycznych ptaków z ptaszarni pozostawiły po sobie jedynie pióra, które dziś zdobią mój salon.

Zamknięci w tamtej nocy, niczym owady w żywicznej pułapce bursztynu, jesteśmy duchami także i dla nas obecnych - dla nas, których istnienia nie można było sobie przecież nawet wymyślić, i którzy jesteśmy przeszłością dla tych, jakimi być może zdążymy się jeszcze wydarzyć.

Ach, dosyć!

Tyle snów nam ucieka, wietrzeje - dlaczego więc nie mielibyśmy być snami? Rozpięci pomiędzy naszymi dniami chwały, dniami przed wielką zimą - a tymi, w których utracimy kształt - kto nas ujrzy w przelocie, poświadczy o naszym istnieniu? Tylu martwych ludzi wciąż jeszcze włóczy się po miedzianych płytkach dagerotypów i po papierze fotograficznym!

Po co konstruować światy, uczyć się nawigować w nich, rozumieć i porozumiewać, gdy wszystko, co sobie mówimy, co do siebie piszemy w tej oto chwili, w kolejnej staje się już tylko dowodem na to, że byliśmy? Czy może mieć dla nas znaczenie, kto i kiedy go odczyta; co z nim zrobi?

Gdzie zapisują się kształty świata - na kliszach, w książkach, w lustrach sadzawek? Czy zdołamy je ocalić, skoro mówią, że jedyne, co możemy uczynić, to pamiętać je i opłakiwać? I co zrobić ma obserwatorka, obserwująca własne swe wygaszanie - twoje i swoje sny o końcach światów?

Mąci palcami wodę w sadzawce, odwraca głowę i chwytając jego spojrzenie pod dachem z liści, myśli - wiem, skąd przychodzisz, duchu!