Dobrze, bracie - Peter Markus

Kup ebooka

34.00 zł
24.03 zł (23,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SE­RIA PRZE­KŁA­DÓW pro­wa­dzona przez Alek­san­drę Ma­łecką i Pio­tra Ma­rec­kiego

- Na­pitki & li­te­ra­tura. An­to­lo­gia opo­wia­dań ho­len­der­skich i fla­mandz­kich, pod re­dak­cją Bar­bary Kalli i Bo­żeny Czar­nec­kiej, prze­ło­żyły Bar­bara Kalla, Bo­żena Czar­necka i Ewa Dy­na­ro­wicz

- Am­brose Bierce, Dia­bli dyk­cjo­narz, prze­ło­żył Ma­te­usz Ko­pacz

- An­thony Jo­seph, Afry­kań­skie ko­rze­nie UFO, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

- Ro­bert Bur­ton, Ana­to­mia me­lan­cho­lii, wy­brał i prze­ło­żył Mi­chał Ta­ba­czyń­ski

- Jean Ray, Mal­per­tuis, prze­ło­żył Ja­kub Po­lasz­czyk

- Ni?a We­ijers, Kon­se­kwen­cje, prze­ło­żyła Ja­dwiga Ję­dryas

- Ish­mael Reed, Mambo dżambo, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

- Ka­ta­rína Kuc­be­lová, Cze­piec, prze­ło­żyła Ka­ta­rzyna Du­dzic-Gra­biń­ska

- Pe­ter Mar­kus, Bob albo męż­czy­zna na ło­dzi, prze­ło­żył Piotr Si­wecki

- An­to­lo­gia opo­wia­dań. Ru­ska kla­syka, ze­sta­wił i prze­ło­żył Da­niel Maj­ling, prze­pi­sała We­ro­nika Go­gola

- Ka­thy Ac­ker, Krew i flaki w szkole śred­niej, prze­ło­żył An­drzej Woj­ta­sik

- Ju­dith Scha­lan­sky, Spis paru strat, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

- Łeś Be­łej, Plan na­prawy Ukra­iny, prze­ło­żyli Alek­san­dra Brzuzy, Ma­ciej Pio­trow­ski, Zie­mo­wit Szcze­rek

- Ni­col Ho­ch­hol­cze­rová, Tego po­koju nie da się zjeść, prze­ło­żył Ra­fał Bu­ko­wicz

- Bar­bora Hrínová, Jed­no­rożce, prze­ło­żyła Olga Sta­wiń­ska

- Ice­berg Slim, Al­fons. Hi­sto­ria mo­jego ży­cia, prze­ło­żyła Te­resa Ty­szo­wiecka blasK!

- Ser­giej Ser­gie­je­wicz Saj­gon, Brud [*khaki], prze­ło­żyła Alek­san­dra Brzuzy

- Ka­tja Go­re­čan, Ksią­żeczka ma­cie­rzyń­ska, prze­ło­żył Mi­łosz Bie­drzycki

- Jo­ost de Vries, Re­pu­blika, prze­ło­żył Jan Pę­dziń­ski

- Harry Jo­se­phine Gi­les, Port hwjezdny To­pjo, prze­ło­żył Krzysz­tof Bart­nicki

- Ju­dith Scha­lan­sky, Szyja ży­rafy, prze­ło­żył Ka­mil Idzi­kow­ski

- Pe­ter Mar­kus, Do­brze, bra­cie, prze­ło­żył Piotr Si­wecki

KO­LEJNE KSIĄŻKI W SE­RII

- Ivan Me­đeši, Je­dze­nie, prze­ło­żyły Olga Sta­wiń­ska i Mag­da­lena By­strzak

- Ka­thy Ac­ker, Im­pe­rium po­stra­da­nych zmy­słów, prze­ło­żył Pa­trick Le­ftwich

- Mi­ro­slava Ku­ľkova, Ho­tel Bal­kan, prze­ło­żył Ra­fał Bu­ko­wicz

Do­brze, bra­cie

Ryby, zło­wione przez nas w tej brud­nej rzece, która pły­nie przez to brudne, nad­rzeczne mia­sto, zwy­kli­śmy za­bie­rać ze sobą, od­ci­nać ich wciąż błysz­czące, po­kryte srebrną łu­ską głowy i przy­bi­jać je gwoź­dziami do im­pre­gno­wa­nego kre­ozo­tem słupa na ty­łach na­szego po­dwórka za do­mem. Wbi­ja­li­śmy młot­kiem gwoź­dzie w te głowy o zim­nych, wod­ni­stych oczach, two­rząc w ten spo­sób nasz węd­kar­ski za­ką­tek, jak zwy­kli­śmy na­zy­wać to miej­sce na po­dwórku za do­mem. Ło­wi­li­śmy ryby i przy­bi­ja­li­śmy ry­bie głowy do słupa aż do dnia, kiedy to nasz oj­ciec po po­wro­cie z pracy oznaj­mił, że wy­jeż­dżamy. Kiedy po­wie­dział nam, że wy­jeż­dżamy, mó­wił po­waż­nie. Wy­jeż­dżamy na do­bre. Opusz­czamy na­szą brudną rzekę, na­sze brudne mia­sto. Mój brat i ja - my nie chcie­li­śmy wy­jeż­dżać. Nie chcie­li­śmy opusz­czać ani tego mia­sta, ani tej rzeki, ani tego te­le­fo­nicz­nego słupa, do któ­rego przy­bi­ja­li­śmy ry­bie głowy. Nie chcie­li­śmy opusz­czać tego miej­sca na ty­łach na­szego po­dwórka, które my obaj, my, bra­cia, za­mie­ni­li­śmy w nasz węd­kar­ski za­ką­tek tuż za drew­nianą szopą, gdzie nasz oj­ciec trzy­mał swoje młotki, piły, do po­łowy opróż­nione bu­telki whi­skey i pu­dełka po cy­ga­rach, wy­peł­nione za­rdze­wia­łymi, po­gię­tymi gwoź­dziami, na­kręt­kami, śru­bami i wkrę­tami.

W nocy z okna na­szej sy­pialni mój brat i ja mo­gli­śmy wy­glą­dać i pa­trzeć w te ry­bie oczy o mar­mu­ro­wym spoj­rze­niu, które ze­zo­wały z obu stron od­cię­tych ry­bich głów. Naj­więk­sze z wiel­ko­war­gich ryb wy­glą­dały tak, jakby mo­gły wy­chy­lić się z wody i ugryźć rękę zwi­sa­jącą z ło­dzi. Każ­dej z ry­bich głów da­li­śmy imię. Było tych ry­bich głów do­kład­nie sto pięć­dzie­siąt i każda miała swoje imię. Żad­nej z głów nie na­zwa­li­śmy Jimmy albo John. Jimmy i John to były mo­jego Brata i moje praw­dziwe imiona. Sie­bie na­zy­wa­li­śmy Braćmi.

Nasz oj­ciec na­zy­wał nas, braci, Sy­nami. Kiedy nasz oj­ciec wo­łał Synu, obaj z bra­tem od­wra­ca­li­śmy ku niemu głowy. Obaj wie­dzie­li­śmy, że przez tę rzekę prze­cho­dzimy ra­zem.

Na­sza matka obu nas na­zy­wała swo­imi brud­nymi, ma­łymi chłop­cami. My, chłopcy - jak lu­biła mó­wić na­sza matka - je­ste­śmy do­kład­nie tacy jak oj­ciec. Nie­zbyt lu­bi­li­śmy, kiedy na­sza matka ka­zała nam, bra­ciom, zmy­wać błoto z na­szych bu­tów. Lu­bi­li­śmy błoto i te brudne za­pa­chy rzeki - za­pach ryb i ro­ba­ków. Nie lu­bi­li­śmy, kiedy na­sza matka zmu­szała nas, by­śmy zmyli z rąk te ry­bie za­pa­chy rzeki. Lu­bi­li­śmy, jak srebrne, ry­bie łu­ski błysz­czały przy­kle­jone do na­szych rąk. W nocy lu­bi­li­śmy wy­sta­wiać je ku księ­ży­co­wemu świa­tłu przez okno w sy­pialni. Wy­glą­dało to tak, jakby na­sze ręce były uma­czane w gwiaz­dach.

Ale nasz oj­ciec i na­sza matka, oboje, mieli dość ży­cia w tym mie­ście, przez które pły­nie brudna rzeka - byli zmę­czeni tym wia­trem od rzeki, który za­wsze za­la­ty­wał rybą. Na­sza matka po­wie­działa, że chce gdzieś wy­je­chać. Mó­wiła, że chce wy­je­chać do­kąd­kol­wiek, a do­kąd­kol­wiek zna­czyło na za­chód stąd. Na za­chód, ale do­kąd? - do­py­ty­wał się nasz oj­ciec. A matka mó­wiła: Na za­chód od tej błot­ni­stej wody. Gdzieś, mó­wiła matka, gdzie nie ma tyle błota i po­rdze­wia­łego że­la­stwa. Gdzieś, gdzie jest wię­cej nieba, które chciała nam po­ka­zać. Niebo ist­nieje, mó­wiła na­sza matka. Ist­nieje niebo bez fa­brycz­nych ko­mi­nów i dymu. Nie mo­gli­śmy wy­obra­zić so­bie nieba in­nego niż niebo na ty­łach na­szego po­dwórka. Nie chcie­li­śmy wy­obra­zić so­bie mia­sta bez brud­nej rzeki, ku któ­rej mo­gli­by­śmy biec, by ło­wić ryby. My, bra­cia, nie chcie­li­śmy ucie­kać ani wy­pro­wa­dzać się stąd, gdzie dym, gdzie woda i błoto.

Nie wie­dzie­li­śmy, co bę­dziemy ro­bić ani jak żyć bez tych ryb.

Ry­bie głowy pa­trzyły na nas otwar­tymi oczyma, pa­trzyły otwar­tymi py­skami i było tak, jakby śpie­wały dla nas, Braci. Wy­szli­śmy na po­dwórko przez okno na­szej sy­pialni.

Tylko księ­życ i gwiazdy wi­działy, jak idziemy do szopy ojca, jak wy­cią­gamy pu­dełka z po­rdze­wia­łymi, po­gię­tymi gwoź­dziami. Każdy z nas wziął pełną garść gwoź­dzi i mło­tek, a po­tem po­szli­śmy do na­szego węd­kar­skiego za­kątka. Bra­cie, po­wie­dzia­łem do Brata, ty pierw­szy.

Daj mi rękę, po­wie­dzia­łem. Przy­ci­śnij rękę do słupa.

Brat zro­bił, jak mu po­wie­dzia­łem.

By­li­śmy braćmi. Je­den był gło­sem dru­giego.

To może za­kłuć, ostrze­głem, unio­słem mło­tek i wbi­łem za­rdze­wiały gwóźdź w dłoń mo­jego Brata.

Brat na­wet nie drgnął, nie cof­nął się ani też nie wy­dał ze swych chło­pię­cych ust od­głosu krzy­czą­cego brata.

Do­brze, Bra­cie, po­wie­dzia­łem.

Wbi­ja­łem ko­lejny gwóźdź w drugą dłoń Brata, kiedy nasz oj­ciec wy­szedł na po­dwórko.

Synu - za­wo­łał nasz oj­ciec.

My, sy­no­wie na­szego ojca, sły­sząc jego głos, od­wró­ci­li­śmy ku niemu głowy. Cze­ka­li­śmy na to, co jesz­cze chce nam po­wie­dzieć.

To było kilka dłu­gich se­kund. Niebo nad rzeką - w miej­scu, gdzie huta że­laza stała jak wrak statku - było ciemne i ci­che. Gdzieś tam, by­łem tego pe­wien, świe­ciło słońce.

Chłopcy, pa­mię­taj­cie, żeby po­sprzą­tać po so­bie, za­nim wró­ci­cie - po­wie­dział nasz oj­ciec.

Oj­ciec od­wró­cił się.

My, bra­cia, spoj­rze­li­śmy na sie­bie.

Pod­nio­słem mło­tek.

Wbi­łem ko­lejny za­rdze­wiały gwóźdź.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki