Dobrze, bracie
Ryby, złowione przez nas w tej brudnej rzece, która płynie przez to brudne, nadrzeczne miasto, zwykliśmy zabierać ze sobą, odcinać ich wciąż błyszczące, pokryte srebrną łuską głowy i przybijać je gwoździami do impregnowanego kreozotem słupa na tyłach naszego podwórka za domem. Wbijaliśmy młotkiem gwoździe w te głowy o zimnych, wodnistych oczach, tworząc w ten sposób nasz wędkarski zakątek, jak zwykliśmy nazywać to miejsce na podwórku za domem. Łowiliśmy ryby i przybijaliśmy rybie głowy do słupa aż do dnia, kiedy to nasz ojciec po powrocie z pracy oznajmił, że wyjeżdżamy. Kiedy powiedział nam, że wyjeżdżamy, mówił poważnie. Wyjeżdżamy na dobre. Opuszczamy naszą brudną rzekę, nasze brudne miasto. Mój brat i ja - my nie chcieliśmy wyjeżdżać. Nie chcieliśmy opuszczać ani tego miasta, ani tej rzeki, ani tego telefonicznego słupa, do którego przybijaliśmy rybie głowy. Nie chcieliśmy opuszczać tego miejsca na tyłach naszego podwórka, które my obaj, my, bracia, zamieniliśmy w nasz wędkarski zakątek tuż za drewnianą szopą, gdzie nasz ojciec trzymał swoje młotki, piły, do połowy opróżnione butelki whiskey i pudełka po cygarach, wypełnione zardzewiałymi, pogiętymi gwoździami, nakrętkami, śrubami i wkrętami.
W nocy z okna naszej sypialni mój brat i ja mogliśmy wyglądać i patrzeć w te rybie oczy o marmurowym spojrzeniu, które zezowały z obu stron odciętych rybich głów. Największe z wielkowargich ryb wyglądały tak, jakby mogły wychylić się z wody i ugryźć rękę zwisającą z łodzi. Każdej z rybich głów daliśmy imię. Było tych rybich głów dokładnie sto pięćdziesiąt i każda miała swoje imię. Żadnej z głów nie nazwaliśmy Jimmy albo John. Jimmy i John to były mojego Brata i moje prawdziwe imiona. Siebie nazywaliśmy Braćmi.
Nasz ojciec nazywał nas, braci, Synami. Kiedy nasz ojciec wołał Synu, obaj z bratem odwracaliśmy ku niemu głowy. Obaj wiedzieliśmy, że przez tę rzekę przechodzimy razem.
Nasza matka obu nas nazywała swoimi brudnymi, małymi chłopcami. My, chłopcy - jak lubiła mówić nasza matka - jesteśmy dokładnie tacy jak ojciec. Niezbyt lubiliśmy, kiedy nasza matka kazała nam, braciom, zmywać błoto z naszych butów. Lubiliśmy błoto i te brudne zapachy rzeki - zapach ryb i robaków. Nie lubiliśmy, kiedy nasza matka zmuszała nas, byśmy zmyli z rąk te rybie zapachy rzeki. Lubiliśmy, jak srebrne, rybie łuski błyszczały przyklejone do naszych rąk. W nocy lubiliśmy wystawiać je ku księżycowemu światłu przez okno w sypialni. Wyglądało to tak, jakby nasze ręce były umaczane w gwiazdach.
Ale nasz ojciec i nasza matka, oboje, mieli dość życia w tym mieście, przez które płynie brudna rzeka - byli zmęczeni tym wiatrem od rzeki, który zawsze zalatywał rybą. Nasza matka powiedziała, że chce gdzieś wyjechać. Mówiła, że chce wyjechać dokądkolwiek, a dokądkolwiek znaczyło na zachód stąd. Na zachód, ale dokąd? - dopytywał się nasz ojciec. A matka mówiła: Na zachód od tej błotnistej wody. Gdzieś, mówiła matka, gdzie nie ma tyle błota i pordzewiałego żelastwa. Gdzieś, gdzie jest więcej nieba, które chciała nam pokazać. Niebo istnieje, mówiła nasza matka. Istnieje niebo bez fabrycznych kominów i dymu. Nie mogliśmy wyobrazić sobie nieba innego niż niebo na tyłach naszego podwórka. Nie chcieliśmy wyobrazić sobie miasta bez brudnej rzeki, ku której moglibyśmy biec, by łowić ryby. My, bracia, nie chcieliśmy uciekać ani wyprowadzać się stąd, gdzie dym, gdzie woda i błoto.
Nie wiedzieliśmy, co będziemy robić ani jak żyć bez tych ryb.
Rybie głowy patrzyły na nas otwartymi oczyma, patrzyły otwartymi pyskami i było tak, jakby śpiewały dla nas, Braci. Wyszliśmy na podwórko przez okno naszej sypialni.
Tylko księżyc i gwiazdy widziały, jak idziemy do szopy ojca, jak wyciągamy pudełka z pordzewiałymi, pogiętymi gwoździami. Każdy z nas wziął pełną garść gwoździ i młotek, a potem poszliśmy do naszego wędkarskiego zakątka. Bracie, powiedziałem do Brata, ty pierwszy.
Daj mi rękę, powiedziałem. Przyciśnij rękę do słupa.
Brat zrobił, jak mu powiedziałem.
Byliśmy braćmi. Jeden był głosem drugiego.
To może zakłuć, ostrzegłem, uniosłem młotek i wbiłem zardzewiały gwóźdź w dłoń mojego Brata.
Brat nawet nie drgnął, nie cofnął się ani też nie wydał ze swych chłopięcych ust odgłosu krzyczącego brata.
Dobrze, Bracie, powiedziałem.
Wbijałem kolejny gwóźdź w drugą dłoń Brata, kiedy nasz ojciec wyszedł na podwórko.
Synu - zawołał nasz ojciec.
My, synowie naszego ojca, słysząc jego głos, odwróciliśmy ku niemu głowy. Czekaliśmy na to, co jeszcze chce nam powiedzieć.
To było kilka długich sekund. Niebo nad rzeką - w miejscu, gdzie huta żelaza stała jak wrak statku - było ciemne i ciche. Gdzieś tam, byłem tego pewien, świeciło słońce.
Chłopcy, pamiętajcie, żeby posprzątać po sobie, zanim wrócicie - powiedział nasz ojciec.
Ojciec odwrócił się.
My, bracia, spojrzeliśmy na siebie.
Podniosłem młotek.
Wbiłem kolejny zardzewiały gwóźdź.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki