Toksyczna pozytywność
Eliza: Na wstępie chciałabym cię zapytać o to, co napisałeś ostatnio na Facebooku o toksycznej pozytywności, a co kojarzy mi się ze świetną książką na ten temat, którą bardzo polecam, sama akurat słuchałam audiobooka. Tytuł to właśnie Toksyczna pozytywność. Jak zachować zdrowy rozsądek w świecie ogarniętym obsesją bycia szczęśliwym, napisała ją psychoterapeutka Whitney Goodman. Nie wiesz, jak mi ulżyło, gdy przeczytałam twój wpis! Jesteś moją bratnią duszą - często tak jest, że o czymś sobie myślę, a później czytam to na twoim wallu i widzę, że odbierasz świat podobnie. Co ci, Tomasz, nie pasuje we wszechobecnej pozytywności?
Tomasz: Dziękuję, to bardzo miłe (śmiech). Najbardziej nie lubię oszukiwania ludzi. Z lekkim przerażeniem czytam opowieści o tym, jak powinniśmy sami sobie układać świat i jak wiele, a właściwie wszystko, zależy od nas. Przewodnim hasłem tych wszystkich bredni jest jedno z największych i najbardziej pokrętnych kłamstw XXI wieku: "Jeśli tylko czegoś bardzo chcesz, to możesz to osiągnąć. A jeśli tego nie osiągasz, to znaczy, że tylko szukasz wymówek". Zawsze, kiedy to słyszę, to przypomina mi się, co o tym mówi mistrz słowa i humoru pan Andrzej Poniedzielski, który właśnie obchodzi 50 lat działalności artystycznej. Zwraca uwagę na to, że zdanie: "Jeśli czegoś bardzo, ale to bardzo chcesz, to to się ziści" jest bardzo piękne, wyrosłe na romantycznym micie, szkoda tylko, że dotyczy jedynie zrobienia siku.
Ostatnio wdałem się na Instagramie w dyskusję z bardzo znanym coachem ze Stanów Zjednoczonych. To wysportowany, siwy, starszy pan. Podkreślając swój wiek i perspektywę wielu lat życia, opowiada, że ludzie, którzy czegoś naprawdę chcą, zawsze to osiągają. A ci, którzy nie osiągają, są leniami i nie chce im się brać życia we własne ręce. Krew mi zabuzowała i napisałem do niego. Prosiłem, żeby odpowiedział, jak nazwie człowieka, który nie ma nóg, a chce przebiec maraton. Nie: przejechać na wózku czy przejść na protezach. Przebiec. Bardzo tego chce. Ale nie może. Czy on też jego zdaniem szuka wymówek? Czy jego też nazwałby leniem? Pan coach potwornie się żachnął i odpisał, że jeśli tak stawiam sprawę, to on nie będzie ze mną rozmawiał. Mam świadomość, że moje pytanie, a raczej teza w nim zawarta, była tautologią, prowokacją. Jednak zależało mi na tym, żeby wskazać, że nie wszystko - a z biegiem lat skłaniam się ku tezie, że mniej niż więcej - zależy od nas. Jeśli ktoś mówi, że nasze życie jest zależne wyłącznie od nas samych, to albo jest kłamcą, albo nie ma pojęcia, jak działa świat. Albo jedno i drugie. Ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do tego, żeby żyć w grupach, tworzyć społeczeństwa. Inne naczelne wiedzą, że same nie przetrwają w dżungli. A nam próbuje się wmówić, że jesteśmy wyjątkowi i mamy inaczej. Nie. Mamy tak, jak pozostałe naczelne. Potrzebujemy innych osobników naszego gatunku, żeby przeżyć. Nie trwać. Nie wegetować. Przeżyć!
Eliza: Rozumiem, że nie chodzi ci o to, żebyśmy byli teraz pesymistami, tylko żeby dostrzec i zaakceptować rzeczywistość, która po prostu bywa różna. Zrobię tylko małą dygresję. Jest taka pani, której nie wymienię z nazwiska, bo nie chodzi o wywołanie medialnej burzy. Napisała ona wiele książek i mówi, że trzeba tylko być pozytywnym i wizualizować sobie sukces, bo jeśli jesteś wystarczająco pozytywny, to nawet złe rzeczy możesz zamienić na dobre. Kiedy tak jej słucham, zawsze przychodzą mi na myśl Żydzi jadący pociągiem do Treblinki, Oświęcimia, i myślę sobie - aha, czyli jej zdaniem oni byli niewystarczająco pozytywni i niewystarczająco pozytywnie wizualizowali sobie przyszłość, bo gdyby to robili, toby się tam nie znaleźli. No co za bzdura!
Tomasz: Ekstremalny przykład, ale bardzo dobry w kontekście bzdur, które wtłacza się ludziom do głów. A propos pozytywności. Niedawno jedna pani doktor, wykładowczyni uniwersytecka, została poproszona o to, żeby odnieść się do sytuacji kobiet w Polsce. Odpowiedziała, że nie zauważa, by kobiety w Polsce miały gorzej i były jakoś szczególnie gnębione, że to, co robią między innymi w ramach Strajku Kobiet, czy ich opór wobec - moim zdaniem faszystowskich - ustaw dotyczących ciąży i macierzyństwa to zwykłe narzekactwo. Według niej nie ma co marudzić, tylko trzeba iść do przodu. Zadzwoniłem do niej i zaprosiłem ją na oddział ginekologiczno-położniczy lub neonatologiczny któregoś ze szpitali klinicznych, żeby zobaczyła te, według niej, "marudzące" kobiety, które rodzą martwe płody lub noszą w sobie uszkodzone dzieci. Te po urodzeniu nie przeżyją nawet kilku godzin, a jeśli nawet przeżyją, to będą niewiarygodnie cierpieć.
Nie mamy pojęcia, co dzieje się na tych oddziałach. Wyobraź sobie dziecko, które po urodzeniu jest tak zniekształcone i upośledzone, że piekielnie boli je każdy dotyk, schodzi z niego skóra lub ma wnętrzności na wierzchu. I nieustannie wyje z bólu. A ty jako dorosła osoba: rodzic, pielęgniarka, lekarz, lekarka nie możesz mu pomóc. Nie masz możliwości, żeby uśmierzyć jego ból. Nie ma na to środków, leków. Nauka jest bezradna. I nawet nie masz dokąd uciec, gdzie się schować, żeby nie słyszeć tego rozdzierającego serce płaczu, który niesie się po całym oddziale. Masz dość tej roboty, tego miejsca. Podpisywałaś umowę o pracę gdzieś, gdzie powinna panować głównie radość i szczęście z powodu narodzin zdrowych i chcianych dzieci. A w wyniku drakońskiego zaostrzenia prawa przez dogmatycznych hunwejbinów pracujesz w umieralni. Poprosiłem tę panią, żeby przyszła do tych cierpiących, zdruzgotanych matek i powiedziała im to, co mówiła w jednym z programów: żeby się więcej uśmiechały i myślały pozytywnie. Odpowiedziała mi, że nigdzie się nie wybiera, bo, cytuję: swoje zdanie ma i go nie zmieni. Dziecinada.
Eliza: Jestem sobie w stanie wyobrazić, że założenia tej toksycznej pozytywności były dobre, że ktoś gdzieś uznał, że być może gdy ludzie uwierzą, że mają jakąś sprawczość, to nie będą się godzić z nieszczęściami, tylko walczyć. Ale jest też druga strona medalu i często o tym myślę - że jeżeli uwierzysz, że wszystko w życiu zależy od ciebie, a ileś rzeczy ci nie wyjdzie, bo zawsze tak jest, to wniosek jest jeden: ty jesteś temu winien. Skoro wszystko zależy od ciebie, to znaczy, że za każdym razem, gdy spotyka cię coś złego, to z tobą jest coś nie tak. I to jest cholernie ciężkie brzemię, nie życzyłabym nikomu, żeby szedł z nim przez życie.
Tomasz: I tak ma się to kręcić! Jeśli czujesz się winna, to ci magicy wyciągają zza pazuchy kolejny kurs, odosobnienie w ośrodku na Bali czy inne czary-mary, w ramach których oferują za miliony monet wyleczenie cię z tego poczucia. Kiedy ty mówisz: "Nie stać mnie na wydanie trzech tysięcy na siedzenie na trawie z szamanem", to mówią: "Zmień nastawienie. Jak pomyślisz, że cię stać, to będzie cię stać. A jak mówisz, że cię nie stać, to znaczy, że nie chcesz, uciekasz od szczęścia". Ostatnio jeden z takich patocelebrytów od rozwoju mentalnego na konstatację jednej z kobiet, że nie stać jej na to, by za tysiaka słuchać jego opowieści z mchu i paproci podlanych rzewną muzą, odpowiedział: "Jak to cię nie stać? A ile wydajesz miesięcznie na terapię?". Ten kolo serio uwierzył, że jego nieskładne brednie nagrane po naspawaniu się trawą są tak samo skuteczne jak profesjonalna psychoterapia!