Dolina Mulberry - Denise Hunter

Kup ebooka

44.90 zł
36.59 zł (36,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

Wes Gar­rett prze­bu­dził się i zmru­żył oczy przed po­ran­nym świa­tłem słońca, a w jego umy­śle po­ja­wiły się dwa silne prze­bły­ski: po pierw­sze zdał so­bie sprawę, że jest sam w schro­ni­sku, a po dru­gie - że jest kom­plet­nie prze­mo­czony. Po chwili do­tarły do niego ko­lejne bodźce: bo­lała go głowa i mię­śnie, a ca­łym cia­łem, po­mimo lip­co­wego upału, wstrzą­sał dreszcz.

Jęk­nął i prze­wró­cił się na plecy, zrzu­ca­jąc z sie­bie śpi­wór. Z tru­dem wziął głę­boki wdech. Po­wi­nien znowu za­snąć. Dla­czego to działo się aku­rat te­raz, gdy zo­stały mu już tylko dwa ty­go­dnie z dwu­mie­sięcz­nej wę­drówki?

Po­my­ślał o Lil­lian, która cze­kała na niego w Al­bany w sta­nie Nowy Jork. Po­my­ślał o swoim naj­lep­szym przy­ja­cielu Lan­do­nie i ich pla­nach, by wspól­nie ukoń­czyć Szlak Ap­pa­la­chów po po­wro­cie do USA. Przy­po­mniał so­bie ostat­nie chwile Lan­dona przed śmier­cią na ko­lum­bij­skiej ziemi - to Wes miał wtedy umrzeć za­miast niego.

Czy mógł więc le­żeć tu­taj w schro­ni­sku i szu­kać za­po­mnie­nia, za­pa­da­jąc w sen? Nie mógł. Mu­siał brnąć da­lej ze względu na pa­mięć po przy­ja­cielu. Po­ko­nał już gor­sze prze­ciw­no­ści niż ta.

Zde­ter­mi­no­wany usiadł, a de­ski schro­ni­ska za­skrzy­piały pod nim. Za­krę­ciło mu się w gło­wie i za­mru­gał, by prze­go­nić pie­kący słony pot, za­le­wa­jący mu oczy. Przy­po­mniał so­bie kasz­lą­cego męż­czy­znę, który spał obok niego kilka nocy wcze­śniej. Wiel­kie dzięki, chło­pie.

Słońce prze­bi­jało się mię­dzy drze­wami na po­lanę. Mu­siała już do­cho­dzić dzie­siąta. Na szlaku ani razu nie spał dłu­żej niż do szó­stej. Troje tu­ry­stów, z któ­rymi dzie­lił schro­ni­sko, już dawno so­bie po­szło, a je­dy­nym do­wo­dem ich obec­no­ści była smużka dymu uno­sząca się z pa­le­ni­ska.

Zo­stał zu­peł­nie sam.

Prze­łknął ślinę przez obo­lałe, wy­schnięte gar­dło i się­gnął po wodę. Mu­siał się ru­szyć. Po­czuje się le­piej, kiedy coś zje i wy­pije kawę. Do­trze do naj­bliż­szego mia­sta, a po­tem oceni sy­tu­ację. Myśl o prysz­nicu, praw­dzi­wym ma­te­racu i do­mo­wym obie­dzie po­mo­gła mu sta­nąć na nogi.

Ale dwa­dzie­ścia mi­nut póź­niej ule­ciał z niego cały opty­mizm i do­pa­dła go rze­czy­wi­stość. Ubra­nie się i zje­dze­nie śnia­da­nia wy­zuło go z ca­łej ener­gii, a Ri­ver­bend znaj­do­wało się całe dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów da­lej.

Avery Ro­bin­son przez całe do­ro­słe ży­cie oba­wiała się swo­ich trzy­dzie­stych uro­dzin - a te wła­śnie na­de­szły. Skrzy­wiła się, kiedy jej ro­dzina, zgro­ma­dzona przy stole pik­ni­ko­wym, za­wyła pio­senkę Happy Bir­th­day. Wspa­niali lu­dzie, cu­downa ro­dzina, ale śpie­wa­kami to oni nie byli.

Ma­co­cha Avery, Lisa, z upię­tymi dziś blond wło­sami uka­zu­ją­cymi ładną twarz, po­sta­wiła przed Avery cia­sto uro­dzi­nowe (Tak! Brow­nie!). Pło­mie­nie trzy­dzie­stu świe­czek tań­czyły na lip­co­wym wie­trze, roz­ja­śnia­jąc mrok jak małe ogni­sko.

Jej naj­star­szy przy­rodni brat Ga­vin za­fał­szo­wał tak wy­soki dźwięk, że aż prych­nęła. Drugi z przy­rod­nich braci, Co­oper, po­słał mu gniewne spoj­rze­nie. Tylko dzięki niemu pio­senkę w ogóle dało się roz­po­znać. Jego na­rze­czona, Ka­tie - naj­lep­sza przy­ja­ciółka Avery ze stu­diów - po­chy­liła się do przodu, a jej blond włosy w od­cie­niu miodu zsu­nęły się z ra­mion, kiedy pio­senka (Bogu niech będą dzięki) się skoń­czyła.

- Lu­dzie złoci! - Twarz Avery wy­krzy­wiła się w gry­ma­sie. - Wiel­kie dzięki.

Oczy taty zmarsz­czyły się w stylu Kie­fera Su­ther­landa.

- Po­myśl ży­cze­nie, skar­bie.

- Pew­nie je zmar­nuje na no­wego le­ka­rza do kli­niki - po­wie­dział Co­oper.

- Życz so­bie fa­ceta - wy­pa­liła Ka­tie. - Ale bądź kon­kretna. Fajne po­czu­cie hu­moru, przy­stojny, z do­brą pracą...

- Go­towy wy­trzy­mać z pra­co­ho­liczką... - do­dał Co­oper.

- ...Która ma stos ksią­żek na noc­nej szafce.

Lisa żar­to­bli­wie zgro­miła ich wzro­kiem.

- Już dość, chłopcy, bądź­cie mili. To jej uro­dziny.

- Je­dyny męż­czy­zna, ja­kiego chcę, to taki, który ma wy­kształ­ce­nie me­dyczne i zgo­dzi się miesz­kać w ma­leń­kim gór­skim mia­steczku. A jako część za­płaty przyj­mie miesz­ka­nie w szo­pie - od­parła bez­ce­re­mo­nial­nie Avery.

- Wi­dzia­łaś tę swoją szopę? - Co­oper uniósł jedną brew.

- Wi­dzia­łaś to mia­steczko? - do­dał Ga­vin.

- Hej! - od­po­wie­działa chó­rem reszta ro­dziny.

- Każdy by się cie­szył, gdyby mógł tu za­miesz­kać. Le­karz czy nie - od­rze­kła Lisa.

Ga­vin od­gar­nął czarne włosy z czoła, od­sła­nia­jąc ja­sno­nie­bie­skie oczy.

- I wła­śnie dla­tego tyle osób od­po­wie­działo na jej ogło­sze­nie.

- Hmmm, po­myślmy... - Co­oper zmru­żył brą­zowe oczy. - Sze­ścio­cy­frowa pen­sja i pen­tho­use czy kar­ton po bu­tach z wa­dliwą hy­drau­liką.

- Hy­drau­lika jest w po­rządku, wy­pra­szam so­bie.

- Ko­cha­nie - wtrą­cił tata. - Je­śli za­trud­nie­nie do­dat­ko­wego le­ka­rza sprawi, że bę­dziesz mo­gła pra­co­wać mniej, to pro­szę bar­dzo, mo­żesz go so­bie ży­czyć.

- Oczy­wi­ście. - Lisa po­gła­dziła ją po ra­mie­niu. - Wy­kań­czasz się, a na­prawdę nie jest ci to po­trzebne.

Ro­dzina w sub­telny spo­sób da­wała jej do zro­zu­mie­nia, jak ważne są jej trzy­dzie­ste uro­dziny. Avery wpa­try­wała się w pło­nące świeczki na cze­ko­la­do­wym cie­ście i za­sta­na­wiała się nad ży­cze­niem, pod­czas gdy po­zo­stali roz­pra­wiali o tym, jaka jest ob­cią­żona pracą. Nie wie­rzyła w ży­cze­nia, ale jak Ga­vin uprzej­mie wszyst­kim przy­po­mniał, jej ogło­sze­nia - i liczne mo­dli­twy - nie dzia­łały.

Pla­no­wała za­cze­kać z za­trud­nie­niem do­dat­ko­wego le­ka­rza do przy­szłego roku, aż bę­dzie miała czas i pie­nią­dze na wy­re­mon­to­wa­nie na­zy­wa­nego przez nich szopą domku za kli­niką. Ale dłu­gie go­dziny pracy da­wały jej w kość - a poza tym była jesz­cze tamta straszna noc w kwiet­niu tego roku.

Jej wzrok spo­czął na ta­cie, sie­dzą­cym na­prze­ciwko niej i za­an­ga­żo­wa­nym w roz­mowę. Jego skóra miała dziś zdrowy ko­lor i wy­glą­dał na ra­do­snego. Otarł się o śmierć i wszy­scy mo­gli go stra­cić - i to była jej wina. Ta bez­rad­ność i pa­nika, ja­kiej do­świad­czyła jako dziecko, do­pa­dła ją znowu, przy­pra­wia­jąc ją o ból w klatce pier­sio­wej. Tylko że tym ra­zem była do­ro­sła i była le­karką. Po­winna być tu­taj przy nim.

- No do­bra, słu­chaj­cie, świeczki się to­pią. - Słowa Lisy wy­rwały Avery ze strasz­nych wspo­mnień. - Po­myśl ży­cze­nie, skar­bie.

Avery wy­si­liła się na uśmiech i spoj­rzała na świeczki. To było jej uro­dzi­nowe ży­cze­nie. A co tam! Po­trze­bo­wała dru­giego le­ka­rza. Jej ro­dzina miała ra­cję co do jed­nego: nie mo­gła da­lej żyć w ta­kim tem­pie, jak te­raz. Wzięła głę­boki wdech i wy­pu­ściła go, zdmu­chu­jąc wszyst­kie świeczki.

Żwir za­trzesz­czał pod opo­nami je­epa, kiedy Avery wy­co­fy­wała spod domu ro­dzi­ców. Uśmiech, który wy­mu­szała przez cały wie­czór, stop­niał, gdy tylko wy­szła. Tata słabł w miarę upływu wie­czoru. Sta­rał się to ukryć, ale Avery nie dało się oszu­kać.

Wy­glą­dało na to, że dwa stenty za­dzia­łały, a kar­dio­log był opty­mi­stycz­nie na­sta­wiony i uwa­żał, że pro­blem zo­stał roz­wią­zany (Avery za­drę­czała go o wszyst­kie szcze­góły przy kilku oka­zjach). Ale serce i ar­te­rie to de­li­katne na­rządy.

Ode­tchnęła głę­boko, li­cząc do dzie­się­ciu przy wy­de­chu. Wszystko bę­dzie do­brze. Już ni­gdy wię­cej go nie opu­ści - ani reszty tu­tej­szej spo­łecz­no­ści - wy­jeż­dża­jąc z mia­sta. Przy­naj­mniej do­póki nie ścią­gnie tu dru­giego le­ka­rza. Może uda jej się zdo­być je­den z tych gran­tów, o które się ubie­gała, żeby móc za­pro­po­no­wać mu go­dziwą pen­sję.

Kilka mi­nut póź­niej je­chała przez mia­sto, w któ­rym już o ósmej wie­czo­rem za­mie­rało wszel­kie ży­cie. Mi­nęła ko­ściół i skie­ro­wała się w stronę kem­pingu, któ­rym za­rzą­dzał Ga­vin, aż wresz­cie wje­chała do za­le­sio­nej czę­ści mia­sta zwa­nej Do­liną Mul­berry. Droga wiła się tu wzdłuż rzeki, a księ­życ w pełni rzu­cał upiorną po­światę na czubki drzew.

Po dru­giej stro­nie rzeki wzno­siły się za­okrą­glone grzbiety Ap­pa­la­chów, za­ry­so­wu­jące się na tle wie­czor­nego nieba. Dla nie­któ­rych lu­dzi to mia­steczko było miej­scem, z któ­rego na­le­żało uciec. Więk­szość ko­le­gów Avery ze szkoły my­ślała w ten spo­sób. Ale dla niej Ri­ver­bend, ukryte wśród strze­gą­cych je gór, było bez­pieczną przy­sta­nią od reszty świata. Wie­działa, że chce się tu ze­sta­rzeć, jesz­cze za­nim zdała so­bie sprawę, że pra­gnie zo­stać le­karką. Tu­tejsi lu­dzie byli przy­jaź­nie na­sta­wieni i chętni do po­mocy. A Ro­bin­so­no­wie mieli tu­taj głę­bo­kie ko­rze­nie się­ga­jące pię­ciu po­ko­leń. Po­cho­dziła z ro­dziny far­me­rów i przed­się­bior­ców od­da­nych temu ma­łemu gór­skiemu mia­steczku. Z dumą nio­sła da­lej ro­dzinne dzie­dzic­two.

Mi­nęła sto­jące bli­sko drogi domy w stylu Cra­ft­sman, kilka lat temu prze­ro­bione na sie­dziby firm z usłu­gami dla tu­ry­stów i mi­ło­śni­ków na­tury. Sklep węd­kar­ski, sklep z odzieżą spor­tową, firma ra­ftin­gowa.

Jej kli­nika znaj­do­wała się tuż za ostat­nim z nich. Szyld przy ulicy, oświe­tlony z obu kie­run­ków, ko­ły­sał się na wie­trze. Kli­nika Me­dyczna Ri­ver­bend. Wid­niały na nim go­dziny otwar­cia i nu­mery te­le­fo­nów, w tym rów­nież alar­mowy. To wła­śnie przez te­le­fony tak de­spe­racko po­trze­bo­wała dru­giego le­ka­rza. Oczy­wi­ście miała lu­dzi do po­mocy: pie­lę­gniarkę Ka­tie i upraw­nioną do prze­pi­sy­wa­nia le­ków pie­lę­gniarkę Sha­rise. Ale Sha­rise była sa­motną mamą dwójki dzieci, więc od­po­wie­dzial­ność za opiekę me­dyczną po go­dzi­nach spa­dała na Avery.

Zwol­niła i zje­chała na żwi­rowy par­king, który kie­dyś był po­dwór­kiem przed do­mem. Jej miesz­ka­nie na pię­trze było ciemne, po­dob­nie jak ga­nek. Gdy zo­sta­wiała za­pa­lone świa­tło, za­wsze zja­wiał się o pół­nocy ktoś ze zła­ma­nym pa­znok­ciem, prze­ko­nany, że to ca­ło­do­bowa opieka me­dyczna, po­mimo wy­wie­szo­nych go­dzin otwar­cia.

Re­flek­tory jej sa­mo­chodu omio­tły kli­nikę. Był to je­den z więk­szych do­mów przy ulicy, ale góry za nim spra­wiały, że ce­glany bu­dy­nek wy­da­wał się mały. Wy­łą­czyła sil­nik je­epa, ze­brała pre­zenty i resztkę brow­nie, które Lisa upchnęła do jed­nej torby pre­zen­to­wej z na­pi­sem "Naj­lep­sze lata masz już za sobą" (do­stała ją od Co­opera). Avery nie mo­gła się do­cze­kać, aż po­zwoli so­bie na ko­lejne brow­nie - w końcu były jej uro­dziny. Bę­dzie się nim de­lek­to­wać, wzna­wia­jąc swój ma­ra­ton czy­tel­ni­czy z Jane Au­sten - wła­śnie była w po­ło­wie Emmy.

Kiedy wy­sia­dła z auta, jej wzrok po­wę­dro­wał w górę do ciem­nego miesz­ka­nia, w któ­rym jej kotka Bo­ots pra­wie na pewno wy­glą­dała przez okno w sa­lo­nie, cze­ka­jąc na jej po­wrót. Wie­czór pach­niał ogni­skami i gar­de­niami. Avery po­pa­trzyła na kwiaty, które Lisa i Ka­tie za­sa­dziły wio­sną, ale było za ciemno, by za­chwy­cić się ich pięk­nem.

Z tyłu domu miała pry­watne wej­ście, ale za­miast tego po­szła do fron­to­wych drzwi kli­niki, bo tam­tędy było naj­bli­żej. We­szła po schod­kach na ga­nek i już miała wy­cią­gnąć klucz z to­rebki, kiedy jej stopa na­po­tkała coś twar­dego.

Ciemna masa wy­dała z sie­bie prze­cią­gły, mę­ski jęk.

Roz­dział drugi

- Halo? - Avery po­chy­liła się nad męż­czy­zną i de­li­kat­nie nim po­trzą­snęła. - Pro­szę pana?

Gdy nie od­po­wie­dział, prze­szła nad nim, otwo­rzyła drzwi i włą­czyła świa­tło na ganku. W ciągu kilku se­kund zna­la­zła się z po­wro­tem przy nim. Czy był pi­jany?

Le­żał sku­lony na boku z głową opartą na ple­caku. Miał na so­bie szorty i szary T-shirt. Ciemne blond włosy opa­dały mu fa­lami na twarz, w więk­szo­ści po­krytą buj­nym za­ro­stem. Wszystko to - plus jego zie­mi­sty za­pach - do­pro­wa­dziło ją do wnio­sku, że to je­den z dłu­go­dy­stan­so­wych tu­ry­stów.

Oce­niła, że może być przed czter­dziestką, cho­ciaż przez ten za­rost trudno było osza­co­wać wiek.

Nie miał wy­raź­nych kon­tu­zji. Jego twarz była za­ru­mie­niona, ale się nie po­cił. Do­tknęła jego czoła. Lekka go­rączka.

Męż­czy­zna się po­ru­szył. Uchy­lił po­wieki i po­pa­trzył na nią za­szklo­nymi, zmru­żo­nymi oczami o cha­bro­wym od­cie­niu nie­bie­skiego, które mocno kon­tra­sto­wały z jego opa­loną skórą.

- Pro­szę pana, czy ma pan ja­kąś kon­tu­zję?

Jego jabłko Adama pod­sko­czyło.

- Je­stem chory.

- W po­rządku. Za­pro­wa­dzę pana do środka, gdzie będę mo­gła pana zba­dać. Da pan radę wstać?

Z wy­sił­kiem, który wy­glą­dał na nad­ludzki, pod­niósł się do po­zy­cji sie­dzą­cej.

- Bar­dzo do­brze. - Avery zła­pała go za ra­mię. A cóż to było za ra­mię! Umię­śnione i twarde w do­tyku. Mu­siała trzy razy go po­cią­gnąć, za­nim sta­nął na no­gach i do­piero wtedy zo­ba­czyła dla­czego; prze­wyż­szał ją przy­naj­mniej o pięt­na­ście cen­ty­me­trów. A przy me­trze sie­dem­dzie­siąt wzro­stu Avery nie na­le­żała do drob­nych ko­biet.

Za­chwiał się.

- Spo­koj­nie. - Dała mu chwilę, żeby do­szedł do sie­bie, po czym otwo­rzyła drzwi. - Da pan radę iść? Tak w ogóle je­stem dok­tor Ro­bin­son i za­opie­kuję się pa­nem dzi­siaj.

- Mój ple­cak... - po­wie­dział ochry­płym gło­sem.

- Może na ra­zie zo­stać na ganku. Chodźmy do ga­bi­netu. - Pro­wa­dziła go do po­koju z nu­me­rem je­den. - Może mi pan po­wie­dzieć, co panu do­lega?

- Go­rączka. Zmę­cze­nie. Ból gar­dła.

- Uką­sił pana kleszcz lub ko­mar?

- Ra­czej nie.

- Ma pan wy­sypkę?

- Chyba nie.

- Prze­by­wał pan w to­wa­rzy­stwie ko­goś cho­rego?

- Kilka dni temu w schro­ni­sku. Je­den fa­cet mocno kasz­lał.

Może to ja­kiś pa­skudny wi­rus, ale po­sta­no­wiła po­cze­kać z dia­gnozą do czasu, aż go do­kład­nie zbada.

- Kiedy do­stał pan pierw­szych ob­ja­wów?

- Dziś rano.

Byli pra­wie w po­ło­wie drogi do ga­bi­netu. Miała prze­czu­cie, że ten czło­wiek nie przy­wykł do by­cia w po­trze­bie i przyj­mo­wa­nia po­mocy, więc zmie­niła te­mat.

- Gdzie się pan za­trzy­mał na czas po­bytu w mie­ście?

- Ja... Nie wiem.

Bo był sko­ło­wany? Czy dla­tego, że jesz­cze tego nie za­pla­no­wał? Po­de­szła z nim do drzwi ga­bi­netu.

- Nie wie pan?

- Do­piero przy­sze­dłem.

- Gdzie pan no­co­wał ze­szłej nocy?

- W Lau­rel Knob.

Spoj­rzała na niego ką­tem oka.

- To pra­wie dwa­dzie­ścia pięć ki­lo­me­trów stąd, a nie wi­dzia­łam auta na par­kingu.

Nic nie od­po­wie­dział, tylko opadł luźno na łóżko i za­mknął oczy. Od­dy­chał z tru­dem i drżał na ca­łym ciele.

Avery zmie­rzyła mu ci­śnie­nie krwi. Lau­rel Knob było na pół­noc od mia­sta, co ozna­czało, że po­ko­nał po­nad trzy­sta me­trów prze­wyż­sze­nia po trud­nym te­re­nie, za­nim zszedł do do­liny w wil­gotny dzień, w który tem­pe­ra­tura prze­kro­czyła trzy­dzie­ści stopni.

Miał dość ni­skie ci­śnie­nie krwi i wy­so­kie tętno - albo z od­wod­nie­nia, albo z wy­czer­pa­nia, albo jedno i dru­gie. Przy­pięła mu do palca pul­sok­sy­metr i za­cze­kała na od­czyt. W nor­mie.

Do­koń­czyła wy­wiad, za­da­jąc mu kilka py­tań, które jej się na­su­nęły. Gdy osłu­chała mu płuca, już na­wet nie był w sta­nie udzie­lać jej od­po­wie­dzi.

- Pa­nie... Pro­szę pana, może się pan obu­dzić?

Uchy­lił rzęsy i sku­pił na niej senne spoj­rze­nie.

- Nie przed­sta­wił mi się pan.

Zwil­żył usta.

- Wes Gar­rett.

- Do­brze, Wes. Moż­liwe, że na­ba­wi­łeś się po­waż­nej in­fek­cji gór­nych dróg od­de­cho­wych. Ale o wiele bar­dziej mar­twi mnie to, że je­steś od­wod­niony. Za­dzwo­nię do szpi­tala Mis­sion i po­pro­szę, żeby przy­słali ka­retkę. Bę­dziesz po­trze­bo­wał...

- Nie.

- Ro­zu­miem twój opór, ale twoje po­trzeby prze­kra­czają moż­li­wo­ści tej kli­niki. Mu­sisz zo­stać pod­pięty do kro­plówki i zo­stać na noc­nej ob­ser­wa­cji, trzeba też wy­ko­nać kilka ba­dań.

Nie mo­gło do tego dojść. Wes po­krę­cił głową, a od tego ru­chu jego głowa eks­plo­do­wała bó­lem.

- Nie mogę.

To pew­nie tylko ja­kiś drobny wi­rus... Cho­ciaż do­słow­nie zwa­lił go dzi­siaj z nóg - i to wię­cej niż raz, je­śli miał być szczery. Nie po­tra­fił też wy­ra­zić, jaką po­czuł ulgę, gdy do­tarł do kli­niki. Po mar­szu w upale przez góry od­po­czy­nek wy­dał mu się bo­ski, a chłodny be­to­nowy ga­nek był rów­nie ku­szący, co luk­su­sowy ma­te­rac.

- Je­steś po­waż­nie od­wod­niony, Wes. Po­trze­bu­jesz kro­plówki.

Spoj­rzał na twarz le­karki. Ja­sna skóra, de­li­katne piegi na no­sie i zgrabne brwi nad zie­lo­nymi oczami, które ścią­ga­łyby na sie­bie całą uwagę, gdyby nie bujne brą­zowe włosy.

Ubrana w biały top bez rę­ka­wów nie wy­glą­dała na le­karkę. Nie pach­niała też jak le­karz; czuł od niej woń słońca i ko­kosu. A po­tem zdał so­bie sprawę, że ona pew­nie też czuła jego za­pach.

Pora się zbie­rać. Po­de­rwał się do po­zy­cji sie­dzą­cej, a ten ruch wy­ma­gał śmiesz­nie wiel­kiego wy­siłku. Za­mru­gał oczami, czu­jąc pul­su­jący ból głowy, i spró­bo­wał wstać.

Le­karka po­ło­żyła dło­nie na jego ra­mio­nach, żeby przy­trzy­mać go na miej­scu.

- Hola, hola! Gdzie się wy­bie­rasz? Sły­sza­łeś, co po­wie­dzia­łam? Je­steś od­wod­niony i trzeba ci zro­bić prze­świe­tle­nie płuc, a może też inne ba­da­nia dia­gno­styczne, żeby wy­klu­czyć coś po­waż­niej­szego.

- Nic mi nie bę­dzie. Na­piję się wody i od­pocznę przez kilka dni.

Kiedy wstał, ga­bi­net za­wi­ro­wał mu przed oczami. Za­mro­czyło go, aż zo­ba­czył tylko ni­kłe punk­ciki świa­tła.

Weź się w garść, Gar­rett. Walcz z tym.

Po­ło­żyła obie ręce na jego ra­mio­nach i bez trudu po­sa­dziła go z po­wro­tem.

- Jaki masz pro­blem ze szpi­ta­lem?

Za­cze­kał, aż prze­sta­nie mu się krę­cić w gło­wie, po czym spoj­rzał jej w oczy.

- Nie mam ubez­pie­cze­nia.

- I tak cię wy­le­czą. To wspa­niały szpi­tal. Do­brze się tobą za­opie­kują.

Ale wy­sta­wią mu ra­chu­nek, a on nie miał jak go za­pła­cić. Nie za­mie­rzał za­cią­gać dłu­gów, je­śli tylko mógł się bez tego obyć; to kwe­stia ho­noru. Po­li­zał wargi. Tak bar­dzo chciało mu się pić.

- Nie są­dzę. Może mi pani po­le­cić ja­kieś miej­sce w po­bliżu z prysz­ni­cem i łóż­kiem?

- Pa­nie... Wes. Na­ma­wiam, że­byś prze­my­ślał swoje plany. Na­prawdę po­trze­bu­jesz pły­nów i...

Po­de­rwał się i tym ra­zem nie do­pa­dły go za­wroty głowy.

- Dzię­kuję za dia­gnozę, pani dok­tor. Mo­żemy się roz­li­czyć i prze­stanę pani za­wra­cać głowę.

Ru­szył w stronę drzwi, a nogi trzę­sły mu się tak, jakby szedł na szczu­dłach. Krę­ciło mu się w gło­wie, a serce wa­liło o klatkę pier­siową. Wy­padł z ga­bi­netu. W ple­caku miał do­kład­nie 127 do­la­rów. Chyba w ogóle nie po­wi­nien był przy­cho­dzić do kli­niki, bo za­pewne bę­dzie go to kosz­to­wać wszyst­kie pie­nią­dze, a jesz­cze mu­siał za­pła­cić za...

- Cze­kaj. Cze­kaj. - Le­karka za­stą­piła mu drogę. - Masz w mie­ście zna­jo­mych lub ro­dzinę?

- Nie. - Oparł się ręką o ścianę.

- Niech bę­dzie. - Ścią­gnęła usta. - Mo­żesz zo­stać tu­taj. Pod­łą­czę ci kro­plówkę. Za­zwy­czaj tego nie ro­bię, ale tym ra­zem zro­bię wy­ją­tek.

- Nie trzeba. Nic mi nie bę­dzie.

Zmrużyła oczy, ścią­ga­jąc ką­ciki swo­ich peł­nych ust.

- Wła­ści­wie to bę­dzie. Masz go­rączkę, ale się nie po­cisz. Masz szyb­kie tętno i za­wroty głowy. I boli cię głowa, o czym mi nie wspo­mnia­łeś. To wszystko ob­jawy tego, że twój or­ga­nizm roz­pacz­li­wie po­trze­buje pły­nów, Wes, i to na­tych­miast. Je­śli spró­bu­jesz przejść do naj­bliż­szego mo­telu, który tak w ogóle jest pra­wie dwa ki­lo­me­try stąd, ze­mdle­jesz na po­bo­czu, a gdy ktoś cię rano znaj­dzie, za­dzwoni po ka­retkę.

- Nie mam...

- Ubez­pie­cze­nia, wiem. Coś wy­my­ślimy. - Zła­pała go za ło­kieć. - Tędy. Mam łóżko szpi­talne w ga­bi­ne­cie nu­mer cztery. Bę­dzie ci tam wy­god­nie.

Był zbyt słaby, by się opie­rać. I choć nie chciał tego przy­znać, za­pewne miała ra­cję co do tego omdle­nia. Na­wet te­raz wszystko wi­ro­wało mu przed oczami, a sta­wia­nie jed­nej nogi przed drugą sta­no­wiło wy­zwa­nie.

Prze­szedł za nią ko­ry­ta­rzem, czu­jąc, jakby buty trek­kin­gowe były do­cią­żone pia­skiem.

Nocny po­byt w kli­nice, która nie za­trud­niała pra­cow­ni­ków do noc­nej opieki zdro­wot­nej - to bę­dzie kosz­to­wało for­tunę, któ­rej na pewno nie spłaci w naj­bliż­szym cza­sie. W gło­wie po­ja­wiły się mu wi­zje z dzie­ciń­stwa. Wia­do­mo­ści od wie­rzy­cieli, na­kazy eks­mi­sji, ucieczki z domu w środku nocy, które tata pró­bo­wał tłu­ma­czyć jako wy­prawy po przy­gody.

Od­su­nął od sie­bie te wspo­mnie­nia i sku­pił się na tym, by iść. Wszedł do po­koju i za­uwa­żył łóżko. Już pra­wie do­tarł na miej­sce. Jesz­cze tylko kilka kro­ków i w końcu bę­dzie mógł po­grążyć się w za­po­mnie­niu.

Roz­dział trzeci

Avery drze­mała, ale tro­ska o pa­cjenta znowu wy­rwała ją ze snu. Za­mru­gała, bo ra­ziła ją po­świata lamp z ko­ry­ta­rza. Jej ze­ga­rek Fit­bit wska­zy­wał, że jest 3.17 w nocy, czyli mi­nęło około sie­dem mi­nut, od­kąd ostat­nio na niego pa­trzyła. Kiedy wstała, włą­czyła się kli­ma­ty­za­cja, więc ob­jęła się rę­kami przed po­wie­wem zim­nego po­wie­trza.

Trzeci raz tej nocy wy­szła z biura, prze­szła przez ko­ry­tarz i otwo­rzyła drzwi do czwórki. Pa­cjent na­wet się nie po­ru­szył, kiedy świa­tło za­lało po­kój. Po­de­szła do łóżka i za­uwa­żyła mia­rowy ruch jego klatki pier­sio­wej. Kro­ple potu na jego czole świad­czyły o tym, że kro­plówka działa. Rano bę­dzie mo­gła go wy­pu­ścić.

Ta myśl ją za­kłuła. Cho­ciaż nie umiała spo­koj­nie spać, miło było ko­goś tu mieć. W ca­łym bu­dynku i w jej miesz­ka­niu w nocy pa­no­wała zu­pełna ci­sza. Avery czę­sto była sama - co nie ozna­cza, że była sa­motna. Wcale się tak nie czuła. Miała swoją pracę, ro­dzinę i przy­ja­ciół.

No do­brze, przy­ja­ciółkę. Ka­tie była tak na­prawdę je­dyną osobą spoza ro­dziny, która była jej bli­ska. Ale miała wielu zna­jo­mych i są­sia­dów, lu­dzi, któ­rzy się o nią trosz­czyli, a to prze­cież to samo, prawda?

Spoj­rzała na kro­plówkę i zmniej­szyła tempo wlewu.

Wes ci­cho jęk­nął. Koc, któ­rym go przy­kryła, le­żał ze­pchnięty na bok i zwi­sał nad ba­rierką. Miał na so­bie szpi­talną pi­żamę, w którą ka­zała mu się prze­brać, ale nie­do­kład­nie za­piął ją na szyi i zsu­nęła się, uka­zu­jąc jego umię­śnione barki.

Miała na­dzieję, że wy­każe się zdro­wym roz­sąd­kiem i bę­dzie od­po­czy­wać, do­póki cho­roba nie ustąpi, ale dłu­go­dy­stan­sowi wę­drowcy byli zde­ter­mi­no­wani. Nie on pierw­szy szedłby da­lej po­mimo cho­roby, by spro­stać ja­kie­muś na­rzu­co­nemu so­bie ter­mi­nowi i na­ba­wić się cze­goś jesz­cze gor­szego.

Przy­ło­żyła wierzch dłoni do jego czoła. Było go­rące. Wes za­drżał lekko, więc po­pra­wiła koc.

- Która go­dzina? - wy­chry­piał.

- Po trze­ciej. Jak się czu­jesz?

- Le­piej.

Przy­jęła te słowa z pewną dozą nie­uf­no­ści, bo wy­glą­dało na to, że upar­cie ba­ga­te­li­zuje nie­które swoje ob­jawy, a na­dal miał dość wy­soką go­rączkę, która da­wała ich mnó­stwo.

- Nie mu­sia­łaś zo­sta­wać. - Za­mknął oczy, a jej uwagę przy­cią­gnęły jego dłu­gie rzęsy, za które od­da­łaby swój ulu­biony prze­pis na brow­nie.

Wy­ja­śniła mu to już wczo­raj wie­czo­rem, ale po­wtó­rzyła:

- Moje miesz­ka­nie znaj­duje się na pię­trze, więc śpię w pracy. Krzycz, je­śli bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wać.

- Nic mi nie jest... - Le­d­wie skoń­czył to zda­nie, a jego od­dech znowu się wy­dłu­żył.

Był słaby jak nie­mowlę i bez wąt­pie­nia tkwił w szpo­nach wi­rusa. Może nie tak prędko wy­ru­szy w dal­szą drogę. Dzi­siaj była nie­dziela i kli­nika była za­mknięta. Avery nie miała po­wo­dów, by go wy­ga­niać. Poza tym był długi week­end z oka­zji Dnia Nie­pod­le­gło­ści czwar­tego lipca i zna­le­zie­nie mu noc­legu gra­ni­czy­łoby z cu­dem.

Avery obu­dził gło­śny trzask. Po­de­rwała się na łóżku i za­mru­gała przed świa­tłem dnia. To nie łóżko. To sofa. W końcu za­snęła, a te­raz była... siódma trzy­dzie­ści.

Z ko­ry­ta­rza do­biegł ją ko­lejny dźwięk i przy­po­mniała so­bie o swoim pa­cjen­cie. Zrzu­ciła koc i sko­czyła na równe nogi, po czym po­pę­dziła przez hol w stronę, z któ­rej do­bie­gał jęk.

Wes sie­dział na łóżku z od­piętą kro­plówką. Sto­jak le­żał prze­wró­cony na pod­ło­dze.

- Co ty ro­bisz?

- Prze­pra­szam za to.

- Po­łóż się i po­zwól się zba­dać.

- Nic mi nie jest. Za­ją­łem pani już dość czasu.

Przy­brała swoją naj­lep­szą le­kar­ską minę.

- To zaj­mie tylko mi­nutę. Po­łóż się, pro­szę.

Pa­trzył jej w oczy przez do­brych pięć se­kund, po czym jego szczęka drgnęła, a wraz z nią broda. Z po­zor­nie wiel­kim wy­sił­kiem pod­niósł nogi z po­wro­tem na łóżko i opadł na nie, a po­tem za­mknął oczy. Za­le­d­wie taki drobny ruch po­zba­wił go sił, a jego po­liczki na­dal pło­nęły od go­rączki.

Avery zba­dała jego pa­ra­me­try ży­ciowe. Ci­śnie­nie krwi i po­ziom sa­tu­ra­cji miał w nor­mie, ale tętno przy­spie­szone, cho­ciaż to za­pewne z wy­siłku. Wy­jęła ter­mo­metr z jego ust.

- Je­steś pra­wi­dłowo na­wod­niony, a pa­ra­me­try wy­glą­dają do­brze, z wy­jąt­kiem tem­pe­ra­tury. Masz trzy­dzie­ści osiem prze­ci­nek sie­dem stop­nia. Mu­sisz się czuć mocno roz­bity.

- Mo­głaby mi pani po­le­cić ja­kieś miej­sce w po­bliżu z łóż­kiem i prysz­ni­cem? Będę wdzięczny.

- Wiesz co? Od­pocz­nij chwilę, a ja za­dzwo­nię w kilka miejsc.

- Nie musi pani tego ro­bić. - Ale Wes już od­pły­wał. Niech bę­dzie. Po­trze­bo­wał od­po­czynku.

Wes otwo­rzył oczy i jego wzrok spo­czął na le­karce, która we­szła do po­koju. Chyba spał ja­kiś czas, bo te­raz po­kój za­le­wało świa­tło słońca. Poza tym le­karka miała włosy upięte w ku­cyk i prze­brała się w ko­szulę z koł­nie­rzy­kiem i biały ki­tel.

Z wiel­kim wy­sił­kiem usiadł. Bo­lała go głowa, a każdy mię­sień w jego ciele zda­wał się krzy­czeć. Ale skórę miał lepką, więc być może spa­dła mu go­rączka.

- Chyba smacz­nie się zdrzem­ną­łeś.

Po­tarł dło­nią twarz, czu­jąc pod nią kłu­jący za­rost.

- Która go­dzina?

- Parę mi­nut po dzie­sią­tej. Oba­wiam się, że mam złe wie­ści. Nie udało mi się zna­leźć dla cie­bie noc­legu. Ju­tro jest czwarty lipca, więc w ten week­end mamy duże ob­ło­że­nie.

- Wspo­mi­na­łaś coś o kem­pingu...

- Domki są pełne, ale na polu na­mio­to­wym ktoś od­wo­łał re­zer­wa­cję. Wy­daje mi się, że twarda zie­mia to nie jest od­po­wied­nie miej­sce na wra­ca­nie do zdro­wia przy in­fek­cji.

- Nic mi nie bę­dzie. Mam na­miot.

Le­karka przy­glą­dała mu się z enig­ma­tycz­nym wy­ra­zem twa­rzy.

- De­cy­zja oczy­wi­ście na­leży do cie­bie. Ale mo­żesz zo­stać tu przez ja­kiś czas. W nie­dzielę mamy za­mknięte, więc bę­dzie ci­cho.

Już krę­cił głową. Bę­dzie pła­cił za ten ob­jazd przez kli­nikę przez wiele mie­sięcy - i to aku­rat kiedy udało mu się pra­wie cał­ko­wi­cie spła­cić długi ojca.

- Dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale jak już mó­wi­łem, nie mam ubez­pie­cze­nia. I nie chcę ro­bić pro­blemu. - To był za­pewne je­dyny wolny dzień dla le­karki.

- Na pewno coś wy­my­ślimy.

- Czy to szyfr mó­wiący, że będę spła­cał raty aż do osią­gnię­cia wieku eme­ry­tal­nego?

Uśmiech­nęła się pół­gęb­kiem.

- Nie, to szyfr mó­wiący, że coś wy­my­ślimy. Spo­soby fi­nan­so­wa­nia w ma­łym mia­steczku by­wają kre­atywne. Po­wiedzmy, że mam do dys­po­zy­cji roczny za­pas świe­żych wa­rzyw. Drzwi do mo­jego miesz­ka­nia? Za­płata. A jak my­ślisz, jak sta­łam się wła­ści­cielką mo­jej uro­czej kotki?

- Kur­czę, wła­śnie skoń­czyły mi się wa­rzywa, drzwi i koty.

- Wi­dzę, że czu­jesz się le­piej. Jak po­wie­dzia­łam, coś wy­my­ślimy.

- Ile już je­stem pani wi­nien? Tak pi razy drzwi?

Za­darła głowę i pa­trzyła mu w oczy przez chwilę, po czym wy­mie­niła kwotę, od któ­rej znowu ob­lał się po­tem.

- Ale po­da­ruję ci dzi­siej­szy dzień, bo nie masz już kro­plówki i nie wy­ma­gasz wiel­kiej opieki. - Kwota, jaką wy­mie­niła, była równa po­by­towi w ho­telu, i to ta­kim, w ja­kim mógłby no­co­wać le­karz.

Wes miał opła­calne umie­jęt­no­ści, ale w Al­bany nie cze­kała na niego praca. Mu­siał też my­śleć o Lil­lian. Nie chciał za­czy­nać wspól­nego ży­cia od wy­grze­by­wa­nia się z dłu­gów.

Je­śli jed­nak miał być szczery, nie był pe­wien, czy uda mu się dojść aż na pole na­mio­towe, a nie mógł zła­pać stopa, je­śli za­ra­żał.

- To co po­wiesz? - Le­karka pa­trzyła na niego tymi swo­imi zie­lo­nymi oczami, z któ­rych nie umiał nic wy­czy­tać. - Zo­sta­niesz na jesz­cze jedną noc?

Zmę­cze­nie spra­wiało, że każdy ruch przy­po­mi­nał mu pły­wa­nie w sy­ro­pie. Przy­glą­dał się jej przez chwilę.

- Jest tu może prysz­nic?

- Tak. Przy­niosę ci też coś do je­dze­nia z de­li­ka­te­sów, je­śli masz ape­tyt. Na pewno umie­rasz z głodu.

Po­czuł, jak skręca go w pu­stym żo­łądku. Nie pa­mię­tał, co ostat­nio zjadł.

- Do­brze. Jesz­cze jedna noc.

Roz­dział czwarty

Palce Avery tań­czyły po kla­wia­tu­rze. Skła­da­nie wnio­sków o granty było dłu­gim, mę­czą­cym pro­ce­sem, ale na­brała już wprawy. Je­śli choć jedno po­da­nie zo­sta­nie po­zy­tyw­nie roz­pa­trzone, może speł­nią się jej mo­dli­twy o za­trud­nie­nie po­rząd­nego le­ka­rza.

Je­dy­nym dźwię­kiem w kli­nice był szum wody pod prysz­ni­cem po prze­ciw­nej stro­nie holu. Avery była nie­do­rzecz­nie za­do­wo­lona, że Wes po­sta­no­wił zo­stać. Oczy­wi­ście ze względu na jego słabe zdro­wie. Dzięki temu nie bę­dzie mu­siała się mar­twić, że prze­cho­dzi in­fek­cję na twar­dej ziemi w nie­zno­śnym upale. Dla jej spo­koju umy­słu tak było le­piej - i tyle.

Woda le­ciała już od ja­kie­goś czasu - miała na­dzieję, że We­sowi nic nie jest. Pew­nie nie za­znał luk­susu cie­płej wody od kilku ty­go­dni, a pod prysz­ni­cem były po­rę­cze i sie­dzi­sko, na któ­rym mógł od­po­cząć. Po­nie­waż nie raz zda­rzyło się, że ktoś na nią zwy­mio­to­wał, Avery czę­sto by­wała pod tym prysz­ni­cem.

Jej te­le­fon oznaj­mił na­dej­ście no­wej wia­do­mo­ści. Wcze­śniej dała ro­dzi­nie znać, że nie przyj­dzie do ko­ścioła, żeby się o nią nie mar­twili. Pew­nie chcieli wie­dzieć, czy zje z nimi lunch. Wia­do­mość była od Co­opera.

Co­oper: Gdzie je­steś?

Od­pi­sała.

Avery: W pracy.

Mi­nutę póź­niej aż pod­sko­czyła na dźwięk gło­śnego pu­ka­nia. Wstała, od­su­wa­jąc za sie­bie krze­sło, i po­de­szła do drzwi.

Kiedy je otwo­rzyła, zo­ba­czyła bujne brwi brata, ścią­gnięte nad głę­boko osa­dzo­nymi brą­zo­wymi oczami. Przy wzro­ście metr dzie­więć­dzie­siąt Co­oper gó­ro­wał nad nią, a w mun­du­rze sze­ryfa ro­bił im­po­nu­jące wra­że­nie.

- Co ty tu ro­bisz? - spy­tał.

- Czy to nie moja kwe­stia?

- Mó­wi­łaś, że w nocy mia­łaś pilny przy­pa­dek, przez który długo nie spa­łaś.

- Wła­śnie. - Te­raz po­winna chyba do­dać, że jej pa­cjent na­dal tu był. Ale za­zwy­czaj nie trzy­mała pa­cjen­tów w kli­nice, kiedy ostry stan mi­nął. A już na pewno nie ofe­ro­wała im prysz­nica i łóżka, w któ­rym mo­gli dojść do zdro­wia. A pro­pos, sły­szała stąd ci­chy szum wody w ła­zience.

- Wpu­ścisz mnie, czy nie?

Nie­chęt­nie od­su­nęła się na bok i za­mknęła drzwi, ale nie wy­szła z przed­sionka. Co­oper prze­chy­lił głowę i ko­smyk brą­zo­wych wło­sów opadł mu na czoło.

- No to co tak na­prawdę tu ro­bisz? Masz dzi­siaj wolne.

Wy­wró­ciła oczami.

- Wy­pi­suję wnio­sek o grant.

- Za dużo pra­cu­jesz. Po­win­naś le­piej o sie­bie za­dbać.

- Przy­ga­niał ko­cioł garn­kowi.

Spoj­rzał na nią spode łba, bez wąt­pie­nia chcąc wtrą­cić, że to zu­peł­nie co in­nego, ale jej unie­siona brew rzu­cała mu wy­zwa­nie. Po­dzia­łało.

- A te­raz ty po­wiedz, co tu­taj ro­bisz - do­dała.

- Czy ty cho­ciaż tro­chę je­steś za­in­te­re­so­wana Ric­kym Ro­dri­gu­ezem?

Avery za­mru­gała.

- To było głu­pie i nie­zręczne, na­wet jak na cie­bie.

- Dzi­siaj rano znowu o cie­bie py­tał. Jest sin­glem, ma do­brą pracę i po­dobno jest też cał­kiem przy­stojny.

- To flir­ciarz.

- Bez wąt­pie­nia. Ale wi­dać, że cię lubi. Od mie­sięcy jest tobą za­in­te­re­so­wany.

Avery przyj­rzała mu się uważ­niej.

- Ka­tie cię tu przy­słała, tak?

Po­tarł kark.

Zła­pany na go­rą­cym uczynku. Ka­tie może była dziew­czyną Co­opera, ale Avery do­brze ją znała, bo była też jej przy­ja­ciółką.

- Co to? Cof­nę­li­śmy się do szó­stej klasy? Nie po­trze­buję po­mocy w umó­wie­niu się na randkę i je­stem pewna, że Rick też nie.

- Ka­tie po­my­ślała, że może ze­chcia­ła­byś pójść na po­dwójną randkę z nami. No wiesz, żeby uła­twić sprawę, czy coś. Poza tym nie chcesz mu po­dać swo­jego nu­meru, a ja mam już dość wy­słu­chi­wa­nia, jak usy­cha z tę­sk­noty za tobą.

W od­le­głej czę­ści kli­niki prysz­nic ucichł. Avery zer­k­nęła w głąb ko­ry­ta­rza. Wes za chwilę wyj­dzie, a na­prawdę nie chciała wy­ja­śniać, dla­czego trzy­mała go tu­taj na ko­lejną noc. Na­wet nie była pewna od­po­wie­dzi.

- To co po­wiesz?

Mo­głaby po­wie­dzieć, że randki były stratą czasu, bo i tak nie za­mie­rzała ni­gdy wyjść za mąż. Ale nie była go­towa po­ru­szać jesz­cze tego te­matu.

- Jak już mó­wi­łam, i to wiele razy, sku­piam się te­raz tylko na pracy.

- Z tego, co wiem, twoja kli­nika działa i świet­nie so­bie ra­dzi. Może czas za­in­we­sto­wać w ży­cie to­wa­rzy­skie. Nie młod­nie­jesz, wiesz?

Zmru­żyła oczy.

- Se­rio?

- Tak tylko mó­wię. No weź, to miły fa­cet. Jedna randka. Co ci szko­dzi?

Z tyłu do­biegł ja­kiś dźwięk i Co­oper spoj­rzał w głąb ko­ry­ta­rza. Avery ze­sztyw­niała.

Włą­czyła się kli­ma­ty­za­cja. Za­pewne przy­pi­sał ha­łas dzia­ła­niu urzą­dze­nia, bo po­now­nie zwró­cił uwagę na Avery. Wes mógł jed­nak w każ­dej chwili wyjść z ła­zienki - i oby miał na so­bie coś wię­cej niż tylko ręcz­nik... Czy on w ogóle miał czy­ste ubra­nia?

Te­raz zdała so­bie sprawę, że de­cy­zja, by po­zwo­lić mu zo­stać, była nie­pro­fe­sjo­nalna.

- Zgódź się. Jedna randka. Je­śli mię­dzy wami nie za­iskrzy, już ni­gdy wię­cej o nim nie wspo­mnę.

Prze­su­nęła się w stronę drzwi. Mu­siała wy­pro­wa­dzić stąd Co­opa.

- Niech bę­dzie, jedna randka.

Uniósł brwi.

- Se­rio?

- No prze­cież po­wie­dzia­łam. - Otwo­rzyła drzwi.

Twarz Co­opera się roz­luź­niła i prze­kro­czył próg.

- To świet­nie. Po­wiem Ric­kowi, żeby do cie­bie za­dzwo­nił i wszystko usta­limy.

- Do­brze, do­brze. - Już miała za­mknąć drzwi. - Cze­kaj! Nie da­waj mu mo­jego nu­meru... Co­oper!

Ale on już zszedł ze schod­ków i za­cho­wy­wał się tak, jakby nie usły­szał ani słowa.

Avery po­dzię­ko­wała na­sto­lat­kowi pra­cu­ją­cemu w de­li­ka­te­sach Grab'n'Go i za­mknęła drzwi kli­niki. W bu­dynku pa­no­wała ci­sza i chłód kli­ma­ty­za­cji. Za­pach świe­żego chleba uno­szący się z to­rebki przy­pra­wił ją o bur­cze­nie brzu­cha. Po­ło­żyła ją na bla­cie i po­szła spraw­dzić, co u pa­cjenta. Po śnia­da­niu znowu do­stał go­rączki i od tam­tej pory spał. Ale te­raz do­cho­dziła już szó­sta i po­wi­nien coś zjeść.

Wes znowu zrzu­cił z sie­bie koc, od­sła­nia­jąc szorty i czarny T-shirt, w które prze­brał się po prysz­nicu. Jego włosy wy­schły i uło­żyły się w godne po­zaz­drosz­cze­nia ciemne blond fale. Cho­ciaż z tym za­ro­stem wy­glą­dał po­nuro, wy­da­wał się mi­łym fa­ce­tem. Nie iry­to­wał się po­mimo od­czu­wa­nego dys­kom­fortu. Za­cho­wy­wał sto­icki spo­kój. Na szafce przy jego łóżku stały dwie pu­ste bu­telki po wo­dzie.

Po­ru­szył się i spoj­rzał na nią tymi swo­imi nie­bie­skimi oczami.

- Która go­dzina?

- Do­cho­dzi osiem­na­sta. Długo spa­łeś. Jak się czu­jesz?

- Le­piej.

Zmie­rzyła mu tem­pe­ra­turę. Mi­nęło po­nad sześć go­dzin, od­kąd po­dała mu ibu­pro­fen. Kiedy ter­mo­metr za­pisz­czał, od­czy­tała wy­nik.

- Znowu spa­dła ci go­rączka. Je­steś głodny? Przy­nie­śli je­dze­nie z de­li­ka­te­sów.

Zwil­żył usta.

- Wa­sze de­li­ka­tesy do­wożą je­dze­nie?

- Je­śli ma się zna­jo­mo­ści. Sie­dzisz cały dzień w za­mknię­ciu, chciał­byś zjeść na ta­ra­sie z tyłu? Jest przy­jemny wie­czór.

- Pew­nie. - Z pew­nym wy­sił­kiem prze­rzu­cił nogi za kra­wędź łóżka i usiadł. - Kli­nika ma ta­ras na ty­łach?

Uśmiech­nęła się.

- Cśśś, ni­komu nie mów. Aha, tu jest twoja ko­mórka. Mam ten sam mo­del, więc po­zwo­li­łam so­bie ją na­ła­do­wać, gdy­byś chciał się z kimś skon­tak­to­wać.

- Dzięki. - We­pchnął te­le­fon do kie­szeni.

Wzięła je­dze­nie i za­pro­wa­dziła go do swo­jego biura, a po­tem przez drzwi fran­cu­skie na ze­wnątrz.

Gdy zna­leźli się na ta­ra­sie, Wes opadł na jedno z wy­ście­ła­nych po­du­chami krze­seł, od­dy­cha­jąc ciężko.

Avery usa­do­wiła się obok niego, wy­jęła po­jem­nik z zupą i ka­napkę z to­rebki i po­ło­żyła na stole mię­dzy nimi, łącz­nie z pla­sti­ko­wymi sztuć­cami i dwiema bu­tel­kami wody.

Zje­dli w ci­szy, wy­peł­nia­nej ćwier­ka­niem pta­ków i po­pi­ski­wa­niem wie­wió­rek oraz szu­mem rzeki pły­ną­cej za po­se­sją. Za­wsze lu­biła ci­che dźwięki na­tury. Cho­ciaż domy stały bli­sko sie­bie, pu­sto­szały po go­dzi­nach za­mknię­cia skle­pów. W tej czę­ści ulicy tylko ona miesz­kała nad swoim lo­ka­lem.

Wes od­chrząk­nął.

- Tro­chę mi wstyd, że py­tam o to te­raz, ale...

- Co?

- Nie usły­sza­łem wczo­raj, jak ma pani na imię.

- By­łeś pół­przy­tomny. Avery Ro­bin­son.

- Miło pa­nią po­znać, dok­tor Ro­bin­son.

- Pro­szę, mów mi po imie­niu. W tych stro­nach da­ru­jemy so­bie for­mal­no­ści.

- A więc to twoja kli­nika? Wspo­mi­na­łaś coś o miesz­ka­niu na gó­rze.

- Moja i banku. - Z ubez­pie­cze­nia po ma­mie spła­ciła długi za­cią­gnięte na stu­dia me­dyczne, a resztę pie­nię­dzy wy­ko­rzy­stała jako wkład wła­sny na kli­nikę.

- Sama ją pro­wa­dzisz?

- Nie, co ty. Mam dwie pie­lę­gniarki, jedną z upraw­nie­niem do wy­pi­sy­wa­nia re­cept i pra­cow­nicę biura. Cho­ciaż przy­dałby mi się do­dat­kowy le­karz, ale przyj­dzie mi pew­nie na to po­cze­kać. - A tym­cza­sem bę­dzie mu­siała pra­co­wać po sie­dem­dzie­siąt go­dzin ty­go­dniowo.

Wes ugryzł ka­napkę i po­ki­wał głową.

- Do­bre.

- Ulu­biona ka­napka mo­jego brata. Ja naj­bar­dziej lu­bię sa­łatkę z kur­cza­kiem, ale uzna­łam, że to może być za dużo jak na twój żo­łą­dek.

- Masz oprócz niego ja­kieś ro­dzeń­stwo?

- Tak. Dru­giego star­szego brata.

- Dwóch chło­pa­ków i jedna dziew­czyna. Ty­powa ame­ry­kań­ska ro­dzinka, co?

Prych­nęła.

- Nie do końca. Mój tata był wcze­śniej żo­naty. Z moją mamą. Ale ona umarła. Po­tem po­znał Lisę i się za­ko­chał... A Co­oper i Ga­vin byli w pa­kie­cie.

- Pat­chwor­kowa ro­dzina. De­li­katna sprawa.

- By­wało trudno. Rów­nież przeze mnie. Ale w końcu się mię­dzy nami uło­żyło. A ty? Masz ro­dzeń­stwo?

- Je­stem je­dy­na­kiem. - Urwał, jakby kon­tem­plo­wał na­stępny kęs ka­napki. - Przy­kro mi z po­wodu two­jej straty. Moja mama też zmarła, gdy by­łem dziec­kiem.

Serce Avery ści­snęło się w piersi, czę­ściowo z po­wodu wspo­mnie­nia wła­snego bólu, a tro­chę ze współ­czu­cia do Wesa.

- Przy­kro mi. To dla dziecka trudne do znie­sie­nia. A co po­ra­biasz, kiedy nie wę­dru­jesz Szla­kiem Ap­pa­la­chów?

Uniósł pa­lec i skoń­czył prze­żu­wać.

- Ostat­nie kilka lat spę­dzi­łem w Ame­ryce Po­łu­dnio­wej i pra­co­wa­łem dla Emer­gency Shel­ter In­ter­na­tio­nal. Przed­tem ro­bi­łem różne rze­czy.

Avery uśmiech­nęła się do sie­bie na tę wy­mi­ja­jącą od­po­wiedź.

- Skąd po­cho­dzisz?

- Ze Środ­ko­wego Za­chodu. W dzie­ciń­stwie bar­dzo czę­sto się prze­pro­wa­dza­łem. Przez ja­kiś czas miesz­ka­łem w In­dia­na­po­lis.

- To tam po­je­dziesz, gdy ukoń­czysz szlak?

Już miał coś po­wie­dzieć, ale się za­wa­hał. Na­stała nie­zręczna ci­sza. Avery czę­sto pro­wa­dziła pro­fe­sjo­nalne roz­mowy z pa­cjen­tami i po­wierz­chowne po­ga­duszki z są­sia­dami, ale poza tym nie miała wprawy w kon­tak­tach spo­łecz­nych.

- Prze­pra­szam, nie mu­sisz od­po­wia­dać na moje py­ta­nia. Wy­gląda na to, że nie przy­wy­kłam do to­wa­rzy­stwa.

- W po­rządku. Za­mie­rzam za­miesz­kać w Al­bany, kiedy ukoń­czę szlak.

- Bra­kuje ci mroź­nych zim?

Wy­mie­nili uśmie­chy. A przy­naj­mniej wy­da­wało jej się, że się uśmiech­nął. Jego oczy zmarsz­czyły się w ką­ci­kach, a wąsy lekko drgnęły. Miał nie­sa­mo­wite oczy w pięk­nym nie­bie­skim ko­lo­rze, który przy­po­mi­nał jej dzwo­neczki ro­snące na ty­łach po­se­sji za sto­dołą.

- Kto ma naj­lep­sze lata za sobą? - spy­tał.

- Co?

Zwi­nął pa­pie­rek po ka­napce z gło­śnym sze­le­stem za­kłó­ca­ją­cym ci­szę wie­czoru.

- Mia­łaś wcze­śniej torbę z ta­kim na­pi­sem.

- Aha. - Za­śmiała się. - To ja. Do­bi­łam trzy­dziestki i mój brat uznał, że to za­bawne.

- Wczo­raj mia­łaś uro­dziny... I spę­dzi­łaś wie­czór, opie­ku­jąc się mną.

- Taka praca. A poza tym i tak by­łam już po im­pre­zie.

Po­wiódł po niej wzro­kiem. Choć trwało to tylko chwilę, po­czuła dreszcz na ra­mio­nach.

- Nie wy­glą­dasz, jak­byś wy­bie­rała się na tam­ten świat - po­wie­dział tym swoim ochry­płym gło­sem.

- Ależ pan mi schle­bia. - Jej po­liczki zro­biły się go­rące. Ja­kie ża­ło­sne mu­siało być jej ży­cie, je­śli uzna­wała to za kom­ple­ment. Do­brze by jej też zro­biło prze­łą­cze­nie się na współ­cze­sny ję­zyk. - Prze­pra­szam. Chyba czy­tam za dużo Jane Au­sten.

Brzę­cze­nie dzwonka do drzwi roz­brzmiało po­nad szu­mem rzeki. Ucie­szyła się, że im prze­rwano. To pew­nie nie na­gły przy­pa­dek, bo wtedy lu­dzie dzwo­nili pod wska­zany nu­mer.

- Czy nikt już nie pi­sze ese­me­sów? - wy­mam­ro­tała, wsta­jąc. Po czym zwró­ciła się do Wesa: - Za­raz wrócę.