Rozdział czwarty
Palce Avery tańczyły po klawiaturze. Składanie wniosków o granty było długim, męczącym procesem, ale nabrała już wprawy. Jeśli choć jedno podanie zostanie pozytywnie rozpatrzone, może spełnią się jej modlitwy o zatrudnienie porządnego lekarza.
Jedynym dźwiękiem w klinice był szum wody pod prysznicem po przeciwnej stronie holu. Avery była niedorzecznie zadowolona, że Wes postanowił zostać. Oczywiście ze względu na jego słabe zdrowie. Dzięki temu nie będzie musiała się martwić, że przechodzi infekcję na twardej ziemi w nieznośnym upale. Dla jej spokoju umysłu tak było lepiej - i tyle.
Woda leciała już od jakiegoś czasu - miała nadzieję, że Wesowi nic nie jest. Pewnie nie zaznał luksusu ciepłej wody od kilku tygodni, a pod prysznicem były poręcze i siedzisko, na którym mógł odpocząć. Ponieważ nie raz zdarzyło się, że ktoś na nią zwymiotował, Avery często bywała pod tym prysznicem.
Jej telefon oznajmił nadejście nowej wiadomości. Wcześniej dała rodzinie znać, że nie przyjdzie do kościoła, żeby się o nią nie martwili. Pewnie chcieli wiedzieć, czy zje z nimi lunch. Wiadomość była od Coopera.
Cooper: Gdzie jesteś?
Odpisała.
Avery: W pracy.
Minutę później aż podskoczyła na dźwięk głośnego pukania. Wstała, odsuwając za siebie krzesło, i podeszła do drzwi.
Kiedy je otworzyła, zobaczyła bujne brwi brata, ściągnięte nad głęboko osadzonymi brązowymi oczami. Przy wzroście metr dziewięćdziesiąt Cooper górował nad nią, a w mundurze szeryfa robił imponujące wrażenie.
- Co ty tu robisz? - spytał.
- Czy to nie moja kwestia?
- Mówiłaś, że w nocy miałaś pilny przypadek, przez który długo nie spałaś.
- Właśnie. - Teraz powinna chyba dodać, że jej pacjent nadal tu był. Ale zazwyczaj nie trzymała pacjentów w klinice, kiedy ostry stan minął. A już na pewno nie oferowała im prysznica i łóżka, w którym mogli dojść do zdrowia. A propos, słyszała stąd cichy szum wody w łazience.
- Wpuścisz mnie, czy nie?
Niechętnie odsunęła się na bok i zamknęła drzwi, ale nie wyszła z przedsionka. Cooper przechylił głowę i kosmyk brązowych włosów opadł mu na czoło.
- No to co tak naprawdę tu robisz? Masz dzisiaj wolne.
Wywróciła oczami.
- Wypisuję wniosek o grant.
- Za dużo pracujesz. Powinnaś lepiej o siebie zadbać.
- Przyganiał kocioł garnkowi.
Spojrzał na nią spode łba, bez wątpienia chcąc wtrącić, że to zupełnie co innego, ale jej uniesiona brew rzucała mu wyzwanie. Podziałało.
- A teraz ty powiedz, co tutaj robisz - dodała.
- Czy ty chociaż trochę jesteś zainteresowana Rickym Rodriguezem?
Avery zamrugała.
- To było głupie i niezręczne, nawet jak na ciebie.
- Dzisiaj rano znowu o ciebie pytał. Jest singlem, ma dobrą pracę i podobno jest też całkiem przystojny.
- To flirciarz.
- Bez wątpienia. Ale widać, że cię lubi. Od miesięcy jest tobą zainteresowany.
Avery przyjrzała mu się uważniej.
- Katie cię tu przysłała, tak?
Potarł kark.
Złapany na gorącym uczynku. Katie może była dziewczyną Coopera, ale Avery dobrze ją znała, bo była też jej przyjaciółką.
- Co to? Cofnęliśmy się do szóstej klasy? Nie potrzebuję pomocy w umówieniu się na randkę i jestem pewna, że Rick też nie.
- Katie pomyślała, że może zechciałabyś pójść na podwójną randkę z nami. No wiesz, żeby ułatwić sprawę, czy coś. Poza tym nie chcesz mu podać swojego numeru, a ja mam już dość wysłuchiwania, jak usycha z tęsknoty za tobą.
W odległej części kliniki prysznic ucichł. Avery zerknęła w głąb korytarza. Wes za chwilę wyjdzie, a naprawdę nie chciała wyjaśniać, dlaczego trzymała go tutaj na kolejną noc. Nawet nie była pewna odpowiedzi.
- To co powiesz?
Mogłaby powiedzieć, że randki były stratą czasu, bo i tak nie zamierzała nigdy wyjść za mąż. Ale nie była gotowa poruszać jeszcze tego tematu.
- Jak już mówiłam, i to wiele razy, skupiam się teraz tylko na pracy.
- Z tego, co wiem, twoja klinika działa i świetnie sobie radzi. Może czas zainwestować w życie towarzyskie. Nie młodniejesz, wiesz?
Zmrużyła oczy.
- Serio?
- Tak tylko mówię. No weź, to miły facet. Jedna randka. Co ci szkodzi?
Z tyłu dobiegł jakiś dźwięk i Cooper spojrzał w głąb korytarza. Avery zesztywniała.
Włączyła się klimatyzacja. Zapewne przypisał hałas działaniu urządzenia, bo ponownie zwrócił uwagę na Avery. Wes mógł jednak w każdej chwili wyjść z łazienki - i oby miał na sobie coś więcej niż tylko ręcznik... Czy on w ogóle miał czyste ubrania?
Teraz zdała sobie sprawę, że decyzja, by pozwolić mu zostać, była nieprofesjonalna.
- Zgódź się. Jedna randka. Jeśli między wami nie zaiskrzy, już nigdy więcej o nim nie wspomnę.
Przesunęła się w stronę drzwi. Musiała wyprowadzić stąd Coopa.
- Niech będzie, jedna randka.
Uniósł brwi.
- Serio?
- No przecież powiedziałam. - Otworzyła drzwi.
Twarz Coopera się rozluźniła i przekroczył próg.
- To świetnie. Powiem Rickowi, żeby do ciebie zadzwonił i wszystko ustalimy.
- Dobrze, dobrze. - Już miała zamknąć drzwi. - Czekaj! Nie dawaj mu mojego numeru... Cooper!
Ale on już zszedł ze schodków i zachowywał się tak, jakby nie usłyszał ani słowa.
Avery podziękowała nastolatkowi pracującemu w delikatesach Grab'n'Go i zamknęła drzwi kliniki. W budynku panowała cisza i chłód klimatyzacji. Zapach świeżego chleba unoszący się z torebki przyprawił ją o burczenie brzucha. Położyła ją na blacie i poszła sprawdzić, co u pacjenta. Po śniadaniu znowu dostał gorączki i od tamtej pory spał. Ale teraz dochodziła już szósta i powinien coś zjeść.
Wes znowu zrzucił z siebie koc, odsłaniając szorty i czarny T-shirt, w które przebrał się po prysznicu. Jego włosy wyschły i ułożyły się w godne pozazdroszczenia ciemne blond fale. Chociaż z tym zarostem wyglądał ponuro, wydawał się miłym facetem. Nie irytował się pomimo odczuwanego dyskomfortu. Zachowywał stoicki spokój. Na szafce przy jego łóżku stały dwie puste butelki po wodzie.
Poruszył się i spojrzał na nią tymi swoimi niebieskimi oczami.
- Która godzina?
- Dochodzi osiemnasta. Długo spałeś. Jak się czujesz?
- Lepiej.
Zmierzyła mu temperaturę. Minęło ponad sześć godzin, odkąd podała mu ibuprofen. Kiedy termometr zapiszczał, odczytała wynik.
- Znowu spadła ci gorączka. Jesteś głodny? Przynieśli jedzenie z delikatesów.
Zwilżył usta.
- Wasze delikatesy dowożą jedzenie?
- Jeśli ma się znajomości. Siedzisz cały dzień w zamknięciu, chciałbyś zjeść na tarasie z tyłu? Jest przyjemny wieczór.
- Pewnie. - Z pewnym wysiłkiem przerzucił nogi za krawędź łóżka i usiadł. - Klinika ma taras na tyłach?
Uśmiechnęła się.
- Cśśś, nikomu nie mów. Aha, tu jest twoja komórka. Mam ten sam model, więc pozwoliłam sobie ją naładować, gdybyś chciał się z kimś skontaktować.
- Dzięki. - Wepchnął telefon do kieszeni.
Wzięła jedzenie i zaprowadziła go do swojego biura, a potem przez drzwi francuskie na zewnątrz.
Gdy znaleźli się na tarasie, Wes opadł na jedno z wyściełanych poduchami krzeseł, oddychając ciężko.
Avery usadowiła się obok niego, wyjęła pojemnik z zupą i kanapkę z torebki i położyła na stole między nimi, łącznie z plastikowymi sztućcami i dwiema butelkami wody.
Zjedli w ciszy, wypełnianej ćwierkaniem ptaków i popiskiwaniem wiewiórek oraz szumem rzeki płynącej za posesją. Zawsze lubiła ciche dźwięki natury. Chociaż domy stały blisko siebie, pustoszały po godzinach zamknięcia sklepów. W tej części ulicy tylko ona mieszkała nad swoim lokalem.
Wes odchrząknął.
- Trochę mi wstyd, że pytam o to teraz, ale...
- Co?
- Nie usłyszałem wczoraj, jak ma pani na imię.
- Byłeś półprzytomny. Avery Robinson.
- Miło panią poznać, doktor Robinson.
- Proszę, mów mi po imieniu. W tych stronach darujemy sobie formalności.
- A więc to twoja klinika? Wspominałaś coś o mieszkaniu na górze.
- Moja i banku. - Z ubezpieczenia po mamie spłaciła długi zaciągnięte na studia medyczne, a resztę pieniędzy wykorzystała jako wkład własny na klinikę.
- Sama ją prowadzisz?
- Nie, co ty. Mam dwie pielęgniarki, jedną z uprawnieniem do wypisywania recept i pracownicę biura. Chociaż przydałby mi się dodatkowy lekarz, ale przyjdzie mi pewnie na to poczekać. - A tymczasem będzie musiała pracować po siedemdziesiąt godzin tygodniowo.
Wes ugryzł kanapkę i pokiwał głową.
- Dobre.
- Ulubiona kanapka mojego brata. Ja najbardziej lubię sałatkę z kurczakiem, ale uznałam, że to może być za dużo jak na twój żołądek.
- Masz oprócz niego jakieś rodzeństwo?
- Tak. Drugiego starszego brata.
- Dwóch chłopaków i jedna dziewczyna. Typowa amerykańska rodzinka, co?
Prychnęła.
- Nie do końca. Mój tata był wcześniej żonaty. Z moją mamą. Ale ona umarła. Potem poznał Lisę i się zakochał... A Cooper i Gavin byli w pakiecie.
- Patchworkowa rodzina. Delikatna sprawa.
- Bywało trudno. Również przeze mnie. Ale w końcu się między nami ułożyło. A ty? Masz rodzeństwo?
- Jestem jedynakiem. - Urwał, jakby kontemplował następny kęs kanapki. - Przykro mi z powodu twojej straty. Moja mama też zmarła, gdy byłem dzieckiem.
Serce Avery ścisnęło się w piersi, częściowo z powodu wspomnienia własnego bólu, a trochę ze współczucia do Wesa.
- Przykro mi. To dla dziecka trudne do zniesienia. A co porabiasz, kiedy nie wędrujesz Szlakiem Appalachów?
Uniósł palec i skończył przeżuwać.
- Ostatnie kilka lat spędziłem w Ameryce Południowej i pracowałem dla Emergency Shelter International. Przedtem robiłem różne rzeczy.
Avery uśmiechnęła się do siebie na tę wymijającą odpowiedź.
- Skąd pochodzisz?
- Ze Środkowego Zachodu. W dzieciństwie bardzo często się przeprowadzałem. Przez jakiś czas mieszkałem w Indianapolis.
- To tam pojedziesz, gdy ukończysz szlak?
Już miał coś powiedzieć, ale się zawahał. Nastała niezręczna cisza. Avery często prowadziła profesjonalne rozmowy z pacjentami i powierzchowne pogaduszki z sąsiadami, ale poza tym nie miała wprawy w kontaktach społecznych.
- Przepraszam, nie musisz odpowiadać na moje pytania. Wygląda na to, że nie przywykłam do towarzystwa.
- W porządku. Zamierzam zamieszkać w Albany, kiedy ukończę szlak.
- Brakuje ci mroźnych zim?
Wymienili uśmiechy. A przynajmniej wydawało jej się, że się uśmiechnął. Jego oczy zmarszczyły się w kącikach, a wąsy lekko drgnęły. Miał niesamowite oczy w pięknym niebieskim kolorze, który przypominał jej dzwoneczki rosnące na tyłach posesji za stodołą.
- Kto ma najlepsze lata za sobą? - spytał.
- Co?
Zwinął papierek po kanapce z głośnym szelestem zakłócającym ciszę wieczoru.
- Miałaś wcześniej torbę z takim napisem.
- Aha. - Zaśmiała się. - To ja. Dobiłam trzydziestki i mój brat uznał, że to zabawne.
- Wczoraj miałaś urodziny... I spędziłaś wieczór, opiekując się mną.
- Taka praca. A poza tym i tak byłam już po imprezie.
Powiódł po niej wzrokiem. Choć trwało to tylko chwilę, poczuła dreszcz na ramionach.
- Nie wyglądasz, jakbyś wybierała się na tamten świat - powiedział tym swoim ochrypłym głosem.
- Ależ pan mi schlebia. - Jej policzki zrobiły się gorące. Jakie żałosne musiało być jej życie, jeśli uznawała to za komplement. Dobrze by jej też zrobiło przełączenie się na współczesny język. - Przepraszam. Chyba czytam za dużo Jane Austen.
Brzęczenie dzwonka do drzwi rozbrzmiało ponad szumem rzeki. Ucieszyła się, że im przerwano. To pewnie nie nagły przypadek, bo wtedy ludzie dzwonili pod wskazany numer.
- Czy nikt już nie pisze esemesów? - wymamrotała, wstając. Po czym zwróciła się do Wesa: - Zaraz wrócę.