1
Ty szczeniaku, jeśli jeszcze raz choć na nią spojrzysz, pogruchoczę ci wszystkie cztery łapy.
Gdyby Dallas jej nie obroniła, Loren Calla prawdopodobnie zwiałaby właśnie w tym momencie przez metalowe drzwi klubu. Gęsta mgiełka z suchego lodu ścieląca się na parkiecie Jej Piekielnej Wysokości w żaden sposób nie skrywała setek twarzy i pełnych ciekawości oczu zwróconych ku scenie rozgrywającej się pod niebieskimi stroboskopami.
Wilkołak stojący przed Loren - na dwóch całkowicie ludzkich nogach, co nie do końca współgrało ze zniewagą Dallas - wylał jej na głowę cały kufel piwa. Złote włosy Loren przykleiły się jej do pleców, biały materiał krótkiej, obcisłej sukienki przemókł i stał się prześwitujący. Piwo pochodziło wprost z nalewaka, jednak mimo tego, że było zimne, jej ciało zapłonęło z zażenowania.
Czarownice takie jak Dallas zwykle całkiem nieźle dogadywały się z wilkami. Gdyby nie fakt, że Loren była człowiekiem i w związku z tym nie do końca przynależała do Angelthene - zwanego również Miastem Wiecznych Serc, buzującej metropolii gromadzącej i faworyzującej nieśmiertelnych - ta noc może przebiegłaby bez podobnych incydentów. Może jej przyjaciółka i przybrana siostra, czystokrwista venefika szanowana o wiele bardziej niż Loren, nie musiałaby wkraczać do akcji i jej bronić.
Kiedy wilkołak zatoczył się w kierunku Loren i zaprosił ją do tańca, podziękowała tak grzecznie, jak to tylko możliwe. Okazało się, że źle reagował na odmowę, niezależnie od tego, jak była kulturalna. Ale to był dziewczyński wypad; Dallas wyraziła się wystarczająco jasno, nim zaciągnęła Loren i Sabrinę Van Arsdell, zajętą właśnie kupowaniem drinków po drugiej stronie sali, na clubbing. Dallas nigdy by nie pozwoliła, żeby lato zakończyło się bez odpowiedniego pierdolnięcia, szczególnie to konkretne lato, przed rozpoczęciem nauki na pierwszym roku w Akademii Magii Angelthene.
I choć większość dziewczyn w wieku Loren bez wahania wyskoczyłaby na miasto, by szaleć do białego rana, ona marzyła tylko o tym, by zapaść się w kanapę. Kanapy były bezpieczne. Kanapy były zwyczajne. A Loren lubiła, by w jej życiu wszystko było właśnie takie.
Ogniste oczy wilka rozbłysły gniewnie, gdy obrzucił Loren niechętnym spojrzeniem, a jego dłonie aż drżały mu u boków, gdy walczył z przemianą. Wśród mieszaniny potu, rzygowin i dymu papierosowego rozszedł się zapach mokrego psa.
- A ona to ochrona przed napastnikami czy napastującymi? - rzucił, wskazując na Dallas.
- Siostra - wycedziła Loren drżącym głosem. Zacisnęła pięści, aż paznokcie wbiły jej się we wnętrza dłoni. - I właśnie nadepnąłeś jej na odcisk.
Popatrzył między nią i Dallas.
- Człowiek z czarownicą jako siostrą? - sarknął. - Bierzesz mnie za głupka?
- Najwyraźniej właśnie nim jesteś - odparła Dallas chłodno - ponieważ dopiero co cię ostrzegałam, że połamię ci łapy, jeśli ponownie na nią spojrzysz.
- Chcesz załatwić to na zewnątrz, venefika? - wywarczał.
Drugi wilkołak, w kurtce z logo UMA, pojawił się u boku kumpla. W jego wzroku kryła się przezorność i choć muzyka dudniła w całym budynku i wibrowała pod perłowymi, skórzanymi czółenkami Loren, nie potrzebowała słuchu nieśmiertelnych, by dotarły do niej słowa, które wysyczał do jego ucha.
- Odpuść, Jerome. To Dallas Bright.
Gdziekolwiek spojrzała, otaczały ją ciekawskie spojrzenia. Nerwowo splotła palce przed sobą, wbijając wzrok w brudną podłogę. I po raz setny tego wieczora żałowała, że nie posiadła umiejętności stawania się niewidzialną. Albo przynajmniej teleportowania się z powrotem do wnętrza bezpiecznej i zwyczajnej sypialni w penthousie.
Gdy zaryzykowała uniesienie głowy, dojrzała półczarownicę Sabrinę zmierzającą w ich kierunku - z dłonią osłaniającą kieliszek i łokciami sprawnie rozpychającymi klubowiczów na boki, z zaskakującą siłą jak na osobę jej postury. Zmrużyła lekko skośne, głęboko osadzone oczy, gdy dostrzegła ociekającą piwem Loren i wściekłą Dallas, której wyraz twarzy jasno sugerował chęć mordu.
- Co jest? - zapytała ostro.
Jerome nawet nie raczył na nią spojrzeć.
- Nie wtykaj nosa w cudze sprawy, mieszańcu.
Ta wyraźna obelga sprawiła, że Dallas posłała wilkom lodowaty uśmieszek. Loren na ten widok zesztywniała.
"Zaczyna się" - pomyślała.
Dallas zrobiła krok do przodu, rude włosy zakołysały się jej na wysokości bioder. Zacisnęła złotą, poznaczoną piegami dłoń na dwudziestocentymetrowej jesionowej fokus.
- Chłopcy, gdybyście myśleli właściwymi główkami, wzięlibyście dupy w troki, zanim pozakładam wam kagańce. - Bryła ametystu osadzona w plątaninie gałązek na czubku różdżki zajarzyła się pulsującym blaskiem. Magia zaiskrzyła, a jej zapach, przypominający dym ze zdmuchniętych świeczek urodzinowych, osiadł na języku Loren, przenikając przez jej drogi oddechowe.
Jednakże Jerome zdawał się zupełnie nie przejmować tym, z kim ma do czynienia, nawet stojącą przed nim czystokrwistą venefiką rzucającą pioruny ze srebrno-zielonych oczu. Ojciec Dallas pełnił funkcję generała we Flocie Powietrznej, oficjalnej sile militarnej państwa, odpowiadającej za lotnictwo wojskowe. Groźby rzucane przez córkę Czerwonego Barona przekonałyby większość osób do ustąpienia, jednak najwyraźniej ten szczeniak naprawdę nie wiedział, jak myśleć odpowiednią główką.
A może był zwyczajnie zbyt pijany, by się zorientować, że trafiła kosa na kamień.
- Dobra, dobra, wystarczy tego - rozległ się głęboki głos. Napięcie stopniało, gdy wszyscy w klubie zwrócili się ku dwumetrowemu czarownikowi robiącemu za bramkarza, przepychającemu się przez tłok umięśnionymi rękoma. Obrzucił ich grupkę chłodnym spojrzeniem. - Znacie zasady: kto zaczyna zadymę, wylatuje.
Jerome uniósł dłonie w obronnym geście i wycofał się w tłum; jego przyjaciel podążył za nim.
- To nie ja sprawiam problemy, psze pana. Kto inny tu grozi swoją fokus.
Dallas okręciła się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z Jerome'em, aż pasmo włosów wpadło jej do ust.
- Ty zacząłeś, oblewając piwem moją przyjaciółkę, dupku!
Ruszyła w jego stronę, jednak Loren zrobiła krok do przodu i chwyciła ją za ramię.
- Odpuść, Dallas! - Jej głos był ledwie skrzekiem, każde słowo drżało jeszcze bardziej niż jej nogi. - Nie jest tego wart.
Wilkołaki zniknęły w gęstym tłumie, a bramkarz - po tym, jak posłał w stronę Loren i jej przyjaciółek kilka surowych słów - wrócił na swoje stanowisko przy drzwiach. A kiedy atrakcje dobiegły końca, postronni obserwatorzy wrócili do tańczenia i picia, wreszcie odlepiając swoje spojrzenia od Loren.
Sabrina skrzywiła się wyraźnie, gdy zerknęła na telefon; ekran podświetlił jej jedwabiście czarne włosy i ostre rysy twarzy o barwie ciemnego miodu.
- Dziewczyny, dochodzi Godzina Wiedźm. Powinnyśmy złapać taksówkę.
No szlag.
Loren wyciągnęła własny telefon z torebki przewieszonej na skos przez ramię, by samej sprawdzić czas - jakby w pobożnym życzeniu, że zobaczy inne cyfry. Właśnie zrobiły jedyną rzecz, której Loren zawsze przysięgała unikać po zachodzie słońca: straciły poczucie czasu. Miejskie autobusy już nie jeździły, więc taksówka była ich jedyną opcją.
Dallas zamruczała zamyślona. Wcisnęła fokus do torebki, blask ametystu odbił się na czarnej, skórzanej sukience bez ramiączek, podkreślającej każdą krągłość jej sylwetki klepsydry.
- Jaka była prognoza pogody na dzisiejszą noc?
Loren poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.
- Nawet o tym nie myśl, Dal. Właśnie w taki sposób ludzie są pożerani albo atakowani maczetami. Zapomniałaś już o wydarzeniach z zeszłego lata?
Dallas przewróciła oczami.
- Wyluzuj, Lor - westchnęła, unosząc szklankę wódki z wodą sodową z lepiącego się linoleum. Wzięła ostrożny łyk, uważając, by nie rozmazać rubinowego koloru warg ozdobionych nie szminką, lecz czarem, choć wciąż podatnych na dotyk. - Tylko zapytałam. Chyba zdajesz sobie sprawę, jak długo będziemy musiały czekać na taksówkę.
Loren nie chciała tego przyznać, ale Dallas miała rację. Choć życie nocne w Angelthene nie należało do najbogatszych, w weekendy tych kilka klubów i kabaretów w ścisłym centrum było wypchanych po brzegi, więc taksówki należały do rzadkości. Nikt nie wybierał spaceru po zachodzie słońca, o ile nie miał życzenia śmierci.
Albo o ile księżyc nie był w pełni i ktoś postanowił podjąć ryzyko.
Długie paznokcie Sabriny ponownie stuknęły o ekran telefonu.
- Głównie bezchmurnie. Pełnia jesiotra. - Uniosła brew i posłała Dallas wymowne spojrzenie.
Strach ścisnął żołądek Loren.
- Jeśli zamierzacie maszerować, proszę bardzo. To wasz pogrzeb - rzuciła. - Ja mimo wszystko zamierzam postawić na taksówkę. - Odgarnęła pasmo mokrych włosów z policzka. Jak tylko wróci do domu, wskoczy pod prysznic, lecz wcześniej musiała się upewnić, że w ogóle dotrze tam w jednym kawałku. O ile większość miast borykała się z plagą szczurów, o tyle szkodnikami nawiedzającymi Angelthene były zdziczałe demony, łażące na czterech łapach i zainteresowane wyłącznie jednym: smakowaniem mięsa.
Przede wszystkim ludzkiego.
Dallas wzruszyła ramionami i wysączyła resztę drinka. Jej wzrok jasno sugerował, że miała ochotę na dalszą dyskusję, a może chciała przypomnieć Loren, że ta w żadnym wypadku nie zdecydowałaby się z nimi rozdzielić. Jednak sugestywne spojrzenie Sabriny skłoniło ją do milczenia.
- W takim razie dzwoń po taksę - zakomenderowała, zwracając się do Sabriny. Jednak Loren była szybsza.
Nie zdziwiło jej, że linia okazała się zajęta. Udało jej się w końcu połączyć po dwudziestu paru telefonach do różnych firm, jednak nim to nastąpiło, wybiła Godzina Wiedźm.
Czekały na taksówkę przed klubem, pod jasnym, ochronnym światłem lamp HID, zazwyczaj używanych na stadionach sportowych i w magazynach. Suche, gorące powietrze późnego lata paliło Loren do kości. Poczuła, jak powieki jej opadają, gdy przycupnęła u stóp skrzydlatego posągu przedstawiającego Ignis, Jej Piekielną Wysokość Siedmiu Kręgów. Wyłącznie trąbienie samochodów przemykających przez noc i muzyka sącząca się przez metalowe drzwi klubu sprawiły, że całkiem nie odpłynęła.
Pełnia jesiotra lśniła tak jasno, jak miejskie billboardy reklamujące dosłownie wszystko: od grymuarów i magicznych lag do klinik krwiodawstwa dla bardziej cywilizowanych wampirów.
Palmy ciągnęły się po obu stronach Gamma Pagasi Street, ich liście kołysały się w ciepłym wietrze niosącym dymną nutę kreozotu i chłodny zapach szałwii.
Gdyby Loren przechyliła głowę pod właściwym kątem, mogłaby dostrzec blady, zielonkawy blask rzucany przez barierę ochronną tworzącą kopułę nad miastem; jej magia niosła się z Wieży Kontrolnej w samym sercu Małej Północy. Pole siłowe nie było do końca idealne, ale służyło ochronie mieszkańców przed wrogiem z zewnątrz, głównie przed stworzeniami przebudzającymi się podczas Krwawych Księżyców. Co jasne, nie osłaniało w żaden sposób przed niebezpieczeństwem już czającym się pod kopułą, jednak Loren wolała o tym nie myśleć. Jej umysł nie był bezpiecznym miejscem, szczególnie gdy czuła się zmęczona.
Klub zaczął pustoszeć o pierwszej nad ranem. Wilkołaki, czarownicy, czarownice, wampiry i ludzie wpychali się do taksówek, które odjeżdżały tak szybko, jak tylko się pojawiały przed jasno oświetlonym wnętrzem. Niedaleko przemknęła dziwaczna limuzyna z na wpół otwartymi oknami, a niosące się z niej dudnienie wibrowało po asfalcie.
Loren westchnęła.
- Nasz kierowca zdecydowanie się nie śpieszy.
- Szkoła zaczyna się za siedem godzin - burknęła Sabrina. Mocne światło lampy wyładowczej, o którą się opierała, sprawiało, że jej twarz przybrała chorobliwie szary odcień. - Jak tak dalej pójdzie, nie złapię ani sekundy snu.
- Mogłybyśmy też ruszyć z buta - zaproponowała Dallas. Pochyliła się, żeby rozmasować kostki, tam, gdzie paski butów na wysokim obcasie boleśnie obtarły jej skórę. Zataczający się wilk i czarownik wbili pożądliwe spojrzenia w jej umięśnione, wystawione na pokaz złociste nogi, i zaczęli rzucać sprośne uwagi. Przewróciła oczami i pokazała im środkowy palec.
Wilkołak zwolnił. Jego wzrok przesunął się na Loren... i już tam pozostał. Z wyglądu był uroczy, jak chłopak z sąsiedztwa. Loren jednak zrejterowała, wbijając wzrok w ziemię i udając nagłe zainteresowanie niedopałkami papierosów i neonowymi glowstickami zaśmiecającymi chodnik. Nieśmiertelni zazwyczaj nie poświęcali ludziom uwagi, a jeśli już to robili, to zwykle na godzinę lub góra na jedną noc. Kolejny powód, dla którego nie chciała tańczyć z Jerome'em: dla gości takich jak on była tylko błyskotką. Drobnym epizodem w cudownie nieskończonym istnieniu. Życiową niedoróbką.
Głos Dallas sprawił, że aż podskoczyła.
- Nawet o tym nie myśl, futrzaku!
Loren uniosła wzrok akurat na czas, by dojrzeć, jak wilk wraz ze swoim kolegą czarownikiem pognali w stronę swoich samochodów.
Westchnęła.
- Dal, poradziłabym sobie sama.
Może powinna poświęcić więcej uwagi pytaniu Jerome'a o to, czy Dallas była jej ochroną przed napastnikami, czy przed napastującymi. Bo choć Dal zawsze myślała o tym, co najlepsze dla Loren, ta czasami się zastanawiała, czy może czarownica nie reagowała tak dlatego, że przestawała być w centrum uwagi.
Dallas parsknęła kpiąco i obrzuciła ją oceniającym, mało życzliwym wzrokiem.
- Tak jakbyś zamierzała mu powiedzieć, żeby się odwalił.
- Może zamierzałam - warknęła Loren.
Jakikolwiek ślad rozbawienia zniknął z twarzy Dallas.
- Strasznie jesteś dzisiaj marudna.
- W ogóle nie chciałam dzisiaj wychodzić.
- Jak tam chcesz. - Machnęła dłonią, jakby odganiała bzyczącego owada sprzed twarzy. Loren starała się zdusić irytację, by nie powiedzieć czegoś, czego później mogłaby żałować. Ostatecznie były rodziną, a Loren nie miała sporego wyboru w tym względzie. - Ej, Sab, co ty tam robisz, uprawiasz seksting? - Dallas zerknęła przez ramię Sabriny. - Na zjaraną Ignis, nie mów, że się uczysz!
Sabrina zakryła ekran dłonią.
- Nie mogę zostać w tyle!
- Co za mól książkowy - syknęła Dallas.
Ciepło rozlało się po wewnętrznej stronie lewego przedramienia Loren. Zerknęła na medyczny tatuaż widoczny tylko wtedy, gdy jej poziom cukru drastycznie spadał. Laska z owiniętym wokół niej wężem emitowała to samo bladobłękitne światło, co glowstick zawieszony wokół jej szyi. Przynajmniej niebieski nie był tak groźny jak czerwony.
Rozpięła torebkę przewieszoną przez pierś i zaczęła przerzucać jej zawartość w poszukiwaniu leków, drugiej najbardziej przydatnej rzeczy, gdy nie miała dostępu do jedzenia. Strach ścisnął jej żołądek, gdy odkryła, że ich nie wzięła.
- Lor - zaczęła Sabrina, przerywając Dallas jej dalszą wypowiedź. - Nie mów, że...
- Nic mi nie jest. - Loren zmusiła się do posłania jej wątłego uśmiechu, w który żadna z nich nie uwierzyła.
- Powinnyśmy ruszać - powiedziała Dallas. Obrzuciła Loren przenikliwym spojrzeniem zmrużonych oczu. - Chyba ci mówiłam, że masz nosić tę głupią butelkę przy sobie.
Loren miała już po dziurki w nosie zarówno tej nocy, jak i zachowania Dallas.
- Wypchnęłaś mnie za drzwi, nie dając mi szansy!
- To nie ma z tym nic wspólnego - syknęła Dallas.
Loren poczuła, jak płonie jej twarz. Trzymając dłonie między kolanami, zacisnęła pięści, zmuszając się, by nie przerwać jako pierwsza kontaktu wzrokowego ze swoją siostrą.
- Nie musisz być cały czas taka wredna, Dal...
- Przestańcie się kłócić! - przerwała im Sabrina, odpychając się od lampy HID. - Mam przez was migrenę. - Westchnęła przesadnie, aż pasmo ciemnych włosów uniosło się przed jej twarzą. Uważnie przyjrzała się Loren, marszcząc brwi. - Loren, ona ma trochę racji. Ostatnie, czego nam tu potrzeba, to żebyś zemdlała.
- Powiedziałam, że nic mi nie jest. - Lecz tak naprawdę wcale tak nie było. Jej pole widzenia poszarzało i zaczęła widzieć plamki; na dodatek czuła się, jakby unosiła się w powietrzu, zupełnie jak gdyby stała się jednym z palmowych liści leżących na chodniku i podrywanych przez podmuchy wiatru.
Sabrina westchnęła.
- Myślisz, że twoja mama będzie miała coś przeciwko, jeśli uwalę się na waszej kanapie?
- Kogo obchodzi, co myśli Taega - burknęła Dallas. - Jeśli jej się to nie spodoba, niech nas wywali.
Loren i Dallas mieszkały w Małej Północy, a chałupa, którą Sabrina nazywała domem, znajdowała się na południu miasta. Gdyby miała iść z centrum, zajęłoby jej to całe godziny, poza tym nie miałaby wyboru i musiałaby przemknąć krętymi uliczkami Dzielnicy Rzeźników, a to nie wchodziło w rachubę. Ludzie tam znikali bez przerwy, a jeśli się odnajdywali, to nigdy żywi.
- Lor - rzuciła Dallas błagalnie, a na jej twarzy malowała się frustracja - powinnyśmy zabrać cię do domu.
W tym momencie niespecjalnie miały już wybór. Jej Piekielna Wysokość zamykała się o drugiej nad ranem, a jak tylko zatrzasną się drzwi, zgasną też lampy HID. A to oznaczało, że demony krążące po kanałach nie będą już miały powodu, by trzymać się z daleka. Żadnego, poza światłem księżyca, a jego blask był nieustannie zagrożony zduszeniem przez nieliczne kłębiaste chmury sunące po niebie.
Choć na samą myśl o spacerze o tej porze jej żyły skuwał lód, Loren zrzuciła szpilki, chwyciła je w garść i podniosła się na obolałe nogi.
- W takim razie chodźmy. - Uniosła palec wskazujący. - Tylko żadnych zaułków, bo zawrócę.
Ruszyły wzdłuż Angelthene Boulevard, trzymając się światła ulicznych latarni, gdy tylko było to możliwe. Loren przyłączyła się do pijackich przyśpiewek Dallas i Sabriny, gdy wlekły się noga za nogą, jednak szybko umilkła. Obolałe stopy miała całe w pęcherzach, zrobiły się też czarne i lepkie od Gwiazda wie czego. To z pewnością był najdłuższy spacer w jej życiu, a co gorsza, po drodze nie minęła ich nawet jedna pusta taksówka.
Światła drogowe przeskakiwały z czerwieni na zieleń i pomarańcz, i tak w kółko, a pod nimi nie przejeżdżał ani jeden samochód. Szczury chrobotały w przewróconych koszach na śmieci, a koty dotknięte świerzbem obserwowały je błyszczącymi oczyskami z ciemnych uliczek. Choć większość miast borykała się z problemem włóczęgów kryjących się pod zadaszeniami lub zajmujących ławeczki na osłoniętych wiatach autobusowych, poziom przestępczości w Angelthene - na równi ze szkodnikami - był tak wysoki, że na chodnikach walały się wyłącznie pojedyncze buty i pogubione ubrania. Jak okiem sięgnąć, nigdzie żywej duszy.
Z pobliskiego zaułka dobiegł chrobot i szurgot.
Loren aż ścisnęło w piersiach. Powoli obejrzała się przez ramię, a włoski na jej karku stanęły dęba. Suche liście zaszeleściły po asfalcie.
Dojrzała coś na końcu uliczki. Coś z kościstymi, przygarbionymi ramionami i potężnymi rogami. Loren zmrużyła oczy, zamrugała energicznie, mając nadzieję, że tylko jej się to przywidziało.
Jednak istota szarpnęła się do przodu i zaczęła pełznąć ku niej na dłoniach i kolanach.
Oddech uwiązł jej w gardle, gdy przerażenie zalało jej żyły. Zamarła w bezruchu na krańcu alejki, a stworzenie czołgało się ku niej. Kiedy nie mogła dłużej tego znieść, zamrugała.
W tej milisekundzie, potrzebnej do zwilżenia oczu, stworzenie zniknęło.
- Widziałyście to? - Jej słaby głos został praktycznie zagłuszony przez śpiewy Dallas i Sabriny. Pośpiesznie ruszyła w ich stronę, czując, jak dreszcz przebiega jej po plecach niczym pająk.
- No chodź już, tchórzu! - zawołała Dallas. - Rusz te cztery litery, to może nic cię nie zeżre. - Lor znała Dallas na tyle dobrze, by pomimo szyderczego tonu dosłyszeć w jej słowach lekki niepokój.
- To nie jest zabawne - burknęła. Barwne kredowe runy zdobiły chodnik pod jej brudnymi stopami. - W odróżnieniu od was dwóch nie mam fokus, której mogłabym użyć, gdy coś pójdzie nie tak. - Jako człowiek była uzbrojona wyłącznie w paznokcie: jaskraworóżowe i starannie uformowane w długie, ostre szpice, oraz bezużyteczny gaz pieprzowy, trzymany w torebce dla złudnego poczucia bezpieczeństwa. Ochroni ją przynajmniej przed ludźmi, lepsze to niż nic.
Sabrina - ta dobra dusza - wpatrywała się w nią z troską.
- Potrzebujesz przystanąć i odpocząć?
- Nic mi nie jest. - Loren starała się nie pokazywać po sobie, że mruganiem próbuje odgonić mgłę, której nie powinno tam być. Jej tatuaż błyszczał teraz jaśniej, a stabilne ciepło promieniowało w górę ręki.
- Skoro tak twierdzisz - odparła Sabrina.
Loren była zbyt rozproszona tym, że serce uwięzło jej w gardle, by odpowiedzieć. Zbyt rozkojarzona spowitym mgłą półmrokiem wyzierającym z każdego zaułka.
Zmrużyła oczy, by odczytać napis nad najbliższym skrzyżowaniem.
Canopus Street. Co oznaczało, że zbliżały się do Avenue of the Scarlet Star, przy której Loren pracowała w weekendy w aptece świadomych roślin, działającej pod szyldem Moździerz i Pobijak Mordreda i Penelopy. Przeszło jej nawet przez myśl, czy nie otworzyć sklepu i nie zostać tam aż do wschodu słońca. Musiałyby przenocować na podłodze, ale... To i tak lepszy wybór niż pozostawanie choć chwilę dłużej na zewnątrz. I Singer, jej pies, tam był. Czułaby się wdzięczna za jego towarzystwo.
Już nie wspominając o tym, że znajdowały się tam też jej olejki eteryczne - mieszanka mięty i lawendy, pozwalająca ukoić serce, gdy czuła nadchodzący atak paniki. Te esencje były darem niebios; nie wiedziała, jak udawało jej się bez nich przeżyć.
Dallas zrównała się z nią, ściągając ją z powrotem do tu i teraz.
- Luzik, Lor! - I jakby czytając jej w myślach, objęła jej sztywne ramiona i dodała: - Jeśli to pomoże, możemy wpaść do Mordreda i Penny i stamtąd zadzwonić po kolejną taksówkę. Myślisz, że będą mieli coś przeciwko?
Loren przygryzła dolną wargę.
- Mogłabym do nich zadzwonić i spytać.
- Jeśli tak nie zrobimy, dotarcie do penthouse'u zajmie nam jeszcze parę godzin - przyłączyła się Sabrina. Miała rację. Nie przekalkulowały, ile im zajmie spacer do apartamentu w kompleksie Santa Aria. Prawdę powiedziawszy, nie urządzały sobie takich spacerów często. W tym wypadku "często" oznaczało nigdy.
Mimo to sugestia Dal nie zdusiła do końca obaw Loren. Między nimi i apteką było jeszcze kilka przecznic, a na dodatek martwiła się nie tylko demonami.
W świecie Terry społeczeństwo było zdominowane przez cały szereg istot, a wszystkie z nich były potężniejsze niż ludzie: wilkołaki, wampiry, czarownice, czarownicy, a także hellseherzy. Loren nie wiedziała, co byłoby gorsze; napatoczyć się na wampira, który nie zawracał sobie głowy stacjami krwiodawstwa, czy na hellsehera - jednego z łowców głów zwanych Mrokobójcami - zabijającego czasami wyłącznie dla zabijania.
W sumie chyba znała na to odpowiedź: wpadnięcie w ręce Mrokobójcy byłoby o wiele gorsze od spotkania z wampirem. Szczególnie jednego z Siedmiu Diabłów, najbardziej przerażającego kręgu w mieście, który w ostatnich latach wskoczył na szczyt hierarchii wszystkich kręgów Antymroku Angelthene.
Na samą myśl przeszedł ją dreszcz, choć noc pozostawała upalna i sucha.
- Myślę, że powinnyśmy iść do apteki. Zamierzam się przejmować gniewem Mordreda i Penny innym razem. - Miała nadzieję, że magiczne bliźnięta syjamskie nie zamordują jej za to, że wkroczyła do ich bezcennego sklepiku po godzinach.
Ponownie ruszyły przed siebie. Tym razem już nikt nie śpiewał. Loren mogła to zwalić na alkohol i zmęczenie, jednak czuła, że Dallas i Sabrina trzeźwieją z każdym krokiem. Wiatr dął ponuro po ulicach, szurając palmowymi liśćmi po asfalcie. Jak na ośmiomilionowe miasto było tu podejrzanie cicho.
Udało im się przejść kolejne dwie przecznice, nim para reflektorów oświetliła drogę przed nimi, odbijając się w znaku stopu nieco dalej. Ciszę przeszył ostry, narastający jazgot ptaków skrytych w daktylowcach, a potem rozległ się szurgot i strzelanie żwiru pod kołami, gdy pojazd ruszył w ich kierunku.
Loren zwolniła.
- Błagam, powiedzcie mi, że to taksówka.
Jednak nie była w stanie tego określić; przednie światła samochodu sprawiały, że jej oczy śmiertelniczki stały się bezużyteczne.
Kierowca się zatrzymał, a Loren zorientowała się, że zeszła z chodnika, podczas gdy Dallas i Sabrina kontynuowały marsz.
I wtedy odkryła, że to nie była taksówka. Jej kroki ustały, serce załomotało w piersi.
To był ciemny sedan.
Wszystko rozegrało się tak szybko.
Wysiadło z niego dwóch mężczyzn - miedzianowłosy czarownik i jasnowłosy hellseher. Oczy tego drugiego, włącznie z białkami, były idealnie czarne. Ich barwa sugerowała, że jest Mrokobójcą na służbie i właśnie przywołuje swoje moce znane jako Widzenie, by namierzyć aurę przynależną do jego celu. Pomijając czerń pożerającą ich oczy, gdy używali Widzenia, hellseherzy wyglądali jak śmiertelnicy; w odróżnieniu od wampirów czy wilkołaków nie mieli żadnych wyróżniających cech. Widzenie było też wyłączną umiejętnością hellseherów; pozwalało im nie tylko wyśledzić innych po kolorze ich aur, ale również widzieć przez magiczne bariery na budynkach i pojazdach, założone tam specjalnie po to, by aury ukryć.
Dallas podbiegła do Loren, chwytając ją za nadgarstek i skrywając za sobą. Gwałtowne pociągnięcie wywołało falę bólu w ramieniu. Loren zaczepiła piętą o krawężnik i straciła równowagę. Buty wysmyknęły się spomiędzy jej palców i huknęły o chodnik.
Fokus Dallas rozbłysła jaskrawą bielą.
- Exarmaueris! - ryknęła.
Jej zaklęcie miotnęło czarownikiem z powrotem do sedana, przednia szyba eksplodowała, gdy magia Dallas wepchnęła go przez sam środek.
Jednak hellseher ledwie drgnął, przyjmując na siebie uderzenie zaklęcia, jakby było ledwie wietrzykiem - i jakby sprawiło mu przyjemność. Rzucił im ostry uśmieszek, gdy przywołał własne zaklęcie; magia hellseherów nie potrzebowała fokus ani żadnych fikuśnych inkantacji, by zadziałać.
Magia hellsehera była absolutnie zabójcza. Siła jego ataku uderzyła w nie jak taran.
Loren i Dallas poleciały w tył. Uderzyły o asfalt, turlając się w plątaninie kończyn. Loren krzyknęła, gdy żwir rozdarł skórę jej nagich ramion i nóg.
Sabrina wrzeszczała histerycznie do telefonu, biegnąc w kierunku Loren i Dallas i błagając miejskie służby ratunkowe, żeby natychmiast wysłały pomoc na Canopus Street.
Hellseher już zmierzał w ich stronę, skupiając swoją magię w rękach uniesionych po bokach, z dłońmi zwróconymi do przodu. Żwir zawisł nad drogą, a pasma jego jasnych, sięgających ramion włosów unosiły mu się nad głową, jakby znalazł się pod wodą.
Tuż pod jego uchem odsłonił się wytatuowany symbol. Wszyscy hellseherzy pracujący jako Mrokobójcy jakiś mieli, jednak tego Loren nie rozpoznawała. Przez myśl przebiegły jej wszelkie dostępne opcje, jednak żadna nie pasowała; Siedem Diabłów, Aniołowie Śmierci, Łowczy, Wargowie, Kosiarze, Żmije... To nie był żaden z nich.
Tatuaż przedstawiał głowę feniksa.
Krzywiąc się z bólu, Dallas podniosła się na nogi i wyciągnęła różdżkę przed siebie. Z jej cienia wystrzelił duchowy chowaniec, skrzydlaty tygrys zwany Widmem. Wyraźna czarna sylwetka Widma stanęła przed nimi w postawie obronnej, gardłowy warkot poniósł się spomiędzy jego obnażonych zębów.
- Uciekaj, Lor. - Dallas stanęła przed ciągle rozciągniętą na chodniku Loren. Czarownica drżała, a po jej nogach spływała krew.
Czarownik znajdujący się za hellseherem zbierał się po rozbrajającym zaklęciu Dallas. Jego ręce były pokrwawione i wyglądał na więcej niż odrobinę poirytowanego, gdy wybił się z pogiętej maski samochodu i zbliżył do Mrokobójcy.
- Nie przeginaj - warknął w kierunku towarzysza. - Potrzebujemy jej żywej.
Loren podniosła się na nogi.
- Dallas...
- Uciekaj, do jasnej cholery! - krzyknęła Dallas. - Zatrzymamy ich. To nie na nas polują, Loren. Tylko na ciebie! - W tym samym momencie co Sabrina zawołała: - Exarmaueris!
Magia wystrzeliła równocześnie z ich różdżek i rozbłysnął deszcz jasnofioletowych iskier. Kurz uniósł się nad ulicą, gdy zaklęcia przeszyły powietrze. Siła magii wstrząsnęła drzewami i roztrzaskała szyby okolicznych sklepów z dźwiękiem pękających kości.
Loren wrzasnęła i skryła twarz, gdy szklane odłamki wzleciały w powietrze. Sroki skryte w koronach drzew rozkrakały się i uleciały w noc, pozostawiając po sobie eksplozję piór.
Dallas popchnęła Loren.
- Biegnij! - Jej głos się załamał. - Dogonimy cię... przysięgam. - Czyste przerażenie widoczne w spojrzeniu Dallas było jedynym, co zmusiło Loren do ruchu.
Zerwała się do kulawego biegu. Oddech rozrywał jej płuca, mięśnie łydek protestowały bólem. Wszystkie jej instynkty krzyczały, by zawróciła - by pomogła swoim przyjaciółkom, choć człowiek nie potrafiłby zrobić dosłownie nic przeciwko czarownikowi i Mrokobójcy.
Była bezużyteczna. Żałosna. Nigdy wcześniej nie nienawidziła tak mocno faktu, że jest człowiekiem, co właśnie w tym momencie.
Zaryzykowała zerknięcie przez ramię.
Dallas i Sabrina gnały za nią, z Widmem tuż za plecami. Jednakże hellseher i czarownik je doganiali. Gdyby Mrokobójca nie był mieszańcem - półczarownikiem, półhellseherem, sądząc po srebrze rozbłyskającym w kącikach jego oczu, kiedy nie używał Widzenia - już by je dogonili.
Nie wiedziała, jak by się to skończyło, gdyby nie dobiegł ich dźwięk syren. Niósł się przez noc, odbijając się echem od budynków i płynąc ulicami.
- Ratunku! - Głos Loren okazał się piskliwym skrzekiem. - POMOCY! Proszę... jesteśmy tutaj!
Dallas i Sabrina przyłączyły się do jej krzyków, ich obcasy stukały o podłoże. Jednak łomot dwóch par butów narastał, zbliżając się z każdą sekundą.
Czerwono-niebieskie światła odbiły się w ciemnych oknach przed nimi. Loren zaszlochała z ulgi na ich widok...
Znajomy krzyk przedarł się przez falę paniki wypełniającą jej głowę.
Loren zatrzymała się niezgrabnie, Dallas uczyniła to samo tuż za nią.
Przez jedną przerażającą chwilę czas zdawał się stać w miejscu. Loren wciągnęła powietrze przez zęby, a krew zapulsowała jej pod czaszką, gdy dostrzegła scenę rozgrywającą się dwa budynki dalej.
Mrokobójca pochwycił Sabrinę, lufę pistoletu przyciskał do jej skroni i ciągnął ją do samochodu. Do tylnych drzwi, które czarownik właśnie otwierał.
Asfalt rozciągał się między Loren a jej przyjaciółką nieskończony jak ocean.
Zrobiła niepewny krok do przodu.
- Puść ją. - Choć jej głos zdał się jedynie bezgłośnym szlochem, wiedziała, że każda para nieśmiertelnych uszu na tej ulicy ją dosłyszy. - Proszę. Czego chcecie?
- Chcę, żebyś wsiadła do tego samochodu. - Słowa Mrokobójcy były przeznaczone dla Loren. Nie dla czystokrwistej czarownicy u jej boku, której życie było warte tyle więcej niż jej własne, zwykłego człowieka.
Dallas się nie myliła; przyszli po nią.
Loren zagapiła się na hellsehera, a serce waliło jej tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje.
Czemu polowali na nią? Czemu?
- Nigdzie z wami nie pójdzie - rzuciła Dallas głosem zachrypniętym i drżącym. Światło jej różdżki było ledwie migotem; odzwierciedlało jej własne zmęczenie. Nawet Widmo wyblakło. Dallas była tylko studentką magii, więc jej zapas mocy magicznych był niewielki. - Żadna z nas nie pójdzie.
Hellseher rzucił jej chłodny uśmiech. Mający coś przekazać...
Dwa radiowozy wypadły zza rogu, wyjąc syrenami. Czarownik zaklął.
Loren przeczuła, co nadchodzi.
Ruszyła, by powstrzymać zabójcę i czarownika przed wepchnięciem Sabriny na tylne siedzenie, podczas gdy radiowozy zatrzymały się z piskiem opon i błyskiem sygnalizacji na dachach.
Jednak tamci siedzieli już w sedanie. Wykręcili, uderzając w zderzak radiowozu, a potem ruszyli gwałtownie, paląc gumę i zostawiając za sobą cuchnący czarny obłok.
Loren pognała za sedanem, z sercem w gardle, a jej odbicie przemykało w wystawach sklepowych niczym duch. Wrzeszczała, aż straciła głos. Błagała, by się zatrzymali. By puścili jej przyjaciółkę. Wiedziała, że to na nic. Jej słowa nie miały znaczenia.
Lecz musiała próbować - dla Sabriny.
Musiała próbować ze względu na Sabrinę.
Jeden z radiowozów ruszył za sedanem, jednak wiedziała, że im się nie uda, zupełnie tak jak jej.
Mimo to biegła ciemną ulicą, omijając sterty śmieci, rozdzierając sobie stopy o kamienie i odłamki szkła. Niezależnie od tego, jak szybko biegła, sedan tylko się oddalał.
Loren wiedziała, że nigdy nie zapomni tego widoku.
Widoku Sabriny szarpiącej się w uścisku hellsehera, wpatrującej się bezradnie w tylną szybę, gdy sedan znikał za rogiem. Jej wzrok był pełen bólu i całkowicie złamany.
Zupełnie jak serce Loren.
2
Dzikie wiwatowanie niosące się po zatęchłym korytarzu prowadzącym do Wilczego Dołu było muzyką dla uszu Dariena Cassela. Podekscytowanie hałaśliwego tłumu otaczającego zapadniętą arenę walk w oddali mówiło mu, że jego dzisiejszy przeciwnik to nie byle kto. Jeśli mu się poszczęści, stworzenie, z którym przyjdzie mu się zmierzyć, może nawet spowoduje, że się spoci.
Darien przymknął oczy, poruszył umięśnionymi barkami i przestąpił z nogi na nogę. To bezcelowe wiercenie się uprawiał wyłącznie przez wzgląd na półludzkich bramkarzy tkwiących przy ażurowej kracie na końcu korytarza; zazwyczaj stał tak nieruchomo, że wprawiało to w niepokój każdego w pobliżu, nawet tu, w Angelthene, gdzie większość mieszkańców potrafiłaby przeżyć bez snu i wolała krew ze świeżo ubitych zwłok od burgerowni znajdujących się niemal na każdym rogu.
Jednakże jako czystokrwisty hellseher i przywódca Siedmiu Diabłów mógł zrozumieć ich nerwowość. Odrobinę.
Na końcu korytarza konferansjer ringowy wymieniał jego osiągnięcia. Jako niepokonany mistrz Wilczego Dołu, Cassel był ulubieńcem szumowin i notorycznych przestępców żyjących ze stawiania zakładów.
Żałosne życiowe przegrywy, ale to nie była jego sprawa. Przychodził tu, czasami po kilka nocy z rzędu, wyłącznie po to, by przytępić wybuchowy temperament i zwalczyć Zrywy - choć dziś nie chodziło wyłącznie o gwałtowny charakter czy Zryw wymagający opanowania.
Osiem lat temu zmarła jego matka. I choć walki dobrze się sprawdzały jako wentyl dla jego gniewu, to również pozwalały mu zapomnieć, przynajmniej na kilka godzin.
A dziś wieczorem potrzebował przede wszystkim zapomnienia.
Przeciągnął wytatuowaną dłonią przez włosy, odgarniając i przygładzając czarne pasma undercuta, w pełni świadomy pełnych rezerwy spojrzeń bramkarzy, czekających, aż konferansjer da sygnał. Nawet z daleka potrafił wyczuć zapach strachu unoszący się z ich ciał jak woda kolońska. Uznał, że w sumie powinien uznać za komplement to, że nadal się go tak bali - mężczyzny, który zastąpił złamanego piętnastolatka, co wparadował tu osiem lat temu, szukając ujścia dla frustracji.
Lecz poza ich strachem bardziej wyczuwał demona, wygłodniałą mięsa bestię przemierzającą Wilczy Dół na czworakach. Tłusty odór jego bezwłosej, plamistej skóry unosił się w korytarzu, drażniąc mu nozdrza.
Stworzenia z kanałów odpływowych, nienawidzące światła, opuszczały nory tylko podczas najczarniejszych nocnych godzin i właśnie z tego powodu głównodowodzący zaproponowali ostatnio wprowadzenie zakazu wychodzenia od zmierzchu do świtu na terenie miasta, by jednocześnie dać szansę Służbom Zwalczania Szkodników i Chorób na opanowanie przyrostu żarłocznego plugastwa. Złamanie zakazu groziłoby co najwyżej małą grzywną - jednak mogło się skończyć zapłaceniem za głupotę własnym życiem i zaciągnięciem ciała do kanałów, by zostać ogryzionym do kości.
Istota zdawała się wzburzona - jasny znak, że dopiero co została schwytana. A sądząc po odgłosie jej przystosowanych do rozrywania mięsa pazurów, żłobiących linie w betonowych ścianach Wilczego Dołu, nie podobało jej się uwięzienie. Ani oślepiające ledowe światła zawieszone nad widownią.
Jeden z bramkarzy gwizdnął i Darien otworzył oczy. Wiwatujący tłum wprawił w wibracje odsłonięte belki w sklepieniu sufitu i sprawił, że podłoga pod jego butami wojskowymi zadrżała. Pozwolił, by zalała go fala znajomego dźwięku, burząc w nim krew.
Na jego twarzy pojawił się okrutny uśmieszek, gdy ruszył ku Wilczemu Dołowi. Ku stworzeniu, które sprawiało, że ośmiomilionowe miasto kryło się w domach po zmroku.
Nadszedł czas. Czas, by choć na chwilę oddał się krwi i flakom.
Przemoc była jego narkotykiem. Jego własnym, prywatnym demonem.
Miał tylko nadzieję, że to, co czekało na niego w Wilczym Dole, okaże się na tyle wartościowym przeciwnikiem, by nie czuł potrzeby wrócić tu jutro.
***
Przeciągał tę walkę bardziej, niż miał w zwyczaju. I powoli go męczyła, jednak nie fizycznie. Bez problemu mógłby ją kontynuować dłużej niż te szesnaście minut i trzydzieści cztery sekundy pokazywane przez zegar wiszący nad Wilczym Dołem.
Ale zwyczajnie zaczynał się nudzić.
Demon przysiadł na tylnych łapach, jego gardłowy warkot odbił się od bębenków Dariena i doprowadził tłum do szału.
Zdziczała istota miała paszczę pełną poszczerbionych, czarnych jak obsydian zębów. Zakrzywione rogi po bokach niemal przezroczystej głowy pokazywały, jak długo już żyła. I była jednym z najsilniejszych demonów, a mimo to piekielnie go nudziła. Musiał znaleźć potężniejszych przeciwników - jakiegoś rywala, który okaże się wart jego czasu.
Czując, że jest obserwowany wzrokiem niezmąconym alkoholem i opioidami, Darien przechylił głowę, obserwując rozkrzyczaną widownię. Setki cuchnących moczem pijaków tkwiły upchane od trybun aż po dach, wywrzaskując zakłady i porozumiewając się gestami, gdy wymachiwały pięściami pełnymi mynet. Wokół ringu nie zamontowano żadnych barierek; jeśli którykolwiek z nich wpadnie, to jego sprawa. Przez lata, gdy Darien walczył w Wilczym Dole, kilka osób skończyło właśnie w ten sposób.
Żaden z nich nie przeżył, by o tym opowiedzieć.
Jak przypuszczał, wysoko nad murem otaczającym ring dostrzegł znajomą postać. W morzu przepoconych, podrygujących ciał posłańczyni jako jedyna stała bez ruchu. Skrywała się za tą samą maską białego królika, co zazwyczaj, a jej czarne ubrania były tak nijakie, jak to tylko możliwe. To był sygnał, na który odpowiadali wszyscy Mrokobójcy: gdy pojawiała się maska, szykowała się robota.
Czas to zakończyć.
Darien ruszył w tym samym momencie, co demon. Tamten skoczył z rykiem ku jego gardłu, zatrzaskując szczęki.
Darien odbił w lewo, unikając lśniących zębów, i uderzył mocno, a jego palce przeszyły przełyk stworzenia. Istota zadławiła się i zadrżała w agonii, łapy szukały oparcia w piasku pod spodem.
Cassel wcisnął dłoń głębiej, przekręcił...
I wyrwał jej gardło.
Ciało opadło na przesiąknięty krwią piach w kłębowisku drgającego mięsa.
Jeśli sądził, że tłum wcześniej głośno wiwatował, to było to niczym w porównaniu z gromem obecnie przetaczającym się przez arenę; hałas prawie rozbił zamglony świetlik wysoko nad nimi.
- Ogłoś wynik - warknął Darien do półludzkiego konferansjera o pobladłej twarzy.
- Zwycięstwo należy do ciebie - wyrzęził mężczyzna.
Wycierając zakrwawione dłonie w podarte i poplamione dżinsy, Darien ponownie obrzucił wzrokiem publikę.
Wyłącznie po to, by odkryć, że króliczyca już zniknęła.
***
Jak tylko Darien skończył się myć w zapuszczonej szatni w piwnicy areny, ruszył do bram z kutego żelaza znajdujących się przed rozpadającym się budynkiem.
Ciemne włosy nadal miał mokre po prysznicu, biała koszula i wyblakłe dżinsy kleiły się do wilgotnej, opalonej skóry. Sportowa torba przewieszona przez ramię była wypchana pokrwawionymi ubraniami i bronią dostępną tylko dla Mrokobójców, jak również stygijskimi solami wspomagającymi jego Widzenie. Sole działały jak narkotyk przejściowy, tylko przejście było dosłowne. Otwierały bramy do magii hellseherów i pozwalały im widzieć aury innych - oraz dostrzegać je przez magiczne bariery założone na większości budynków i pojazdów - przez dłuższy czas, sprawiając, że śledzenie celów było dziecięcą igraszką dla łowców takich jak on i jego Diabły.
Porywisty wiatr hulał po zakurzonej ulicy; palmy i cyprysy rosnące wzdłuż chodników aż się uginały. Poza zaskakująco zdesperowanym ćpunem czy prostytutką wlokącą się w cieniach miasto o tej godzinie było raczej opustoszałe, szczególnie w części slumsowej, gdzie większość latarni została dawno wyłączona. Pełnia jesiotra powoli chyliła się ku horyzontowi, a niebo w oddali barwiło się szarościami; nadchodził świt.
Kolejna miło spędzona noc w jego ulubionym pierdolniku. Podziemny ring, na którym nie panowały żadne zasady, znajdował się w Dzielnicy Rzeźników, tylko rzut kamieniem od rzeźni przetwarzających każdy rodzaj mięsa, jaki tylko można sobie było wyobrazić; w miejscu takim jak to wszystko, co oddychało, trafiało do menu i żadne upodobania - nawet te najobrzydliwsze - nie były tabu.
Po drugiej stronie ulicy, przy krawężniku zasypanym śmieciami, jego auto czaiło się jak nietoperz w niknącym mroku. I w odróżnieniu od innych pojazdów, których właściciele odważyli się tu zaparkować, wszystkie szyby w jego oknach pozostały całe. Żadne klucze nie zarysowały czarnego lakieru, żaden grafficiarz nie pomazał maski. Ci, którzy bywali w tej części miasta, wiedzieli, kim był Darien i że powinni trzymać się od niego z daleka, lecz także zdawali sobie sprawę, że mają się odpierdolić od jego samochodu. Czasami napawał się niesławą, którą przyniosło mu rozrywanie na strzępy każdego, kto był tak durny, by wejść z nim do Wilczego Dołu, nawet bardziej niż mynetami zarabianymi przy tym akcie.
Wyciągnął komórkę z kieszeni i odkrył, że ma sześć nieprzeczytanych wiadomości od siostry, kilka od innych Diabłów, a także całą ich stertę od Valary Sternberg, jego najnowszej przeleciółeczki, która stawała się nieco zbyt zaborcza jak na jego potrzeby. Zero zdziwienia; to zawsze była tylko kwestia czasu, nim kobiety uznawały, że pragną czegoś więcej niż tylko ostrego seksu bez zobowiązań, ale on nigdy nie miał na to ochoty.
Skrzywił się, kiedy zaczął przeglądać wiadomości przesłane przez siostrę. Wróciła przytłaczająca rzeczywistość, gdy adrenalina po walce w ringu opuszczała jego organizm zdecydowanie zbyt szybko.
"Gdzie jesteś?", napisała Ivyana. "Nie mów, że znowu polazłeś do Dołu..."
"Myślałam, że tym razem mówiłeś serio, że pójdziemy razem na cmentarz".
"Wiesz, że to nie była twoja wina. Gdyby Mama mogła, powiedziałaby ci dokładnie to samo. Przestań się za to obwiniać".
"Przyniosę dodatkowy bukiet na grób Mamy od ciebie... Mam nadzieję, że się tam zobaczymy".
Ostatnia wiadomość została wysłana dwie godziny po poprzedniej.
"Darien, nie możesz wiecznie uciekać. Nie tylko ty cierpisz".
Wygasił ekran tak mocno, że aż zablokował przycisk.
Nie liczyło się to, że nie był jedynym, który cierpiał. Rozrywanie prawdziwych demonów to jedno, ale skonfrontowanie się z własnymi nie było czymś, na co czuł się gotów.
Westchnął przez nos i wsunął telefon z powrotem do kieszeni. To tyle, jeśli chodzi o wyciszenie Zrywu, który opanował jego umysł wcześniej tej nocy; wyglądało na to, że jednak będzie musiał wrócić tu jutro.
Gdy dotarł bliżej bramy, króliczyca wyszła z ukrycia w pobliżu dającej bezpieczeństwo, nieuszkodzonej ulicznej lampy rtęciowej. I - o czym wiedział - z szacunku oraz z pewnej obawy utrzymała między nimi odpowiedni dystans, jednocześnie pozostając w zielonkawym świetle, by mieć poczucie ochrony przed demonami. Takimi jak ten, którego gardło Darien rozerwał gołymi rękami kilka minut wcześniej.
Maska, którą przywdziała, wyglądała jak coś z horroru. Pysk rozwierał się w szerokim uśmiechu pełnym nierównych zębów, a groteskowo wielkie oczy były tak białe, jak reszta maski - bez żadnych źrenic. To nie był niewinny króliczek, jak te sprzedawane w sklepach zoologicznych przy Avenue of the Scarlet Star, co do tego nie było najmniejszych wątpliwości.
- Ty jesteś Darien Cassel.
"Co ty nie powiesz" - pomyślał. Jeśli zapowiedzi konferansjera ringowego wymieniającego jego osiągnięcia nie okazały się dla niej wystarczająco oczywiste, to rogata litera "S" wytatuowana pod jego uchem powinna być wystarczająco jasnym sygnałem jego tożsamości.
Już nie wspominając o nieustannie ewoluujących plotkach krążących po ulicach. Ci, którzy mieli zdecydowanie zbyt dużo wolnego czasu, lubowali się w wymyślaniu bujd na jego temat, głównie sugerujących, że zaprzedał duszę diabłu, by znaleźć się tu, gdzie był obecnie. I w sumie w pewien sposób przehandlował swoją duszę, lecz czyniąc to, w dużym stopniu sam stał się diabłem.
- Tak mówią. - Wyciągnął z kieszeni metalową zapalniczkę i paczkę papierosów, wsadził fajkę między wargi i zapalił. - Podaj imię i cenę i możesz znikać - oznajmił w kłębie dymu. - To była długa noc.
- Szef oferuje dwa miliony złotych mynet.
O szlag. Kupa kasy. Nie pamiętał, kiedy ostatnio oferowano więcej niż milion za pojedynczy cel.
- Imię?
- Nie ma.
Darien uniósł atramentową brew. Zazwyczaj ci, którzy go zatrudniali, wiedzieli, kogo - albo co - chcieli widzieć martwym lub uwięzionym. Rzadkością było przychodzenie z ofertą znalezienia bezimiennego celu, choć i tak mógł go bez problemu zlokalizować. Jako jeden z niewielu w mieście.
- Chciałby, abyś namierzył cel wyłącznie po aurze.
Zaciągnął się ponownie, wpatrując się w poplamioną, popękaną maskę.
Namierzanie po aurach było nie tylko procesem dłuższym, ale też cięższym. Gdyby znał imię celu, mógłby skorzystać z szóstego zmysłu - i możliwości wyśledzenia kogoś przynajmniej w niewielkim stopniu za pomocą Widzenia - o wiele wcześniej. Wszystko, czego by potrzebował, to zhakowanie bazy mieszkańców Angelthene i wyciągnięcie stamtąd fotografii celu; posiadanie wyraźnego obrazu namierzanej osoby w myślach pozwoliłoby mu na bezproblemowe zdalne namierzenie.
Znalezienie aury bez pomocy fotografii i namierzenie jej aktualnej lokalizacji mogło zająć kilka dni. Może nawet tygodni. Ponadto proces często wymagał rozpoczęcia u samych początków celu - miejsca narodzin albo czegoś podobnego, na przykład domu rodzinnego, gdzie aura byłaby najmniej rozrzedzona - aby uzyskać wystarczająco wyraźny obraz tego, kogo szukał. Takie metody były również kosztowne, jako że musiałby używać stygijskich soli przez cały czas, a na dodatek zanurzyć się w głębinach jego nieskończonych rezerw magicznych, co nie było wcale takie proste.
Poprawił pasek sportowej torby i strzepnął popiół z papierosa.
- Twój szef wie, czego chce, ale nie wie, kogo chce - domyślił się. Pociągnięcie za pasek torby ściągnęło uwagę posłańczyni na tatuaż wystający mu spod podwiniętego rękawa. Mimo maski Darien potrafił dostrzec, że się na niego gapiła; a właściwie na tatuaż przedstawiający twarz Elsie Cassel.
Króliczyca rozsądnie uciekła wzrokiem i przytaknęła.
- Cel to sierota. Powinno się udać namierzyć jego aurę w Świątyni Szkarłatnej Gwiazdy. Szef twierdzi, że cel został tam podrzucony jako dziecko i adoptowany wkrótce po tym.
Z kieszeni kurtki wyciągnęła fiolkę. Wewnątrz znajdowała się sproszkowana kość; DNA kogoś, kto zapewne był przodkiem celu. Zdemineralizowana kość stanowiła dla Dariena najszybsze źródło identyfikacji aury - pola energetycznego emanującego z każdej żywej istoty lub rzeczy, niedostrzegalnego dla nieposiadających umiejętności Widzenia hellseherów - której szukał. Jeśli cel rzeczywiście spędził jakiś czas w świątyni jako dziecko, to z pomocą kościanego proszku aura powinna być łatwa do namierzenia. A kiedy już przyzwyczai się do odczucia tej aury, będzie mógł ją wyśledzić jak wilk swoją ofiarę, ostatecznie wykopując aktualne miejsce pobytu celu.
Jak klient wszedł w posiadanie sproszkowanej kości i skąd wiedział, kto jest przodkiem celu, ale nie miał pojęcia o tożsamości samego celu - to go nie interesowało. Nie zaprzątał sobie głowy powodami, dla których jego tajemniczy klienci chcieli wyśledzić innych. Zadawanie pytań było nie tylko podejrzane i kompletnie zbędne, lecz również nieprofesjonalne. Brał te zlecenia wyłącznie ze względu na kasę.
Kilka minut, które poświęcił na przeanalizowanie oferty, prawdopodobnie ciągnęło się posłańczyni jak lata, ponieważ puls w jej złotej szyi przyspieszył. Pod linią jej szczęki dostrzegł zbliznowacenie, drobne zagłębienie w skórze. Powstało albo po chorobie zakaźnej, albo po przyłożeniu tam czubka noża. Jeśli króliczyca wróci do swojego pracodawcy, zawaliwszy zlecenie, będzie to ją kosztować. Jeśli jej się pofarci, to pracę. Jeśli jej się nie pofarci - to życie.
Świat, w którym przyszło mu żyć, nie był sprawiedliwy, ale nikt nie zachodził w nim daleko, przejmując się najsłabszymi w tym skorumpowanym społeczeństwie.
- Żywy lub martwy? - zapytał.
- Żywy. Najlepiej cały i zdrowy, jeśli to wykonalne.
Rozumiało się samo przez się, że to wykonalne. Niewiele rzeczy pozostawało poza jego zasięgiem jako lidera Diabłów.
Więc Darien odrzekł:
- Do zrobienia. - Urwał. - Ale chcę trzy miliony złotych mynet.
Króliczyca nawet nie drgnęła.
- Dwa i pół.
Darien ledwo powstrzymał śmiech. Kimkolwiek był jej szef, dał jej jasne instrukcje w kwestii targowania się.
- Trzy miliony albo w to nie wchodzę.
Kolejna chwila ciszy. A potem króliczyca zrobiła krok do przodu i wręczyła mu fiolkę z kościanym proszkiem.
- Stoi.
Palce Dariena zacisnęły się na pojemniku.
- Potrzebuję około tygodnia, by namierzyć aurę, ale później już niewiele czasu minie, zanim zlokalizuję cel. Puśćcie mi milion do jutra do północy albo zrywam umowę. - Wcisnął fiolkę do kieszeni dżinsów, a potem wręczył jej wizytówkę, na której nie było nic poza numerem jego konta bankowego.
- Pozostajemy w kontakcie. - Gdy króliczyca ponownie się odezwała, w jej głosie dało się dosłyszeć uśmiech. - To przyjemność robić z tobą interesy, zabójco.
W odpowiedzi uśmiechnął się krzywo, rzucając papierosa na ziemię i miażdżąc go butem.
- Nawzajem.
3
Loren wpatrywała się w dwustronne lustro, podczas gdy funkcjonariusz siedzący po przeciwnej stronie wgniecionego metalowego stołu zbierał kartki w stosik.
Dziewczyna w odbiciu zdawała się obca - jak duch. Pusta w środku i niesiona przez świat, którego nie rozpoznawała.
Wyglądała koszmarnie. Makijaż rozmazał się po jej lepkiej, poznaczonej łzami twarzy, włosy pokrywała warstwa piwa i kurzu, a ciemnoniebieskie oczy miała przekrwione i pozbawione emocji. Nawet spieczone słońcem policzki nie wydobywały koloru z porcelanowej skóry, która przez ostatnie dwie godziny przybrała chorobliwie blady odcień.
Sabrina zniknęła. Sabrina przepadła i to wszystko była jej wina.
Nikt jej nie wierzył. Każda osoba w izbie zatrzymań patrzyła na nią z cieniem niedowierzania, gdy słuchała jej wersji wydarzeń. Wiedziała, że Dallas opowie funkcjonariuszom dokładnie tę samą historię - prawdę o tym, co wydarzyło się tej nocy - w sąsiednim pomieszczeniu. Może z większym zapałem wysłuchają biologicznej córki Czerwonego Barona niż ludzkiej sieroty, która nigdy nie była i nigdy nie będzie niczym więcej niż tylko człowiekiem.
- Żeby była jasność... - zaczął funkcjonariusz porządkowy tym szorstkim, rzeczowym tonem.
Loren oderwała wzrok od odbicia - i osób obserwujących wszystko z drugiej strony - i przeniosła go na czarownika.
Wyraz jego twarzy był równie surowy i bezkompromisowy jak pokój, w którym się znajdowali; pokój z lodowatym betonem pod jej gołymi i poranionymi stopami, przymocowanym do podłogi twardym krzesłem, na którym siedziała, oślepiająco białymi żarówkami świecącymi jej prosto w oczy z kątów.
Wcisnęła dłonie między obdarte kolana, by powstrzymać ich drżenie. Tatuaż lśniący po wewnętrznej stronie jej przedramienia zmienił barwę z bladoniebieskiego na jaskrawoczerwony. Jeśli nie weźmie wkrótce leków albo nie dostanie jedzenia, zemdleje.
Czarownik, przynajmniej na pierwszy rzut oka, zdawał się mężczyzną w średnim wieku, choć wodniste spojrzenie sugerowało, że był o wiele starszy, niż wyglądał - i zapewne nadużywał rezerw magicznych przez lata pracy jako komisarz i wkrótce groziło mu przeciążenie. Prawdę powiedziawszy, byłaby zdumiona, gdyby już nie zostało u niego zdiagnozowane.
Oficer złączył palce na blacie i przyjrzał jej się stalowym spojrzeniem.
- Twierdzi pani, że Mrokobójca polował właśnie na panią?
- Już mówiłam. - Loren ledwo rozpoznawała brzmienie własnego głosu. Był tak chłodny i pozbawiony emocji jak wyraz malujący się obecnie na jej twarzy. - Gdy przyłożył broń do głowy Sabriny, zapytałam, czego chce. Odpowiedział: "Chcę, żebyś wsiadła do tego samochodu". - Tłumaczyła to temu draniowi trzeci raz.
Westchnął głośno i zaczął udawać, że przegląda notatki na szczycie sterty.
- Panno Calla, ma pani dziewiętnaście lat, prawda?
- Tak. - Jej głos się załamał.
- I mieszka pani w Angelthene całe swoje życie?
- Tak.
- Więc nie muszę chyba tłumaczyć, że hellseherzy są szalenie potężnym gatunkiem. - Odłożył kartkę na stos. - Ich magia nie podlega takim ograniczeniom, jak u venefik czy lamii, i w związku z tym znają swoją wartość. Hellseherzy pracujący jako łowcy głów biorą niemało za swoje usługi, panno Calla. To są kwoty sięgające miliona złotych mynet. Czasem więcej.
- Rozumiem, co pan do mnie mówi, komisarzu. - Sugerował, że żaden hellseher nie zawracałby sobie nią głowy; śmiertelnym celem, którego życie nie miało wystarczającej wartości, by opłacało się go wyśledzić. Nie istniał powód, aby ktokolwiek chciał na nią zapolować ani zapłacić Mrokobójcy kosmicznej kwoty, żeby ją odnalazł. A mimo to wiedziała...
Wiedziała, że to właśnie ona miała zostać porwana tej nocy.
Funkcjonariusz odchylił się do tyłu, aż krzesło zatrzeszczało pod jego ciężarem.
- Czy może pani opisać, jak wyglądał tatuaż feniksa, który pani widziała?
Wyciągnęła dłoń, prosząc o długopis. Po chwili oddał jej własny, jak również wręczył jej kartkę w linie wyrwaną z notesu. Odgłos długopisu skrobiącego po papierze zdawał się głośny w poza tym cichym pomieszczeniu, gdy jej drżąca dłoń sunęła po stronie. Kiedy skończyła, przekręciła kartkę do góry nogami i przesunęła w stronę mężczyzny.
Poświęcił jej rysunkowi całe pół sekundy.
- A jak tam pani wzrok, panno Calla?
Zesztywniała.
- Co to niby za pytanie?
- Proste.
- Z moim wzrokiem wszystko jest w porządku. - Może nie był doskonały, ale widziała na tyle dobrze, by ten gnojek jej uwierzył. - Wiem, co widziałam. Tatuaż przedstawiał głowę feniksa, komisarzu. - Nie nakładające się skrzydła Aniołów Śmierci, nie Boga Śmierci, symbol Kosiarzy ani atakującego węża Żmij. Jak również nie piekielnego ogara Łowczych czy półksiężyc Wargów. I z pewnością nie było to rogate "S", sigil Siedmiu Diabłów, najbardziej przerażającego kręgu w mieście.
Funkcjonariusz wepchnął jej rysunek do kieszeni koszuli.
- Pani opiekun prawny został poinformowany. Pojawi się tu wkrótce, by zabrać panią do domu.
Loren poczuła, jak jej głowa pustoszeje, a pięści wiotczeją. Skontaktowali się z Taegą Bright, matką Dallas. Tak jakby ta noc - choć w sumie uznała, że nastał już ranek - nie mogła się stać jeszcze gorsza.
- Czy jest coś, co chciałaby pani dodać? - zapytał funkcjonariusz. Srebro otaczające jego źrenice, cecha charakterystyczna wszystkich venefik, przy tym oświetleniu odbijało światło jak lustro. - Cokolwiek wartego wspomnienia, czego jeszcze nie omówiliśmy?
Loren milczała tak długo, że zaczął wstawać. Jednak jej głos powstrzymał ten ruch.
- Może pan uznawać, że poruszyliśmy już wszelkie kwestie, komisarzu. Ale ja tak nie uważam. Każde zeznanie, które dziś ode mnie wyszło, jest prawdziwe, a jednak jedyne, co pan robił, to ignorował moje zarzuty.
Opadł na krzesło z kolejnym głośnym westchnieniem, które przypominało raczej warknięcie. Odznaka przypięta do jego koszuli zabłysła w świetle jarzeniówek.
- Czy przychodzi pani do głowy jakikolwiek powód, dla którego szukaliby właśnie pani? - Jego ton i jawne lekceważenie tego, co uważał za próbę zwrócenia na siebie uwagi, były aż nadto wyraźne. - Czy posiada pani przy sobie cokolwiek cennego, czego mogliby pożądać?
Loren odwzajemniła jego niecierpliwe spojrzenie.
- Błyszczyk, na wpół zjedzoną paczkę gumy do żucia i jakieś trzysta złotych mynet na koncie, komisarzu. Sądzi pan, że Mrokobójca mógłby polować na coś z tego?
- Panno Calla...
- Sabrinę trzymano na muszce po to, by zwabić mnie do samochodu. - Głos Loren był tak samo złamany, jak ona sama. - Porwali ją zamiast mnie, ponieważ zabrakło im czasu, gdy wasi funkcjonariusze wypadli zza rogu. - Łzy paliły ją w oczy, usta drżały. - Jeśli nie zamierza mi pan uwierzyć, to nie mój problem. Ale chcę odzyskać przyjaciółkę, więc błagam, niech pan przemyśli zmianę podejścia po tym, co właśnie powiedziałam.
Patrzył się na nią przez chwilę.
- Zapewniam panią, panno Calla, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by sprowadzić pannę Van Arsdell z powrotem do domu. Mamy prężnie działającą grupę funkcjonariuszy, a nasi hellseherzy ją namierzają...
- Czy doszli już do tego, gdzie Sabrina jest przetrzymywana?
Loren poczuła kiełkowanie nadziei w piersi i wyprostowała się na krześle. Właśnie tego potrzebowało miasto: więcej hellseherów pracujących jako funkcjonariusze publiczni, używających Widzenia do znajdowania podejrzanych i zaginionych. Proces zdalnego namierzania nie był idealny i dlatego nadal istniało tyle nierozwiązanych spraw, jednak nie zaszkodziłoby posiadanie większej liczby tych obdarzonych Widzeniem, szukających zwykłych mieszkańców. Większość hellseherów albo nie używała Widzenia w ogóle, ze względu na ryzyko przeciążenia, albo decydowała się na pogoń za grubą gotówką pochodzącą z nielegalnego procederu uprawianego przez łowców głów.
Funkcjonariusz ledwo poruszył się na swoim siedzisku. Jego wyraz twarzy powiedział Loren wszystko.
- Nie mogą jej znaleźć - rzuciła głucho. Opadła na oparcie krzesła. - Czy to znaczy, że nie żyje? - Czuła, jak serce krwawi jej w piersi. - Jest martwa, prawda? Zabili ją.
- Lauren...
- Właściwa forma to "Loren" - przerwała mu. Nie pierwszy raz go poprawiała. Tak jak nie pierwszy raz opowiadała mu wydarzenia tej nocy, tylko po to, by spotkać się z rażącym brakiem szacunku. - Chciałabym już stąd wyjść.
Mając jej tak samo dosyć, jak ona jego, funkcjonariusz wyprowadził ją z pokoju przesłuchań. Loren kulała za nim w ciszy, ledwo zauważając ból poranionych stóp przeszywający ją przy każdym kroku. I choć nie powiedział już nic więcej, to nie wpatrywał się w nią z niechęcią.
Musiał dojść do wniosku, że znalazła się na krawędzi. Była na skraju załamania nerwowego, i to nie w sposób, który działałby na ich korzyść przy rozwiązaniu sprawy Sabriny.
Jej przyjaciółka zniknęła. A najgorsze w tym wszystkim było to, że to jej wina.
4
Szkolenie wprowadzające dla pierwszoroczniaków Akademii Angelthene przydzielonych do Domu Soli odbywało się o ósmej rano.
Deszcz uderzał rytmicznie w parasolkę opartą na ramieniu Dallas; chroniła bardziej Loren niż ją samą. Loren oparła się ciężko o siostrę, gdy czekały na ostatnich świeżaków z Soli, by dołączyli do grupy i podali swoje imiona półwampirowi z wyższego rocznika, trzymającemu podkładkę w mlecznobiałych dłoniach. Lista trzepotała na wietrze, grożąc zerwaniem się z mizernego klipsa sprężynowego trzymającego ją w miejscu.
Loren nie zmrużyła tej nocy oka i nie sądziła, by z Dallas było inaczej. Po tym, jak matka Dallas zgarnęła je z centrum zatrzymań, nie odezwały się do siebie nawet słowem. A Taega nie zawracała sobie głowy składaniem kondolencji z powodu zaginięcia ich przyjaciółki. Prawdę powiedziawszy, nie odezwała się w ogóle do żadnej z nich do momentu, kiedy wkroczyły do penthouse'u.
- Doprowadźcie się do porządku w łazience dla gości i wysterylizujcie ją po wszystkim - zażądała, wkraczając do nieskazitelnego foyer. Smukłe mięśnie jej złocistych ud napinały się pod białym materiałem idealnie dopasowanej ołówkowej spódnicy. - Wasz smród doprowadza mnie do mdłości.
Byłoby lepiej, gdyby Taega w ogóle się nie odzywała, jednakże niemal dziewiętnaście lat życia w tym domu wystarczyło, by Loren wiedziała, czego się spodziewać po komandorce Bright. Pozwoliła, żeby Dallas umyła się pierwsza, a gdy skończyła, Loren zaryglowała drzwi i zwinęła się na marmurowej podłodze prysznica, obejmując rękami kolana. Przez dłuższy czas płakała w ciszy, analizując wydarzenia tego wieczora. Była tak pochłonięta próbami przypomnienia sobie każdego szczegółu, który pomógłby odnaleźć Sabrinę, że nie zauważyła, kiedy przestała lecieć gorąca woda.
W czasie tej godziny, gdy Loren tkwiła pod strumieniem wody, Dallas pokłóciła się z Taegą. Gdy Loren dotarła w końcu do łóżka w sypialni dzielonej z siostrą, ta leżała odwrócona do niej plecami. Jednak gdy Dallas sięgnęła, by wyłączyć lampkę, Loren dostrzegła fioletowy ślad na jej policzku. Dallas nie zamierzała o tym rozmawiać, co akurat nie było dziwne; nigdy nie mówiła o rzeczach, które ją raniły. Wolała przełknąć ból jak wielką tabletkę i udawać, że nie zatyka jej gardła.
Loren zamrugała, odganiając to wspomnienie, i zerknęła na rozmawiającą z ożywieniem grupę studentów oczekujących na oprowadzenie po terenie uczelni.
Wszyscy studenci na każdym kampusie w mieście byli podzieleni na domy na podstawie ich dziedzictwa i dominującego typu magii w krwi, o ile w ogóle taką magię posiadali. Dom Rtęci odpowiadał wodzie, Dom Soli ziemi, a Dom Siarki ogniowi.
Loren, jako jedna z niewielu ludzkich śmiertelniczek przyjętych do akademii, została skierowana do domu najmocniej połączonego z ziemią - z cyklem życia i śmierci. Obecnie starała się nie myśleć o przesiąkniętym deszczem spisie; o nazwisku Van Arsdell na samym dole alfabetycznie ułożonej listy. O jedynym imieniu bez zaznaczonej obecności. A może już zdążyli ją wykreślić; program z wiadomościami i pierwsza strona "Jutrzenki" z pewnością poinformowały już całe miasto o porwaniu Sabriny.
Loren o tym też starała się nie myśleć. Służby porządkowe znajdą Sabrinę i sprowadzą ją do domu. Na pewno.
Profesor odpowiedzialny za zorganizowanie wprowadzającego spotkania z nowymi studentami Domu Soli nazywał się Grayson Phipps. Okazał się przystojnym, czystokrwistym, złotowłosym czarownikiem z ostro zarysowaną linią szczęki i lekkim śladem zarostu, który sprawiał, że puls przyspieszał, a palce stóp zwijały się w butach.
Profesor Phipps dołączył do grupy dyskutujących czarownic, czarowników, mieszańców, ludzi oraz wampirów i przedstawił się krótko.
Coś ostrego dziabnęło Loren pod żebra. Gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby, odsuwając się od łokcia, który z pewnością pozostawi jej paskudnego siniaka.
- Aua, Dal!
- Gorący towar - syknęła Dallas. - Polatałabym na jego miotle przy pierwszej okazji.
Loren poczuła rumieniec na policzkach. Uciszyła Dallas i z powrotem skryła się pod parasolką.
Wilgotne powietrze puszyło loki na jej głowie. Nie, żeby tego poranka wiele czasu poświęciła swojej fryzurze; rzeczy, do których zwykle przykładała więcej wagi, dziś zeszły na dalszy plan. Będzie cudem, jeśli udało jej się zabrać wszystkie ćwiczeniówki i grymuary.
Dallas ruszyła za Phippsem na skos trawnika, razem z resztą studentów. Loren pognała za nią, a przemoknięta trawa piszczała przy zetknięciu z jej skórzanymi butami od mundurka. Biała, zapinana na guziki koszula - z logo Akademii Angelthene wyhaftowanym na lewej piersi - i kraciasta spódnica sięgająca do połowy uda w żaden sposób nie chroniły przed chłodem. Zęby szczękały jej tak głośno, że Dallas zaczęła ją uciszać.
Wprowadzenie okazało się długie i szczegółowe, jednak profesor Phipps opowiadał historię akademii w taki sposób, że przykuwał uwagę studentów, gdy przemieszczali się od jednego istotnego punktu do drugiego.
- Ciekawe, czy ma żonę - ciągnęła Dallas.
Profesor Phipps zwolnił przed posągiem czarownika i rozpoczął krótką pogadankę o założycielu szkoły.
- Próbuję słuchać - szepnęła Loren. Co nie było prawdą, ale pragnęła, by Dallas się zamknęła, zanim doprowadzi do wywalenia ich obu.
Tyle że profesor je dosłyszał. Zatrzymał się pod koronami niebieskich jakarand osłaniających posąg i odwrócił się w ich kierunku.
- Panno Dallas Bright.
Dallas zesztywniała, gdy wzrok Phippsa namierzył ją w morzu parasolek. Studenci, jeden po drugim, odwracali się, żeby na nią popatrzeć.
Loren pochyliła głowę, nie mogąc znieść ciężaru ich spojrzeń. Phipps zmarszczył czoło.
- Może chciałaby się pani podzielić z resztą grupy, co było tak ważne, by przeszkadzać mi w oprowadzeniu?
Dallas pochyliła brodę w udawanym zawstydzeniu i pokręciła głową. Gdyby Loren nie znała Dal całe swoje życie, może nawet by się na to nabrała. Jednak bez problemu mogła dostrzec uśmieszek pełzający po pełnych ustach Dallas, podkolorowanych tym samym odcieniem, co jej włosy. Loren wiedziała, że to kwestia użycia czaru, bo żadna szminka nie wyglądałaby tak perfekcyjnie. Opierdzieli za to siostrę później; nie powinna tak bezmyślnie szastać magią, gdy przeciążenie tak gwałtownie się rozprzestrzeniało, a w szpitalach brakowało łóżek.
Właśnie dlatego wymyślono różdżki. Przeciążenie było chorobą znaną od wieków; jeśli osoba nadużywała swoich rezerw mocy i korzystała z magii do wszystkiego i niczego - na przykład do makijażu - była bardziej narażona na zakażenie. Objawiało się u nieśmiertelnych postępującym starzeniem i ostatecznie ich zabijało.
Fokusy działały jak przewodniki, kanalizowały magię i zmniejszały ryzyko zarażenia przeciążeniem. Nie było to rozwiązanie idealne, ale działało - przynajmniej do tej pory. Czarownice i czarownicy używali różdżek od tak wielu lat, że tylko nieliczni potrafili uprawiać magię bez ich pomocy.
- Dziękuję, ale nie, profesorze Phipps - rzuciła Dallas przesłodzonym głosikiem. - Przepraszam, że przeszkodziłam.
Profesor mruknął z namysłem.
- Cóż, jako że moją pracą jest rozwiewanie wątpliwości studentów, nie zniósłbym, gdybym pozostawił twoje pytania bez odpowiedzi, panno Bright.
- Moje pytania? - Tym razem nie udawała zaskoczenia widocznego w jej spojrzeniu.
- Jestem żonaty. - Choć zachowywał pokerową twarz, w jego oczach rozbłysło rozbawienie. - A nawet gdybym nie był, to mam dwieście lat. Więc jestem dla ciebie o wiele za stary.
Studenci zachichotali. Dziewczyny zakryły usta dłońmi, a szczerzący się faceci zaczęli się szturchać łokciami.
- A teraz - kontynuował profesor - czy możemy z powrotem skupić się na oprowadzaniu, panno Bright?
Policzki Dallas pokryły się rumieńcem, jednak uśmiechnęła się i odpowiedziała słodko:
- Ma pan dobry słuch, profesorze.
Tylko się uśmiechnął i powrócił do pracy.
Oprowadzanie praktycznie dobiegało końca, gdy Loren zwolniła przed rozpadającym się budynkiem otoczonym siatką i zwojami drutu kolczastego.
Nieświadoma tego, że Loren się zatrzymała, Dallas dalej maszerowała, zabierając ze sobą parasolkę. Jej oczy, podkreślone ciemną kredką, przyklejone były do tyłka Phippsa. Loren tak mocno przewróciła oczami, że mogłaby przysiąc, że zobaczyła własny mózg.
- A co jest w tym budynku, profesorze? - Przetaczająca się burza prawie zagłuszyła jej słowa.
Studenci zwolnili, gdy profesor Phipps się odwrócił, trzymając podkładkę nad głową, by osłonić się przed coraz silniejszym deszczem. Nagle gdziekolwiek Loren by spojrzała, śledziła ją para ciekawskich oczu. Poczuła, jak jej ramiona się garbią, chyba setny raz tego ranka. Splotła palce, by nimi nerwowo nie przebierać.
- Wejście do tego budynku - odpowiedział - jest surowo zakazane.
Phipps zaczął się odwracać, gdy wtrąciła się Dallas:
- Nie, ale serio - zaczęła czarownica, ruszając ku siatce i odgarniając pasmo skręconych od wilgoci włosów z twarzy. - Co tam jest?
- Ale serio, panno Bright - odparł profesor Phipps, przedrzeźniając ją. - Zakaz wchodzenia. - Ponownie ruszył. Udało mu się zrobić dwa kroki, nim jego niechęć do mówienia o budynku sprawiła, że wszyscy studenci zaczęli mu o tym jęczeć.
Przystanął. Odwrócił się. Nawet mimo podkładki nad głową jego włosy ściemniały od deszczu.
Dallas uśmiechnęła się krzywo i skomentowała zachowanie studentów, którzy zasypywali profesora pytaniami o budynek:
- Wygląda na to, że zgromadziłyśmy małą armię.
Profesor długo przyglądał się Loren i Dallas. Gdy szum wreszcie przycichł, poddał się z westchnieniem. Opuścił podstawkę i wskazał nią budynek.
- To Stary Gmach. Właśnie tam odbywały się zajęcia, gdy szkoła powstała kilka tysięcy lat temu. Kiedy nowa akademia została rozbudowana, by dostosować się do rosnącej liczby studentów, ten budynek popadł w zapomnienie. Zamieniono go w przestrzeń magazynową.
- Czy to prawda, że na kampusie istniało tajne stowarzyszenie? - zapytał wampir trzymający spis studentów.
No, to był rodzaj informacji, który interesował Loren.
- Jaki rodzaj stowarzyszenia? - zapytała.
Spojrzenia jej i wampira się spotkały.
- Magii krwi. Zakradali się do budynku w Godzinie Wiedźm i odprawiali starożytne rytuały, żeby sprawdzić, kto był godzien przyłączyć się do kultu...
- Nie stowarzyszenie magii krwi ani tym bardziej kult, Stephanie - poprawił go profesor. - Bardziej zbieranina wyrzutków. Według opowieści było to kółko towarzyskie zrzeszające grupkę ludzi, stworzone, aby znajdować przyjaciół. Postawili na Stary Gmach jako miejsce spotkań i innych wydarzeń, bo było to miejsce, które mogli nazywać własnym.
Loren przysunęła się do siatki, zaciskając zęby z powodu magicznej bariery brzęczącej w powietrzu. Ciekawostka, że władze szkoły postanowiły zapewnić tak starej budowli dodatkową warstwę ochronną.
Przestrzeń magazynowa, ich mać.
Zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć przez wciąż padający deszcz, i skupiła wzrok na kształcie wyrytym w wilgotnym progu.
- Jak się nazywało to kółko? - Rozpoznała znajomy kształt wyrzeźbiony w drewnie na pół sekundy przed tym, nim profesor odpowiedział:
- Stowarzyszenie Głowy Feniksa.
***
Loren przeszła pod rozległym łukiem nad wejściem do akademii. Ciepło rozświetlonego ogniem wnętrza opadło jak koc na jej zmarznięte kości. Studenci tłoczyli się w przejściu jak sardynki w puszce, rozmawiając o wakacyjnych eskapadach. Wilki, czarownice i wampiry, które ukończyły tę samą szkołę średnią, co Loren i Dallas, witały się z tą drugą z uśmiechami różnej wielkości, machały z oddali. Nikt nie zwracał uwagi na ludzką jednostkę u boku czarownicy, jednak Loren nie była tym zaskoczona - przez dziewiętnaście lat zdążyła się przyzwyczaić do takiego traktowania.
Dotarły do schodów w holu wejściowym i zaczęły wspinać się do Domu Soli, wspomagając się mapą z czerwonym krzyżykiem, informującym, gdzie znajdą swój akademik.
Dziesiątki stopni i korytarzy później dotarły do rozwidlającej się klatki schodowej. Każda z nich prowadziła do innego domu - lewa do Rtęci, środkowa do Soli, a prawa do Siarki. Ruszyły środkową i korytarzem oświetlonym pochodniami. Na jego końcu znajdowało się zdobne, pozłacane lustro zajmujące całą ścianę. Żadnych drzwi - nie były tu potrzebne. Lustro służyło jako wejście do ich pokoi. Z tego, co Loren się dowiedziała, do wszystkich trzech domów wchodziło się w ten sam sposób, choć każde odbicie pokazywało inne alternatywne rzeczywistości korytarza znajdującego się teraz za nimi.
Dla Domu Soli był to korytarz wypełniony światłem słonecznym prześwitującym przez splątaną roślinność, dla Rtęci ściany z koralu i biały piasek chrzęszczący pod stopami, a dla Siarki kamienne ściany z podłogą z lawy.
Widok lasu w odbiciu wprawił Loren w oszołomienie. Bo choć spędzała każdą minutę każdego dnia otoczona przez rzeczy magiczne i nadzwyczajne, niektóre nigdy nie przestawały jej zadziwiać.
- Dal... - zaczęła, potrząsając głową, by pozbierać myśli. Dallas już prawie dotarła do lustra, zanim Loren ją dogoniła i złapała za nadgarstek. - Słyszałaś, co powiedział profesor Phipps?
Dallas obróciła się na pięcie, by stanąć z nią twarzą w twarz.
- O czym niby? - Jej spojrzenie było prawie tak twarde, jak nieskazitelne szkło za jej plecami.
Loren puściła rękę Dallas, jakby poraził ją prąd.
- O Stowarzyszeniu Głowy Feniksa.
- I co z nim?
Loren zamrugała.
- Nie zauważyłaś, że ten Mrokobójca, który porwał Sabrinę, miał tatuaż przedstawiający feniksa?
- I? - Skrzyżowała ręce na piersi i przeniosła ciężar na jedną z muskularnych nóg. - Czy nie wszyscy Mrokobójcy mają wytatuowany symbol ich kręgu?
- Właśnie o to chodzi. - W głos Loren wkradła się frustracja. - Nie istnieje krąg Mrokobójców z głową feniksa jako symbolem.
Usta Dallas ułożyły się w cienką, bladą linię.
- Nie przywiązuj do tego zbyt wielkiej wagi, Lor. Na twoim miejscu nie pokładałabym w tym nadziei.
Loren miała ochotę rwać włosy z głowy. Były siostrami, jednak Dallas miała okropny nawyk wątpienia w nią. Czasami Loren sądziła, że mur, którym otaczała się Dallas, był jeszcze grubszy niż jej własny.
- Zamierzam wejść do tego budynku - wycedziła, zwijając palce w pięści. - Niezależnie od tego, czy zamierzasz mi pomóc, czy też nie.
Twarz Dallas pozbawiona była wszelkich emocji. Studenci zaczęli wyłaniać się z lustra, niosąc grymuary i różdżki.
- Chodź - rzuciła Dallas, głosem tak zimnym i obojętnym jak jej twarz. - Musimy rozpakować bagaże albo spóźnimy się na pierwsze zajęcia.
5
Sobotni poranek przywitał Loren czystym, błękitnym niebem. Kiedy przechodziła przez bramę akademii, targając stertę plakatów wydrukowanych w bibliotece, magiczna bariera zaiskrzyła na jej skórze, aż dreszcz przeszedł ją od czubka głowy po koniuszki stóp.
Jej zmiana w Moździerzu i Pobijaku zaczynała się mniej więcej za godzinę. Znajdująca się na północnym skraju śródmieścia Avenue of the Scarlet Star była oddalona od akademii o jakieś pół godziny spacerem. I choć taksówki w ciągu dnia jeździły licznie, mogły okazać się dosyć drogie ze względu na to, na jak długo mogły utknąć w korkach. Poza tym Loren uznała, że długi spacer dobrze jej zrobi. Mogła pobyć sama ze swoimi myślami, a nie skupiać się na tym, czy ktoś czegoś do niej nie mówił. Ostatnio w ogóle niewiele do niej docierało, nawet podczas zajęć.
Cały ten tydzień minął w mgnieniu oka. Ani Dallas, ani ona nie wspomniały o Sabrinie od pierwszego dnia na uczelni. Tak naprawdę w ogóle niewiele ze sobą rozmawiały. I choć Loren przysięgła, że dostanie się do Starego Gmachu, nawet jeśli miałoby to ją zabić, wahała się, czy poruszać ten temat z Dallas. Jednocześnie dręczyło ją pytanie, co to wszystko znaczyło i czy tajne stowarzyszenie było jakoś powiązane z Mrokobójcą, który porwał Sabrinę.
Głęboko nabrała powietrza i ruszyła długą drogą w dół prowadzącą do miasta. Niebieskie płatki jakarand osypywały się na chodnik i wirowały wokół jej butów na koturnie.
W ślepej uliczce przy krawężniku stał sportowy samochód - tak samo groźny, jak i smukły, połyskujący lakierem czarnym jak jego felgi. Idiotycznie kosztowny model, rzadko widywany na ulicach, nawet tutaj, w efekciarskiej Małej Północy. To był ten rodzaj auta, który doprowadziłby Dallas do spazmów, podobnych do tych, jakich dostawała na widok umięśnionych chłopaków w obcisłej i przepoconej odzieży sportowej.
Uśmiechając się nieco wbrew sobie, Loren sięgnęła po telefon do kieszeni dżinsów i strzeliła fotkę pojazdu. Trzasnęła migawka i... Loren zamarła.
Na siedzeniu kierowcy dostrzegła czyjąś sylwetkę. Przyciemnione okna były tak czarne, że wcześniej jej nie dostrzegła.
Loren pochyliła głowę, skrywając twarz za kaskadą włosów. Wcisnęła telefon do kieszeni, podwinęła rękawy czerwonej bluzki z dekoltem w serek i ruszyła w dalszą drogę. Rozległe miasto błyszczało w słońcu, już buzujące mimo wczesnej pory.
Gdy maszerowała, temperatura rosła w zastraszającym tempie, a słońce wkrótce rozgrzało asfalt pod jej podeszwami. Zatrzymywała się co jakiś czas, by rozwiesić plakaty, przytwierdzając je do słupów telefonicznych i wiat przystankowych, wśród kolażu złożonego z wizytówek, plakatów informujących o zaginionych zwierzętach i reklam dotyczących usuwania demonicznych szkodników.
Nad czarno-białym zdjęciem przedstawiającym Sabrinę widniał duży, pogrubiony napis: "Zaginęła", a tuż pod nim pytanie: "Czy widziałeś tę dziewczynę?". Z każdym rozwieszonym plakatem Loren coraz mocniej ściskało w gardle. Plakaty skończyły się szybciej, niż się spodziewała, i jak tylko przytwierdziła ostatni do tablicy korkowej przy łukowatych drzwiach pubu Krew i Burger, ruszyła dalej, tym razem szybszym krokiem.
Dorastając w Małej Północy, nauczyła się każdego skrótu do Avenue of the Scarlet Star, i choć dziś jej się nie śpieszyło, postawiła na kręte, wąskie alejki ciągnące się przez osiedla mieszkalne zamiast na główne arterie zawalone stojącymi zderzak w zderzak samochodami.
Poza tym osiedla rozsiane po Małej Północy zapewne były zabezpieczone zaklęciami odstraszającymi większość Mrokobójców; te same zaklęcia otaczały Avenue of the Scarlet Star oraz Akademię Angelthene. Niewiele miejsc w mieście było stać na to, by osłonić swoich mieszkańców i gości tak dokładnie; Loren uważała się za szczęściarę, że mogła spędzić większość życia właśnie w takich miejscach.
Jednak istnieli też Mrokobójcy o wybitnych zdolnościach, tacy, którzy wiedzieli, jak używać nielegalnych soli stygijskich, żeby w pełni otworzyć bramy swojej magii i widzieć przez bariery na budynkach i pojazdach, jakby nigdy ich tam nie było. Ale musiała spróbować zrobić... cokolwiek; a chodzenie po ulicach bez żadnych barier ochronnych nie sprawiłoby, że poczułaby się lepiej.
Na drzewach nad alejką, łączącą dwa wyjątkowo szykowne osiedla, wśród konarów rozlegał się chrapliwy skrzek ptaków.
Loren uniosła głowę, osłaniając oczy dłonią, by zerknąć na spłowiałe od słońca niebo i drzewa.
Było zbyt jasno. Pranie i pęki ziół zwisające ze sznurków w pobliskim ogrodzie trzepotały w gorących powiewach wiatru.
Jazgot ptaków narastał. Zdawało się, że było ich więcej, niż na początku sądziła. Gdy ponownie wygięła szyję, dostrzegła sroki przycupnięte na gałęziach.
Te same ptaki, które skrzekliwie zwiastowały śmierć tej nocy, gdy porwano Sabrinę.
Loren zwolniła, zaszurała stopami, a serce zamarło jej w piersi, gdy przypomniała sobie starą dziecięcą rymowankę.
Jedna na żal
Dwie na bal
Trzy na żałobny stos
Cztery na narodzin głos
Na pięć niebo odpowie
Na sześć z piekła wrogowie
Siedem na diabła we własnej osobie
Zatrzymała się, gdy krew uderzyła jej do głowy. Ptaki skrzeczały głośniej, strosząc pióra.
Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć, sześć...
Siedziało ich tam siedem. Siedem srok skrzeczących tak głośno, że Loren nie była w stanie dosłyszeć samochodów w oddali. Ten hałas wgryzał się w jej bębenki, aż miała wrażenie, że krwawią.
Zasłaniając uszy dłońmi, pobiegła alejką, a przerzucona na skos torba obijała się jej o biodro. Była już praktycznie na końcu alejki i przy rozpościerającej się za nią drodze, kiedy znajomy widok czarnego sportowego auta zmroził ją w miejscu.
Pot wystąpił jej na czoło, gdy silnik zawył i samochód zniknął za żywopłotem okalającym wylot alejki.
Usta miała spierzchnięte i czuła, jak zacisnęły jej się płuca. Serce waliło jej jak młotem.
Ptaszyska za nią umilkły. Odwróciła się, by na nie spojrzeć. Cztery odleciały.
Pozostały trzy. Trzy na żałobny stos.
Wcale nie lepiej niż siedem. Siedem na Diabła.
Drżącymi dłońmi wyciągnęła telefon. Ledwo udało jej się dojrzeć cyfry w oślepiającym słońcu, jednak po chwili intensywnego mrugania spostrzegła, że zrobiła się za kwadrans dziewiąta. Jeśli nie wznowi marszu, nie będzie miała czasu, by kupić sobie coś do jedzenia przed początkiem zmiany, a to nie wchodziło w grę dla kogoś takiego jak ona. A sądząc po tym, jak zaczynało jej się kręcić w głowie i jak ostrzegawczo pulsował tatuaż, jej poziom cukru musiał drastycznie spaść. Na tym etapie nawet leki niespecjalnie by pomogły, musiała coś zjeść.
Zaciskając zęby, popatrzyła na teraz już opustoszałą drogę przed sobą, po czym, klnąc na ognisty wymiar Ignis, ruszyła w stronę Avenue of the Scarlet Star.
6
Darien Cassel zaparkował na rogu Avenue of the Scarlet Star, ale nie zgasił silnika. Ręcę oparł na kierownicy i obserwował, jak dziewczyna przecina brukowaną ulicę. Opadające na jej wąską talię jasne loki bujały się rytmicznie, lśniąc w słońcu jak złoto, mrożona kawa w jej dłoni kropliła się z każdym pośpiesznym krokiem.
Szczycąca się jednymi z najbardziej cenionych restauracji i sklepów Avenue of the Scarlet Star stała się atrakcją turystyczną, więc obowiązywał tam tylko ruch pieszy. Dlatego też musiał zaparkować tak daleko i poczekać, dokąd się uda jego cel. Następna wciągnięta porcja soli objawiła aury tkwiące w kolejce w Terra Café; dziewczyna stała na jej końcu i tupała nerwowo, czekając na swoją kolej.
Obecnie obserwował, jak przechodzi przez zatłoczoną ulicę, i zdał sobie sprawę, jak korzystnie się wszystko ułożyło. Zupełnym przypadkiem zajął miejsce parkingowe, z którego miał doskonały widok na ostateczny cel dziewczyny.
Szyld w kształcie kotła, wiszący nad obdrapanymi drzwiami, przy których właśnie stała, przeszukując zawartość torby, głosił: Moździerz i Pobijak Mordreda i Penelopy. Dosyć długo zajęło jej zlokalizowanie kluczy, a potem wsunięcie ich do zamka - cała ta scena aż bolała Dariena, gdy patrzył, jak drżą jej nieporadne ręce. Kiedy w końcu udało jej się otworzyć drzwi, zniknęła w środku.
Osunął się na fotel. Jakim cudem przerodziło się to w taki wrzód na dupie? Nie tylko jego cel okazał się studentką na uniwersytecie, ale właśnie zniknął w swoim miejscu pracy na, jak mniemał, następne sześć do ośmiu godzin. Gdy rozważał możliwe opcje, przypomniał sobie sroki drące się tak głośno, że słyszał je nawet przez kuloodporne szyby. Te na Gwiazdę pieprzone sroki.
Właśnie przez nie jego cel miał okazję obejrzeć sobie jego samochód w całej okazałości nie raz, ale dwa razy. Co gorsza, dziewczyna nawet zrobiła mu zdjęcie. Nigdy wcześniej, w całej swojej karierze Mrokobójcy, nie przydarzyło mu się coś tak niedorzecznego. Gdy wyciągnęła telefon z kieszeni - z dżinsów tak obcisłych, że praktycznie były na niej namalowane - i strzeliła fotkę jego auta, nie miała najmniejszego pojęcia, że znalazł się tam właśnie ze względu na nią.
Sole stygijskie - wymieszane ze sproszkowaną kością jej przodka - wciąż krążyły w jego organizmie i pozwoliły mu bez problemu ją wyśledzić. Od Świątyni Szkarłatnej Gwiazdy po Akademię Angelthene... i teraz tutaj. On i pozostała szóstka Diabłów byli jedynymi w mieście na tyle uzdolnionymi, by widzieć aurę innych nieprzerwanie, praktycznie przez każde zaklęcie. Dzięki temu zgarniali łupy z niespotykaną szybkością, która dała im nie tylko prawo nazywania siebie Siedmioma Diabłami, ale również odpowiadała za renomę każdego z nich z osobna.
I właśnie ta sława była powodem, dla którego budzili powszechny strach, i dlaczego mogli sobie pozwolić na żądanie tak absurdalnych kwot. Kiedy ścigał cię Diabeł, nie istniało miejsce, gdzie mogłeś się ukryć.
Aura tej dziewczyny okazała się interesująca. Kiedy pierwszy raz ją namierzył, była jednolicie biała, symbolizująca niewinność, uzdrowienie i czystość - kolor trafiający się głównie u dzieci. Co miało sens, biorąc pod uwagę, że była sierotą porzuconą w świątyni jako dziecko, więc aura, którą zlokalizował w jej murach, powinna ukazywać najczystszą formę. Jednakże gdy śledził ją przez miasto do Akademii Angelthene, odkrył, że jej obecna aura była prawie identyczna jak ślad, który zostawiła po sobie w świątyni jako niemowlę.
W czasie, który spędził na wyśledzeniu jej miejsca pobytu w Akademii Angelthene, jedynym innym kolorem, jaki przybrała jej aura, był blask tęczy. Kolejna rzadka emanacja spotykana u osób wyczulonych na piąty wymiar, charakteryzujących się pełnią optymizmu i energii.
Cele, które śledził w ciągu tych wszystkich lat... żaden z nich nie miał aury w bieli ani tęczy. Większość okazywała się szara lub czarna jak smoła, ewentualnie była mieszaniną przytłumionych, wyblakłych barw charakteryzujących rozdartego człowieka. Ale biel i tęcza?
Nigdy nie namierzał nikogo z aurą w bieli i tęczy.
Nie był pewien, co to oznacza. I dlatego nie podjął jeszcze żadnego działania. Dlatego nadal siedział w samochodzie, marnując czas i obserwując, jak jego cel spędza swój poranek jak gdyby nigdy nic.
Patrzył, jak światła rozbłyskują wewnątrz apteki. Minęło kolejne piętnaście minut, zanim dziewczyna obróciła kartkę w oknie, ukazując napis: "Otwarte".
Darien rozsiadł się wygodniej i zaczął się zastanawiać nad tym, jakim cudem udało mu się wplątać w coś tak dziwacznego. Aury nie zdradzały pochodzenia danej jednostki, ona jednak poruszała się, jakby była człowiekiem. A to było niemożliwe; żadne ludzkie życie nie było warte wyłożenia trzech milionów złotych mynet.
Mieszaniec - musiała być mieszańcem. Choć nie sądził, by to polepszało sytuację. Aby odkryć jej pochodzenie, musiałby znaleźć się na tyle blisko, by wyłapać jej zapach. Zrobiłby to w jakimkolwiek innym miejscu - odróżniłby jej woń od innych przechodniów. Ale przy tych wszystkich restauracjach, sklepach i food truckach wydzielających zarówno zapachy, jak i wyziewy - nie wspominając już nawet o orzeźwiającym zapachu mgiełki z systemów zamgławiających chłodzących aleję, smrodzie z przepełnionych koszy na śmieci na zapleczach i odurzającym aromacie winogronowych blantów popalanych przez nastoletnich czarowników na najbliższym rogu - jego zmysły były nieco przeciążone.
I, prawdę powiedziawszy, nie powinno go obchodzić, co zapach dziewczyny mógłby mu zdradzić. Powinien mieć to głęboko w dupie.
Pokręcił głową.
- Co za kupa szajsu - burknął.
A potem odchylił się na oparcie, przymknął oczy i czekał.
***
Trzy godziny później aleja pękała w szwach. Przeważająca część sklepów w ceglanych budynkach była nastawiona na obsługę czystokrwistych czarownic i czarowników, choć wampiry, wilkołaki, a nawet ludzie też przemykali po zatłoczonej ulicy.
Około wpół do pierwszej drzwi do Mordreda i Penelopy stanęły otworem. Odkąd dziewczyna powiesiła kartkę informującą o otwarciu, niezliczeni klienci weszli i wyszli z papierowymi torebkami wypchanymi magicznymi akcesoriami, a od czasu do czasu trafiała się osoba taszcząca całe naręcza roślin w doniczkach. Biorąc pod uwagę ruch w aptece, Darien zaczynał się zastanawiać, czy dziewczyna w ogóle zrobi sobie przerwę na lunch, gdy znajoma złotowłosa głowa w końcu wychynęła przez drzwi.
Zlustrowała aleję, jednak jej wzrok ani razu nie zatrzymał się na jego wozie, osłoniętym przez grupki turystów, uczniów liceum i biznesmenów. Kiedy uznała, że może bezpiecznie wyjść za próg, zamknęła drzwi za sobą i przyczepiła ręcznie napisaną notatkę do ich sfatygowanej powierzchni. Odległość w żaden sposób nie przeszkadzała wzrokowi hellsehera - bystrego jak u orła - w przeczytaniu tej bazgraniny.
"Zamknięte na czas lunchu. Wrócę o wpół do drugiej".
Patrzył, jak odchodzi ulicą; jej drobna sylwetka szybko została pochłonięta przez tłum.
Otworzył schowek i wyciągnął półautomatyczny pistolet. Wymienił magazynek, zębami otworzył nowe opakowanie z nabojami i załadował.
Pistolet prawdopodobnie mu się nie przyda, biorąc pod uwagę, jak młoda i dziwnie normalna zdawała się ta dziewczyna. Zazwyczaj zlecano mu wyśledzenie kryminalistów lub demonów, nie dziewczątek ledwie zaczynających naukę na uczelni. Nie bez powodu nazywano ich Mrokobójcami; nie polowali i nie zabijali dobrych, niewinnych ludzi - i rzadko ktokolwiek ich o to prosił. Większość ich celów zrobiła coś na tyle złego, by zasłużyć na cenę wybitą na czole.
Już sam fakt, że znajdował się na Avenue of the Scarlet Star, zakrawał na żart. To było miejsce przeznaczone dla rodzin; dla mężczyzn o głębokich kieszeniach i płytkich umysłach, zabierających swoje piękne żonki na idiotycznie kosztowne lunche. Nawet bruk tutaj był czystszy niż dywaniki w jego samochodzie.
Prawie parsknął śmiechem. Był o krok od rzucenia "jebać to" i odjechania. Czy inne Diabły postanowiły sobie z niego w ten sposób zażartować i to nie była prawdziwa fucha?
Lecz się zawahał. Zerknął w dół ulicy, gdzie nie był już w stanie dostrzec dziewczyny ani jej aury, jednak wiedział, że tkwiła w jakiejś kolejce do jedzenia.
Musiało istnieć jakieś wytłumaczenie. Bo choć wszystko w nim aż krzyczało, że to zwyczajny człowiek, to było to zwyczajnie niemożliwe.
Nie - nie było szans. Na bank nie mogła być zwykłym człowiekiem. I nie zamierzał zrezygnować z trzech milionów złotych mynet dlatego, że zrobiło mu się jej żal. Pieprzyć to.
Zatrzasnął magazynek wnętrzem dłoni, wsunął broń do kabury z przodu czarnych bojówek i ruszył za nią.
***
Loren tupała zniecierpliwiona, czekając w kolejce do wózka z kanapkami stojącego naprzeciwko Mordreda i Penelopy. Cały ranek była podminowana i za każdym razem, gdy rozlegał się dzwonek przy drzwiach apteki, serce prawie wyskakiwało jej z piersi.
Winiła za to sroki. Te durne ptaki przepowiedziały jej zarówno śmierć, jak i diabła, i choć do tej pory nie wydarzyło się nic złowrogiego, nie potrafiła się uspokoić. Niektórzy twierdzili, że to tylko głupiutka rymowanka, jednak nasłuchała się w swoim życiu wystarczająco wielu historii, by wiedzieć, że w tych słowach tkwiło ziarno prawdy.
Dallas prawdopodobnie wyśmiałaby ją i powiedziała, że przesadza. Ale Dallas tu nie było, a po zniknięciu Sabriny - i po tym drobnym fakcie, który nie umykał umysłowi Loren, że Mrokobójca żądał, by to ona wsiadła do samochodu, nie Sab czy Dallas - Loren nie wykluczała niczego, co mogło ją ostrzec przed nadchodzącymi niebezpieczeństwami.
Kolejka do kanapek przesuwała się w ślimaczym tempie, a Loren zaczynała się pocić w morderczych promieniach słońca. Pogoda ostatnio była straszliwie nieprzewidywalna, a jej prognozy jeszcze bardziej. Wyglądało na to, że dżinsy i bluzka z rękawami do łokcia nie były jeszcze odpowiednim wyborem.
Przesunęła się do przodu i w końcu udało jej się dotrzeć do kasy, gdzie zamówiła panini z indykiem, musztardą i podwójną porcją pikli. Wręczała właśnie wymięty banknot, gdy coś jej podpowiedziało, by obejrzeć się przez ramię.
Gdy robiła przegląd tłumu za sobą, jej spojrzenie padło na dwie sylwetki czające się po obu stronach aptecznych drzwi.
Tylko to sobie wyobraziła czy ją obserwowali?
Spocony sprzedawca kanapek zwrócił na siebie jej uwagę, potrząsając resztą przed jej twarzą.
- Proszę zatrzymać - rzuciła.
Ponownie zerknęła na parę stojącą pod apteką: jasnowłosego mężczyznę w średnim wieku i kobietę z głową wygoloną do zera.
Nadal się na nią gapili.
Właściciel wózka z kanapkami zaczął przygotowywać jej panini, więc wysunęła się z kolejki. Sekundy mijały, a ona nie spuszczała wzroku z odzianych w czerń postaci.
Minęły może dwie minuty, zanim odkleili się od ceglanego muru apteki i zaczęli przedzierać się przez tłum - pod kątem, który doprowadziłby ich prosto do niej.
Rozważała, czy nie zacząć wołać o pomoc, jednak wiadomości lokalne nie były jej obce. Widziała przerażające historie o przypadkach, gdy niewinni cywile padali ofiarą uzbrojonych bandytów i Mrokobójców po tym, jak próbowali pomóc innym. Nieśmiertelni przywódcy zorganizowanych grup przestępczych rządzących w podziemiu Angelthene byli tak potężni, że zazwyczaj nie dało się ich powstrzymać - nawet za pomocą magii.
I jeśli nie chciała przeżyć reszty życia z krwią niewinnych przechodniów na rękach, musiała sobie poradzić z tymi typami sama.
Opuściła wzrok, żałując, że ma na sobie te cholerne koturny, i zniknęła w tłumie. Mężczyzna, który przed chwilą potrząsał jej przed twarzą resztą, krzyknął, że zapomniała swojej kanapki.
Nie przerwała marszu w tłumie ludzi. Woda z systemów mgielnych rozmieszczonych na tarasach restauracji chłodziła jej spaloną słońcem twarz. Wilgoć nieco łagodziła upał, jednak w żaden sposób nie pomagała na skurcz w piersi. W gorącym powietrzu unosił się zapach pieczonej cebulki, pikli w chrupiącej panierce i malutkich pączków z lukrem przyrządzanych w restauracjach i na grillach w food truckach zaparkowanych wzdłuż alei.
Rzut oka przez ramię sugerował, że udało jej się zgubić pościg. Jednak kręciło się tu tylu ludzi, że nie mogła mieć pewności.
Ponownie się odwróciła, chcąc kontynuować marsz, gdy odkryła kolejne dwie osoby - mężczyzn w wieku jej przybranego ojca - zmierzające ku sobie z przeciwległych stron alei. Ich spojrzenia w żadnym momencie nie odkleiły się od jej twarzy. Ich usta się poruszały, jakby porozumiewali się ze sobą przez słuchawki bezprzewodowe. A tatuaże na bokach ich szyi...
Głowy feniksa.
- Szlag. - Serce podeszło jej do gardła i zakręciło jej się w głowie, gdy debatowała, co powinna zrobić.
Przed nią znajdowała się uliczka rozdzielająca lodziarnię Słony Karmel i Magiczne Sztuczki Medei, tuż na prawo od białego, marmurowego zegara słonecznego - postawionego tam setki lat temu dla uczczenia Tempusa Kłamcy, Boga Czasu.
Pognała w cienie między dwoma koślawymi budynkami, ostrożnie omijając zegar rozciągający się na prawie całą szerokość Avenue of the Scarlet Star. Na końcu uliczki wychudzone koty przegrzebywały wywrócony kosz na śmieci, powietrze przesycał kwaśny odór ryb i nadpsutej żywności. Nikogo tu nie było i pół sekundy później odkryła, że to ślepy zaułek.
Trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła telefon z kieszeni i z taką siłą wybrała numer alarmowy, że prawie połamała paznokcie. Nogi jej się trzęsły, gdy obejrzała się przez ramię na zatłoczoną aleję, a włosy wplątały jej się w wisiorek, z którym się nie rozstawała.
Nigdzie nie dostrzegała tropiących ją osób - przynajmniej na ten moment. Chwila wytchnienia.
Głos rozbrzmiał po pierwszym sygnale.
- Miejskie Centrum Ratu...
- Potrzebuję pomocy - wychrypiała.
- Proszę podać pani miejsce pobytu i opisać sytuację.
Próbowała powiedzieć: "Avenue of the Scarlet Star", lecz czyjaś ręka złapała ją z tyłu za gardło, a chłodna lufa broni przylgnęła do jej skroni.
W słuchawce zatrzeszczało, gdy telefon wyślizgnął się jej z palców. Uderzył w bruk, poszedł ekran. "Panienko..." było jedynym, co usłyszała z ust funkcjonariusza po drugiej stronie.
Przestała oddychać.
Ściany lokali po obu stronach alejki zamigotały i pochyliły się, gdy ktoś niskim, mrożącym krew w żyłach męskim głosem wysyczał jej do ucha:
- Jeden ruch i zginiesz.
***
- Pójdziesz ze mną - dodał napastnik, a każde jego słowo miało głęboki, bogaty ton. Mężczyzna znajdował się tak blisko Loren, że jej włosy unosiły się w rytm jego spokojnego oddechu, a każdy wydech muskał małżowinę jej ucha. - Nie będziesz się opierać ani nie wykonasz żadnego ruchu sugerującego, że przemieszczasz się wbrew własnej woli. Rozumiemy się?
Kolana Loren trzęsły się tak mocno, że zastanawiała się, jakim cudem jeszcze stoi. Być może dlatego, że mężczyzna przyciskał ją mocno do twardej piersi, a dłoń wciąż zaciskał jej na gardle. Broń przy jej skroni nawet nie drgnęła - a Loren nadal nie oddychała.
Próbowała się odezwać, jakoś odpowiedzieć. Jednak zabrakło jej głosu.
- Rozumiemy się czy nie? - Potrząsnął nią ostrzegawczo, lufa przylgnęła do jej skóry tak mocno, że pewnie pozostawiła siniaka.
Loren załkała, jednak udało jej się kiwnąć głową.
A potem... potem o czymś pomyślała.
- Pójdę z tobą bez sprzeciwu - zaczęła z wysiłkiem. Usta jej drżały, a serce próbowało wybić dziurę w piersi. - Ale tylko jeśli obiecasz, że uwolnisz moją przyjaciółkę Sabrinę Van Arsdell.
Cisza.
- O czym ty mówisz?
Loren zamrugała gwałtownie, walcząc z szarością zamazującą jej widzenie. Tuż u wylotu uliczki - pustej, jeśli nie liczyć niej samej i mężczyzny trzymającego ją na muszce - kręcili się przechodnie, spacerując po skąpanej w słońcu ulicy, śmiejąc się, rozmawiając, sącząc smoothie i mrożone kawy, całkowicie nieświadomi tego, co działo się w chłodnych podcieniach tylko kilka kroków od nich.
W tłumie dostrzegła cztery odziane w czerń postacie - kobietę z fryzurą na jeżyka i trzech mężczyzn z wieku jej ojca - obserwujące twarze mijanych ludzi. Wypatrywali jej. Jakby stanie z bronią przy głowie nie było wystarczająco koszmarne.
Jednak dłoń zaciśnięta wokół jej szyi stężała. Jakby też ich dostrzegł.
Jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że tu byli.
- Krwawisz złotem czy co, dziewczyno? Czemu te jebańce cię szukają?
Aż zakręciło jej się w głowie; uznała, że wszyscy, którzy na nią dziś polowali, pracowali w grupie, wliczając w to tego tutaj. Jeśli było inaczej, to oznaczało...
Co to właściwie oznaczało? Nie mogła zebrać myśli. Nie mogła...
- Czym ty jesteś, do cholery? - warknął, a siła jego głosu aż ją ogłuszyła. - Odpowiadaj.
- Nie wiem... nie wiem! - Pierwszy raz w życiu zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście jest człowiekiem, tak jak do tej pory sądziła. Gardło ją zapiekło, gdy wydarł się z niego szloch. - Moja przyjaciółka została porwana w zeszłym tygodniu przez Mrokobójcę, który polował na mnie. Próbował zmusić mnie do pójścia z nimi, ale pojawiła się policja...
- Kto to był? Mrokobójca, który was zaatakował? Do którego kręgu należał?
Nie była w stanie zmusić języka do ruchu, nie potrafiła zmusić się do odpowiedzi.
- Z którego pieprzonego kręgu?
- Nie wiem! - zawyła, łkając.
Cztery postacie w tłumie zaczęły przepychać się w kierunku uliczki, a Loren poczuła, jak krew - przynajmniej ta resztka - odpływa z jej głowy do stóp.
Mężczyzna trzymający ją na muszce obrócił nią tak szybko, że zaplątała się we własne obcasy i prawie wywaliła twarzą na bruk.
Uniosła wzrok na jego twarz... I dosłownie opadła jej szczęka.
Był niewiele starszy od niej - wyglądał na dwadzieścia trzy, może dwadzieścia cztery lata, choć nieśmiertelność utrudniała dokładne określenie czyjegoś wieku. Postanowiła zapamiętać jego cechy charakterystyczne, w razie gdyby udało jej się jakoś uciec, jednak odkryła, że gapi się na niego jak idiotka o wiele dłużej, niż było to konieczne, pożerając go spojrzeniem rysa po rysie i orientując się z każdą mijającą sekundą, że wszystko w nim zapadało w pamięć.
Miał atramentowoczarne włosy, nieco krótsze po bokach, a gładko zaczesane do tyłu kosmyki odsłaniały twarz równie przystojną, co zabójczą. Kształtne usta, ostra szczęka. Prosty nos, który nigdy nie był złamany, co było zaskakujące, biorąc pod uwagę jego... profesję. Loren uznała, że gdyby udało jej się zobaczyć dłonie bez rękawiczek, znalazłaby dowody, że to on spuszczał innym łomot.
Lecz najbardziej wstrząsnęły nią jego oczy. Stalowoniebieskie, jakich nigdy wcześniej nie widziała, dodatkowo rozjaśnione kontrastem z opaloną skórą. Te oczy - wraz z białkami - zalane były mrokiem Widzenia, gdy szybko skanował jej aurę. Górował nad nią, mając dobrze ponad metr osiemdziesiąt, a zbudowany był z samych mięśni i czystej męskości. Szerokie ramiona i bicepsy napinały znoszoną czarną, skórzaną kurtkę, na której tu i ówdzie wyszyto fragmenty symboli i słów w martwym języku. Zamek miał rozpięty na tyle, że dało się dostrzec trzy srebrne wisiorki zwisające z szyi: symbol religijny, amulet ochronny i medalion w kształcie skrzydła.
Loren w życiu nie trzymała pędzla w ręku, ale przez jedną przerażającą sekundę zapragnęła uwiecznić ten moment na papierze i zachować go pod szkłem.
Gdyby tylko miała szansę, nazwałaby ten obraz: "Diabeł - Król Nikczemnych i Potępionych".
A gdy dostrzegła tatuaż pod prawym uchem hellsehera - przedstawiający rogatą literę "S" w surowym liternictwie starożytnego świata - zrozumiała, że nie ma szans na ucieczkę. Nie ucieknie przed nim.
Ponieważ ten mężczyzna okazał się nie tylko Mrokobójcą - był jednym z Siedmiu Diabłów, elitarnej grupy nie tylko hellseherów, ale jednocześnie łowców głów, znanych i poważanych na całej Terrze. Mordowali, oszukiwali i wspinali się na szczyt niesprawiedliwej hierarchii, gdzie ludzie byli pożywką, a terrański imperator rządził wszystkimi żelazną ręką. Rzecz jasna Diabły i ich herszt Randal Slade mocno trzymali się swojego miejsca na piramidzie władzy, czając się tuż pod samym monarchą.
- Nie wierzę - mruknął Diabeł. - Jesteś człowiekiem.
Wciąż przytrzymywał ją jedną ręką, a drugą kierował lufę tuż poniżej jej szczęki. Zlustrował dokładnie jej obcisłe ubranie, które nic nie skrywało, po czym przeniósł uwagę na jej torebkę.
- Nic nie mam. - Zamrugała, walcząc z kolorowymi plamami zaburzającymi jej widzenie. Przez nie miała problem, by obserwować jego twarz, choć przecież znajdował się centymetry od niej. Już rozpiął nerkę i jak można było sądzić z kamiennego wyrazu twarzy, gdy przegrzebywał jej zawartość, nie był specjalnie zdumiony, że Widzenie go nie zawiodło: Loren nie miała przy sobie żadnych magicznych artefaktów. Nic ciekawszego niż guma do żucia i błyszczyk.
A jednak uznała za stosowne nazwać rzeczy po imieniu, gdy dodała tonem podszytym paniką:
- Nie mam przy sobie nic cennego i tak, jestem człowiekiem. Przysięgam na bogów, że jestem człowiekiem. I nie wiem, jak ani dlaczego stałam się kimś poszukiwanym. Bo to mnie szukasz! - Nie było to najmądrzejsze, co mogła powiedzieć, jako że właśnie dotarło do niej, że ogłosiła całemu światu, że należy do listy osób zaginionych. Wtedy zamarł.
Upuścił jej torebkę i się wyprostował. Loren bała się odetchnąć, gdy obserwował uliczkę za jej plecami z tą śmiercionośną precyzją przynależną wyłącznie istotom wyrwanym z trzewi podziemia. Odgłos kroków odbił się echem od otaczających ich ceglanych murów.
Cztery pary stóp.
Jeden z mężczyzn ze wspomnianej czwórki rzucił:
- Zjeżdżaj, Diable. - Rozległ się dźwięk odbezpieczanej broni. - Albo stracisz życie.
Stalowoniebieskie spojrzenie napotkało jej własne. I z jakiegoś powodu, mimo gróźb rzucanych w jego kierunku - i mimo liczebnej przewagi tamtych - w jego oczach nie dostrzegła strachu. Kiedy się odezwał, nie mówił do tamtej czwórki za nią, która właśnie odbezpieczała broń i w niego celowała.
Przemawiał do niej.
- Gdy się zacznie, skul się pod ścianą i osłaniaj głowę. Nie ruszaj się i nie wrzeszcz albo cię zabiję. - Ponownie przeniósł niewzruszony wzrok na osobników znajdujących się tylko kilka kroków dalej, choć celowało w nich więcej broni niż tylko ten jeden pistolet, który Mrokobójca nonszalancko trzymał przy boku, zupełnie jakby to nie było narzędzie do zabijania, tylko pędzel, jakby...
Jakby nie potrzebował tej broni.
Jakby cztery lufy nie były wycelowane w jego głowę.
Loren ledwie miała czas, by zrozumieć, co do niej powiedział, nim otworzył ogień w kierunku postaci blokujących wyjście z uliczki.
7
Nie mieli z nim szans. Diabeł poruszał się tak szybko, że ani jeden z nich nie zdążył oddać strzału. Jego pistolet był bezgłośny; nikt w pobliskiej alei nie miał pojęcia, co się dzieje, gdy kule wdzierały się w czaszki napastników.
Loren nie posłuchała jego rady. Gdy tylko czwarty ze strzelców padł na ziemię w kałuży krwi, odepchnęła się od ściany, przy której się kryła, chwyciła telefon i wybiegła w stronę wylotu uliczki - w stronę bezpiecznego tłumu znajdującego się tuż za chłodnymi podcieniami. Stukot jej koturnów okazał się głośniejszy od wszystkich tych wystrzałów.
Prawie dotarła do końca uliczki, gdy zwolniła.
Diabeł jej nie ścigał.
I może była największą idiotką na Terrze, lecz przystanęła, wzięła głęboki wdech i powoli... powoooli... odwróciła się, by stanąć z nim twarzą w twarz.
Właśnie wsuwał pistolet do kabury na przedzie czarnych bojówek, kompletnie nieprzejęty zwłokami walającymi mu się pod nogami i tym, że krew ściekała w szczeliny bruku.
Czterema trupami, których szyje były naznaczone takimi samymi tatuażami przedstawiającymi głowę feniksa.
Loren czekała, splatając palce, podczas gdy zdejmował czarne rękawiczki i wciskał je w jedną z wielu kieszeni czarnej kurtki. Czerń na czerni, na czerni.
Spojrzał na nią przenikliwie i zmrużył oczy.
- Ruszyłaś się.
- A ty mnie nie zabiłeś. - Jej głos był tak schrypnięty, że ledwo go rozpoznawała.
- Czekałem, aż zaczniesz wrzeszczeć. - Miał poważny wyraz twarzy, jednak podskórnie czuła, że rzuca jakimś chorym żartem.
- Co za szczęście, że ograniczyłam się do ucieczki.
Uśmieszek zaigrał w kąciku jego kształtnych ust.
- Co za szczęście - przytaknął.
Przyjrzała mu się uważniej: dłoniom pokrytym tatuażami, zwisającym nonszalancko po bokach, symbolowi Diabła pod uchem, buciorom zbryzganym krwią.
- Czemu? - Wiedziała, że rozumie, o co go pyta. Czemu jeszcze jej nie zabił?
- Zdaje się, że mój pracodawca zapomniał wspomnieć o jednym drobnym szczególe. - Czekała i po chwili dodał: - Nikt nic nie mówił o ludzkiej dziewczynie.
"Interesujące" - pomyślała Loren. Czyżby ten bezduszny morderca się nad nią zlitował? Czy też właśnie zamierzała zrobić coś kompletnie bezmyślnego?
- Chciałbyś może gdzieś usiąść? - wypaliła. Pytanie wybrzmiało w jej ustach, zanim się zorientowała, o co go właściwie pyta. Jednak jej nie zabił; jeszcze nie. Zamiast tego zamordował polujących na nią osobników. I choć on też ją tu wyśledził, dał jej szansę, by coś powiedzieć, by to wytłumaczyć. I nie ruszył za nią, gdy uciekała.
Może mogła mu poświęcić kilka minut. I jeśli tylko nie opuści z nim alei, uznała, że nic złego się nie stanie.
Prawdopodobnie.
Świat, w którym przyszło jej żyć, należał do wilków i nie traktował dobrze owieczek takich jak ona. By w nim przetrwać, należało stać się wilkiem... lub się z jednym z nich zaprzyjaźnić. Wiedziała, że nie ma szans na stanie się wilkiem, więc postawiła na drugą opcję. Chociaż "przyjaciel" było raczej ostatnim słowem, którego by użyła w stosunku do tego mężczyzny.
- Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć - zauważył Diabeł, przesuwając tym onieśmielającym wzrokiem po jej twarzy. - Są tu jakieś dobre restauracje?
"Co to w ogóle za pytanie?" - pomyślała. Jednak przypomniała sobie, z kim rozmawia. Ktoś taki jak on kręcił się raczej po szemranych rejonach miasta niż po jego nieskazitelnych atrakcjach turystycznych. Oczywiście z własnego wyboru, a już z pewnością nie dlatego, że nie było go na to stać.
- Tak jakby wszystkie - odpowiedziała, posyłając mu nieśmiały uśmiech, którego nie odwzajemnił. Pokazała na zatłoczony deptak. - Jesteśmy na Avenue of the Scarlet Star.