JEDEN
BETH
Dzisiaj deszcz pada inaczej, ani miękko, ani twardo, ani pod skosem, po prostu inaczej. Tak jakby przygotowywał miejsce spoczynku dla mojej mamy, jakby dotleniał ziemię, w której miała wkrótce zostać pochowana. Pielęgniarka z hospicjum powiedziała, że umrze przed końcem dnia. To dziwne. Niektórzy w ogóle się tego nie spodziewają, inni znają datę i odliczają dni, a ja nie wiem, co jest gorsze.
Wyglądam przez okno w kuchni, wychodzące na akry naszej posiadłości, na mieszankę drzew, wzgórz, trawiastych polan oraz strumienia, który to wszystko przecina. Rodzice kupili tę ziemię od jakiegoś farmera w latach siedemdziesiątych i krótko po tym zbudowali dom. To miejsce było malutkim rajem na ziemi... aż przestało nim być.
Wibruje mój telefon. Dostałam wiadomość od brata. Wylądował i przyjedzie do domu za mniej niż godzinę. Do domu? Przestał przyjeżdżać siedem lat temu, gdy zniknął nasz ojciec. Dlatego nie nazwałabym naszego małego miasteczka w Wisconsin jego domem. Mogą tak mówić sto siedemdziesiąt cztery osoby, ale on nie jest jedną z nich. Większość ludzi opuszczających Grove już tu nie wraca. A ci, którzy wracają, nie robią tego, bo chcą. To miejsce jest swego rodzaju cmentarzem.
Przechodzę do wiadomości, którą wysłałam siostrze wiele godzin temu. Pozostaje nieodczytana. Pewnie gnije gdzieś w motelu ze strzykawką wbitą między palce u stóp, bo jej żyły zapadły się na długo przed tym, jak doznała haju, za którym goni całe życie. Na samą myśl o siostrze wzdycham ciężko. Uzależnienie jest męczące dla uzależnionych i dla tych, których oni wykorzystują.
Wyciągam z szafy bochenek jasnego chleba, kroję dwie kromki i smaruję je majonezem. Koło zlewu stoi miska okrągłych i miękkich pomidorów wołowych, zebranych z ogrodu. Wybieram tego najbardziej dojrzałego i kładę go na zniszczonej desce do krojenia. Sok wycieka z miąższu, gdy tylko przecinam go nożem. Nie jestem pewna, dlaczego w ogóle robię mamie kanapkę z pomidorem i majonezem. Nie jadła nic od kilku dni, ale twierdzi, że to jest jej ulubione danie. Dorastała w skrajnej biedzie, dlatego jeśli mówi, że to jej ulubione jedzenie, to tak właśnie jest, bo nigdy nie doświadczyła niczego lepszego. Zawsze chciałam jej pokazać więcej, świat poza Grove, ale ja także nie opuszczam tego miejsca.
- Eliza... beth - woła cicho z salonu moja mama. Wypowiada moje imię tak, jak zjada cukierki Werther's: powoli, z rozmysłem. Jakby je smakowała. Ramiona opadają mi dokładnie tak jak tym, którzy zaznali porażki. Wiem, że już nigdy tego nie usłyszę - mojego imienia, tego, które mi nadała. Chciałabym móc je chwycić, schować w bezpiecznym miejscu niczym rodzinną pamiątkę. Ale ono należy do tej chwili. Nie mogę zachować go na zawsze, tak samo jak jej. Biorę głęboki oddech i wypuszczam nóż. Ten opada głośno na deskę do krojenia. Nadszedł czas na ostatnie pożegnanie.
Zegar na ścianie wskazuje kilka minut po dwudziestej. Moje rodzeństwo pewnie nie dotrze na czas. Mieli mnóstwo czasu, by przy niej być, ale wybrali, by tego nie robić. Więc może na to nie zasłużyli. Śmierć nie czeka na nikogo.
- Idę, mamo. - Zmuszam się, by nieznacznie unieść kąciki ust, i dopiero wtedy opuszczam kuchnię. Ona zawsze chciała tylko jednego: ujrzeć szczęście swoich dzieci. To jedno mogę dla niej zrobić, nawet jeśli nie jest to prawdą.
Salon został przekształcony w jej sypialnię trzy miesiące temu. Ona tego chciała, chciała móc wyglądać przez wielkie okno wykuszowe i obserwować zachody słońca. Mama przez większość życia pracowała na drugie zmiany i powiedziała, że to jedna z tych rzeczy, którą w życiu za często przegapiała.
W kącie stoi telewizor, jest wyciszony, na ekranie leci reklama marki samochodowej. Większość rzeczy należących do mamy jest w kwieciste wzory: koc, którym jest przykryta, kanapa zepchnięta pod ścianę oraz ułożone na niej poduszki. Nad specjalnym łóżkiem, na którym leży, wiszą nawet zdjęcia kwiatów. Powiedziała, że kwiaty przypominają jej życie - piękne, delikatne i szybko przemijające.
Oparcie jej łóżka jest lekko podniesione, a ona wygląda przez okno.
- Cześć, mamo - mówię. Głos niemal mi się załamuje, ale tłumię smutek. Tę tamę przełamię później, ale nie teraz, nie na jej oczach.
Nieznacznie unosi drżącą rękę i pozwala, by ta opadła na miejsce. Nie ma nawet siły, by to powiedzieć, ale słyszę jej słowa: "Chodź, Beth, obejrzyj ze mną zachód słońca".
- Dobrze, mamo.
Siadam na krześle koło jej łóżka. Jest odgniecione, dopasowane do moich pleców, a wszystko to przez liczbę godzin, które na nim spędziłam przez ostatnie miesiące. Mamie mocno pogorszyło się siedem tygodni temu i to wtedy wzięłam bezpłatny urlop z pracy w magazynie, by zajmować się nią całodobowo. Mama miałaby więcej czasu, ale jest upartą kobietą, która odwiedza lekarzy równie często, co wydział komunikacji. Nim zdiagnozowano raka, był zbyt zaawansowany, miała przerzuty do wątroby i krwi.
Porusza szczupłymi palcami, a ja sięgam po jej dłoń i delikatnie ją trzymam. Deszcz przestał na razie padać. Chmury się rozeszły, a niebo ma idealnie niebieską barwę, przetykaną odcieniami różu i pomarańczowego.
- Jest piękny, mamo - mówię, zerkając na nią.
Jej szarzejąca skóra jest niczym konar drzewa, znaczą ją głębokie bruzdy ukazujące życie pełne stresu i żalu. Ale mama je zaakceptowała. Zawsze tak było, zawsze mówiła z dumą: "Im bardziej pomarszczona skóra, tym trudniejsze życie". Dla niej to odznaczenie honorowe, dowód jej ciężkiej pracy.
Jej klatka piersiowa ledwie się unosi i opada. Obserwuję ją uważnie, by mieć pewność, że wciąż oddycha. Mama nie odrywa wzroku od zachodzącego słońca, a ja słyszę w głowie, co mi powiedziała tydzień temu, zanim wyszeptanie więcej niż słowa czy dwóch stało się za trudne.
"Nie ma w życiu wielu rzeczy, na które można liczyć, ale to... na słońce możesz liczyć. Zawsze wzejdzie i zajdzie - bez względu na wszystko. Nie ma znaczenia, czy jesteś chora, czy smutna. Nie ma znaczenia, czy trwa wojna, czy pokój. Nie liczy się, czy to widzisz, czy nie. Słońce. Na nie możesz liczyć".
Nawet na łożu śmierci próbuje mnie uczyć, prowadzić mnie, na swój sposób pokazać miłość - przez naukę i słowa mądrości. Delikatnie ściskam jej dłoń, żeby wiedziała, że ciągle tu jestem. Ten niewielki nacisk zdaje się przepływać przez jej ciało i ograniczać dopływ powietrza. Zaczyna sapać. Zamaczam gąbeczkę w szklance wody i wyciskam ją do jej nieznacznie rozchylonych ust. Mama nie odrywa wzroku od słońca. Dotykam jej spękanych warg wilgotną gąbką, a potem z powrotem odchylam się na krześle, podczas gdy ona chwyta swoje ostatnie oddechy.
Kiedy słońce znika za horyzontem, odwraca głowę w moją stronę. Uśmiecham się do niej, ale ona nie odpowiada tym samym. Wiem, że śmierć jest blisko, bo nawet obecność mamy jest mniej wyczuwalna.
- Cześć, mamo - mówię. Staram się powiedzieć "mamo" jak najwięcej razy, bo wiem, że już nigdy nikogo tak nie nazwę. To jest zarezerwowane tylko dla niej. Nikt jej nie zastąpi. Ściska mnie w gardle i czuję, że oddech więźnie mi w gardle, tak jakbym miała zacząć płakać prosto z głębi, boleśnie, tak, że nie da się przestać, tak, że trzęsłaby się każda część mojego ciała. Sięgam po dłoń mamy i znowu ją trzymam. Skórę ma zimną, a ja wiem, co to oznacza.
Patrzy na mnie albo lekko ponad moją głową, nie jestem pewna. W jej oczach widzę zagubienie. Zdawała sobie sprawę, że śmierć się zbliża, ale mimo wszystko jej nadejście jest dezorientujące. Tak jakbyśmy wszyscy stali w wielkiej kolejce i czekali na wywołanie naszego numerka, myśląc, że ten dzień nie nadejdzie... jednak on nadchodzi, zawsze. Mama próbuje obrócić ciało w moją stronę, ale jest za słaba, dlatego nachylam się ku niej. Gdy dzieli nas zaledwie trzydzieści centymetrów, dostrzegam, że jej powolne oddechy stały się gwałtowniejsze. Już prawie koniec, a ja wciąż mam jej tak wiele do powiedzenia. Wiem jednak, że to zajęłoby całe wieki, dlatego staram się powiedzieć tyle, ile zdążę.
- Kocham cię, mamo. Dziękuję za to, że mnie urodziłaś, wychowałaś, za kochanie mnie, za bycie jak słońce... bo na ciebie zawsze mogłam liczyć. - Głos mi drży. W ogóle nie tak to chciałam powiedzieć. Wiem, że wykrzywia mi się twarz, i czuję łzy na policzkach, tama pęka w ułamku sekundy.
W jej oczach pojawia się błysk świadomości, albo coś do tego podobnego.
- Twój ojciec... - sapie.
Nachylam się bliżej.
- Co, mamo? O co chodzi z tatą?
- On nie... - Próbuje zaczerpnąć oddechu, żeby wypowiedzieć kolejne słowa... słowa, które musiały w niej żyć. Czy były splątane z rakiem i tylko dlatego teraz jest w stanie je wypowiedzieć?
- Zni... knął - duka.
Mrugam gwałtownie, jakbym próbowała wybudzić się ze złego snu.
- Mamo, co próbujesz powiedzieć? Jeśli nie zniknął, to gdzie on jest? - Głos mi się trzęsie. Nic z tego nie rozumiem.
- Nie - mówi. Na chwilę zamyka oczy, a ja myślę, że już odeszła. Ale wtedy otwiera je równie szybko, jak zamknęła. - Ufaj - sapie.
- Mamo! Nie rozumiem. Gdzie jest tata? - krzyczę.
Wypuszcza powietrze z płuc, próbując wypowiedzieć te ostatnie słowa, ale z jej ust nic więcej się nie wydobywa, poza tym ostatnim oddechem. Zimna dłoń mamy omdlewa w mojej ręce. To prawda, co mówią o świetle, które gaśnie, gdy człowiek odchodzi. Jej oczy stają się ciemne i nieruchome. Usta zostają lekko rozwarte.
Odeszła.
Już jej ze mną nie ma.
Szlocham boleśnie, składając w całość jej ostatnie słowa.
"Twój ojciec. On nie zniknął. Nie ufaj..."