Przedmowa
Są książki, które opowiadają historię. Są też takie, które odsłaniają porządek świata ukryty pod historią - rytm codzienności, hierarchię gestów, cenę milczenia, ciężar pracy, którego zwykle nie zauważamy, dopóki ktoś nie opisze go z bezlitosną precyzją. Ta powieść należy do tej drugiej kategorii. To nie jest jedynie opowieść o małżeństwie, domu i wiejskim gospodarstwie. To jest przenikliwy zapis życia, w którym wszystko ma swoją materię: kurz, drewno, mleko, tynk, błoto, krew, obornik, światło, skóra. I właśnie dzięki tej materialności książka zyskuje wymiar psychologiczny tak prawdziwy, że chwilami bywa niemal dotkliwy.
Na pierwszy rzut oka punkt wyjścia wydaje się prosty. Ona - nauczycielka, kobieta praktyczna, sprawcza, nieustannie zajęta tym, co trzeba zrobić. On - organista, człowiek oczytany, błyskotliwy, ironiczny, wygodnie usadowiony w fotelu, rozkochany w anatomii, historii, biologii i w chłodnym porządku wiedzy. Między nimi jest dom, ogród, obora, pole i cały ten ogrom pracy, który w wielu książkach pozostaje niewidzialny, bo uchodzi za zwyczajny. Tutaj zwyczajność zostaje wydobyta z tła i postawiona w samym centrum. To wielka zaleta tej prozy: przywraca rangę temu, co najczęściej bywa pomijane, zbywane wzruszeniem ramion albo sprowadzane do "kobiecych obowiązków".
Właśnie dlatego ta książka robi tak silne wrażenie. Autor nie buduje napięcia za pomocą sensacyjnych zwrotów akcji, lecz poprzez niezwykle konsekwentny kontrast: pomiędzy ruchem a bezruchem, wysiłkiem a komentarzem, działaniem a interpretacją, ciałem a umysłem. Każdy kolejny dzień, każda czynność, każdy sezon pogłębia to pęknięcie, ale zarazem pokazuje coś jeszcze: że wiedza bez udziału w świecie staje się schronieniem, a praca bez języka staje się losem. Jedno i drugie jest w tej powieści prawdziwe. I jedno i drugie zostaje potraktowane z literacką powagą.
Najciekawsze jest jednak to, że nie mamy tu do czynienia z prostym oskarżeniem ani z tanią satyrą na męski egotyzm. Marek nie jest tylko figurą próżności czy wygodnictwa, choć niewątpliwie nosi w sobie jedno i drugie. Jest także człowiekiem przestraszonym własną śmiertelnością, własną niewystarczalnością, własnym ciałem, które z upływem czasu przestaje być przezroczystym narzędziem ducha, a staje się kruchym mechanizmem podległym awarii. Jego medyczne, czasem makabryczne wywody nie są jedynie popisem erudycji. Są próbą obrony. Próbą ujarzmienia lęku za pomocą języka. Próbą zamiany tajemnicy w termin, bólu w opis, końca w proces biologiczny. To bardzo trafne psychologicznie i właśnie dzięki temu postać Marka pozostaje ludzka, a nie karykaturalna.
Jolanta z kolei należy do tych bohaterek, które zapamiętuje się na długo nie dlatego, że dużo mówią, lecz dlatego, że wszystko wokół nich nabiera od nich kształtu. To postać zbudowana czynem. Jej tożsamość nie wyraża się w deklaracjach, ale w setkach drobnych decyzji, w uporze, w zdolności do podtrzymywania świata przy życiu. Sprząta, naprawia, dźwiga, szyje, sadzi, leczy, doi, prowadzi, gotuje, porządkuje, ratuje. Jej siła nie jest widowiskowa. Nie ma w niej nic z heroizmu na pokaz. To siła codzienna, niemal bezgłośna, a przez to bardziej przejmująca. W literaturze często podziwia się ludzi, którzy burzą porządek świata. Ta książka z wielką mądrością pokazuje, że równie wielki podziw należy się tym, którzy ten porządek codziennie, własnym ciałem i własnym czasem, podtrzymują.
Bardzo wysoko cenię także konstrukcję tej powieści. Zmieniające się pory roku nie są tutaj dekoracją. One organizują opowieść i niosą sens. Dom nie jest tłem, lecz organizmem. Ogród nie jest sielanką, lecz laboratorium trwania. Zwierzęta nie są tylko inwentarzem, lecz ciałami powierzonymi opiece. Każdy przedmiot, każda czynność, każda awaria zostaje wpisana w większy porządek życia i śmierci. Dzięki temu książka oddycha naturą, ale nie naturą pocztówkową. To natura, która rodzi, gnije, pęka, fermentuje, choruje, wraca. Natura bez upiększeń i właśnie dlatego prawdziwa.
Na uwagę zasługuje również język. Jest konkretny, gęsty od szczegółu, zmysłowy, a zarazem precyzyjny. Autor potrafi opisać pracę fizyczną tak, że czuje się ją w barkach, dłoniach i kolanach. Potrafi też wejść w medyczny detal bez maniery chłodnego podręcznika, zachowując narracyjną temperaturę. To rzadkie połączenie: literackość bez rozwodnienia konkretu oraz erudycja bez pychy. Czytelnik dostaje tekst, który można czytać jak powieść obyczajową, jak studium małżeństwa, jak opowieść o pracy, jak medytację nad kruchością ciała, a momentami nawet jak subtelny reportaż o niewidzialnej ekonomii codzienności.
To książka bardzo potrzebna również z innego powodu. W czasach, gdy tak wiele mówi się o produktywności, samorozwoju i spektakularnych przemianach, tutaj najważniejsze okazuje się coś znacznie skromniejszego i znacznie trudniejszego zarazem: codzienne utrzymywanie świata w całości. Gotowanie, mycie, karmienie, opatrywanie, transportowanie, porządkowanie, doglądanie. Te czynności nie mają blasku wielkich czynów, ale bez nich nie istnieje żaden dom, żadna wspólnota, żadna trwałość. Ta powieść oddaje im należną rangę i robi to bez patosu, za to z wielką uczciwością.
Czytając tę książkę, miałem poczucie obcowania z opowieścią, która zna życie od środka: zna zapach chłodnej piwnicy, ciężar mokrego prania, dźwięk wiadra stawianego na posadzce, lęk przed chorobą zwierzęcia w nocy, zmęczenie, które nie domaga się uznania, ale też nie daje się oszukać. Mało jest dziś prozy, która tak odważnie i tak dojrzale przygląda się relacji między troską a wyczerpaniem, między wiedzą a bezradnością, między miłością a obowiązkiem. Jeszcze mniej jest prozy, która umiałaby to wszystko osadzić w tak sugestywnym, organicznym świecie.
Dlatego sądzę, że to książka wyjątkowa. Mądra, przejmująca, doskonale skonstruowana. Czuła wobec pracy, bezlitosna wobec złudzeń, uważna na ciało, czas i materię. To opowieść, która zostaje w czytelniku nie tylko jako historia Jolanty i Marka, ale jako pytanie o to, kto naprawdę podtrzymuje nasze światy i jak często zapominamy na to spojrzeć. A kiedy już spojrzymy - czy umiemy jeszcze odwrócić wzrok?
Nie mam wątpliwości, że czytelnik trzyma w rękach książkę ważną. Taką, która nie tylko opowiada, ale i rozpoznaje. Taką, po której inaczej patrzy się na dom, na pracę, na ciało i na tych, którzy codziennie, bez fanfar, bez świadków, bez podziękowań, robią wszystko, żeby świat nie rozpadł się do rana.