Dom Łańcuchów. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 4 - Steven Erikson

Kup ebooka

55.00 zł
43.50 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dra­ma­tis per­so­nae

Teblo­rzy z ple­mie­nia Ury­dów

Karsa Orlong: młody wojow­nik

Bairoth Gild: młody wojow­nik

Delum Thord: młody wojow­nik

Day­liss: młoda kobieta

Pahlk: dzia­dek Karsy

Synyg: ojciec Karsy

Armia przy­bocz­nej

Przy­boczna Tavore

Pięść Gamet/Gim­let

T'jan­tar

Pięść Tene Baralta

Pięść Bli­stig

Kapi­tan Keneb

Pędrak: jego adop­to­wany syn

Admi­rał Nok

Komen­dant Alar­dis

Nul: wic­kań­ski czar­no­księż­nik

Nadir: wic­kań­ska cza­row­nica

Temul: Wic­ka­nin z Klanu Wron (oca­lony ze Sznura Psów)

Patrza­łek: żoł­nierz Gwar­dii Areń­skiej

Perła: szpon

Lostara Yil: ofi­cer Czer­wo­nych Mie­czy

Gall: wódz wojenny Khun­dry­lów z Wypa­lo­nych Łez

Imrahl: khun­dryl­ski wojow­nik z Wypa­lo­nych Łez

Top­per: szpon­mistrz

Żoł­nie­rze z 9 kom­pa­nii 8 legionu

Pie­chota mor­ska

Porucz­nik Ranal

Sier­żant Struna

Sier­żant Gesler

Sier­żant Bor­duke

Kapral Tarcz

Kapral Chmura

Kapral Hubb

Flaszka: mag dru­żyny

Śmieszka

Koryk: żoł­nierz, pół­krwi Seti

Mątwa: saper

Prawda

Pella

Tavos Pond

Pia­sek

Bal­grid

Ibb

Moż­liwe

Lut­nia

Ciężka pie­chota

Sier­żant Mosel

Sier­żant Sobe­lone

Sier­żant Tugg

Mądrala

Uru Hela

Micha

Krót­ko­nos

Wybrani żoł­nie­rze śred­nio­zbroj­nej pie­choty

Sier­żant Bal­sam

Sier­żant Moak

Sier­żant Thom Tissy

Kapral Tru­pi­smród

Kapral Spa­lony

Kapral Tuli­pan

Rze­zi­gar­dzioł

Opak

Galt

Pła­tek

Sta­wiacz

Rampa

Zdolny

Inni żoł­nie­rze Impe­rium Mala­zań­skiego

Sier­żant Postro­nek: Druga Kom­pa­nia, Pułk Ashocki

Ebron: Piąta Dru­żyna, mag

Kulas: Piąta Dru­żyna

Dzwon: Piąta Dru­żyna

Kapral Odprysk: Piąta Dru­żyna

Kapi­tan Milu­tek: Druga Kom­pa­nia

Porucz­nik Pryszcz: Druga Kom­pa­nia

Jibb: Gwar­dia Ehr­li­tań­ska

Mewi­ślad: Gwar­dia Ehr­li­tań­ska

Bazgroł: Gwar­dia Ehr­li­tań­ska

Star­szy sier­żant Wyłam Ząb: Miej­ski Gar­ni­zon Mala­zań­ski

Kapi­tan Irriz: rene­gat

Sinn: uchodźca

Gen­tur

Oplu­wacz

Hawl

Nathij­czycy

Han­dlarz nie­wol­ni­ków Sil­gar

Damisk

Balan­tis

Astabb

Bor­rug

Inni na Gena­bac­kis

Torvald Nom

Cisza

Ganal

Armia Apo­ka­lipsy sha'ik

Sha'ik: Wybrana przez Bogi­nię Tor­nada (ongiś Feli­sin z rodu Para­nów)

Feli­sin Młod­sza: jej adop­to­wana córka

Tobla­kai

Leoman od Cepów

Wielki mag L'oric

Wielki mag Bidi­thal

Wielki mag Febryl

Hebo­ric Wid­mo­wo­ręki

Kamist Reloe: mag Kor­bolo Doma

Hena­ras: cza­ro­dziejka

Fay­elle: cza­ro­dziejka

Mathok: wódz wojenny Pustyn­nych Ple­mion

T'morol: jego oso­bi­sty straż­nik

Corabb Bhi­lan Thenu'alas: ofi­cer z kom­pa­nii Leomana

Scil­lara: mar­kie­tanka

Duryl: posła­niec

Ethume: kapral

Kor­bolo Dom: napań­ski rene­gat

Kasa­nal: jego wyna­jęty skry­to­bójca

Inni

Kalam Mekhar: skry­to­bójca

Trull Sen­gar: Tiste Edur

Onrack: T'lan Imass

Nożow­nik: skry­to­bójca (znany też jako Cro­kus)

Apsa­lar: skry­to­bój­czyni

Rel­lock: ojciec Apsa­lar

Koty­lion: patron skry­to­bój­ców

Wędro­wiec

Rood: Ogar Cie­nia

Blind: Ogar Cie­nia

Darist: Tiste Andii

Ba'ien­rok (Straż­nik): pustel­nik

Ibra Gho­lan: wódz klanu T'lan Imas­sów

Monok Ochem: rzu­ca­jący kości T'lan Imas­sów Logrosa

Haran Epal: T'lan Imass

Olar Shayn: T'lan Imass

Szara Żaba: demon cho­wa­niec

Apt: demo­nica (matrona Apto­rian z Cie­nia)

Aza­lan: demon z Cie­nia

Panek: dziecko Cie­nia

Mebra: szpieg z Ehr­li­tanu

Iska­ral Krost: kapłan Cie­nia

Mogora: jego żona, d'ivers

Cyn­ni­gig: Jaghut

Phyr­lis: Jaghutka

Ara­mala: Jaghutka

Ica­rium: Jhag

Mappo Konus: Trell

Jor­rude: sene­szal Tiste Lio­san

Mala­char: Tiste Lio­san

Enias: Tiste Lio­san

Ore­nas: Tiste Lio­san

Pro­log

Na pogra­ni­czu Zaczątku, 943 dzień Poszu­ki­wań 1139 rok snu Pożogi

Szare, roz­dęte, pokryte pla­mami ciała pokry­wały muli­ste wybrzeże tak daleko, jak okiem się­gnąć. Na gni­ją­cych zwło­kach - zarówno wyrzu­co­nych na brzeg niczym drewno, jak i koły­szą­cych się jesz­cze na falach - roiło się od czar­nych kra­bów o dzie­się­ciu nogach. Małe niczym monety stwo­rze­nia dopiero roz­po­czy­nały sutą ucztę, którą zawdzię­czały roz­dar­ciu się groty.

Kolor morza sta­no­wił zwier­cia­dlane odbi­cie zachmu­rzo­nego nieba. Matowa, łaciata sza­rość na górze i na dole, mącona gdzie­nie­gdzie ciem­niej­szą barwą mułu oraz - w odle­gło­ści trzy­dzie­stu ruchów wio­sła - ochro­wymi pla­mami led­wie widocz­nych gór­nych pię­ter budyn­ków zato­pio­nego mia­sta. Sztormy minęły i pośród szcząt­ków pochło­nię­tego przez fale świata pano­wał teraz spo­kój.

Tutejsi miesz­kańcy byli niscy i krępi. Twa­rze mieli pła­skie, a dłu­gie, jasne włosy opa­dały im na ramiona. Sądząc po cie­płym odzie­niu, w ich świe­cie pano­wały chłody. Po roz­dar­ciu tem­pe­ra­tura zmie­niła się jed­nak dra­stycz­nie. Było tu teraz gorąco i parno, a w powie­trzu uno­sił się odór roz­kładu.

Morze zro­dziło się z rzeki pły­ną­cej w innym kró­le­stwie. Potężna, sze­roka słod­ko­wodna arte­ria bie­gła zapewne przez cały kon­ty­nent, nio­sąc ze sobą rów­ninny muł. Jej mroczne głę­bie były sie­dli­skiem ogrom­nych sumów i wiel­kich jak koło wozu wod­nych pają­ków, a na pły­ci­znach roiło się od kra­bów oraz dra­pież­nych roślin pozba­wio­nych korzeni. Potem nio­sący nie­zmierną masę wody nurt wdarł się do tej bez­kre­snej, pła­skiej kra­iny. Pły­nął przez dni, tygo­dnie, mie­siące.

Burze, wywo­łane przez gwał­towne star­cie tro­pi­kal­nych prą­dów powietrz­nych z miej­sco­wym umiar­ko­wa­nym kli­ma­tem, dały począ­tek sza­lo­nym wichrom, które pędziły wody wciąż dalej i dalej. Razem z nie­po­wstrzy­ma­nym poto­pem nade­szły epi­de­mie, odbie­ra­jące życie tym, któ­rzy nie uto­nęli.

Ostat­niej nocy roz­dar­cie w jakiś spo­sób się zamknęło. Rzeka z innego kró­le­stwa wró­ciła do pier­wot­nego koryta.

Cią­gnąca się przed Trul­lem Sen­ga­rem linia brze­gowa zapewne nie zasłu­gi­wała na tę nazwę, lecz żadne inne okre­śle­nie nie przy­cho­dziło mu do głowy. Brzeg skła­dał się wyłącz­nie z mułu gro­ma­dzą­cego się pod wyso­kim murem, który się­gał od hory­zontu po hory­zont. Mur oparł się powo­dzi, choć z jego szczytu spły­wały na drugą stronę kaskady wody.

Po lewej stro­nie miał ciała, a po pra­wej pio­nowy spa­dek wyso­ko­ści sied­miu, może ośmiu męż­czyzn. Szczyt muru liczył sobie nie­spełna trzy­dzie­ści kro­ków sze­ro­ko­ści. Fakt, że ta kon­struk­cja powstrzy­mała całe morze, suge­ro­wał czary. Sze­ro­kie, pła­skie kamie­nie, z któ­rych ją zbu­do­wano, były usma­ro­wane bło­tem, schną­cym już na upale. Na powierzchni muru tań­czyły ciem­no­brą­zowe owady, które uska­ki­wały z drogi Trul­lowi Sen­ga­rowi i jego opraw­com.

Trul­lowi ta myśl na­dal nie chciała się pomie­ścić w gło­wie. Moi oprawcy. Nie­ła­two mu było się z tym pogo­dzić. Prze­cież to byli jego bra­cia. Rodzina. Znał ich twa­rze przez całe życie, widział, jak się uśmie­chają, sły­szał ich śmiech, a nie­kiedy dostrze­gał też na ich obli­czach żal sta­no­wiący zwier­cia­dlane odbi­cie tego, który sam czuł. Stał u ich boku pod­czas wszyst­kiego, co się wyda­rzyło, czy były to chwa­lebne triumfy, czy też roz­dzie­ra­jące duszę straty.

Oprawcy.

Teraz nie było uśmie­chów, nie było śmie­chu. Twa­rze tych, któ­rzy go pil­no­wali, były zimne i nie­ru­chome.

Jak nisko upa­dli­śmy.

Marsz dobiegł końca. Męż­czyźni oba­lili Trulla Sen­gara na zie­mię, nie zwa­ża­jąc na jego siniaki, na zadra­pa­nia i rany, z któ­rych na­dal sączyła się krew. Nie­ży­jący już miesz­kańcy tego świata umie­ścili w jakimś nie­zna­nym celu na szczy­cie muru masywne żela­zne pier­ście­nie, umo­co­wane w sercu wiel­kich kamien­nych blo­ków. Roz­miesz­czono je wzdłuż muru co jakieś pięt­na­ście kro­ków, tak daleko, jak Trull mógł się­gnąć wzro­kiem.

Teraz miały zna­leźć nową funk­cję.

Ople­tli Trulla Sen­gara łań­cu­chami. Jego ręce i nogi zakuli w kaj­dany. Wokół talii bole­śnie zaci­snęli mu nabi­jany gwoź­dziami pas. Potem prze­wle­kli łań­cu­chy przez żela­zne kółka pasa i nacią­gnęli je mocno, by unie­ru­cho­mić go obok pier­ście­nia. Do szczęki przy­twier­dzili mu meta­lowe ima­dło. Następ­nie zaci­snęli je, zmu­sza­jąc go do otwar­cia ust, i wepchnęli do nich meta­lową płytkę, która przy­ci­skała język.

Póź­niej nastą­piło odcię­cie. Na czole Trulla wyry­so­wali szty­le­tem krąg, który potem prze­cięli zyg­za­ko­watą linią, wbi­ja­jąc czu­bek noża tak głę­boko, że aż naru­szył kość. W rany wtarli popiół. Długi, poje­dyn­czy war­kocz obcięli bru­tal­nymi ude­rze­niami, od któ­rych jego kark pokryły krwawe rany. W resztę wło­sów wtarli gęstą, lepką maść. Za kilka godzin wszyst­kie włosy odpadną i Trull Sen­gar na zawsze sta­nie się łysy.

Odcię­cie było abso­lut­nym, nie­od­wra­cal­nym aktem odrzu­ce­nia. Był teraz wyrzut­kiem. Dla swych braci prze­stał ist­nieć. Nikt nie będzie obcho­dził po nim żałoby. Jego czyny zostaną zapo­mniane, tak jak jego imię. Jego rodzice wydali na świat jedno dziecko mniej. To była naj­su­row­sza kara znana jego ludowi, znacz­nie strasz­liw­sza od egze­ku­cji.

Ale Trull Sen­gar nie popeł­nił żad­nej zbrodni.

Oto jak nisko upa­dli­śmy.

Sta­nęli nad nim. Być może dopiero w tej chwili dotarło do nich, co uczy­nili.

Ciszę zmą­cił zna­jomy głos.

- Teraz o nim pomó­wimy, a gdy już opu­ścimy to miej­sce, prze­sta­nie być naszym bra­tem.

- Teraz o nim pomó­wimy - zain­to­no­wali inni.

- On cię zdra­dził - dodał jeden z nich.

Pierw­szy głos był chłodny, nie było w nim sły­chać triumfu, choć Trull Sen­gar wie­dział, że mówiący go czuje.

- Twier­dzisz, że mnie zdra­dził.

- Tak, bra­cie.

- Jaki masz na to dowód?

- Sły­sza­łem to z jego ust.

- Czy tylko ty jeden utrzy­mu­jesz, że sły­sza­łeś owe słowa zdrady?

- Nie, ja rów­nież je sły­sza­łem.

- I ja, bra­cie.

- A co nasz brat wam powie­dział?

- Że prze­cią­łeś łączące cię z nami więzy krwi.

- Że słu­żysz ukry­temu panu.

- Że twoja ambi­cja przy­wie­dzie nas wszyst­kich do zguby...

- Cały nasz lud.

- To zna­czy, że wystą­pił prze­ciwko mnie.

- Tak.

- Wła­snymi ustami oskar­żył mnie o zdradę naszego ludu.

- Tak.

- A czy jestem winny? Roz­ważmy ten zarzut. Połu­dniowe zie­mie ogar­nął ogień. Armie nie­przy­ja­ciela zrej­te­ro­wały. Nasi wro­go­wie klę­czą przed nami, bła­ga­jąc nas, byśmy pozwo­lili im zostać naszymi nie­wol­ni­kami. Z niczego stwo­rzy­li­śmy impe­rium, a nasza siła na­dal rośnie. Co musi­cie czy­nić, byśmy stali się sil­niejsi, bra­cia?

- Musimy poszu­ki­wać.

- Tak jest. A gdy już znaj­dzie­cie to, czego szu­ka­cie?

- Musimy to oddać tobie, bra­cie.

- Czy rozu­mie­cie, dla­czego trzeba tak postą­pić?

- Rozu­miemy.

- Czy rozu­mie­cie, jak wiele poświę­ci­łem dla was, dla naszego ludu i naszej przy­szło­ści?

- Rozu­miemy.

- A mimo to pod­czas poszu­ki­wań ten męż­czy­zna, nasz były brat, wystą­pił prze­ciwko mnie.

- Tak.

- Co gor­sza, pró­bo­wał bro­nić tych nowych wro­gów, któ­rych zna­leź­li­śmy.

- Pró­bo­wał. Zwał ich Czy­stymi Kuzy­nami i twier­dził, że nie powin­ni­śmy ich zabi­jać.

- A gdyby rze­czy­wi­ście byli Czy­stymi Kuzy­nami...

- Nie ginę­liby tak łatwo.

- To prawda.

- On cię zdra­dził, bra­cie.

- Zdra­dził nas wszyst­kich.

Zapa­dła cisza.

Ach, chcesz się z nimi podzie­lić swą zbrod­nią. A oni się wahają.

- Zdra­dził nas wszyst­kich, nie­praw­daż, bra­cia?

- Tak - roz­legł się chór wąt­pią­cych gło­sów, wypo­wia­da­ją­cych chra­pli­wie, nie­mal szep­tem, to słowo.

Przez długą chwilę nikt się nie odzy­wał. Potem roz­legł się głos, w któ­rym pobrzmie­wał z naj­wyż­szym wysił­kiem tłu­miony gniew.

- To prawda, bra­cia. Czy mamy zlek­ce­wa­żyć to nie­bez­pie­czeń­stwo? Tę groźbę zdrady, tę tru­ci­znę, tę zarazę, która pró­buje znisz­czyć naszą rodzinę? Czy będzie się ona sze­rzyć? Czy jesz­cze tu przyj­dziemy? Musimy być czujni, bra­cia. Uwa­żać na swoje myśli. Na sie­bie nawza­jem. Tak oto pomó­wi­li­śmy o nim. Już go nie ma.

- Już go nie ma.

- Ni­gdy nie ist­niał.

- Ni­gdy nie ist­niał.

- Opu­śćmy więc to miej­sce.

- Tak, opu­śćmy.

Trull Sen­gar wytę­żał słuch, aż wresz­cie prze­stał sły­szeć ich kroki, wyczu­wać drże­nie kamie­nia pod cięż­kimi butami. Został sam. Nie mógł się poru­szyć, widział tylko ubło­cony kamienny mur u pod­stawy żela­znego pier­ście­nia.

Trupy koły­sały się leni­wie na falach u brzegu. Bie­gały po nich kraby. Woda na­dal prze­są­czała się przez zaprawę murar­ską, wni­kała w cyklo­powy mur, szep­cząc niczym duchy, a potem spły­wała z niego po dru­giej stro­nie.

Jego lud od dawna znał tę prawdę, być może jedyną prawdę. Natura toczy tylko jedną, wieczną wojnę. Ma tylko jed­nego wroga. Uświa­do­mić to sobie zna­czyło zro­zu­mieć świat. Każdy świat.

Natura ma tylko jed­nego wroga.

I jest nim nie­rów­no­waga.

Mur powstrzy­my­wał morze.

Kryją się w tym dwa zna­cze­nia. Bra­cia, czyż nie dostrze­ga­cie tej prawdy? Mur powstrzy­muje morze.

Na pewien czas.

Temu poto­powi nie da się zapo­biec. On się dopiero zaczął. Jego bra­cia tego nie poj­mo­wali. Być może ni­gdy to do nich nie dotrze.

Wśród jego ludu uto­nię­cie było czę­stą przy­czyną śmierci. Nie oba­wiano się go. Trull Sen­gar rów­nież miał uto­nąć. Wkrótce.

Podej­rze­wał, że cały ich lud nie­długo pój­dzie w jego ślady.

Jego brat naru­szył rów­no­wagę.

A tego natura nie będzie tole­ro­wała.

Roz­dział pierw­szy

Dzieci z mrocz­nego domu wybie­rają ścieżki skryte w cie­niu.

Nathij­skie porze­ka­dło ludowe

Pies roz­szar­pał kobietę, starca i dziecko, nim wojow­nicy zdo­łali zapę­dzić go do opusz­czo­nego pieca do wypa­la­nia gliny na skraju wio­ski. Do tej pory wier­ność zwie­rzę­cia była nie­za­chwiana. Strze­gło ono ziem Ury­dów z gwał­tow­nym zapa­łem odpo­wied­nim do jego twar­dych, lecz spra­wie­dli­wych obo­wiąz­ków. Na jego ciele nie widziało się ran, które mogłyby się pasku­dzić, wpusz­cza­jąc do żył ducha sza­leń­stwa. Pies nie zapadł też na pie­niącą cho­robę. Żadne inne zwie­rzę nie rzu­ciło wyzwa­nia jego pozy­cji w sfo­rze. Nie było nic, zupeł­nie nic, co mogłoby wytłu­ma­czyć tę nagłą zmianę.

Wojow­nicy osa­czyli psa pod łuko­watą tylną ścianą pieca i kłuli włócz­niami uja­da­jące sza­leń­czo, pró­bu­jące kąsać zwie­rzę, aż wresz­cie padło mar­twe. Gdy przyj­rzeli się włócz­niom, zoba­czyli, że drzewca są pogry­zione i mokre od krwi i śliny, a żela­zne oku­cia powgnia­tane i pory­so­wane.

Wie­dzieli, że sza­leń­stwo może się czaić ukryte głę­boko pod powierzch­nią, a nawet jego nie­znaczna domieszka obraca stop­niowo krew w coś gorz­kiego. Sza­mani zba­dali trzy ofiary. Dwie z nich zmarły, lecz dziecko jesz­cze się trzy­mało życia.

Ojciec zaniósł chłopca do Twa­rzy w Skale. Towa­rzy­szył mu posępny orszak. Poło­żył syna na pola­nie przed Sied­mioma Bogami Teblo­rów i zosta­wił je tam.

Chło­piec wkrótce sko­nał, sam ze swym bólem wobec bez­li­to­snych twa­rzy wyku­tych w ścia­nie urwi­ska.

Los, który go spo­tkał, nie był nie­spo­dzianką. Chło­piec był jesz­cze za mały, żeby się modlić.

Rzecz jasna, wszystko to zda­rzyło się przed wielu wie­kami.

Na długo przed tym, nim Sied­miu Bogów otwo­rzyło oczy.

Rok Uru­gala Utka­nego 1159 snu Pożogi

Opo­wie­ści były pełne chwały. Pło­nące gospo­dar­stwa rolne, dzieci włó­czone za końmi przez dłu­gie mile. Tro­fea z owych daw­nych dni zdo­biły ściany dłu­giego domu jego dziadka. Pokie­re­szo­wane cze­repy, deli­katne żuchwy. Dziwne frag­menty ubrań z jakie­goś nie­zna­nego mate­riału, poczer­niałe od dymu i wystrzę­pione. Małe uszy przy­bite do każ­dego z drew­nia­nych słu­pów, na któ­rych wspie­rała się niska strze­cha.

Te dowody świad­czyły, że Srebrne Jezioro ist­nieje w rze­czy­wi­sto­ści, za lesi­stymi górami i ukry­tymi prze­smy­kami, tydzień - a może dwa tygo­dnie - drogi od ziem klanu Ury­dów. Droga tam była pełna nie­bez­pie­czeństw, wio­dła przez tery­to­ria Suny­dów i Rathy­dów. Sama podróż stała się legendą. Trzeba było prze­my­kać się bez­gło­śnie i nie­po­strze­że­nie przez wro­gie obo­zo­wi­ska, prze­su­wa­jąc po dro­dze kamie­nie z pale­nisk, co sta­no­wiło naj­strasz­liw­szą znie­wagę, dniem i nocą wymy­kać się myśli­wym albo tro­pi­cie­lom. Dalej cią­gnęło się pogra­ni­cze, które rów­nież nale­żało sfor­so­wać, a za nim dopiero leżały nie­znane kra­iny pełne bogactw, o jakich nikomu się nawet nie śniło.

Karsa Orlong od dziecka nasiąk­nął opo­wie­ściami dziadka. Były one niczym legion, nie­ustra­szony i wojow­ni­czy, wobec bla­dego, pustego dzie­dzic­twa Synyga, syna Pahlka i ojca Karsy. Synyga, który nie doko­nał w życiu niczego, który pasł konie w swej doli­nie i ani razu nie wypu­ścił się na nie­przy­ja­ciel­skie zie­mie. Synyga, który był naj­więk­szą hańbą zarówno dla ojca, jak i dla syna.

Co prawda, Synyg nie­raz bro­nił swego stada koni przed rabu­siami z innych kla­nów. Robił to dobrze, wyka­zu­jąc się hono­rową walecz­no­ścią i god­nymi podziwu umie­jęt­no­ściami. Tego jed­nak wyma­gano od wszyst­kich, w któ­rych żyłach pły­nęła krew Ury­dów. Twa­rzą w Skale tego klanu był Uru­gal Utkany, uwa­żany za naj­gwał­tow­niej­szego z sied­miu bogów. Inne klany miały powody, by się bać Ury­dów.

Synyg wyka­zał się też mistrzo­stwem w naucza­niu jedy­nego syna tań­ców walki. Karsa wła­dał mie­czem z krwa­wego drewna z bie­gło­ścią znacz­nie prze­wyż­sza­jącą jego lata. Był jed­nym z naj­lep­szych wojow­ni­ków w kla­nie. Ury­do­wie gar­dzili łukami, lecz za to byli mistrzami włóczni i atla­tla, zęba­tego dysku i czar­nego sznura. Synyg nauczył syna zna­ko­mi­cie wal­czyć każdą z tych broni.

Nie­mniej jed­nak tego typu szko­le­nia ocze­ki­wano od każ­dego ojca z klanu Ury­dów. Karsa nie znaj­do­wał w tym wszyst­kim powo­dów do dumy. W końcu tańce walki były tylko przy­go­to­wa­niem. Chwałę przy­no­siło to, co nastę­po­wało póź­niej - poje­dynki, wypady i okrutne wen­dety.

Nie miał zamiaru naśla­do­wać ojca. Nie będzie bez­czynny. Podąży szla­kiem dziadka. Dalej, niż się komu­kol­wiek wyda­wało. Zbyt wielka część sławy klanu wywo­dziła się z dale­kiej prze­szło­ści. Ury­do­wie stali się zanadto pewni sie­bie, swej pozy­cji pierw­szych mię­dzy Teblo­rami. Pahlk nie­raz mam­ro­tał pod nosem, gdy kości bolały go od sta­rych ran, a wstyd, jaki przy­no­sił mu syn, palił go szcze­gól­nie dotkli­wie.

Powrót do daw­nych zwy­cza­jów. Ja, Karsa Orlong, popro­wa­dzę klan tą drogą. Delum Thord jest ze mną. Bairoth Gild rów­nież. Wszy­scy jeste­śmy w pierw­szym roku nazna­cze­nia bli­znami. Doko­na­li­śmy pierw­szego czynu. Zabi­li­śmy wro­gów. Ukra­dli­śmy konie. Prze­nie­śli­śmy kamie­nie z pale­nisk Kel­ly­dów i Bury­dów.

A teraz, z nasta­niem nowego księ­życa, w roku two­jego imie­nia, Uru­galu, ruszymy do Srebr­nego Jeziora, by zabić dzieci, które tam miesz­kają.

Klę­czał na pola­nie, chy­ląc głowę przed Twa­rzami w Skale. Wie­dział, że na obli­czu Uru­gala, wyku­tym wysoko na ścia­nie klifu, odbija się jego gwał­towne pra­gnie­nie, a inni bogo­wie spo­glą­dają na mło­dego Uryda z zazdro­ścią i nie­na­wi­ścią. Każdy z nich miał bowiem wła­sny klan - pomi­ja­jąc 'Siballe, która była Nie­zna­le­ziona - a żadne z ich dzieci nie klę­kało przed nimi, by zło­żyć tak śmiałe śluby.

Karsa podej­rze­wał, że samo­za­do­wo­le­nie jest plagą nęka­jącą wszyst­kie klany Teblo­rów. Miesz­kańcy świata leżą­cego za górami nie odwa­żyli się wkra­czać na ich tereny. Podob­nych prób nie podej­mo­wano już od dzie­się­cio­leci. Ziem Teblo­rów nie odwie­dzali goście, a oni sami nie spo­glą­dali z mrocz­nym gło­dem na tereny leżące za pogra­ni­czem, co przed poko­le­niami zda­rzało się czę­sto. Ostat­nim męż­czy­zną, który doko­nał wypadu na obce tery­to­rium, był jego dzia­dek, który dotarł aż do brze­gów Srebr­nego Jeziora. Gospo­dar­stwa rolne przy­cup­nęły tam niczym prze­gniłe grzyby, a dzieci pierz­chały przed nim jak myszy. Wtedy były tam tylko dwa gospo­dar­stwa, na tere­nie któ­rych stało sześć budyn­ków. Karsa był prze­ko­nany, że teraz będzie ich wię­cej. Trzy, może nawet cztery. Nawet rzeź Pahlka zbled­nie wobec tej, któ­rej doko­nają Karsa, Delum i Bairoth.

Oto moja przy­sięga, umi­ło­wany Uru­galu. Przy­niosę ci wspa­niałe tro­fea, jakie ni­gdy jesz­cze nie czer­niły gleby na tej pola­nie. Być może to wystar­czy, by uwol­nić cię z kamie­nia, byś mógł znowu zstą­pić mię­dzy nas i nieść śmierć naszym wro­gom.

Tak ślu­buję ja, Karsa Orlong, wnuk Pahlka Orlonga. Jeśli wąt­pisz w moje słowa, Uru­galu, dowiedz się, że wyru­szamy dzi­siej­szej nocy. Zaczniemy podróż, gdy tylko zaj­dzie to wła­śnie słońce. I gdy tylko słońce każ­dego dnia zro­dzi słońce następ­nego, wszyst­kie one będą kolejno spo­glą­dały z góry na trzech wojow­ni­ków z klanu Ury­dów, któ­rzy popro­wa­dzą swe rumaki przez wąwozy ku nie­zna­nym kra­inom. Po z górą czte­rech stu­le­ciach Srebrne Jezioro znowu zadrży, sły­sząc kroki nad­cho­dzą­cych Teblo­rów.

Karsa uniósł powoli głowę, wodząc wzro­kiem po wyszczer­bio­nej powierzchni urwi­ska, aż wresz­cie odna­lazł bez­li­to­sną, zwie­rzęcą twarz Uru­gala, widoczną mię­dzy obli­czami jego kuzy­nów. Czarne otwory oczo­do­łów były skie­ro­wane na Karsę i wojow­nik miał wra­że­nie, że dostrzega w nich chciwą satys­fak­cję. Był wręcz tego pewien i zamie­rzał powtó­rzyć to jako prawdę Delu­mowi i Bairo­thowi, a także Day­liss, albo­wiem bar­dzo pra­gnął usły­szeć jej bło­go­sła­wień­stwo, jej zimne słowa...

"Ja, Day­liss, która jesz­cze nie zna­la­złam nazwi­ska, bło­go­sła­wię cie­bie, Karso Orlong, przed twą strasz­liwą wyprawą. Obyś zabił legion dzieci. Oby twe sny kar­miły się ich krzy­kami. Oby ich krew spra­wiła, że zapra­gniesz jej wię­cej. Oby ścieżkę twego życia spo­wiły pło­mie­nie. Obyś wró­cił do mnie z cię­ża­rem tysiąca śmierci na duszy i wziął mnie za żonę".

Być może rze­czy­wi­ście pobło­go­sławi go tymi sło­wami. To byłby z jej strony pierw­szy nie­za­prze­czalny prze­jaw zain­te­re­so­wa­nia Karsą. Z pew­no­ścią nie pobło­go­sławi Bairo­tha. Bawiła się tylko z nim, co czę­sto zda­rzało się mło­dym, nie­za­męż­nym kobie­tom. Rzecz jasna, nie wyjęła jesz­cze z pochwy Noża Nocy, gdyż Bairo­thowi bra­ko­wało wyra­cho­wa­nia. Mógł prze­czyć, jakoby posia­dał tę wadę, było jed­nak jasne, że nie potrafi dowo­dzić, a jedy­nie słu­chać. To nie zado­woli Day­liss.

Nie, ona będzie nale­żała do niego, do Karsy, z chwilą jego powrotu znad Srebr­nego Jeziora. To będzie kul­mi­na­cja jego triumfu. Dla niego, i tylko dla niego, Day­liss wyj­mie z pochwy Nóż Nocy.

"Obyś zabił legion dzieci. Oby ścieżkę twego życia spo­wiły pło­mie­nie".

Karsa wypro­sto­wał się. Nie było wia­tru, który sze­le­ściłby liśćmi ota­cza­ją­cych polanę brzóz. Powie­trze było cięż­kie i nie­ru­chome, nizinne powie­trze, które wspięło się w ślad za masze­ru­ją­cym słoń­cem i teraz, gdy dzień już się koń­czył, zostało uwię­zione na pola­nie przed Twa­rzami w Skale. Niby oddech bogów miało wkrótce wnik­nąć w butwie­jącą glebę.

Karsa nie wąt­pił, że Uru­gal jest tu obecny, że zbli­żył się do kamien­nej powierzchni swej twa­rzy bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek dotąd. Przy­cią­gnęła go moc ślu­bo­wa­nia Karsy, obiet­nica powrotu chwały. Pozo­stali bogo­wie rów­nież byli bli­sko. Beroke Cichy Głos, Kahlb Mil­czący Łowca, The­nik Strza­skany, Halad Noszący Łubki, Imroth Okrutna i 'Siballe Nie­zna­le­ziona. Wszy­scy oni się prze­bu­dzili i łak-nęli krwi.

A ja dopiero wstę­puję na tę ścieżkę. Nie­dawno wkro­czy­łem w osiem­dzie­siąty rok życia i wresz­cie zosta­łem praw­dzi­wym wojow­ni­kiem. Sły­sza­łem naj­daw­niej­sze słowa, szepty, o Wybrańcu, który zjed­no­czy Teblo­rów, połą­czy klany w jedno i popro­wa­dzi je na niziny, by roz­po­cząć wojnę ludu. Owe szepty wyra­żają obiet­nicę, a ta należy do mnie.

Nie­wi­doczne ptaki oznaj­miły nadej­ście zmierz­chu. Była pora, by stąd odejść. W wio­sce cze­kali na niego Delum i Bairoth. A także Day­liss, mil­cząca, lecz wierna sło­wom, które miał od niej usły­szeć.

Bairoth się wściek­nie.

***

Wyspa cie­płego powie­trza utrzy­my­wała się na pola­nie jesz­cze długo po odej­ściu Karsy Orlonga. Z mięk­kiej, błot­ni­stej gleby nie zni­kały odci­ski jego kolan oraz obu­tych w moka­syny stóp, a na surowe obli­cza bogów wciąż padał blask opa­da­ją­cego w dół słońca, mimo że na samą polanę wypeł­zły cie­nie.

Z ziemi wynu­rzyło się sie­dem postaci. Skórę miały pomarsz­czoną i pokrytą ciem­no­brą­zo­wymi pla­mami, mię­śnie wyschnięte, kości masywne, a z czer­wo­nych jak ochra wło­sów ska­py­wały kro­ple czar­nej, cuch­ną­cej stę­chli­zną wody. Nie­któ­rym przy­by­szom bra­ko­wało koń­czyn, inni stali na roz­łu­pa­nych, skru­szo­nych bądź roz­szar­pa­nych nogach. Jeden z nich nie miał żuchwy, nato­miast lewą kość policz­kową i lewą połowę czoła dru­giego spłasz­czyło potężne ude­rze­nie, które znisz­czyło gałkę oczną. Każdy z sied­miu był w jakiś spo­sób uszko­dzony. Nie­do­sko­nały. Wadliwy.

Gdzieś za skalną ścianą kryła się szczel­nie zawarta jaski­nia, która przez wiele stu­leci była dla nich gro­bow­cem. Oka­zało się jed­nak, że uwię­ziono ich w nim jedy­nie tym­cza­sowo. Nikt się nie spo­dzie­wał, że mogliby powró­cić. Byli zbyt uszko­dzeni, by na­dal towa­rzy­szyć swym kuzy­nom, zosta­wiono ich więc, zgod­nie z oby­cza­jem ich rodzaju. Wyro­kiem za prze­graną było porzu­ce­nie, unie­ru­cho­mie­nie na wieki. Jeśli porażka była hono­rowa, na­dal świa­dome szczątki zosta­wiano pod otwar­tym nie­bem, gdzie miały widok na świat zewnętrzny i znaj­do­wały uko­je­nie w obser­wa­cji mija­ją­cych eonów. Tych sied­mioro nie zacho­wało jed­nak honoru. Dla­tego ska­zano ich na ciem­ność gro­bowca. Nie czuli z tego powodu gory­czy.

Mroczny dar poja­wił się póź­niej, spoza ich pogrą­żo­nego w ciem­no­ściach wię­zie­nia. Razem z nim nade­szła szansa.

Trzeba było tylko zła­mać śluby i przy­siąc wier­ność komuś innemu. Nagrodą za to miały być ponowne naro­dziny i wol­ność.

Ich kuzyni ozna­czyli miej­sce pochówku rzeź­bio­nymi w skale twa­rzami. Każda z nich sta­no­wiła szy­der­czą podo­bi­znę, spo­glą­da­jącą na świat nie­wi­dzą­cymi oczyma. Potem wypo­wie­dzieli imiona wino­waj­ców, by dokoń­czyć rytuał więzi. Imiona te po dziś dzień zale­gały w tym miej­scu z siłą wystar­cza­jącą, by wypa­czyć umy­sły sza­ma­nów ludu, który schro­nił się w tych górach oraz na pła­sko­wyżu o sta­ro­żyt­nej nazwie Laede­ron.

Sied­mioro sie­działo bez słowa i ruchu na pola­nie, a wokół nich zapa­dał mrok. Sze­ścioro cze­kało, aż prze­mówi jeden, ale jemu się nie śpie­szyło. Wol­ność dawała sza­loną radość, nawet gdy była ogra­ni­czona do tej polany. Wkrótce już skru­szą ostat­nie łań­cu­chy: krótki zasięg wzroku wyrzeź­bio­nych w skale oczu. Służba nowemu panu nio­sła ze sobą obiet­nicę podróży. Mieli na nowo odkryć cały świat i zadać śmierć nie­zli­czo­nym wro­gom.

- On jest odpo­wiedni - ode­zwał się wresz­cie Urual, któ­rego imię zna­czyło Omszała Kość i któ­rego Teblo­rzy znali jako Uru­gala.

Sin'b'alle - Porost Dla Mchu - która była 'Siballe Nie­zna­le­zioną, nie kryła scep­ty­cy­zmu.

- Pokła­dasz zbyt wielką wiarę w tych upa­dłych Teblo­rach. Teblo­rach! Oni nic nie wie­dzą. Nawet nie znają swego praw­dzi­wego imie­nia.

- I ciesz się, że nie znają - pora­dził Ber'ok chra­pli­wym gło­sem dobie­ga­ją­cym ze zmiaż­dżo­nego gar­dła. Miał skrę­cony kark i głowę skie­ro­waną w bok, musiał więc obró­cić całe ciało, by spoj­rzeć na skalne urwi­sko. - Masz zresztą wła­sne dzieci, Sin'b'alle, i one są powier­ni­kami prawdy. Jeśli cho­dzi o pozo­sta­łych, dla naszych celów lepiej byłoby, gdyby nie przy­po­mnieli sobie zapo­mnia­nej histo­rii. Ich igno­ran­cja jest dla nas naj­lep­szą bro­nią.

- Mar­twy Jesion mówi prawdę - poparł go Urual. - Nie uda­łoby się nam tak wypa­czyć ich wiary, gdyby byli świa­domi swego dzie­dzic­twa.

Sin'b'alle wzru­szyła wzgar­dli­wie ramio­nami.

- Ten, który zwie się Pahl­kiem, rów­nież był... odpo­wiedni. Twoim zda­niem, Uru­alu. Wyda­wał się god­nym kan­dy­da­tem na wodza moich dzieci. A mimo to zawiódł.

- Nie z wła­snej winy, lecz z naszej - wark­nął Haran'alle. - Byli­śmy nie­cier­pliwi, zanadto pewni swych moż­li­wo­ści. Zerwa­nie ślu­bów ogra­biło nas ze znacz­nej czę­ści mocy...

- I co nam dał w zamian nasz nowy pan, Poroże Z Lata? - zapy­tał Thek Ist. - Tylko wątłą strużkę.

- A czego się spo­dzie­wa­łeś? - skon­tro­wał cicho Urual. - Dopiero wraca do sił po swych przej­ściach, tak samo jak my.

- Wie­rzysz więc, Omszała Kości, że ten wnuk Pahlka uto­ruje nam drogę ku wol­no­ści? - ode­zwała się Emroth. Jej głos był gładki jak jedwab.

- Wie­rzę.

- A jeśli znowu spo­tka nas roz­cza­ro­wa­nie?

- Zaczniemy od nowa. Z dziec­kiem Bairo­tha w macicy Day­liss.

- Kolejne stu­le­cie cze­ka­nia! - syk­nęła Emroth. - Niech szlag trafi tych dłu­go­wiecz­nych Teblo­rów!

- Sto lat to nic...

- Nic, a zara­zem wszystko, Omszała Kości! Dosko­nale wiesz, co mam na myśli.

Urual przyj­rzał się kobie­cie, którą traf­nie zwano Zęba­tym Szkie­le­tem. Przy­po­mniał sobie jej jed­no­po­chwy­coną postać, któ­rej głód był nie­za­prze­czalną przy­czyną ich pra­daw­nej porażki.

- Powró­cił rok mojego imie­nia - oznaj­mił. - Kto spo­śród nas zapro­wa­dził teblor­ski klan po naszej ścieżce tak daleko, jak ja? Ty, Zębaty Szkie­le­cie? Porost Dla Mchu? Noga Z Włóczni?

Nikt się nie ode­zwał.

Wresz­cie z ust Mar­twego Jesiona wydo­był się dźwięk, który można było uznać za śmiech.

- Jeste­śmy cisi jak Czer­wony Mech. Droga przed nami się otwo­rzy. Tak obie­cał nasz nowy pan. Jego moc powraca. Wybrany przez Uru­ala wojow­nik już w tej chwili pro­wa­dzi w swym łań­cu­chu zabójcy dwa­dzie­ścia dusz. I to teblor­skich. Pamię­taj­cie też, że Pahlk wyru­szył w drogę sam, a Karsa będzie miał za towa­rzy­szy dwóch strasz­li­wych wojow­ników. Gdyby zgi­nął, zosta­nie jesz­cze Bairoth albo Delum.

- Bairoth jest sta­now­czo za sprytny - wark­nęła Emroth. - Przy­po­mina syna Pahlka, swego wuja. Co gor­sza, jego ambi­cje doty­czą tylko wła­snej osoby. Udaje, że podąża za Karsą, ale w rze­czy­wi­sto­ści trzyma rękę na jego ple­cach.

- A ja z kolei na jego - wyszep­tał Urual. - Zapada już noc. Musimy wró­cić do gro­bowca. - Pra­dawny wojow­nik odwró­cił się. - Zębaty Szkie­le­cie, trzy­maj się bli­sko dziecka w macicy Day­liss.

- Wła­śnie w tej chwili kar­mię ją pier­sią - oznaj­miła Emroth.

- To dziew­czynka?

- Tylko w ciele. To, co ukształ­tuję w jej wnę­trzu, nie będzie dziew­czynką ani dziec­kiem.

- Zna­ko­mi­cie.

Sie­dem postaci wró­ciło do ziemi, gdy tylko na nie­bie roz­bły­sły pierw­sze gwiazdy. Roz­bły­sły i spoj­rzały na polanę, na któ­rej nie było bogów. Na któ­rej ni­gdy nie było żad­nych bogów.

***

Wio­ska leżała na kamie­ni­stym brzegu rzeki noszą­cej nazwę Lade­rii. Jej rwący, lodo­waty nurt spły­wał z gór, rzeź­biąc głę­boką dolinę, która prze­ci­nała igla­sty bór, a potem kie­ro­wał się ku jakie­muś odle­głemu morzu. Budynki miały pod­wa­liny z gła­zów, a ściany z grubo cio­sa­nych cedrów. Ich zaokrą­glone, kryte grubą strze­chą dachy pora­stał mech. Wzdłuż brze­gów usta­wiono sto­jaki, na któ­rych pełno było suszą­cych się, pokra­ja­nych w paski ryb. Za wąską zasłoną lasu kryły się polany, które wyrą­bano, by stwo­rzyć pastwi­ska dla koni.

Przez pod­no­szącą się mię­dzy drze­wami mgłę można już było wypa­trzyć migo­tliwy blask ognisk. Karsa dotarł do domu ojca, mija­jąc około tuzina koni, które stały na pola­nie, spo­koj­nie i bez­gło­śnie. Jedyne zagro­że­nie dla nich sta­no­wili rabu­sie, gdyż te olbrzy­mie zwie­rzęta hodo­wano na zabój­ców i gór­skie wilki dawno już nauczyły się ich uni­kać. Od czasu do czasu z gór scho­dził niedź­wiedź o rdza­wej kry­zie, ale działo się to na ogół w okre­sie tarła łososi i bestie nie były wtedy zain­te­re­so­wane rzu­ca­niem wyzwa­nia koniom, psom z wio­ski ani jej nie­ustra­szo­nym wojow­ni­kom.

Synyg prze­by­wał w kor­ralu słu­żą­cym do tre­sury. Cze­sał Havoka, swo­jego naj­lep­szego rumaka. Zbli­ża­jąc się, Karsa wyczu­wał cie­pło ciała zwie­rzę­cia, choć było ono jedy­nie czarną plamą w ciem­no­ści.

- Czer­wo­no­oki na­dal pozo­staje na swo­bo­dzie - wark­nął Karsa. - Czy nie chcesz nic zro­bić dla syna?

Jego ojciec nie prze­sta­wał cze­sać Havoka.

- Czer­wo­no­oki jest za młody na tak długą podróż. Jak już mówi­łem...

- Ale to mój koń i pojadę na nim.

- Nie. Brak mu nie­za­leż­no­ści i nie towa­rzy­szył jesz­cze wierz­chow­com Bairo­tha i Deluma. Będziesz jak cierń dla jego ner­wów.

- Mam więc iść na pie­chotę?

- Dam ci Havoka, synu. Nocą tro­chę go roz­ru­sza­łem i nie zdją­łem mu uzdy. Idź po ekwi­pu­nek, nim koń zanadto osty­gnie.

Karsa mil­czał. Prawdę mówiąc, był zdu­miony. Odwró­cił się i ruszył w stronę domu. Ojciec zawie­sił jego sakwę na belce kale­nicy obok drzwi, żeby nie prze­mo­kła. Obok niej wisiał na szel­kach miecz z krwa­wego drewna. Naoli­wiono go, a na sze­ro­kiej klin­dze nama­lo­wano świeżą farbą godło wojenne Ury­dów. Karsa wziął oręż i zało­żył szelki, tak by ople­ciona skórą ręko­jeść obu­ręcz­nego mie­cza ster­czała mu nad lewym bar­kiem. Sakwa poje­dzie na kłę­bie Havoka, przy­tro­czona do pasa strze­mion, choć więk­szą część cię­żaru będą dźwi­gały kolana Karsy.

W skład teblor­skiego rzędu dla konia nie wcho­dziło sio­dło. Wojow­nik jechał na oklep, z nogami w wyso­kich strze­mio­nach, tak że więk­sza część jego cię­żaru spo­czy­wała tuż za kłę­bem wierz­chowca. Wśród pocho­dzą­cych z nizin łupów były sio­dła, lecz gdy zało­żono je mniej­szym nizin­nym koniom, oka­zało się, że prze­no­szą cię­żar jeźdźca znacz­nie do tyłu. Praw­dziwy rumak powi­nien mieć zad swo­bodny, by móc wyko­ny­wać szyb­kie kop­nię­cia. Co wię­cej, wojow­nik musiał osła­niać szyję i głowę wierz­chowca mie­czem, a jeśli zaszła taka potrzeba, rów­nież chro­nio­nymi przez nara­mien­niki przed­ra­mio­nami.

Karsa wró­cił do ocze­ku­ją­cego przy Havoku ojca.

- Bairoth i Delum cze­kają na cie­bie u brodu - oznaj­mił Synyg.

- A Day­liss?

- Day­liss pobło­go­sła­wiła Bairo­tha, gdy tylko posze­dłeś do Twa­rzy w Skale - odpo­wie­dział Synyg pozba­wio­nym wyrazu gło­sem. Karsa nie widział jego ukry­tej w mroku twa­rzy.

- Bairo­tha?

- Tak.

- Chyba źle ją oce­ni­łem - przy­znał Karsa, wal­cząc z nie­zna­nym mu dotąd uci­skiem w gar­dle.

- Nic w tym dziw­nego. Prze­cież jest kobietą.

- A ty, ojcze? Czy udzie­lisz mi swego bło­go­sła­wień­stwa?

Synyg wrę­czył Kar­sie poje­dyn­czą wodzę i odwró­cił wzrok.

- Pahlk już to uczy­nił. Niech to cię zado­woli.

- Pahlk nie jest moim ojcem!

Synyg znie­ru­cho­miał w ciem­no­ści. Wyda­wało się, że nad czymś się zasta­na­wia.

- To prawda, nie jest - przy­znał.

- Czyli że mnie pobło­go­sła­wisz?

- A co wła­ści­wie miał­bym pobło­go­sła­wić, synu? Sied­miu Bogów, któ­rzy są fał­szem? Chwałę, która jest pusta? Czy ucie­szę się, gdy będziesz zabi­jał dzieci? Czy ura­dują mnie tro­fea, które przy­tro­czysz sobie do pasa? Mój ojciec, Pahlk, chciałby odświe­żyć blask swej mło­do­ści. Osią­gnął już ten wiek. Jak brzmiały słowa jego bło­go­sła­wień­stwa, Karso? Czy życzył ci, byś zaćmił jego czyny? Nie sądzę. Roz­waż sta­ran­nie jego słowa. Podej­rze­wam, że prze­ko­nasz się, iż słu­żyły raczej jemu niż tobie.

- "Pahlk, odkrywca ścieżki, którą podą­żysz, bło­go­sławi twą podróż". Tak brzmiały jego słowa.

Synyg mil­czał przez moment, a gdy się ode­zwał, syn wyczuł w tonie jego głosu cień smut­nego uśmie­chu, któ­rego nie mógł zoba­czyć.

- A nie mówi­łem?

- Matka by mnie pobło­go­sła­wiła - wark­nął Karsa.

- Taka już dola matki. Ale uczy­ni­łaby to z cięż­kim ser­cem. Idź już, synu. Cze­kają na cie­bie towa­rzy­sze.

Karsa wark­nął ze zło­ścią i wsko­czył na sze­roki grzbiet rumaka. Havok odwró­cił głowę, czu­jąc cię­żar nie­zna­nego jeźdźca, po czym prych­nął dono­śnie.

- On nie lubi nosić gniewu - dobiegł z mroku głos Synyga. - Uspo­kój się, synu.

- Co za poży­tek z bojo­wego rumaka, który boi się gniewu? Havok będzie się musiał przy­zwy­czaić do nowego pana.

Karsa prze­ło­żył nogę przez koń­ski grzbiet i szarp­nię­ciem za wodzę zawró­cił zgrab­nie wierz­chowca. Ski­nął dło­nią, w któ­rej trzy­mał wodzę, i koń ruszył pro­wa­dzącą do wio­ski ścieżką.

Stały przy niej cztery krwawe słupy, upa­mięt­nia­jące zło­żone w ofie­rze rodzeń­stwo Karsy. W prze­ci­wień­stwie do innych Synyg niczym nie ozdo­bił rzeź­bio­nych pali. Wyrył na nich tylko znaki skła­da­jące się na imiona trzech synów i jed­nej córki, któ­rych oddano Twa­rzom w Skale, i roz­lał odro­binę krew­nia­czej krwi, która nie prze­trwała pierw­szego desz­czu. Nie było tu war­ko­czy owi­nię­tych wokół wyso­kich jak męż­czy­zna słu­pów zwień­czo­nych zszy­tymi sznu­rem z jelit pió­ro­pu­szami. Zwie­trzałe drewno pokry­wały jedy­nie pną­cza, a tępe szczyty były usma­ro­wane pta­simi odcho­dami.

Karsa uwa­żał, że jego rodzeń­stwo zasłu­guje na lep­sze upa­mięt­nie­nie. Gdy nadej­dzie pora ataku, będzie pamię­tał imiona wszyst­kich czworga, by wykrzy­ki­wać je w chwili zabój­stwa. Kiedy nadej­dzie ów czas, jego głos sta­nie się ich gło­sem. Zbyt długo już cier­pieli z powodu ojcow­skiego zanie­dba­nia.

Ścieżka stała się szer­sza. Z obu stron ogra­ni­czały ją stare pniaki oraz niski jało­wiec. Przed sobą widział czer­wony blask ogni wio­ski i mroczne, przy­sa­dzi­ste, stoż­ko­wate domo­stwa spo­wite kłę­bami dymu. Obok jed­nego z dołów na ogień cze­kały dwie dosia­da­jące koni posta­cie. Trze­cia, pie­sza, stała nieco z boku owi­nięta w futra.

Day­liss. Pobło­go­sła­wiła Bairo­tha Gilda, a teraz przy­szła się z nim poże­gnać.

Karsa pod­je­chał do nich, zmu­sza­jąc Havoka do zwol­nie­nia kroku. Był wodzem i zamie­rzał dać wyraz tej praw­dzie. W końcu Bairoth i Delum cze­kali na niego. I który z nich trzech poszedł do Twa­rzy w Skale? Day­liss pobło­go­sła­wiła pod­wład­nego. Czyżby Karsa oto­czył się zbyt wysoką barierą? Taka jed­nak była dola tych, któ­rzy dowo­dzili. Z pew­no­ścią to rozu­miała. Jej zacho­wa­nie nie miało sensu.

Bez słowa zatrzy­mał rumaka przed nimi.

Bairoth był masyw­niej zbu­do­wany od Karsy, choć nie tak wysoki jak on, czy nawet jak Delum. Dawno już zdał sobie sprawę, że przy­po­mina niedź­wie­dzia, i zaczął świa­do­mie naśla­do­wać to zwie­rzę. Zako­ły­sał ramio­nami, jakby chciał je roz­luź­nić przed podróżą, i uśmiech­nął się sze­roko.

- Zaczy­nasz od śmia­łego czynu, bra­cie - zagrzmiał basem. - Ukra­dłeś konia wła­snemu ojcu.

- Nie ukra­dłem go, Bairoth. Synyg dał mi Havoka wraz ze swym bło­go­sła­wień­stwem.

- Chyba mamy noc cudów. A czy Uru­gal wyszedł ze skały, by poca­ło­wać cię w czoło, Karso Orlong?

Day­liss żach­nęła się na te słowa.

- Gdyby rze­czy­wi­ście zstą­pił na zie­mię śmier­tel­ni­ków, zastałby u swych stóp tylko jed­nego z naszej trójki.

Karsa nie odpo­wie­dział ani sło­wem na sar­kazm towa­rzy­sza. Skie­ro­wał powoli spoj­rze­nie na Day­liss.

- Pobło­go­sła­wi­łaś Bairo­tha?

Wzru­szyła lek­ce­wa­żąco ramio­nami.

- Żal mi, że stra­ci­łaś odwagę - oznaj­mił Karsa.

Spoj­rzała nań z nagłą furią.

Wojow­nik uśmiech­nął się i spoj­rzał na Bairo­tha i Deluma.

- "Gwiazdy zata­czają krąg. Ruszajmy".

Bairoth zigno­ro­wał te słowa. Zamiast udzie­lić rytu­al­nej odpo­wie­dzi, wark­nął:

- Nie­roz­sąd­nie postą­pi­łeś, msz­cząc się na niej za swą zra­nioną dumę. Gdy wró­cimy, Day­liss zosta­nie moją żoną. Ude­rza­jąc ją, ude­rzasz mnie.

Karsa znie­ru­cho­miał.

- Ależ, Bairoth, ude­rzam, kogo zechcę - zaczął cichym, gład­kim gło­sem. - Brak odwagi może się sze­rzyć jak zaraza. Czy jej bło­go­sła­wień­stwo oka­zało się dla cie­bie klą­twą? Jestem wodzem wojen­nym. Zachę­cam cię, byś rzu­cił mi wyzwa­nie teraz, nim jesz­cze opu­ścimy dom.

Bairoth zgar­bił się i pochy­lił.

- To nie brak odwagi powstrzy­muje moją rękę, Karso Orlong... - wychry­piał.

- Sły­szę to z rado­ścią. "Gwiazdy zata­czają krąg. Ruszajmy".

Bairoth skrzy­wił się zły, że mu prze­rwano. Chciał dodać coś jesz­cze, ale się powstrzy­mał. Uśmiech­nął się uspo­ko­jony, zer­k­nął na Day­liss i ski­nął głową, jakby łączyła ich jakaś tajem­nica.

- "Gwiazdy zata­czają krąg. Pro­wadź nas, wodzu wojenny, ku chwale" - zain­to­no­wał.

- "Gwiazdy zata­czają krąg. Pro­wadź nas, wodzu wojenny, ku chwale" - powtó­rzył po nim Delum, który dotąd przy­glą­dał się temu wszyst­kiemu bez słowa, z pozba­wioną wyrazu twa­rzą.

Trzej wojow­nicy prze­je­chali przez wio­skę. Karsa pro­wa­dził, a dwaj pozo­stali podą­żali za nim. Starsi ple­mie­nia byli prze­ciwni tej wypra­wie, nikt więc nie przy­szedł ich poże­gnać. Karsa wie­dział jed­nak, że wszy­scy sły­szą ciężki, głu­chy tętent kopyt ich ruma­ków i że pew­nego dnia będą sobie czy­nili wyrzuty, iż nie widzieli ich odjazdu. Bez względu na wszystko żało­wał, że nie było żad­nego świadka oprócz Day­liss. Nawet Pahlk się nie poja­wił.

Mimo to mam wra­że­nie, że ktoś nas obser­wuje. Być może Sied­miu. Uru­gal wzniósł się ku gwiaz­dom i mknie z prą­dem ich kręgu, spo­glą­da­jąc na nas z góry. Wysłu­chaj mnie, Uru­galu! Karsa Orlong zabije dla cie­bie tysiąc dzieci! Złoży u twych stóp tysiąc dusz!

Nie­opo­dal jakiś pies jęk­nął przez sen, ale się nie obu­dził.

***

Po pół­noc­nej stro­nie doliny, nad wio­ską, na samym skraju lasu, stało dwu­dzie­stu trzech mil­czą­cych świad­ków odjazdu Karsy Orlonga, Bairo­tha Gilda i Deluma Thorda. Wid­mowe posta­cie ryso­wały się nie­wy­raź­nie w mroku pod sze­ro­ko­list­nymi drze­wami. Cze­kały bez ruchu jesz­cze przez długi czas po tym, jak trzej wojow­nicy znik­nęli im z oczu na wschod­nim trak­cie.

W ich żyłach pły­nęła krew Ury­dów, lecz zostali zło­żeni przez ple­mię w ofie­rze. Wszy­scy byli spo­krew­nieni z Karsą, Bairo­them albo Delu­mem. Każ­dego z nich w czwar­tym mie­siącu życia oddano Twa­rzom w Skale. Matki poło­żyły ich na pola­nie o zacho­dzie słońca, ofia­ro­wały Sied­miu. Dzieci zni­kały przed świ­tem. Wszyst­kie tra­fiały w obję­cia nowej matki.

Sta­wały się dziećmi 'Siballe, 'Siballe Nie­zna­le­zio­nej, jedy­nej spo­śród Sied­miu, która nie miała wła­snego ple­mie­nia. Dla­tego stwo­rzyła je dla sie­bie, tajemne ple­mię powstałe z sze­ściu pozo­sta­łych. Każ­dego infor­mo­wała o jego pocho­dze­niu, by zacho­wali więź łączącą ich z nie­zło­żo­nymi w ofie­rze krew­nia­kami. Mówiła im rów­nież o ich szcze­gól­nym celu, prze­zna­cze­niu, które nale­żało wyłącz­nie do nich.

Zwała ich Zna­le­zio­nymi i sami sie­bie rów­nież znali pod tym mia­nem, które było nazwą ich ukry­tego ple­mie­nia. Miesz­kali w ukry­ciu pośród kuzy­nów. Nikt w sze­ściu ple­mio­nach nawet sobie nie wyobra­żał, że mogą ist­nieć. Wie­dzieli, że nie­któ­rzy mogą coś podej­rze­wać, ale na podej­rze­niach się koń­czyło. Męż­czyźni tacy jak Synyg, ojciec Karsy, który trak­to­wał żałobne krwawe słupy z obo­jęt­no­ścią albo wręcz wzgardą, z reguły nie sta­no­wili poważ­nego zagro­że­nia, nie­kiedy jed­nak ryzyko było realne i konieczne sta­wały się dra­styczne kroki. Tak było w przy­padku matki Karsy.

Dwu­dzie­stu trzech Zna­le­zio­nych, któ­rzy obser­wo­wali począ­tek podróży wojow­ni­ków ukryci mię­dzy drze­wami, było braćmi i sio­strami Karsy, Bairo­tha albo Deluma, lecz jed­no­cze­śnie byli dla nich obcy, choć w tej chwili ów szcze­gół wyda­wał się mało istotny.

- Jeden powróci - zapo­wie­dział naj­star­szy brat Bairo­tha.

Bliź­nia­cza sio­stra Deluma wzru­szyła ramio­nami.

- Będziemy więc cze­kali na jego powrót - stwier­dziła.

- Zaiste, będziemy.

Wszy­scy Zna­le­zieni mieli jesz­cze jedną wspólną cechę. 'Siballe nazna­czała swe dzieci strasz­liwą bli­zną, zry­wa­jąc ciało i mię­śnie po lewej stro­nie od skroni aż po żuchwę. Uszko­dzone w ten spo­sób twa­rze miały znacz­nie zmniej­szoną zdol­ność wyra­ża­nia uczuć; ich lewe połowy na zawsze zamarły w gry­ma­sie przy­po­mi­na­ją­cym wyraz per­ma­nent­nej trwogi. Z jakie­goś dziw­nego powodu owo fizyczne uszko­dze­nie pozba­wiało rów­nież into­na­cji ich głosy - albo może to bez­barwny głos 'Siballe odci­skał na nich swój wpływ.

Pozba­wione into­na­cji słowa nadziei nawet dla ich uszu brzmiały fał­szy­wie. Wystar­czyło to, by uci­szyć tego, który prze­mó­wił.

Jeden powróci. Być może.

***

Drzwi otwo­rzyły się nagle za ple­cami Synyga, który nie prze­stał mie­szać gotu­ją­cego się nad ogniem gula­szu. Usły­szał cichy char­kot, powłó­cze­nie nogą, stu­kot laski ude­rza­ją­cej o fra­mugę. Potem padło ochry­płe, pełne wyrzutu pyta­nie:

- Czy pobło­go­sła­wi­łeś syna?

- Dałem mu Havoka, ojcze.

- Dla­czego?

Pahlk zdo­łał w jakiś spo­sób nasy­cić to jedno słowo wzgardą, nie­sma­kiem i podejrz­li­wo­ścią jed­no­cze­śnie.

Synyg na­dal się nie odwra­cał. Słu­chał, jak jego ojciec wle­cze się ze strasz­li­wym wysił­kiem ku krze­słu sto­ją­cemu naj­bli­żej pale­ni­ska.

- Havok zasłu­gi­wał na ostat­nią walkę, a wie­dzia­łem, że ja mu jej nie dam.

- Tak jak myśla­łem. - Pahlk usiadł ze stęk­nię­ciem na krze­śle. - Zro­bi­łeś to dla konia, nie dla syna.

- Może coś zjesz? - zapy­tał Synyg.

- Nie odmó­wię ci tego gestu.

Synyg pozwo­lił sobie na gorzki uśmie­szek. Wyjął drugą miskę i posta­wił ją obok swo­jej.

- On zrów­nałby z zie­mią górę, żebyś tylko ruszył się ze swego sien­nika - wark­nął Pahlk.

- Tego, co robi, nie robi dla mnie, ojcze, tylko dla cie­bie.

- Uważa, że wyłącz­nie naj­więk­sza moż­liwa chwała pozwoli mu osią­gnąć to, co konieczne. Zma­zać hańbę, którą jesteś ty, Synygu. Jesteś kar­ło­wa­tym krze­wem, który wyrósł mię­dzy dwoma potęż­nymi drze­wami, dziec­kiem jed­nego, a ojcem dru­giego z nich. Dla­tego wła­śnie wycią­gał rękę do mnie. Czy gry­ziesz się i zamar­twiasz w cie­niu mię­dzy Karsą a mną? No cóż, wybór zawsze nale­żał do cie­bie.

Synyg napeł­nił obie miski i wypro­sto­wał się, by jedną wrę­czyć ojcu.

- Bli­zna, którą zaro­sła stara rana, nic nie czuje - stwier­dził.

- Nie­czu­łość nie jest cnotą.

Synyg usiadł z uśmie­chem na dru­gim krze­śle.

- Opo­wiedz mi jakąś histo­rię, ojcze, tak jak robi­łeś to kie­dyś. W dniach po twoim trium­fie. Raz jesz­cze opo­wiedz mi o dzie­ciach, które zabi­łeś. O kobie­tach, które powa­li­łeś. O pło­ną­cych domo­stwach, ryku bydła i becze­niu owiec giną­cych w pło­mie­niach. Chcę znowu ujrzeć w twych oczach odbi­cie tego ognia. Roz­pal go na nowo, ojcze.

- Synu, gdy wspo­mi­nasz tamte dni, sły­szę tylko tę cho­lerną babę.

- Jedz, ojcze, bo ina­czej obra­zisz mnie i mój dom.

- Zjem.

- Zawsze byłeś sumien­nym gościem.

- Nie ina­czej.

Obaj męż­czyźni nie powie­dzieli już ani słowa, dopóki nie skoń­czyli posiłku. Potem Synyg odsta­wił miskę. Wstał, uniósł naczy­nie, z któ­rego jadł Pahlk, odwró­cił się i cisnął je w ogień.

Jego ojciec wyba­łu­szył oczy.

Synyg prze­szył go groź­nym spoj­rze­niem.

- Żaden z nas nie dożyje chwili powrotu Karsy. Łączący nas most został zerwany. Jeśli jesz­cze kie­dyś przyj­dziesz do mych drzwi, zabiję cię, ojcze.

Wycią­gnął ręce, pod­niósł Pahlka na nogi, pchnął pry­cha­ją­cego ze zło­ścią starca ku drzwiom i bez­ce­re­mo­nial­nie wyrzu­cił go na dwór. Laska pofru­nęła w ślad za nim.

***

Wędro­wali sta­rym szla­kiem, który biegł rów­no­le­gle do grzbietu gór. Tu i ówdzie blo­ko­wały go osy­pi­ska pozo­stałe po daw­nych skal­nych lawi­nach, które unio­sły ze sobą jodły i cedry ku leżą­cym niżej doli­nom. Na gła­zach wyro­sły krzewy i sze­ro­ko­listne drzewa utrud­nia­jące przej­ście. Dwa dni i trzy noce drogi przed nimi leżały zie­mie Rathy­dów, a ze wszyst­kich teblor­skich ple­mion to z Rathy­dami Ury­do­wie wojo­wali naj­czę­ściej. Napady i okrutne mor­der­stwa połą­czyły oba ple­miona mot­kiem nie­na­wi­ści, który cią­gnął się całe stu­le­cia w prze­szłość.

Karsa by­naj­mniej nie zamie­rzał prze­mknąć się nie­po­strze­że­nie przez tereny nale­żące do Rathy­dów. Pla­no­wał uto­ro­wać sobie krwawą ścieżkę, pomścić praw­dziwe i uro­jone znie­wagi, a także dodać do swej kolek­cji dwa­dzie­ścia lub wię­cej teblor­skich dusz. Świet­nie wie­dział, że dwaj podą­ża­jący za nim wojow­nicy sądzą, iż ich podróż będzie pełna ukry­wa­nia się i for­teli. W końcu było ich tylko trzech.

Ale jest z nami Uru­gal. Nastała jego pora. I w jego imię oznaj­mimy swą obec­ność, zna­cząc ją krwią. Bru­tal­nie obu­dzimy szer­sze­nie w ich gnieź­dzie. Rathy­do­wie poznają imię Karsy Orlonga i nauczą się go bać. A po nich rów­nież Suny­do­wie.

Rumaki stą­pały ostroż­nie po luź­nym osy­pi­sku pozo­sta­łym po nie­daw­nej skal­nej lawi­nie. Ostat­nia zima była bar­dzo śnieżna. Karsa w całym swym życiu nie widział takich ilo­ści śniegu. Na długo przed tym, nim Twa­rze w Skale prze­bu­dziły się, by obja­wić star­szym w snach i pod­czas transów, że poko­nały dawne duchy Teblo­rów i żądają teraz hoł­dów, na długo przed tym, nim zdo­by­wa­nie nie­przy­ja­ciel­skich dusz zajęło pierw­sze miej­sce wśród aspi­ra­cji ich ludu, duchami, które wła­dały kra­iną i jej miesz­kań­cami, były kości ze skały, ciało z gleby, włosy i futro z lasów i łąk, a ich oddech był zmie­nia­ją­cym się z każdą porą roku wia­trem. Zima przy­cho­dziła i odcho­dziła, wywo­łu­jąc wysoko w górach gwał­towne burze - odbi­cie wysił­ków toczą­cych ze sobą wieczną wojnę duchów. Lato i zima były jak jedno: nie­ru­chome i suche, ale to pierw­sze zdra­dzało oznaki wyczer­pa­nia, nato­miast zima przy­no­siła ze sobą nie­pewny, lodo­waty pokój. Dla­tego Teblo­rzy trak­to­wali lato z sym­pa­tią należną zmę­czo­nym walką duchom, nato­miast zimą gar­dzili za sła­bość jej ascen­dent­nych wojow­ni­ków, gdyż ilu­zja pokoju nie ma żad­nej war­to­ści.

Zostało jesz­cze nie­spełna dwa­dzie­ścia dni wio­sny. Czę­sto­tli­wość i furia nawał­nic sła­bły. Choć Twa­rze w Skale już przed wie­kami uni­ce­stwiły dawne duchy, a im samym upływ pór roku wyda­wał się obo­jętny, Karsa wyobra­żał sobie po cichu, że on i jego dwaj towa­rzy­sze są zwia­stu­nami ostat­niej burzy. Ich mie­cze z krwa­wego drewna staną się dla nie­spo­dzie­wa­ją­cych się ataku Rathy­dów i Suny­dów echem sta­ro­daw­nego gniewu.

Zosta­wili za sobą osy­pi­sko. Ścieżka scho­dziła zako­lami do płyt­kiej doliny. Roz­cią­ga­jąca się w niej gór­ska łąka lśniła jasno w bla­sku popo­łu­dnio­wego słońca.

- Powin­ni­śmy roz­bić obóz na dru­gim końcu tej doliny, wodzu wojenny - ode­zwał się jadący za ple­cami Karsy Bairoth. - Konie potrze­bują odpo­czynku.

- Być może twój koń go potrze­buje, Bairoth - wark­nął Karsa. - Dźwi­gasz na swych kościach zbyt wiele nocy spę­dzo­nych na uczto­wa­niu. Mam nadzieję, że ta wyprawa znowu zrobi z cie­bie wojow­nika. Twoje plecy za czę­sto ostat­nio spo­czy­wały na sło­mie.

Kiedy Day­liss cię dosia­dała.

Bairoth roze­śmiał się, lecz nie odpo­wie­dział ani sło­wem.

- Mój koń rów­nież potrze­buje odpo­czynku, wodzu wojenny! - zawo­łał Delum. - Ta łąka świet­nie się nadaje na obo­zo­wi­sko. Są tu kró­li­cze nory. Zasta­wię sidła.

Karsa wzru­szył ramio­nami.

- Widzę, że muszę tasz­czyć za sobą dwa cięż­kie łań­cu­chy. Ogłu­szyły mnie bojowe okrzyki waszych żołąd­ków. Niech i tak będzie. Roz­bijmy obóz.

***

Nie mogli palić ognisk, zje­dli więc na surowo zła­pane przez Deluma kró­liki. W daw­nych cza­sach taka uczta byłaby ryzy­kowna, gdyż kró­liki czę­sto prze­no­siły cho­roby - na ogół śmier­telne dla Teblo­rów - które zabi­jała tylko wysoka tem­pe­ra­tura. Ale od czasu nadej­ścia Twa­rzy w Skale człon­ko­wie ple­mion nie cho­ro­wali już na nic. Co prawda, na­dal zda­rzał się wśród nich obłęd, lecz takie przy­padki nie miały nic wspól­nego z tym, co jedli albo pili. Starsi tłu­ma­czyli, że brze­miona nakła­dane przez Sied­miu oka­zy­wały się nie­kiedy zbyt cięż­kie. Umysł musi być silny, a siłę znaj­do­wało się w wie­rze. Dla sła­bego męż­czy­zny, który znał zwąt­pie­nie, reguły i rytu­ały mogły stać się klatką, a brak wol­no­ści pro­wa­dził do sza­leń­stwa.

Usie­dli wokół wyko­pa­nego przez Deluma małego dołka, do któ­rego wrzu­cali kró­li­cze kości. Pod­czas posiłku nie mówili wiele. Niebo nad ich gło­wami tra­ciło powoli kolor, a gwiazdy zaczęły zata­czać swój krąg. Karsa słu­chał w gęst­nie­ją­cym mroku, jak Bairoth wysysa kró­li­czą czaszkę. Zawsze koń­czył jeść ostatni i ni­gdy nic nie zosta­wiał. Następ­nego dnia obgry­zie nawet cienką war­stwę tłusz­czu z wewnętrz­nej powierzchni skóry. Wresz­cie Bairoth cisnął opróż­nioną czaszkę do dołu i usiadł, obli­zu­jąc palce.

- Zasta­na­wia­łem się nad kwe­stią cze­ka­ją­cej nas drogi przez zie­mie Rathy­dów i Suny­dów - ode­zwał się Delum. - Nie powin­ni­śmy wędro­wać ścież­kami, na któ­rych będzie nas można dostrzec na tle nieba albo nawet gołej skały. Zna­czy to, że musimy wybie­rać niżej poło­żone szlaki, ale te z kolei pro­wa­dzą bli­żej obo­zów. Uwa­żam, że od tej chwili powin­ni­śmy wędro­wać nocą.

Bairoth ski­nął głową.

- Lepiej od razu zaliczmy hono­rowy czyn. Odwróćmy kamie­nie w pale­ni­skach i ukrad­nijmy pióra. Być może też kilku śpią­cych samot­nie wojow­ni­ków odda nam swe dusze.

- Jeśli za dnia będziemy się ukry­wać, nie ujrzymy dymu i nie będziemy wie­dzieli, gdzie są obozy - stwier­dził Karsa. - Nocą wiatr czę­sto zmie­nia kie­ru­nek i nie pomoże nam odna­leźć pale­nisk. Rathy­do­wie i Suny­do­wie nie są głup­cami. Nie będą roz­pa­lać ognisk pod nawi­sami ani u stóp skal­nych ścian. Nie wypa­trzymy plam świa­tła na skal­nej powierzchni. Ponadto nasze konie lepiej widzą i pew­niej stą­pają, kiedy jest jasno. Będziemy jechać za dnia.

Bairoth i Delum nie odzy­wali się przez pewien czas.

Wresz­cie Bairoth chrząk­nął.

- Znaj­dziemy tam wojnę, Karsa.

- Będziemy jak lanydzka strzała, która mknie przez las, zmie­nia­jąc kie­ru­nek na każ­dej gałązce, kona­rze i pniu. Będziemy zbie­rali dusze niczym strasz­liwa burza, Bairoth. Wojna? Tak. Czy boisz się wojny, Bairo­thu Gild?

- Jest nas tylko trzech, wodzu wojenny - wska­zał Delum.

- Zaiste, jeste­śmy Karsa Orlong, Bairoth Gild i Delum Thord. Wal­czy­łem już z dwu­dzie­stoma czte­rema wojow­ni­kami i zabi­łem ich wszyst­kich. Nikt nie dorówna mi w tańcu. Czy temu zaprze­czysz? Nawet starsi ple­mie­nia z bojaź­nią wyma­wiają moje imię. A ty, Delum? Widzę, że na rze­mie­niu u twego bio­dra wisi osiem­na­ście języ­ków. Potra­fisz odczy­tać ślad ducha i sły­szysz stu­kot toczą­cego się kamyka z odle­gło­ści dwu­dzie­stu kro­ków. A ty, Bairoth? Czy w dniach, gdy nie dźwi­ga­łeś niczego oprócz mię­śni, nie zła­ma­łeś Bury­dowi krę­go­słupa gołymi rękami? Czy nie oba­li­łeś jego rumaka? Owa gwał­tow­ność śpi w tobie, ale ta wyprawa ją prze­bu­dzi. Gdyby cho­dziło o innych trzech... tak, powinni prze­my­kać się po zmroku krę­tymi ścież­kami, odwra­cać kamie­nie z pale­nisk, kraść pióra i zmiaż­dżyć kilku śpią­cym wro­gom tcha­wicę. Dla innych trzech wojow­ni­ków byłby to wystar­cza­jący tytuł do chwały. Ale dla nas? Nie. Wasz wódz wojenny prze­mó­wił.

Bairoth uśmiech­nął się do Deluma.

- Spójrzmy w górę, by zoba­czyć krąg, Delu­mie Thord, gdyż nie­wiele już razy ujrzymy podobny widok.

Karsa wstał powoli.

- Wodza wojen­nego należy słu­chać, Bairo­thu Gild, a nie kwe­stio­no­wać jego roz­kazy. Twa słab­nąca odwaga może zatruć nas wszyst­kich. Uwierz w zwy­cię­stwo, wojow­niku, albo wra­caj do domu.

Bairoth wzru­szył ramio­nami i poło­żył się, roz­pro­sto­wu­jąc ukryte w noga­wi­cach z nie­wy­pra­wio­nej skóry nogi.

- Jesteś wiel­kim wodzem, Karso Orlong, ale, nie­stety, brak ci poczu­cia humoru. Wie­rzę w to, że naprawdę znaj­dziesz chwałę, któ­rej szu­kasz, i że Delum i ja będziemy księ­ży­cami mniej­szymi, ale rów­nież lśnią­cymi wła­snym bla­skiem. To nam wystar­czy. Prze­stań w to wąt­pić, wodzu wojenny. Jeste­śmy z tobą...

- Kwe­stio­nu­je­cie moją mądrość!

- Tematu mądro­ści dotąd nie poru­sza­li­śmy - odparł Bairoth. - Sam mówi­łeś, że jeste­śmy wojow­ni­kami, Karso. I jeste­śmy mło­dzi. Mądrość przy­na­leży star­com.

- Tak, star­szym ple­mie­nia - wark­nął Karsa. - Któ­rzy nie chcieli pobło­go­sła­wić naszej wyprawy!

Bairoth par­sk­nął śmie­chem.

- Taka jest nasza prawda i musimy nieść ją w swych ser­cach, gorzką i nie­zmie­nioną. Po powro­cie prze­ko­namy się jed­nak, że pod naszą nie­obec­ność prawda się zmie­niła, wodzu wojenny. Okaże się, że jed­nak nas pobło­go­sła­wili. Prze­ko­nasz się.

Karsa wyba­łu­szył oczy.

- Twier­dzisz, że starsi skła­mią?

- Oczy­wi­ście. I będą od nas ocze­ki­wali, że zaak­cep­tu­jemy ich nowe prawdy. Zro­bimy to... nie, musimy to zro­bić, Karso Orlong. Nasz chwa­lebny suk­ces musi sca­lić Ury­dów. Gdy­by­śmy zatrzy­mali go wyłącz­nie dla sie­bie, byłoby to nie tylko samo­lubne, lecz poten­cjal­nie rów­nież śmier­tel­nie groźne. Pomyśl tylko, wodzu wojenny. Wró­cimy do wio­ski ze swymi opo­wie­ściami. Tak, zapewne przy­nie­siemy też kilka tro­feów, które będą dowo­dami ich praw­dzi­wo­ści, ale jeśli nie podzie­limy się chwałą, starsi zatrują ją jadem nie­do­wie­rza­nia.

- Nie­do­wie­rza­nia?

- Zaiste. Uwie­rzą w naszą chwałę, ale tylko pod warun­kiem, że otrzy­mają w niej swój udział. Uwie­rzą nam, jeśli my z kolei uwie­rzymy w ich nową wer­sję prze­szło­ści, w to, że otrzy­ma­li­śmy bło­go­sła­wień­stwo, któ­rego nam odmó­wili, i że wszy­scy w wio­sce wyszli nas poże­gnać. Powie­dzą ci, że wszy­scy tam byli, i z cza­sem sami sie­bie prze­ko­nają, że to prawda. Ta scena zosta­nie wyryta w ich pamięci. Na­dal tego nie poj­mu­jesz, Karso? Jeśli tak, to lepiej nie mówmy o mądro­ści.

- Teblo­rzy nie pla­mią się oszu­stwem - wark­nął Karsa.

Bairoth przy­glą­dał mu się przez chwilę, po czym ski­nął głową.

- Zaiste, nie pla­mią się.

Delum zasy­pał dołek glebą i kamie­niami.

- Pora spać - oznaj­mił, wsta­jąc, by po raz ostatni spraw­dzić spę­tane konie.

Karsa popa­trzył na Bairo­tha.

Jego umysł jest jak lanydzka strzała mknąca przez las, ale czy to mu w czymś pomoże, gdy nadej­dzie pora, by dobyć mie­czy z krwa­wego drewna, i ze wszyst­kich stron zabrzmią bojowe okrzyki? Tak wła­śnie się dzieje, gdy mię­śnie obra­cają się w tłuszcz, a do ple­ców przy­lega słoma. Miesz­ka­nie pośród słów nic ci nie da, Bairo­thu Gild, poza być może tym, że twój język nie wyschnie tak szybko u pasa rathydz­kiego wojow­nika.

***

- Co naj­mniej ośmiu - wyszep­tał Delum. - I może też jeden mło­dzie­niec. Rze­czy­wi­ście palą dwa ogni­ska. Upo­lo­wali sza­rego niedź­wie­dzia, z tych, które żyją w jaski­niach. Niosą ze sobą tro­feum.

- To zna­czy, że są bar­dzo zado­wo­leni z sie­bie. - Bairoth ski­nął głową. - To dobrze.

- Dla­czego? - zapy­tał Karsa, marsz­cząc brwi.

- Od nastroju nie­przy­ja­ciela wiele zależy, wodzu wojenny. Czują się nie­zwy­cię­żeni i dla­tego będą nie­ostrożni. Czy mają konie, Delum?

- Nie. Szare niedź­wie­dzie za dobrze znają tętent kopyt. Jeśli polo­wali z psami, to żaden z nich nie prze­żył.

- To jesz­cze lepiej.

Wszy­scy trzej zsie­dli z koni i ukryli się na skraju lasu. Potem Delum ruszył na zwiady w stronę obozu Rathy­dów. Prze­my­ka­jąc się przez poro­śnięte wysoką trawą i chasz­czami, pełne się­ga­ją­cych kolan pnia­ków zbo­cze za lasem, nie poru­szył ani jed­nym źdźbłem czy list­kiem.

Słońce stało wysoko na nie­bie. Było upal­nie, sucho i bez­wietrz­nie.

- Ośmiu - stwier­dził Bairoth, uśmie­cha­jąc się do Karsy. - I mło­dzie­niec. - Jego powin­ni­śmy zała­twić naj­pierw.

Żeby zawsty­dzić tych, któ­rzy prze­żyją. Spo­dziewa się, że prze­gramy.

- Zostaw­cie go mnie - pole­cił Karsa. - Moja szarża będzie gwał­towna. Prze­mknę na drugi koniec obozu. Wszy­scy oca­lali wojow­nicy zwrócą się w moją stronę. I wtedy wy zaata­ku­je­cie.

Delum zamru­gał.

- Chcesz, żeby­śmy powa­lili ich cio­sami w plecy?

- Tak, żeby wyrów­nać liczeb­ność. Potem przyj­dzie pora na poje­dynki.

- Czy będziesz uchy­lał się przed cio­sami pod­czas szarży? - zapy­tał Bairoth z bły­skiem w oczach.

- Nie, będę ude­rzał.

- Spę­tają cię, wodzu wojenny. Nie prze­drzesz się przez cały obóz.

- Nie pozwolę się spę­tać, Bairo­thu Gild.

- Jest ich dzie­wię­ciu.

- Ujrzy­cie mój taniec.

- Dla­czego nie zaata­ku­jemy konno, wodzu wojenny? - zapy­tał Delum.

- Dość już mam gada­nia. Idź­cie za mną, ale wol­niej.

Bairoth i Delum wymie­nili spoj­rze­nia. Ten pierw­szy wzru­szył ramio­nami.

- Będziemy two­imi świad­kami.

Karsa zdjął z ple­ców miecz z krwa­wego drewna i zaci­snął obie dło­nie na ople­cio­nej skórą ręko­je­ści. Drewno miało ciem­no­czer­woną, pra­wie czarną barwę. Wypo­le­ro­wano je na taki połysk, że wyda­wało się, iż malo­wane godło unosi się na sze­ro­kość palca nad powierzch­nią klingi. Sam brzeg był pra­wie prze­zro­czy­sty. Wcie­rany weń krwawy olej zesta­lił się, zastę­pu­jąc drewno. Na klin­dze nie było rys ani szczerb, a tylko lekko fali­ste linie w miej­scach, gdzie uszko­dze­nia napra­wiły się same. Krwawy olej trzy­mał się zapa­mię­ta­nej postaci i nie był skłonny tole­ro­wać znie­kształ­ceń ani uszko­dzeń. Karsa uniósł miecz przed sobą, a potem pomknął w dół zbo­cza, przy­śpie­sza­jąc kroku, by przejść w taniec.

Gdy dotarł do wydep­ta­nej przez dziki ścieżki, którą wska­zał mu Delum, pochy­lił się nisko i popę­dził twar­dym, ubi­tym szla­kiem, ani na moment nie zwal­nia­jąc kroku. Wyda­wało się, że sze­roki, zwę­ża­jący się na końcu sztych mie­cza pro­wa­dzi go za sobą, toru­jąc sobie, bez­gło­śnie i bez­błęd­nie, drogę przez cie­nie i snopy świa­tła. Karsa przy­śpie­szył kroku.

Trzech z ośmiu doro­słych wojow­ni­ków przy­kuc­nęło pośrodku rathydz­kiego obozu wokół kawału niedź­wie­dziego mięsa, który wła­śnie wyjęli z zawi­niątka zro­bio­nego z jele­niej skóry. Dwaj następni sie­dzieli obok z bro­nią na kola­nach, wcie­ra­jąc w klingi gęsty krwawy olej. Trzej pozo­stali zatrzy­mali się pogrą­żeni w roz­mo­wie, w odle­gło­ści nie­spełna trzech kro­ków od wylotu wydep­ta­nej przez dziki ścieżki. Mło­dzie­niec był na prze­ciw­le­głym końcu obozu.

Karsa wypadł peł­nym sprin­tem na polanę. Na dystan­sie do sie­dem­dzie­się­ciu kro­ków bie­gnący Teblor był w sta­nie wytrzy­mać tempo cwa­łu­ją­cego rumaka. Atak przy­po­mi­nał nagłą eks­plo­zję. W jed­nej chwili ośmiu wojow­ni­ków i jeden mło­dzie­niec odpo­czy­wało spo­koj­nie na pola­nie, a w następ­nej poziome cię­cie mie­cza pozba­wiło dwóch sto­ją­cych Rathy­dów czub­ków głów. Włosy i kości pofru­nęły w powie­trze, a krew i mózgi try­snęły na twarz trze­ciego z nich. Męż­czy­zna zato­czył się do tyłu, obró­cił w lewo i nadział na wra­ca­jący miecz Karsy. Ostrze tra­fiło go pod pod­bró­dek. W tym momen­cie ujrzał, że świat wokół niego prze­chy­lił się gwał­tow­nie. Potem nade­szła ciem­ność.

Nie zwal­nia­jąc kroku, Karsa pod­sko­czył, by nie potknąć się o głowę wojow­nika, która poto­czyła się po ziemi.

Dwaj Rathy­do­wie wcie­ra­jący w mie­cze olej pode­rwali się już, uno­sząc broń. Roz­dzie­lili się i pomknęli ku napast­ni­kowi, chcąc zaata­ko­wać go z obu stron.

Karsa roze­śmiał się tylko i skrę­cił gwał­tow­nie, by prze­mknąć mię­dzy trzema wojow­ni­kami, któ­rzy w okrwa­wio­nych dło­niach trzy­mali jedy­nie rzeź­nic­kie noże. Pochy­lił się nisko, trzy­ma­jąc miecz przed sobą. Trzy krót­sze ostrza tra­fiły w cel. Prze­biły skó­rzany strój i skórę Karsy, się­ga­jąc mię­śni. Wojow­nik przedarł się przez grupkę prze­ciw­ni­ków dzięki impe­towi. Zabrał też ze sobą trzy ster­czące z ciała noże. Następ­nie odwró­cił się, uciął mie­czem parę rąk, a potem wbił go pod pachę, wyry­wa­jąc koń­czynę ze stawu. Uniósł na szty­chu łopatkę - pur­pu­rowy kawał ople­cio­nej żyłami kości, połą­czony mot­kiem wię­za­deł z mknącą ku niebu koń­czyną.

Następny prze­ciw­nik rzu­cił się z wark­nię­ciem na zie­mię, opla­ta­jąc krzep­kie ramiona wokół nóg napast­nika. Nie prze­sta­jąc się śmiać, wódz wojenny Ury­dów ude­rzył w dół gałką mie­cza i roz­łu­pał czu­bek czaszki wojow­nika. Ramiona zadrżały spa­zma­tycz­nie i zwol­niły uścisk.

Po pra­wej stro­nie roz­legł się świst mie­cza, który mknął ku szyi Karsy. Uryd odwró­cił się bły­ska­wicz­nie, by spa­ro­wać cios. Powie­trze prze­szył dźwięczny kurant ude­rze­nia.

Karsa usły­szał za sobą kroki zbli­ża­ją­cego się Rathyda, poczuł, że powie­trze roz­stę­puje się przed ostrzem mkną­cym ku jego lewemu bar­kowi. Natych­miast rzu­cił się na zie­mię w prawą stronę. Pada­jąc, wycią­gnął ręce i zato­czył mie­czem krąg. Ostrze prze­mknęło nad bro­nią prze­ciw­nika, który chciał wła­śnie wypro­wa­dzić strasz­liwy cios w dół, prze­cięło dwa grube nad­garstki, a potem roz­pruło poprzecz­nie brzuch od pępka do punktu poło­żo­nego w poło­wie odle­gło­ści mię­dzy żebrami a bio­drem.

Karsa obró­cił się jesz­cze w powie­trzu i pono­wił zatrzy­mane przez ciało i kości cię­cie. Wykrę­cił koń­czyny w bar­kach, by ostrze prze­su­nęło się pod nim, a potem ciął w drugą stronę. Miecz prze­mknął nisko nad zie­mią, prze­ci­na­jąc w kostce lewą nogę ostat­niego Rathyda. Potem Karsa ude­rzył pra­wym bar­kiem o glebę. Prze­to­czył się, zata­cza­jąc mie­czem łuk nad cia­łem, i udało mu się spa­ro­wać wymie­rzony w dół cios, ale nie do końca. Jego prawe bio­dro ogar­nął ogień. Potem zna­lazł się poza zasię­giem prze­ciw­nika. Poty­ka­jąc się, męż­czy­zna wyco­fał się z gło­śnym krzy­kiem.

Karsa zerwał się i przy­kuc­nął. Z jego pra­wej nogi try­skała krew, a w ranach w lewym boku, pod prawą łopatką i w lewym udzie czuł kłu­jący ból. Na­dal ster­czały z nich noże.

Ujrzał przed sobą mło­dzieńca.

Mógł on mieć naj­wy­żej czter­dzie­ści lat i nie osią­gnął jesz­cze peł­nego wzro­stu. Koń­czyny miał szczu­płe, co czę­sto zda­rzało się u nie­go­to­wych. Oczy wypeł­niała mu groza.

Karsa zamru­gał i odwró­cił się w stronę jed­no­no­giego wojow­nika.

Krzyki tam­tego prze­szły tym­cza­sem w histe­ryczne wrza­ski. Karsa zoba­czył, że Bairoth i Delum dopa­dli już Rathyda i przy­łą­czyli się do zabawy, uci­na­jąc mu drugą nogę oraz obie ręce. Wojow­nik leżał na ziemi, mio­ta­jąc spa­zma­tycz­nie kiku­tami. Try­ska­jąca z nich krew zbro­czyła zdep­taną trawę.

Karsa odwró­cił wzrok i spo­strzegł, że mło­dzie­niec umyka do lasu. Wódz wojenny uśmiech­nął się.

Bairoth i Delum uci­nali po kawałku koń­czyny usi­łu­ją­cego ucie­kać rathydz­kiego wojow­nika.

Karsa wie­dział, że są wście­kli. Nic im nie zosta­wił.

Wyrwał sobie nóż z uda, igno­ru­jąc obu towa­rzy­szy i bru­talne tor­tury, któ­rymi się zaba­wiali. Krew wypły­nęła z rany, ale nie try­snęła z niej, co świad­czyło, że ostrze nie prze­biło żad­nej waż­nej tęt­nicy ani żyły. Nóż, który wbił mu się w lewy bok, ześli­znął się po żebrach. Ostrze ugrzę­zło pod skórą i kil­koma war­stwami mię­śni. Karsa wycią­gnął broń i odrzu­cił ją na bok. Ostatni nóż, który tkwił głę­boko w ple­cach, spra­wił mu wię­cej trud­no­ści. Potrze­bo­wał kilku prób, nim wresz­cie chwy­cił pew­nie usma­ro­waną krwią ręko­jeść i wyszarp­nął ostrze. Gdyby nóż był dłuż­szy, zapewne się­gnąłby do serca. I tak z trzech pomniej­szych ran ta zapewne okaże się naj­bar­dziej dokucz­liwa. Rana zadana przez miecz, który wbił się w bio­dro i prze­szył część pośladka, była nieco poważ­niej­sza. Trzeba ją będzie sta­ran­nie zaszyć i przez pewien czas cho­dze­nie i jazda konna będą mu spra­wiały ból.

Utrata krwi bądź śmier­telny cios wresz­cie uci­szyły ćwiar­to­wa­nego Rathyda. Karsa usły­szał cięż­kie kroki zbli­ża­ją­cego się Bairo­tha. Kolejny krzyk zaświad­czył, że Delum dobija resztę powa­lo­nych wro­gów.

- Wodzu wojenny.

Głos Bairo­tha prze­sy­cał gniew.

Karsa odwró­cił się powoli.

- Bairo­thu Gild.

Twarz potęż­nie zbu­do­wa­nego wojow­nika miała zło­wrogi wyraz.

- Pozwo­li­łeś mło­dzień­cowi uciec. Musimy go dopaść, a to nie będzie łatwe, gdyż jest na swo­jej ziemi.

- Zro­bi­łem to celowo - oznaj­mił Karsa.

Bairoth skrzy­wił się wście­kle.

- Jesteś z nas naj­by­strzej­szy - stwier­dził Karsa. - Czemu cię to tak dziwi?

- Dotrze do wio­ski.

- Zaiste.

- I opo­wie o ataku. Trzech urydz­kich wojow­ni­ków. Nastąpi wybuch gniewu i roz­poczną się gorącz­kowe przy­go­to­wa­nia. - Bairoth ski­nął leciutko głową. - Zaczną się łowy na trzech Ury­dów. Wędru­ją­cych pie­szo. Mło­dzie­niec jest tego pewien. Gdyby Ury­do­wie mieli konie, z pew­no­ścią by je wyko­rzy­stali. Było ich trzech prze­ciw ośmiu. Byłoby sza­leń­stwem, gdyby postą­pili ina­czej. To prze­ko­na­nie ogra­ni­czy myśli i poczy­na­nia łow­ców. Będą szu­kali trzech urydz­kich wojow­ni­ków wędru­ją­cych pie­szo.

Delum pod­szedł do nich i wbił w wodza pozba­wione wyrazu spoj­rze­nie.

- Delum Thord chce prze­mó­wić - stwier­dził Karsa.

- Chcę, wodzu wojenny. Stwo­rzy­łeś w umy­śle tego mło­dzieńca obraz, który będzie się utrwa­lał. Jego kolory nie wyblakną z cza­sem, lecz nabiorą jesz­cze ostro­ści. Echa krzy­ków pod jego czaszką będą się sta­wały coraz gło­śniej­sze. Zna­jome twa­rze na zawsze znie­ru­cho­mieją w gry­ma­sie bólu. Ten mło­dzie­niec, Karso Orlong, kie­dyś doro­śnie. I nie zado­woli się pod­rzędną rolą, lecz zosta­nie wodzem. Musi nim zostać. Nikt nie odważy się rzu­cić wyzwa­nia jego gwał­tow­no­ści, lśnią­cemu drewnu jego woli, ole­jowi jego pożą­da­nia. Karso Orlong, stwo­rzy­łeś Ury­dom wroga, przy któ­rym zbledną wszy­scy, jakich zna­li­śmy w prze­szło­ści.

- Pew­nego dnia ten wódz wojenny Rathy­dów uklęk­nie przede mną - oznaj­mił Karsa. - Przy­się­gam na krew jego kuzy­nów, któ­rzy tu leżą.

Powie­trze wypeł­nił nagły chłód. Nad polaną zapa­dła cisza, mącona jedy­nie cichym bzy­cze­niem much.

Delum wyba­łu­szył oczy w gry­ma­sie stra­chu.

Bairoth odwró­cił się do niego ple­cami.

- Ta przy­sięga cię znisz­czy, Karso Orlong. Żaden Rathyd ni­gdy nie klęk­nie przed Ury­dem. Chyba że oprzesz jego trupa o pniak ścię­tego drzewa. To, czego pra­gniesz, jest nie­moż­liwe. To pro­sta droga do sza­leń­stwa.

- To tylko jedna z wielu przy­siąg, które zło­ży­łem - oznaj­mił Karsa. - A wszyst­kich dotrzy­mam. Będziesz tego świad­kiem, jeśli się odwa­żysz.

Bairoth ode­rwał wzrok od futra sza­rego niedź­wie­dzia oraz jego odar­tej z mięsa czaszki - rathydz­kich tro­feów - i spoj­rzał na Karsę.

- A czy mam jakiś wybór?

- Jeśli jesz­cze oddy­chasz, to odpo­wiedź brzmi "nie", Bairo­thu Gild.

- Przy­po­mnij mi pew­nego dnia, bym ci o czymś opo­wie­dział, Karso Orlong.

- A o czym?

- O tym, jak wygląda życie tych z nas, któ­rzy zna­leźli się w twym cie­niu.

Delum pod­szedł do Karsy.

- Trzeba opa­trzyć twoje rany, wodzu wojenny.

- Zaiste, ale na razie tylko tę od mie­cza. Musimy wró­cić do koni i odje­chać stąd.

- Jak lanydzka strzała.

- Wła­śnie tak, Delu­mie Thord.

- Karso Orlong, zbiorę dla cie­bie tro­fea - zapro­po­no­wał Bairoth.

- Dzię­kuję, Bairo­thu Gild. Weź­miemy też futro i czaszkę. Może­cie je sobie z Delu­mem zatrzy­mać.

Delum spoj­rzał na Bairo­tha.

- Weź je, bra­cie. Szary niedź­wiedź pasuje ci bar­dziej niż mnie.

Bairoth ski­nął głową na znak podzię­ko­wa­nia, po czym wska­zał na poćwiar­to­wa­nego wojow­nika.

- Jego uszy i język należą do cie­bie, Delu­mie Thord.

- Niech i tak będzie.

***

Ze wszyst­kich teblor­skich ple­mion Rathy­do­wie hodo­wali naj­mniej koni, lecz mimo to było tu pod dostat­kiem sze­ro­kich, pro­wa­dzą­cych od polany do polany prze­siek, któ­rymi Karsa i jego towa­rzy­sze mogli swo­bod­nie jechać. Na jed­nej z polan natknęli się na doro­słego męż­czy­znę i dwóch mło­dzień­ców, któ­rzy pil­no­wali sze­ściu ruma­ków. Ruszyli do szarży z bły­skiem mie­czy i zatrzy­mali się tylko po to, by zebrać tro­fea i zabrać konie. Każdy z nich pro­wa­dził po dwa za swym wierz­chow­cem. Godzinę przed zapad­nię­ciem zmroku natknęli się na roz­wi­dle­nie szlaku. Prze­je­chali trzy­dzie­ści kro­ków pro­wa­dzącą niżej ścieżką, po czym odwią­zali rathydz­kie rumaki i popę­dzili je przo­dem. Następ­nie urydzcy wojow­nicy połą­czyli szyje swych wierz­chow­ców krót­kim sznu­rem, zawią­za­nym tuż nad oboj­czy­kami, i szar­piąc deli­kat­nie za postro­nek, skło­nili konie do cof­nię­cia się ku roz­wi­dle­niu. Póź­niej ruszyli górną ścieżką. Po pięć­dzie­się­ciu kro­kach Delum zsu­nął się z rumaka i cof­nął, by zatrzeć ślady.

Nad ich gło­wami for­mo­wał się już krąg, zbo­czyli więc ze ska­li­stej ścieżki i zna­leźli małą polanę, na któ­rej roz­bili obóz. Bairoth uciął im na kola­cję po pla­strze niedź­wie­dziego mięsa. Potem Delum opo­rzą­dził konie, wycie­ra­jąc je wil­got­nym mchem. Zwie­rzęta były zmę­czone, nie spę­tali ich więc, by mogły swo­bod­nie cho­dzić po pola­nie i roz­pro­sto­wać szyje.

Karsa przyj­rzał się swym ranom i zauwa­żył, że już zaczy­nają się goić. U Teblo­rów było to nor­malne. Usa­tys­fak­cjo­no­wany wydo­był manierkę z krwa­wym ole­jem i zabrał się do naprawy broni. Delum wró­cił do nich i razem z Bairo­them poszli za przy­kła­dem wodza.

- Jutro opu­ścimy ten szlak - oznaj­mił Karsa.

- Czy zamie­nimy go na szyb­sze i łatwiej­sze, które bie­gną doliną? - zapy­tał Bairoth.

- Jeśli będziemy jechać szybko, możemy prze­mknąć przez zie­mie Rathy­dów w ciągu tylko jed­nego dnia - zasu­ge­ro­wał Delum.

- Nie, popro­wa­dzimy konie wyżej, na ścieżki dla kóz i owiec - odparł Karsa. - I przez cały ranek będziemy podą­żać w prze­ciwną stronę. Potem wró­cimy w dolinę. Bairo­thu Gild, jeśli myśliwi wyru­szą na łowy, to kto zosta­nie w wio­sce?

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna owi­nął się w swe nowe niedź­wie­dzie futro, nim odpo­wie­dział na to pyta­nie.

- Mło­dzieńcy. Kobiety. Starcy i kaleki.

- Psy?

- Nie, je łowcy zabiorą ze sobą. Chcesz zaata­ko­wać wio­skę, wodzu wojenny?

- Tak. A potem znaj­dziemy ślad łow­ców.

Delum zaczerp­nął w płuca głę­boki haust powie­trza i wypu­ścił je dopiero po chwili.

- Karso Orlong, wio­ska naszych ofiar nie jest tu jedyna. W samej tylko pierw­szej doli­nie są przy­naj­mniej trzy inne. Wie­ści się rozejdą. Każdy wojow­nik chwyci za miecz. Wszyst­kie psy ruszą za nami w las. Wojow­nicy mogą nas nie zna­leźć, ale psy to co innego.

- Do tego mamy przed sobą jesz­cze trzy doliny - wark­nął Bairoth.

- Ale małe - wska­zał Karsa. - Do tego prze­tniemy je przy połu­dnio­wych koń­cach, co naj­mniej dzień szyb­kiej jazdy od pół­noc­nych wylo­tów i serca rathydz­kich ziem.

- Gniew ści­ga­ją­cych będzie tak wielki, wodzu wojenny, że podążą za nami do dolin Suny­dów - ostrzegł Delum.

Karsa odwró­cił leżący mu na udach miecz i zabrał się do pracy nad jego drugą stroną.

- Mam taką nadzieję, Delu­mie Thord. Powiedz mi, kiedy ostat­nio Suny­do­wie widzieli Uryda?

- Kiedy prze­jeż­dżał tędy twój dzia­dek - odpo­wie­dział Bairoth.

Karsa ski­nął głową.

- A my dobrze znamy rathydzki okrzyk wojenny, nie­praw­daż?

- Chcesz spro­wo­ko­wać wojnę mię­dzy Rathy­dami a Suny­dami?

- Zaiste, Bairoth.

Wojow­nik pokrę­cił głową.

- Jesz­cze nie skoń­czy­li­śmy z Rathy­dami, Karso Orlong. Twoje plany wybie­gają zbyt daleko w przy­szłość, wodzu wojenny.

- Bądź świad­kiem tego, co się wyda­rzy, Bairo­thu Gild.

Bairoth pod­niósł z ziemi czaszkę niedź­wie­dzia. Żuchwa zwi­sała z niej na pasemku chrząstki. Zerwał je i odrzu­cił kość na bok. Potem wydo­był pęk rze­mieni i owią­zał je mocno wokół kości policz­ko­wych czaszki, tak że ich dłu­gie końce zwi­sały poni­żej.

Karsa obser­wo­wał z zain­te­re­so­wa­niem te poczy­na­nia. Czaszka była za ciężka na hełm, nawet dla Bairo­tha. Musiałby też wyła­mać kości z jej pod­stawy, a tam wła­śnie były naj­grub­sze wokół dziury, przez którą wcho­dził stos pacie­rzowy.

Delum wstał.

- Idę spać - oznaj­mił i odszedł.

- Karso Orlong, czy masz tro­chę zapa­so­wych rze­mieni? - zapy­tał Bairoth.

- Możesz je sobie wziąć - odparł Karsa, rów­nież wsta­jąc. - Tylko nie zapo­mnij dziś się wyspać, Bairo­thu Gild.

- Nie zapo­mnę.

***

Pod­czas pierw­szej godziny dnia sły­szeli dobie­ga­jące z lesi­stej doliny na dole uja­da­nie psów. Potem, gdy zawró­cili w stronę, z któ­rej przy­byli, jadąc bie­gnącą wysoko na stoku ścieżką, odgłosy uci­chły. Kiedy słońce stało nad ich gło­wami, Delum zna­lazł krętą, wio­dącą w dół dróżkę. Ruszyli nią ku doli­nie.

Po połu­dniu dotarli do peł­nych pnia­ków polan i poczuli woń wio­sko­wego dymu. Delum zsu­nął się z konia i ruszył na zwiady.

Wró­cił po chwili.

- Jest tak, jak prze­wi­dzia­łeś, wodzu wojenny. Widzia­łem jede­na­stu star­ców, trzy­krot­nie wię­cej kobiet i trzy­na­stu mło­dzień­ców. Wszy­scy są bar­dzo mło­dzi. Starsi pew­nie poje­chali na łowy. Nie ma koni ani psów.

Wspiął się na koń­ski grzbiet.

Trzej urydzcy wojow­nicy wydo­byli mie­cze. Potem się­gnęli po manierki z krwa­wym ole­jem i wylali po kilka kro­pel na skórę wokół noz­drzy ruma­ków. Wierz­chowce odchy­liły łby i napięły mię­śnie.

- Ja wezmę prawą flankę - zapro­po­no­wał Bairoth.

- Ja śro­dek - oznaj­mił Karsa.

- W takim razie ja lewą - rzekł Delum i zmarsz­czył brwi. - Roz­pierzchną się przed tobą, wodzu wojenny.

- Jestem dziś szczo­dry, Delu­mie Thord. Chwała z tej wio­ski przy­pad­nie tobie i Bairo­thowi. Dopil­nuj­cie, żeby nikt nie uciekł z dru­giej strony.

- Dopil­nu­jemy.

- Jeśli któ­raś kobieta spró­buje pod­pa­lić dom, żeby zaalar­mo­wać łow­ców, zabij­cie ją.

- Nie zro­bią cze­goś tak głu­piego - zapew­nił Bairoth. - Jeśli nie będą się opie­rały, przyjmą nasze nasie­nie, ale ocalą życie.

Wszy­scy trzej zdjęli koniom wodze i owi­nęli je sobie wokół nad­garst­ków. Potem pochy­lili się niżej nad kłę­bami wierz­chow­ców, uno­sząc kolana.

Karsa prze­ło­żył nad­gar­stek przez rze­mienną pętlę mie­cza i zakrę­cił bro­nią w powie­trzu, by zacie­śnić uścisk. Pozo­stali postą­pili tak samo. Havok drżał pod jeźdź­cem.

- Pro­wadź nas, wodzu wojenny - rzekł Delum.

Karsa ści­snął lekko nogami Havoka, który pognał naprzód, po trzech kro­kach prze­cho­dząc w powolny galop, przy­po­mi­na­jący nie­mal bieg psa. Prze­mknęli przez usianą pnia­kami polanę, a potem skrę­cili lekko w lewo, na główną ścieżkę. Kiedy na nią wpa­dli, wojow­nik uniósł miecz, tak by rumak go ujrzał. Zwie­rzę prze­szło w cwał.

Po sied­miu coraz dłuż­szych kro­kach zna­leźli się w wio­sce. Towa­rzy­sze Karsy roz­je­chali się już na boki, by prze­mknąć za zabu­do­wa­niami. Główną drogę zosta­wili dla niego. Widział już zwra­ca­jące ku niemu głowy posta­cie. Usły­szeli krzyk i ujrzeli, jak dzieci roz­pierz­chają się na wszyst­kie strony.

Zamach­nął się mie­czem, bez trudu prze­ci­na­jąc młodą kość. Spoj­rzał w prawo i Havok zmie­nił kie­ru­nek, wycią­ga­jąc kopyta, by stra­to­wać starca. Potem pomknęli dalej, ści­ga­jąc i mor­du­jąc. Zza domostw i wyko­pa­nych za nimi dołów na odpadki dobie­gły dal­sze krzyki.

Karsa dotarł do końca wio­ski. Zoba­czył ucie­ka­ją­cego do lasu mło­dzieńca i popę­dził za nim. Chło­pak miał ćwi­czebny miecz. Sły­sząc ciężki tętent zbli­ża­ją­cego się szybko Havoka - i widząc, że bez­pieczny las jest jesz­cze daleko - odwró­cił się bły­ska­wicz­nie.

Oręż Karsy prze­ciął ćwi­czebny miecz, a potem szyję. Havok ude­rzył łbem i zde­ka­pi­to­wane ciało mło­dzieńca padło na zie­mię.

Tak wła­śnie stra­ci­łem kuzyna. Dopadł go Rathyd. Zabrał uszy i język, a ciało powie­sił za nogę na gałęzi. Głowę usta­wił na ziemi, wspartą o patyk i wysma­ro­waną eks­kre­men­tami. Odpła­ci­łem za ten czyn. Odpła­ci­łem.

Havok zwol­nił, a potem zawró­cił.

Karsa spoj­rzał na wio­skę. Bairoth i Delum zakoń­czyli już rzeź i zaga­niali teraz kobiety na polanę ota­cza­jącą wio­skowe pale­ni­sko.

Havok zaniósł go kłu­sem do wio­ski.

- Żona wodza należy do mnie - oznaj­mił Karsa.

Bairoth i Delum ski­nęli gło­wami. Łatwość, z jaką odstą­pili mu ten przy­wi­lej, świad­czyła, że ich nastrój znacz­nie się popra­wił. Bairoth spoj­rzał na branki i ski­nął mie­czem. Z grupy wystą­piła przy­stojna kobieta w śred­nim wieku, za którą podą­żała jej młod­sza wer­sja - dziew­czyna zapewne nie star­sza niż Day­liss. Obie przyj­rzały się Kar­sie rów­nie uważ­nie, jak on przy­glą­dał się im.

- Bairo­thu Gild i Delu­mie Thord, wybierz­cie sobie po pierw­szej kobie­cie spo­śród pozo­sta­łych. Ja będę stał na straży.

Obaj wojow­nicy uśmiech­nęli się sze­roko, zsie­dli z koni i weszli w grupę kobiet, by wybrać po jed­nej dla sie­bie. Potem znik­nęli w cha­tach, pro­wa­dząc branki za ręce.

Karsa przy­glą­dał się temu z unie­sio­nymi brwiami.

Żona wodza prych­nęła pogar­dli­wie.

- Twoi towa­rzy­sze nie byli ślepi na zapał tych dwóch - zauwa­żyła.

- Ich wojow­nicy, czy to ojco­wie, czy mężo­wie, nie będą zado­wo­leni z takiego zapału - stwier­dził Karsa.

Urydz­kie kobiety ni­gdy by...

- O niczym się nie dowie­dzą, wodzu wojenny - odparła żona wodza. - Chyba że wy im powie­cie, a jaka jest na to szansa? Nie dadzą wam czasu na urą­ga­nie, zanim was zabiją. Ach, poj­muję - dodała, pod­cho­dząc bli­żej, by spoj­rzeć mu w oczy. - Chcia­łeś wie­rzyć, że urydz­kie kobiety są inne, a teraz zro­zu­mia­łeś, że to fałsz. Wszy­scy męż­czyźni są głup­cami, ale ty mogłeś się teraz stać tro­chę mniej­szym głup­cem, gdyż prawda wnik­nęła do twego serca. Jak masz na imię, wodzu wojenny?

- Za dużo gadasz - wark­nął Karsa. Wypro­sto­wał się. - Jestem Karsa Orlong, wnuk Pahlka...

- Pahlka?

- Zaiste. - Karsa uśmiech­nął się. - Widzę, że go pamię­tasz.

- Byłam wtedy dziec­kiem, ale, tak, zacho­wa­li­śmy pamięć o nim.

- On żyje jesz­cze i śpi spo­koj­nie, mimo że prze­klę­li­ście jego imię.

Roze­śmiała się.

- Prze­klę­li­śmy? Nie było powodu. Pahlk pokło­nił się nam nisko, bła­ga­jąc, byśmy pozwo­lili mu przejść...

- Łżesz!

Przyj­rzała mu się uważ­nie, po czym wzru­szyła ramio­nami.

- Skoro tak mówisz.

Jedna z zapro­wa­dzo­nych do domów kobiet krzyk­nęła gło­śno, raczej z przy­jem­no­ści niż z bólu.

Żona wodza odwró­ciła głowę.

- Ile z nas przyj­mie wasze nasie­nie, wodzu wojenny?

Karsa usiadł wygod­nie.

- Wszyst­kie. Po jede­na­ście na każ­dego.

- A ile dni to potrwa? Czy mamy też dla was goto­wać?

- Dni? Myślisz jak stara kobieta. Jeste­śmy mło­dzi. A jeśli zaj­dzie taka potrzeba, mamy też krwawy olej.

Kobieta otwo­rzyła sze­roko oczy. Inne, sto­jące za jej ple­cami, zaszep­tały ner­wowo. Żona wodza odwró­ciła się nagle i uci­szyła je spoj­rze­niem, po czym znowu zwró­ciła się ku Kar­sie.

- Ni­gdy jesz­cze nie uży­wa­łeś krwa­wego oleju w tym celu, mam rację? To prawda, że twoje lędź­wie ogar­nie ogień i sztyw­ność nie ustąpi przez wiele dni. Ale, wodzu wojenny, nie wiesz, jak to podziała na nas. Ja to wiem, bo też byłam kie­dyś młoda i głu­pia. Nawet siła mojego męża nie wystar­czyła, by ochro­nić jego gar­dło przed moimi zębami. Nosi bli­zny po dziś dzień. I nie koniec na tym. To, co dla was trwa nie­spełna tydzień, nas prze­śla­duje przez dłu­gie mie­siące.

- To zna­czy, że jeśli my nie zabi­jemy waszych mężów, wy to uczy­ni­cie po ich powro­cie - stwier­dził Karsa. - Bar­dzo mnie to cie­szy.

- Żaden z was trzech nie prze­żyje nocy.

- Cie­ka­wie będzie się prze­ko­nać, kto z nas pierw­szy będzie go potrze­bo­wał - cią­gnął z uśmie­chem Karsa. - Bairoth, Delum czy ja? - Zwró­cił się ku gru­pie kobiet. - Suge­ruję, byście wszyst­kie wyka­zały się zapa­łem. Żadna z was nie chce chyba być pierw­szą, która nas zawie­dzie.

Bairoth wyszedł z chaty i ski­nął głową do Karsy.

Żona wodza wes­tchnęła i wezwała córkę ski­nie­niem dłoni.

- Nie - sprze­ci­wił się wódz wojenny Ury­dów.

Kobieta znie­ru­cho­miała nagle zbita z tropu.

- Ale... czy nie chcesz mieć z tego dziecka? Ta, która będzie pierw­sza, przyj­mie naj­wię­cej twego nasie­nia...

- Zaiste. A czy ty już jesteś za stara?

Po dłu­giej chwili pokrę­ciła głową.

- Karso Orlong - wyszep­tała. - Mój mąż rzuci na cie­bie klą­twę. Spali krew na kamien­nych war­gach samej Imroth.

- Tak, zapewne to uczyni. - Karsa zsu­nął się z konia i pod­szedł do niej. - A teraz pro­wadź mnie do swo­jego domu.

Odsu­nęła się.

- Do domu mojego męża? Wodzu wojenny, nie, pro­szę, wybierzmy jakiś inny...

- Do domu two­jego męża - wark­nął Karsa. - Skoń­czy­łem już z gada­niem i ty też się zamknij.

***

Godzinę przed zmierz­chem Karsa zapro­wa­dził do chaty ostat­nią ze swych bra­nek, córkę wodza. Żaden z ich trójki nie potrze­bo­wał krwa­wego oleju. Bairoth zapew­niał, że urydzka męskość okryła się chwałą, Karsa podej­rze­wał jed­nak, że praw­dziwa zasługa przy­pada zapa­łowi i zro­dzo­nej z despe­ra­cji pomy­sło­wo­ści rathydz­kich kobiet. I tak zresztą każdy z wojow­ni­ków z kil­koma ostat­nimi kobie­tami wyko­nał swe zada­nie tylko naprędce i od nie­chce­nia.

Karsa zacią­gnął młodą brankę do mrocz­nej chaty, w któ­rej pale­ni­sko już wyga­sało, zatrza­snął drzwi i zamknął je na rygiel. Dziew­czyna zwró­ciła się w jego stronę, uno­sząc pod­bró­dek w geście zain­te­re­so­wa­nia.

- Matka mówiła, że byłeś zaska­ku­jąco deli­katny.

Przyj­rzał się jej uważ­nie.

Jest podobna do Day­liss, lecz zara­zem inna. Nie ma w niej tej nuty mrocz­no­ści. To... coś zmie­nia.

- Zdej­mij ubra­nie.

Zsu­nęła szybko jed­no­czę­ściową tunikę z nie­wy­pra­wio­nej skóry.

- Gdy­bym była pierw­sza, Karso Orlong, twoje nasie­nie zna­la­złoby we mnie dom. To jest ten dzień w moim kole czasu.

- Czy była­byś z tego dumna?

Obrzu­ciła go zdzi­wio­nym spoj­rze­niem, po czym potrzą­snęła głową.

- Zabi­li­ście wszyst­kie dzieci i star­ców. Miną stu­le­cia, nim nasza wio­ska odzy­ska dawną postać, a moż­liwe, że to ni­gdy nie nastąpi, bo jeśli uda się wam uciec, roz­gnie­wani wojow­nicy mogą się zwró­cić prze­ciwko sobie nawza­jem i prze­ciwko nam.

- Uciec? Połóż się tu, gdzie leżała twoja matka. Karsa Orlong ni­gdy nie ucieka. - Sta­nął nad nią. - Wasi wojow­nicy nie wrócą. Życie tej wio­ski jest skoń­czone, a wiele spo­śród was nosi w sobie nasie­nie Ury­dów. Pójdź­cie wszyst­kie do nas i zamiesz­kaj­cie wśród naszego ludu. A ty udaj się z matką do wio­ski, w któ­rej się uro­dzi­łem. Cze­kaj­cie tam na mnie. Wycho­waj­cie swoje dzieci, moje dzieci, na Ury­dów.

- To śmiałe prze­chwałki, Karso Orlong.

Zaczął zdej­mo­wać skó­rzany strój.

- Widzę, że to nie tylko prze­chwałki - zauwa­żyła. - Nie będziemy potrze­bo­wali krwa­wego oleju.

- Zacho­wamy go na dzień mojego powrotu.

Otwo­rzyła sze­roko oczy, gdy poło­żył się na niej.

- Nie chcesz wie­dzieć, jak mam na imię? - zapy­tała cicho.

- Nie chcę - wark­nął. - Będę cię nazy­wał Day­liss.

Nie widział wyrazu wstydu, który poja­wił się na mło­dej, pięk­nej twa­rzy dziew­czyny. Nie wyczu­wał też mroku, który jego słowa pozo­sta­wiły w jej duszy.

W niej, tak jak w jej matce, nasie­nie Karsy Orlonga zna­la­zło dom.

***

Znad gór nade­szła późna burza i pożarła gwiazdy. Wierz­chołki drzew koły­sały się na wie­trze, który nie pró­bo­wał się­gnąć niżej. Na górze było sły­chać świst wichury, lecz mię­dzy drze­wami pano­wała oso­bliwa cisza. Ujrzeli bły­ska­wicę, ale minęła dłuż­sza chwila, nim roz­legł się huk gromu.

Po zapad­nię­ciu zmroku jechali jesz­cze godzinę, nim zna­leźli stare obo­zo­wi­sko, poło­żone nie­opo­dal tropu łow­ców. Roz­wście­czeni rathydzcy wojow­nicy zacho­wy­wali się nie­ostroż­nie, zosta­wia­jąc po sobie sta­now­czo zbyt wiele śla­dów. Według oceny Deluma grupa liczyła sobie dwu­na­stu doro­słych jeźdź­ców i czte­rech mło­dzień­ców, być może jedną trze­cią sił całej wio­ski. Psy pusz­czono już luzem, by polo­wały w sfo­rach. Żaden z nich nie towa­rzy­szył ści­ga­nemu przez Ury­dów oddzia­łowi.

Karsa był zado­wo­lony. Szer­sze­nie opu­ściły gniazdo, ale latały na oślep.

Znowu zje­dli na kola­cję pod­sta­rzałe już nieco niedź­wie­dzie mięso i Bairoth ponow­nie wyjął czaszkę zwie­rza, by owią­zy­wać ją rze­mie­niami, tym razem wokół pyska. Zaci­skał je mocno mię­dzy zębami, a luźno zwi­sa­jące końce miały dłu­gość pół­tora ramie­nia męż­czy­zny. Karsa wresz­cie zro­zu­miał, co chce wyko­nać jego towa­rzysz. Podobną broń czę­sto robiło się z dwóch albo trzech wil­czych cza­szek. Tylko wojow­nik o sile i masie Bairo­tha mógłby wła­dać orę­żem wyko­na­nym z czaszki sza­rego niedź­wie­dzia.

- Bairo­thu Gild, to, co wła­śnie two­rzysz, będzie barwną nicią w tka­ni­nie naszej legendy.

Bairoth chrząk­nął.

- Nic mnie nie obcho­dzą legendy, wodzu wojenny. Wkrótce zmie­rzymy się z Rathy­dami dosia­da­ją­cymi ruma­ków.

Karsa uśmiech­nął się w ciem­no­ści.

Z góry zbo­cza powiał lekki wie­trzyk.

Delum uniósł nagle głowę i wstał bez­sze­lest­nie.

- Czuję zapach mokrej sier­ści - oznaj­mił.

Deszcz nie zaczął jesz­cze padać.

Karsa zdjął szelki, na któ­rych nosił miecz, i poło­żył broń na ziemi.

- Bairoth - wyszep­tał. - Zostań tutaj. Delum, weź ze sobą dwa noże i zostaw miecz. - Wstał i ski­nął dło­nią. - Pro­wadź.

- Wodzu wojenny - wyszep­tał Delum. - Tę sforę z gór wygnała burza. Jesz­cze nas nie zwę­szyły, ale mają wyostrzony słuch.

- Nie sądzisz, że gdyby nas usły­szały, to już zaczę­łyby wyć? - zapy­tał Karsa.

- Delum, ten wicher wszystko zagłu­sza - żach­nął się Bairoth.

Delum jed­nak pokrę­cił głową.

- Są wyso­kie dźwięki i niskie dźwięki, Bairo­thu Gild. Każdy z tych rodza­jów wędruje innym stru­mie­niem. - Zwró­cił się w stronę Karsy. - Żeby odpo­wie­dzieć na twoje pyta­nie, wodzu wojenny: być może nie, jeśli nie mają pew­no­ści, czy jeste­śmy Ury­dami, czy Rathy­dami.

Karsa wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- To jesz­cze lepiej. Zapro­wadź mnie do nich, Delu­mie Thord. Długo zasta­na­wia­łem się nad kwe­stią sfor rathydz­kich psów. Zapro­wadź mnie do nich i bądź gotów rzu­cić nożami.

Pod­czas tej roz­mowy Havok i dwa pozo­stałe rumaki oto­czyły w ciszy wojow­ni­ków. Wszyst­kie trzy zwró­ciły się łbami w górę zbo­cza i nad­sta­wiły uszu.

Po chwili waha­nia Delum wzru­szył ramio­nami i pomknął pochy­lony w las. Karsa podą­żył za nim.

Po dwu­dzie­stu kro­kach stok stał się znacz­nie bar­dziej stromy. Nie było tu ścieżki, a pnie zwa­lo­nych drzew utrud­niały wspi­naczkę. Za to zie­mię pora­stała gruba war­stwa wil­got­nego mchu, dzięki któ­remu dwaj teblor­scy wojow­nicy poru­szali się wła­ści­wie bez­gło­śnie. Dotarli do pła­skiej półki o wymia­rach mniej wię­cej pięt­na­ście na dzie­sięć kro­ków. Na jej końcu wzno­siło się wyso­kie, poprze­ci­nane szcze­li­nami urwi­sko. O skałę opie­rało się tu kilka drzew o sza­rej bar­wie śmierci. Delum omiótł stromą pochy­łość spoj­rze­niem i ruszył ku wąskiemu, wypeł­nio­nemu zie­mią pęk­nię­ciu po jej lewej stro­nie, które słu­żyło zwie­rzy­nie jako ścieżka. Karsa wycią­gnął jed­nak rękę, powstrzy­mu­jąc go.

- Jak daleko jesz­cze? - zapy­tał, pochy­la­jąc się do jego ucha.

- Pięć­dzie­siąt ude­rzeń serca. Zdą­żymy się wspiąć...

- Nie. Zacze­kamy tutaj. Stań po pra­wej stro­nie półki i miej noże w pogo­to­wiu.

Delum wyko­nał pole­ce­nie ze zdzi­wioną miną. Półka znaj­do­wała się w poło­wie wyso­ko­ści urwi­ska. Po paru chwi­lach zajął wska­zaną pozy­cję.

Karsa ruszył w stronę pro­wa­dzą­cej na górę ścieżki. W odle­gło­ści pół kroku na lewo od niej leżała sosna, która zsu­nęła się ze stoku. Teblor dotarł do niej i trą­cił lekko pień. Drewno na­dal było mocne. Wspiął się szybko po drze­wie, opie­ra­jąc stopy na gałę­ziach, i odwró­cił się tak, by widzieć półkę. Ścieżkę miał nie­mal na wycią­gnię­cie ręki po lewej, a pień i urwi­sko za ple­cami.

Cze­kał. Żeby zoba­czyć z tego miej­sca Deluma, musiałby się pochy­lić, a wtedy drzewo mogłoby zsu­nąć się, zabie­ra­jąc go ze sobą. Naro­biłby hałasu i w dodatku mogłoby mu się coś stać. Musiał ufać, że Delum zro­zu­mie jego plan i gdy nadej­dzie czas, zrobi to co trzeba.

Kamie­nie osu­nęły się ze stu­ko­tem po ścieżce.

Psy zaczęły scho­dzić w dół.

Karsa zaczerp­nął ostroż­nie tchu i zatrzy­mał powie­trze w płu­cach.

Prze­wod­nik sfory nie będzie szedł pierw­szy. Zapewne drugi, w bez­piecz­nej odle­gło­ści ude­rze­nia serca albo dwóch za zwia­dowcą.

Pierw­szy pies prze­mknął obok wojow­nika, strą­ca­jąc kamie­nie, gałązki i zie­mię. Impet wyrzu­cił go dobre sześć kro­ków na półkę. Potem zwie­rzę zatrzy­mało się i unio­sło łeb, węsząc uważ­nie. Sierść mu się zje­żyła i ruszyło ostroż­nie ku kra­wę­dzi półki.

Ścieżką zszedł następny pies. Był więk­szy od poprzed­niego i idąc, zrzu­cał wię­cej gruzu. Gdy tylko Karsa ujrzał jego pokryty bli­znami łeb oraz kłąb, zro­zu­miał, że ma przed sobą prze­wod­nika sfory.

Zwie­rzę wyszło na półkę.

Tak samo jak zwia­dowca zaczęło krę­cić głową w obie strony.

Karsa sko­czył.

Wycią­gnął ręce, zła­pał prze­wod­nika sfory za kark i oba­lił go na grzbiet. Lewą dłoń zaci­snął na gar­dle, a prawą chwy­cił ude­rza­jące wście­kle przed­nie łapy.

Pies mio­tał się jak sza­lony, ale Karsa nie zwal­niał uści­sku.

Ścieżką zbie­gły następne zwie­rzęta, które roze­szły się po półce, zanie­po­ko­jone i zbite z tropu.

Prze­wod­nik sfory nie war­czał już, lecz skom­lał.

Jego kły szar­pały nad­gar­stek Karsy, aż wresz­cie wojow­nik zdo­łał ści­snąć gar­dło prze­ciw­nika wyżej, tuż pod szczęką. Zwie­rzę wyry­wało się roz­pacz­li­wie, lecz było już poko­nane i wie­działo o tym, tak samo jak Uryd.

A także reszta sfory.

Karsa pod­niósł wresz­cie wzrok i przyj­rzał się ota­cza­ją­cym go psom. Wszyst­kie cof­nęły się przed jego spoj­rze­niem. Wszyst­kie poza jed­nym. Młody, musku­larny samiec przy­cup­nął nisko i zaczął się czoł­gać naprzód.

Dwa noże Deluma wbiły się weń jed­no­cze­śnie - jeden w gar­dło, a drugi tuż poni­żej pra­wego barku. Pies padł na zie­mię ze zdła­wio­nym chrząk­nię­ciem i znie­ru­cho­miał. Reszta sfory odsu­nęła się jesz­cze dalej.

Przy­gnie­ciony przez Karsę prze­wod­nik uspo­koił się. Wojow­nik obna­żył zęby i opu­ścił powoli głowę, aż wresz­cie jego poli­czek dotknął szczęki zwie­rzę­cia.

- Sły­sza­łeś ten śmier­telny jęk? To był twój rywal. Powi­nie­neś się z tego cie­szyć. Teraz ty i twoja sfora nale­ży­cie do mnie.

Wypo­wia­dał te słowa cichym, uspo­ka­ja­ją­cym tonem, roz­luź­nia­jąc jed­no­cze­śnie zaci­śniętą na gar­dle psa dłoń. Po chwili odsu­nął się nieco, odwró­cił na bok, cof­nął rękę i wresz­cie puścił przed­nie łapy psa.

Zwie­rzę dźwi­gnęło się ciężko.

Karsa wstał i zbli­żył się do niego. Uśmiech­nął się, widząc, że spu­ściło ogon.

Pod­szedł do niego Delum.

- Wodzu wojenny - rzekł, wycią­ga­jąc noże z ciała mar­twego psa. - Jestem świad­kiem tego, co się wyda­rzyło.

- Delu­mie Thord, jesteś nie tylko świad­kiem, ale i uczest­ni­kiem. Widzia­łem twoje noże i wiem, że rzu­ci­łeś nimi w samą porę.

- Rywal prze­wod­nika dostrzegł swą szansę.

- A ty to zro­zu­mia­łeś.

- Mamy teraz sforę, która będzie za nas wal­czyła.

- Zaiste, Delu­mie Thord.

- Wrócę do Bairo­tha przed tobą. Trzeba będzie uspo­koić konie.

- Damy ci parę chwil.

Na brzegu półki Delum zatrzy­mał się i obej­rzał na Karsę.

- Już się nie boję Rathy­dów, Karso Orlong. Ani Suny­dów. Wie­rzę, że Uru­gal rze­czy­wi­ście towa­rzy­szy ci w tej wypra­wie.

- Dowiedz się więc jesz­cze jed­nego, Delu­mie Thord. Nie zado­wolę się pozy­cją pierw­szego wśród Ury­dów. Pew­nego dnia klękną przede mną wszy­scy Teblo­rzy. Ta nasza podróż do krain zewnętrz­nych to jedy­nie wyprawa zwia­dow­cza. Musimy poznać wroga, z któ­rym pew­nego dnia się zmie­rzymy. Nasz lud zbyt długo już spał.

- Karso Orlong, nie wąt­pię w cie­bie.

Karsa uśmiech­nął się zimno.

- A prze­cież kie­dyś wąt­pi­łeś.

Delum tylko wzru­szył ramio­nami na te słowa, po czym odwró­cił się i podą­żył w dół stoku.

Karsa przyj­rzał się swemu poką­sa­nemu nad­garst­kowi, po czym zer­k­nął na psa i wybuch­nął śmie­chem.

- Poczu­łeś smak mojej krwi, bestio. W two­ich żyłach pły­nie teraz krew Uru­gala. Połą­czyła nas więź. Będziesz od dzi­siaj cho­dził u mojego boku. Nadaję ci imię Kąsacz.

W sfo­rze było jede­na­ście doro­słych psów i trzy młode. Wszyst­kie podą­żyły za Karsą i Kąsa­czem, pozo­sta­wia­jąc zabi­temu towa­rzy­szowi nie­kwe­stio­no­waną wła­dzę nad skalną półką. Do chwili poja­wie­nia się much.

***

Około połu­dnia trzej urydzcy wojow­nicy zeszli ze swą sforą do trzech małych doli­nek, które leżały na ich tra­sie, pro­wa­dzą­cej na połu­dniowy wschód przez zie­mie Rathy­dów. Ści­gani przez nich łowcy musieli być zde­spe­ro­wani, skoro zapu­ścili się tak daleko. Łatwo też było zauwa­żyć, że uni­kają kon­taktu z oko­licz­nymi wio­skami. Ich poszu­ki­wa­nia na­dal nie przy­no­siły rezul­tatu, co stało się dla nich powo­dem do wstydu.

Karsa czuł się tym nieco roz­cza­ro­wany, pocie­szał się jed­nak myślą, że wie­ści o ich czy­nach i tak się rozejdą, a to wystar­czy, by powrotna podróż przez zie­mie Rathy­dów stała się nie­bez­piecz­niej­szym i bar­dziej inte­re­su­ją­cym zada­niem.

Według oceny Deluma Rathy­do­wie byli zale­d­wie jedną trze­cią dnia drogi przed nimi. Zwol­nili tempo, wysy­ła­jąc na boki zwia­dow­ców w poszu­ki­wa­niu tropu, który jesz­cze nie ist­niał. Karsa nie czuł jed­nak z tego powodu triumfu. Były jesz­cze dwie inne grupy łow­ców z rathydz­kiej wio­ski. Zapewne wędro­wały one na pie­chotę i posu­wały się naprzód ostroż­nie, zosta­wia­jąc nie­wiele śla­dów. W każ­dej chwili któ­raś z nich mogła wpaść na trop Ury­dów.

Sfora psów trzy­mała się bli­sko pod wiatr od nich. Zwie­rzęta bez wysiłku dotrzy­my­wały kroku kłu­su­ją­cym koniom. Bairoth tylko potrzą­snął głową, gdy Delum opo­wie­dział mu o czy­nach Karsy. Co cie­kawe, o jego ambi­cjach nie wspo­mniał ani sło­wem.

Zje­chali na dno doliny. Pełno tu było kamieni, które zsu­nęły się ze stoku i leżały pośród brzóz, czar­nych świer­ków, osik oraz olch. Przez mech i butwie­jące pniaki prze­są­czały się resztki rzeki, two­rzące czarne kałuże, któ­rych głę­bo­ko­ści nie spo­sób było okre­ślić. Wiele tych zapa­dlisk ukry­wało się mię­dzy gła­zami i zwa­lo­nymi pniami. Wojow­nicy musieli zmniej­szyć tempo, posu­wa­jąc się ostroż­nie w głąb lasu.

Po krót­kiej chwili dotarli do pierw­szego z ubło­co­nych drew­nia­nych pomo­stów, które Rathy­do­wie miesz­ka­jący w tej doli­nie zbu­do­wali przed wielu laty i wciąż kon­ser­wo­wali, choć nie­zbyt sta­ran­nie. O zanie­dba­niu kon­struk­cji świad­czyły bujne kępy trawy wyra­sta­jące mię­dzy spo­inami, ale kie­ru­nek, w któ­rym pro­wa­dziła, odpo­wia­dał urydz­kim wojow­ni­kom, zsie­dli więc z koni i wpro­wa­dzili je na górę.

Pomost chwiał się i skrzy­piał pod cię­ża­rem ruma­ków, Teblo­rów i psów.

- Lepiej trzy­majmy się z dala od sie­bie i idźmy pie­szo - ode­zwał się Bairoth.

Karsa przy­kuc­nął i przyj­rzał się grubo cio­sa­nym kło­dom.

- Drewno na­dal jest mocne - zauwa­żył.

- Ale pod­pory są osa­dzone w bło­cie, wodzu wojenny.

- Nie w bło­cie, Bairo­thu Gild. W tor­fie.

- Karsa Orlong ma rację - zgo­dził się Delum, wska­ku­jąc na rumaka. - Pomost może się chwiać, ale roz­pórki na dole nie pozwolą mu się prze­chy­lić. Poje­dziemy środ­kiem, gęsiego.

- Nie ma sensu wybie­rać tej drogi, jeżeli mamy nią peł­znąć jak śli­maki - wyja­śnił Bairo­thowi Karsa.

- Ryzyko polega na tym, że znacz­nie łatwiej będzie nas dostrzec, wodzu wojenny.

- W takim razie lepiej się pośpieszmy.

Bairoth skrzy­wił się.

- Skoro tak mówisz, Karso Orlong.

Ruszyli powol­nym galo­pem przez śro­dek kon­struk­cji. Grupę pro­wa­dził Delum. Psy podą­żały za nimi. Jedy­nymi drze­wami, które się­gały do wyso­ko­ści oczu kon­nych wojow­ni­ków, były tu uschnięte brzozy. Ich czarne, bez­listne gałę­zie spo­wi­jała paję­czyna gniazd gąsie­nic. Korony żywych drzew - osik, olch i wią­zów - o liściach mato­wo­zie­lo­nej barwy, poru­sza­ją­cych się leni­wie na wie­trze, koń­czyły się na wyso­ko­ści ich piersi. W oddali widać było wyż­sze czarne świerki. Więk­szość z nich wyglą­dała na uschnięte bądź usy­cha­jące.

- Stara rzeka wraca - zauwa­żył Delum. - Ten las powoli tonie.

Karsa chrząk­nął.

- Ta dolina łączy się z innymi, które bie­gną na pół­noc, aż do Szcze­liny Burydz­kiej. Pahlk był jed­nym z teblor­skich star­szych, któ­rzy spo­tkali się tam przed sześć­dzie­się­ciu laty. Wypeł­nia­jąca szcze­linę rzeka lodu umarła nagle i zaczęła się topić.

- Ni­gdy się nie dowie­dzie­li­śmy, co odkryli tam starsi wszyst­kich ple­mion ani czy zna­leźli to, czego szu­kali - ode­zwał się jadący za ple­cami Karsy Bairoth.

- Nie wie­dzia­łem, że cze­goś tam szu­kali - mruk­nął Delum. - O śmierci rzeki lodu sły­szano w stu doli­nach, w tym rów­nież w naszej. Czy nie wyru­szyli do szcze­liny po pro­stu po to, by się dowie­dzieć, co się stało?

Karsa wzru­szył ramio­nami.

- Pahlk opo­wia­dał mi o nie­zli­czo­nych zwie­rzę­tach uwię­zio­nych w lodzie od nie­prze­li­czo­nych stu­leci. Można je było zoba­czyć pośród strza­ska­nych blo­ków. Gdy futro i mięso tajały, w powie­trzu zaro­iło się od wron i gór­skich sępów. Była tam kość sło­niowa, lecz na ogół zbyt pokru­szona, by mogła mieć jaką­kol­wiek war­tość. Śmierć rzeki ujaw­niła, że skry­wało się w niej czarne serce, ale to, co leżało w tym sercu, znik­nęło lub ule­gło znisz­cze­niu. Mimo to widzieli tam ślady sta­ro­żyt­nej bitwy. Kości dzieci. Poła­maną kamienną broń.

- To wię­cej niż kie­dy­kol­wiek... - zaczął Bairoth, lecz prze­rwał nagle.

Pomost, który drżał pod ich kro­kami, zadud­nił nagle głęb­szym, syn­ko­po­wa­nym ryt­mem. Czter­dzie­ści kro­ków przed nimi droga skrę­cała, nik­nąc za drze­wami.

Psy zaczęły kąsać powie­trze w bez­gło­śnym ostrze­że­niu. Karsa obej­rzał się i zoba­czył dwie­ście kro­ków za nimi dwu­na­stu rathydz­kich wojow­ni­ków, któ­rzy szli pie­szo pomo­stem, uno­sząc broń w nie­mej zapo­wie­dzi ataku.

Ale tętent kopyt... Karsa ponow­nie się odwró­cił i ujrzał sze­ściu jeźdź­ców wynu­rza­ją­cych się zza zakrętu. Zabrzmiały okrzyki bojowe.

- Zrób­cie mi miej­sce! - ryk­nął Bairoth, mija­jąc Karsę, a potem Deluma.

Uniósł nad głowę niedź­wie­dzią czaszkę i zakrę­cił nią z trza­skiem rze­mieni. Trzy­mał ją w obu rękach, zaci­ska­jąc kolana wysoko na koń­skim kłę­bie. Wiro­wa­niu czaszki towa­rzy­szyło niskie bucze­nie. Rumak Bairo­tha runął naprzód.

Rathydzcy jeźdźcy roz­po­częli już szarżę. Jechali po dwóch obok sie­bie, a od kra­wę­dzi pomo­stu dzie­liła ich z obu stron odle­głość nie­spełna połowy dłu­go­ści ramie­nia.

Kiedy zna­leźli się już tylko dwa­dzie­ścia kro­ków od Ury­dów, Bairoth rzu­cił czaszką.

Gdy uży­wano w ten spo­sób dwóch albo trzech wil­czych cza­szek, celem było skrę­po­wa­nie lub poła­ma­nie nóg. Bairoth jed­nak mie­rzył wyżej. Pocisk tra­fił mkną­cego po lewej stro­nie rumaka z impe­tem, który zdru­zgo­tał mu pierś. Z nosa i pyska zwie­rzę­cia try­snęła krew. Pada­jąc na pomost, koń ude­rzył bie­gną­cego obok sąsiada - zale­d­wie trą­cił go kopy­tem w kłąb, ale to wystar­czyło, by zwie­rzę skrę­ciło gwał­tow­nie i runęło z pomo­stu, łamiąc nogi. Rathydzki wojow­nik prze­le­ciał nad głową wierz­chowca.

Jeź­dziec pierw­szego rumaka spadł na pomost, łamiąc sobie kości, i wylą­do­wał tuż pod kopy­tami konia Bairo­tha. Owe kopyta ude­rzyły go kolejno w głowę, robiąc z niej krwawą masę.

Szarża się zała­mała. Następny koń runął na pomost, poty­ka­jąc się z gło­śnym kwi­kiem o wierz­ga­ją­cego sza­leń­czo, blo­ku­ją­cego drogę towa­rzy­sza.

Bairoth popę­dził wierz­chowca naprzód z urydz­kim okrzy­kiem wojen­nym na ustach, prze­ska­ku­jąc nad pierw­szym powa­lo­nym ruma­kiem. Jeź­dziec dru­giego wła­śnie się pod­no­sił. Zdą­żył zoba­czyć, jak ciężki miecz Uryda tra­fia w grzbiet jego nosa.

Delum nagle zna­lazł się za ple­cami towa­rzy­sza. Dwa noże prze­szyły powie­trze, mija­jąc Bairo­tha z pra­wej. Roz­legł się ostry trzask, gdy ciężki miecz Rathyda odbił jeden z noży, a potem char­kot, kiedy drugi wbił się w jego gar­dło.

Zostało jesz­cze dwóch wro­gów, po jed­nym dla Deluma i Bairo­tha. Można było roz­po­cząć poje­dynki.

Ujrzaw­szy skutki ataku Bairo­tha, Karsa zawró­cił wierz­chowca. Uniósł miecz, tak by Havok go zoba­czył, i pomknęli pomo­stem w stronę ści­ga­ją­cych.

Psy roz­stą­piły się przed ruma­kiem, by unik­nąć jego kopyt, po czym pobie­gły za koniem i jeźdź­cem.

Przed nimi było ośmiu doro­słych i czte­rech mło­dzień­ców.

Wydano roz­kaz i mło­dzieńcy odsu­nęli się na boki, a potem zeszli z pomo­stu. Doro­śli chcieli mieć wystar­cza­jąco wiele miej­sca. Widząc, z jaką pew­no­ścią sie­bie wycią­gnęli broń i usta­wili się na pomo­ście w for­ma­cji o kształ­cie odwró­co­nej litery V, Karsa roze­śmiał się gło­śno.

Chcieli, żeby ude­rzył w sam śro­dek ich szyku. Ta tak­tyka - choć pozwo­li­łaby zacho­wać strasz­liwą szyb­kość Havoka - nara­zi­łaby konia i jeźdźca na ataki z obu flank. Szyb­kość miała jed­nak w podob­nym star­ciu klu­czowe zna­cze­nie i ata­ku­jący z pew­no­ścią speł­niłby ocze­ki­wa­nia Rathy­dów - gdyby był nim ktoś inny niż Karsa Orlong.

- Uru­galu! - ryk­nął, uno­sząc się wysoko na kłę­bie Havoka. - Bądź świad­kiem!

Uniósł miecz nad głową rumaka, szty­chem do przodu, i sku­pił wzrok na rathydz­kim wojow­niku sto­ją­cym na lewym końcu litery V.

Havok wyczuł jego zamiary i chwilę przed koń­cem szarży zmie­nił nagle kie­ru­nek, ude­rza­jąc kopy­tami w sam skraj pomo­stu.

Rathyd przed nimi zdą­żył cof­nąć się o krok i zamach­nąć dwu­ręcz­nym mie­czem, celu­jąc w pysk Havoka.

Karsa spa­ro­wał ten cios wła­snym orę­żem. W tej samej chwili wykrę­cił ciało, prze­su­wa­jąc prawą nogę do przodu, a lewą do tyłu. Havok obró­cił się pod nim, zmie­rza­jąc ku środ­kowi drogi.

For­ma­cja w kształ­cie litery V poszła w roz­sypkę i Karsa miał wszyst­kich Rathy­dów po swej lewej stro­nie.

Havok poniósł go na ukos wzdłuż pomo­stu. Karsa wrzesz­czał prze­ni­kli­wie z zachwytu, tnąc i rąbiąc mie­czem. Jego klinga tra­fiała rów­nie czę­sto w ciało i kość, jak i w oręż wroga. Havok zatrzy­mał się przed dru­gim brze­giem kon­struk­cji i ude­rzył tyl­nymi kopy­tami. Przy­naj­mniej jedno z nich tra­fiło w cel i Rathyd zle­ciał na zie­mię z poła­ma­nymi kośćmi.

W tej samej chwili nad­bie­gła sfora. Psy rzu­ciły się, war­cząc, na rathydz­kich wojow­ni­ków. Więk­szość z nich odwró­ciła się, sku­pia­jąc uwagę na Kar­sie, i wysta­wiła plecy na atak roz­wście­czo­nych zwie­rząt. Roz­le­gły się krzyki bólu.

Karsa zawró­cił Havoka i runął w kotło­wa­ninę. Dwóch Rathy­dów zdo­łało ode­przeć atak psów. Cofali się pomo­stem, a z ich mie­czy spły­wała krew.

Karsa runął na nich z gło­śnym krzy­kiem wyzwa­nia.

I zdu­miał się, gdy obaj zesko­czyli na zie­mię.

- Bez­kr­wi­ści tchó­rze! Jestem świad­kiem! Wasi mło­dzieńcy są świad­kami! Te cho­lerne psy są świad­kami!

Ucie­ki­nie­rzy brnęli przez mokra­dło, porzu­ciw­szy broń.

Wró­cili Delum i Bairoth, któ­rzy zsie­dli z koni, by wspo­móc swymi mie­czami oca­lałe psy, na­dal jesz­cze szar­piące powa­lo­nych Rathy­dów.

Karsa zje­chał na bok, obser­wu­jąc umy­ka­ją­cych wojow­ni­ków, do któ­rych dołą­czyli teraz czte­rej mło­dzieńcy.

- Jestem świad­kiem! Uru­gal jest świad­kiem!

Zzia­jany Kąsacz zatrzy­mał się obok Havoka. Pod pla­mami krwi pra­wie nie widziało się czarno-sza­rej sier­ści, mię­śnie mu drżały, ale nie odniósł żad­nych ran. Karsa rozej­rzał się i zauwa­żył, że oca­lały jesz­cze cztery psy, nato­miast piąty stra­cił przed­nią łapę i kuś­ty­kał w kółko, kre­śląc na pomo­ście czer­wony krąg.

- Delum, zawiąż nogę tej suce. Potem przy­pa­limy jej ranę.

- Po co ci trój­nogi pies myśliw­ski, wodzu wojenny? - zapy­tał Bairoth, dysząc ciężko.

- Nawet trój­nogi pies ma uszy i nos, Bairo­thu Gild. Pew­nego dnia ta suka będzie leżała u mojego pale­ni­ska, tłu­sta i posi­wiała. Przy­się­gam, że tak będzie. Czy któ­ryś z was został ranny?

- To tylko dra­śnię­cia.

Bairoth wzru­szył ramio­nami i odwró­cił się.

- Ja stra­ci­łem palec - wyznał Delum, zbli­ża­jąc się z rze­mie­niem do ran­nego psa. - Ale mało ważny.

Karsa ponow­nie zer­k­nął na ucie­ka­ją­cych Rathy­dów, któ­rzy dotarli już nie­mal do gaju czar­nych świer­ków. Wódz wojenny uśmiech­nął się jesz­cze do nich szy­der­czo, po czym wsparł dłoń na czole swego rumaka.

- Mój ojciec rzekł prawdę, Havok. Ni­gdy jesz­cze nie jeź­dzi­łem na takim koniu.

Rumak posta­wił uszy na te słowa. Karsa pochy­lił się i przy­ci­snął usta do jego czoła.

- My dwaj sta­niemy się legendą - wyszep­tał. - Legendą, Havok. - Wypro­sto­wał się, spo­glą­da­jąc z uśmie­chem na leżące na pomo­ście trupy. - Czas zebrać tro­fea, bra­cia. Bairoth, czy ta twoja niedź­wie­dzia czaszka oca­lała?

- Chyba tak, wodzu wojenny.

- Twój czyn dał nam zwy­cię­stwo, Bairo­thu Gild.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna odwró­cił się i spoj­rzał na Karsę, mru­żąc oczy.

- Nie prze­sta­jesz mnie zaska­ki­wać, Karso Orlong.

- Tak jak twoja siła zaska­kuje mnie, Bairo­thu Gild.

Wojow­nik zawa­hał się, po czym ski­nął głową.

- Z satys­fak­cją słu­cham two­ich roz­ka­zów, wodzu wojenny.

Zawsze tak było, Bairo­thu Gild. Na tym polega róż­nica mię­dzy nami.

Roz­dział drugi

Jeśli uważ­nie przyj­rzeć się ziemi, można zna­leźć w niej wska­zówki świad­czące, że sta­ro­żytna jaghucka wojna, która dla T'lan Imas­sów Krona była sie­dem­na­stą albo osiem­na­stą, nie zakoń­czyła się zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami. Adept towa­rzy­szący naszej eks­pe­dy­cji nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że w lodowcu Laede­ron po dziś dzień prze­trwał żywy Jaghut, który odniósł strasz­liwe rany, lecz mimo to na­dal włada potęż­nymi cza­rami. Daleko poza zasię­giem rzeki lodu (który zmniej­szał się z cza­sem) leżą też szczątki T'lan Imas­sów. Ich kości są dziw­nie znie­kształ­cone i po dziś dzień utrzy­muje się na nich posmak strasz­liwej, śmier­cio­no­śnej Omtose Phel­lack. Prze­trwała jedy­nie ta spo­śród zacza­ro­wa­nej kamien­nej broni Krona, która została uszko­dzona pod­czas kon­fliktu, co pro­wa­dzi do przy­pusz­cze­nia, że albo tę oko­licę odwie­dzili rabu­sie, albo nada­jący się jesz­cze do użytku oręż zabrali oca­leni T'lan Imas­so­wie (o ile jacyś rze­czy­wi­ście oca­leli)...

Nathij­ska eks­pe­dy­cja z roku 1012 Kene­mass Try­ba­nos, kro­ni­karz

- Jestem prze­ko­nany, że ostat­nia grupa łow­ców zawró­ciła - stwier­dził Delum, gdy spro­wa­dzali konie z pomo­stu.

- Plaga tchó­rzo­stwa wciąż się sze­rzy - wark­nął Karsa.

- Od samego początku zało­żyli, że tylko prze­cho­dzimy przez ich zie­mie - mruk­nął basem Bairoth. - Że nasz pierw­szy atak nie był zwy­kłym wypa­dem. Dla­tego zacze­kają na nasz powrót i zapewne zwo­łają też wojow­ni­ków z innych wio­sek.

- To mnie nie obcho­dzi, Bairo­thu Gild.

- Wiem o tym, Karso Orlong. Czy jest jakiś ele­ment naszej wyprawy, któ­rego nie udało ci się dotąd prze­wi­dzieć? Nie­mniej jed­nak mamy przed sobą jesz­cze dwie rathydz­kie doliny. Z pew­no­ścią leżą w nich wio­ski. Czy mamy je omi­nąć, czy też zbie­rzemy kolejne tro­fea?

- Gdy już dotrzemy na zie­mie miesz­kań­ców nizin wokół Srebr­nego Jeziora, nad­miar tro­feów będzie dla nas obcią­że­niem - wska­zał Delum.

Karsa wybuch­nął śmie­chem, potem jed­nak roz­wa­żył jego słowa.

- Bairo­thu Gild, prze­mkniemy przez te doliny jak węże nocą, dopóki nie dotrzemy do ostat­niej wio­ski. Na­dal pra­gnę pocią­gnąć za nami łow­ców na zie­mie Suny­dów.

Delum zna­lazł ścieżkę, która wcho­dziła na stok doliny.

Karsa obej­rzał się na kuś­ty­ka­jącą za nimi sukę. Kąsacz szedł obok niej i Ury­dowi przy­szło do głowy, że trój­no­gie zwie­rzę jest towa­rzyszką prze­wod­nika sfory. Ucie­szył się, że zde­cy­do­wał nie zabi­jać ran­nego stwo­rze­nia.

Było chłodno, co świad­czyło, że wspi­nają się coraz wyżej. Tereny Suny­dów leżały na jesz­cze więk­szej wyso­ko­ści, przed wschod­nią gra­nicą gór. Pahlk mówił Kar­sie, że w dół pro­wa­dzi tylko jedna trasa i można ją poznać po potęż­nym wodo­spa­dzie, który zasila w wodę Srebrne Jezioro. Zej­ście było zdra­dziec­kie. Pahlk nazwał ten szlak Prze­smy­kiem Kości.

Ścieżka wiła się pośród spę­ka­nych od mrozu gła­zów oraz zwa­lo­nych drzew. Widzieli już szczyt, sześć­set kro­ków po stro­mej ścieżce przed nimi.

Wojow­nicy zsie­dli z koni. Karsa cof­nął się i pod­niósł trój­nogą sukę. Posa­dził ją na sze­ro­kim grzbie­cie Havoka i przy­wią­zał mocno. Zwie­rzę nie pro­te­sto­wało. Kąsacz zajął pozy­cję u boku rumaka.

Ponow­nie ruszyli w drogę.

Gdy wspięli się po ską­pa­nym w jaskra­wym, zło­ci­stym bla­sku słońca stoku na odle­głość stu kro­ków od szczytu, dotarli do sze­ro­kiej półki, która zda­wała się - prze­sło­nięta przez rzadki lasek kar­ło­wa­tych, powy­krę­ca­nych na wie­trze dębów - biec przez całą dłu­gość doliny. Delum omiótł wzro­kiem odci­nek tarasu poło­żony na prawo od nich, chrząk­nął i oznaj­mił:

- Widzę jaski­nię. - Wycią­gnął rękę. - Tam, za tymi zwa­lo­nymi drze­wami, gdzie półka się wybrzu­sza.

Bairoth ski­nął głową.

- Wygląda na wystar­cza­jąco sze­roką, żeby konie mogły nią przejść - stwier­dził. - Karso Orlong, jeśli mamy teraz jechać nocą...

- Zgoda - rzu­cił Karsa.

Pierw­szy na taras wje­chał Delum. Kąsacz podą­żył za nim, lecz nie­opo­dal wylotu jaskini zwol­nił, a potem przy­cup­nął i zaczął się czoł­gać naprzód.

Urydzcy wojow­nicy zatrzy­mali się, żeby spraw­dzić, czy pies zje­żył sierść, co świad­czy­łoby, że w jaskini mieszka szary niedź­wiedź albo jakieś inne stwo­rze­nie. Kąsacz na długą chwilę przy­warł nie­ru­chomo do ziemi przed wylo­tem, po czym pod­niósł się, obej­rzał na wojow­ni­ków i wbiegł do środka.

Zwa­lone drzewa two­rzyły tu natu­ralną barierę, osła­nia­jącą jaski­nię przed patrzą­cymi z doliny. Był tu kie­dyś skalny nawis, ale już się zawa­lił, być może pod cię­ża­rem drzew, two­rząc stos gruzu czę­ściowo blo­ku­jący wej­ście.

Bairoth zaczął toro­wać drogę dla koni, a Delum i Karsa podą­żyli za Kąsa­czem do jaskini.

Za stertą gła­zów i pia­sku natra­fili na gład­kie pod­łoże pokryte suchymi liśćmi. Świa­tło zacho­dzą­cego słońca ukła­dało się na tyl­nej ścia­nie jaskini w plamy żół­tego bla­sku, w któ­rych można było dostrzec, że całą jej powierzch­nię pokry­wają rzeź­bione znaki. Komora miała kopu­la­ste skle­pie­nie, a na jej środku wid­niał nie­wielki kop­czyk kamieni.

Kąsacz gdzieś znik­nął, lecz jego ślady pro­wa­dziły w mrok pod tylną ścianą.

Delum pod­szedł bli­żej, wpa­tru­jąc się w prze­sad­nie wielki sym­bol widoczny nad wej­ściem.

- Ten krwawy znak nie jest rathydzki ani sunydzki - zauwa­żył.

- Ale słowa poni­żej są napi­sane po teblor­sku - stwier­dził Karsa.

- Styl tego pisma jest bar­dzo... - Delum zmarsz­czył brwi. - Ozdobny.

Karsa zaczął czy­tać na głos.

- Popro­wa­dzi­łem oca­lałe rodziny. Z wyżyn, przez pęk­nięte żyły, które krwa­wiły w pro­mie­niach słońca... Pęk­nięte żyły?

- Lód - wyja­śnił Delum.

- Krwa­wiły w pro­mie­niach słońca, masz rację. Zostało nas tak nie­wielu. Nasza krew stała się mętna i miała być jesz­cze męt­niej­sza. Dostrze­głem potrzebę roz­trza­ska­nia tego, co prze­trwało, albo­wiem T'lan Imas­so­wie wciąż byli bli­sko i w swym pod­nie­ce­niu wyda­wali się skłonni kon­ty­nu­ować pro­wa­dzoną na oślep rzeź. - Karsa skrzy­wił się. - T'lan Imas­so­wie? Nie znam tych dwóch słów.

- Ja też nie - przy­znał Delum. - Może to było wro­gie ple­mię. Czy­taj dalej, Karso Orlong. Masz szyb­sze oczy ode mnie.

- Dla­tego oddzie­li­łem mężów od żon. Dzieci od rodzi­ców. Braci od sióstr. Stwo­rzy­łem nowe rodziny, które następ­nie roze­sła­łem w różne miej­sca. Wpro­wa­dzi­łem Prawa Izo­la­cji, dane nam przez Ica­riuma, któ­remu ongiś udzie­li­li­śmy schro­nie­nia i któ­rego serce wypeł­niła bez­gra­niczna żałoba na widok tego, co się z nami stało. Prawa Izo­la­cji staną się naszym zba­wie­niem. Oczysz­czą krew i dadzą siłę dzie­ciom. Dla tych, któ­rzy nadejdą potem i będą czy­tali me słowa, oto jest moje uspra­wie­dli­wie­nie...

- Nie­po­koją mnie te słowa, Karso Orlong.

Karsa obej­rzał się na Deluma.

- A dla­czego? One nic dla nas nie zna­czą. To tylko bre­dze­nie starca. Zbyt wiele słów. Żeby wyrzeź­bić tak wiele liter, potrzeba by lat. Tylko sza­le­niec mógłby zro­bić coś takiego. Sza­le­niec, który ukry­wał się tu, sam, wygnany przez swoje ple­mię...

W oczach Deluma poja­wił się nagle błysk.

- Wygnany? Tak, sądzę, że masz rację, wodzu wojenny. Czy­taj dalej. Poznajmy jego uspra­wie­dli­wie­nie i osądźmy sami.

Karsa wzru­szył ramio­nami i ponow­nie spoj­rzał na ścianę.

- Żeby prze­trwać, musimy zapo­mnieć. Tak nam rzekł Ica­rium. O wszyst­kim, co zdo­by­li­śmy, co uczy­niło nas sła­bymi. Musimy porzu­cić to wszystko. Musimy zbu­rzyć nasze... nie znam tego słowa... i poroz­bi­jać wszyst­kie kamie­nie, by nie pozo­stał żaden dowód na to, kim ongiś byli­śmy. Musimy spa­lić nasze... Znowu słowo, któ­rego nie znam. Nie zosta­wia­jąc nic oprócz popiołu. Musimy zapo­mnieć o naszej histo­rii i zacho­wać jedy­nie naj­daw­niej­sze legendy. Legendy mówiące o cza­sach, gdy wie­dli­śmy pro­ste życie pośród lasów. Polo­wa­li­śmy, łowi­li­śmy ryby w rze­kach, hodo­wa­li­śmy konie. Gdy nasze prawa były pra­wami rabu­siów, zabój­ców i o wszyst­kim decy­do­wał cios mie­cza. Legendy mówiące o wen­de­tach, mor­der­stwach i gwał­tach. Musimy wró­cić do tych strasz­li­wych cza­sów. Izo­lo­wać stru­mie­nie naszej krwi, utkać nowe, mniej­sze sieci pokre­wień­stwa. Nowe nici muszą się rodzić z gwałtu, gdyż tylko jeśli ich źró­dłem będzie prze­moc, pozo­staną rzad­kie i przy­pad­kowe. By oczy­ścić swą krew, musimy zapo­mnieć, kim byli­śmy, a zara­zem odna­leźć to, kim byli­śmy daw­niej...

- Na dole - powie­dział Delum, kuca­jąc. - Niżej. Poznaję słowa. Czy­taj dalej, Karso Orlong.

- Robi się już ciemno, Delu­mie Thord, ale spró­buję. Ach, tak. To są... nazwy. Nada­łem tym nowym ple­mio­nom nazwy pocho­dzące od imion, które mój ojciec dał swym synom. Teraz jest lista. Bary­do­wie, Sany­do­wie, Pha­ly­do­wie, Ura­do­wie, Gela­do­wie, Many­do­wie, Rathy­do­wie i Lany­do­wie. Tak będą się zwały nowe ple­miona... Jest już za ciemno, żeby czy­tać dalej, Delu­mie Thord. Zresztą nie chcę tego robić - dodał, tłu­miąc nagły dreszcz. - To myśli uką­szo­nego przez pająka. Wypa­czone gorączką kłam­stwa.

- Pha­ly­do­wie i Lany­do­wie to...

Karsa wypro­sto­wał się.

- Dość tego, Delu­mie Thord.

- Imię Ica­riuma prze­trwało w naszych...

- Dość! - wark­nął Karsa. - Te słowa nie mają żad­nego zna­cze­nia!

- Skoro tak mówisz, Karso Orlong.

Kąsacz wychy­nął z mroku. Teblor­scy wojow­nicy zoba­czyli teraz widoczną tam ciem­niej­szą szcze­linę.

Delum wska­zał głową w jej stronę.

- Tam leży ciało tego, kto wyrzeź­bił te słowa.

- Z pew­no­ścią poczoł­gał się tam, by umrzeć - zadrwił Karsa. - Wra­cajmy do Bairo­tha. Konie znajdą tu schro­nie­nie. My będziemy spać na zewnątrz.

Obaj wojow­nicy odwró­cili się i ruszyli ku wyj­ściu z jaskini. Kąsacz stał jesz­cze przez chwilę obok kop­czyka. Słońce opa­dło za hory­zont i komorę wypeł­niły cie­nie. Oczy psa zalśniły w ciem­no­ści.

***

Po dwóch nocach spoj­rzeli z koń­skich grzbie­tów na dolinę Suny­dów. Plan skło­nie­nia Rathy­dów do pościgu spa­lił na panewce, gdyż dwie ostat­nie wio­ski, na które się natknęli, były od dawna opu­sto­szałe. Ścieżki wokół nich zaro­sły trawą, a desz­cze wypłu­kały węgiel drzewny z dołów na ogień, zasta­wia­jąc tylko czarne plamy o czer­wo­nych obwód­kach.

A w całej doli­nie Suny­dów nie pło­nął ani jeden ogień.

- Ucie­kli - mruk­nął Bairoth.

- Ale nie przed nami - dodał Delum. - Nie, jeśli wio­ski Suny­dów wyglą­dają tak samo jak rathydz­kie. Ta ucieczka nastą­piła już dawno.

Bairoth chrząk­nął.

- Dokąd więc ode­szli?

- Na pół­noc od tej są jesz­cze inne sunydz­kie doliny - stwier­dził Karsa, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Co naj­mniej tuzin. Jest też kilka na połu­dniu. Być może doszło do roz­łamu. To nie ma dla nas zna­cze­nia. Naj­wy­żej nie zdo­bę­dziemy nowych tro­feów po dro­dze nad Srebrne Jezioro.

Bairoth roz­pro­sto­wał ramiona.

- Wodzu wojenny, gdy już dotrzemy do Srebr­nego Jeziora, to czy zaata­ku­jemy pod krę­giem słońca? Dolina przed nami jest pusta i mogli­by­śmy zatrzy­mać się w niej na noc. Nie znamy tutej­szych ście­żek i po ciemku musie­li­by­śmy posu­wać się naprzód powoli.

- Masz słusz­ność, Bairo­thu Gild. Zaata­ku­jemy w świe­tle dnia. Zejdźmy na dno doliny i znajdźmy tam miej­sce na obóz.

Gdy urydzcy wojow­nicy zna­leźli odpo­wied­nie miej­sce na postój, krąg gwiazd wyko­nał już jedną czwartą swego obrotu. Po dro­dze na dół Delum zabił dzięki pomocy psów sześć skal­nych zajęcy, które obdarł ze skóry i nadział na rożen, pod­czas gdy Bairoth roz­pa­lił małe ogni­sko.

Karsa opo­rzą­dził konie, po czym dołą­czył do towa­rzy­szy przy ogni­sku. Sie­dzieli w mil­cze­niu, cze­ka­jąc, aż mięso się upie­cze. Słodki zapach i skwier­cze­nie wyda­wały się im dziw­nie nie­zna­jome po tak wielu spo­ży­tych na surowo posił­kach. Karsa czuł, że ogar­nia go sen­ność. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bar­dzo jest zmę­czony.

Zające wresz­cie się upie­kły i trzej wojow­nicy zje­dli je bez słowa.

- Delum mówił mi o napi­sa­nych w jaskini sło­wach - ode­zwał się Bairoth.

Karsa prze­szył wino­wajcę zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Delum Thord mówił o spra­wach, o któ­rych nie powi­nien był wspo­mi­nać. Te słowa w jaskini to tylko bre­dze­nie sza­leńca, nic wię­cej.

- Roz­wa­ży­łem je sta­ran­nie i jestem prze­ko­nany, że w tym bre­dze­niu kryje się prawda, Karso Orlong - nie ustę­po­wał Bairoth.

- To prze­ko­na­nie niczemu nie służy, Bairo­thu Gild.

- Jestem innego zda­nia, wodzu wojenny. Nazwy ple­mion. Bo zga­dzam się z Delu­mem, który twier­dził, że były tam wypi­sane nazwy naszych ple­mion. "Ura­do­wie" brzmi zbyt podob­nie do "Ury­do­wie", zwłasz­cza jeśli trzy inne nazwy są nie­zmie­nione. Co prawda, jedno z tych ple­mion znik­nęło, ale nawet nasze wła­sne legendy szep­czą o cza­sach, gdy było wię­cej ple­mion niż obec­nie. A te dwa słowa, któ­rych nie zna­łeś, Karso Orlong. "Wiel­kie wio­ski" i "żółta kora"...

- One nie tak brzmiały!

- To prawda, ale to naj­lep­sze przy­bli­że­nie, na jakie mógł się zdo­być Delum. Karso Orlong, ten, kto napi­sał te słowa, żył w wyra­fi­no­wa­nej epoce, gdy teblor­ski język był bar­dziej skom­pli­ko­wany niż dzi­siaj.

Karsa splu­nął w ogień.

- Bairo­thu Gild, jeśli fak­tycz­nie są to prawdy, tak jak twier­dzi­cie ty i Delum, to muszę was zapy­tać: jaką war­tość mają one dla nas? Jeste­śmy upa­dłym ludem? To żadna nowina. Wszyst­kie nasze legendy mówią o dawno minio­nym wieku chwały, gdy wśród Teblo­rów żyły setki boha­te­rów, wobec któ­rych nawet mój dzia­dek Pahlk byłby jak dziecko pośród męż­czyzn...

Na widocz­nej w bla­sku ogni­ska twa­rzy Deluma poja­wił się głę­boki mars.

- To wła­śnie mnie nie­po­koi, Karso Orlong. Te opie­wa­jące chwałę legendy mówią o cza­sach nie­róż­nią­cych się zbyt­nio od naszych. Było wtedy wię­cej boha­te­rów i doko­ny­wano wspa­nial­szych czy­nów, ale życie wyglą­dało zasad­ni­czo tak samo jak dzi­siaj. Zaiste, wydaje się, że te opo­wie­ści udzie­lają nam wska­zó­wek, sta­no­wią kodeks zacho­wa­nia, uczą nas, jak być Teblo­rami.

Bairoth ski­nął głową.

- A te słowa wyryte na ścia­nie jaskini dają nam wyja­śnie­nie.

- Opi­sują, jacy mogli­by­śmy być - dodał Delum. - Nie, jacy jeste­śmy.

- Nic z tego nie ma zna­cze­nia - wark­nął Karsa.

- Jeste­śmy poko­na­nym ludem - cią­gnął Delum, jakby go nie sły­szał. - Została z nas garstka roz­bit­ków. - Uniósł wzrok i spoj­rzał Kar­sie w oczy ponad ogni­skiem. - Jak wielu spo­śród naszych braci i sióstr, któ­rych odda­li­śmy Twa­rzom w Skale, uro­dziło się z jakąś skazą? Zbyt wiele pal­ców u rąk i nóg, usta bez pod­nie­bie­nia, twa­rze bez oczu. To samo obser­wu­jemy wśród naszych psów i koni, wodzu wojenny. To skutki wsob­nego roz­mna­ża­nia. Taka jest prawda. Sta­rzec z jaskini wie­dział, co grozi naszemu ludowi, i dla­tego wymy­ślił spo­sób, by go podzie­lić na grupy i powoli oczy­ścić zmą­coną krew. Dla­tego Teblo­rzy wygnali go jako zdrajcę. Byli­śmy w tej jaskini świad­kami sta­ro­żyt­nej zbrodni...

- Jeste­śmy upa­dłym ludem - stwier­dził Bairoth i wybuch­nął śmie­chem.

Delum spoj­rzał na niego.

- Co w tym widzisz zabaw­nego, Bairo­thu Gild?

- Jeśli muszę ci to wyja­śniać, Delu­mie Thord, to zna­czy, że i tak tego nie zro­zu­miesz.

Śmiech Bairo­tha prze­szył Karsę dresz­czem.

- Obaj nie rozu­mie­cie praw­dzi­wego zna­cze­nia tego wszyst­kiego...

Bairoth chrząk­nął.

- Tego zna­cze­nia, które według cie­bie nie ist­nieje, Karso Orlong?

- Przed tymi, któ­rzy upa­dli, stoi tylko jedno wyzwa­nie - pod­jął Karsa. - Pod­nieść się znowu. Teblo­rzy byli kie­dyś nie­liczni, byli poko­nani. Niech i tak będzie. Nie jeste­śmy już nie­liczni. Nie zazna­li­śmy też od owego czasu porażki. Kto z miesz­kań­ców nizin waży się zapusz­czać na nasze zie­mie? Powia­dam wam, że nad­szedł czas, byśmy sta­wili czoło temu wyzwa­niu. Teblo­rzy muszą się pod­nieść.

Bairoth uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Cie­kawe, kto nas popro­wa­dzi? Kto zjed­no­czy ple­miona?

- Spo­kój - mruk­nął Delum z bły­skiem w oczach. - Bairo­thu Gild, sły­szę w twych sło­wach nie­godną zawiść. Powiedz mi, czy po tym, czego we trójkę doko­na­li­śmy, po tym, co osią­gnął już nasz wódz wojenny, cie­nie sta­ro­żyt­nych boha­te­rów na­dal poże­rają nas w cało­ści? Ja twier­dzę, że tak nie jest. Karsa Orlong dorów­nał owym boha­te­rom, a my jeste­śmy jego towa­rzy­szami.

Bairoth odchy­lił się powoli, roz­pro­sto­wu­jąc nogi obok ogni­ska.

- Skoro tak mówisz, Delu­mie Thord. - W migo­tli­wym bla­sku ognia widać było, że wojow­nik uśmie­cha się sze­roko. Wyda­wało się jed­nak, że adre­sa­tem tego uśmie­chu są pło­mie­nie. - "Kto z miesz­kań­ców nizin waży się zapusz­czać na nasze zie­mie?". Karso Orlong, wędru­jemy przez pustą dolinę. Nie ma tu naszych pobra­tym­ców, ale co ich stąd prze­gnało? Nie­wy­klu­czone, że nie­ustra­szeni Teblo­rzy znowu poznali smak klę­ski.

Nastała długa chwila, pod­czas któ­rej żaden z nich się nie odzy­wał. Wresz­cie Delum dorzu­cił do ognia kolejną gałąź.

- Nie­wy­klu­czone, że wśród Suny­dów nie ma boha­te­rów - skon­tro­wał cicho.

Bairoth roze­śmiał się.

- To prawda. Wśród wszyst­kich ple­mion Teblo­rów jest ich tylko trzech. Myślisz, że to będzie dość?

- Trzech to lepiej niż dwóch - wark­nął Karsa. - Ale jeśli będzie trzeba, to i dwóch wystar­czy.

- Karso Orlong, modlę się do Sied­miu, by twój umysł zawsze pozo­stał wolny od wąt­pli­wo­ści.

Karsa zdał sobie sprawę, że zaci­ska dło­nie na ręko­je­ści mie­cza.

- Ach, to tym torem bie­gną twoje myśli. Uwa­żasz, że jestem synem swego ojca. Czy oskar­żasz mnie o sła­bość Synyga?

Bairoth przyj­rzał się Kar­sie, po czym pokrę­cił powoli głową.

- Twój ojciec nie jest słaby, Karso Orlong. Jeśli mam jakieś wąt­pli­wo­ści, o któ­rych powi­nie­nem tu i teraz wspo­mnieć, to doty­czą one Pahlka i jego boha­ter­skiej wyprawy nad Srebrne Jezioro.

Karsa zerwał się na nogi, ści­ska­jąc w dło­niach krwawy miecz.

Bairoth nawet nie drgnął.

- Nie widzisz tego samego, co ja - stwier­dził cicho. - Masz w sobie poten­cjał, by stać się synem swego ojca, Karso Orlong. Skła­ma­łem, mówiąc, że modlę się o to, byś pozo­stał wolny od wąt­pli­wo­ści. Modlę się o coś wręcz prze­ciw­nego, wodzu wojenny. O to, byś poznał zwąt­pie­nie i by utem­pe­ro­wało cię ono swą mądro­ścią. Ci boha­te­ro­wie z naszych legend, Karso Orlong, byli straszni. Byli potwo­rami, gdyż zwąt­pie­nie było im obce.

- Stań naprze­ciwko mnie, Bairo­thu Gild, bo nie zabiję cię, gdy trzy­masz miecz w pochwie.

- Nie uczy­nię tego, Karso Orlong. To ja zaczą­łem, a ty nie jesteś moim wro­giem.

Delum pod­niósł się z dłońmi peł­nymi ziemi, którą zasy­pał ogni­sko pło­nące mię­dzy dwoma męż­czy­znami.

- Jest już późno - mruk­nął. - Moż­liwe też, że Bairoth ma rację i wcale nie jeste­śmy w tej doli­nie sami. Na jej dru­gim końcu mogą się czaić obser­wa­to­rzy albo i coś gor­szego. Wodzu wojenny, tej nocy padły tylko słowa. Zostawmy roz­lew krwi dla praw­dzi­wych wro­gów.

Karsa na­dal stał, spo­glą­da­jąc ze zło­ścią na Bairo­tha Gilda.

- Słowa - wark­nął. - Tak, i za słowa, które wypo­wie­dział, Bairoth Gild musi mnie prze­pro­sić.

- Ja, Bairoth Gild, bła­gam cię o wyba­cze­nie za moje słowa. A teraz, Karso Orlong, czy scho­wasz miecz?

- Ostrze­gam cię, że następ­nym razem nie dam się ugła­skać tak łatwo - rzekł Karsa.

- Sły­sza­łem twe ostrze­że­nie.

***

Sunydzka wio­ska zaro­sła już trawą i mło­dymi drzew­kami. Pro­wa­dzące do niej ścieżki nie­mal cał­ko­wi­cie znik­nęły pod krze­wami jeżyn, ale tu i ówdzie, pośród kamien­nych fun­da­men­tów okrą­głych domów, widać było ślady ognia i prze­mocy.

Delum zsiadł z konia i zaczął grze­bać w gru­zach. Już po paru chwi­lach zna­lazł pierw­sze kości.

Bairoth chrząk­nął.

- Ktoś napadł na wio­skę. Nie oszczę­dzono nikogo.

Delum wypro­sto­wał się, trzy­ma­jąc w dło­niach roz­sz­cze­pione drzewce strzały.

- Miesz­kańcy nizin. Suny­do­wie trzy­mali nie­wiele psów. W prze­ciw­nym razie nie daliby się tak zasko­czyć.

- To nie jest już wyprawa zwia­dow­cza, lecz wojna - oznaj­mił Karsa. - Zmie­rzamy ku Srebr­nemu Jezioru nie jako Ury­do­wie, lecz jako Teblo­rzy, po to, by wywrzeć zemstę.

Zsiadł z konia i wydo­był z juków cztery ochra­nia­cze z twar­dej skóry, które następ­nie zało­żył Havo­kowi na nogi, by osło­nić go przed kol­cami jeżyn. Dwaj pozo­stali wojow­nicy poszli za jego przy­kła­dem.

- Pro­wadź nas, wodzu wojenny - rzekł Delum, gdy już upo­rał się z tym zada­niem. Wsko­czył z powro­tem na grzbiet rumaka.

Karsa ponow­nie pod­niósł trój­nogą sukę i poło­żył ją za kłę­bem Havoka. Następ­nie dosiadł konia i spoj­rzał na Bairo­tha.

Krzepki wojow­nik rów­nież wdra­pał się na grzbiet wierz­chowca. Spod opa­da­ją­cych powiek popa­trzył na Karsę.

- Pro­wadź nas, wodzu wojenny.

- Poje­dziemy tak szybko, jak tylko pozwoli nam teren - oznaj­mił Karsa, ukła­da­jąc sobie trój­no­gie zwie­rzę na udach. - Gdy wydo­sta­niemy się z doliny, ruszymy na pół­noc, a potem znowu na wschód. Jutrzej­szą noc spę­dzimy już bli­sko Prze­smyku Kości. Skie­ru­jemy się nim na połu­dnie i dotrzemy do Srebr­nego Jeziora.

- A jeśli natkniemy się po dro­dze na miesz­kań­ców nizin?

- W takim przy­padku zaczniemy zbie­rać tro­fea, Bairo­thu Gild. Nie możemy jed­nak pozwo­lić, by choć jeden zdo­łał uciec. Nasz atak na gospo­dar­stwo rolne musi być cał­ko­wi­tym zasko­cze­niem, bo w prze­ciw­nym razie dzieci umkną.

Omi­nęli wio­skę i dotarli na szlak wio­dący do lasu. Mię­dzy drze­wami rosło mniej chasz­czy, co pozwo­liło im przejść w powolny galop. Wkrótce ścieżka zaczęła się wspi­nać na stok doliny. O zmierz­chu zna­leźli się na szczy­cie. Z koni buchała już para, więc trzej wojow­nicy ścią­gnęli wodze.

Dotarli do skraju pła­sko­wyżu. Na pół­nocy i wscho­dzie ską­pany jesz­cze w zło­ci­stym bla­sku słońca hory­zont był wyszczer­bioną linią gór­skich szczy­tów. Ich wierz­chołki pokry­wał śnieg, a ze sto­ków spły­wały rzeki bieli. Na wprost przed nimi, u stóp pio­no­wej ściany, wyso­kiej na co naj­mniej trzy­sta kro­ków, leżała wielka, lesi­sta kotlina.

- Nie widzę ognisk - wska­zał Delum, omia­ta­jąc wzro­kiem spo­witą w cie­niu dolinę.

- Musimy ruszyć na pół­noc jej brze­giem - stwier­dził Karsa. - Nie ma tu bie­gną­cych po stoku ście­żek.

- Konie potrze­bują odpo­czynku - ode­zwał się Delum. - Ale w tym miej­scu za bar­dzo rzu­camy się w oczy, wodzu wojenny.

- W takim razie pój­dziemy na pie­chotę - zde­cy­do­wał Karsa, zsu­wa­jąc się z koń­skiego grzbietu.

Gdy posta­wił trój­nogą sukę na ziemi, Kąsacz sta­nął obok niej. Karsa zła­pał za wodzę Havoka. Wydep­tana przez zwie­rzynę ścieżka jesz­cze przez trzy­dzie­ści kro­ków bie­gła wzdłuż grani, po czym opa­dała nieco w dół, dzięki czemu ich syl­wetki nie były już widoczne na tle nieba.

Szli jesz­cze przez pewien czas, aż krąg gwiazd wyko­nał jedną piątą swego obrotu, po czym zna­leźli ślepą dolinkę o wyso­kich ścia­nach, w któ­rej roz­bili obóz. Delum zajął się przy­go­to­wa­niem posiłku, a Bairoth opo­rzą­dził konie.

Karsa ruszył na zwiady, zabie­ra­jąc ze sobą Kąsa­cza i trój­nogą sukę. Do tej pory widzieli jedy­nie ślady gór­skich kóz i dzi­kich owiec. Grań scho­dziła powoli w dół i wojow­nik wie­dział, że gdzieś przed nimi znaj­duje się rzeka, którą spływa woda z pół­noc­nego łań­cu­cha gór­skiego, a na niej wodo­spad, two­rzący szcze­linę w ścia­nie pła­sko­wyżu.

Oba psy spło­szyły się nagle w ciem­no­ści i obiły o nogi Karsy, odsu­wa­jąc się od wylotu kolej­nej śle­pej dolinki po lewej. Karsa dotknął Kąsa­cza, by go uspo­koić, i wyczuł, że zwie­rzę drży. Wycią­gnął miecz i powę­szył uważ­nie, ale nie wyczuł żad­nego podej­rza­nego zapa­chu. Z mrocz­nej niszy nie dobie­gały też żadne dźwięki, a Karsa był wystar­cza­jąco bli­sko, by usły­szeć oddech, gdyby ktoś się tam ukry­wał.

Ruszył ostroż­nie naprzód.

Pra­wie całą dolinkę zaj­mo­wała masywna, pła­ska płyta, pozo­sta­wia­jąca jedy­nie z trzech stron przej­ście sze­ro­kie na dłu­gość przed­ra­mie­nia. Jej powierzch­nia była pozba­wiona ozdób, ale wyda­wało się, że z samego kamie­nia bije słabe szare świa­tło. Karsa pod­szedł bli­żej, po czym przy­kuc­nął powoli przed nie­ru­chomą dło­nią, która wysta­wała spod brzegu płyty. Była chuda, lecz cała. Pokry­wa­jąca ją skóra miała mleczną, nie­bie­sko­zie­loną barwę, paznok­cie były poła­mane, a palce pokry­wały plamki bia­łego pyłu.

Wszę­dzie, dokąd mogła się­gnąć dłoń, w skale było widać głę­bo­kie, wyryte przez palce wyżło­bie­nia, które krzy­żo­wały się ze sobą, two­rząc cha­otyczny wzór.

Karsa zauwa­żył, że nie jest to dłoń Teblora ani miesz­kańca nizin. Była mniej­sza od pierw­szej, lecz więk­sza od dru­giej. Kości miała wydatne, a palce szczu­płe i prze­sad­nie dłu­gie. Wyda­wało się, że jest w nich sta­now­czo zbyt wiele sta­wów.

Coś wyczuło obec­ność Karsy - być może jego oddech, gdy się pochy­lił, by przyj­rzeć się uważ­niej - gdyż dłoń nagle poru­szyła się spa­zma­tycz­nie i roz­płasz­czyła na kamie­niu, roz­po­ście­ra­jąc palce. Teblor widział też teraz znaki świad­czące, że w prze­szło­ści dłoń ata­ko­wały zwie­rzęta - gór­skie wilki i inne, jesz­cze groź­niej­sze stwo­rze­nia. Kąsały ją zęby i dra­pały pazury, ale wyda­wało się, że ni­gdy nie została zła­mana. Ponow­nie znie­ru­cho­miała, przy­wie­ra­jąc do skały.

Karsa usły­szał za ple­cami kroki. Wstał i się odwró­cił. Ścieżką zbli­żali się Delum i Bairoth. Obaj wycią­gnęli mie­cze. Karsa ruszył im na spo­tka­nie.

- Twoje psy wró­ciły z pod­ku­lo­nymi ogo­nami - mruk­nął Bairoth.

- Co tu zna­la­złeś, wodzu wojenny? - zapy­tał szep­tem Delum.

- Demona - odpo­wie­dział Karsa. - Uwię­zio­nego po kres czasu pod tym kamie­niem. On jesz­cze żyje.

- To For­kas­sal.

- Zaiste. Wygląda na to, że w naszych legen­dach kryje się wiele prawdy.

Bairoth omi­nął Karsę i pod­szedł do płyty. Przy­kuc­nął obok dłoni i przez długi czas przy­glą­dał się jej w pół­mroku. Wresz­cie wypro­sto­wał się i wró­cił do towa­rzy­szy.

- For­kas­sal. Demon z gór, Ten, Który Pra­gnął Pokoju.

- W cza­sach wojen duchów, gdy nasi dawni bogo­wie byli mło­dzi - dodał Delum. - Co jesz­cze zapa­mię­ta­łeś z tej opo­wie­ści, Karso Orlong? Była bar­dzo krótka, zacho­wały się z niej tylko strzępki. Starsi sami przy­zna­wali, że więk­szą jej część zapo­mniano dawno temu, jesz­cze przed prze­bu­dze­niem się Sied­miu.

- Strzępki - zgo­dził się Karsa. - Wojny duchów były dwoma, może trzema najaz­dami i miały bar­dzo nie­wiele wspól­nego z Teblo­rami. Wal­czyli w nich cudzo­ziem­scy bogo­wie i demony. Ich bitwy wstrzą­snęły górami, aż wresz­cie została tylko jedna siła...

- W tych opo­wie­ściach znaj­duje się jedyna znana nam wzmianka o Ica­riu­mie - prze­rwał mu Delum. - Karso Orlong, nie­wy­klu­czone, że ci T'lan Imas­so­wie, o któ­rych wspo­mi­nał sta­rzec z jaskini, wal­czyli w woj­nach duchów. Że to oni w nich zwy­cię­żyli, a potem ode­szli, by już ni­gdy nie wró­cić. Nie­wy­klu­czone, że to wojny duchów znisz­czyły nasz lud.

Bairoth nie odry­wał wzroku od płyty.

- Trzeba uwol­nić tego demona - oznaj­mił.

Karsa i Delum odwró­cili się w jego stronę. Obaj onie­mieli ze zdu­mie­nia.

- Nic nie mów­cie, dopóki nie skoń­czę - cią­gnął Bairoth. - For­kas­sal ponoć przy­był w miej­sce, gdzie toczyły się wojny duchów, po to, by zapro­wa­dzić pokój mię­dzy wal­czą­cymi. Tak mówi jeden ze strzęp­ków opo­wie­ści. W nagrodę za te wysiłki spo­tkała go strasz­liwa kara. To drugi strzę­pek. Ica­rium rów­nież pra­gnął poło­żyć kres woj­nie, ale przy­był za późno i zwy­cięzcy wie­dzieli, że nie zdo­łają go poko­nać. Dla­tego nawet nie pró­bo­wali. To trzeci strzę­pek. Delu­mie Thord, słowa w jaskini rów­nież wspo­mi­nały o Ica­riumie, nie­praw­daż?

- Wspo­mi­nały, Bairo­thu Gild. Ica­rium dał Teblo­rom prawa, które umoż­li­wiły nam prze­trwa­nie.

- Ale T'lan Imas­so­wie na nim rów­nież poło­ży­liby kamień, gdyby tylko zdo­łali.

Wypo­wie­dziaw­szy te słowa, Bairoth umilkł.

Karsa odwró­cił się i pod­szedł do płyty. Jej blask w nie­któ­rych miej­scach przy­ga­sał już, co świad­czyło, że czar jest bar­dzo stary i powoli ulega roz­kła­dowi. Teblor­ska star­szy­zna upra­wiała nie­kiedy magię, lecz zda­rzało się to rzadko. Od chwili prze­bu­dze­nia Twa­rzy w Skale czary przy­cho­dziły do nich tylko jako gość, we śnie albo pod­czas transu. Dawne legendy mówiły o okrut­nych prze­ja­wach otwar­tej magii, strasz­li­wej broni wzmoc­nio­nej klą­twami, Karsa podej­rze­wał jed­nak, że były to jedy­nie wymyślne ozdob­niki, mające przy­dać opo­wie­ści jaskra­wych barw. Skrzy­wił się wście­kle.

- Nie poj­muję tej magii - oznaj­mił.

Bairoth i Delum pode­szli do niego.

Dłoń leżała pła­sko i nie­ru­chomo.

- Cie­kawe, czy demon sły­szy nasze słowa - zasta­na­wiał się Delum.

Bairoth chrząk­nął.

- Nawet gdyby sły­szał, to czyby je zro­zu­miał? Miesz­kańcy nizin mówią innym języ­kiem. Demony z pew­no­ścią rów­nież mają wła­sny.

- Ale przy­był tu, by zapro­wa­dzić pokój...

- Nie sły­szy nas - zapew­nił Karsa. - Może co naj­wy­żej wyczu­wać, że ktoś... że coś tu jest.

Bairoth wzru­szył ramio­nami i przy­kuc­nął obok płyty. Wycią­gnął rękę, zawa­hał się, a potem roz­płasz­czył dłoń na kamie­niu.

- Nie jest gorący ani zimny. Jego magia nie jest prze­zna­czona dla nas.

- To zna­czy, że nie ma być osłoną, a jedy­nie utrzy­my­wać głaz na miej­scu - zasu­ge­ro­wał Delum.

- We trzech powin­ni­śmy dać radę go pod­nieść.

Karsa przyj­rzał się Bairo­thowi.

- Co wła­ści­wie pra­gniesz obu­dzić, Bairo­thu Gild?

Potęż­nie zbu­do­wany wojow­nik pod­niósł wzrok, mru­żąc powieki. Potem uniósł brwi i się uśmiech­nął.

- Przy­no­szą­cego pokój?

- Pokój nie ma żad­nej war­to­ści.

- Mię­dzy Teblo­rami musi zapa­no­wać pokój, bo ina­czej ni­gdy się nie zjed­no­czymy.

Karsa uniósł głowę, zasta­na­wia­jąc się nad sło­wami Bairo­tha.

- Ten demon mógł wpaść w obłęd - mruk­nął Delum. - Jak długo już jest uwię­ziony pod tą skałą?

- Jest nas trzech - wska­zał Bairoth.

- Ale demon pocho­dzi z cza­sów, gdy nas poko­nano. Uwię­zili go owi T'lan Imas­so­wie i zro­bili to dla­tego, że nie byli w sta­nie go zabić. Bairo­thu Gild, wobec tej istoty nas trzech będzie niczym.

- Zasłu­żymy sobie na jego wdzięcz­ność.

- Gorączka obłędu nie zna przy­ja­ciół.

Obaj wojow­nicy popa­trzyli na Karsę.

- Nie znamy myśli demona - stwier­dził. - Ale z pew­no­ścią możemy stwier­dzić jedno. Na­dal pró­buje się bro­nić. Ta poje­dyn­cza dłoń odparła ataki wszel­kich zwie­rząt. To świad­czy o poczu­ciu celu.

- Cier­pli­wość nie­śmier­tel­nego. - Bairoth ski­nął głową. - Patrzę na to tak samo jak ty, Karso Orlong.

Karsa spoj­rzał na Deluma.

- Delu­mie Thord, czy na­dal masz wąt­pli­wo­ści?

- Mam, wodzu wojenny, ale wesprę twój zamiar swą siłą, albo­wiem dostrze­gam w twych oczach decy­zję. Niech i tak będzie.

Trzej Ury­do­wie nie mówili już nic wię­cej. Zajęli miej­sca z boku kamien­nej płyty i przy­kuc­nęli, chwy­ta­jąc za jej brzeg.

- Na czwarty oddech - pole­cił Karsa.

Kamień uniósł się z gło­śnym zgrzy­tem. W górę buch­nęły obłoki pyłu. Dru­gie pchnię­cie prze­wró­ciło płytę na bok. Ude­rzyła z hukiem o skalną ścianę.

Postać leżała na boku. Ogromny cię­żar płyty z pew­no­ścią poprze­miesz­czał kości i zmiaż­dżył mię­śnie, ale to nie wystar­czyło, by poko­nać demona, który w ciągu tysiąc­leci wyżło­bił w skale nie­re­gu­larne, podłużne zagłę­bie­nie dłu­go­ści połowy wąskiego, nie­zwy­kle wydłu­żo­nego ciała. Uwię­ziona pod tym cia­łem dłoń wygrze­bała naj­pierw miej­sce dla sie­bie, a potem, powoli, rów­nież zagłę­bie­nia dla bio­dra i barku. Obie stopy, które były bose, zdo­łały doko­nać cze­goś podob­nego. Paję­czyny i skalny pył pokry­wały postać niby mato­wo­szary całun, a stę­chłe powie­trze uwię­zione pod płytą było wręcz widoczne, gdy umy­kało leni­wie w górę. Nio­sło ze sobą oso­bliwy, owa­dzi odór.

Trzej wojow­nicy spo­glą­dali z góry na demona.

Jesz­cze się nie poru­szył, lecz mimo to widzieli, że wygląda dziw­nie. Miał wydłu­żone koń­czyny o więk­szej niż zwy­kła licz­bie sta­wów, a mocno napięta skóra była blada niczym blask księ­życa. Ze zwró­co­nej twa­rzą w dół głowy wyra­stała gęstwa gra­na­to­wo­czar­nych wło­sów, które roz­po­ście­rały się na skal­nej powierzchni niczym deli­katne korze­nie. Demon był nagi i był kobietą.

Jego koń­czyny poru­szyły się spa­zma­tycz­nie.

Bairoth pod­szedł bli­żej.

- Jesteś wolny, demo­nie - oznaj­mił uspo­ka­ja­ją­cym tonem. - Jeste­śmy Teblo­rami z ple­mie­nia Ury­dów. Pomo­żemy ci, jeśli tego pra­gniesz. Powiedz nam, czego ci potrzeba.

Koń­czyny prze­stały się już mio­tać i drżały tylko. Istota unio­sła powoli głowę. Dłoń, która znała wieczną ciem­ność, wysu­nęła się spod ciała kobiety i dotknęła nie­pew­nie skal­nej powierzchni. Gdy jej palce doty­kały kosmy­ków wło­sów, obra­cały się one w pył. Wresz­cie dłoń znie­ru­cho­miała w takiej samej pozy­cji jak druga. Demo­nica napięła mię­śnie ramion, bar­ków oraz szyi i zaczęła się pod­no­sić, powol­nym, szar­pa­nym ruchem. Zrzu­cała włosy w desz­czu czar­nego pyłu, aż wresz­cie odsło­niła gładką, białą czaszkę.

Bairoth pod­szedł bli­żej, chcąc jej pomóc, lecz Karsa go powstrzy­mał, wycią­ga­jąc rękę.

- Nie, Bairo­thu Gild, ona zbyt długo już czuła na sobie obcy cię­żar. Nie sądzę, żeby chciała, by ją doty­kano. Jesz­cze długo nie, a być może ni­gdy.

Bairoth przez długą chwilę przy­glą­dał się Kar­sie spod opa­da­ją­cych powiek.

- Karso Orlong, sły­szę mądrość w twych sło­wach - rzekł wresz­cie z wes­tchnie­niem. - Po raz kolejny mnie zaska­ku­jesz. Nie, to nie miała być obe­lga. Coraz bar­dziej skła­niam się do podziwu dla cie­bie. Pozwól mi na te ostre słowa.

Karsa wzru­szył ramio­nami, ponow­nie spo­glą­da­jąc na kobietę.

- Możemy tylko tu cze­kać. Czy demony znają pra­gnie­nie? Głód? Jej gar­dło od poko­leń nie zaznało wody, żołą­dek zapo­mniał o swej powin­no­ści, a płuca nie zaczerp­nęły tchu od chwili, gdy przy­wa­lono ją płytą. Całe szczę­ście, że jest noc, bo słońce mogłoby być dla jej oczu niczym ogień...

Prze­rwał nagle, gdyż demo­nica, wsparta na rękach i kola­nach, unio­sła głowę i po raz pierw­szy ujrzeli jej twarz.

Skórę miała nie­ska­zi­telną jak gła­dzony mar­mur, czoło sze­ro­kie, a ogromne, czarne jak noc oczy wyda­wały się suche i pozba­wione wyrazu, jak onyks przy­kryty war­stewką kurzu. Kości policz­kowe były sze­ro­kie i wysoko osa­dzone, a pełne usta wyschnięte i pokryte drob­nymi krysz­tał­kami.

- Nie ma w niej ani odro­biny wody - zauwa­żył Delum. Cof­nął się i ruszył w stronę ich obozu.

Kobieta przy­kuc­nęła powoli, a potem spró­bo­wała wstać.

Trudno było na to patrzeć, ale obaj wojow­nicy trzy­mali się na dystans, gotowi ją zła­pać, gdyby się prze­wra­cała.

Wyda­wało się, że kobieta to zauwa­żyła, gdyż unio­sła lekko kącik ust.

Ten nie­znaczny gry­mas cał­ko­wi­cie zmie­nił wyraz jej twa­rzy. Karsa poczuł się jak ude­rzony mło­tem w pierś.

Ona drwi ze swego żało­snego stanu. To pierw­sze, co poczuła po uwol­nie­niu. Jest zaże­no­wana, lecz znaj­duje w tym powód do weso­ło­ści. Wysłu­chaj mnie, Uru­galu Utkany. Spra­wię, że ci, któ­rzy ją uwię­zili, poża­łują swego czynu, jeśli oni albo ich potom­ko­wie jesz­cze żyją. Ci T'lan Imas­so­wie zro­bili sobie ze mnie wroga. Tak ślu­buję ja, Karsa Orlong.

Delum wró­cił z bukła­kiem wody. Zwol­nił kroku, zoba­czyw­szy, że kobieta stoi.

Na jej chu­dym ciele pełno było ostrych kątów. Piersi miała umiej­sco­wione wysoko i daleko od sie­bie, a mię­dzy nimi ster­czał wydatny mostek. Wyda­wało się, że ma sta­now­czo zbyt wiele żeber. Wzro­stem dorów­ny­wała teblor­skiemu dziecku.

Zoba­czyła bukłak w dłoni Deluma, ale nie się­gnęła po niego. Odwró­ciła się i spoj­rzała na miej­sce, w któ­rym była uwię­ziona.

Karsa widział, jak jej klatka pier­siowa faluje, lecz poza tym kobieta pozo­sta­wała zupeł­nie nie­ru­choma.

- Czy jesteś For­kas­sal? - zapy­tał Bairoth.

Spoj­rzała nań i ponow­nie roz­cią­gnęła usta w pół­u­śmieszku.

- My jeste­śmy Teblo­rami - cią­gnął Bairoth i kobieta uśmiech­nęła się tro­chę sze­rzej. Karsa widział, że poznała to słowo, lecz zara­zem dziw­nie ją ono roz­ba­wiło.

- Ona cię rozu­mie - zauwa­żył.

Delum pod­szedł do niej z bukła­kiem w dłoni. Zer­k­nęła na niego i potrzą­snęła głową. Zatrzy­mał się.

Karsa zauwa­żył, że oczy kobiety stały się nieco mniej matowe, a usta tro­chę bar­dziej pełne.

- Wraca do sie­bie - zauwa­żył.

- Potrze­bo­wała tylko wol­no­ści - dodał Bairoth.

- Tak jak stward­niałe poro­sty miękną nocą - wyja­śnił Karsa. - By uga­sić jej pra­gnie­nie, wystar­czy samo powie­trze...

Nagle zesztyw­niała i zwró­ciła się w jego stronę.

- Jeśli czymś cię ura­zi­łem...

Nim Karsa zdą­żył zaczerp­nąć tchu, kobieta rzu­ciła się na niego. Po pię­ciu potęż­nych cio­sach na kor­pus Teblor zwa­lił się na plecy. Ude­rzył bole­śnie o twardą skałę. Plecy pie­kły go, jakby upadł w mro­wi­sko. Nie mógł oddy­chać. Pora­ził go ból i nie był w sta­nie się poru­szyć.

Usły­szał bojowy okrzyk Deluma, który nagle prze­rwało stłu­mione chrząk­nię­cie. Potem roz­legł się łoskot kolej­nego pada­ją­cego na skałę ciała.

- For­kas­sal! - krzyk­nął trzy­ma­jący się z boku Bairoth. - Powstrzy­maj się! Zostaw go...

Karsa zamru­gał - oczy miał załza­wione. Widział nad sobą jej twarz. Zbli­żyła się do niego. Jej oczy lśniły teraz jak czarne sadzawki, a pełne usta wyda­wały się nie­mal fio­le­towe w bla­sku gwiazd.

- Nie chcą was zosta­wić, nie­praw­daż? - wyszep­tała do niego ochry­ple w języku Teblo­rów. - Ci moi dawni wro­go­wie. Widzę, że strza­ska­nie ich kości nie wystar­czyło. - Wyraz jej oczu zła­god­niał nieco. - Wasz rodzaj zasłu­guje na lep­szy los. - Odsu­nęła powoli twarz. - Sądzę, że, chcąc nie chcąc, muszę zacze­kać. Zacze­kać i prze­ko­nać się, kim się sta­niesz, nim zde­cy­duję, czy obda­rzę cię mym wiecz­nym poko­jem, wojow­niku.

- For­kas­sal! - zawo­łał sto­jący w odle­gło­ści kil­ku­na­stu kro­ków Bairoth.

Wypro­sto­wała się i odwró­ciła nie­wia­ry­god­nie płyn­nym ruchem.

- Nisko upa­dli­ście, jeśli tak znie­kształ­ca­cie nazwę mego rodzaju, nie wspo­mi­na­jąc już o swoim wła­snym. Jestem For­krul Assa­ilem, młody wojow­niku, nie demo­nem. Nazy­wam się Cisza, Przy­no­sząca Pokój, i ostrze­gam cię, że pra­gnie­nie, by cię nim obda­rzyć, jest w tej chwili we mnie bar­dzo mocne, lepiej więc cof­nij rękę od tej broni.

- Prze­cież cię uwol­ni­li­śmy! - zawo­łał Bairoth. - A mimo to powa­li­łaś Karsę i Deluma!

Roze­śmiała się.

- Ica­rium i ci prze­klęci T'lan Imas­so­wie nie będą zado­wo­leni, że znisz­czy­li­ście ich dzieło. Ale z dru­giej strony Ica­rium zapewne o niczym nie pamięta, a T'lan Imas­so­wie są daleko. No cóż, nie dam im dru­giej szansy. Wiem, co to wdzięcz­ność, wojow­niku, i dla­tego powiem ci jedno. Ten, który zwie się Karsą, został wybrany. Gdy­bym powie­działa ci o jego osta­tecz­nym celu cho­ciaż tę odro­binę, którą zdo­ła­łam wyczuć, spró­bo­wał­byś go zabić. Dowiedz się jed­nak, że nic by to nie dało, gdyż ci, któ­rzy się nim posłu­gują, po pro­stu wybra­liby następ­nego. Nie. Obser­wuj uważ­nie tego swego przy­ja­ciela. Strzeż go. Nadej­dzie chwila, gdy będzie miał szansę zmie­nić obli­cze świata. Wtedy się zja­wię. Dla­tego że przy­no­szę pokój. Gdy nadej­dzie ów moment, prze­stań go pil­no­wać. Odsuń się na bok, tak jak zro­bi­łeś to teraz.

W obo­lałe płuca Karsa wcią­gnął spa­zma­tycz­nie powie­trze. Dopa­dła go fala mdło­ści. Odwró­cił się i zwy­mio­to­wał na zapiasz­czoną skałę. W prze­rwie mię­dzy ata­kami kaszlu usły­szał, że kobieta For­krul Assa­ilów zwana Ciszą odda­liła się.

Po chwili uklęk­nął obok niego Bairoth.

- Delum jest ciężko ranny, wodzu wojenny - oznaj­mił. - Z pęk­nię­cia w jego gło­wie wycieka płyn. Karso Orlong, żałuję, że uwol­ni­łem tę... tę istotę. Delum miał wąt­pli­wo­ści, ale to on...

Karsa kaszl­nął, splu­nął i wstał z wysił­kiem, wal­cząc z falami bólu, które tar­gały jego pier­sią.

- Nie mogłeś prze­wi­dzieć, co się sta­nie, Bairo­thu Gild - wymam­ro­tał, ocie­ra­jąc łzy z oczu.

- Wodzu wojenny, ja nie wycią­gną­łem broni. Nie pró­bo­wa­łem cię bro­nić, tak jak Delum Thord...

- I dzięki temu jeden z nas jest zdrowy - wark­nął Karsa, rusza­jąc chwiej­nym kro­kiem ku leżą­cemu na ścieżce Delu­mowi.

Wyda­wało się, że otrzy­mał on tylko jeden cios, ale to wystar­czyło, by odrzu­cić go spory kawa­łek na bok. Jego czoło prze­szy­wały cztery głę­bo­kie, bie­gnące na ukos ślady. Skóra roz­stą­piła się i przez wbitą do środka kość sączył się żół­tawy płyn. To były koniuszki jej pal­ców. Ranny miał sze­roko otwarte oczy, lecz zasnuła je mgła. Całe frag­menty twa­rzy stra­ciły wszelki wyraz, jakby nie kryła się już za nimi żadna myśl.

Pod­szedł do niego Bairoth.

- Zobacz, płyn jest prze­zro­czy­sty. To krew myśli. Delum Thord nie wróci już do sie­bie po takiej ranie.

- Masz rację - wyszep­tał Karsa. - Nikt, kto stra­cił krew myśli, nie odzy­skuje zmy­słów.

- To moja wina.

- Nie. To Delum popeł­nił błąd, Bairo­thu Gild. Czy zgi­ną­łem? For­kas­sal posta­no­wiła mnie nie zabi­jać. Delum powi­nien postą­pić tak samo jak ty. Stać z boku.

Bairoth skrzy­wił się bole­śnie.

- Roz­ma­wiała z tobą, Karso Orlong. Sły­sza­łem jej szept. Co ci powie­działa?

- Nie­wiele zro­zu­mia­łem z jej słów poza tym, że pokój, który przy­nosi, to śmierć.

- Czas wypa­czył treść naszych legend.

- To prawda, Bairo­thu Gild. Chodź, musimy opa­trzyć rany Deluma. Krew myśli nasą­czy ban­daże i skrzep­nie, zaty­ka­jąc otwory. Być może w ten spo­sób nie wyciek­nie do końca i Delum czę­ściowo do nas wróci.

Obaj wojow­nicy ruszyli w stronę obozu. Kiedy tam dotarli, zoba­czyli, że psy zbiły się w grupę i drżą. Przez śro­dek polany bie­gły ślady stóp Ciszy. Wio­dły na połu­dnie.

***

Na gra­nicy pła­sko­wyżu zawo­dził zimny, prze­ni­kliwy wiatr. Karsa Orlong sie­dział wsparty ple­cami o skalną ścianę, obser­wu­jąc Deluma Thorda, który cho­dził mię­dzy psami na rękach i kola­nach. Wycią­gnął ręce i przy­gar­nął zwie­rzęta do sie­bie, by móc je gła­skać i wtu­lać twarz w ich sierść. Mru­czał melo­dyj­nie pod nosem, a z tej połowy jego obli­cza, w któ­rej zacho­wał wła­dzę w mię­śniach, nie zni­kał uśmie­szek.

To były psy do polo­wa­nia i pod­da­wały się piesz­czo­tom z nie­chę­cią, która nie­kiedy przy­bie­rała gwał­towny cha­rak­ter. War­czały wtedy cicho i kła­pały ostrze­gaw­czo zębami, lecz Delum Thord nie zwra­cał na to uwagi.

Leżący u stóp Karsy Kąsacz śle­dził sen­nym spoj­rze­niem ran­nego wojow­nika, który czoł­gał się bez­myśl­nie pośród sfory.

Minęła więk­sza część dnia, nim Delum Thord do nich wró­cił, a i tak jedy­nie drobna część jego jaźni zdo­łała ukoń­czyć tę podróż. Cały następny dzień Karsa i Bairoth cze­kali, czy nadej­dzie coś wię­cej, czy w oczach Deluma Thorda roz­bły­śnie świa­tło, które pozwoli mu poznać towa­rzy­szy. Nic się już jed­nak nie zmie­niło. Ranny w ogóle ich nie zauwa­żał. Widział tylko psy.

Bairoth wybrał się rano na polo­wa­nie, lecz z upły­wem dnia Karsa wyczuł, że jego towa­rzysz unika obozu z innych powo­dów. Uwal­nia­jąc demo­nicę, stra­cili Deluma, a to słowa Bairo­tha dopro­wa­dziły do tego nie­szczę­snego wyda­rze­nia. Karsa słabo rozu­miał podobne uczu­cia, tę potrzebę uka­ra­nia samego sie­bie. To Delum popeł­nił błąd, wycią­ga­jąc miecz prze­ciw demo­nicy. Obo­lałe żebra Karsy świad­czyły o tym, że kobieta była mistrzy­nią sztuki walki. Zaata­ko­wała z nie­wia­ry­godną szyb­ko­ścią. Karsa ni­gdy w życiu nie widział tak szyb­kiej istoty, nie wspo­mi­na­jąc już o walce z nią. Trzej Teblo­rzy byli wobec niej jak dzieci. Delum powi­nien był natych­miast to zro­zu­mieć i powstrzy­mać się, tak jak Bairoth.

Postą­pił głu­pio i teraz czoł­gał się z psami. Twa­rze w Skale nie miały lito­ści dla głu­pich wojow­ni­ków. Dla­czego Karsa Orlong miałby być inny? Bairoth Gild fol­go­wał sobie, robił z żalu, lito­ści i wyrzu­tów słodki nek­tar, od któ­rego błą­kał się na oślep niczym udrę­czony pijak.

Cier­pli­wość Karsy szybko się wyczer­py­wała. Muszą wzno­wić podróż. Jeśli cokol­wiek pozwoli Delu­mowi Thor­dowi wró­cić do sie­bie, to tylko bitwa, krwawy szał, który bru­tal­nie budzi duszę.

W górze ścieżki roz­le­gły się kroki. Kąsacz odwró­cił głowę, lecz tylko na chwilę.

Poja­wił się Bairoth Gild, dźwi­ga­jący na ramie­niu upo­lo­waną kozicę. Zatrzy­mał się, by przyj­rzeć się Delu­mowi Thor­dowi, wypu­ścił zdo­bycz, która spa­dła na zie­mię z gło­śnym łosko­tem i stu­kiem kopyt, po czym wycią­gnął rzeź­nicki nóż i uklęk­nął obok niej.

- Stra­ci­li­śmy kolejny dzień - zauwa­żył Karsa.

- Trudno tu zna­leźć zwie­rzynę - wyja­śnił Bairoth, otwie­ra­jąc brzuch kozicy.

Znie­cier­pli­wione psy oto­czyły go pół­ko­lem. Delum podą­żył za ich przy­kła­dem. Bairoth wyci­nał ocie­ka­jące krwią narządy i rzu­cał je zwie­rzę­tom, lecz żadne z nich się nie poru­szyło.

Karsa trą­cił Kąsa­cza w bok. Prze­wod­nik stada wstał i ruszył w stronę Bairo­tha. Trój­noga suka kuś­ty­kała za nim. Kąsacz obwą­chał kolejno wszyst­kie kąski i zde­cy­do­wał się na wątrobę, nato­miast jego towa­rzyszka wybrała serce. Oba psy odda­liły się truch­tem, a pozo­stałe rzu­ciły się na resztę, war­cząc i szcze­rząc kły. Delum wyrwał jed­nemu z nich płuca z pasz­czy, odsła­nia­jąc groź­nie zęby, po czym odczoł­gał się na bok ze swym łupem.

Kąsacz wstał i potruch­tał do ran­nego wojow­nika, który zaskom­lał, wypu­ścił płuca z zębów i przy­kuc­nął ze zwie­szoną głową. Pies lizał przez chwilę zbie­ra­jącą się wokół narządu krew, po czym wró­cił do swego posiłku.

Karsa chrząk­nął.

- Sfora Kąsa­cza zdo­była nowego członka - oznaj­mił. Nie sły­sząc odpo­wie­dzi, spoj­rzał na Bairo­tha, który gapił się na Deluma z prze­ra­żoną miną. - Widzisz jego uśmiech, Bairo­thu Gild? Delum Thord zna­lazł szczę­ście, a to świad­czy, że już do nas nie wróci. Po cóż miałby to robić?

Bairoth spoj­rzał na swe okrwa­wione dło­nie, na nóż lśniący czer­wono w bla­sku zachodu.

- Czy nie czu­jesz żałoby, wodzu wojenny?

- Nie. On żyje.

- Lepiej, żeby nie żył! - wark­nął Bairoth.

- To go zabij.

W oczach Bairo­tha roz­bły­sła nie­na­wiść.

- Karso Orlong, co ona ci powie­działa?

Karsa zmarsz­czył brwi, sły­sząc to nie­spo­dzie­wane pyta­nie, po czym wzru­szył ramio­nami.

- Prze­klęła mnie za moją nie­wie­dzę. Jej słowa nie mogły mnie zra­nić, bo wszystko, co mówiła, było mi obo­jętne.

Bairoth przy­mru­żył powieki.

- Chcesz to, co się wyda­rzyło, obró­cić w żart? Wodzu wojenny, nie uznaję już twego zwierzch­nic­twa. Nie będę strzegł twego boku w tej two­jej prze­klę­tej woj­nie. Stra­ci­li­śmy zbyt wiele...

- Jest w tobie sła­bość, Bairo­thu Gild. Wie­dzia­łem o tym od dawna. Już od lat. Nie róż­nisz się od tego, czym się stał Delum Thord. To wła­śnie ta prawda tak cię drę­czy. Czy naprawdę sądzi­łeś, że wszy­scy wró­cimy z tej wyprawy bez szwanku? Czy wie­rzy­łeś, że jeste­śmy odporni na ciosy wro­gów?

- Wydaje ci się...

Karsa wybuch­nął okrut­nym śmie­chem.

- Jesteś głup­cem, Bairo­thu Gild. W jaki spo­sób udało się nam dotrzeć tak daleko? Prze­do­stać się przez zie­mie Rathy­dów i Suny­dów? Wyjść cało ze sto­czo­nych bitew? Nasz triumf nie był darem Sied­miu. Suk­ces zawdzię­czamy umie­jęt­no­ści wła­da­nia mie­czem oraz mojemu przy­wódz­twu. Ty jed­nak widzia­łeś we mnie jedy­nie bra­wurę godną mło­dzieńca, który dopiero nie­dawno wstą­pił na ścieżkę wojow­nika. Oszu­ki­wa­łeś samego sie­bie i znaj­do­wa­łeś w tym pocie­sze­nie. Nie jesteś ode mnie lep­szy, Bairo­thu Gild. W niczym.

Bairoth Gild wytrzesz­czył oczy. Jego kar­ma­zy­nowe dło­nie drżały.

- A teraz słu­chaj - wark­nął Karsa. - Jeśli chcesz wró­cić żywy z tej podróży, oca­leć przed moim gnie­wem, radzę, byś ponow­nie nauczył się war­to­ści posłu­szeń­stwa. Twoje życie jest w rękach wodza. Idź za mną do zwy­cię­stwa, Bairo­thu Gild, albo pad­nij po dro­dze. Tak czy ina­czej, opo­wiem twą histo­rię w praw­dzi­wych sło­wach. Co wybie­rasz?

Sze­roka twarz Bairo­tha pobla­dła nagle. Emo­cje prze­bie­gały przez nią z szyb­ko­ścią bły­ska­wicy. Kilka razy z tru­dem zaczerp­nął tchu.

- Ja jestem prze­wod­ni­kiem tej sfory - cią­gnął Karsa. - Ja i nikt inny. Czy rzu­casz mi wyzwa­nie?

Bairoth przy­kuc­nął powoli, prze­su­nął dło­nie na rzeź­nic­kim nożu i spoj­rzał Kar­sie pro­sto w oczy.

- Już od dawna byli­śmy z Day­liss kochan­kami, a ty o niczym nie mia­łeś poję­cia. Wyśmie­wa­li­śmy się z twych nie­udol­nych zalo­tów. Codzien­nie para­do­wa­łeś dum­nie obok nas, wypo­wia­da­jąc śmiałe słowa, zawsze rzu­ca­łeś mi wyzwa­nie, zawsze sta­ra­łeś się umniej­szyć mnie w jej oczach. Ale w duchu śmia­li­śmy się z cie­bie, Day­liss i ja, a noce spę­dza­li­śmy w swych obję­ciach. Karso Orlong, moż­liwe, że tylko ty powró­cisz do wio­ski. Sądzę nawet, że się posta­rasz, by tak się stało, więc moje życie prak­tycz­nie już się skoń­czyło, ale nie boję się tego. A kiedy wró­cisz do wio­ski, wodzu wojenny, weź­miesz sobie Day­liss za żonę. Mimo to jedna prawda będzie ci towa­rzy­szyła aż po kres twych dni. Z Day­liss to nie ja podą­ża­łem za tobą, ale ty za mną, i nic już ni­gdy tego nie zmieni.

Karsa obna­żył powoli zęby.

- Day­liss? Za żonę? Nie sądzę. Nie, lepiej będzie, jak oskarżę ją przed ple­mie­niem o to, że spała z męż­czy­zną, który nie był jej mężem. Zosta­nie odtrą­cona, a wtedy zro­bię z niej swoją nie­wol­nicę...

Bairoth rzu­cił się na towa­rzy­sza. Nóż bły­snął w ciem­no­ści. Karsa miał za ple­cami skałę, mógł więc jedy­nie prze­to­czyć się na bok. Nim zdą­żył się pod­nieść, napast­nik runął na niego. Jedną rękę owi­nął wokół jego szyi, wygi­na­jąc mu plecy do tyłu, a trzy­ma­nym w dru­giej nożem prze­orał jego pierś, godząc szty­chem w gar­dło.

Wtem na obu wal­czą­cych rzu­ciły się psy. Ciała zwie­rząt ude­rzały ich bole­śnie. Było sły­chać war­cze­nie, bły­skały szar­piące skó­rzane stroje kły.

Bairoth krzyk­nął gło­śno i odsu­nął się od Karsy, zwal­nia­jąc uścisk.

Wódz wojenny prze­to­czył się na plecy i zoba­czył, że drugi wojow­nik zachwiał się na nogach. Z obu jego rąk zwi­sały wbite w nie zębami psy. Kąsacz zato­pił kły w jego bio­drze, a pozo­stałe zwie­rzęta oto­czyły go, rów­nież gotowe gryźć. Potknął się, a potem runął na zie­mię.

- Zostaw­cie go! - ryk­nął Karsa.

Zwie­rzęta wzdry­gnęły się i odstą­piły od prze­ciw­nika, nie prze­sta­jąc war­czeć. Wsta­jąc, Karsa zauwa­żył Deluma, który przy­kuc­nął z boku. Jego twarz roz­cią­gnęła się w sza­lo­nym uśmie­chu, oczy błysz­czały, a zwi­sa­jące luźno dło­nie chwy­tały powie­trze. Potem Karsa spoj­rzał w dal i zesztyw­niał nagle. Syk­nął na psy, które w jed­nej chwili umil­kły.

Bairoth prze­to­czył się na ręce i kolana, uno­sząc głowę.

Karsa ski­nął dło­nią, a potem wycią­gnął rękę przed sie­bie.

Na ścieżce przed nimi ujrzeli świa­tło pochodni. Było jesz­cze co naj­mniej sto kro­ków od nich, ale zbli­żało się powoli. Wszel­kie dźwięki pozo­sta­wały w głębi śle­pej doliny i nie wyda­wało się praw­do­po­dobne, by intruzi usły­szeli odgłosy walki.

Karsa wycią­gnął miecz i ruszył w ich stronę, igno­ru­jąc Bairo­tha. Jeśli byli to Suny­do­wie, to wyka­zali się kary­godną nie­ostroż­no­ścią i zamie­rzał dopil­no­wać, by zapła­cili za nią życiem. Zapewne jed­nak byli to miesz­kańcy nizin. Prze­my­ka­jąc od jed­nego cie­nia do dru­giego, zauwa­żył, że pochodni jest co naj­mniej sześć. Zna­czyło to, że grupa jest dość liczna. Sły­szał też już ich głosy. Mówili w obmier­z­łym nizin­nym języku.

Bairoth biegł u jego boku. Wycią­gnął miecz. Z ran w jego ramie­niu ska­py­wała krew, pokry­wa­jąc czer­wie­nią bio­dro. Karsa łyp­nął na niego spode łba i gestem naka­zał mu się cof­nąć.

Bairoth posłu­chał go z gry­ma­sem na twa­rzy.

Obcy dotarli już do śle­pej dolinki, w któ­rej jesz­cze nie­dawno była uwię­ziona demo­nica. Na wyso­kich skal­nych ścia­nach tań­czyły plamy bla­sku pochodni. Głosy przy­brały na sile, nagle zanie­po­ko­jone.

Karsa pod­kradł się bez­gło­śnie do intru­zów i zatrzy­mał przed samą plamą świa­tła. Nali­czył dzie­wię­ciu miesz­kań­ców nizin, któ­rzy zgro­ma­dzili się wokół pustego już dołu. Dwaj mieli zbroje i hełmy, trzy­mali cięż­kie kusze, a u ich pasów zwi­sały dłu­gie mie­cze. Sta­nęli u wej­ścia do dolinki i obser­wo­wali ścieżkę. Nieco z boku zatrzy­mało się czte­rech męż­czyzn w sza­tach koloru ziemi. Włosy sple­tli sobie w opa­da­jące do przodu war­ko­cze, zwią­zane na wyso­ko­ści serca. Żaden z nich nie nosił broni.

Pozo­stali trzej wyglą­dali na zwia­dow­ców. Mieli na sobie obci­słe skó­rzane stroje i byli uzbro­jeni w krót­kie łuki oraz myśliw­skie noże. Ich czoła zdo­biły kla­nowe tatu­aże. Jeden spra­wiał wra­że­nie dowódcy, gdyż prze­ma­wiał ostrym tonem, jakby wyda­wał roz­kazy. Pozo­stali dwaj zwia­dowcy przy­kuc­nęli przy dole, wpa­tru­jąc się w kamienne pod­łoże.

Obaj straż­nicy stali w świe­tle pochodni, przez co nic wła­ści­wie nie widzieli w ota­cza­ją­cej ich ciem­no­ści. Nie wyglą­dali na szcze­gól­nie czuj­nych.

Karsa popra­wił uchwyt na krwa­wym mie­czu, wbił wzrok w bliż­szego war­tow­nika.

I rzu­cił się do ataku.

Głowa zle­ciała z bar­ków. Krew chlu­snęła stru­mie­niem. Roz­pę­dzony Karsa dotarł w miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwilą stał drugi war­tow­nik, i prze­ko­nał się, że już go tam nie ma. Odwró­cił się bły­ska­wicz­nie z prze­kleń­stwem na ustach i zaata­ko­wał trzech zwia­dow­ców.

Ci zdą­żyli się już roz­pro­szyć, wycią­ga­jąc ze świ­stem z pochew noże z czar­nego żelaza.

Karsa roze­śmiał się gło­śno. W tej śle­pej dolince o wyso­kich ścia­nach było nie­wiele miejsc, do któ­rych nie mógłby się­gnąć mie­czem. Blo­ko­wał też jedyną drogę ucieczki.

Jeden ze zwia­dow­ców krzyk­nął coś i pognał naprzód.

Drew­niany miecz Karsy ude­rzył z góry, prze­ci­na­jąc ścię­gna, a potem kość. Miesz­ka­niec nizin wrza­snął z bólu. Uryd prze­kro­czył pada­ją­cego na skałę prze­ciw­nika, wyszar­pu­jąc miecz z jego ciała.

Dwaj pozo­stali zwia­dowcy odsu­nęli się od sie­bie i zaata­ko­wali go z dwóch stron. Karsa zigno­ro­wał jed­nego z nich - poczuł, że nóż myśliw­ski o sze­ro­kim ostrzu prze­bił skó­rzaną zbroję, a potem ześli­znął się po jego żebrach - spa­ro­wał atak dru­giego i, nie prze­sta­jąc się śmiać, roz­pła­tał mu mie­czem czaszkę. Potem ude­rzył na odlew, zabi­ja­jąc ostat­niego uzbro­jo­nego prze­ciw­nika. Jego ciało pofru­nęło na skalną ścianę.

Czte­rej spo­wici w szaty miesz­kańcy nizin cze­kali na Karsę, nie oka­zu­jąc zbyt wiele stra­chu. Zaczęli cicho śpie­wać.

Powie­trze przed nimi zaświe­ciło dziw­nie. Potem wypeł­nił je skrzący się ogień, który runął w stronę Teblora, by go pochło­nąć.

Się­gnęło ku niemu tysiąc pazu­rza­stych dłoni, które szar­pały, dra­pały, ude­rzały jego ciało, twarz i oczy.

Karsa zgar­bił się i prze­szedł przez chmurę żaru.

Ogień roz­pro­szył się, pło­mie­nie umknęły w noc. Wojow­nik wzru­szył ramio­nami z cichym wark­nię­ciem, otrzą­sa­jąc się ze skut­ków ataku, po czym ruszył ku czte­rem posta­ciom.

Na twa­rzach obcych, przed chwilą jesz­cze peł­nych spo­koju i pew­no­ści sie­bie, poja­wiło się nie­do­wie­rza­nie, które prze­ro­dziło się w grozę, gdy ude­rzył w nich miecz Karsy.

Zgi­nęli rów­nie łatwo jak ich towa­rzy­sze. Po chwili Teblor stał pośród drga­ją­cych jesz­cze ciał. Na klin­dze jego mie­cza lśniła ciemna krew. Tu i ówdzie na skale leżały pochod­nie. Ich migo­tliwy, prze­sło­nięty kłę­bami dymu blask tań­czył na ścia­nach dolinki.

Poja­wił się Bairoth Gild.

- Drugi war­tow­nik uciekł, wodzu wojenny - oznaj­mił. - Psy ruszyły na łowy.

Karsa chrząk­nął.

- Karso Orlong, zabi­łeś swą pierw­szą grupę dzieci. Tro­fea należą do cie­bie.

Karsa schy­lił się i zaci­snął palce na sza­cie jed­nego z leżą­cych u jego stóp wro­gów. Pod­niósł trupa, przyj­rzał się jego maleń­kim koń­czy­nom oraz ozdo­bio­nej dziw­nymi war­ko­czami główce. Twarz pokry­wały zmarszczki, jakie u Teblora świad­czy­łyby o wielu stu­le­ciach życia, lecz mimo to roz­mia­rami nie prze­ra­stała ona buzi teblor­skiego nowo­rodka.

- Pisz­czeli jak nie­mow­lęta - stwier­dził Bairoth Gild. - Opo­wie­ści mówią prawdę. Miesz­kańcy nizin rze­czy­wi­ście są jak dzieci.

- Ale nie we wszyst­kim - zauwa­żył Karsa, przy­pa­tru­jąc się sta­rej, mar­twej twa­rzy.

- Ginęli łatwo.

- Zaiste, łatwo. - Karsa odrzu­cił ciało. - Bairo­thu Gild, to są nasi wro­go­wie. Czy uzna­jesz zwierzch­nic­two swego wodza wojen­nego?

- Na czas tej wojny - zgo­dził się Bairoth. - Karso Orlong, nie będziemy już mówili o naszej... wio­sce. To, co nas dzieli, musi zacze­kać na nasz powrót.

- Zgoda.

***

Dwa psy nie wró­ciły, a w stą­pa­niu Kąsa­cza i pozo­sta­łych, które dotarły do obozu o świ­cie, nie było śladu dumy zwy­cięz­ców. War­tow­ni­kowi nie­ocze­ki­wa­nie udało się uciec. Delum Thord, który przez całą noc tulił w ramio­nach towa­rzyszkę Kąsa­cza, zaskom­lał na widok zbli­ża­ją­cej się sfory.

Bairoth prze­niósł juki ze swego rumaka i wierz­chowca Karsy na grzbiet konia Deluma, gdyż nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ranny wojow­nik zapo­mniał, jak się jeź­dzi konno. Będzie biegł razem z psami.

- Nie­wy­klu­czone, że war­tow­nik pocho­dził znad Srebr­nego Jeziora - ode­zwał się Bairoth, gdy przy­go­to­wy­wali się do wyru­sze­nia w drogę. - Może ich ostrzec, że się zbli­żamy.

- Znaj­dziemy go - wark­nął Karsa, który przy­kuc­nął, zawią­zu­jąc na rze­mie­niu ostat­nie tro­feum. - Mógł wymknąć się psom tylko w ten spo­sób, że wdra­pał się gdzieś wysoko. To zna­czy, że nie będzie ucie­kał szybko. Musimy wypa­try­wać jego śla­dów. Jeśli szedł przez całą noc, będzie zmę­czony. Jeśli odpo­czy­wał, będzie bli­sko.

Wódz wojenny wypro­sto­wał się, uno­sząc przed sobą pełen odcię­tych uszu i języ­ków rze­mień. Przy­glą­dał się jesz­cze przez chwilę małym, sfa­ty­go­wa­nym tro­feom, a potem zawie­sił je sobie na szyi.

Sko­czył na grzbiet Havoka i zła­pał za wodzę.

Sfora Kąsa­cza ruszyła przo­dem na zwiady. Delum towa­rzy­szył psom, nio­sąc w ramio­nach trój­nogą sukę.

Ruszyli w drogę.

Nie­długo przed połu­dniem, trzy­dzie­ści kro­ków od tru­pów dwóch zagi­nio­nych psów, z któ­rych ciał ster­czały bełty, natra­fili na ślady ostat­niego miesz­kańca nizin - frag­menty zbroi oraz rze­mie­nie i ele­menty łączące. Ści­gany posta­no­wił uwol­nić się od cię­żaru.

- To dziecko jest sprytne - zauwa­żył Bairoth Gild. - Usły­szy nas, zanim my je zoba­czymy, i przy­go­tuje zasadzkę. - Wojow­nik prze­niósł spoj­rze­nie na Deluma. - Zginą kolejne psy.

Karsa pokrę­cił głową.

- Nie zastawi na nas zasadzki, bo wtedy by zgi­nął i świet­nie o tym wie. Jeżeli go dogo­nimy, będzie się pró­bo­wał ukryć. Jego jedyną nadzieją jest scho­wać się gdzieś wysoko na urwi­sku, żeby­śmy go minęli. To zna­czy, że nie zdoła dotrzeć do Srebr­nego Jeziora przed nami.

- Nie spró­bu­jemy go dopaść? - zdzi­wił się Bairoth.

- Nie. Poje­dziemy do Prze­smyku Kości.

- W takim razie on ruszy za nami. Wodzu wojenny, wróg za naszymi ple­cami...

- To tylko dziecko. Te bełty mogą zabić psa, ale dla Teblora są jak patyczki. Nasze skó­rzane zbroje wystar­czą, by zatrzy­mać więk­szość tych igie­łek...

- Musi mieć bystry wzrok, Karso Orlong, jeśli zdo­łał po ciemku zabić dwa psy. Będzie celo­wał w miej­sca, któ­rych zbroja nie osła­nia.

Karsa wzru­szył ramio­nami.

- W takim razie musimy go prze­ści­gnąć za prze­smy­kiem.

Ruszyli w dal­szą drogę. W miarę jak wspi­nali się coraz wyżej, szlak sta­wał się szer­szy. Na swym pół­noc­nym krańcu cały pła­sko­wyż wzno­sił się ku górze. Jadąc szyb­kim kłu­sem, poko­ny­wali milę za milą, aż wresz­cie póź­nym popo­łu­dniem oto­czył ich obłok mgły, a na wprost przed sobą usły­szeli niski huk.

Ścieżka koń­czyła się nagle.

Karsa ścią­gnął wodzę pośród krę­cą­cych się psów i zsu­nął się z konia.

Ściana była nie­mal pio­nowa. Dalej i po jego lewej stro­nie rzeka wyżło­biła w skale głę­boki na co naj­mniej tysiąc kro­ków prze­smyk. W dole było widać coś, co musiało być jakie­goś rodzaju skalną półką. Potem ściana opa­dała kolejny tysiąc kro­ków, ku ukry­temu we mgle dnu doliny. Spły­wało po niej kil­ka­na­ście cien­kich jak nitki wodo­spa­dów, try­ska­ją­cych ze szcze­lin w skale macie­rzy­stej po obu stro­nach prze­smyku. Po chwili Karsa zdał sobie sprawę, że coś tutaj jest nie w porządku. Dotarli do naj­wyż­szego punktu pła­sko­wyżu. Nie powinno tu być rzeki spły­wa­ją­cej swą natu­ralną trasą ku nizi­nom. Co jesz­cze dziw­niej­sze, wodo­spady wypły­wały ze skały na róż­nej wyso­ko­ści, jakby same góry były tu wypeł­nione wodą.

- Karso Orlong. - Bairoth musiał wrzesz­czeć, by prze­krzy­czeć dobie­ga­jący z dołu ryk. - Ktoś, być może jakiś sta­ro­żytny bóg, musiał prze­ciąć tę górę na pół. Tego prze­smyku nie wyrzeź­biła woda. On wygląda jak rana po ude­rze­niu gigan­tycz­nego topora. Rana, która... krwawi.

Karsa odwró­cił się, nie odpo­wia­da­jąc na słowa Bairo­tha. Na prawo od nich było widać krętą kamie­ni­stą ścieżkę, która scho­dziła w dół urwi­ska. Była stroma, a pokry­wa­jące ją okru­chy łupku lśniły wil­go­cią.

- To ma być droga zej­ścia? - Bairoth omi­nął wodza wojen­nego, po czym odwró­cił się i spoj­rzał nań z nie­do­wie­rza­niem. - Nie damy rady! Znik­nie nam pod nogami! Pod kopy­tami naszych koni! Zaiste, dotrzemy na dół, ale jak kamie­nie spa­da­jące z urwi­ska!

Karsa przy­kuc­nął i wyrwał z pod­łoża ster­czący kamień, który następ­nie rzu­cił w dół ścieżki. Tam, gdzie ude­rzył, rumo­wi­sko zadrżało i zaczęło się osu­wać przy­bie­ra­jącą na mocy falą, która po krót­kiej chwili znik­nęła we mgle.

Odsła­nia­jąc nie­równe, sze­ro­kie schody.

Wyko­nane wyłącz­nie z kości.

- Jest tak, jak mówił Pahlk - wyszep­tał Karsa, zanim odwró­cił się do Bairo­tha. - Chodź, czeka na nas szlak.

Oczy jego towa­rzy­sza skry­wały się pod opa­da­ją­cymi powie­kami.

- Zaiste, Karso Orlong. Będziemy stą­pali po praw­dzie.

Karsa skrzy­wił się wście­kle.

- To tylko droga zej­ścia z gór. Nic wię­cej, Bairo­thu Gild.

Wojow­nik wzru­szył ramio­nami.

- Skoro tak mówisz, wodzu wojenny.

Ruszył w dół za Karsą.

Kości dorów­ny­wały roz­mia­rami kościom miesz­kań­ców nizin, ale były grub­sze i masyw­niej­sze. Stward­niały już, obró­ciły się w kamień. Tu i ówdzie było widać poroża i kły, a także zdob­nie rzeź­bione hełmy, wyko­nane z cza­szek wiel­kich zwie­rząt. Wybito tu całą armię, a następ­nie ze szcząt­ków pole­głych ufor­mo­wano te maka­bryczne schody. Mgła szybko pokryła je war­stewką wil­goci, ale stop­nie były solidne, sze­ro­kie i lekko odchy­lone do tyłu, dzięki czemu trudno się było na nich pośli­znąć. Tempo zej­ścia Teblo­rów hamo­wały tylko stą­pa­jące ostroż­nie rumaki.

Wyda­wało się, że wywo­łana przez Karsę lawina odsło­niła przed nimi drogę aż do sze­ro­kiej skal­nej półki, na któ­rej zatrzy­my­wała się rzeka, nim opa­dła ku dnu doliny. Z lewej strony wojow­nicy sły­szeli coraz bliż­szy huk spły­wa­ją­cej wody, a po pra­wej mieli nagą, wyszczer­bioną skałę. Poko­nali już ponad tysiąc stopni i z każ­dym następ­nym kro­kiem ota­czała ich coraz głęb­sza ciem­ność.

Półkę z tej strony wodo­spadu oświe­tlał blady, wid­mowy blask. Gdzie­nie­gdzie uno­siły się obłoczki ciem­nej, nie­przej­rzy­stej mgły. Kości two­rzyły tu w przy­bli­że­niu równe pod­łoże. Z pra­wej strony przy­le­gały do skały, a z lewej pokry­wały dno rzeki, która huczała, potężna i mon­stru­alna, nie­spełna dwa­dzie­ścia kro­ków od nich.

Konie potrze­bo­wały odpo­czynku. Karsa popa­trzył na Bairo­tha, który pod­szedł do brzegu, a następ­nie zer­k­nął na Deluma, sku­lo­nego pośród sfory Kąsa­cza, prze­mo­czo­nego i drżą­cego. Ema­nu­jąca z kości deli­katna łuna tchnęła nie­na­tu­ral­nym zim­nem. Ota­cza­jący ich kra­jo­braz był bez­barwny i dziw­nie mar­twy. Nawet ogromna moc rzeki wyda­wała się pozba­wiona życia.

Bairoth pod­szedł bli­żej.

- Wodzu wojenny, te kości, po któ­rych stą­pamy, cią­gną się aż po drugi brzeg rzeki. Ich war­stwa nie­mal dorów­nuje gru­bo­ścią mojemu wzro­stowi, tam gdzie mogłem to dostrzec. By coś takiego stwo­rzyć, musiały zgi­nąć dzie­siątki tysięcy. Dzie­siątki dzie­siąt­ków. Cała ta półka...

- Bairo­thu Gild, wystar­czy już odpo­czynku. Z góry zsu­wają się kamie­nie. Albo war­tow­nik scho­dzi w dół, albo zbliża się kolejna lawina, która pogrze­bie to, co odsło­ni­li­śmy. Takie lawiny z pew­no­ścią zda­rzają się czę­sto, gdyż miesz­kańcy nizin wspi­nali się tędy na górę nie dalej niż kilka dni temu, a mimo to, gdy tu przy­szli­śmy, schody były zasy­pane.

Przez twarz Bairo­tha prze­mknął nagły nie­po­kój. Wojow­nik obej­rzał się przez ramię, spo­glą­da­jąc na łup­kowe kamyki, które osy­py­wały się z góry. Było ich wię­cej niż przed chwilą.

Ujęli konie za wodze i pode­szli do skraju półki. Droga przed nimi była zbyt stroma, by mogło się na niej utrzy­mać rumo­wi­sko. Schody wio­dły ser­pen­ty­nami w dół tak daleko, jak Teblo­rzy się­gali wzro­kiem. Konie spło­szyły się na ten widok.

- Karso Orlong, na tej ścieżce będziemy nara­żeni na atak.

- Tak samo jak do tej pory, Bairo­thu Gild. Miesz­ka­niec nizin, który podąża za nami, prze­ga­pił już swą naj­lep­szą szansę. Dla­tego wła­śnie sądzę, że go prze­ści­gnę­li­śmy, a te osy­pu­jące się kamie­nie zwia­stują kolejną lawinę i nic wię­cej.

Karsa zdo­łał skło­nić Havoka do wej­ścia na pierw­szy sto­pień.

Gdy zeszli trzy­dzie­ści kro­ków, usły­szeli na górze cichy łoskot o tem­brze niż­szym niż huk rzeki. Z urwi­ska posy­pał się grad kamieni, ale wszyst­kie spa­dały w pew­nej odle­gło­ści od ściany. Po krót­kiej chwili podą­żył za nim błot­ni­sty deszcz.

Szli dalej, aż wresz­cie ich członki ogar­nęło znu­że­nie. Mgła wyda­wała się teraz nieco rzad­sza, nie­wy­klu­czone jed­nak, że po pro­stu ich oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści. Kręgi słońca i gwiazd wyko­nały obroty, a oni nic nie widzieli. Upływ czasu pozwa­lały im mie­rzyć jedy­nie głód i zmę­cze­nie. Nie mogli się zatrzy­mać, dopóki nie zejdą na dół. Karsa stra­cił już rachubę ser­pen­tyn. Wyda­wało mu się, że mają przed sobą tylko tysiąc stopni, lecz poko­nali ich już znacz­nie wię­cej. Rzeka wciąż spły­wała w dół, ale widzieli tylko mgłę, syczący, lodo­waty potop, który zasła­niał przed ich oczyma dolinę na dole i niebo na górze. Świat ogra­ni­czał się do kości pod moka­sy­nami i stro­mej ściany urwi­ska.

Dotarli do następ­nej półki. Kości znik­nęły pocho­wane pod mla­ska­ją­cym bło­tem, poro­śnię­tym gdzie­nie­gdzie kępami jaskra­wo­zie­lo­nej trawy. Wszę­dzie było pełno poła­ma­nych, omsza­łych kona­rów drzew. Wszystko inne skry­wała mgła.

Konie pod­rzu­ciły rado­śnie łbami, gdy wresz­cie wypro­wa­dzili je na pła­ski teren. Doszczęt­nie prze­mo­czeni Delum i psy zbili się w grupkę. Bairoth, uty­ka­jąc, pod­szedł do Karsy.

- Wodzu wojenny, jestem pełen obaw.

Karsa zmarsz­czył brwi. Nogi się pod nim ugi­nały. Nie był w sta­nie powstrzy­mać drże­nia mię­śni.

- Dla­czego, Bairo­thu Gild? Udało się nam. Sfor­so­wa­li­śmy Prze­smyk Kości.

- Zaiste. - Bairoth kaszl­nął. - A nie­długo będziemy musieli tu wró­cić, by wspiąć się na górę.

Karsa ski­nął z namy­słem głową.

- Zasta­na­wia­łem się nad tą sprawą, Bairo­thu Gild. Niziny ota­czają łukiem nasz pła­sko­wyż. Są też inne pro­wa­dzące w górę ścieżki, leżące pro­sto na połu­dnie od ziem Ury­dów. Takie szlaki muszą ist­nieć, bo w prze­ciw­nym razie miesz­kańcy nizin ni­gdy nie poja­wia­liby się mię­dzy nami. Wra­ca­jąc, ruszymy wzdłuż zachod­niej kra­wę­dzi pła­sko­wyżu i znaj­dziemy te ukryte ścieżki.

- Mamy cały czas iść przez niziny! Jest nas tylko dwóch, Karso Orlong! Napad na gospo­dar­stwo rolne nad Srebr­nym Jezio­rem to jedno, a wojna z całym ple­mie­niem to coś cał­kiem innego. To sza­leń­stwo! Będą nas tro­pić i ści­gać przez całą drogę. Nie zdo­łamy tego doko­nać!

- Tro­pić i ści­gać? - Karsa wybuch­nął śmie­chem. - A cóż w tym nowego? Chodź, Bairo­thu Gild, musimy zna­leźć jakieś suche miej­sce, z dala od rzeki. Widzę po lewej wierz­chołki drzew. Roz­pa­limy ogni­sko i przy­po­mnimy sobie, co to zna­czy być suchym i mieć pełen żołą­dek.

Stok opa­dał tu łagod­nie, a osy­pi­sko nie­mal w cało­ści pokry­wały mchy, poro­sty oraz żyzna, czarna gleba. Dalej cią­gnął się bór pra­sta­rych sekwoi i cedrów. Na nie­bie, tu i ówdzie, było widać plamy błę­kitu, a na zie­mię padały snopy sło­necz­nego bla­sku. Gdy zna­leźli się w lesie, mgła stała się rzad­sza, prze­cho­dząc w pach­nącą butwie­ją­cym drew­nem wil­goć. Wojow­nicy poko­nali jesz­cze pięć­dzie­siąt kro­ków, aż wresz­cie zna­leźli sło­neczne miej­sce, w któ­rym osła­biony cho­robą cedr zwa­lił się jakiś czas temu na zie­mię. W zło­ci­stym powie­trzu plą­sały motyle, a ze wszyst­kich stron dobie­gały ciche odgłosy żero­wa­nia kor­ni­ków. W miej­scu, gdzie korze­nie potęż­nego drzewa zostały wyrwane z ziemi, widać było plamę nagiej skały macie­rzy­stej, suchej i ską­pa­nej w bla­sku słońca.

Karsa zaczął roz­pa­ko­wy­wać zapasy, a Bairoth zajął się zbie­ra­niem uła­ma­nych gałęzi zwa­lo­nego drzewa. Delum zna­lazł spła­cheć nagrza­nego słoń­cem mchu, poło­żył się na nim i zasnął. Karsa zasta­na­wiał się, czy nie zdjąć mu mokrego ubra­nia, gdy jed­nak zoba­czył, że reszta sfory sku­piła się wokół ran­nego wojow­nika, wzru­szył ramio­nami i wró­cił do zdej­mo­wa­nia juków z koń­skiego grzbietu.

Po krót­kiej chwili obaj Teblo­rzy sie­dzieli już nadzy na skale. Ubra­nia powie­sili na korze­niach, bli­sko ogni­ska. Z ich kości i mię­śni ustę­po­wał powoli ziąb.

- Na końcu doliny rzeka staje się szer­sza, two­rząc roz­le­wi­sko, zanim wpad­nie do jeziora - ode­zwał się Karsa. - Brzeg, na któ­rym jeste­śmy, staje się jej połu­dnio­wym brze­giem. Tuż przy wylo­cie jest skalna iglica, która zasła­nia widok na prawą stronę. Tuż za nią, na połu­dniowo-zachod­nim brzegu jeziora, znaj­duje się gospo­dar­stwo rolne. Jeste­śmy już pra­wie na miej­scu, Bairo­thu Gild.

Wojow­nik sie­dzący po dru­giej stro­nie ogni­ska roz­pro­sto­wał ramiona.

- Powiedz mi, że zaata­ku­jemy za dnia, wodzu wojenny. Zro­dziła się we mnie głę­boka nie­na­wiść do ciem­no­ści. Moje serce zwię­dło w Prze­smyku Kości.

- Za dnia, Bairo­thu Gild - zapew­nił Karsa, igno­ru­jąc ostat­nie wyzna­nie towa­rzy­sza, gdyż poru­szyło ono coś w jego duszy, wywo­łu­jąc w ustach kwa­śny posmak. - Dzieci będą pra­co­wały na polach i nie zdążą na czas dotrzeć do warow­nego domu. Gdy zoba­czą, że na nich szar­żu­jemy, poznają grozę i roz­pacz.

- To mnie cie­szy, wodzu wojenny.

***

Całą dolinę pora­stały sekwoje i cedry. Nie widziało się tu żad­nych śla­dów wyrębu. W mrocz­nym lesie było nie­wiele zwie­rzyny. Dni upły­wały im w pół­mroku. Jaśniej było jedy­nie w miej­scach, gdzie jakieś drzewo zwa­liło się na zie­mię. Ich zapasy żyw­no­ści szybko się kur­czyły, konie chu­dły na die­cie zło­żo­nej z wicio­krze­wów, mchów cul­lan oraz gorz­kich pną­czy, a psy zaczęły jeść zbu­twiałe drewno, jagody i chrząsz­cze.

Około połu­dnia czwar­tego dnia dolina się zwę­ziła, zmu­sza­jąc ich do podej­ścia do rzeki. Teblo­rzy szli dotąd przez gęsty las, daleko od jedy­nej, bie­gną­cej wzdłuż brzegu ścieżki, dzięki czemu nikt nie mógł ich zauwa­żyć, teraz jed­nak zbli­żali się wresz­cie do Srebr­nego Jeziora.

Do ujścia rzeki dotarli o zmierz­chu. Na nie­bie budził się już krąg gwiazd. Po bie­gną­cym wzdłuż kamie­ni­stego brzegu szlaku ktoś nie­dawno jechał na pół­nocny zachód, nie było jed­nak widać śla­dów powrotu. Rzeka była wartka, a powie­trze nad nią rześ­kie. W miej­scu, gdzie wpa­dała do jeziora, sze­roki wachlarz pia­sku i żwiru two­rzył wyspę usianą przy­nie­sio­nym przez wodę drew­nem. Nad taflą jeziora wisiała mgła i jego daleki pół­nocno-wschodni brzeg był słabo widoczny. Góry na tym odle­głym brzegu się­gały samego jeziora, klę­cząc we wzbu­rzo­nych od wia­tru wodach.

Karsa i Bairoth zsie­dli z koni i zaczęli się przy­go­to­wy­wać do roz­bi­cia obozu. Dzi­siaj jed­nak nie zamie­rzali roz­pa­lać ogni­ska.

- To są ślady miesz­kań­ców nizin, któ­rych zabi­łeś - zauwa­żył po chwili Bairoth. - Cie­kawe, co zamie­rzali uczy­nić w miej­scu, gdzie była uwię­ziona demo­nica.

Karsa wzru­szył ramio­nami.

- Być może chcieli ją uwol­nić.

- Nie sądzę, Karso Orlong. Czary, któ­rymi cię zaata­ko­wali, miały boski aspekt. Przy­pusz­czam, że przy­szli oddać cześć demo­nicy albo może wycią­gnąć duszę z jej ciała, tak jak stało się to z Twa­rzami w Skale. Być może dla miesz­kań­ców nizin to miej­sce było wyrocz­nią lub nawet miesz­ka­niem ich boga.

Karsa przy­glą­dał się towa­rzy­szowi przez długą chwilę.

- Bairo­thu Gild, twe słowa mają w sobie tru­ci­znę - rzekł wresz­cie. - Demo­nica nie była bogiem. Była uwię­ziona pod tym kamie­niem. Twa­rze w Skale są praw­dzi­wymi bogami. Nie można jej z nimi porów­ny­wać.

Bairoth uniósł gęste brwi.

- Karso Orlong, nie porów­nuję ich. Miesz­kańcy nizin są głupi, a Teblo­rzy nie. Są dziećmi i łatwo im jest oszu­kać samych sie­bie. Czemu nie mie­liby odda­wać czci tej demo­nicy? Powiedz mi, czy wyczu­łeś w cza­rach, któ­rymi cię zaata­ko­wali, obec­ność cze­goś żywego?

Karsa zasta­no­wił się nad tą kwe­stią.

- Coś tam było. Dra­pało, syczało i pluło. Odrzu­ci­łem to coś na bok i potem ucie­kło. To nie była moc demo­nicy.

- Fak­tycz­nie nie była, bo ona już ode­szła. Być może odda­wali cześć kamie­niowi, pod któ­rym była uwię­ziona. W nim rów­nież tkwiła magia.

- Ale nie żywa magia, Bairo­thu Gild. Nie rozu­miem toku twych myśli i męczy mnie już to bez­płodne gada­nie.

- Jestem prze­ko­nany, że kości w prze­smyku nale­żały do tych, któ­rzy uwię­zili demo­nicę - nie ustę­po­wał Bairoth. - I to wła­śnie mnie nie­po­koi, Karso Orlong, bo one bar­dzo przy­po­mi­nają kości miesz­kań­ców nizin. Co prawda, są grub­sze, ale rów­nież dzie­cin­nych roz­mia­rów. Nie­wy­klu­czone, że miesz­kańcy nizin są kuzy­nami tego sta­ro­żyt­nego ludu.

- I co z tego? - Karsa wstał. - Nie chcę już wię­cej o tym sły­szeć. Naszym jedy­nym zada­niem jest teraz wypo­cząć, a o świ­cie wstać i przy­go­to­wać broń. Jutro będziemy zabi­jać dzieci.

Pod­szedł do sto­ją­cych pod drze­wami koni. Delum sie­dział nie­opo­dal, mię­dzy psami, tuląc w ramio­nach trój­nogą towa­rzyszkę Kąsa­cza. Jedną ręką gła­skał bez­myśl­nie zwie­rzę po gło­wie. Karsa przy­glą­dał się mu przez pewien czas, po czym odwró­cił się, by przy­go­to­wać się do snu.

Gdy krąg gwiazd powoli wędro­wał przez niebo, jedy­nym sły­szal­nym dźwię­kiem był szum rzeki. W pew­nej chwili wiatr zmie­nił kie­ru­nek, przy­no­sząc ze sobą woń dymu i zwie­rząt domo­wych, a raz także ciche szcze­ka­nie psa. Leżący bez­sen­nie na łożu z mchu Karsa modlił się do Uru­gala, by o wscho­dzie słońca wiatr nie zmie­nił kie­runku. Miesz­kańcy nizin zawsze trzy­mali w swych gospo­dar­stwach psy, które peł­niły tę samą funk­cję, jak u Teblo­rów. Wraż­liwy słuch i węch pozwa­lały im szybko wykryć obec­ność obcych. To jed­nak będą psy nizin­nych ras, mniej­sze od teblor­skich. Kąsacz i jego sfora szybko się z nimi upo­rają. Nic nie ostrzeże miesz­kań­ców nizin... pod warun­kiem że wiatr nie zmieni kie­runku.

Usły­szał, że Bairoth wstał i pod­szedł do śpią­cych psów.

Karsa obej­rzał się i zoba­czył, jak jego towa­rzysz przy­kuc­nął obok Deluma. Zacie­ka­wione psy unio­sły głowy i przy­glą­dały się Bairo­thowi głasz­czą­cemu zwró­coną ku górze twarz towa­rzysza.

Minęła chwila, nim Karsa zro­zu­miał, czego jest świad­kiem. Bairoth malo­wał na twa­rzy Deluma maskę wojenną w czarno-szaro-bia­łych bar­wach Ury­dów. Maska wojenna przy­słu­gi­wała tylko tym wojow­ni­kom, któ­rzy świa­do­mie wyru­szali na śmierć. Oznaj­miała, że ich miecz ni­gdy już nie wróci do pochwy. Ten rytuał tra­dy­cyj­nie wyko­ny­wali sta­rze­jący się wojow­nicy, któ­rzy decy­do­wali się na ostat­nią wyprawę, by unik­nąć śmierci pod cię­ża­rem wieku. Karsa wstał.

Jeśli nawet Bairoth sły­szał jego kroki, niczym tego po sobie nie oka­zał. Po sze­ro­kiej, szcze­rej twa­rzy wojow­nika spły­wały łzy. Delum leżał zupeł­nie nie­ru­chomo, wbi­ja­jąc w towa­rzy­sza nie­mru­ga­jące spoj­rze­nie.

- On tego nie rozu­mie - wark­nął Karsa. - Ale ja rozu­miem. Bairo­thu Gild, hań­bisz każ­dego urydz­kiego wojow­nika, który kie­dy­kol­wiek nosił maskę wojenną.

- Czyżby, Karso Orlong? To zawsze są sta­rzy wojow­nicy, któ­rzy wyru­szają na ostat­nią bitwę. W ich czy­nach nie ma nic chwa­leb­nego, podob­nie jak w ich wojen­nych maskach. Jeśli sądzisz, że jest ina­czej, to jesteś ślep­cem. Farba niczego nie ukrywa. W ich oczach łatwo jest dostrzec despe­ra­cję. Dotarli do kresu swego życia i prze­ko­nali się, że nie miało ono zna­cze­nia. To wła­śnie ta wie­dza wyga­nia ich z wio­ski, każe szu­kać szyb­kiej śmierci. - Bairoth skoń­czył malo­wać czarną farbą i prze­szedł do bia­łej, roz­sma­ro­wu­jąc ją trzema pal­cami na sze­ro­kim czole Deluma. - Spójrz w oczy naszego przy­ja­ciela, Karso Orlong. Przyj­rzyj im się uważ­nie.

- Nic nie widzę - mruk­nął Karsa, wstrzą­śnięty sło­wami Bairo­tha.

- Podob­nie jak Delum, wodzu wojenny. On wpa­truje się w pustkę. Ale w prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie odwraca od niej wzroku. Przy­gląda się jej z peł­nym zro­zu­mie­niem. Widzi ją i jest prze­ra­żony.

- Bre­dzisz od rze­czy, Bairo­thu Gild.

- Nie­prawda. Obaj jeste­śmy Teblo­rami. Jeste­śmy wojow­ni­kami. Nie potra­fimy dać Delu­mowi pocie­sze­nia. Dla­tego ucze­pił się tej suki, zwie­rzę­cia o oczach wypeł­nio­nych cier­pie­niem. Pocie­sze­nie jest wszyst­kim, czego teraz potrze­buje. Dla­czego dałem mu maskę wojenną? Delum Thord dziś zgi­nie, Karso Orlong. Być może to da mu pocie­sze­nie. Modlę się do Uru­gala, by tak się stało.

Karsa uniósł wzrok ku niebu.

- Krąg nie­mal już ukoń­czył swój obrót. Musimy się przy­go­to­wać.

- Pra­wie skoń­czy­łem, wodzu wojenny.

Konie poru­szyły się nie­spo­koj­nie, gdy Karsa wysma­ro­wał krwa­wym ole­jem drew­nianą klingę mie­cza. Psy wstały już i wier­ciły się ner­wowo. Bairoth skoń­czył malo­wać twarz Deluma i poszedł zająć się wła­sną bro­nią. Trój­noga suka szar­pała się w obję­ciach skom­lą­cego wojow­nika, ale on przy­ci­skał ją tylko coraz moc­niej, aż wresz­cie ciche wark­nię­cie Kąsa­cza zmu­siło go do wypusz­cze­nia jej.

Karsa zabez­pie­czył osło­nami z utwar­dza­nej skóry pierś, szyję i nogi Havoka. Gdy upo­rał się z tym zada­niem, spoj­rzał na Bairo­tha, który sie­dział już na swym wierz­chowcu. Ruma­kowi Deluma rów­nież wło­żyli zbroję, ale nie zawią­zali mu wodzy. Wszyst­kie zwie­rzęta drżały.

- Wodzu wojenny, do tej pory rela­cje twego dziadka nie zawie­rały żad­nych nie­ści­sło­ści. Opisz mi roz­kład tego gospo­dar­stwa.

- Jest tam zbu­do­wany z kłód dom wiel­ko­ści dwóch urydz­kich domostw. Jego górną kon­dy­gna­cję przy­krywa stromy dach. W gru­bych okien­ni­cach są otwory strzel­ni­cze, a z przodu i z tyłu budynku grube drzwi, które szybko można zabez­pie­czyć zasu­wami. Są tam też trzy mniej­sze budynki. W tym, który stoi naj­bli­żej i ma jedną wspólną ścianę z domem, trzy­mają zwie­rzęta. W dru­gim jest kuź­nia, a trzeci to gli­niana chata, w któ­rej zapewne miesz­kali przed wybu­do­wa­niem domu z kłód. Jest też przy­stań nad jezio­rem, słupy cumow­ni­cze i kor­ral dla małych, nizin­nych koni.

Bairoth zmarsz­czył brwi.

- Wodzu wojenny, ile poko­leń miesz­kań­ców nizin minęło od czasu wyprawy Pahlka?

Karsa wsko­czył na grzbiet Havoka, wzru­sza­jąc ramio­nami w odpo­wie­dzi na pyta­nie Bairo­tha.

- Dość już tego. Czy jesteś gotowy, Bairo­thu Gild?

- Pro­wadź mnie, wodzu wojenny.

Karsa skie­ro­wał Havoka na bie­gnący wzdłuż rzeki szlak. Jej ujście mieli po lewej stro­nie, nato­miast po pra­wej pię­trzyła się wysoka, góru­jąca nad brze­giem jeziora skała. Jej szczyt pora­stały drzewa. Mię­dzy nią a wodą wiła się sze­roka kamie­ni­sta plaża.

Wiatr nie zmie­nił kie­runku. Niósł ze sobą woń dymu i nawozu. Psy z gospo­dar­stwa mil­czały.

Karsa wycią­gnął miecz i prze­su­nął błysz­czącą klingę przed noz­drzami Havoka. Rumak uniósł łeb. Prze­szedł z kłusa w galop i wypadł na kamie­ni­stą plażę. Po lewej stro­nie miał wodę, a po pra­wej skalną ścianę. Z tyłu sły­chać było stu­kot ude­rza­ją­cych o kamie­nie kopyt konia Bairo­tha, a jesz­cze dalej psy, Deluma i jego konia, który pozo­stał z tyłu, by być bli­sko daw­nego pana.

Gdy tylko miną skałę, skręcą ostro w prawo i w mgnie­niu oka runą na nie­spo­dzie­wa­jące się ataku dzieci.

Z galopu w cwał.

Skalne urwi­sko znik­nęło, zastą­pione pła­skimi polami upraw­nymi.

Z cwału w szarżę.

Gospo­dar­stwo - poczer­niałe od dymu ruiny led­wie widoczne za wysoką kuku­ry­dzą - a tuż za nim, roz­cią­gnięte wzdłuż brzegu jeziora i się­ga­jące aż po pod­stawę góry, mia­steczko.

Wyso­kie, kamienne budynki, nabrzeża z kamie­nia i tło­czące się przy nich łodzie. Kamienny mur ota­cza­jący więk­szość domów, wyso­ko­ścią dorów­nu­jący doro­słemu miesz­kań­cowi nizin. Główna droga, brama, a po obu jej stro­nach przy­sa­dzi­ste wieże o pła­skich szczy­tach. Uno­szące się nad nimi obłoki dymu.

Sto­jące na wie­żach posta­cie.

Kolejni miesz­kańcy nizin - wię­cej, niż mógł zli­czyć - któ­rzy usły­szeli bicie w dzwon i bie­gli ku bra­mie z pól, porzu­ca­jąc rol­ni­cze narzę­dzia.

Bairoth ryk­nął coś za jego ple­cami. Nie był to okrzyk wojenny. Jego głos był pełen lęku. Karsa zigno­ro­wał go. Doga­niał już pierw­szych ucie­ka­ją­cych rol­ni­ków. Zała­twi kilku po dro­dze, ale nie zmniej­szy tempa. Zostawi te dzieci sfo­rze. Jemu cho­dziło o te w mia­steczku, które kryły się za swym żało­snym mur­kiem, za zamy­ka­jącą się już bramą.

Bły­snął miecz i tylna część głowy miesz­kańca nizin spa­dła na zie­mię. Havok stra­to­wał następ­nego - kobietę, która wrza­snęła gło­śno, wpa­da­jąc pod jego kopyta.

Brama zatrza­snęła się z łosko­tem.

Karsa skie­ro­wał Havoka w lewo i pochy­lił się, wbi­ja­jąc wzrok w mur. Obok prze­mknął bełt z kuszy, który wbił się w zrytą bruz­dami zie­mię dzie­sięć kro­ków na prawo od niego. Następny prze­mknął ze świ­stem nad jego głową.

Żaden nizinny koń nie zdo­łałby prze­sko­czyć przez ten mur, ale Havok był wysoki na dwa­dzie­ścia sześć dłoni i pra­wie dwu­krot­nie prze­ra­stał wzro­stem oraz cię­ża­rem nizinne rasy. Olbrzymi rumak napiął mię­śnie, wzbił się w górę i bez wysiłku prze­fru­nął nad murem.

Wylą­do­wał przed­nimi kopy­tami na pochy­łym dachu szopy. Dachówki pofru­nęły na wszyst­kie strony, drew­niane belki zła­mały się z trza­skiem. Mały budy­nek roz­le­ciał się pod cię­ża­rem konia i jeźdźca. Ucie­kły z niego pierz­cha­jące we wszyst­kie strony kury. Havok potknął się, szu­ka­jąc opar­cia dla nóg, po czym pomknął błot­ni­stą, nazna­czoną kole­inami uliczką.

Wyrósł przed nimi kolejny budy­nek, tym razem kamienny. Havok skrę­cił w prawo. W wej­ściu nagle poja­wiła się jakaś postać. Twarz miała okrą­głą, a oczy sze­roko wyba­łu­szone. Karsa ciął mie­czem na odlew, roz­sz­cze­pia­jąc czaszkę miesz­kańca nizin, gdy tylko ten wychy­lił się za próg. Zabity okrę­cił się wokół osi, nim jesz­cze nogi się pod nim ugięły.

Havok pomknął z łosko­tem kopyt ku bra­mie. Karsa sły­szał odgłosy rzezi, do któ­rej doszło na zewnątrz. Wyglą­dało na to, że więk­szość robot­ni­ków nie zdą­żyła skryć się za bramą przed jej zamknię­ciem. Dwu­na­stu straż­ni­ków opu­ściło zasuwę i zaczęło for­mo­wać obronny szyk, gdy runął na nich wódz wojenny.

Żela­zny hełm pękł i spadł z głowy kona­ją­cego dziecka, jakby pró­bo­wał ugryźć wyszar­py­wany z niej miecz. Zadane na odlew cię­cie oddzie­liło ramię i bark dru­giego dziecka od ciała. Havok stra­to­wał trze­ciego war­tow­nika, odwró­cił się bły­ska­wicz­nie i wierz­gnął tyl­nymi kopy­tami, tra­fia­jąc czwar­tego, który ude­rzył o bramę, a miecz wypadł mu z rąk.

Miecz - w oczach Karsy nie więk­szy od dłu­giego noża - wbił się w skó­rzaną zbroję na jego udzie, prze­ci­na­jąc dwie, może trzy war­stwy, nim ostrze się odbiło. Teblor zdzie­lił miesz­kańca nizin gałką mie­cza w twarz. Poczuł, jak pękają kości. Kop­nął dziecko, które zato­czyło się do tyłu. Inni wro­go­wie pierz­chali w panice przed jego ata­kiem. Karsa ze śmie­chem popę­dził Havoka naprzód.

Powa­lił kolej­nego war­tow­nika, pod­czas gdy pozo­stali umknęli ulicą.

Coś ude­rzyło Teblora w plecy. Potem na chwilę roz­kwitł tam pie­kący ból. Karsa wycią­gnął rękę, wyszarp­nął bełt i odrzu­cił go na bok. Po chwili zsu­nął się z konia wpa­trzony w zamkniętą bramę. Zamy­ka­jącą ją grubą deskę zabez­pie­czały meta­lowe rygle.

Cof­nął się o trzy kroki, pochy­lił bark, wziął roz­pęd i wal­nął z całej siły w bramę.

Ude­rze­nie wyrwało meta­lowe sworz­nie, które utrzy­my­wały zawiasy mię­dzy połą­czo­nymi zaprawą kamien­nymi blo­kami. Cała brama runęła na zewnątrz. Wieża po pra­wej stro­nie Karsy osu­nęła się nagle z gło­śnym skrzy­pie­niem. Z jej środka dobie­gły krzyki. Kamienny mur zaczął się osy­py­wać.

Z gło­śnym prze­kleń­stwem Karsa cof­nął się na ulicę. Wieża runęła na zie­mię w obło­kach kurzu.

Przez białą, skłę­bioną chmurę prze­mknął Bairoth. Jego miecz ocie­kał krwią. Rumak wojow­nika prze­sko­czył stertę gruzu. Za nim podą­żyły psy, a wraz z nimi Delum i jego koń. Delum Thord miał usta usma­ro­wane krwią i Karsa zdał sobie z lek­kim szo­kiem sprawę, że wojow­nik prze­gryzł gar­dło jed­nemu z dzieci, tak jak zro­biłby to pies.

Gdy Bairoth ścią­gnął wodzę, spod kopyt rumaka try­snęło błoto.

Karsa wsko­czył na grzbiet Havoka i zawró­cił konia w stronę ulicy.

Poja­wił się czwo­ro­bok bie­gną­cych truch­tem piki­nie­rów. Dłu­gie drzewca koły­sały się w ich rękach, a żela­zne ostrza lśniły w bla­sku poranka. Od Teblo­rów dzie­liło ich jesz­cze trzy­dzie­ści kro­ków.

Od zadu rumaka Bairo­tha odbił się bełt, wystrze­lony z okna na pię­trze.

Za murem roz­legł się tętent cwa­łu­ją­cych koni.

Bairoth chrząk­nął.

- Czeka nas zbrojny odwrót, wodzu wojenny.

- Odwrót? - Karsa wybuch­nął śmie­chem. Wska­zał pod­bród­kiem na zbli­ża­ją­cych się piki­nie­rów. - Jest ich naj­wy­żej trzy­dzie­stu, a dzieci z dłu­gimi włócz­niami na­dal pozo­stają dziećmi, Bairo­thu Gild. Chodź, roz­pę­dzimy je!

Bairoth zaklął i wydo­był swój wyko­nany z niedź­wie­dziej czaszki bolas.

- Ruszaj pierw­szy, Karso Orlong, by nie dostrze­gli moich przy­go­to­wań.

Roz­ra­do­wany Karsa obna­żył zęby i popę­dził Havoka naprzód. Psy usta­wiły się w wachlarz po obu jego bokach. Delum zajął pozy­cję na pra­wym skrzy­dle.

Czwo­ro­bok się zatrzy­mał. Żoł­nie­rze pochy­lili piki, trzy­ma­jąc je na wyso­ko­ści piersi.

Okna na pię­trze po obu stro­nach ulicy otwo­rzyły się. Poja­wiły się w nich twa­rze dzieci, pra­gną­cych ujrzeć to, co się za chwilę wyda­rzy.

- Uru­galu! - ryk­nął Karsa, skła­nia­jąc Havoka do szarży. - Bądź świad­kiem!

Za jego ple­cami sły­chać było tętent kopyt rumaka Bairo­tha, który mknął z rów­nie wielką szyb­ko­ścią, a także coraz gło­śniej­szy fur­kot czaszki sza­rego niedź­wie­dzia, wiru­ją­cej nad głową wojow­nika.

Gdy Karsę dzie­liło od pik już tylko dzie­sięć kro­ków, Bairoth ryk­nął gło­śno. Wódz wojenny pochy­lił się i skrę­cił w lewo, spo­wal­nia­jąc sza­leń­czą szarżę Havoka.

Coś wiel­kiego prze­mknęło ze świ­stem tuż obok jego głowy. Karsa obej­rzał się, by zoba­czyć, jak ogromny bolas ude­rza w czwo­ro­bok żoł­nie­rzy.

Krwawy chaos. Trzy z pię­ciu sze­re­gów na ziemi. Prze­raź­liwe krzyki.

Potem oto­czyły ich psy, za któ­rymi pędził rumak Deluma.

Karsa ponow­nie zawró­cił wierz­chowca i popę­dził na roz­pro­szony czwo­ro­bok. Przy­był aku­rat na czas, by wedrzeć się w tłum razem z Bairo­them. Odbi­ja­jąc na boki nie­liczne chwie­jące się piki, w ciągu dwu­dzie­stu ude­rzeń serca zabili te dzieci, któ­rych nie powa­liły psy.

- Wodzu wojenny!

Karsa wyszarp­nął krwawy miecz z ciała ostat­niej ofiary i odwró­cił się na krzyk Bairo­tha.

Poja­wił się kolejny czwo­ro­bok żoł­nie­rzy. Tym razem po jego bokach zmie­rzali kusz­nicy. W sumie było ich pięć­dzie­się­ciu, może sześć­dzie­się­ciu.

Karsa skrzy­wił się, spo­glą­da­jąc w stronę bramy. Z obło­ków kurzu wyła­niało się powoli dwa­dzie­ścioro kon­nych dzieci. Wszyst­kie były zakute w cięż­kie zbroje pły­towe i kol­czugi. Za nimi podą­żały na pie­chotę następne. Nie­które miały łuki, inne obu­sieczne topory, mie­cze albo dzi­ryty.

- Pro­wadź mnie, wodzu wojenny!

Karsa prze­szył Bairo­tha wście­kłym spoj­rze­niem.

- Uczy­nię to, Bairo­thu Gild! - Zawró­cił Havoka. - To boczne przej­ście pro­wa­dzi do brzegu. Omi­niemy ści­ga­ją­cych. Powiedz mi, Bairo­thu Gild, czy uwa­żasz, że zabi­li­śmy już wystar­cza­jąco wiele dzieci?

- Zaiste, Karso Orlong.

- No to za mną!

Boczna uliczka dorów­ny­wała nie­mal sze­ro­ko­ścią głów­nej i pro­wa­dziła pro­sto do jeziora. Stały przy niej domy miesz­kalne, sklepy oraz maga­zyny. W oknach, drzwiach oraz wylo­tach zauł­ków widać było wid­mowe posta­cie. Teblo­rzy mknęli przed sie­bie. Uliczka koń­czyła się dwa­dzie­ścia kro­ków od brzegu. Dalej cią­gnął się sze­roki pod­jazd z desek scho­dzący na nabrzeże. Wokół niego na ziemi walało się pełno roz­ma­itych odpad­ków, lecz przede wszyst­kim rzu­cały się w oczy wiel­kie sterty bia­łych kości, leżące u pod­nóża słu­pów, na któ­rych szczy­tach zatknięto czaszki.

Czaszki Teblo­rów.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki