Marzenie królów
Ojciec i syn pojawili się pod koniec pory
deszczów. Obaj mieli długie nogi i wysokie czoła mieszkańców
pogórza rozciągającego się na północ od miasta, ale włosy dorosłego były
zupełnie siwe, co nie pasowało do wieku chłopaka. Weszli do izby, a krople ściekały z ich obszernych szat na gołe łydki i stopy, i dalej na
klepisko.
- Szliśmy do miasta przez dziewięć dni. Byliśmy u wielu medyków,
wielmożny panie Pakh - odezwał się ojciec. Starał się nadać swojemu
głosowi godny ton, tak jakby nadal mógł wybierać. - Powiedzieli, że nam
pomożesz.
Stojący z tyłu chłopak trzymał głowę przechyloną na bok i mrugał szybko,
być może nie mogąc przyzwyczaić się do półmroku panującego w izbie.
Wielki brązowoczerwony guz po lewej stronie jego szyi rozlewał się od
szczęki w dół, aż do obojczyka.
Człowiek, do którego przyszli, nie nazywał się naprawdę Pakh. Przyjął to
imię, kiedy go wygnano z równin, i szybko je znienawidził, podobnie jak
całe miasto, w którym znalazł schronienie. Co jakiś czas przyjmował
pojedynczych pacjentów z niewielkimi dolegliwościami. Wiedział, że to za
mało, by jego imię stało się rozpoznawalne, a przybysze trafiali do
niego tylko dlatego, że nie został im nikt inny. Nie obchodziło go to.
Od dawna pracował nad magiczną więzią i uznał, że lepsza okazja nie
nadarzy mu się szybko.
- Masz pieniądze? - zapytał ojca.
W tym przeklętym miejscu nawet kilka monet na dłoni siwowłosego
wyglądało jak kupka mokrej gliny. Pakh wyjął igłę w kościanym uchwycie i tusz, po czym kazał mężczyźnie rozebrać się do pasa.
- To lekarstwo?
- Połączę was tak, żeby twoje siły życiowe pomogły mu w walce z chorobą.
Dobrze, żebyś miał ich jeszcze trochę. I żebyś nie bał się bólu.
- Sił mam tyle, co każdy - odparł tamten. - To moje jedyne dziecko.
Wzdrygnął się lekko, gdy Pakh wbił igłę płytko w jego pierś, dwa palce
poniżej ciemnego sutka. Przez cały zabieg jego twarz pozostawała
obojętna, choć każde ukłucie z pewnością paliło jak użądlenie stepowego
szerszenia. Pakh metodycznie tatuował fragment po fragmencie głównej
linii dokoła klatki piersiowej przybysza, dodawał jedną albo dwie
krótkie odnogi ze Słowami na końcach, przesuwał zydel o pół stopy i wracał do głównej linii. Po skończeniu okrążenia nakazał staremu
podnieść ręce i sprawdził, czy główny pas nie ma żadnych przerw. W słabym świetle izby linie tatuażu były niemal niewidzialne, jak bluszcz
oplatający pień drzewa od dziesiątków lat, dość długo, by wrosnąć w nierówności i załomy kory.
Pakh zdecydował, że pięć pełnych linii wystarczy. Kiedy skończył, piekły
go oczy, a pod czaszką pulsowała krew - od pracy z igłą przy słabym
świetle i z powodu utraty części magicznej aury, którą wprowadził we
wzory. Siwowłosy siedział nieporuszony, z oczami utkwionymi w przeciwległej ścianie. Zapewne odkrył w swojej świadomości istnienie
nowej siły i próbował przyzwyczaić się do jej obecności, albo ją usunąć.
- Co teraz? - zapytał.
- Pomożesz mi zbudować imperium, któremu nic nie dorówna. A potem
zjednoczyć świat. Wojny skończą się raz na zawsze, nastanie nowy wiek
pokoju i porządku. Czy to nie jest cel, któremu warto poświęcić resztę
życia?
Siwowłosy skinął niepewnie głową.
- Już raz próbowałem tego dokonać, ale otaczali mnie głupcy i tchórze.
Bali się, że stracą swoje brzydkie szkapy i równie brzydkie żony. I władzę, sięgającą nie dalej niż smród z ich namiotów. - Wspomnienie
porażki sprzed lat sprawiło, że mięśnie Pakha znowu się napięły. - Teraz
będzie inaczej, bo ty mnie nie zdradzisz. Mam rację?
- Tak.
- Takich jak ty będą tysiące, wszyscy jak jedno ciało kierowane jedną
wolą. Władca, którego żołnierze nigdy nie zdradzą i nie zwątpią w zwycięstwo, może przegrać bitwę, ale wygra każdą wojnę.
- Co z nim?
Chłopak siedział na ziemi w kącie izby z głową opartą nierówno o ścianę
i z zamkniętymi oczami.
- Nie martw się - powiedział Pakh. - Potrafię sprawić, by wróciły ci
męskie siły. Będziesz jeszcze miał wiele zdrowych dzieci, synów i córki.
Ich potomkowie staną się liczni jak ziarnka piasku na pustyni.
- Więc on nie jest ważny?
- Dzięki niemu do mnie dotarłeś. Więcej nie jest potrzebne.
Zmarszczki wokół oczu starego zniknęły, jakby w jednej chwili zapomniał
o zmartwieniu, które odbierało mu sen i apetyt przez całe miesiące.
- Teraz zrób to - powiedział Pakh łagodnie. - Czekałem wystarczająco
długo.
Mężczyzna podniósł się i sięgnął do swojego płaszcza. Wyjął z jego
fałdów długi nóż. Pakh widział wiele śmierci i potrafił ocenić, kiedy
żołnierz waha się przed zadaniem ciosu albo zastanawia nad skierowaniem
ostrza w stronę dowódcy, a nie celu, który ten wskazał. Teraz nie
dostrzegł niczego niepokojącego: ruchy przybysza były spokojne i celowe,
jakby przymierzał się do zabicia owcy ze stada liczącego setki sztuk.
Chłopak nie bronił się. Pisnął, gdy lewa dłoń ojca chwyciła go za włosy,
a potem opadł na ziemię. Ciemna plama na klepisku nie różniła się wiele
od wcześniejszych, które zrobili przybysze, wchodząc z deszczu do
wnętrza izby.
Siwowłosy otarł ostrze o połę szaty swojego dziecka i wyprostował się,
gotowy do spełnienia kolejnych poleceń.
- Pójdziemy na północ - powiedział mag. - Na pewno znasz dobre przejście
przez góry albo możesz znaleźć przewodnika. Lepiej zrób to sam, nie
zostało mi za wiele magii do oddania.
Odwrócił się w stronę wejścia, napawając się świadomością, że ma za
plecami uzbrojonego sługę, któremu przed chwilą zabrał syna - i że wcale
się tego nie obawia. Wyszli na wciąż padający deszcz i ruszyli w stronę
najbliższej bramy.
Rozdział 1 (Koro)
Stajnia w Czwartym Forcie Linii Sandoval
była długim budynkiem z łupkowym dachem i szerokimi, malowanymi na
czerwono wrotami na obu końcach. Wiosenny ranek dopiero się zaczynał,
kiedy Koro wszedł do środka, niosąc na rękach siodło ortisa i rękawicę.
Skręcił w boczny korytarz i spostrzegł swojego stajennego, Marca.
Chłopak stał przy boksie Nanú, wypatrując czegoś we wnętrzu przez
szczeliny między deskami. Wydawał się tym całkiem zaabsorbowany.
Jeździec chciał powiedzieć coś zabawnego na powitanie, ale wpadł na
lepszy pomysł. Ostrożnie położył osprzęt pod ścianą i na palcach
podszedł do stajennego. Klepnął go w ramię, aż ten prawie podskoczył.
- Sygnał zagrożenia?
Marc złożył pospiesznie wargi, ale dźwięk, który udało mu się wydobyć z ust, nie miał wiele wspólnego ze świstem, jakim wielkie ptaki ostrzegają
się przed niebezpieczeństwem. Jeździec roześmiał się głośno. Chłopak
spróbował ponownie, ale wyszło mu równie źle. Spuścił głowę. Był
niewysoki, jego kaftan wyglądał jak uszyty na kogoś znacznie
roślejszego. Koro przestał się śmiać i znowu klepnął stajennego w ramię,
tym razem łagodniej i bardziej przyjacielsko.
- Przecież to tylko żarty. Nie nauczysz się wszystkiego od razu.
- Kiedy stąd odlecisz, nie nauczę się już niczego - odparł Marc ponuro.
- Wtedy już nie będziesz tego potrzebował. Na razie po prostu
przyzwyczajaj ją do siebie. To wystarczy, żebyś mógł usiąść za moimi
plecami.
Chłopak nie wydawał się przekonany, ale wspomnienie obiecanej
przejażdżki na grzbiecie zwierzęcia sprawiło, że się rozchmurzył.
Poprosił, żeby Koro opowiedział mu jeszcze o poskramianiu skrzydlatych
wierzchowców. Ortisy gnieździły się na kilku wysepkach na zachodnim
wybrzeżu Goanii, daleko od wszystkich szlaków morskich. Kandydaci na
jeźdźców musieli niewielką łódką dostać się na skalisty brzeg i wykraść
pisklę z któregoś z gniazd, bronionych przez dorosłe dzikie ortisy.
Potem czekało ich życie razem z podopiecznym: karmienie, nauka
posłuszeństwa, wspólne bieganie i machanie rękami, kiedy mięśnie
skrzydeł dorastającego ptaka potrzebowały ćwiczeń.
- Zacząłem, kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku - powiedział Koro. -
Minęło pięć lat, zanim Nanú stała się dość silna, by zabrać mnie w powietrze.
- Ale nie żałujesz tego czasu.
- Ani jednej chwili. - Jeździec się uśmiechnął. - Dobrze, teraz przynieś
siodło i rękawicę. To mój ortis, ale nie zamierzam karmić jej gołą ręką.
Chłopak odwrócił się pospiesznie w stronę leżącego na ziemi ekwipunku i niemal wpadł na nadchodzącego korytarzem mężczyznę w kubraku z drogiego
cienkiego sukna. W ostatniej chwili udało mu się zatrzymać.
- Prze...praszam, panie de Soria - bąknął. - Nie zauważyłem pana.
Mężczyzna zatrzymał się na środku przejścia.
- Kiedy będziesz szedł z koniem, też przeprowadzisz go po moich plecach?
- burknął. - Masztalerze powinni pilnować takich darmozjadów jak ty.
- Staram się... pilnować siebie samego. Ale tak, proszę pana. Ma pan
rację.
- Kto za ciebie odpowiada?
- Chłopak nie jest winny - odezwał się Koro. Wiedział już, że na Linii
Sandoval posługacze i stajenni stoją na samym dole hierarchii i zawsze
płacą za swoje błędy. Za nie swoje zresztą też. - Zajmuje się tylko moim
wierzchowcem i ja wydaję mu polecenia. Kazałem mu się pospieszyć,
dlatego prawie na ciebie wpadł.
Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę. Wskazał Koro palcem.
- To ty jesteś tym przybłędą z Goanii, przysłanym tu przez Kancelarię -
stwierdził. - Zrobili się tak pewni siebie, że nawet nie uczą swoich
sług, jak poprawnie zwracać się do rycerzy Świętego Królestwa. Czego tu
szukasz, Goańczyku?
- Tu w stajni? Trzymam swojego ortisa. Nie zauważyłeś, że zwierzę za
moimi plecami nie jest koniem?
- Nie udawaj głupka. Wiesz, o co mi chodzi.
- Wiem, że nie muszę się tłumaczyć. Napisz do radcy de Josarta, może ci
odpowie.
Doaryjczyk znieruchomiał.
- Dopiero co tu przyleciałeś. Nie czuj się tak pewnie.
- Wolni jeźdźcy przylatują i odlatują, kiedy chcą. To żaden powód do
niepewności - odparł Koro. - A chłopak nawet cię nie dotknął. Przeprosił
raz, to wystarczy.
De Soria zacisnął zęby, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Na
zewnątrz chyba spotkał kogoś, na kim mógł wyładować złość, bo do uszu
Koro dobiegły jego pojedyncze słowa, wypowiadane ostrym tonem.
- To moja wina - odezwał się Marc. - Powinienem był bardziej uważać.
- Wcale nie. Rozmawiałem tu z kilkoma rycerzami, wszyscy są tacy, jak de
Soria. Pochodzą ze starych doaryjskich rodów i wierzą, że to czyni ich
lepszymi niż ty czy ja.
- Można się do tego przyzwyczaić. - W głosie stajennego zabrzmiała
rezygnacja.
- Do wrzasków i poszturchiwań też?
- Cztery lata wystarczą na wszystko.
Koro pomyślał, że chyba by umarł, gdyby miał tyle wytrzymać w jednym
miejscu, do tego pomiatany przez pyszałków w drogich kubrakach.
- Jutro spróbujemy wejść razem do boksu - powiedział. - Chociaż nie
obiecuję, że nam się uda, to zależy też od jej nastroju. A teraz idź już
po siodło.
Stojący w boksie ptak podniósł głowę i z wysokości ponad dziesięciu stóp
obserwował rozmawiających ludzi. Koro pamiętał Nanú jako pisklę, ale
teraz była to już dorosła samica ortisa, z prostym bladożółtym dziobem,
silnymi rdzawymi skrzydłami i obfitą kryzą białych piór ozdabiającą
nasadę długiej szyi. Pomiędzy deskami boksu prześwitywały jej długie
nogi, pokryte krótkimi miękkimi piórami. Środkowy palec każdej stopy
kończył się pazurem, długim na trzy cale.
Mężczyzna założył na prawą rękę rękawicę i dał samicy kilka kawałków
suszonego mięsa, specjalnie przygotowanych na tę okazję. Potem przyszła
kolej na siodło i ogłowie. Kiedy ortis był gotowy do lotu, Koro
wyprowadził go na dziedziniec fortu. Wzbili się w powietrze i jeździec
skierował wierzchowca na północ, w stronę Nortyngii.
Przyleciał do Doire jeszcze w zeszłym roku, kiedy nad oceanem wiał wiatr
z południowego zachodu, znany na wybrzeżu jako tahiz. Niesiony jego
podmuchami ptak pokonywał bez trudu połacie wody pomiędzy kolejnymi
skrawkami lądu, coraz dalej od brzegów rodzinnego kontynentu Koro.
Jeździec wybierał drogę, kierując się opowieściami rybaków z wysp, na
których co jakiś czas się zatrzymywali, albo bardziej subtelnymi
wskazówkami dawanymi przez chmury, fale i grupki morskich ptaków
pojawiających się na tle nieba powyżej toru ich lotu albo na tle wody
poniżej. Ufał swojemu poczuciu kierunku, wyćwiczonemu w czasie
wcześniejszych wędrówek po całej Goanii; kiedy ono nic mu nie
podpowiadało, mógł liczyć na zmysły ortisa. Tak dotarli do brzegów
Poncji.
Na miejscu, w Królestwie Doire, okazało się, że Koro jest pierwszym
jeźdźcem, który zdołał pokonać ocean. Wieści o wielkich skrzydlatych
wierzchowcach i dosiadających ich szczupłych ciemnoskórych mężczyznach
dotarły już na północny kontynent, doaryjscy kupcy zdołali nawet
przywieźć do stolicy kilka wyprawionych skór z piórami, które sprzedano
miejscowym wielmożom za znaczne sumy. Jednak żywego ptaka wcześniej tu
nie widziano. Koro po przylocie spędził kilka miesięcy w południowych
prowincjach Królestwa. Wędrował z miasteczka do miasteczka, przyglądając
się mieszkającym w nich ludziom. Zarobił też trochę srebra, przewożąc
wiadomości między posiadłościami miejscowych panów albo po prostu
pojawiając się na jarmarkach, gdzie Nanú zawsze budziła zainteresowanie.
Wraz z końcem zimy w mężczyźnie odezwała się tęsknota, od wieków gnająca
wolnych jeźdźców z miejsca na miejsce. Był już zdecydowany wyruszyć w dalszą podróż, obejrzeć mgliste północne wyspy albo egzotyczne państwa
daleko na wschodzie, gdy odnalazł go wysłannik Królewskiej Kancelarii
Doire, radca de Josart.
Okazał się on człowiekiem bystrym i wymownym. Podzielił się
wspomnieniami z kilku własnych wypraw, opowiedział o doaryjskich
faktoriach handlowych działających na goańskim wybrzeżu. Następnie
rozmowa zeszła na dalsze plany młodego wędrowca. De Josart zaoferował mu
zaciągnięcie się na stałe na służbę Doire, ale nie wydawał się
zaskoczony ani zniechęcony, gdy usłyszał, że Koro ma jeszcze sporo
świata do obejrzenia. Zamiast tego zaproponował, aby jeździec spędził
trochę czasu na północnej granicy Królestwa, na Linii Sandoval.
"Nortyngijskie najazdy przez stulecia pustoszyły północne prowincje" -
powiedział. "Teraz zdarzają się rzadziej, ale wciąż mamy się na
baczności. Polatasz nad granicą, może uda ci się wypatrzeć coś ciekawego
po drugiej stronie. A nawet jeśli nie, nie zmarnujemy tego czasu. Ty
zarobisz trochę pieniędzy, my w Kancelarii zastanowimy się, czy nie mamy
dla ciebie innej, ciekawszej oferty. Wędrowców takich jak ty nie da się
do niczego zmusić, ale można spróbować ich przekonać" - dodał z uśmiechem. Zaliczka w wysokości dwunastu złotych monet przekraczała
oczekiwania Koro co do wynagrodzenia za miesiąc lotów; prawdę
powiedziawszy, przekraczałaby je nawet, gdyby chodziło o trzy miesiące.
Mężczyzna nie zastanawiał się długo.
Tego dnia patrol nad Nortyngią odbył się tak samo, jak poprzednie. Koro
przyjrzał się z powietrza dwom kamiennym fortom z solidnymi wieżami i dużej wiosce przy drodze na północ, ale nie dostrzegł żadnych śladów
wskazujących na przygotowania do ataku. Dla pewności zatoczył kilka
kręgów nad okolicą, po czym skierował ptaka z powrotem na południe. Już
nad terytorium Doire dostrzegł dużą połać nagrzanego przez słońce pola
obok pasma chłodnego lasu. Nad ich granicą uformował się prąd powietrza,
który uniósł Nanú w górę i pozwolił jej szybować bez wysiłku przez sporą
część drogi do domu. Kiedy ptak obniżył lot, Koro wypatrzył kolejny prąd
wznoszący, a potem jeszcze jeden. Wylądowali w Czwartym Forcie przed
zmierzchem.
Jeździec oporządził ptaka razem z Markiem, zwolnił chłopaka na resztę
wieczoru i poszedł do izby, w której spotykali się rycerze i członkowie
ich pocztów. Okazało się, że wcześniej zajrzał tam de Soria. Po rozmowie
z Koro udał się do dowódcy fortu i najwyraźniej uzyskał to, na czym mu
zależało: przybysz z Goanii miał się pojawić jutro rano w wielkiej
wieży, by wytłumaczyć się ze swojego zachowania.
Ta wiadomość zbytnio go nie zmartwiła.
- Jeśli de Soria poczuł się naprawdę dotknięty, mogę go przeprosić -
rzucił do kilku zgromadzonych na miejscu mężczyzn. Linia Sandoval była
tylko przystankiem na drodze jego wędrówek, nie zamierzał kłócić się tu
z rycerzami czy walczyć o sprawiedliwość dla stajennych. A gdyby sprawy
przybrały zły obrót, zawsze mógł się odwołać do decyzji de Josarta.
Usiadł przy stole i samotnie zjadł kolację, po czym wrócił do stajni.
Konie stały w półmroku ze spuszczonymi głowami, Nanú zwyczajem ortisów
położyła się na ziemi z głową na skrzydle. Koro przeszedł obok jej boksu
i zorientował się, że cień po prawej stronie korytarza nie wygląda
naturalnie.
- Widzę cię - powiedział. - Chcesz jeszcze porozmawiać o chłopaku?
Stojący pod ścianą człowiek postąpił naprzód. To nie był de Soria, ale
jeden z jego pachołków, imieniem Lambert. Miał prawie sześć stóp wzrostu
i chyba tyle samo w barach, jego jasne włosy odznaczały się wyraźnie na
tle ściany.
- Co z tego, że mnie widzisz, brudasie? - burknął. - Jeszcze jeden
szpieg Kancelarii, tyle że na skrzydlatym dziwolągu. Trzeba z tym
skończyć.
Koro się skrzywił.
- Latam na patrole w służbie Królestwa, nie szpieguję. De Soria cię tu
przysłał?
- Pan de Soria nie będzie sobie brudził rąk takimi jak ty.
- To czego tu szukasz?
- Ubliżyłeś rycerzowi Królestwa Doire. Nie myśl, że tak się to skończy.
- Jutro z twoim panem pójdziemy do dowódcy fortu. On zdecyduje.
Nanú chyba usłyszała ich głosy, bo stanęła na nogach i uniosła głowę
ponad krawędź boksu. Blondyn wydawał się tego nie dostrzegać. Splunął na
klepisko.
- Niektórzy tutaj boją się Kancelarii, nawet dowódcy fortów. Ale nie ja.
- Więc nie chowaj się po kątach w stajni, jeśli się nie boisz. - Koro
coraz mocniej czuł, że rozmowa do niczego go nie doprowadzi. - Mówiłem
już, dowódca fortu rozstrzygnie. Jeśli uzna, że wina leży po mojej
stronie, przeproszę twojego pana.
Długi miecz Lamberta zalśnił słabo w półmroku.
- Zrobisz to na pewno. A do tego ofiarujesz mu skórę i pióra tej bestii.
To będzie dobra zapłata.
Koro rozejrzał się po stajni. Przy pasie nosił krótki kord, którym dość
dobrze się posługiwał, jednak Lambert wydawał się należeć do innej
kategorii przeciwników niż przygodni rabusie, których Koro kiedyś
odpędził tą bronią.
Na szczęście samica ortisa należała do jeszcze innej kategorii.
- Mam ją wyprowadzić na zewnątrz? - zapytał jeździec.
- Żeby się na mnie rzuciła? Nie jestem głupi.
- Więc co w takim razie?
- Niech podejdzie bliżej i opuści głowę nad deskami.
- Tak się nie da. To półdzikie zwierzę, nie usłucha mnie.
Lambert postąpił dwa kroki naprzód.
- To potnę najpierw ciebie, a potem ją. Nie uratujesz się, a skóra i tak
będzie nasza.
Koro podniósł prawą dłoń, pokazując, że nie ma w niej broni. Lewą rękę
położył na piersi. Pod palcami poczuł znajomy kształt gwizdka służącego
do wydawania komend Nanú.
- Spróbuję zrobić tak, jak mówisz - powiedział. - Ale cofnij się,
inaczej ona nie podejdzie.
Twarz blondyna wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie. Odsunął się, a Koro podszedł do boksu, nie spuszczając przeciwnika z oczu. Był dwa
kroki od drzwi, gdy skoczył do przodu i jednym szarpnięciem otworzył
zasuwę. Z całych sił dmuchnął w gwizdek.
Ptak zareagował błyskawicznie - odbił się od ziemi i stanął w otwartym
przejściu z prawą nogą ugiętą i gotową do uderzenia. Lambert miał teraz
przed sobą Koro, czekającego już z bronią w ręku, a po lewej samicę
ortisa. Musiał wybrać przeciwnika i zdecydował się na groźniejszego.
Uderzył mieczem skośnie od góry tak, by wpasować się w otwarte drzwi
boksu, w których stała Nanú. Koniec ostrza otarł się o nastroszone pióra
na piersi zwierzęcia. Samica w ostatniej chwili odskoczyła, a w jej
skrzeku zabrzmiało zaskoczenie i złość. Lambert ruszył w głąb boksu,
starając się utrzymać przeciwnika w zasięgu swojej broni. Znowu uniósł
miecz.
Koro rzucił się do przodu, z impetem popychając szeroko otwarte drzwi
boksu, oddzielające go od napastnika. Kord prawie wypadł mu z ręki, ale
ciężka drewniana rama spełniła swoje zadanie. Blondyn, uderzony w bok
krawędzią drzwi, zachwiał się i zrobił niepewny krok, próbując zasłonić
się trzymanym w ręku żelazem.
Bez skutku - brązowa noga ortisa śmignęła w powietrzu i trafiła go w ramię. Pazur szarpnął ciało, człowiek uskoczył niezręcznie do tyłu i potknął się. Ptak próbował doskoczyć jeszcze raz i zadać decydujący
cios, ale wąskie przejście zatrzymało jego rozłożone skrzydła. Lambert
klęczał. Rana na jego ramieniu krwawiła, lecz nie wyglądał jak ktoś, kto
chce zrezygnować z walki. Oparł się dłońmi na podłodze, próbując
dźwignąć się na nogi. Koro wiedział, że bez trudu może zadać mu
śmiertelne pchnięcie kordem w plecy.
Wypuścił broń z ręki. Dopadł do wstającego przeciwnika i uderzył go w tył głowy złożonymi pięściami. Lambert opadł na ręce i niewyraźnie
zaklął, a Koro zamachnął się jeszcze raz, wkładając w uderzenie całą
siłę, jaka mu została. Blondyn padł na klepisko z głuchym stęknięciem,
po czym znieruchomiał.
Jeździec ortisa stał przez chwilę nieruchomo, łapiąc oddech. Rozejrzał
się: Nanú stała w wejściu do boksu, nadal miała ugiętą nogę, jakby
szykowała się do dalszej walki. Mężczyzna znalazł w zakamarkach ubrania
kawałek suszonego mięsa, pokazał go ptakowi i rzucił w głąb
pomieszczenia. Samica syknęła ostatni raz, odwróciła się i schyliła
głowę w stronę przysmaku.
Koro pochylił się nad leżącym pachołkiem. Krew płynęła obficie z jego
ramienia, ale rana nie wydawała się śmiertelna. Jeździec uznał, że
blondyn miał dużo szczęścia w starciu z ortisem. Chwycił masywnego
mężczyznę pod pachy i spróbował go odciągnąć, aby móc zamknąć drzwi do
boksu. Nie było to łatwe.
- Co tu się dzieje? - za jego plecami rozległ się głos.
Odwrócił głowę. W prostokącie otwartych drzwi do stajni majaczyły dwie
sylwetki. Pierwszy mężczyzna podszedł kilka kroków w głąb korytarza, po
czym zatrzymał się gwałtownie, gdy dostrzegł zakrwawionego człowieka na
ziemi i pochylonego nad nim Koro. Był to jeden ze strażników
patrolujących po zmroku teren Czwartego Fortu. Jego pierś chronił
pancerz, w ręku trzymał naładowaną kuszę.
- Hej, idź po starszego straży! - krzyknął w stronę swojego towarzysza
przy drzwiach. - A ty, Goańczyku, odsuń się od tego człowieka.
Koro powoli wypuścił powietrze z płuc.
- On zaatakował mnie i Nanú. Jutro wyjaśnię wszystko dowódcy fortu.
- Na pewno wyjaśnisz - mruknął strażnik. - Na razie odsuń się od niego i przejdź na bok. No, już.
Koro zrobił trzy kroki w głąb korytarza, kiedy za plecami usłyszał
wściekłe skrzeknięcie. Odwrócił się w mgnieniu oka. Nanú przeskoczyła
nad leżącym w przejściu blondynem i znowu miała dość miejsca, by
rozłożyć skrzydła. Jej głowa na długiej szyi celowała w stronę
strażnika, ugięta noga czekała na okazję do zadania kolejnego ciosu.
- Stój! - krzyknął Koro w stronę mężczyzny z kuszą. Chwycił za gwizdek,
ale nie zdążył już w niego dmuchnąć.
Rozmazany kształt pocisku trafił w pierś Nanú u nasady szyi. Ptak ugiął
nogi nie więcej niż na cal i przekręcił głowę w lewo, jakby
zastanawiając się, co robić dalej. Jedno uderzenie serca później z rany
wypłynęła fala czarnej krwi, brudząc jasne pióra na piersi ortisa i spadając nierównym strumieniem na klepisko stajni.
Samica oparła się na obu nogach, próbując utrzymać równowagę. Zatoczyła
się w stronę otwartych drzwi do boksu, z rany na jej piersi wypłynęła
kolejna fala krwi. Chwilę później obie nogi zwierzęcia ugięły się i Nanú
upadła do przodu, wyciągając szyję w stronę nieruchomo stojącego
strażnika. Otworzyła dziób, lecz nie wydobył się z niego żaden dźwięk.
Koro nie myślał o tym, żeby odszukać swój kord, po prostu rzucił się na
strażnika. Ten nie zdążył sięgnąć po miecz. Odchylił głowę tak, aby cios
pięścią ześliznął się po jego szczęce, nie czyniąc szkody, po czym
uderzył jeźdźca w twarz ciężkim drewnianym łożem kuszy.
Smak krwi w ustach był ostatnią rzeczą, którą Koro zapamiętał.
Rozdział 2 (Koro)
Hugo de Josart, radca Królewskiej Kancelarii
Doire siedział przy stole w izbie gościnnej i pisał na rozłożonej
karcie papieru. Był niewysoki i ciemnowłosy, z gładko ogoloną twarzą.
Kiedy dostrzegł wchodzącego Koro, wstał i wyciągnął rękę na powitanie.
- Dobrze, że chociaż ty wyszedłeś z tego cało. Mniej więcej.
Koro się nie odezwał. Rozbita szczęka nadal bolała go przy jedzeniu.
- Przyjechałem z Abrille tak szybko, jak tylko się dało - powiedział
radca. - I przywiozłem trochę dobrego wina. Chcesz się napić?
- Tak.
Doaryjczyk sięgnął po dzban z wąską szyjką i napełnił winem dwa duże
kubki. Postawił jeden z nich przed Koro, ten wypił od razu ponad połowę.
Wysłannik Kancelarii uzupełnił płyn w naczyniu gościa do poprzedniego
poziomu i dopiero wtedy usiadł.
- Jestem tu od rana - stwierdził. - Rozmawiałem z de Sorią i kilkoma
innymi ludźmi. Uznałem, że najpierw zbadam całą tę sprawę, a potem
porozmawiam z tobą.
- Co tu jest do badania? - prychnął Koro. Kilka kropli wina skapnęło z jego ust na blat stołu. - Ten osiłek przyszedł do stajni, żeby się
zemścić i zabić Nanú. Udało mi się przed nim obronić, ale wtedy pojawili
się strażnicy. - Zamilkł gwałtownie i znowu przechylił kubek. -
Powinienem był go zabić. Zdążyłbym zamknąć drzwi do boksu przed
pojawieniem się strażników.
- Powinieneś. Następnym razem właśnie tak zrobisz.
Koro bezwiednie zacisnął zęby, szczęka odezwała się tępym bólem.
Odstawił naczynie na stół.
- Moje patrole nad granicą nie miały sensu. Po drugiej stronie nic się
nie dzieje, Nortyngowie nie planują ataku. Rycerze na Linii Sandoval
nudzą się. Wiesz o tym na pewno i wiedziałeś, kiedy rozmawialiśmy
pierwszy raz.
- Wiedziałem. - De Josart nie wydawał się zaskoczony.
- Więc po co mnie tu przysłałeś?
- Wcześniej słyszeliśmy o jeźdźcach ortisów od naszych wysłanników w Goanii, ale jak dotąd tylko tobie udało się przelecieć nad oceanem. Obok
takiego wydarzenia nie przechodzi się obojętnie. Kancelaria mogłaby ci
powierzyć wiele zadań i hojnie cię za nie wynagrodzić, ale nie
wiedzieliśmy, czy można ci zaufać. Dlatego dostałeś tyle złota na
początek. Ja wierzyłem w ciebie, ale inni sądzili, że po prostu
uciekniesz z zaliczką.
- Więc chcieliście sprawdzić, czy nie jestem złodziejem. Okazało się, że
nie jestem. Tyle że ta próba kosztowała Nanú życie.
- Koro, po naszej pierwszej rozmowie uznałem, że jesteś uczciwy, ale też
bystry. Nie zmuszaj mnie do zmiany tej opinii - stwierdził radca
chłodno. - Specjalnie wysłałem cię w miejsce, w którym ostatnio nie
toczyły się żadne walki. Nie mogłem wiedzieć, że znajdzie się tu ktoś
taki jak Lambert, kto będzie chciał zabić jedynego ortisa w Doire. Nie
odpowiadam za wszystkich idiotów w Królestwie.
- De Soria i inni rycerze gardzą Kancelarią i jej wysłannikami tak samo
jak Lambert. Tylko nie mówią tego głośno.
Radca uśmiechnął się nieszczerze. Wstał i nalał im obu wina.
- Czasy, kiedy oni wpływali na losy Królestwa, dawno już minęły. Pewnie
dali ci do zrozumienia, że nie jesteś mile widziany na Linii Sandoval,
ale to wszystko, na co ich stać. Nie próbowaliby zabijać ortisa.
- Tego nie wiesz.
- Wiem. - W głosie radcy nagle zabrzmiała stal. - Dziś rano widziałem
się z de Sorią. Wywróciłem tego nadętego durnia na drugą stronę. Odprawi
Lamberta ze służby, a Kancelaria zadba, by nie znalazł sobie żadnego
zajęcia. Mam nadzieję, że jesteś zadowolony?
- Jest mi to obojętne.
De Josart skinął głową, znowu racjonalny i pozbawiony emocji.
- Rozmawiałem też ze strażnikiem - dodał. - To twardy mężczyzna, ale do
pilnowania porządku właśnie tacy są potrzebni. Ptak go zaatakował. Mógł
strzelić albo dać się rozpruć pazurami. Przykro mi, że Nanú zginęła, ale
nie będę karać tego człowieka za to, że nacisnął spust kuszy. Nie
zasłużył na to.
Koro podparł głowę rękami. Jego wściekłość gdzieś zniknęła, zostało
tylko poczucie klęski i świadomość, że niczego nie da się już zmienić.
Wypite wino szumiało mu w głowie i chciał, by to uczucie nigdy nie
ustało.
- Oczywiście, zapłacę ci całą umówioną kwotę, tak jakbyś latał przez
cztery tygodnie - odezwał się de Josart. - Wiem, że to niewielka
pociecha. Spędziłeś z Nanú wiele lat i to dla ciebie duża strata.
Rozumiem to.
Koro wzruszył ramionami.
- Masz jakieś plany co do swojej przyszłości?
- Nie zastanawiałem się nad tym.
- Chciałbym ci pomóc.
- Nie interesuje mnie pozostanie tutaj.
- Nie o to mi chodziło. Wiem, gdzie w Poncji jest drugi ortis, do tego
bez jeźdźca. Czy to cię interesuje?
Koro pomyślał o latach, które poświęcił Nanú i które potem samica mu
oddała z nawiązką, niosąc go w dziesiątki niezwykłych miejsc, najpierw w Goanii, potem po drugiej stronie oceanu. Cokolwiek by nie zdecydował, te
dni należały już do przeszłości.
- Tak. Interesuje.
- Ptaka znaleziono w Wielkim Księstwie Ostrodu, na granicy z Bataarią.
Mam nadzieję, że te nazwy coś ci mówią?
Koro przypomniał sobie kilka map Poncji, które widział jeszcze przed
wyruszeniem z Goanii przez ocean, a potem także po dotarciu do Doire.
Cały zachód kontynentu zajmowały dwa najbardziej ludne państwa Poncji:
na południu Królestwo Doire, na północy Związek Północny, zwany
Nortyngią. Dalej na wschód wyglądało to podobnie: na północy leżało
Królestwo Zadoru i jakieś leśne krainy, których nazw Koro już nie
pamiętał, na południu natomiast Wielkie Księstwo Ostrodu. Niewielki
cypel lądu na południe od Ostrodu zajmowała Republika Sard. Na mapie nie
wyglądała imponująco, ale posiadała najsilniejszą flotę na Oceanie
Panny. Sardyjczycy regularnie pływali na południowy zachód do potężnego
Al-Eréch, Kraju Drugiej Wieży do Nieba, z którego sprowadzali magiczną
zieloną krew zapobiegającą ślepocie marynarzy podczas długich rejsów.
Inne państwa, pozbawione stałych dostaw specyfiku, musiały ograniczać
się do żeglugi przybrzeżnej. Jeszcze dalej, na wschód od Ostrodu i Zadoru, rozciągało się Imperium Bataarskie. Ten kraj powierzchnią
dorównywał niemal całej zachodniej Poncji, ale zajmowały go głównie
puste stepy, po których wędrowały grupy koczowników.
- Na ptaka natknęli się ludzie hetmana Derwana z Ładynów, ostrodzkiego
dowódcy - kontynuował de Josart. - To było na początku zeszłej zimy.
Udało im się spętać zwierzę i doprowadzić do miasta o nazwie Strohom.
Chyba wcześniej słyszeli coś o ortisach, bo uznali, że warto wykorzystać
takie znalezisko do patroli, a nie tylko trzymać je w stajni.
- Nie próbowali sami go poskromić?
- Od tego zaczęli. - Radca uśmiechnął się nieznacznie. - Derwan znalazł
kilku ochotników, obiecał też sporą nagrodę dla tego, któremu się uda.
Pierwszy nazywał się bodajże Jarach. Wszedł do klatki, a ptak wbił mu
nogę w brzuch. Inni stracili zapał.
Koro skinął głową.
- Po tej próbie Ostrodzianie uznali, że jednak poproszą nas o pomoc. W Kryzu, stolicy Wielkiego Księstwa, wiedzą, że mamy kilka faktorii w Goanii. Listy dość długo krążyły pomiędzy stolicami. Ostrodzianie sami
nie do końca wiedzieli, czego chcą. Nie opowiadałem ci całej historii,
gdy rozmawialiśmy pierwszy raz w Abrille, miałeś wtedy własnego ptaka.
Teraz sprawy wyglądają inaczej, więc pomyślałem, że możesz być
zainteresowany.
- Nie potrafię robić niczego innego poza lataniem. I nie chcę.
- Tak też mi się wydawało, kiedy swego czasu rozmawialiśmy. Nie wiem
tylko, czy sobie poradzisz z tym zwierzęciem. Poskromienie nieznanego
ptaka jest w ogóle możliwe?
Koro się zastanowił.
- Nie słyszałem o takich przypadkach. Ale o udanych przelotach nad
oceanem z Goanii do Doire też wcześniej nie słyszałem.
De Josart dopił zawartość swojego kubka, spojrzał na naczynie gościa i równo rozdzielił pomiędzy nich resztkę napoju z dzbana.
- Mam nadzieję, że ty jako pierwszy dokonasz obu tych rzeczy - rzekł. -
W takim razie napiszę do Kryza jeszcze dziś albo jutro. Podkreślę, że
loty na takim ptaku to sprawa trudna, na pewno nie dla amatorów. Że w Doire jest prawdziwy jeździec ortisa, do tego bardzo dobry jeździec,
który niedawno przyleciał do nas z Goanii. I że mógłby on spędzić jakiś
czas w Ostrodzie, latając na tamtym zwierzęciu. Wcześniej Ostrodzianie
wspominali o sześciu albo ośmiu miesiącach, więc pewnie tyle należałoby
im obiecać, żeby nie zaczynać jałowych dyskusji.
- Co chcą osiągnąć?
- Potrzebują zwierzęcia do patroli. Tam granica wygląda inaczej niż
tutaj, jest dużo przestrzeni i mało ludzi, tylko rzeka, przez którą dość
łatwo się przeprawić. Bataarowie napadają na tereny po zachodniej
stronie Sarietu, biorą ludzi w niewolę, następnie sprzedają ich za
morza. Gdyby Derwanowi udało się z twoją pomocą rozbić którąś z takich
wypraw, Wielki Książę w Kryzu na pewno by się ucieszył.
- A wy macie jakiś szczególny powód, żeby im pomagać?
- W Ostrodzie rządzi dynastia założona przez Semira Wielkiego. Jego
ostatnim potomkiem w linii prostej był książę Temmo, który umarł sześć
lat temu. Potem kilka bocznych gałęzi rodu walczyło o władzę,
ostatecznie zwyciężył obecny książę Mitan. To zmienny człowiek, a co
gorsza, na jego dworze pojawili się doradcy z Nortyngii. Doire kupuje co
roku w Ostrodzie sporo zboża, więc trochę się tego obawiamy. Jeśli
pomożemy Mitanowi z ptakiem, on odprawi Nortyngów, a przynajmniej
zignoruje ich podszepty. Ty polatasz na ortisie. Wszyscy będą
zadowoleni.
Koro skinął głową.
- Zależy nam, żebyś przyczynił się do powstrzymaniu chociaż jednej albo
dwóch wypraw koczowników - kontynuował de Josart. - Nasi ludzie na
dworze księcia zadbają o to, żeby twoje sukcesy zostały odpowiednio
nagłośnione.
- A co potem? Za pół roku będę musiał oddać im tego ptaka?
- Nie ustaliłem z Ostrodzianami wszystkich szczegółów i myślę, że na
razie nie ma takiej potrzeby. Bataarowie organizują wyprawy od wiosny do
jesieni, w zimie wędrują dalej na południe i na granicy panuje spokój.
Może się okazać, że ortis nie będzie potrzebny w Wielkim Księstwie, za
to my mamy dla niego i dla ciebie zadania w Doire. Te poważne, nie loty
nad fortami. - Doaryjczyk uśmiechnął się przepraszająco. - A może po
prostu zostaniesz tam, jeśli ci się spodoba. Zobaczymy się za kilka
miesięcy i zdecydujemy wspólnie, co dalej. Zgoda?
- Tak. - Koro wypił resztkę wina. - Co ten Derwan myśli o przybyszach z Doire? Nie chcę spędzić kolejnych tygodni na kłótniach z rycerzami, tak
jak tutaj.
- Mądra uwaga. W Strohomiu służy grupa najemników z Nortyngii. Derwan
zna się dobrze z jednym z dowódców, więc wiadomo, gdzie są jego
sympatie. Ale zrobimy wszystko, żeby nie spotkały cię nieprzyjemności.
Pojedziesz jako oficjalny poseł Królestwa Doire, pan Koro de Savernes.
Derwan nie pozwoli sobie na wrogie gesty i będzie trzymał na smyczy
swoich Nortyngów. Zresztą jemu też powinno zależeć na sukcesie z ptakiem.
- Rozumiem.
- Gdyby w Strohomiu działo się jednak coś niepokojącego, wyślesz do mnie
wiadomość przez zaufanego człowieka Kancelarii. To kupiec, potem ci
wytłumaczę, jak go znaleźć. - Radca zastanawiał się przez chwilę. -
Powinieneś też pamiętać o jeszcze jednej sprawie. Jeśli chodzi o politykę, Wielkie Księstwo zawsze przypominało kłębowisko żmij, od czasu
śmierci księcia Temmo sprawy tylko się pogorszyły. Całkiem
prawdopodobne, że jacyś konkurenci Mitana też wpadli na pomysł, że to
zwierzę może okazać się przydatne. Ale oni nie wiedzą niczego o takich
ptakach. Na nich znasz się tylko ty, i tak powinno zostać. Innymi słowy,
jeśli pokażesz komuś, jak latać na ortisie, może się szybko okazać, że
stajnia jest dla ciebie zamknięta, a ptak ma nowego jeźdźca. Jeźdźca,
który pracuje dla wrogów Mitana, dla Nortyngów albo dla kogoś jeszcze
innego.
- Czemu miałbym komuś pokazywać, jak się lata? Nie robię tego.
Na twarzy de Josarta pojawił się cień, jakby słowa jeźdźca trochę go
rozczarowały.
- Mówiłem ci, że rozmawiałem dzisiaj rano ze wszystkimi osobami, które
mogły coś wiedzieć o wypadku Nanú.
- Mówiłeś. Nadal nie rozumiem, jaki to ma związek z Ostrodem.
- Marc, ten chłopak stajenny mówił, że opowiadałeś mu o lataniu na
ortisach. I pokazałeś gwizdek, za pomocą którego wydajesz zwierzęciu
polecenia. To prawda?
- To były zupełne początki. Ale tak, pokazałem mu kilka sygnałów -
przyznał Koro. - I obiecałem, że wezmę go kiedyś w powietrze, żeby mógł
popatrzeć z góry na fort.
- Koro, rozumiem, że dobrze jest mieć w stajni kogoś, z kim można
szczerze porozmawiać - stwierdził radca poważnie. - Ale dla nas to
bardzo ryzykowne. Jeśli któremuś z wrogów Mitana uda się wykorzystać
ptaka do swoich celów, Kancelaria znajdzie się w niezręcznej sytuacji,
nawet gorszej niż gdybyśmy w ogóle cię nie wysyłali. Po prostu pracuj z ptakiem i nie tłumacz nikomu, co robisz i dlaczego. Sam też wyjdziesz na
tym najlepiej.
- Masz rację.
De Josart dopił swoje wino. Uśmiechnął się szeroko.
- A zatem wszystko uzgodnione - podsumował. - Mam nadzieję, że sprawy
wreszcie pomyślnie się ułożą. Swoją drogą, Wielkie Księstwo powinno
zainteresować takiego podróżnika jak ty. Zachowało się tam jeszcze
trochę starej magii, której nie ma już ani u nas, ani w Nortyngii.
Przyroda też jest interesująca. Nie będziesz się nudzić.
- Kiedy mam wyruszyć?
- Za półtora tygodnia, może za dwa. Teraz zamierzam odwiedzić kilka
sąsiednich fortów. Zabierzesz się ze mną, kiedy będę wracał do Abrille.
Tam zorganizujemy ci dalszą podróż. Do Ostrodu jest spory kawał drogi.
Młodszy mężczyzna zgodził się. Zamknął za sobą drzwi, wyszedł na
dziedziniec i popatrzył na stajnię, w której kiedyś nocowała Nanú.
Ruszył w tamtą stronę, myśląc o czekającej go podróży i o danej Marcowi
obietnicy, której już nie będzie w stanie dotrzymać.
Rozdział 3 (Derwan)
- Tam, przed nami - rzekł starszy
wywiadowca. Jego twarz była brudna, a oczy przekrwione z niewyspania. - Za tamtym zagajnikiem.
Jechali w szóstkę: hetman Derwan z Ładynów, dowódca pierwszej roty
zamkowej Nadar Budai i czterech ludzi, którzy wrócili godzinę wcześniej
z poszukiwań wojsk bataarskich, uciekających z łupem za rzekę. Przed
sobą mieli skupisko gęstych chaszczy, zupełnie zasłaniających widok na
Sariet. Dalej od rzeki ciągnęła się równina, zarośnięta wysoką na kilka
stóp trawą, upstrzoną co jakiś czas ostami i pasmami falującego na
wietrze lasu bukłakowego.
Hetman przypomniał sobie, że jako podrostek chodził z kilkoma
przyjaciółmi w takie miejsca, polować z kuszą na głupie i pewne siebie
nosomaki albo strzelać płonącymi strzałami do bukłakowców. Jesienią,
kiedy bąble robiły się żółto-brązowe i łamliwe, celne trafienie
powodowało zapalenie się i wybuch całej kiści. Huk niósł się aż do
pierwszych domów na skraju miasta, a odległe szczekanie przestraszonych
psów brzmiało jak pochwała dla ich wysiłków. Biegli wtedy obejrzeć
łodygę powalonego bukłakowca, leżącą na ziemi jak wielki martwy wąż, i podrapać kozikami pod korą w poszukiwaniu purpurowych plam. Potem
wracali, spierając się o przyczyny sukcesów i porażek. Nadar zawsze
upierał się, że trzeba trafić w bukłak niezbyt duży, ale nisko położony,
bo wtedy płonące w środku lekkie powietrze szybko ogarnia całą kiść -
ale on zawsze miał najlepsze oko. Derwan celował po prostu w największy
bąbel, inni twierdzili, że wszystko zależy od kierunku wiatru albo
ułożenia bukłaków. Można było o tym rozprawiać przez całą drogę powrotną
do Strohomia i długo potem.
- Bród nie jest nijak oznaczony, sami byśmy go nie zauważyli - odezwał
się znowu wywiadowca. Nazywał się Kunel. - Trochę w górę rzeki jakiś
chłop wyszedł z lasu i nam go pokazał. Mówił, że Bataarowie przeszli na
wschodnią stronę Sarietu jeszcze wczoraj przed nocą.
- Macie tego chłopa?
Z twarzy Kunela wynikało jasno, że nie rozumie, dlaczego mieliby
zatrzymywać osadnika, który udzielił im przydatnej informacji.
- Puściliśmy go wolno, panie hetmanie. Trochę dalej jest przysiółek
czterech czy pięciu chałup. Chłop mówił, że tam mieszka. Jak trzeba,
możemy tam pojechać i sprawdzić...
- Nie możecie. Na pewno wszyscy siedzą pochowani w lasach. Nikogo nie
znajdziecie.
- Po ubraniu i po tym, jak mówił, łatwo poznaliśmy, że to nasz osadnik z tych stron, nie żaden przebieraniec. Jego też Bataarowie mogli pognać na
wschód w pętach, albo naszpikować strzałami, jakby się stawiał.
- To mógł być włóczęga, któremu zapłacili - burknął Derwan. - Chcieli
nas przekonać, że już nie ma po co ich gonić. Żebyśmy zrezygnowali z pogoni i pozwolili im przeprawić się naprawdę.
Kunel niezbyt pewnie pokręcił głową.
- Sam zobaczysz ślady przy brodzie, panie hetmanie - powiedział. - Dla
mnie to nie jest oszustwo. Koczownicy są już po drugiej stronie.
- Zobaczę. Pospieszcie się, zbliża się wieczór.
Pierwsze wieści o najeździe bataarskim przyszły dwa tygodnie wcześniej.
Na początku wydawało się, że koczowników jest niewielu, stu albo dwustu,
nie licząc zapasowych koni. Kolejni wywiadowcy donosili jednak o coraz
większej liczbie stepowych jeźdźców i Derwan zorientował się, że nie
pokona ich niewielkimi siłami stałego wojska, które miał w Strohomiu.
Musiał wezwać pod broń okoliczne rycerstwo. Nadar i jego pomocnicy
dwoili się i troili, rozsyłając gońców po majątkach, rugając spóźnionych
i nakazując im brać jak najmniej obciążenia. W końcu zebrali w zamku
kilkadziesiąt dodatkowych pocztów i ruszyli w pogoń. Ludzie prawie nie
zsiadali z koni, wozy taborowe szybko zostały z tyłu. Czwartego dnia
rozpoznanie przyniosło błędne wiadomości o położeniu uciekającego zagonu
i przez kilka godzin jechali w złym kierunku. Kiedy Derwan zorientował
się w pomyłce, nakazał marsz nocą. Jakichś dwóch chłystków z pospolitego
ruszenia zaczęło domagać się odpoczynku, prawie pociągnęli za sobą
innych. Tych dwóch hetman zostawił na najbliższym rozstaju dróg,
związanych i pozbawionych honoru, resztę grubym słowem zagonił na
siodła. Jechali w ciemnościach, tak jak rozkazał, ryzykując połamaniem
końskich nóg, ale nadrobili stracony czas.
I po tym wszystkim jakiś durny chłop twierdzi, że to wszystko na nic i że Bataarowie już uciekli, pomyślał.
- Tędy się zjeżdża do rzeki, panie hetmanie. - Kunel wskazał wąską drogę
przez zagajnik. - Musieli mocno wyciągnąć kolumnę, żeby się przecisnąć
między drzewami. Szkoda, że nas tu wtedy nie było.
Skręcili pomiędzy drzewa i Derwan od razu dostrzegł, że sprawy nie
wyglądają dobrze. Po bokach ścieżki leżały bryły końskiego łajna i jakieś ogryzione kości, pobliskie kępy krzaków były zadeptane i połamane. Jadący z przodu Kunel zerkał co jakiś czas na twarz dowódcy,
jakby chciał na niej znaleźć potwierdzenie tego, że się nie pomylił w ocenie sytuacji. Miał dość rozsądku, by się nie odzywać.
W głębi zagajnika natknęli się na pierwszego stracha na wróble, kobietę.
Wyglądała na jakieś trzydzieści lat i za życia nikt nie nazwałby jej
pięknością. Twarz miała pospolitą, przedramiona ogorzałe od pracy na
słońcu, piersi zdążyły wykarmić kilkoro dzieci. Wisiała przywiązana do
drzewa, cienki rzemień oplatał jej brzuch i nogi, wrzynając się w nieco
napuchnięte już ciało.
- Ona by nie próbowała uciekać - powiedział Derwan.
Nadar zaklął głośno za jego plecami.
- Wybierają tych, którzy będą dobrymi strachami na wróble - powiedział.
- Nie tych, którzy naprawdę chcieliby uciekać.
Hetman spojrzał jeszcze raz na ciało i pomyślał, że Anika nigdy by tak
nie wyglądała, niezależnie od okoliczności - jego Anika, z wysokimi
kośćmi policzkowymi, delikatnymi przegubami rąk i burzą kasztanowych
włosów spadających na nagie ramiona, kiedy ją rozbierał każdego
wieczoru. Zdał sobie sprawę, że to dziwaczna myśl, która mogła wynikać
tylko ze zbyt wielu dni spędzonych w siodle bez odpoczynku. Jego młodą
żonę chroniły wysokie mury zamku w Strohomiu.
- Jedźmy - mruknął.
Nieco dalej na drzewie wisiał kolejny strach na wróble, silnie zbudowany
chłopak, przecięty na wysokości pasa na dwie części. Potem jeszcze
kilkoro: kolejna kobieta, dwóch prawie dorosłych parobków, jakaś chuda
dziewczyna. Derwan już im się nie przyglądał.
- Po drugiej stronie rzeki też powiesili strachy? - zapytał wywiadowcę.
- Nie. Widocznie tym razem nikt nie próbował uciekać podczas przeprawy.
Jechali kłusem jeszcze kwadrans, zanim dotarli do Sarietu. Końskie
kopyta i stopy pieszych brańców zamieniły zejście do brodu w jęzor
błotnistej mazi. W wodzie leżały resztki martwego wołu, którego
koczownicy najwyraźniej nie zdążyli zjeść. Cały teren pokrywały kawałki
łodyg bukłakowców i bąble, z których uszło wypełniające je wcześniej
lekkie powietrze.
- Sprawdziliście, jak głęboki jest bród? - zapytał hetman Kunela.
- Tamten chłop mówił, że przy niskiej wodzie jak teraz można przejechać
konno prawie bez pływania. Ale sami nie sprawdzaliśmy.
- Niech któryś wejdzie.
Jeden z członków podjazdu rozebrał się do bielizny i ostrożnie wszedł w prąd, badając drogę przed sobą znalezionym na brzegu drągiem. Pokonał
jedną trzecią szerokości, dalej zrobiło się zbyt głęboko. Widzieli, jak
macha do nich ręką, podpierając się kijem o dno, aby utrzymać równowagę.
- Panie hetmanie, ma wziąć konia i spróbować dalej? - spytał Kunel.
- Tak.
Derwan popatrzył na Nadara i kiwnął głową. Odjechali kilkanaście kroków
na bok.
- Wojsko czeka ponad trzy godziny drogi stąd. Trzeba by wrócić do nich,
zwinąć obóz, dojść tutaj i jeszcze się przeprawić - stwierdził hetman. -
Dzisiaj już nie zdążymy.
- Chcesz wrócić jutro?
Rozsądek mówił Derwanowi, że nie dogonią koczowników, ani dziś, ani
następnego dnia. Ludzie w obozie słaniali się ze zmęczenia, żywności
zostało niewiele.
- Są tylko dzień drogi przed nami - powiedział wbrew rozsądkowi.
- Za rzeką płaskiego terenu jest na co najmniej trzy dni - przypomniał
Nadar. - Nawet jeśli jakimś cudem się do nich zbliżymy, zauważą to.
Pozabijają pieszych brańców i się rozsypią, tyle będzie z naszej pogoni.
Derwan wzruszył ramionami i odwrócił głowę. Nad rzeką kładły się długie
cienie, między szuwarami jakaś ryba chlapnęła ogonem. Człowiek z podjazdu płynął, trzymając się końskiej grzywy, do wschodniego brzegu
brakowało mu może piętnaście kroków. Hetman zdał sobie sprawę, że
osadnik miał rację, podobnie jak Nadar i Kunel - spóźnili się i nie
mieli już szans, żeby dogonić Bataarów. Wszyscy wzięci w niewolę ludzie
byli straceni.
Ściągnął wodze ogiera i skierował go w stronę czekających wywiadowców.
- Wasza czwórka zostanie tutaj na noc - rzucił w stronę Kunela. -
Odetnijcie ciała strachów od drzew i złóżcie gdzieś obok ogniska, tak
żeby drapieżniki ich nie pożarły. Broń macie, poradzicie sobie.
Twarz starszego wywiadowcy ściągnęła się.
- Panie hetmanie, myśleliśmy, że podjedziemy do tych chałup pod lasem,
co o nich mówiłem. Tam wygodniej i bezpieczniej po zmierzchu...
Derwan odwrócił głowę bez słowa.
- Im już przecież nie pomożemy... - spróbował jeszcze raz Kunel, wskazując
grubym palcem w stronę wiszących na drzewach ciał.
- Zostaniecie tutaj - uciął hetman. - Jutro rano przyślę więcej ludzi,
żeby pomogli wam ich pochować i może jakiegoś puroi, żeby się za nich
pomodlił. Jeśli tylko znajdę w okolicy takiego, którego te dzikusy nie
zabiły.
Mężczyźni z podjazdu nie odezwali się. Derwan spojrzał na słońce
dotykające już dolną krawędzią horyzontu. Mógł zostać na miejscu, nocleg
z wywiadowcami byłby rozsądniejszy niż powrót przez pełną dzikich
zwierząt równinę wśród zapadającego zmierzchu.
- Nadarze, my wracamy do obozu - zarządził.
Niewysoki rotmistrz skinął głową i zawrócił konia w stronę ścieżki,
wzdłuż której wisiały strachy. Gdy wyjechali na otwartą przestrzeń,
popędził wierzchowca i zrównał się z hetmanem.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał.
- Rano wyślę ludzi, żeby sprawdzili ślady po drugiej stronie rzeki.
Jeśli Bataarowie przeprawili się na wschód, można tylko rozpuścić
rycerzy z pospolitego ruszenia do domów.
- Kiedyś mówiłeś, że napiszesz do Wielkiego Księcia Mitana z prośbą o zwiększenie liczby stałego wojska w Strohomiu. Dostałeś odpowiedź?
- Przypominałem mu o tym co najmniej trzy razy - wypluł z siebie Derwan.
- Ale w skarbcu nie ma pieniędzy. Za dużo idzie na luksusowe dziwki i wypachnionych pieczeniarzy, przyssanych do książęcego dworu.
- Tego ostatniego chyba nie napisał.
- Nie musiał. Sam wiem to najlepiej.
Stare kroniki mówiły, że przed trzema i pół wiekiem w Strohomiu
stacjonowało siedem rot stałego wojska, zawsze gotowych do wyjazdu na
wieść o pojawieniu się Bataarów. Wielkie Księstwo przeżywało wtedy swój
najlepszy okres, połączone z sąsiednim Królestwem Zadoru sojuszem
wojskowym i osobą władcy, Lederga, zwanego Czystym. Te czasy skończyły
się wraz z najazdem Pierwszego Imperium pod wodzą Wielkiego Atty Akmata.
Po nim zubożone i wyludnione Wielkie Księstwo z trudnością utrzymywało w Strohomiu dwie roty wojska, inne nadgraniczne zamki nie miały nawet
tego. Semir Wielki i wszyscy jego następcy do księcia Temmo włącznie
próbowali przynajmniej wyrównać pustki w skarbcu odwagą podczas bitew,
do których sami prowadzili rycerzy. Pod rządami Mitana zabrakło nawet
tego.
- Szkoda, że nie mieliśmy tego jeźdźca z Doire - stwierdził Nadar. -
Wypatrzyłby zwrot koczowników i dał nam zawczasu znać.
- Nie ma co tego rozpamiętywać - odparł hetman. - Wysłałem Biema z kilkoma ludźmi, żeby towarzyszyli mu od granicy. Powinni być niedaleko,
może nawet dotarli do miasta, kiedy my goniliśmy Bataarów. Ale minie
trochę czasu, zanim on poskromi ptaka.
- Zna się na takich bestiach?
- Tak mówią. To nie jest prawdziwy Doaryjczyk, tylko jakiś wędrowiec z Goanii. Jego własny ptak zginął w wypadku.
Rotmistrz zastanawiał się przez chwilę.
- Chyba bym wolał, żeby na naszym zwierzęciu latał nasz człowiek. Skąd
by nie pochodził ten jeździec, przysłała go Kancelaria Doire. Oni nie
dają niczego za darmo.
- Nikt nie daje. A ja nie mogę wybrzydzać, zwłaszcza teraz.
Derwan wiedział, że jeśli kolejna wyprawa koczowników odniesie sukces,
jego dni jako hetmana w Strohomiu będą policzone. To zawsze wyglądało
tak samo: kiedy w państwie coś nie działało, Mitan odrywał się od swoich
rozrywek, znajdował winnego niepowodzeń i usuwał go w widowiskowy
sposób. Zyskiwał w ten sposób pół roku albo rok spokoju, choć rzadko
kiedy zmiana przynosiła prawdziwą poprawę.
Jeśli przyśle kogoś na moje miejsce, Anika będzie musiała wyprowadzić
się z zamku, pomyślał Derwan. Ludzie przestaną nazywać ją panią
hetmanową. Nie przyjmie tego dobrze.
Zdecydował, że po powrocie do miasta zrobi wszystko, by powietrzne
patrole zaczęły się jeszcze przed nadejściem lata - nawet gdyby Goańczyk
miał za to zapłacić brzuchem rozprutym przez nogę ortisa.
Rozdział 4 (Koro)
Ostrodzianie trzymali ptaka w przerobionej ze starej gospody stajni, stojącej na północno-zachodnim
krańcu Strohomia, niedaleko Bramy Ispańskiej, ale już poza miejskimi
murami. Wewnątrz nie było boksów, przez środek otwartego wnętrza ciągnął
się rząd drewnianych słupów podpierających podłogę piętra, a do bocznych
ścian przymocowano żłoby, przy których stało kilka wałachów i klaczek.
Jedynym wydzielonym pomieszczeniem była klatka ortisa: przestronna
konstrukcja z czterocalowych belek, wpisana w kwadrat dwóch słupów i bocznej ściany.
Ptaka znalazł podjazd, wracający do miasta poprzedniej jesieni.
Następnego dnia ludzie z pierwszej roty zamkowej pod dowództwem Nadara
Budai sprowadzili zwierzę do miasta pomiędzy szóstką silnych koni.
Uznali, że ptak mierzący przeszło czterdzieści stóp między końcami
rozłożonych skrzydeł będzie czuł się lepiej w budynku na zewnątrz
miejskich murów niż w niewielkiej i zawsze zatłoczonej stajni na
dziedzińcu zamku. To była dobra decyzja. Pomimo miesięcy spędzonych w niewoli oczy ortisa były czyste, a długie pióra u nasady muskularnej
szyi tak intensywnie żółte, że niemal złote. Koro nie miał wątpliwości,
że gdyby samiec zobaczył teraz białą kryzę na barkach Nanú albo jakiejś
innej samicy, rzuciłby się na każdego, kto stanąłby mu na drodze.
Opiekunem zwierzęcia został Farnholc, jeden z pachołków z pierwszej
roty. W młodości zajmował się łapaniem drobnych ptaków w lesie, teraz
doświadczenie to okazało się przydatne podczas opieki nad dużo większym
zwierzęciem. Po przyjeździe do Strohomia Koro spędził na rozmowie z nim
prawie cały dzień. Pochwalił mężczyznę za dobór paszy, w której ziarna i warzywa zajmowały więcej miejsca niż mięso, i wprowadził kilka poprawek.
Nie były one jednak istotne, wierzchowiec był gotowy do pracy. Derwan z Ładynów, który pojawił się w stajni tuż po powrocie z nieudanego pościgu
za Bataarami, także twierdził, że zależy mu na jak najszybszych lotach
nad granicą. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który skłonny jest o to
prosić.
- Po Jarachu nie wysyłałem do klatki kolejnych ochotników, bo Królestwo
Doire obiecało nam pomoc - powiedział. - Ale jeśli tobie nie uda się w ciągu dwóch miesięcy, znajdę kolejnych chętnych. Będą stali przy klatce
i uczyli się na swoich błędach, kilku zginie, ale w końcu któryś sobie
poradzi. Więc postaraj się, panie de Savernes, jeśli to ty chcesz być
jeźdźcem tego ptaka.
Koro nie spierał się z nim - zwłaszcza że stojące przed nim zadanie
wydawało się na początku całkiem łatwe. Podczas którejś z rozmów
Farnholc wspomniał o amulecie, który jeden z ludzi Nadara znalazł na
szyi martwego jeźdźca. Koro był niemal pewny, że przy bliższych
oględzinach przedmiot okaże się gwizdkiem służącym do kierowania ortisem
- może tylko nieco bardziej bogato zdobionym niż instrument, którym on
sam kiedyś dawał sygnały Nanú. Zgodnie z sugestiami de Josarta nie
tłumaczył nikomu roli instrumentu, tylko w oględnych słowach poprosił
hetmańskiego sekretarza Otę z Podmila o jego odnalezienie.
Zajęło to trochę czasu: znalazca podarował tajemniczy przedmiot jakiejś
znajomej, ona nie uznała go za nic godnego uwagi i wrzuciła na dno
skrzyni. Kiedy Koro trzymał już przedmiot w ręku, okazało się, że to
naprawdę był tylko talizman, nie gwizdek. Nieforemna kościana kropla
miała długość małego palca, jej powierzchnię pokrywały płytkie rowki, w których zachowały się resztki czerwonawej farby, ale brakowało
jakichkolwiek otworów. Jeździec ortisa spędził dwa dni, próbując wydobyć
ze znaleziska jakiś dźwięk, dmuchając w dłonie, w których trzymał
talizman, albo uderzając w niego różnymi przedmiotami. Ortis pozostał
obojętny na te wysiłki i mężczyzna uznał, że musi spróbować czegoś
innego.
Potrzebował kilku dni, by przygotować się do próby. Kiedy Farnholc
pojawił się rano w stajni, Koro wyjmował właśnie z torby kilka kawałków
suszonego mięsa, przygotowanych w zamkowej kuchni według jego wskazówek.
Obok leżał pas cienkiego sukna w intensywnym żółtym kolorze, długi na
cztery stopy.
- Chciałbyś mieć takie same pióra na szyi jak on, panie de Savernes? -
zapytał pachołek z niepewnym uśmiechem. Miał jakieś trzydzieści lat, był
ciemnowłosy i krępy.
- Można tak powiedzieć.
- To sprawi, że on cię nie zaatakuje?
- To sprawi że zaatakuje mnie z jeszcze większym zapałem - odparł Koro.
- Zwiąż mi ten materiał z tyłu. Nie chcę dostać od niego dziobem tylko
dlatego, że potknę się o własną kryzę.
Farnholc spełnił polecenie, po czym podeszli razem do klatki. Głowę
zwierzęcia otaczał ciasno kantar ze skórzanych pasków, do którego
przywiązano grubą na pół palca linę. Przechodziła ona przez metalowe
ucho przybite do jednej z belek klatki, drugi jej koniec wyprowadzono na
zewnątrz i obłożono na dużym żelaznym haku. Długość liny pozwalała
samcowi na swobodne poruszanie się po całym pomieszczeniu. Na dany przez
Koro sygnał pachołek zaczął obkładać na haku luźno zwisającą część liny.
Nie osiągnął wiele: kiedy ptak dostrzegł, że jego pęta się skracają,
odchylił szyję i zaparł się nogami. Mięśnie pleców Farnholca zagrały pod
kubrakiem, ale mężczyzna nie miał szans, by zmusić wielkie zwierzę do
przesunięcia się bliżej. Koro uznał, że tyle musi wystarczyć. Zamocowali
linę i Ostrodzianin ukrył się między żłobami w dalszej części stajni.
Koro położył dłoń na piersi, czując pod koszulą gwizdek Nanú i wiszący
obok niego talizman poprzedniego jeźdźca - ale nie wyjął żadnego z nich.
W tej próbie miały mu wystarczyć własne wargi i zęby.
Dawno temu, jeszcze w rodzinnej osadzie nad brzegiem oceanu, nauczył
się, że zanim jeździec wpoi swojemu pisklęciu posłuszeństwo wobec
dźwięku gwizdka, musi sam opanować odgłosy wydawane przez ortisy w naturze. Był wśród nich dźwięk oznaczający podległość, używany przez
młode ptaki proszące rodziców o pokarm albo przez przybyszów proszących
dominującego samca o przyjęcie do grupy. Był sygnał alarmu, rozlegający
się, gdy w pobliżu pojawiał się jakiś drapieżnik; był sygnał dominacji,
wzywający inne zwierzęta do podporządkowania się. Liczba sygnałów nie
przekraczała tuzina, brzmiały one podobnie dla wszystkich dzikich
ptaków. Ludzie pracujący z ortisami wiedzieli, że muszą być w stanie
wydać je w każdej sytuacji. Koro nadal pamiętał opowieści o jeźdźcach,
którym ta umiejętność uratowała życie, gdy na odległej wyspie dali się
zaskoczyć wściekłemu samcowi broniącemu piskląt w gnieździe, albo gdy
podczas samotnego biwaku przyszło im walczyć razem z ortisem przeciwko
czworonożnym lub dwunożnym napastnikom. Teraz, kiedy gwizdek pierwszego
jeźdźca zgubił się na stepie, Koro musiał poradzić sobie z ptakiem tylko
za pomocą tych właśnie odgłosów, kilku kawałków suszonego mięsa i szarfy
owiniętej na szyi.
Zamknął za sobą wejście do klatki, odwrócił się w stronę zwierzęcia i wydobył spomiędzy warg urywany świergot, oznaczający podporządkowanie
się silniejszemu zwierzęciu. Stojący na środku klatki samiec podniósł
głowę, nastroszył kryzę i przesunął się w stronę wejścia. Mężczyzna
ostrożnie zbliżył się do zwierzęcia, ponawiając sygnał uległości i kątem
oka sprawdzając napięcie liny trzymającej ortisa. Samiec starał się
przesunąć do przodu, ale najwyraźniej nie chciał zaatakować Koro nogami.
Pióra kryzy trzymał przez cały czas nastroszone.
Wyobraź sobie, że jestem przybłędą z jakiejś innej rodziny ortisów,
małym i niekształtnym, rzekł w duchu do stworzenia. Na pewno ci nie
zagrażam.
Ugiął nieco nogi i pochylił plecy, starając się wyglądać na niższego niż
w rzeczywistości, a równocześnie nie tracić ortisa z pola widzenia.
Przeszedł kilka razy z lewa na prawo poza zasięgiem kopnięć, cały czas
powtarzając sygnał uległości i obserwując ruchy zwierzęcia. Samiec
cofnął się o krok, pochylił nieco tułów do przodu i podniósł wysoko
głowę. Jeszcze mocniej nastroszył kryzę i rozłożył lekko skrzydła, a z jego gardła wydobył się głośny świst, wydawany przez dominujące
zwierzęta. Koro ostrożnie wszedł w zasięg uderzenia nogami. Samiec nadal
demonstrował intensywny kolor swojej kryzy i szeroką pierś, jego obie
nogi stały mocno na ziemi. Koro podszedł jeszcze bliżej, ale wciąż nie
doznał kopnięcia. Ptak uznał mężczyznę za jakiś rodzaj ortisa, a nie
obce zwierzę.
Pierwszy krok został zrobiony.
Nie spuszczając samca z oczu, jeździec cofnął się do drzwi klatki,
wyszedł na zewnątrz i usiadł pod ścianą kilkanaście kroków dalej,
zasłonięty jednym ze słupów stajni. Z tego miejsca widział, jak ptak
wraca do swej normalnej postawy. Koro dał mu trochę czasu na
uspokojenie, po czym znowu wszedł do klatki i powtórzył ćwiczenie, tym
razem wchodząc nieco odważniej w zasięg uderzenia nogami. I tym razem
ortis nie zaatakował. Koro raz jeszcze powtórzył ćwiczenie, zdając sobie
sprawę, że z każdym kolejnym wejściem będzie mniej narażony na atak
morderczymi pazurami - ale też że w głowie samca utrwala się
przekonanie, że to on jest przywódcą w ich niewielkim dwuosobowym
stadzie. Po trzecim wejściu uznał, że zaryzykuje. Rozluźnił szarfę tak,
aby opadła mu na barki i stała się bardziej widoczna, założył na rękę
skórzaną rękawicę i umieścił w niej kawałek suszonego mięsa. Otworzył
drzwi lewą ręką i wszedł do klatki.
Przypadki karmienia się przez dzikie ortisy nie zdarzały się często, ale
jeśli do nich dochodziło, silniejsze i wyżej postawione w hierarchii
zwierzę zawsze karmiło słabsze i mniej znaczące. Mężczyzna przypuszczał,
że zwyczaj dawania oswojonym ptakom przyprawionych przysmaków został
wymyślony przez pierwszych jeźdźców właśnie z tego powodu - aby kilka
razy dziennie przypomnieć latającemu wierzchowcowi, że człowiek jest od
niego ważniejszy. Teraz, jako podporządkowany członek grupy, Koro
powinien po prostu oddać kąsek samcowi, rzucić go na ziemię i pozwolić
samcowi zdecydować, czy chce go zjeść. Zamiast tego wyprostował się,
podszedł dwa kroki do zwierzęcia i wysunął naprzód rękę z kawałkiem
mięsa, tak że przysmak znalazł się w zasięgu dzioba zwierzęcia. Samiec
popatrzył lewym okiem na człowieka i na podsuniętą mu przekąskę. Opuścił
głowę, przysunął się na jakąś stopę i mocno dziobnął w dłoń, nawet nie
starając się trafić w mięso.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki