Dom o zapachu chleba - Ilona Gołębiewska

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (35,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Między przeszłością a tym, co trwa - o zapowiedzi szybkich zmian, weselnym klimacie, pracach nad drzewem genealogicznym i domu, który jest przystanią

W Polsce rocznie sprzedaje się około 2,8 miliarda bochenków chleba. W całej Europie aż ponad 106 miliardów bochenków! To tak, jakby każdy mieszkaniec naszego kraju miał do dyspozycji ponad 70 bochenków rocznie.

Każda historia ma swój moment zwrotny. Czasem wystarczy jeden mały krok albo jedna odważna decyzja, by świat już nigdy nie wyglądał tak samo. W historii Starego Młyna było wiele takich momentów. Ta jesień różniła się od poprzednich. Powietrze wciąż pachniało jabłkami i wilgocią ziemi, ale pod tą znajomą nutą kryło się coś niepokojącego. Z drzew mieniących się czerwienią i złotem liście spadały nagle, porywane przez niespodziewane podmuchy. Nawet rzeka zdawała się płynąć ciszej, jakby niosła w sobie jakąś tajemnicę. Wszystko było inne. Domownicy Starego Młyna czuli to wyraźnie, choć nie potrafili ubrać tego w słowa. Byli przekonani, że nadchodzące tygodnie i miesiące przyniosą coś więcej niż tylko zmianę pory roku. Jesień osiadła już na dobre, ale zamiast spokoju przyniosła ciche oczekiwanie, jakby świat wstrzymał oddech tuż przed czymś, co miało odmienić wszystko.

Tamara od kilku dni wracała myślami do informacji, którą wyczytała w pewnym artykule. Zbliżała się niezwykła pełnia, której miały towarzyszyć niespotykane zjawiska astronomiczne. Takie pełnie zdarzały się raz na kilkaset lat. Rzekomo zawsze poprzedzały wydarzenia, które zmieniają bieg spraw większych niż pojedyncze życie. Tamara zwykle nie przywiązywała wagi do takich wiadomości, a jednak od tamtej pory pozostawała czujna. Swoimi przemyśleniami zdążyła podzielić się z Martą. Tego popołudnia stały na werandzie i patrzyły, co dzieje się przed domem.

- Mam jakieś dziwne przeczucie, że cały ten pomysł z telewizją narobi nam więcej bałaganu, niż to wszystko jest warte - powiedziała Marta, nie odrywając wzroku od podwórza, gdzie trwało prawdziwe zamieszanie.

- To ciekawe, bo to ty jeszcze niedawno mówiłaś, że w młynie nic się nie dzieje, że męczy cię ta przewidywalność i że przydałoby się tu więcej ludzi. No i proszę, wygląda na to, że twoje marzenie właśnie się spełnia, tylko trochę szybciej i w większej dawce, niż zakładałaś. Tylko pogratulować. - Tamara uniosła brew, zerkając na siostrę z lekkim rozbawieniem.

- Marzenie marzeniem, ale nie mówiłam, że chcę od razu chaosu na podwórzu i ludzi z kamerami zaglądającymi w każdy kąt. - Marta wzięła głębszy oddech.

- Oj, nie przesadzaj, jeszcze chwila i powiesz, że przy herbacie każą ci mówić do kamery o swoich uczuciach. Tu chodzi o reklamę i dobrą zabawę - rzuciła Tamara z uśmiechem. - Zresztą spójrz na nich, przecież oni już teraz zachowują się tak, jakby ktoś ich obserwował, jakby przesunięcie skrzyni miało znaczenie większe niż tylko to, gdzie będzie można zaparkować samochód. Tośka tak to przeżywa, jakby miał tu przyjechać jakiś ważny urzędnik z Brukseli.

- No właśnie o to mi chodzi. To się nie może skończyć spokojnie.

- Ale czy my kiedykolwiek mieliśmy tu spokój? - Tamara spojrzała na siostrę uważnie. - Bo ja sobie nie przypominam ani jednego takiego okresu, który trwałby dłużej niż chwilę. Zawsze coś się działo, ktoś coś wymyślał, ktoś coś psuł, a potem wszyscy razem to ratowali. I jakoś mimo wszystko żyjemy.

- Dobrze wiesz, że jak się zacznie, to poleci lawina. Najpierw kamery, potem ludzie, następnie jakieś historie, których nikt nie planował, a na końcu okaże się, że znowu jesteśmy w środku czegoś, co nas przerasta.

- Brzmi jak nasza codzienność, tylko w wersji z lepszym oświetleniem - skwitowała Tamara, wzruszając ramionami. - A poza tym, powiedz szczerze, czy naprawdę wolałabyś spędzić najbliższe miesiące zawinięta w koc przy piecu, słuchając, jak wiatr huczy, i patrząc, jak absolutnie nic się nie zmienia?

- Nie, bez przesady, aż takiej kary bym sobie nie zafundowała. Nie ma chyba nic gorszego niż nuda, szczególnie tutaj, gdzie aż się prosi, żeby coś się działo. Tylko mogłoby to być trochę mniej gwałtowne. - Marta prychnęła cicho, tym razem już wyraźnie rozbawiona.

- Za późno na takie życzenia - odpowiedziała Tamara, opierając się wygodniej o poręcz. - Patrząc na to, co się tu zaczyna, mam wrażenie, że ta jesień i zima będą wyjątkowe. I wiesz co? Chyba właśnie tego potrzebujemy.

- No dobra, może i masz rację. Skoro ma być chaos, to przynajmniej porządny.

- Jak już robić zamieszanie, to takie, które się potem długo wspomina. Siostrzyczko, bądź spokojna, jakoś się to nam poukłada. Spójrz tylko na tych szaleńców.

Wódz, Nadia, Tośka i Kacper działali tego popołudnia z wyjątkową energią, jakby niewidzialny plan zaczął wreszcie nabierać kształtu i wymagał natychmiastowej realizacji. Podwórze zmieniało się pod ich rękami. Każdy działał w innym tempie. Wódz przejmował inicjatywę przy najcięższych przedmiotach. Nadia porządkowała przestrzeń wizualnie. Co kilka kroków cofała się i oceniała wygląd z dystansu, po czym korygowała szczegóły. Tośka zajmowała się rzeczami drobnymi, które łatwo przeoczyć, ale które potrafiły zaburzyć całość, jeśli pozostały na swoim miejscu. Kacper krążył między nimi, raz pomagając jednemu, raz drugiemu, jakby testował granice ich cierpliwości i własnej swobody. Przestrzeń podwórza stawała się nie tylko miejscem pracy, ale też polem cichego starcia ambicji i uporu. Ruchy rąk były szybkie, czasem przesadnie zdecydowane, jakby każdy chciał zaznaczyć swoją obecność w tym tymczasowym porządku. Wszyscy chcieli jak najlepiej przygotować się na przyjazd kogoś, kto lada chwila miał na dobre rozgościć się w młynie.

Z werandy Marta i Tamara obserwowały tę transformację z zainteresowaniem. Robiło się coraz chłodniej. W Starym Młynie panowała atmosfera oczekiwania. Jakby kolejne dni miały przygotować domowników na coś, co przyjdzie wraz z wyjątkową pełnią. Powietrze wyraźnie drżało od nadchodzących zmian, które z jednej strony budziły niepokój, a z drugiej niosły ze sobą trudną do ukrycia ekscytację. Była to zapowiedź czegoś nowego i nieznanego. Dopiero czas miał odsłonić, czy zmiany te przyniosą ukojenie, czy zamieszanie.

- Mam jeszcze do wypieczenia pięćdziesiąt precli na zamówienie domu kultury. - Marta zarzuciła na ramiona chustę i zerknęła w stronę piekarni, gdzie paliło się światło. - Idę do pracy, bo ciasto już czeka.

- Pójdę z tobą - odpowiedziała Tamara ciszej, jakby ta decyzja dojrzewała w niej od dłuższej chwili. - Chętnie pomogę, bo tylko tam, pośród zapachu mąki i chleba, naprawdę odpoczywam. No i dobrze mi zrobi chwila z dala od Henryka, bo pokłóciliśmy się tak, że aż ciężko mi teraz usiedzieć w jednym miejscu. A tu zawsze mam spokój.

- Wiesz, siostrzyczko, wszystko przemija. Życie, ludzie, całe pokolenia, nawet największe problemy z biegiem lat tracą swój ciężar. Tylko Stary Młyn stoi, jak stał, a w piekarni wciąż chodzą piece i pachnie chlebem, jakby czas nie miał tam wstępu. - Marta spojrzała na siostrę uważnie i na moment zamilkła, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze.

Jedli obiad powoli, w rytmie spokojnego jesiennego popołudnia, które rozlało się złotym światłem po drewnianym tarasie i miękko osiadło na ramionach zgromadzonych przy stole. Na prostym lnianym obrusie stały miski z parującą zupą jarzynową, pachnącą koperkiem i lubczykiem, obok półmiski z pieczonymi ziemniakami, kurczakiem z chrupiącą skórką i kiszonymi ogórkami, a także gliniane dzbanki z kompotem z jabłek i śliwek, który jeszcze był ciepły od porannego gotowania.

Marta siedziała obok Wodza, spokojniejsza niż o świcie, kiedy wszystko wydawało się pilne. Tośka z Kacprem pochylali się ku sobie, raz po raz wybuchając śmiechem. Nadia opierała łokcie o stół i mówiła coś z ożywieniem, a Tamara słuchała ich wszystkich z lekkim uśmiechem, jakby dopiero teraz mogła naprawdę odetchnąć. Przy okazji głaskała kota Rudulę, który umościł się jej wygodnie na kolanach. Rozmowy przeplatały się z brzękiem sztućców, śmiech unosił się nad stołem i mieszał z zapachem jedzenia, a między jednym kęsem a drugim rodziły się plany. Ciche, niespieszne, takie, które dobrze dojrzewają w zwyczajnym cieple wspólnego posiłku.

- Za dwa dni przyjeżdżają do mnie nowe kursantki na warsztaty Słowiańska gospodyni - powiedziała Tośka, odkładając łyżkę, i przez chwilę patrzyła gdzieś ponad stołem, jakby już widziała czekające ją ruch, gwar i zamieszanie. - Kacper, licz się z tym, że będziesz mi potrzebny do wszystkiego, bo szykują się trzy intensywne dni od świtu do nocy, a ja sama nie ogarnę całego tego rozgardiaszu.

- Już się boję - mruknął Kacper z udawaną powagą, ale uśmiech zdradzał, że traktuje to raczej jak kolejną przygodę niż obowiązek. Kochał Tośkę i uwielbiał pomagać przy realizacji jej pomysłów.

- A ja w sobotę rano wypuszczam nową linię mydeł na stronie młyna - wtrąciła Nadia, poprawiając kosmyk włosów, który wymknął się spod spinki, a w jej głosie było słychać dumę i lekkie podekscytowanie. - Tym razem postawiłam na suszone kwiaty, bo ludzie reagują na to niesamowicie, jakby zamykali w dłoniach kawałek lata, który można zabrać do domu.

- Podziwiam cię za te pomysły. Siostry na pewno ucieszą się na nowości. Tak jak i ja się cieszę, bo w weekend przyjeżdżają Marysia i Hania z rodzinami - powiedziała Marta, opierając się na krześle. - Będzie nas dużo przy stole, rozmowy do późna i to nasze zwykłe rodzinne zamieszanie, którego nie zamieniłabym na nic innego.

- Mam już dla nich przygotowane prezenty, na pewno będą zadowolone.

- Nie zapominaj o nas, też chcemy dostać te twoje cudeńka - wtrąciła Tośka.

- Poczekajcie na weekend, wtedy będzie niespodzianka.

- A do tej pory jeszcze tyle przed nami. Jutro jadę do Lublina na targi regionalne - dorzucił Wódz spokojnie. - Robert jedzie ze mną, ma mi pomagać, żeby wszystko poszło sprawnie i żebyśmy wrócili z czymś więcej niż tylko z dobrymi wrażeniami.

- Jak wiesz, chętnie bym się z tobą wybrała, ale przecież nie zostawię piekarni. - Marta pogładziła go po policzku. - Na szczęście będzie ze mną pracowała Bożenka. Bo moja najukochańsza siostra jutro znika na cały dzień, żeby zamienić się w artystkę.

- Ćwiczę do nowej sztuki, mam jedną z głównych ról, więc jeśli ktoś szuka mnie w najbliższych dniach, to albo na scenie, albo z tekstem w ręku, albo gdzieś pomiędzy - powiedziała z błyskiem w oku Tamara, po czym dodała z przekornym uśmiechem: - Odpocznę przed setką, teraz roznosi mnie energia, więc lepiej mnie nie zatrzymywać, bo mogę wymyślić coś jeszcze gorszego. - Oparła się wygodniej, jakby tempo wokół tylko ją nakręcało, i przez chwilę przyglądała się wszystkim z rozbawieniem.

Po wspólnym obiedzie Tośka i Nadia zeszły do dużej sali Starego Młyna, z drewnianą podłogą i wysokimi oknami, która jeszcze niedawno była tylko przestrzenią do pracy i prowadzenia warsztatów, a teraz coraz częściej zmieniała się w miejsce spotkań i ważnych wydarzeń. Z głośnika sączyła się cicha muzyka, więc po chwili obie zaczęły poruszać się w jej rytmie. Najpierw nieśmiało, potem coraz swobodniej, aż taniec zamienił się w wygłupy i sprowokował je do śmiechu, który odbijał się od ścian i wypełnił salę radością.

Kacper stał z boku, oparty o framugę drzwi, obserwując dziewczyny z uwagą i dyskretnie robiąc zdjęcia telefonem. Wiedział, że Tośka najbardziej lubi właśnie takie uchwycone przypadkiem chwile. W pewnym momencie do sali wszedł Janek, narzeczony Nadii, który w krótkim czasie przeszedł drogę od zwykłej znajomości do podjęcia decyzji o życiu we dwoje. Ich wspólny rok był intensywny. Poznali się, zaręczyli i przygotowywali do ślubu, który miał się odbyć w sylwestra właśnie tutaj, w Starym Młynie, bo oboje nie chcieli czekać do lata. Janek ucieszył się na widok Nadii, podszedł do niej i pocałował ją na powitanie. W sali było pełno śmiechu, żartów i toczono rozmowy o przyszłości.

- Powinniśmy zacząć ćwiczyć pierwszy taniec na wesele i w końcu zdecydować się na jakąś piosenkę - zaproponowała Nadia, która nie chciała już dłużej tego odkładać. - Mam kilka propozycji, które moim zdaniem mogłyby pasować.

- Wszystko jakoś przeżyję, bo w końcu to ważny dzień i nie ma odwrotu, ale pierwszy taniec to jednak dla mnie spore wyzwanie, bo tancerz ze mnie żaden, i mam wrażenie, że będę bardziej skupiony na tym, żeby nie zrobić czegoś głupiego, niż na samym tańcu. - Janek oparł się ciężko o ścianę, jakby sama myśl o tańcu wymagała od niego dodatkowej energii.

- Moim zdaniem najlepiej wybrać wolną piosenkę, spokojną i prostą, bo wtedy nie będziecie się tak stresować i łatwiej złapiecie rytm, nawet jeśli coś pójdzie nieidealnie - powiedziała pewnie Tośka, która uniosła wzrok znad telefonu. Jej rada brzmiała jak recepta na weselną panikę.

- Może w ogóle zamiast jednego tańca zrobicie coś szalonego i zaprosicie wszystkich gości na parkiet od razu, żeby nie było żadnej presji? - Kacper się zaśmiał, choć jego pomysł nie był wcale taki bez sensu.

- To brzmi bardzo w twoim stylu, ale ja chcę, żeby to był nasz moment, coś, co zapamiętamy jako wyjątkowe, więc raczej znajdziemy piosenkę, przy której damy radę przyzwoicie zatańczyć. - Nadia spojrzała na niego ze stanowczością.

Wieczór nadszedł powoli. Panowała cisza. Laptop stał otwarty między kubkami i notatkami, a jego ekran był teraz centrum ich uwagi. Marta siedziała bliżej, skupiona na tekście, przesuwała akapity, poprawiała sformułowania, dbała o to, by artykuł na stronę Starego Młyna był nie tylko poprawny, ale też oddawał klimat miejsca. Nadia z kolei zajmowała się zdjęciami, przeglądając ujęcia pieczywa, wnętrza piekarni i detali, które budowały całą historię.

Pracowały w rytmie, który był już dla nich naturalny. Krótkie chwile skupienia przeplatały się z rozmowami o tym, co przed nimi. Wracał temat coraz większych zamówień, napiętego grafiku i konieczności wcześniejszego zaczynania dnia. Rozważały, jak rozłożyć pracę, żeby uniknąć chaosu, co można przygotować później, a co będzie wymagało ich obecności o świcie. W ich słowach było nieco zmęczenia, ale więcej konkretu i przyzwyczajenia do tego, że takie momenty po prostu się zdarzają.

Na ekranie artykuł zaczynał nabierać ostatecznego kształtu. Opisywał codzienność piekarni. Zapach chleba, powtarzalność czynności, która jednak za każdym razem wymagała uwagi. Zdjęcia dopełniały całość. Nadia dopasowywała je uważnie, dbając o proporcje i kolejność, żeby wszystko wyglądało spójnie. Kiedy skończyły, zapadła krótka cisza, a one na moment odsunęły się od stołu. Plan na kolejne dni powoli się klarował. W tej zwyczajnej chwili było coś stabilnego, jakby mimo natłoku obowiązków wszystko miało swoje miejsce i właściwy rytm. Ich rozmowę przerwało połączenie na WhatsAppie. Dzwoniła Ula, córka Hani. Okazało się, że potrzebuje danych do drzewa genealogicznego, które robiła na zajęcia z historii.

- Babciu, a ty wiesz, jak mieli na imię rodzice dziadka Tobiasza? - zapytała Ula, podciągając nogi na krześle i patrząc na Martę z wyraźnym zaciekawieniem. - Bo ja właśnie sobie uświadomiłam, że kompletnie tego nie wiem. I że w ogóle nikt o nich nie mówi, jakby nigdy nie istnieli, co jest trochę dziwne.

- To nie jest tak, że nie chcemy o nich mówić - odpowiedziała spokojnie Marta. - Po prostu mamy bardzo mało informacji o rodzinie dziadka Tobiasza. On sam niewiele o niej opowiadał, ale jedno wiemy na pewno, że jego rodzice nosili imiona Alina i Pavel. Ona była Polką, on Czechem. - Marta odłożyła łyżeczkę na spodek i przez chwilę przyglądała się wnuczce, jakby zastanawiała się, od czego najlepiej zacząć.

- Urodził się w Czechach? Dziadek Tobiasz też? - Ula aż się wyprostowała, jakby słowo "Czechem" szczególnie ją zainteresowało.

- Tak, dziadek Tobiasz i jego ojciec urodzili się w dawnej Czechosłowacji. I być może właśnie z tego powodu część historii gdzieś się rozmyła. W dodatku dziadek w pewnym momencie zmienił nazwisko na Złotowski, więc jeszcze trudniej było później coś ustalić.

- Dziadek Tobiasz właściwie prawie ich nie znał. W sensie swoich rodziców - wtrąciła Nadia. - Dlatego tak mało o nich mówił. Przynajmniej Hania tak twierdzi. Trudno opowiadać o kimś, kogo się ledwie pamięta albo prawie wcale nie miało się z nim kontaktu.

- Szkoda... - powiedziała po chwili ciszej Ula, ale z wyraźnym zawodem. - Bo to mogłoby być naprawdę ciekawe, poznać rodzinę, o której nic nie wiemy.

Po rozmowie z dziewczynką Nadia i Marta wybrały się jeszcze na krótki spacer po okolicy. Szły ścieżką wzdłuż pól i zabudowań siedliska. Cisza i panujący dookoła spokój sprawiły, że rozmowa naturalnie przycichła, a one same zwolniły kroku. Gdy wracały, zatrzymały się na chwilę i patrzyły z wyraźnym zachwytem na młyn i całe siedlisko.

- Wiesz, przypomniało mi się coś sprzed chyba roku. Ty i Tamara miałyście wtedy pomysł, żeby zrobić pełne drzewo genealogiczne całej naszej rodziny - zaczęła Marta wolniej, jakby coś układało jej się w głowie dopiero teraz.

- Tak, pamiętam - odpowiedziała po chwili Nadia. - Miałyśmy w sobie wtedy dużo zapału, wszystko wydawało się nam możliwe do uporządkowania. Tyle że życie szybko to zweryfikowało. Obowiązki, praca, zmęczenie, i ten projekt po prostu gdzieś się rozmył.

- Może jednak warto do tego wrócić?

- Myślę, że tak - przyznała Nadia. - Ula miała rację, że właściwie bardzo mało wiemy o rodzinie taty. W zasadzie nic konkretnego.

- On sam też nigdy nie był chętny do rozmowy na ten temat. Cały Tobiasz - powiedziała Marta po chwili milczenia, jakby dobierała ostrożnie słowa. - Raczej unikał takich historii. Jakby nie chciał albo nie potrafił mówić o przeszłości.

- Tym bardziej powinnyśmy spróbować to poskładać. Inaczej zostają tylko domysły.

- Mam gdzieś jego dokumenty - odezwała się nagle Marta, jakby przypomniało jej się coś istotnego. - Kilka rzeczy z różnych lat, poukładane, ale dawno do nich nie zaglądałam. Może tam coś się jeszcze da odczytać i wyjaśnić.

- Chętnie je zobaczę.

- Stary Młyn też jest częścią tej historii. Tobiasz był we wszystko bardzo zaangażowany. Wspierał nas, pomagał, kiedy robiło się naprawdę trudno, tak jakby to miejsce traktował trochę jak swoje.

- Może właśnie dlatego trzeba to wszystko lepiej zrozumieć - podsumowała Nadia, a potem długo milczała, wpatrzona w budynki.

Gdy wróciły, z pewną nostalgią w sercu spojrzały na miejsce, które od dawna nazywały domem. Centralnym punktem siedliska był prostokątny młyn z czerwonej cegły, wzniesiony w 1875 roku. Budynek był duży i wielokondygnacyjny. Miał piwnicę, parter, dwa piętra oraz później dobudowane poddasze. Dach pokryto bordową blachodachówką. Od początku pełnił funkcję przemysłową, obsługiwał lokalnych rolników. Przetrwał dzięki właścicielom, działał do teraz jako mały młyn rzemieślniczy, jedyny w gminie, chętnie odwiedzany przez turystów.

Młyn wzniesiono z inicjatywy Stanisława Złotowskiego, który przeznaczył na ten cel część rodzinnego majątku. Była to świadoma inwestycja ekonomiczna, ale też odpowiedź na rosnące potrzeby rozwijającej się okolicy. Wkrótce po budowie w sąsiedztwie zaczęła powstawać osada, która później przyjęła nazwę Młynarzówka. Pierwotnie obiekt był drewnianym młynem wodnym napędzanym przez młynówkę z Wisły. W tamtym czasie działał na dużą skalę, obsługiwał rolników z kilku powiatów i zatrudniał dziesięciu pracowników.

Pod koniec dziewiętnastego wieku młyn uległ całkowitemu zniszczeniu w wyniku pożaru. Stanisław Złotowski szybko podjął decyzję o odbudowie. Tym razem w większej i nowocześniejszej formie. Nowy obiekt wyposażono w lepsze maszyny, zwiększono jego wydajność i rozbudowano infrastrukturę, co znacząco podniosło jego znaczenie w regionie. W kolejnych dekadach młyn przechodził w ręce następnych pokoleń. Przetrwał pierwszą wojnę światową i został częściowo zmodernizowany w okresie międzywojennym dzięki wprowadzeniu napędu elektrycznego. Druga wojna światowa przyniosła kolejne zniszczenia i grabieże, ale po jej zakończeniu młyn został odbudowany i ponownie uruchomiony przez Złotowskich. W okresie powojennym funkcjonował jeszcze przez pewien czas, jednak w realiach gospodarki socjalistycznej stopniowo tracił znaczenie. Ostatecznie został znacjonalizowany i przez lata pozostawał poza rękami rodziny.

Do Złotowskich wrócił dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych, w stanie znacznej degradacji, co zapoczątkowało jego kolejną odbudowę i nowy etap działalności. Marta i Bogdan uruchomili w tylnej części piekarnię rzemieślniczą, oferującą kilka rodzajów chleba i podstawowe wypieki, często na zamówienie.

Stary Młyn to jednak przede wszystkim ludzie. To ich historie, wybory i emocje sprawiły, że miejsce stało się czymś więcej niż tylko budynkiem.

zapraszamy do zakupu pełnej wersji.