Jeden
Maya jeszcze o tym nie wiedziała, ale w mediach społecznościowych zaczął
krążyć pewien filmik. Sześciominutowy fragment kiepskiej jakości
nagrania z kamery monitoringu. Był wystarczająco dziwny i niepokojący,
by w dniu wrzucenia dobić do kilku tysięcy wyświetleń, ale nie na tyle
okropny, żeby zyskać wielką popularność. Nie dość upiorny, aby zachęcać
do ponownego obejrzenia. Przynajmniej nie dla większości ludzi. W przypadku Mai jednak sam fakt jego istnienia był w stanie przewrócić do
góry nogami wszystko, co zbudowała przez ostatnie lata. Może czasem
nieuporządkowane, ale w przeważającej mierze porządne i solidne życie,
które dzieliła z Danem, chrapiącym teraz cicho obok niej w łóżku.
Nie widziała filmiku, ponieważ unikała wszelkich ekranów. Nie chciała,
żeby ich niebieskie światło przeszkadzało jej w zaśnięciu. Próbowała już
wszystkiego na sen: benadrylu, melatoniny, liczenia wstecz od stu do
jednego... odwróciła zegar, by na niego nie patrzeć, wzięła relaksującą
kąpiel, a nawet syrop na kaszel, ale nic nie pomogło. To była jej
trzecia bezsenna noc z rzędu. Wprowadziła się do Dana dopiero na
początku tego miesiąca, a już mogła z łatwością narysować z pamięci
kształt każdego zacieku na suficie wraz z układem jego rozgałęzionych
pęknięć.
Obracając się na bok, przypomniała sobie o zasłonach. Powinna je kupić.
U stóp łóżka włączyła się farelka. Maya zwykle lubiła jej biały szum,
ale teraz grzechotanie metalowej kratki nie dawało jej spokoju. Zrzuciła
z siebie kołdrę, wstała z łóżka i zarzuciła na bieliznę flanelową
koszulę. W mieszkaniu było zimno - centralne ogrzewanie działało tylko
częściowo - ale i tak była zlana potem.
Chłodna drewniana podłoga stanowiła ulgę dla jej stóp, gdy szła ciemnym
korytarzem. Minęła drugą sypialnię. Stała teraz prawie pusta z wyjątkiem
rowerka do ćwiczeń, który Maya i Dan kupili na Craigslist. W żadnym z mieszkań, które dzieliła z różnymi współlokatorami od czasu studiów, nie
starała się wprowadzać ulepszeń czy jakoś ich dekorować - zero plakatów,
żadnych zdjęć w ramkach. Nic. Jednak ostatnimi czasy zaczęła wpadać do
T.J. Maxx po pracy w centrum ogrodniczym Kelly's. Sklep mieścił się po
drugiej stronie parkingu. Kierowała się zawsze prosto do działu
dekoracji wnętrz. Kupowała dywany, dywaniki, stoliki i inne rzeczy, na
które tak naprawdę nie było jej stać.
Miała plany co do tej przestrzeni. Była zdeterminowana, by uczynić ją
przytulną. Chciała poczuć się w niej jak w domu.
Było tuż przed świtem. Szare zimowe światło padało na inne niedawne
nabytki, które trafiły do salonu: stolik kawowy, zastępujący ten, który
podczas wyprowadzki zabrał współlokator Dana. Nowe półki na masę książek
należących do Mai oraz tych zgromadzonych przez jej partnera. Nowiutka
kanapa obita ciemnozielonym aksamitem. Nad nią - na ścianie - wisiał
jedyny dekoracyjny, artystyczny przedmiot, który przywiozła ze sobą.
Jedyny, który zachowała przez ostatnie siedem lat.
Była to majańska tkanina wielkości ręcznika kąpielowego. Gobelin w odcieniach czerwieni, żółci, zieleni i niebieskiego. Przeplatały się na
nim symbole przypominające kwiaty i węże. Dla Mai to było coś więcej niż
zwykła dekoracja. Nie wiedziała, co dokładnie oznaczają te symbole, ale
nie miała wątpliwości, że gdzieś w górach Gwatemali żyją ludzie, którzy
potrafią je odczytać. Po ciemku minęła gobelin w drodze do kuchni.
W zlewie leżały brudne naczynia. Talerze poplamione sosem bolognese z kolacji. Uwielbiała gotować z Danem w ich nowej kuchni. Danie pachniało
czosnkiem i świeżymi pomidorami, ale nie smakowało tak, jak powinno. A może po prostu nie była głodna.
A może to dlatego, że jej żołądek był ściśnięty jak pięść. Dan spytał
ją, czy coś się stało. Odpowiedziała, że wszystko w porządku, ale to nie
była prawda. Otworzyła szafkę i odsunęła na bok kilka kubków do kawy,
szklanek oraz kieliszków do wina. Wreszcie znalazła to, czego szukała.
Kieliszek do szotów. Jedna uncja3. Powiedziała sobie, że właśnie
tyle wypije. Nie więcej. A pasek zdjęć, przyczepiony magnesem do
zamrażalnika, przypomniał jej dlaczego.
Zdjęcia zostały zrobione z okazji Halloween w fotobudce znajdującej się
w barze, gdzie spędzili noc na tańcach z przyjaciółmi. Maya przebrała
się za Bajkową Czarownicę - postać, którą wymyśliła w ostatniej chwili,
podczas szukania przebrania w Goodwill. Miała błyszczące skrzydła,
spiczasty czarny kapelusz, niebieską sukienkę z cekinami na kołnierzyku
i jakimś cudem zajęła drugie miejsce w konkursie na najlepszy kostium.
Dan przebrał się za Maxa z Tam, gdzie żyją dzikie stwory. Trudno było
znaleźć szarą jednoczęściową piżamę, w którą by się zmieścił, a co
dopiero taką wyprodukowaną w sposób etyczny, ale zaczął szukać kostiumu
z dużym wyprzedzeniem. Następnie przyszył z tyłu puszysty ogon i zrobił
sobie koronę ze złotego brystolu z recyklingu.
Maya i Dan wyglądali jak totalne przeciwieństwa. Ona była drobna i miała
zaskakująco atletyczną sylwetkę jak na osobę, która nigdy nie uprawiała
sportu. Natomiast on należał do wysokich i wyglądał, jakby lubił sobie
pojeść, co zresztą było zgodne z prawdą. Miał niebieskie oczy, jasne
włosy i krótko przystrzyżoną kasztanową brodę. Nosił okulary. Z kolei
ona miała oliwkową skórę i na oko trudno było ocenić jej pochodzenie
etniczne. Ludzie zawsze brali ją za Hinduskę, Turczynkę, Meksykankę lub
Ormiankę. W rzeczywistości była w połowie Gwatemalką, w jednej czwartej
Irlandką i w jednej czwartej Włoszką. Gęste czarne włosy i wysokie kości
policzkowe Majów spotykały się na jej twarzy z irlandzkim okrągłym
podbródkiem i zadartym nosem. Może i wyglądali z Danem jak
przeciwieństwa, ale przyglądając się dokładnie, można było zauważyć, że
na każdym zdjęciu wyrażają coś postawą swojego ciała - on pochyla się w jej stronę, a ona zadziera głowę, by spotkać się z nim w połowie drogi.
Wyglądali na szczęśliwych. A ona dodatkowo na pijaną - wprawdzie
trzymała się na nogach, ale ledwo.
Wyjęła z zamrażalnika butelkę ginu. Biała mgiełka zaczęła unosić się z szyjki po zdjęciu zakrętki. Napełniła kieliszek po brzegi, podniosła go
w toaście dla ich roześmianych twarzy, uwiecznionych na zdjęciach
podczas wygłupów - Na zdrowie! - i złożyła sobie obietnicę: jutro rano
powie Danowi, dlaczego przez ostatnich kilka dni nie była sobą. Dlaczego
nie mogła ani spać, ani jeść. Powie mu, że odstawiła klonopin.
Problem w tym, że Dan nie wiedział, że Maya w ogóle przyjmowała ten lek.
Kiedy się poznali, brała go już co noc na sen. Przecież to nic takiego -
swego czasu dostała nawet receptę - po co miała o tym wspominać? Komuś,
z kim randkowała?
Przed Danem nie umawiała się z nikim dłużej niż przez miesiąc. Jednak z nim jeden miesiąc niepostrzeżenie zamienił się w trzy i zanim się
zorientowała, minęło dwa i pół roku.
Jak wytłumaczyć, dlaczego tak długo zwlekała z tym wyznaniem? Albo
dlaczego w ogóle zdecydowała się brać klonopin?
I co Dan by sobie pomyślał, gdyby się dowiedział, że tabletki pochodzą
nie z apteki, tylko od jej przyjaciółki Wendy?
Maya racjonalizowała swoje uzależnienie na wiele sposobów. Wmawiała
sobie, że to nie kłamstwo, tylko przeoczenie z jej strony, że trzyma
tabletki w torebce, w buteleczce po aspirynie dla wygody, a nie po to,
by je ukryć. Zamierzała powiedzieć Danowi. Czekała tylko na odpowiedni
moment - kiedy przestanie brać klonopin (co przez cały ten czas
planowała zrobić) i jej nałóg stanie się tylko wspomnieniem.
Ale teraz skończyły się małe żółte tabletki, a Wendy, przyjaciółka ze
studiów, nie odbierała jej telefonów. Maya już kilkanaście razy
próbowała się z nią skontaktować - pisała esemesy, wysyłała maile, a nawet dzwoniła, ale zero odzewu. Jeszcze kilka lat po ukończeniu studiów
były ze sobą blisko. Głównie dlatego, że obie mieszkały w pobliżu
Uniwersytetu Bostońskiego i lubiły imprezować. Rzadko widywały się w ciągu dnia, ale wieczorem i w nocy piły w swoim towarzystwie kilka razy
w tygodniu. Jednak teraz, gdy Maya ograniczyła picie, spotykały się
coraz rzadziej. Patrząc wstecz, zdała sobie sprawę, że ich comiesięczne
brunche od pewnego czasu sprowadzały się do transakcji: pięćdziesiąt
dolarów za dziewięćdziesiąt miligramów klonopinu.
Czy to dlatego Wendy nie odpowiadała na jej wiadomości? Nie oddzwaniała?
Im bardziej Maya odczuwała skutki odstawienia leku - bezsenność i wrażenie, jakby jej mózg dosłownie płonął, a po skórze chodziły mrówki -
tym częściej zastanawiała się, czy Wendy wiedziała, jakie to będzie
piekło.
Maya nie miała pojęcia. Psychiatra, doktor Barry, który siedem lat temu
przepisał jej klonopin, nie wspominał nic o potencjale uzależniającym.
Powiedział tylko, że tabletki pomogą jej zasnąć. I pomagały. Przez
pewien czas. Mijały kolejne miesiące, a ona potrzebowała coraz więcej i więcej leku, by osiągnąć ten sam efekt co wcześniej, a doktor Barry
zawsze chętnie służył pomocą. Zwiększał dawkę jednym ruchem pióra. Aż do
momentu, gdy Maya skończyła studia i straciła ubezpieczenie. Kiedy nie
było jej już stać na sesje, klonopinowe źródełko wyschło i dopiero wtedy
zdała sobie sprawę, że nie jest w stanie zasnąć bez tabletek. Już nie.
Na szczęście Wendy również dostawała recepty na klonopin i nie ufała
zbytnio ani psychiatrom, ani psychiatrii jako takiej. Nie brała więc
żadnych leków przepisywanych jej przez lekarza. Wolała je sprzedawać lub
wymieniać na inne substancje. Maya kupowała klonopin od Wendy przez
ostatnie trzy lata. Odkąd skończyła studia. Przez cały ten czas mówiła
sobie, że z tym skończy. Wiedziała, że nie będzie łatwo, ale też nie
przypuszczała, że może być aż tak ciężko. Wygooglowanie objawów
odstawiennych też niespecjalnie jej pomogło. To, co znalazła, nie
napawało optymizmem. Bezsenność, spadek nastroju, poczucie niepokoju,
drgawki, skurcze mięśni, paranoja, nadmierne pobudzenie... to jeszcze
pół biedy. Takie objawy mogła jakoś przeboleć. Natomiast to, czego się
obawiała, to możliwość wystąpienia halucynacji.
Użyła całej siły woli do zakręcenia butelki ginu i włożenia jej z powrotem do zamrażalnika. Poszła do łazienki i wzięła łyk nyquilu,
krzywiąc się, podczas gdy syrop spływał jej w dół gardła. Odbicie
spoglądało na nią z lustra. Wyglądało upiornie w świetle wpadającym
przez wysokie okno z matową szybą. Jej skóra była blada i wilgotna, a oczodoły przypominały kratery. Objawy odstawienia klonopinu nie tylko
odebrały jej apetyt. Sprawiły, że nie odczuwała łaknienia. Zauważyła, że
traci na wadze, a jej kości policzkowe i obojczyki stały się bardziej
wydatne. Patrząc w lustro, zmusiła się do rozluźnienia zaciśniętej
szczęki.
W salonie zapadła się w kanapę i zdjęła przepoconą flanelową koszulę.
Włączyła lampkę do czytania i próbowała zatracić się w powieści -
kryminale, w który wcześniej się wciągnęła. Jednak teraz złapała się na
tym, że w kółko czyta ten sam akapit. Nawet cisza wydawała jej się za
głośna. Wkrótce z ulicy zaczną dochodzić do niej głosy osób czekających
na zieloną linię oraz trzaskanie drzwiami samochodowymi przez ludzi,
którzy zaparkowali wzdłuż krawężnika.
Usłyszała kroki i odwróciła się, by zobaczyć Dana wyłaniającego się z ciemności korytarza. Wyglądał, jakby był w półśnie. Włosy sterczały mu
na wszystkie strony. Późno się położył, bo zakuwał do egzaminów na
trzecim roku prawa.
Oboje mieli po dwadzieścia pięć lat, ale Dan robił więcej ze swoim
życiem, a przynajmniej ona tak to widziała. Wkrótce skończy studia,
podejdzie do egzaminu adwokackiego i zacznie szukać pracy. Tego
wszystkiego akurat mu nie zazdrościła w przeciwieństwie do wiary w siebie. Chciał zostać prawnikiem specjalizującym się w ochronie
środowiska i odkąd go poznała, właśnie do tego dążył, podczas gdy ona od
ukończenia studiów pracowała w centrum ogrodniczym Kelly's, gdzie
zajmowała się klientami i roślinami doniczkowymi.
Nie chodziło o to, że postrzegała tę pracę jako coś poniżej swoich
możliwości, ale czasami się martwiła, że Dan tak uważa albo patrzy z góry na jej ewidentny brak zapału i determinacji. Na początku ich
znajomości powiedziała mu, że chce zostać pisarką. Starał się ją
wspierać w realizacji tego marzenia; od czasu do czasu pytał, kiedy
będzie mógł przeczytać jej dzieło. Jednak prawda była taka, że od
ostatniego roku studiów Maya niczego nie napisała.
Ostatnimi czasy już o to nie pytał. Jakby przestał wierzyć, że
kiedykolwiek zbierze się w sobie i coś napisze.
Zmrużył oczy i spojrzał na nią przez mrok. Siedziała na kanapie w samej
bieliźnie, podczas gdy on miał na sobie spodnie dresowe, wełniane
skarpety i koszulkę z długimi rękawami.
- Hej... - powiedział zaspanym głosem. - Wszystko dobrze?
Przytaknęła.
- Nie mogłam zasnąć.
Ale Dan nie był głupi. Wręcz przeciwnie. Był szalenie inteligentny -
między innymi dlatego go kochała. Wiedział, że coś jest nie tak, a ona
chciała mu o tym powiedzieć - w końcu obiecała sobie, że to zrobi - ale
to nie był odpowiedni moment (znowu). Podniosła się z kanapy, zarzuciła
na ramiona flanelową koszulę, która teraz wydała jej się gryząca, i przeszła przez salon, aby położyć Danowi rękę na ramieniu.
- Właśnie miałam wracać do łóżka - dodała.
Spojrzała w jego zmęczone oczy i przeszła obok niego do sypialni.
Trudno powiedzieć, kiedy zrobił się tam taki bałagan. Żadne z nich nie
było z natury czyściochem, ale jakoś udało im się utrzymać porządek w salonie i kuchni. Jednak ponieważ goście nigdy nie mieli powodu, aby
wchodzić do sypialni, Maya i Dan zostawiali w niej ubrania na podłodze,
brudne kubki, kieliszki do wina i porozwalane wszędzie książki. A ostatnio zrobiło się jeszcze gorzej.
Mai nigdy wcześniej bałagan tak nie przeszkadzał, jednak teraz, kiedy
ten pokój odzwierciedlał stan jej umysłu, czuła się w nim nieswojo.
Położyła się i zamknęła oczy. Dan wydał z siebie odgłos, jakby chciał
coś powiedzieć. Czekała. Czekała, dopóki jego oddech nie stał się
miarowy. Zasnął.
Maya poszła w jego ślady. Od razu pogrążyła się we śnie. W jednej chwili
słuchała oddechu Dana, a w następnej była już w drodze do chaty Franka.
Na jawie nie pamiętała tego miejsca, ale we śnie znała drogę na pamięć:
najpierw wąską ścieżką przez las, a potem przez mostek. Chata znajdowała
się na polanie. Była otoczona ścianą drzew. Dwa bujane fotele stały
puste na ganku. Drzwi były zamknięte, ale w swoich snach ona zawsze
miała klucz.
Weszła do środka, lecz nie dlatego, że chciała. Nie miała wyboru. Jakaś
jej część - ta, która śniła - uparcie nalegała, żeby powracała tu co
noc, jakby miała w tym miejscu jakieś zadanie do wykonania. Jakby
musiała coś zrozumieć. Ogień trzaskał przyjemnie w wysokim kamiennym
kominku. Stół był nakryty dla dwóch osób: miski, łyżki i szklanki, które
jeszcze nie zostały napełnione. W garnku na kuchence gotowała się
kolacja. Jakiś gulasz. Gotowane mięso, rozmaryn, czosnek i tymianek.
Pachniało cudownie. Smakowicie. Czuła, że jej ciało zaczyna się odprężać
nawet pomimo kiełkującego w niej przerażenia, które owijało się wokół
serca.
Miała wrażenie, że to nie sen.
Wiedziała, że Frank tu jest. Zawsze tu był. Zza okna dochodził szum
strumyka. Delikatny, spokojny dźwięk. Ale ona wiedziała swoje. Wiedziała
o niebezpieczeństwie. Czaiło się tutaj. Tuż pod powierzchnią, wplecione
w tkaninę tego miejsca. Niebezpieczeństwo drzemało w jego przytulności.
W jego cieple. A nawet w dźwięku strumyka. W delikatnym szemraniu, które
stawało się coraz głośniejsze. Woda płynęła po kamieniach w szybkim
tempie. Rytmicznym i natarczywym. Wydawany przez nią dźwięk stawał się
coraz głośniejszy i wyraźniejszy, aż w końcu Maya miała wrażenie, że
strumyk stara się jej coś powiedzieć. Ze szmeru zaczęły się wyłaniać
słowa, ale znikały, zanim zdążyła je wyłapać.
Słuchała, próbując zrozumieć ten przekaz, aż zdała sobie sprawę, że to
nie strumyk do niej mówi, tylko Frank.
Stał za nią i szeptał jej do ucha. Miała gęsią skórkę. Każdy włosek na
jej ciele stanął dęba. Serce waliło jak młotem, a w uszach piszczało z przerażenia, gdy powoli zaczęła się odwracać.
Wtedy, zlana potem, otworzyła oczy.
Rzadko kiedy pamiętała swoje sny po przebudzeniu, a jeśli już, to
zazwyczaj te wspomnienia były dość mgliste. Jednak odkąd przestała brać
klonopin, sypiała płytko, coraz bardziej niespokojnie, a jej sny stały
się wyrazistsze. Pozostawiały po sobie mgliste poczucie strachu.
Sięgnęła po zegar i obróciła go w swoją stronę. Piąta czterdzieści
dziewięć. Ostrożnie, tak by nie obudzić Dana, po raz kolejny podniosła
się z łóżka, wzięła laptop z biurka i na palcach przeszła do salonu.
Włączyła playlistę z kojącymi dźwiękami natury i wyciągnęła przepis na
niemiecki tort czekoladowy jej mamy. Dziś wieczorem ona i Dan mieli
przed sobą dwie godziny jazdy do Amherst na urodziny. Jego mamy.
Normalnie cieszyłaby się na takie spotkanie - lubiła rodziców Dana i sama zaproponowała (zanim skończyły jej się tabletki), że upiecze z tej
okazji tort - ale teraz zastanawiała się, w jaki sposób podczas kolacji
we czworo uda jej się ukryć, że coś jest z nią nie tak.
Chciała, żeby ją zaakceptowali. Kiedy spotkała się z nimi po raz
pierwszy, ojciec Dana wpadł na pomysł, że fajnie byłoby porozmawiać z nią po hiszpańsku. Wypadło to dość niezręcznie, ponieważ hiszpański Mai
był na żenującym poziomie. Brzmiała jak typowa anglojęzyczna osoba,
która uczyła się tego języka w szkole średniej. Przeciągała samogłoski i używała czasowników nie w tym czasie, co trzeba, podczas gdy ojciec Dana
potrafił zawsze odpowiednio wymówić "r". "Przepraszam", powiedziała w końcu po angielsku i od tamtej pory próbowała zrehabilitować się w oczach rodziców swojego partnera.
Greta i Carl, podobnie jak ich syn, byli inteligentami.
Intelektualistami. Ona była fotoreporterką, a on - nauczycielem piątych
klas i wielojęzycznym poetą. Mai zależało na tym, żeby ją lubili, ale
przede wszystkim chciała być taka jak oni. Nie zamierzała wiecznie tkwić
w centrum ogrodniczym Kelly's. Wprawdzie jej mama pracowała w kuchni
luksusowego ośrodka odwykowego, w którym zajmowała się pieczeniem
chleba, ale ojciec też był pisarzem. Chciała powiedzieć to rodzicom
Dana. Jednak wtedy prawdopodobnie by o niego dopytywali, a wtedy Maya
musiałaby powiedzieć, że zmarł przed jej narodzinami. Takie wyznanie
zawsze prowadziło do niezręczności. Zawsze. Nikt nigdy nie wiedział, co
powiedzieć w takiej sytuacji, a ostatnie, czego Maya pragnęła tego
wieczoru, to więcej niezręczności.
W razie czego powie im po prostu, że nie czuje się najlepiej, co zresztą
jest prawdą. Zakryje makijażem cienie pod oczami i postara się nie
wiercić na krześle. Będzie się uśmiechać. Tylko nie za szeroko. I nie za
lekko. Wtedy nikt się nie domyśli, że tak mało spała.
Pocierając skronie, próbowała skupić się na dźwiękach wodospadu
płynących z głośników. Stworzyła listę składników, których nie mieli, a potrzebowali na tort: grubo rozdrobnionego kokosu, maślanki i orzechów
pekan. Następnie, nie mogąc skupić się na książce, weszła na YouTube i przewinęła wiele kanałów, które miała subskrybowane. Potrzebowała
czegoś, co przyciągnie i zdoła zatrzymać jej uwagę. Odwróci od
nękającego ją pragnienia. Da mózgowi chwilę wytchnienia.
Tyle że nie korzystała z żadnych mediów społecznościowych. Jej
przyjaciele uważali to za przejaw ekscentryzmu, Dan twierdził, że to
powiew świeżości, a ona zdołała przekonać samą siebie, że chce przez to
przekazać pewną ideę, zaakcentować istotny problem społeczny i swoją
postawę wobec niego. Może i tak, przynajmniej do pewnego stopnia, ale
prawda była o wiele bardziej złożona i nie powinna o tym myśleć teraz,
kiedy poziom jej niepokoju sięgnął zenitu.
Obejrzała krótki filmik o kocie, który wychowywał osieroconego beagle'a,
a następnie o boston terrierze z talentem do jazdy na deskorolce. Nie
miała ani zdjęcia profilowego, ani żadnych innych informacji, które
mogłyby identyfikować ją w sieci, ale rzecz jasna nie stanowiło to
żadnej przeszkody, by otrzymywała spersonalizowane reklamy i rekomendacje.
Później zastanawiała się, czy to właśnie dlatego ten filmik pojawił się
w sugerowanych dla niej treściach. Dziewczyna umiera przed kamerą.
Oczywiście, że kliknęła. Jak mogłaby nie kliknąć? Zgodnie z tytułem
sześciominutowe nagranie pochodziło z kamery monitoringu baru w Pittsfield w stanie Massachusetts, czyli z rodzinnego miasta Mai. Choć
wyglądało, jakby powstało w latach pięćdziesiątych, musiało być
stosunkowo nowe, ponieważ nie kojarzyła tego miejsca z rzędem
błyszczących lóż, w większości pustych, ustawionych wzdłuż ściany z oknami. Wyglądało na to, że nagranie powstało za dnia. Było kolorowe,
ale też naprawdę kiepskiej jakości. Wszystko wydawało się rozmyte:
podłoga w czarno-białą szachownicę, zdjęcia zabytkowych samochodów na
ścianach. Jedynymi klientami baru byli czteroosobowa rodzina i dwóch
starszych mężczyzn pijących kawę.
Kamera była skierowana na drzwi wejściowe, aby w razie czego móc
możliwie jak najlepiej uchwycić przestępcę, który wejdzie do lokalu z bronią lub ucieknie z ukradzionymi pieniędzmi. Jednak tym razem niczego
takiego nie zarejestrowała. Gdy drzwi się otworzyły, kamera uchwyciła
całkiem zwyczajną parę - mężczyznę po trzydziestce i nieco młodziej od
niego wyglądającą kobietę, która trochę przypominała Mayę. Miała okrągłą
twarz z wysokim czołem i ciemnymi oczami. Wyglądała na prostoduszną.
Mężczyzną na nagraniu był Frank Bellamy.
Maya nie miała co do tego wątpliwości. Wprawdzie nie widziała go od
siedmiu lat, ale nie pomyliłaby tego wąskiego podbródka i lekko krzywego
nosa z żadnym innym. Podobnie jak luzackiego kroku i rozczochranych
włosów. Ze względu na jakość nagrania na twarzy Franka nie było widać
żadnych oznak starzenia się, przez co wyglądał dokładnie tak, jak go
zapamiętała. Jakby upływ czasu zupełnie go nie dotyczył. Maya patrzyła,
jak para siada w loży, naprzeciwko siebie i podnosi ze stolika
laminowane menu. Następnie do nowo przybyłych klientów podeszła kelnerka
z dzbankiem wody i przyjęła ich zamówienia, których nigdzie sobie nie
zapisała.
To, co działo się potem, wyglądało jak normalna rozmowa między Frankiem
i jego towarzyszką, z tą różnicą, że tylko on mówił. Kobieta słuchała
pochylona w stronę kamery. Jej twarz była widoczna, a jego lekko
odwrócona w drugą stronę - tak że kamera mogła uchwycić jedynie prawe
ucho, policzek, oko i kącik ust Franka.
Płuca Mai objęły zimne macki.
Po pięciu minutach nagrania wciąż właściwie nic się nie działo.
Prawdopodobnie wiele osób nie dotrwało do tego momentu i nie obejrzało
filmiku do końca. Nawet clickbaitowy tytuł nie wystarczy, by utrzymać
uwagę i zainteresowanie większości widzów na tak długo. Taki chwyt
działa tylko do pewnego momentu. Ktoś, kto zamieścił nagranie, powinien
rozważyć jego edycję. Wycięcie części tej przydługiej, jednostronnej
konwersacji. Z drugiej strony możliwe, że rzeczony fragment został
pozostawiony celowo. By pokazać, że to, co było później, naprawdę wzięło
się znikąd.
Maya pochyliła się nad ekranem, próbując odczytać emocje na twarzy
kobiety. Wydawała się średnio zainteresowana tym, co mówił Frank.
Patrząc na nią, trudno było znaleźć jakiekolwiek wskazówki co do jej
myśli i odczuć. Frank mógł opowiadać jakąś historię, najwyraźniej
pozbawioną humoru i elementu zaskoczenia. Niewykluczone też, że dawał
jej pewnego rodzaju instrukcje czy też objaśniał drogę.
Równie dobrze kobieta mogłaby być studentką siedzącą na tyłach sali
wykładowej. Nie zdjęła nawet żółtej puchowej kurtki. Jej łagodne
spojrzenie było skupione na jego twarzy. Łokcie i przedramiona oparła o stolik. Maya sprawdziła, że do końca filmiku pozostało tylko dwadzieścia
sekund. Wtedy to się stało.
Kobieta zakołysała się na swoim miejscu. Z szeroko otwartymi oczami
zgięła się w talii. Nie podjęła żadnej próby amortyzacji upadku. Jej
przedramiona wciąż spoczywały na stoliku, podczas gdy głowa opadła. W innych okolicznościach nagłość tej sceny mogłaby się wydać komiczna jak
w przypadku klauna, który ląduje twarzą w tarcie z kremem bananowym.
Tyle że tutaj nie było ani ciasta, ani śmiechu. Jedynie krótka pauza,
zanim Frank zerwał się z miejsca, pośpieszył do kobiety i zaczął coś
mówić, prawdopodobnie jej imię. Teraz, gdy miał twarz zwróconą w stronę
kamery, łatwo można było dostrzec jego strach i zaskoczenie.
Kiedy przyciągnął ją do siebie, kobieta zawisła całym ciężarem martwego
ciała na jego ramieniu. Fragment nagrania monitoringu zakończył się w momencie, gdy do pary podbiegła kelnerka. Jednak na chwilę przed tym
oczy Franka się podniosły. Spojrzały w kamerę. Maya miała wrażenie, że
patrzy prosto na nią.
Drżącymi rękami zamknęła laptop.
Filmik został wrzucony niecałe trzy dni temu, a już zebrał
siedemdziesiąt dwa tysiące wyświetleń. Frank miał wszelkie powody, by
sądzić, że Maya go obejrzy. Co oznaczało, że ona miała wszelkie powody
do strachu. W końcu nie pierwszy raz widziała, jak ktoś umiera w jego
obecności.
Dwa
Życie Aubrey West zakończyło się w pogodny letni dzień. Była najlepszą
przyjaciółką Mai w liceum i zmarła na krótko przed jej wyjazdem na
studia. Śmierć Aubrey nie została uwieczniona przez kamerę, ale i tak
wzbudziła spore zainteresowanie: kręcono o niej relacje telewizyjne,
pisano artykuły do gazet i rozsiewano przeróżne plotki. W końcu zdrowa
siedemnastolatka ni stąd, ni zowąd padła trupem. Skoro jej mogło się
przydarzyć coś takiego..., myśleli ludzie.
Aubrey, podobnie jak dziewczyna z filmiku na YouTubie, tuż przed
śmiercią rozmawiała z Frankiem i Maya była przekonana, że to właśnie on
zabił jej przyjaciółkę. Podejrzewała, dlaczego to zrobił, ale nie
potrafiła wytłumaczyć, w jaki sposób, a ponieważ brakowało jej dowodów
(i z czasem także zaufania do samej siebie, swojej percepcji, a nawet
poczytalności), ostatecznie nie miała innego wyboru, jak pójść do
przodu. Zostawić ten rozdział za sobą.
A przynajmniej spróbować.
Maya zawsze lubiła sobie popić. A przynajmniej od czasu, gdy po raz
pierwszy Aubrey zwinęła mamie pół litra wódki. Wypiły ją wymieszaną z Sunny D. Jednak wtedy jej podejście do picia było inne. Jako nastolatki
ona i Aubrey szukały wszelkich sposobów na dobrą zabawę. Haj.
Jednocześnie uważały, że dzieli je przepaść od szkolnych wykolejeńców.
Dzieciaków, które wymykały się na parking między lekcjami, a potem snuły
się po korytarzach z czerwonymi oczami i wisiały przy swoich szafkach.
Maya dostawała najwyższe oceny bez większego wysiłku. Aubrey, chociaż
jej stopnie nigdy tego nie odzwierciedlały, również była na swój sposób
niezwykle bystra. Świetnie rozumiała ludzi. Potrafiła właściwie
odczytywać ich działania. Przejrzeć na wylot. Kiedy była mała, jej
rodzina często się przeprowadzała, więc miała duże doświadczenie w nawiązywaniu znajomości, ale nie umiała ich podtrzymywać.
Kiedy Maya poznała ją w dziewiątej klasie4 na angielskim, Aubrey
była nową uczennicą - tajemniczą i intrygującą dla wszystkich, zwłaszcza
dla chłopaków, których przyciągała swoimi zielonymi oczami i chytrym
uśmiechem. W ciągu pierwszych kilku tygodni cieszyła się popularnością.
Maya była tylko jedną z wielu dziewczyn, z którymi Aubrey się wtedy
zakumplowała. Jednak żadne inne jej przyjaźnie nie przetrwały próby
czasu. Tylko tę z Mayą pielęgnowała. Obie o nią dbały.
Miały przygotować w parze projekt o Emily Dickinson i tak połączyła je
poezja. To dzięki niej tak dobrze się dogadywały. Obie potrafiły dać się
porwać pięknemu wersowi. Poza tym łączył je brak przynależności - Aubrey
miała na stałe przyklejoną łatkę "nowej laski", a Maya przez cały czas
siedziała z nosem w książkach. Wyglądała na Latynoskę, ale dorastała z białą samotną matką. Poza tym niewiele wiedziała o swojej rodzinie w Gwatemali. Czuła, że nie pasuje do innych latynoskich dzieciaków.
Jednocześnie to, że nie była biała, sprawiało, że wyróżniała się w Pittsfield. Odstawała.
Spędzała większość czasu na czytaniu i wymyślaniu historii. Lepiej
dogadywała się z nauczycielami niż z rówieśnikami, ale nie miała z tym
problemu. Zamierzała pójść w ślady ojca i zostać pisarką. Taki był jej
plan: pisać książki i zyskać sławę. Zostawić Pittsfield za sobą.
Dostała się na prawie wszystkie uczelnie, do których złożyła papiery.
Wybrała Uniwersytet Bostoński ze względu na tamtejszy program
kreatywnego pisania oraz stypendia, które jej przyznano. Jednak tydzień
przed rozpoczęciem przez nią studiów Aubrey zmarła.
I tak życie Mai podzieliło się na przed i po.
Straciła najlepszą przyjaciółkę. Widziała śmierć Aubrey na własne oczy,
jednak do dziś czuła, że za tym nieszczęśliwym zdarzeniem stało coś
więcej. Jakby oglądała sztuczkę magiczną, rozumiejąc, że to była iluzja,
ale nie wiedząc, w czym tkwi jej sekret. Jak magik to zrobił.
To wszystko nie trzymało się kupy. Aubrey była zdrowa, nic jej nie
dolegało. W przeszłości nie cierpiała na żadne poważniejsze schorzenia.
Sekcja zwłok również nie okazała się pomocna. Lekarz medycyny sądowej
stwierdził jedynie, że była to "nagła niewyjaśniona śmierć" -
najwyraźniej tak określał sytuacje, w których ktoś padał trupem bez
żadnego powodu. Najczęściej w podobnych przypadkach tragedię
przypisywano arytmii serca lub pewnego rodzaju napadowi lub atakowi.
Ale Maya wiedziała swoje. To był Frank.
Nie potrafiła tego udowodnić, a nawet wytłumaczyć, ale upierała się, że
w jakiś sposób zdołał ich wszystkich oszukać. Żadnej broni. Żadnej
trucizny. Żadnej krwi. Żadnych ran. Może gdyby miała choć cień dowodu,
policja potraktowałaby ją poważnie. Jednak w tej sytuacji jedynie
przesłuchali Franka. Nie mieli żadnego powodu, by go zatrzymać. Za to
Mayę uczulili na możliwe konsekwencje fałszywych oskarżeń, podkreślając,
że w taki sposób można zrujnować człowiekowi życie.
Mama Mai miała dla niej więcej cierpliwości i wyrozumiałości, jednak
kiedy okazało się, że podejrzenia córki nie tylko się nie potwierdziły,
ale były wręcz bez sensu, zaczęła się martwić o jej zdrowie psychiczne.
Miała ku temu powody. Choroba psychiczna była w ich rodzinie jak klątwa,
która w ówczesnym wieku Mai - siedemnastu lat - mogła zacząć dawać o sobie znać.
Z tego powodu dziewczyna trafiła pod opiekę doktora Barry'ego. Jej mama
znalazła go na jednej z żółtych stron książki telefonicznej.
Już na pierwszym godzinnym spotkaniu doktor Barry zdiagnozował u niej
krótkotrwałe zaburzenie psychotyczne. Mogła je wywołać śmierć bliskiej
osoby. Powiedział, że Maya cierpi na urojenia i stąd biorą się jej
podejrzenia oraz obawy co do Franka. Jednocześnie zapewnił, że nie ona
pierwsza reaguje myśleniem magicznym na tak nagłą i niespodziewaną
śmierć. To tak w ramach pocieszenia. Mniej niż dwie osoby na sto tysięcy
nagle umierają z powodów, których nie udaje się zidentyfikować podczas
autopsji.
W niektórych kulturach winą za takie zgony obarcza się złe duchy. Umysł
zawsze będzie próbował wyjaśnić to, czego nie może zrozumieć. Będzie
wymyślał historie, teorie, a nawet całe systemy wierzeń. A umysł Mai -
jak to powiedział doktor Barry - był z gatunku tych, które widziały
twarze w chmurach i wiadomości w liściach herbaty. Wzory tam, gdzie inni
niczego nie dostrzegali. Była to oznaka bujnej wyobraźni, ale takiej,
która może płatać figle.
Leki przeciwpsychotyczne stłumiły niedające jej spokoju poczucie, że
Frankowi udało się ich wszystkich wykiwać, ale nigdy nie zdołały
sprawić, by zniknęło całkowicie. Czasami wciąż ją nachodziło. Podpełzało
do niej w ciemnościach. Trudne do zniesienia przekonanie, że choć
wszyscy wierzyli doktorowi Barry'emu, ten w rzeczywistości się mylił i Frank naprawdę zamordował jej najlepszą przyjaciółkę.
A z tym przekonaniem wiązał się strach. Maya była dla Franka
niedokończoną sprawą, świadkiem tego, co zrobił (cokolwiek to było).
Jeśli w istocie był mordercą, miała wszelkie powody, by się bać. A fakt,
że nie wiedziała, jak to zrobił, tylko potęgował tę straszliwą
niepewność, która nie pozwalała jej ruszyć do przodu. Jednak z czasem
nauczyła się, że nie warto rozmawiać o swoich podejrzeniach z doktorem
Barrym ani tak naprawdę z nikim innym. Nie mogła znieść, gdy ludzie
patrzyli na nią jak na wariatkę. Zadowolony z tego, że Maya nie ma już
urojeń, doktor Barry uznał ją za wyleczoną (choć wciąż lekko
niespokojną) i zamienił jej leki przeciwpsychotyczne na klonopin.
Pomogło. Klonopin tłumił jej lęki i sprawiał, że spała jak zabita.
Alkohol również okazał się pomocny. Przez cały okres studiów kilka nocy
w tygodniu upijała się do nieprzytomności. Wciąż dostawała dobre oceny,
ale tylko dlatego, że starała się wybierać same najłatwiejsze zajęcia -
takie jak wykłady, na które uczęszczała masa ludzi i gdzie nikt nie znał
jej imienia, więc nie miało znaczenia, czy przychodziła na nie
skacowana, czy nie. Wmawiała sobie, że dobrze się bawi, i może naprawdę
tak było. Trudno powiedzieć. Mało pamiętała z tego okresu. W sieci
widniało natomiast wystarczająco dużo żenujących zdjęć, na których
tańczyła na ladach barowych, zawsze z drinkiem lub szotem w ręce. Można
było po nich wnosić, że nigdy nie bawiła się lepiej.
Po studiach chętnie podjęła pracę w centrum ogrodniczym Kelly's. I choć
od czasu do czasu siadała przy biurku, aby coś napisać, nigdy nie udało
jej się przebrnąć przez pierwszą stronę. Problem polegał na tym, że
przestała lubić przebywanie sam na sam z własnymi myślami. Kiedy poznała
Dana, od ponad roku pracowała w centrum ogrodniczym i dzieliła
mieszkanie ze swoją przyjaciółką Laną.
Poznali się na imprezie akurat o takiej porze, kiedy wszyscy albo
tańczyli w kółeczku cali spoceni, albo zdecydowanie za głośno bełkotali
w kuchni, albo leżeli rozwaleni na łóżku gospodarza i wciągali koks.
Maya założyła, że oboje byli na haju, gdy zaczęli rozmawiać w kolejce do
łazienki. Jak inaczej wytłumaczyć, że następnego dnia rano, podczas
śniadania, siedząc naprzeciwko siebie w jej ulubionej meksykańskiej
restauracji, nadal byli pochłonięci konwersacją?
Przy huevos rancheros i przyprawionej cynamonem café de olla
rozmawiali o wszystkim, ale ona najbardziej zapamiętała to, że Dan,
podobnie jak ona, czytał kiedyś Iliadę w wydaniu dla dzieci i od tego
czasu miał obsesję na punkcie mitologii greckiej.
Może chodziło o pewnego rodzaju intymność, która towarzyszy przebywaniu
z kimś, kto uwielbia te same opowieści. A może o to, że rozmawiając o nich, tak naprawdę mówili o sobie. Maya od lat nie otwierała się przed
nikim na temat największej traumy swojego życia. I chociaż wtedy na
pewno nie wspomniała o niej Danowi, znalazła pewne pocieszenie we
wrażliwości, z jaką mówił o Kasandrze - kobiecie przeklętej, głoszącej
prawdę, w którą nikt nie wierzył.
Dopiero na trzeciej lub czwartej randce zdała sobie sprawę z tego, że
Dan prawie w ogóle nie pije - co najwyżej dwa drinki na całą imprezę - i nie bierze narkotyków. A to oznaczało, że ich pierwsza rozmowa nie była
wcale napędzana kokainą (przynajmniej nie ze strony Dana), co wydawało
się jej naprawdę ważne.
Oznaczało to również, że był przy niej całkowicie trzeźwy w przeciwieństwie do większości mężczyzn, z którymi umawiała się do tej
pory, a którzy z perspektywy czasu wydawali jej się bardziej kumplami od
kieliszka. Myśl o tej całej uwadze poświęcanej jej na trzeźwo była
wykańczająca nerwowo. Jednak z czasem - podczas brunchów i kolacji,
długich rozmów i coraz bardziej komfortowego siedzenia w ciszy - Maya
również zapragnęła być przy nim trzeźwa, by możliwie jak najlepiej
pamiętać spędzone razem chwile. Nie tracić ich czasu we dwoje.
Przejażdżek rowerowych wzdłuż Charles River. Maratonów Iron Chefa
spędzonych na kanapie. Przygotowywania razem wyszukanych dań w jego
kuchni, kiedy to robili niezły bałagan.
Z początku spędzanie tylu chwil na trzeźwo nie było dla niej łatwe.
Czasami, nie wiadomo skąd i dlaczego, budziły się wspomnienia, które jak
lewiatan po długim śnie groziły powstaniem i połknięciem jej w całości.
Aubrey upadająca na schodach. Mroczny błysk w oczach Franka. Przerażenie
wynikające z faktu, że żadne wysiłki Mai, by nie rzucać się w oczy, nie
będą miały znaczenia, jeśli tylko Bellamy zechce ją odnaleźć.
Jednak nie tylko to ją dręczyło. Niedawno zdała sobie sprawę, że w ciągu
niemal dekady pozostawania w stanie ciągłego upojenia alkoholowego
zapomniała, jak radzić sobie z codziennymi problemami, takimi jak
kładzenie się spać o rozsądnej porze. Kiedy była sfrustrowana, czuła się
aż dziwnie z tym, że nie pije.
Od czasu do czasu łapała się na tym, że bez powodu naskakuje na Dana.
Miała wtedy do siebie żal. Gryzły ją wyrzuty sumienia. Z obawy, że
mogłaby go odtrącić lub do siebie zniechęcić, starała się, jak mogła,
ukryć swój niepokój. Nigdy nie wspominała o zimnych potach, które
budziły ją o świcie, ani o bezsenności. Jednak w końcu wszystko to
ustąpiło, w czym pomógł jej klonopin. Zastępowała nim teraz alkohol -
wódkę lub gin - którego normalnie używała, by zwalić się z nóg.
Bywało, że brała klonopin także w ciągu dnia. Wraz ze wzrostem
tolerancji na lek zwiększała jego dawkę. Wbrew temu, czego się obawiała,
dawne lęki nie były w jej życiu tak wszechobecne. Tylko to się dla niej
liczyło. Przez większość chwil miała spokój od natrętnych myśli. A może
po prostu upłynęło wystarczająco dużo czasu? Dobrze się odżywiała i ćwiczyła. Rzadko piła więcej niż jednego drinka w ciągu całego wieczoru
(wraz z kilkoma tabletkami klonopinu z buteleczki, którą trzymała w torebce, tak by Dan nigdy przypadkowo żadnej nie wziął, myśląc, że to
aspiryna).
A kiedy myślała o Aubrey lub Franku czy też śniła o powrocie do chaty w lesie, pocieszała się słowami doktora Barry'ego, który zapewniał ją, że
nic nie mogła zrobić. W żaden sposób nie mogła pomóc przyjaciółce. Nikt
nie mógł. I nie była to niczyja wina. Nawet Franka.
Powtarzała to sobie za każdym razem, gdy dzwonił telefon, a ona nie
rozpoznawała numeru albo gdy słyszała za sobą kroki podczas
przechodzenia ciemną ulicą. Tylko jak to możliwe, że dwie kobiety umarły
bez żadnego wyraźnego powodu podczas rozmowy z tym samym mężczyzną?
Trzy
- Więc... o co chodzi? Co ja właściwie oglądam?
Dan miał założone okulary, dlatego widział wszystko wyraźnie, ale
wydawał się wielce zdziwiony całą sytuacją. Obudził się o siódmej i zastał ją chodzącą tam i z powrotem po salonie szybkim krokiem, a teraz,
zamiast wytłumaczyć mu, o co chodzi, ona pokazywała mu jakiś filmik.
- To Frank Bellamy - powiedziała, gdy na ekranie komputera para weszła
do knajpy.
- Kto?
Na początku znajomości rozmawiali o swoich wcześniejszych relacjach,
jednak Maya nie wspomniała Danowi o Franku. Próbowała wymazać go z pamięci podobnie jak resztę tamtego lata, podczas którego albo była
świadkiem morderstwa najlepszej przyjaciółki, albo całkowicie straciła
rozum.
- Poznałam go zaraz po liceum - powiedziała. - Można powiedzieć, że ze
sobą chodziliśmy.
Jej związek z Frankiem trwał całe trzy tygodnie i zakończył się w dniu
śmierci Aubrey... a raczej zmienił tamten dzień w coś innego - strach,
który wypaczył każdy aspekt życia Mai.
Dan uniósł brew i uśmiechnął się do niej półgębkiem.
- Co to? Cyberstalking? Powinienem być zazdrosny?
- Po prostu oglądaj.
Chciała usłyszeć jego bezstronną opinię. Poza tym Dan bez problemu
radził sobie na prawie, ponieważ był dobry w wychwytywaniu szczegółów,
które innym umykały, i interpretowaniu ich w kontekście całej sytuacji.
- Daj znać, jeśli zauważysz coś... dziwnego w zachowaniu Franka -
dodała.
Gdy zobaczył wyraz jej twarzy, jego uśmiech przygasł. Usadowił się
wygodnie na kanapie i wrócił do oglądania nagrania. Maya usiadła obok
niego, na krawędzi i podciągnęła nogi pod brodę. Wciąż nie mogła
uwierzyć, że pokazuje mu ten filmik.
Chciała zapomnieć o Franku, co przez te lata prawie jej się udało. To
nagranie pokrzyżowało jej plany. Chciała wierzyć, że to wszystko przez
jej wybujałą wyobraźnię. To przez nią widzi powiązania tam, gdzie ich
nie ma. Chciała móc dalej pokrzepiać się tą myślą. Byłoby dla niej
lepiej i łatwiej, gdyby trzymała nie tylko Dana, lecz także samą siebie
z dala od tego nagrania. Mogłaby wtedy dalej zachowywać się tak, jakby
jej największy problem stanowił brak klonopinu.
Jednak wtedy przypomniała jej się twarz zmarłej kobiety. Była do niej
bardzo podobna, tylko młodsza i zapewne wyglądająca niewinniej. Jak to
możliwe? Jakie było prawdopodobieństwo wystąpienia takiego scenariusza:
dwie kobiety w odstępie siedmiu lat umierają w obecności tego samego
mężczyzny. Liczyła na to, a przynajmniej miała nadzieję, że Dan uzna
całą sprawę za podejrzaną.
- Jest do ciebie podobna - odparł.
Nie da się ukryć, że Frank miał swój typ.
- Widać, że ten cały Frank lubi sobie pogadać - dodał.
- Tja, prawdziwy gawędziarz...
Kobieta na ekranie opadła do przodu.
- Kurde, co jest? - Dan patrzył, jak Frank łapie kobietę za ramiona i potrząsa nią, krzycząc bezgłośnie. - Zaraz, zaraz... czy ona...
- Tak! - Maya otoczyła nogi rękami i ścisnęła mocno końce rękawów w pięściach. - Poszperałam trochę w sieci. To Cristina Lewis. Miała
dwadzieścia dwa lata.
- Nie łapię. Co się stało?
Maya powoli potrząsnęła głową.
- Nie wiem. Ale wydaje mi się, że on... - trudno było jej to z siebie
wydusić, w końcu minęło tyle czasu, odkąd ostatni raz wypowiadała te
słowa. Zakopała je głęboko w odmętach swojej pamięci. - Wydaje mi się,
że on to zrobił.
Dan był zaskoczony. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
- Co zrobił? Zabił ją?
Przytaknęła.
- Ale jak? W jaki sposób?
- Nie wiem.
Wyraźnie czekał na dalszy ciąg jej wypowiedzi. Przełknęła więc ślinę i zapytała:
- Pamiętasz, jak opowiadałam ci o mojej przyjaciółce Aubrey?
- Oczywiście. To ta, która zmarła - starał się mówić jak najdelikatniej,
wiedząc, że to dla niej trudny temat.
Maya powiedziała mu o Aubrey i o tym, że ona nie żyje, ale nie
odpowiedziała na to jedno jedyne pytanie, które zadaje prawie każdy, kto
właśnie dowiedział się o czyjejś śmierci: jak to się stało? Wtedy nie
chciała mu o tym mówić, ale teraz musiała.
- Aubrey umarła - powiedziała - właściwie tak samo jak Cristina. Po
prostu... upadła. Widziałam to.
Niedowierzanie na twarzy Dana było budujące.
- A co na to lekarz medycyny sądowej?
- Nie był w stanie ustalić, dlaczego zmarła. Powiedział tylko, że to
była "nagła niewyjaśniona śmierć". Dochodzi do niej niezwykle rzadko i prawie zawsze we śnie. Jakaś osoba po prostu się nie budzi.
- O kurczę. To... naprawdę straszne.
- Sęk w tym, że Aubrey nie umarła we śnie. Kiedy to się stało,
rozmawiała z Frankiem.
Dan pochylił się nad ekranem laptopa i ponownie obejrzał fragment, w którym Cristina umarła. I jeszcze raz. Maya z kolei obserwowała jego,
mając cichą nadzieję, że zdoła wychwycić coś, co ona przeoczyła.
Kiedy znów się odezwał, wydawał się jednak skonsternowany:
- Więc... jak ją właściwie zabił?
"To wyglądało tak, jakby miał jakąś supermoc...", tak powiedziała
policji, kiedy miała siedemnaście lat, ale teraz nie popełniłaby już
tego błędu. Wiedziała, że musi podejść do sprawy racjonalnie. A przynajmniej tak brzmieć.
- Nigdy tego nie rozgryzłam - powiedziała - ale jeśli ktokolwiek był do
tego zdolny, to właśnie Frank.
Dan zmarszczył brwi i zapytał:
- Policja go nie przesłuchała?
- Przesłuchała, ale nic więcej. Puścili go - rozłożyła ręce.
- OK... a co z Cristiną Lewis? Co wiesz o jej śmierci?
Usłyszała wątpliwość w jego głosie i poczuła znajomy gniew, który
ogarniał ją za każdym razem, kiedy ktoś - policja, mama, doktor Barry -
jej nie wierzył.
- Proszę bardzo - powiedziała, gdy wyszukała w internecie artykuł z "Berkshire Eagle". - Tylko tyle udało mi się znaleźć.
Patrzyła, jak czyta, choć wiedziała, że ten tekst niewiele wnosi.
Napisano w nim, że Cristina pochodziła z Utah, była malarką i kasjerką
biletową w Muzeum Berkshire. Albo jej śmierć naprawdę była
niewytłumaczalna, albo nie wszystkie informacje zostały przekazane
prasie.
Po krótkim opisie tego, co się stało - czyli tego, co było na nagraniu -
autor artykułu zamieścił wypowiedź pogrążonego w żałobie chłopaka
Cristiny, Franka Bellamy'ego: "Po prostu nie mieści mi się to w głowie.
Tak bardzo żałuję, że nie mogłem nic zrobić".
Mayą wstrząsnęły nie tyle słowa Franka, ile to, że w artykule został
nazwany świadkiem.
- Jest tutaj wzmianka o tym, że nie zachodzi podejrzenie przestępnego
spowodowania śmierci - powiedział Dan. - Policja przesłuchała Franka, bo
był na miejscu.
Maya prychnęła i odparła:
- To samo było wtedy.
Dan spojrzał na nią. Na jej zgarbioną postawę, spocone skronie i wyraźne
worki pod oczami.
- Wszystko w porządku?
- Tak - odpowiedziała - jestem tylko tym wszystkim sfrustrowana.
Wydawał się nieprzekonany, a nawet zaniepokojony.
- Co się dzieje? - zapytał. - Jeszcze zanim zobaczyłaś to nagranie, coś
było nie tak.
Miała okazję, żeby powiedzieć mu o klonopinie. Rzecz w tym, że Dan nie
wierzył jej w sprawie Franka. Próbował, ale nie wierzył. Gdyby
powiedziała mu teraz o tym, że zmaga się z objawami odstawienia leku,
tylko pogorszyłaby sprawę.
- Po prostu kiedy zobaczyłam, jak ta dziewczyna umiera... - urwała w połowie zdania.
- Nic dziwnego. Musiało ci być bardzo ciężko. W końcu straciłaś
najlepszą przyjaciółkę.
Do oczu napłynęły jej łzy. Odwróciła wzrok. Gdyby powiedziała o tym
komukolwiek innemu, najprawdopodobniej by jej ustąpił, widząc, jak
bardzo jest zdenerwowana. Starałby się ją udobruchać. Jednak Dan nie
miał problemu z mówieniem ludziom tego, czego nie chcieli usłyszeć. Nie
chciała w nim tego zmieniać, choć to potrafiło być bolesne. Jak teraz. Z niczyją opinią nie liczyła się tak jak z jego. Żadnej nie ufała
bardziej. Jeśli on wątpił w to, że Frank mógł zabić Cristinę,
prawdopodobnie miał rację.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki