Dom pośród sosen - Ana Reyes

Kup ebooka

44.99 zł
37.58 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jeden

Maya jesz­cze o tym nie wie­działa, ale w mediach spo­łecz­no­ścio­wych zaczął krą­żyć pewien fil­mik. Sze­ścio­mi­nu­towy frag­ment kiep­skiej jako­ści nagra­nia z kamery moni­to­ringu. Był wystar­cza­jąco dziwny i nie­po­ko­jący, by w dniu wrzu­ce­nia dobić do kilku tysięcy wyświe­tleń, ale nie na tyle okropny, żeby zyskać wielką popu­lar­ność. Nie dość upiorny, aby zachę­cać do ponow­nego obej­rze­nia. Przy­naj­mniej nie dla więk­szo­ści ludzi. W przy­padku Mai jed­nak sam fakt jego ist­nie­nia był w sta­nie prze­wró­cić do góry nogami wszystko, co zbu­do­wała przez ostat­nie lata. Może cza­sem nie­upo­rząd­ko­wane, ale w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze porządne i solidne życie, które dzie­liła z Danem, chra­pią­cym teraz cicho obok niej w łóżku.

Nie widziała fil­miku, ponie­waż uni­kała wszel­kich ekra­nów. Nie chciała, żeby ich nie­bie­skie świa­tło prze­szka­dzało jej w zaśnię­ciu. Pró­bo­wała już wszyst­kiego na sen: bena­drylu, mela­to­niny, licze­nia wstecz od stu do jed­nego... odwró­ciła zegar, by na niego nie patrzeć, wzięła relak­su­jącą kąpiel, a nawet syrop na kaszel, ale nic nie pomo­gło. To była jej trze­cia bez­senna noc z rzędu. Wpro­wa­dziła się do Dana dopiero na początku tego mie­siąca, a już mogła z łatwo­ścią nary­so­wać z pamięci kształt każ­dego zacieku na sufi­cie wraz z ukła­dem jego roz­ga­łę­zio­nych pęk­nięć.

Obra­ca­jąc się na bok, przy­po­mniała sobie o zasło­nach. Powinna je kupić. U stóp łóżka włą­czyła się farelka. Maya zwy­kle lubiła jej biały szum, ale teraz grze­cho­ta­nie meta­lo­wej kratki nie dawało jej spo­koju. Zrzu­ciła z sie­bie koł­drę, wstała z łóżka i zarzu­ciła na bie­li­znę fla­ne­lową koszulę. W miesz­ka­niu było zimno - cen­tralne ogrze­wa­nie dzia­łało tylko czę­ściowo - ale i tak była zlana potem.

Chłodna drew­niana pod­łoga sta­no­wiła ulgę dla jej stóp, gdy szła ciem­nym kory­ta­rzem. Minęła drugą sypial­nię. Stała teraz pra­wie pusta z wyjąt­kiem rowerka do ćwi­czeń, który Maya i Dan kupili na Cra­ig­slist. W żad­nym z miesz­kań, które dzie­liła z róż­nymi współ­lo­ka­to­rami od czasu stu­diów, nie sta­rała się wpro­wa­dzać ulep­szeń czy jakoś ich deko­ro­wać - zero pla­ka­tów, żad­nych zdjęć w ram­kach. Nic. Jed­nak ostat­nimi czasy zaczęła wpa­dać do T.J. Maxx po pracy w cen­trum ogrod­ni­czym Kelly's. Sklep mie­ścił się po dru­giej stro­nie par­kingu. Kie­ro­wała się zawsze pro­sto do działu deko­ra­cji wnętrz. Kupo­wała dywany, dywa­niki, sto­liki i inne rze­czy, na które tak naprawdę nie było jej stać.

Miała plany co do tej prze­strzeni. Była zde­ter­mi­no­wana, by uczy­nić ją przy­tulną. Chciała poczuć się w niej jak w domu.

Było tuż przed świ­tem. Szare zimowe świa­tło padało na inne nie­dawne nabytki, które tra­fiły do salonu: sto­lik kawowy, zastę­pu­jący ten, który pod­czas wypro­wadzki zabrał współ­lo­ka­tor Dana. Nowe półki na masę ksią­żek nale­żą­cych do Mai oraz tych zgro­ma­dzo­nych przez jej part­nera. Nowiutka kanapa obita ciem­no­zie­lo­nym aksa­mi­tem. Nad nią - na ścia­nie - wisiał jedyny deko­ra­cyjny, arty­styczny przed­miot, który przy­wio­zła ze sobą. Jedyny, który zacho­wała przez ostat­nie sie­dem lat.

Była to majań­ska tka­nina wiel­ko­ści ręcz­nika kąpie­lo­wego. Gobe­lin w odcie­niach czer­wieni, żółci, zie­leni i nie­bie­skiego. Prze­pla­tały się na nim sym­bole przy­po­mi­na­jące kwiaty i węże. Dla Mai to było coś wię­cej niż zwy­kła deko­ra­cja. Nie wie­działa, co dokład­nie ozna­czają te sym­bole, ale nie miała wąt­pli­wo­ści, że gdzieś w górach Gwa­te­mali żyją ludzie, któ­rzy potra­fią je odczy­tać. Po ciemku minęła gobe­lin w dro­dze do kuchni.

W zle­wie leżały brudne naczy­nia. Tale­rze popla­mione sosem bolo­gnese z kola­cji. Uwiel­biała goto­wać z Danem w ich nowej kuchni. Danie pach­niało czosn­kiem i świe­żymi pomi­do­rami, ale nie sma­ko­wało tak, jak powinno. A może po pro­stu nie była głodna.

A może to dla­tego, że jej żołą­dek był ści­śnięty jak pięść. Dan spy­tał ją, czy coś się stało. Odpo­wie­działa, że wszystko w porządku, ale to nie była prawda. Otwo­rzyła szafkę i odsu­nęła na bok kilka kub­ków do kawy, szkla­nek oraz kie­lisz­ków do wina. Wresz­cie zna­la­zła to, czego szu­kała. Kie­li­szek do szo­tów. Jedna uncja3. Powie­działa sobie, że wła­śnie tyle wypije. Nie wię­cej. A pasek zdjęć, przy­cze­piony magne­sem do zamra­żal­nika, przy­po­mniał jej dla­czego.

Zdję­cia zostały zro­bione z oka­zji Hal­lo­ween w foto­budce znaj­du­ją­cej się w barze, gdzie spę­dzili noc na tań­cach z przy­ja­ciółmi. Maya prze­brała się za Baj­kową Cza­row­nicę - postać, którą wymy­śliła w ostat­niej chwili, pod­czas szu­ka­nia prze­bra­nia w Goodwill. Miała błysz­czące skrzy­dła, spi­cza­sty czarny kape­lusz, nie­bie­ską sukienkę z ceki­nami na koł­nie­rzyku i jakimś cudem zajęła dru­gie miej­sce w kon­kur­sie na naj­lep­szy kostium.

Dan prze­brał się za Maxa z Tam, gdzie żyją dzi­kie stwory. Trudno było zna­leźć szarą jed­no­czę­ściową piżamę, w którą by się zmie­ścił, a co dopiero taką wypro­du­ko­waną w spo­sób etyczny, ale zaczął szu­kać kostiumu z dużym wyprze­dze­niem. Następ­nie przy­szył z tyłu puszy­sty ogon i zro­bił sobie koronę ze zło­tego bry­stolu z recy­klingu.

Maya i Dan wyglą­dali jak totalne prze­ci­wień­stwa. Ona była drobna i miała zaska­ku­jąco atle­tyczną syl­wetkę jak na osobę, która ni­gdy nie upra­wiała sportu. Nato­miast on nale­żał do wyso­kich i wyglą­dał, jakby lubił sobie pojeść, co zresztą było zgodne z prawdą. Miał nie­bie­skie oczy, jasne włosy i krótko przy­strzy­żoną kasz­ta­nową brodę. Nosił oku­lary. Z kolei ona miała oliw­kową skórę i na oko trudno było oce­nić jej pocho­dze­nie etniczne. Ludzie zawsze brali ją za Hin­du­skę, Tur­czynkę, Mek­sy­kankę lub Ormiankę. W rze­czy­wi­sto­ści była w poło­wie Gwa­te­malką, w jed­nej czwar­tej Irlandką i w jed­nej czwar­tej Włoszką. Gęste czarne włosy i wyso­kie kości policz­kowe Majów spo­ty­kały się na jej twa­rzy z irlandz­kim okrą­głym pod­bród­kiem i zadar­tym nosem. Może i wyglą­dali z Danem jak prze­ci­wień­stwa, ale przy­glą­da­jąc się dokład­nie, można było zauwa­żyć, że na każ­dym zdję­ciu wyra­żają coś postawą swo­jego ciała - on pochyla się w jej stronę, a ona zadziera głowę, by spo­tkać się z nim w poło­wie drogi. Wyglą­dali na szczę­śli­wych. A ona dodat­kowo na pijaną - wpraw­dzie trzy­mała się na nogach, ale ledwo.

Wyjęła z zamra­żal­nika butelkę ginu. Biała mgiełka zaczęła uno­sić się z szyjki po zdję­ciu zakrętki. Napeł­niła kie­li­szek po brzegi, pod­nio­sła go w toa­ście dla ich roze­śmia­nych twa­rzy, uwiecz­nio­nych na zdję­ciach pod­czas wygłu­pów - Na zdro­wie! - i zło­żyła sobie obiet­nicę: jutro rano powie Danowi, dla­czego przez ostat­nich kilka dni nie była sobą. Dla­czego nie mogła ani spać, ani jeść. Powie mu, że odsta­wiła klo­no­pin.

Pro­blem w tym, że Dan nie wie­dział, że Maya w ogóle przyj­mo­wała ten lek. Kiedy się poznali, brała go już co noc na sen. Prze­cież to nic takiego - swego czasu dostała nawet receptę - po co miała o tym wspo­mi­nać? Komuś, z kim rand­ko­wała?

Przed Danem nie uma­wiała się z nikim dłu­żej niż przez mie­siąc. Jed­nak z nim jeden mie­siąc nie­po­strze­że­nie zamie­nił się w trzy i zanim się zorien­to­wała, minęło dwa i pół roku.

Jak wytłu­ma­czyć, dla­czego tak długo zwle­kała z tym wyzna­niem? Albo dla­czego w ogóle zde­cy­do­wała się brać klo­no­pin?

I co Dan by sobie pomy­ślał, gdyby się dowie­dział, że tabletki pocho­dzą nie z apteki, tylko od jej przy­ja­ciółki Wendy?

Maya racjo­na­li­zo­wała swoje uza­leż­nie­nie na wiele spo­so­bów. Wma­wiała sobie, że to nie kłam­stwo, tylko prze­ocze­nie z jej strony, że trzyma tabletki w torebce, w bute­leczce po aspi­ry­nie dla wygody, a nie po to, by je ukryć. Zamie­rzała powie­dzieć Danowi. Cze­kała tylko na odpo­wiedni moment - kiedy prze­sta­nie brać klo­no­pin (co przez cały ten czas pla­no­wała zro­bić) i jej nałóg sta­nie się tylko wspo­mnie­niem.

Ale teraz skoń­czyły się małe żółte tabletki, a Wendy, przy­ja­ciółka ze stu­diów, nie odbie­rała jej tele­fo­nów. Maya już kil­ka­na­ście razy pró­bo­wała się z nią skon­tak­to­wać - pisała ese­mesy, wysy­łała maile, a nawet dzwo­niła, ale zero odzewu. Jesz­cze kilka lat po ukoń­cze­niu stu­diów były ze sobą bli­sko. Głów­nie dla­tego, że obie miesz­kały w pobliżu Uni­wer­sy­tetu Bostoń­skiego i lubiły impre­zo­wać. Rzadko widy­wały się w ciągu dnia, ale wie­czo­rem i w nocy piły w swoim towa­rzy­stwie kilka razy w tygo­dniu. Jed­nak teraz, gdy Maya ogra­ni­czyła picie, spo­ty­kały się coraz rza­dziej. Patrząc wstecz, zdała sobie sprawę, że ich comie­sięczne brun­che od pew­nego czasu spro­wa­dzały się do trans­ak­cji: pięć­dzie­siąt dola­rów za dzie­więć­dzie­siąt mili­gra­mów klo­no­pinu.

Czy to dla­tego Wendy nie odpo­wia­dała na jej wia­do­mo­ści? Nie oddzwa­niała?

Im bar­dziej Maya odczu­wała skutki odsta­wie­nia leku - bez­sen­ność i wra­że­nie, jakby jej mózg dosłow­nie pło­nął, a po skó­rze cho­dziły mrówki - tym czę­ściej zasta­na­wiała się, czy Wendy wie­działa, jakie to będzie pie­kło.

Maya nie miała poję­cia. Psy­chia­tra, dok­tor Barry, który sie­dem lat temu prze­pi­sał jej klo­no­pin, nie wspo­mi­nał nic o poten­cjale uza­leż­nia­ją­cym. Powie­dział tylko, że tabletki pomogą jej zasnąć. I poma­gały. Przez pewien czas. Mijały kolejne mie­siące, a ona potrze­bo­wała coraz wię­cej i wię­cej leku, by osią­gnąć ten sam efekt co wcze­śniej, a dok­tor Barry zawsze chęt­nie słu­żył pomocą. Zwięk­szał dawkę jed­nym ruchem pióra. Aż do momentu, gdy Maya skoń­czyła stu­dia i stra­ciła ubez­pie­cze­nie. Kiedy nie było jej już stać na sesje, klo­no­pinowe źró­dełko wyschło i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że nie jest w sta­nie zasnąć bez table­tek. Już nie.

Na szczę­ście Wendy rów­nież dosta­wała recepty na klo­no­pin i nie ufała zbyt­nio ani psy­chia­trom, ani psy­chia­trii jako takiej. Nie brała więc żad­nych leków prze­pi­sy­wa­nych jej przez leka­rza. Wolała je sprze­da­wać lub wymie­niać na inne sub­stan­cje. Maya kupo­wała klo­no­pin od Wendy przez ostat­nie trzy lata. Odkąd skoń­czyła stu­dia. Przez cały ten czas mówiła sobie, że z tym skoń­czy. Wie­działa, że nie będzie łatwo, ale też nie przy­pusz­czała, że może być aż tak ciężko. Wygo­oglo­wa­nie obja­wów odsta­wien­nych też nie­spe­cjal­nie jej pomo­gło. To, co zna­la­zła, nie napa­wało opty­mi­zmem. Bez­sen­ność, spa­dek nastroju, poczu­cie nie­po­koju, drgawki, skur­cze mię­śni, para­noja, nad­mierne pobu­dze­nie... to jesz­cze pół biedy. Takie objawy mogła jakoś prze­bo­leć. Nato­miast to, czego się oba­wiała, to moż­li­wość wystą­pie­nia halu­cy­na­cji.

Użyła całej siły woli do zakrę­ce­nia butelki ginu i wło­że­nia jej z powro­tem do zamra­żal­nika. Poszła do łazienki i wzięła łyk nyqu­ilu, krzy­wiąc się, pod­czas gdy syrop spły­wał jej w dół gar­dła. Odbi­cie spo­glą­dało na nią z lustra. Wyglą­dało upior­nie w świe­tle wpa­da­ją­cym przez wyso­kie okno z matową szybą. Jej skóra była blada i wil­gotna, a oczo­doły przy­po­mi­nały kra­tery. Objawy odsta­wie­nia klo­no­pinu nie tylko ode­brały jej ape­tyt. Spra­wiły, że nie odczu­wała łak­nie­nia. Zauwa­żyła, że traci na wadze, a jej kości policz­kowe i oboj­czyki stały się bar­dziej wydatne. Patrząc w lustro, zmu­siła się do roz­luź­nie­nia zaci­śnię­tej szczęki.

W salo­nie zapa­dła się w kanapę i zdjęła prze­po­coną fla­ne­lową koszulę. Włą­czyła lampkę do czy­ta­nia i pró­bo­wała zatra­cić się w powie­ści - kry­mi­nale, w który wcze­śniej się wcią­gnęła. Jed­nak teraz zła­pała się na tym, że w kółko czyta ten sam aka­pit. Nawet cisza wyda­wała jej się za gło­śna. Wkrótce z ulicy zaczną docho­dzić do niej głosy osób cze­ka­ją­cych na zie­loną linię oraz trza­ska­nie drzwiami samo­cho­do­wymi przez ludzi, któ­rzy zapar­ko­wali wzdłuż kra­węż­nika.

Usły­szała kroki i odwró­ciła się, by zoba­czyć Dana wyła­nia­ją­cego się z ciem­no­ści kory­ta­rza. Wyglą­dał, jakby był w pół­śnie. Włosy ster­czały mu na wszyst­kie strony. Późno się poło­żył, bo zaku­wał do egza­mi­nów na trze­cim roku prawa.

Oboje mieli po dwa­dzie­ścia pięć lat, ale Dan robił wię­cej ze swoim życiem, a przy­naj­mniej ona tak to widziała. Wkrótce skoń­czy stu­dia, podej­dzie do egza­minu adwo­kac­kiego i zacznie szu­kać pracy. Tego wszyst­kiego aku­rat mu nie zazdro­ściła w prze­ci­wień­stwie do wiary w sie­bie. Chciał zostać praw­ni­kiem spe­cja­li­zu­ją­cym się w ochro­nie śro­do­wi­ska i odkąd go poznała, wła­śnie do tego dążył, pod­czas gdy ona od ukoń­cze­nia stu­diów pra­co­wała w cen­trum ogrod­ni­czym Kelly's, gdzie zaj­mo­wała się klien­tami i rośli­nami donicz­ko­wymi.

Nie cho­dziło o to, że postrze­gała tę pracę jako coś poni­żej swo­ich moż­li­wo­ści, ale cza­sami się mar­twiła, że Dan tak uważa albo patrzy z góry na jej ewi­dentny brak zapału i deter­mi­na­cji. Na początku ich zna­jo­mo­ści powie­działa mu, że chce zostać pisarką. Sta­rał się ją wspie­rać w reali­za­cji tego marze­nia; od czasu do czasu pytał, kiedy będzie mógł prze­czy­tać jej dzieło. Jed­nak prawda była taka, że od ostat­niego roku stu­diów Maya niczego nie napi­sała.

Ostat­nimi czasy już o to nie pytał. Jakby prze­stał wie­rzyć, że kie­dy­kol­wiek zbie­rze się w sobie i coś napi­sze.

Zmru­żył oczy i spoj­rzał na nią przez mrok. Sie­działa na kana­pie w samej bie­liź­nie, pod­czas gdy on miał na sobie spodnie dre­sowe, weł­niane skar­pety i koszulkę z dłu­gimi ręka­wami.

- Hej... - powie­dział zaspa­nym gło­sem. - Wszystko dobrze?

Przy­tak­nęła.

- Nie mogłam zasnąć.

Ale Dan nie był głupi. Wręcz prze­ciw­nie. Był sza­le­nie inte­li­gentny - mię­dzy innymi dla­tego go kochała. Wie­dział, że coś jest nie tak, a ona chciała mu o tym powie­dzieć - w końcu obie­cała sobie, że to zrobi - ale to nie był odpo­wiedni moment (znowu). Pod­nio­sła się z kanapy, zarzu­ciła na ramiona fla­ne­lową koszulę, która teraz wydała jej się gry­ząca, i prze­szła przez salon, aby poło­żyć Danowi rękę na ramie­niu.

- Wła­śnie mia­łam wra­cać do łóżka - dodała.

Spoj­rzała w jego zmę­czone oczy i prze­szła obok niego do sypialni.

Trudno powie­dzieć, kiedy zro­bił się tam taki bała­gan. Żadne z nich nie było z natury czy­ścio­chem, ale jakoś udało im się utrzy­mać porzą­dek w salo­nie i kuchni. Jed­nak ponie­waż goście ni­gdy nie mieli powodu, aby wcho­dzić do sypialni, Maya i Dan zosta­wiali w niej ubra­nia na pod­ło­dze, brudne kubki, kie­liszki do wina i poroz­wa­lane wszę­dzie książki. A ostat­nio zro­biło się jesz­cze gorzej.

Mai ni­gdy wcze­śniej bała­gan tak nie prze­szka­dzał, jed­nak teraz, kiedy ten pokój odzwier­cie­dlał stan jej umy­słu, czuła się w nim nie­swojo.

Poło­żyła się i zamknęła oczy. Dan wydał z sie­bie odgłos, jakby chciał coś powie­dzieć. Cze­kała. Cze­kała, dopóki jego oddech nie stał się mia­rowy. Zasnął.

Maya poszła w jego ślady. Od razu pogrą­żyła się we śnie. W jed­nej chwili słu­chała odde­chu Dana, a w następ­nej była już w dro­dze do chaty Franka. Na jawie nie pamię­tała tego miej­sca, ale we śnie znała drogę na pamięć: naj­pierw wąską ścieżką przez las, a potem przez mostek. Chata znaj­do­wała się na pola­nie. Była oto­czona ścianą drzew. Dwa bujane fotele stały puste na ganku. Drzwi były zamknięte, ale w swo­ich snach ona zawsze miała klucz.

Weszła do środka, lecz nie dla­tego, że chciała. Nie miała wyboru. Jakaś jej część - ta, która śniła - upar­cie nale­gała, żeby powra­cała tu co noc, jakby miała w tym miej­scu jakieś zada­nie do wyko­na­nia. Jakby musiała coś zro­zu­mieć. Ogień trza­skał przy­jem­nie w wyso­kim kamien­nym kominku. Stół był nakryty dla dwóch osób: miski, łyżki i szklanki, które jesz­cze nie zostały napeł­nione. W garnku na kuchence goto­wała się kola­cja. Jakiś gulasz. Goto­wane mięso, roz­ma­ryn, czo­snek i tymia­nek. Pach­niało cudow­nie. Sma­ko­wi­cie. Czuła, że jej ciało zaczyna się odprę­żać nawet pomimo kieł­ku­ją­cego w niej prze­ra­że­nia, które owi­jało się wokół serca.

Miała wra­że­nie, że to nie sen.

Wie­działa, że Frank tu jest. Zawsze tu był. Zza okna docho­dził szum stru­myka. Deli­katny, spo­kojny dźwięk. Ale ona wie­działa swoje. Wie­działa o nie­bez­pie­czeń­stwie. Cza­iło się tutaj. Tuż pod powierzch­nią, wple­cione w tka­ninę tego miej­sca. Nie­bez­pie­czeń­stwo drze­mało w jego przy­tul­no­ści. W jego cie­ple. A nawet w dźwięku stru­myka. W deli­kat­nym szem­ra­niu, które sta­wało się coraz gło­śniej­sze. Woda pły­nęła po kamie­niach w szyb­kim tem­pie. Ryt­micz­nym i natar­czy­wym. Wyda­wany przez nią dźwięk sta­wał się coraz gło­śniej­szy i wyraź­niej­szy, aż w końcu Maya miała wra­że­nie, że stru­myk stara się jej coś powie­dzieć. Ze szmeru zaczęły się wyła­niać słowa, ale zni­kały, zanim zdą­żyła je wyła­pać.

Słu­chała, pró­bu­jąc zro­zu­mieć ten prze­kaz, aż zdała sobie sprawę, że to nie stru­myk do niej mówi, tylko Frank.

Stał za nią i szep­tał jej do ucha. Miała gęsią skórkę. Każdy wło­sek na jej ciele sta­nął dęba. Serce waliło jak mło­tem, a w uszach pisz­czało z prze­ra­że­nia, gdy powoli zaczęła się odwra­cać.

Wtedy, zlana potem, otwo­rzyła oczy.

Rzadko kiedy pamię­tała swoje sny po prze­bu­dze­niu, a jeśli już, to zazwy­czaj te wspo­mnie­nia były dość mgli­ste. Jed­nak odkąd prze­stała brać klo­no­pin, sypiała płytko, coraz bar­dziej nie­spo­koj­nie, a jej sny stały się wyra­zist­sze. Pozo­sta­wiały po sobie mgli­ste poczu­cie stra­chu. Się­gnęła po zegar i obró­ciła go w swoją stronę. Piąta czter­dzie­ści dzie­więć. Ostroż­nie, tak by nie obu­dzić Dana, po raz kolejny pod­nio­sła się z łóżka, wzięła lap­top z biurka i na pal­cach prze­szła do salonu.

Włą­czyła play­li­stę z koją­cymi dźwię­kami natury i wycią­gnęła prze­pis na nie­miecki tort cze­ko­la­dowy jej mamy. Dziś wie­czo­rem ona i Dan mieli przed sobą dwie godziny jazdy do Amherst na uro­dziny. Jego mamy. Nor­mal­nie cie­szy­łaby się na takie spo­tka­nie - lubiła rodzi­ców Dana i sama zapro­po­no­wała (zanim skoń­czyły jej się tabletki), że upie­cze z tej oka­zji tort - ale teraz zasta­na­wiała się, w jaki spo­sób pod­czas kola­cji we czworo uda jej się ukryć, że coś jest z nią nie tak.

Chciała, żeby ją zaak­cep­to­wali. Kiedy spo­tkała się z nimi po raz pierw­szy, ojciec Dana wpadł na pomysł, że faj­nie byłoby poroz­ma­wiać z nią po hisz­pań­sku. Wypa­dło to dość nie­zręcz­nie, ponie­waż hisz­pań­ski Mai był na żenu­ją­cym pozio­mie. Brzmiała jak typowa anglo­ję­zyczna osoba, która uczyła się tego języka w szkole śred­niej. Prze­cią­gała samo­gło­ski i uży­wała cza­sow­ni­ków nie w tym cza­sie, co trzeba, pod­czas gdy ojciec Dana potra­fił zawsze odpo­wied­nio wymó­wić "r". "Prze­pra­szam", powie­działa w końcu po angiel­sku i od tam­tej pory pró­bo­wała zre­ha­bi­li­to­wać się w oczach rodzi­ców swo­jego part­nera.

Greta i Carl, podob­nie jak ich syn, byli inte­li­gen­tami. Inte­lek­tu­ali­stami. Ona była foto­re­por­terką, a on - nauczy­cie­lem pią­tych klas i wie­lo­ję­zycz­nym poetą. Mai zale­żało na tym, żeby ją lubili, ale przede wszyst­kim chciała być taka jak oni. Nie zamie­rzała wiecz­nie tkwić w cen­trum ogrod­ni­czym Kelly's. Wpraw­dzie jej mama pra­co­wała w kuchni luk­su­so­wego ośrodka odwy­ko­wego, w któ­rym zaj­mo­wała się pie­cze­niem chleba, ale ojciec też był pisa­rzem. Chciała powie­dzieć to rodzi­com Dana. Jed­nak wtedy prawdopodob­nie by o niego dopy­ty­wali, a wtedy Maya musia­łaby powie­dzieć, że zmarł przed jej naro­dzi­nami. Takie wyzna­nie zawsze pro­wa­dziło do nie­zręcz­no­ści. Zawsze. Nikt ni­gdy nie wie­dział, co powie­dzieć w takiej sytu­acji, a ostat­nie, czego Maya pra­gnęła tego wie­czoru, to wię­cej nie­zręcz­no­ści.

W razie czego powie im po pro­stu, że nie czuje się naj­le­piej, co zresztą jest prawdą. Zakryje maki­ja­żem cie­nie pod oczami i postara się nie wier­cić na krze­śle. Będzie się uśmie­chać. Tylko nie za sze­roko. I nie za lekko. Wtedy nikt się nie domy­śli, że tak mało spała.

Pocie­ra­jąc skro­nie, pró­bo­wała sku­pić się na dźwię­kach wodo­spadu pły­ną­cych z gło­śni­ków. Stwo­rzyła listę skład­ni­ków, któ­rych nie mieli, a potrze­bo­wali na tort: grubo roz­drob­nio­nego kokosu, maślanki i orze­chów pekan. Następ­nie, nie mogąc sku­pić się na książce, weszła na YouTube i prze­wi­nęła wiele kana­łów, które miała sub­skry­bo­wane. Potrze­bo­wała cze­goś, co przy­cią­gnie i zdoła zatrzy­mać jej uwagę. Odwróci od nęka­ją­cego ją pra­gnie­nia. Da mózgowi chwilę wytchnie­nia.

Tyle że nie korzy­stała z żad­nych mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Jej przy­ja­ciele uwa­żali to za prze­jaw eks­cen­try­zmu, Dan twier­dził, że to powiew świe­żo­ści, a ona zdo­łała prze­ko­nać samą sie­bie, że chce przez to prze­ka­zać pewną ideę, zaak­cen­to­wać istotny pro­blem spo­łeczny i swoją postawę wobec niego. Może i tak, przy­naj­mniej do pew­nego stop­nia, ale prawda była o wiele bar­dziej zło­żona i nie powinna o tym myśleć teraz, kiedy poziom jej nie­po­koju się­gnął zenitu.

Obej­rzała krótki fil­mik o kocie, który wycho­wy­wał osie­ro­co­nego beagle'a, a następ­nie o boston ter­rie­rze z talen­tem do jazdy na desko­rolce. Nie miała ani zdję­cia pro­fi­lo­wego, ani żad­nych innych infor­ma­cji, które mogłyby iden­ty­fi­ko­wać ją w sieci, ale rzecz jasna nie sta­no­wiło to żad­nej prze­szkody, by otrzy­my­wała sper­so­na­li­zo­wane reklamy i reko­men­da­cje.

Póź­niej zasta­na­wiała się, czy to wła­śnie dla­tego ten fil­mik poja­wił się w suge­ro­wa­nych dla niej tre­ściach. Dziew­czyna umiera przed kamerą. Oczy­wi­ście, że klik­nęła. Jak mogłaby nie klik­nąć? Zgod­nie z tytu­łem sze­ścio­mi­nu­towe nagra­nie pocho­dziło z kamery moni­to­ringu baru w Pit­ts­field w sta­nie Mas­sa­chu­setts, czyli z rodzin­nego mia­sta Mai. Choć wyglą­dało, jakby powstało w latach pięć­dzie­sią­tych, musiało być sto­sun­kowo nowe, ponie­waż nie koja­rzyła tego miej­sca z rzę­dem błysz­czą­cych lóż, w więk­szo­ści pustych, usta­wio­nych wzdłuż ściany z oknami. Wyglą­dało na to, że nagra­nie powstało za dnia. Było kolo­rowe, ale też naprawdę kiep­skiej jako­ści. Wszystko wyda­wało się roz­myte: pod­łoga w czarno-białą sza­chow­nicę, zdję­cia zabyt­ko­wych samo­cho­dów na ścia­nach. Jedy­nymi klien­tami baru byli czte­ro­oso­bowa rodzina i dwóch star­szych męż­czyzn piją­cych kawę.

Kamera była skie­ro­wana na drzwi wej­ściowe, aby w razie czego móc moż­li­wie jak naj­le­piej uchwy­cić prze­stępcę, który wej­dzie do lokalu z bro­nią lub uciek­nie z ukra­dzio­nymi pie­niędzmi. Jed­nak tym razem niczego takiego nie zare­je­stro­wała. Gdy drzwi się otwo­rzyły, kamera uchwy­ciła cał­kiem zwy­czajną parę - męż­czy­znę po trzy­dzie­stce i nieco mło­dziej od niego wyglą­da­jącą kobietę, która tro­chę przy­po­mi­nała Mayę. Miała okrą­głą twarz z wyso­kim czo­łem i ciem­nymi oczami. Wyglą­dała na pro­sto­duszną.

Męż­czy­zną na nagra­niu był Frank Bel­lamy.

Maya nie miała co do tego wąt­pli­wo­ści. Wpraw­dzie nie widziała go od sied­miu lat, ale nie pomy­li­łaby tego wąskiego pod­bródka i lekko krzy­wego nosa z żad­nym innym. Podob­nie jak luzac­kiego kroku i roz­czo­chra­nych wło­sów. Ze względu na jakość nagra­nia na twa­rzy Franka nie było widać żad­nych oznak sta­rze­nia się, przez co wyglą­dał dokład­nie tak, jak go zapa­mię­tała. Jakby upływ czasu zupeł­nie go nie doty­czył. Maya patrzyła, jak para siada w loży, naprze­ciwko sie­bie i pod­nosi ze sto­lika lami­no­wane menu. Następ­nie do nowo przy­by­łych klien­tów pode­szła kel­nerka z dzban­kiem wody i przy­jęła ich zamó­wie­nia, któ­rych ni­gdzie sobie nie zapi­sała.

To, co działo się potem, wyglą­dało jak nor­malna roz­mowa mię­dzy Fran­kiem i jego towa­rzyszką, z tą róż­nicą, że tylko on mówił. Kobieta słu­chała pochy­lona w stronę kamery. Jej twarz była widoczna, a jego lekko odwró­cona w drugą stronę - tak że kamera mogła uchwy­cić jedy­nie prawe ucho, poli­czek, oko i kącik ust Franka.

Płuca Mai objęły zimne macki.

Po pię­ciu minu­tach nagra­nia wciąż wła­ści­wie nic się nie działo. Praw­do­po­dob­nie wiele osób nie dotrwało do tego momentu i nie obej­rzało fil­miku do końca. Nawet click­ba­itowy tytuł nie wystar­czy, by utrzy­mać uwagę i zain­te­re­so­wa­nie więk­szo­ści widzów na tak długo. Taki chwyt działa tylko do pew­nego momentu. Ktoś, kto zamie­ścił nagra­nie, powi­nien roz­wa­żyć jego edy­cję. Wycię­cie czę­ści tej przy­dłu­giej, jed­no­stron­nej kon­wer­sa­cji. Z dru­giej strony moż­liwe, że rze­czony frag­ment został pozo­sta­wiony celowo. By poka­zać, że to, co było póź­niej, naprawdę wzięło się zni­kąd.

Maya pochy­liła się nad ekra­nem, pró­bu­jąc odczy­tać emo­cje na twa­rzy kobiety. Wyda­wała się śred­nio zain­te­re­so­wana tym, co mówił Frank. Patrząc na nią, trudno było zna­leźć jakie­kol­wiek wska­zówki co do jej myśli i odczuć. Frank mógł opo­wia­dać jakąś histo­rię, naj­wy­raź­niej pozba­wioną humoru i ele­mentu zasko­cze­nia. Nie­wy­klu­czone też, że dawał jej pew­nego rodzaju instruk­cje czy też obja­śniał drogę.

Rów­nie dobrze kobieta mogłaby być stu­dentką sie­dzącą na tyłach sali wykła­do­wej. Nie zdjęła nawet żół­tej pucho­wej kurtki. Jej łagodne spoj­rze­nie było sku­pione na jego twa­rzy. Łok­cie i przed­ra­miona oparła o sto­lik. Maya spraw­dziła, że do końca fil­miku pozo­stało tylko dwa­dzie­ścia sekund. Wtedy to się stało.

Kobieta zako­ły­sała się na swoim miej­scu. Z sze­roko otwar­tymi oczami zgięła się w talii. Nie pod­jęła żad­nej próby amor­ty­za­cji upadku. Jej przed­ra­miona wciąż spo­czy­wały na sto­liku, pod­czas gdy głowa opa­dła. W innych oko­licz­no­ściach nagłość tej sceny mogłaby się wydać komiczna jak w przy­padku klauna, który ląduje twa­rzą w tar­cie z kre­mem bana­no­wym. Tyle że tutaj nie było ani cia­sta, ani śmie­chu. Jedy­nie krótka pauza, zanim Frank zerwał się z miej­sca, pośpie­szył do kobiety i zaczął coś mówić, praw­do­po­dob­nie jej imię. Teraz, gdy miał twarz zwró­coną w stronę kamery, łatwo można było dostrzec jego strach i zasko­cze­nie.

Kiedy przy­cią­gnął ją do sie­bie, kobieta zawi­sła całym cię­ża­rem mar­twego ciała na jego ramie­niu. Frag­ment nagra­nia moni­to­ringu zakoń­czył się w momen­cie, gdy do pary pod­bie­gła kel­nerka. Jed­nak na chwilę przed tym oczy Franka się pod­nio­sły. Spoj­rzały w kamerę. Maya miała wra­że­nie, że patrzy pro­sto na nią.

Drżą­cymi rękami zamknęła lap­top.

Fil­mik został wrzu­cony nie­całe trzy dni temu, a już zebrał sie­dem­dzie­siąt dwa tysiące wyświe­tleń. Frank miał wszel­kie powody, by sądzić, że Maya go obej­rzy. Co ozna­czało, że ona miała wszel­kie powody do stra­chu. W końcu nie pierw­szy raz widziała, jak ktoś umiera w jego obec­no­ści.

Dwa

Życie Aubrey West zakoń­czyło się w pogodny letni dzień. Była naj­lep­szą przy­ja­ciółką Mai w liceum i zmarła na krótko przed jej wyjaz­dem na stu­dia. Śmierć Aubrey nie została uwiecz­niona przez kamerę, ale i tak wzbu­dziła spore zain­te­re­so­wa­nie: krę­cono o niej rela­cje tele­wi­zyjne, pisano arty­kuły do gazet i roz­sie­wano prze­różne plotki. W końcu zdrowa sie­dem­na­sto­latka ni stąd, ni zowąd padła tru­pem. Skoro jej mogło się przy­da­rzyć coś takiego..., myśleli ludzie.

Aubrey, podob­nie jak dziew­czyna z fil­miku na YouTu­bie, tuż przed śmier­cią roz­ma­wiała z Fran­kiem i Maya była prze­ko­nana, że to wła­śnie on zabił jej przy­ja­ciółkę. Podej­rze­wała, dla­czego to zro­bił, ale nie potra­fiła wytłu­ma­czyć, w jaki spo­sób, a ponie­waż bra­ko­wało jej dowo­dów (i z cza­sem także zaufa­nia do samej sie­bie, swo­jej per­cep­cji, a nawet poczy­tal­no­ści), osta­tecz­nie nie miała innego wyboru, jak pójść do przodu. Zosta­wić ten roz­dział za sobą.

A przy­naj­mniej spró­bo­wać.

Maya zawsze lubiła sobie popić. A przy­naj­mniej od czasu, gdy po raz pierw­szy Aubrey zwi­nęła mamie pół litra wódki. Wypiły ją wymie­szaną z Sunny D. Jed­nak wtedy jej podej­ście do picia było inne. Jako nasto­latki ona i Aubrey szu­kały wszel­kich spo­so­bów na dobrą zabawę. Haj. Jed­no­cze­śnie uwa­żały, że dzieli je prze­paść od szkol­nych wyko­le­jeń­ców. Dzie­cia­ków, które wymy­kały się na par­king mię­dzy lek­cjami, a potem snuły się po kory­ta­rzach z czer­wo­nymi oczami i wisiały przy swo­ich szaf­kach. Maya dosta­wała naj­wyż­sze oceny bez więk­szego wysiłku. Aubrey, cho­ciaż jej stop­nie ni­gdy tego nie odzwier­cie­dlały, rów­nież była na swój spo­sób nie­zwy­kle bystra. Świet­nie rozu­miała ludzi. Potra­fiła wła­ści­wie odczy­ty­wać ich dzia­ła­nia. Przej­rzeć na wylot. Kiedy była mała, jej rodzina czę­sto się prze­pro­wa­dzała, więc miała duże doświad­cze­nie w nawią­zy­wa­niu zna­jo­mo­ści, ale nie umiała ich pod­trzy­my­wać.

Kiedy Maya poznała ją w dzie­wią­tej kla­sie4 na angiel­skim, Aubrey była nową uczen­nicą - tajem­ni­czą i intry­gu­jącą dla wszyst­kich, zwłasz­cza dla chło­pa­ków, któ­rych przy­cią­gała swo­imi zie­lo­nymi oczami i chy­trym uśmie­chem. W ciągu pierw­szych kilku tygo­dni cie­szyła się popu­lar­no­ścią. Maya była tylko jedną z wielu dziew­czyn, z któ­rymi Aubrey się wtedy zakum­plo­wała. Jed­nak żadne inne jej przy­jaź­nie nie prze­trwały próby czasu. Tylko tę z Mayą pie­lę­gno­wała. Obie o nią dbały.

Miały przy­go­to­wać w parze pro­jekt o Emily Dic­kin­son i tak połą­czyła je poezja. To dzięki niej tak dobrze się doga­dy­wały. Obie potra­fiły dać się porwać pięk­nemu wer­sowi. Poza tym łączył je brak przy­na­leż­no­ści - Aubrey miała na stałe przy­kle­joną łatkę "nowej laski", a Maya przez cały czas sie­działa z nosem w książ­kach. Wyglą­dała na Laty­no­skę, ale dora­stała z białą samotną matką. Poza tym nie­wiele wie­działa o swo­jej rodzi­nie w Gwa­te­mali. Czuła, że nie pasuje do innych laty­no­skich dzie­cia­ków. Jed­no­cze­śnie to, że nie była biała, spra­wiało, że wyróż­niała się w Pit­ts­field. Odsta­wała.

Spę­dzała więk­szość czasu na czy­ta­niu i wymy­śla­niu histo­rii. Lepiej doga­dy­wała się z nauczy­cie­lami niż z rówie­śni­kami, ale nie miała z tym pro­blemu. Zamie­rzała pójść w ślady ojca i zostać pisarką. Taki był jej plan: pisać książki i zyskać sławę. Zosta­wić Pit­ts­field za sobą.

Dostała się na pra­wie wszyst­kie uczel­nie, do któ­rych zło­żyła papiery. Wybrała Uni­wer­sy­tet Bostoń­ski ze względu na tam­tej­szy pro­gram kre­atyw­nego pisa­nia oraz sty­pen­dia, które jej przy­znano. Jed­nak tydzień przed roz­po­czę­ciem przez nią stu­diów Aubrey zmarła.

I tak życie Mai podzie­liło się na przed i po.

Stra­ciła naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Widziała śmierć Aubrey na wła­sne oczy, jed­nak do dziś czuła, że za tym nie­szczę­śli­wym zda­rze­niem stało coś wię­cej. Jakby oglą­dała sztuczkę magiczną, rozu­mie­jąc, że to była ilu­zja, ale nie wie­dząc, w czym tkwi jej sekret. Jak magik to zro­bił.

To wszystko nie trzy­mało się kupy. Aubrey była zdrowa, nic jej nie dole­gało. W prze­szło­ści nie cier­piała na żadne poważ­niej­sze scho­rze­nia. Sek­cja zwłok rów­nież nie oka­zała się pomocna. Lekarz medy­cyny sądo­wej stwier­dził jedy­nie, że była to "nagła nie­wy­ja­śniona śmierć" - naj­wy­raź­niej tak okre­ślał sytu­acje, w któ­rych ktoś padał tru­pem bez żad­nego powodu. Naj­czę­ściej w podob­nych przy­pad­kach tra­ge­dię przy­pi­sy­wano aryt­mii serca lub pew­nego rodzaju napa­dowi lub ata­kowi.

Ale Maya wie­działa swoje. To był Frank.

Nie potra­fiła tego udo­wod­nić, a nawet wytłu­ma­czyć, ale upie­rała się, że w jakiś spo­sób zdo­łał ich wszyst­kich oszu­kać. Żad­nej broni. Żad­nej tru­ci­zny. Żad­nej krwi. Żad­nych ran. Może gdyby miała choć cień dowodu, poli­cja potrak­to­wa­łaby ją poważ­nie. Jed­nak w tej sytu­acji jedy­nie prze­słu­chali Franka. Nie mieli żad­nego powodu, by go zatrzy­mać. Za to Mayę uczu­lili na moż­liwe kon­se­kwen­cje fał­szy­wych oskar­żeń, pod­kre­śla­jąc, że w taki spo­sób można zruj­no­wać czło­wie­kowi życie.

Mama Mai miała dla niej wię­cej cier­pli­wo­ści i wyro­zu­mia­ło­ści, jed­nak kiedy oka­zało się, że podej­rze­nia córki nie tylko się nie potwier­dziły, ale były wręcz bez sensu, zaczęła się mar­twić o jej zdro­wie psy­chiczne. Miała ku temu powody. Cho­roba psy­chiczna była w ich rodzi­nie jak klą­twa, która w ówcze­snym wieku Mai - sie­dem­na­stu lat - mogła zacząć dawać o sobie znać.

Z tego powodu dziew­czyna tra­fiła pod opiekę dok­tora Barry'ego. Jej mama zna­la­zła go na jed­nej z żół­tych stron książki tele­fo­nicz­nej.

Już na pierw­szym godzin­nym spo­tka­niu dok­tor Barry zdia­gno­zo­wał u niej krót­ko­trwałe zabu­rze­nie psy­cho­tyczne. Mogła je wywo­łać śmierć bli­skiej osoby. Powie­dział, że Maya cierpi na uro­je­nia i stąd biorą się jej podej­rze­nia oraz obawy co do Franka. Jed­no­cze­śnie zapew­nił, że nie ona pierw­sza reaguje myśle­niem magicz­nym na tak nagłą i nie­spo­dzie­waną śmierć. To tak w ramach pocie­sze­nia. Mniej niż dwie osoby na sto tysięcy nagle umie­rają z powo­dów, któ­rych nie udaje się ziden­ty­fi­ko­wać pod­czas autop­sji.

W nie­któ­rych kul­tu­rach winą za takie zgony obar­cza się złe duchy. Umysł zawsze będzie pró­bo­wał wyja­śnić to, czego nie może zro­zu­mieć. Będzie wymy­ślał histo­rie, teo­rie, a nawet całe sys­temy wie­rzeń. A umysł Mai - jak to powie­dział dok­tor Barry - był z gatunku tych, które widziały twa­rze w chmu­rach i wia­do­mo­ści w liściach her­baty. Wzory tam, gdzie inni niczego nie dostrze­gali. Była to oznaka buj­nej wyobraźni, ale takiej, która może pła­tać figle.

Leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne stłu­miły nie­da­jące jej spo­koju poczu­cie, że Fran­kowi udało się ich wszyst­kich wyki­wać, ale ni­gdy nie zdo­łały spra­wić, by znik­nęło cał­ko­wi­cie. Cza­sami wciąż ją nacho­dziło. Pod­peł­zało do niej w ciem­no­ściach. Trudne do znie­sie­nia prze­ko­na­nie, że choć wszy­scy wie­rzyli dok­to­rowi Barry'emu, ten w rze­czy­wi­sto­ści się mylił i Frank naprawdę zamor­do­wał jej naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

A z tym prze­ko­na­niem wią­zał się strach. Maya była dla Franka nie­do­koń­czoną sprawą, świad­kiem tego, co zro­bił (cokol­wiek to było). Jeśli w isto­cie był mor­dercą, miała wszel­kie powody, by się bać. A fakt, że nie wie­działa, jak to zro­bił, tylko potę­go­wał tę strasz­liwą nie­pew­ność, która nie pozwa­lała jej ruszyć do przodu. Jed­nak z cza­sem nauczyła się, że nie warto roz­ma­wiać o swo­ich podej­rze­niach z dok­to­rem Bar­rym ani tak naprawdę z nikim innym. Nie mogła znieść, gdy ludzie patrzyli na nią jak na wariatkę. Zado­wo­lony z tego, że Maya nie ma już uro­jeń, dok­tor Barry uznał ją za wyle­czoną (choć wciąż lekko nie­spo­kojną) i zamie­nił jej leki prze­ciw­p­sy­cho­tyczne na klo­no­pin.

Pomo­gło. Klo­no­pin tłu­mił jej lęki i spra­wiał, że spała jak zabita.

Alko­hol rów­nież oka­zał się pomocny. Przez cały okres stu­diów kilka nocy w tygo­dniu upi­jała się do nie­przy­tom­no­ści. Wciąż dosta­wała dobre oceny, ale tylko dla­tego, że sta­rała się wybie­rać same naj­ła­twiej­sze zaję­cia - takie jak wykłady, na które uczęsz­czała masa ludzi i gdzie nikt nie znał jej imie­nia, więc nie miało zna­cze­nia, czy przy­cho­dziła na nie ska­co­wana, czy nie. Wma­wiała sobie, że dobrze się bawi, i może naprawdę tak było. Trudno powie­dzieć. Mało pamię­tała z tego okresu. W sieci wid­niało nato­miast wystar­cza­jąco dużo żenu­ją­cych zdjęć, na któ­rych tań­czyła na ladach baro­wych, zawsze z drin­kiem lub szo­tem w ręce. Można było po nich wno­sić, że ni­gdy nie bawiła się lepiej.

Po stu­diach chęt­nie pod­jęła pracę w cen­trum ogrod­ni­czym Kelly's. I choć od czasu do czasu sia­dała przy biurku, aby coś napi­sać, ni­gdy nie udało jej się prze­brnąć przez pierw­szą stronę. Pro­blem pole­gał na tym, że prze­stała lubić prze­by­wa­nie sam na sam z wła­snymi myślami. Kiedy poznała Dana, od ponad roku pra­co­wała w cen­trum ogrod­ni­czym i dzie­liła miesz­ka­nie ze swoją przy­ja­ciółką Laną.

Poznali się na impre­zie aku­rat o takiej porze, kiedy wszy­scy albo tań­czyli w kółeczku cali spo­ceni, albo zde­cy­do­wa­nie za gło­śno beł­ko­tali w kuchni, albo leżeli roz­wa­leni na łóżku gospo­da­rza i wcią­gali koks. Maya zało­żyła, że oboje byli na haju, gdy zaczęli roz­ma­wiać w kolejce do łazienki. Jak ina­czej wytłu­ma­czyć, że następ­nego dnia rano, pod­czas śnia­da­nia, sie­dząc naprze­ciwko sie­bie w jej ulu­bio­nej mek­sy­kań­skiej restau­ra­cji, na­dal byli pochło­nięci kon­wer­sa­cją?

Przy huevos ran­che­ros i przy­pra­wio­nej cyna­mo­nem café de olla roz­ma­wiali o wszyst­kim, ale ona naj­bar­dziej zapa­mię­tała to, że Dan, podob­nie jak ona, czy­tał kie­dyś Iliadę w wyda­niu dla dzieci i od tego czasu miał obse­sję na punk­cie mito­lo­gii grec­kiej.

Może cho­dziło o pew­nego rodzaju intym­ność, która towa­rzy­szy prze­by­wa­niu z kimś, kto uwiel­bia te same opo­wie­ści. A może o to, że roz­ma­wia­jąc o nich, tak naprawdę mówili o sobie. Maya od lat nie otwie­rała się przed nikim na temat naj­więk­szej traumy swo­jego życia. I cho­ciaż wtedy na pewno nie wspo­mniała o niej Danowi, zna­la­zła pewne pocie­sze­nie we wraż­li­wo­ści, z jaką mówił o Kasan­drze - kobie­cie prze­klę­tej, gło­szą­cej prawdę, w którą nikt nie wie­rzył.

Dopiero na trze­ciej lub czwar­tej randce zdała sobie sprawę z tego, że Dan pra­wie w ogóle nie pije - co naj­wy­żej dwa drinki na całą imprezę - i nie bie­rze nar­ko­ty­ków. A to ozna­czało, że ich pierw­sza roz­mowa nie była wcale napę­dzana koka­iną (przy­naj­mniej nie ze strony Dana), co wyda­wało się jej naprawdę ważne.

Ozna­czało to rów­nież, że był przy niej cał­ko­wi­cie trzeźwy w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści męż­czyzn, z któ­rymi uma­wiała się do tej pory, a któ­rzy z per­spek­tywy czasu wyda­wali jej się bar­dziej kum­plami od kie­liszka. Myśl o tej całej uwa­dze poświę­ca­nej jej na trzeźwo była wykań­cza­jąca ner­wowo. Jed­nak z cza­sem - pod­czas brun­chów i kola­cji, dłu­gich roz­mów i coraz bar­dziej kom­for­to­wego sie­dze­nia w ciszy - Maya rów­nież zapra­gnęła być przy nim trzeźwa, by moż­li­wie jak naj­le­piej pamię­tać spę­dzone razem chwile. Nie tra­cić ich czasu we dwoje. Prze­jaż­dżek rowe­ro­wych wzdłuż Char­les River. Mara­to­nów Iron Chefa spę­dzo­nych na kana­pie. Przy­go­to­wy­wa­nia razem wyszu­ka­nych dań w jego kuchni, kiedy to robili nie­zły bała­gan.

Z początku spę­dza­nie tylu chwil na trzeźwo nie było dla niej łatwe. Cza­sami, nie wia­domo skąd i dla­czego, budziły się wspo­mnie­nia, które jak lewia­tan po dłu­gim śnie gro­ziły powsta­niem i połknię­ciem jej w cało­ści. Aubrey upa­da­jąca na scho­dach. Mroczny błysk w oczach Franka. Prze­ra­że­nie wyni­ka­jące z faktu, że żadne wysiłki Mai, by nie rzu­cać się w oczy, nie będą miały zna­cze­nia, jeśli tylko Bel­lamy zechce ją odna­leźć.

Jed­nak nie tylko to ją drę­czyło. Nie­dawno zdała sobie sprawę, że w ciągu nie­mal dekady pozo­sta­wa­nia w sta­nie cią­głego upo­je­nia alko­ho­lo­wego zapo­mniała, jak radzić sobie z codzien­nymi pro­ble­mami, takimi jak kła­dze­nie się spać o roz­sąd­nej porze. Kiedy była sfru­stro­wana, czuła się aż dziw­nie z tym, że nie pije.

Od czasu do czasu łapała się na tym, że bez powodu naska­kuje na Dana. Miała wtedy do sie­bie żal. Gry­zły ją wyrzuty sumie­nia. Z obawy, że mogłaby go odtrą­cić lub do sie­bie znie­chę­cić, sta­rała się, jak mogła, ukryć swój nie­po­kój. Ni­gdy nie wspo­mi­nała o zim­nych potach, które budziły ją o świ­cie, ani o bez­sen­no­ści. Jed­nak w końcu wszystko to ustą­piło, w czym pomógł jej klo­no­pin. Zastę­po­wała nim teraz alko­hol - wódkę lub gin - któ­rego nor­mal­nie uży­wała, by zwa­lić się z nóg.

Bywało, że brała klo­no­pin także w ciągu dnia. Wraz ze wzro­stem tole­ran­cji na lek zwięk­szała jego dawkę. Wbrew temu, czego się oba­wiała, dawne lęki nie były w jej życiu tak wszech­obecne. Tylko to się dla niej liczyło. Przez więk­szość chwil miała spo­kój od natręt­nych myśli. A może po pro­stu upły­nęło wystar­cza­jąco dużo czasu? Dobrze się odży­wiała i ćwi­czyła. Rzadko piła wię­cej niż jed­nego drinka w ciągu całego wie­czoru (wraz z kil­koma tablet­kami klo­no­pinu z bute­leczki, którą trzy­mała w torebce, tak by Dan ni­gdy przy­pad­kowo żad­nej nie wziął, myśląc, że to aspi­ryna).

A kiedy myślała o Aubrey lub Franku czy też śniła o powro­cie do chaty w lesie, pocie­szała się sło­wami dok­tora Barry'ego, który zapew­niał ją, że nic nie mogła zro­bić. W żaden spo­sób nie mogła pomóc przy­ja­ciółce. Nikt nie mógł. I nie była to niczyja wina. Nawet Franka.

Powta­rzała to sobie za każ­dym razem, gdy dzwo­nił tele­fon, a ona nie roz­po­zna­wała numeru albo gdy sły­szała za sobą kroki pod­czas prze­cho­dze­nia ciemną ulicą. Tylko jak to moż­liwe, że dwie kobiety umarły bez żad­nego wyraź­nego powodu pod­czas roz­mowy z tym samym męż­czy­zną?

Trzy

- Więc... o co cho­dzi? Co ja wła­ści­wie oglą­dam?

Dan miał zało­żone oku­lary, dla­tego widział wszystko wyraź­nie, ale wyda­wał się wielce zdzi­wiony całą sytu­acją. Obu­dził się o siód­mej i zastał ją cho­dzącą tam i z powro­tem po salo­nie szyb­kim kro­kiem, a teraz, zamiast wytłu­ma­czyć mu, o co cho­dzi, ona poka­zy­wała mu jakiś fil­mik.

- To Frank Bel­lamy - powie­działa, gdy na ekra­nie kom­pu­tera para weszła do knajpy.

- Kto?

Na początku zna­jo­mo­ści roz­ma­wiali o swo­ich wcze­śniej­szych rela­cjach, jed­nak Maya nie wspo­mniała Danowi o Franku. Pró­bo­wała wyma­zać go z pamięci podob­nie jak resztę tam­tego lata, pod­czas któ­rego albo była świad­kiem mor­der­stwa naj­lep­szej przy­ja­ciółki, albo cał­ko­wi­cie stra­ciła rozum.

- Pozna­łam go zaraz po liceum - powie­działa. - Można powie­dzieć, że ze sobą cho­dzi­li­śmy.

Jej zwią­zek z Fran­kiem trwał całe trzy tygo­dnie i zakoń­czył się w dniu śmierci Aubrey... a raczej zmie­nił tam­ten dzień w coś innego - strach, który wypa­czył każdy aspekt życia Mai.

Dan uniósł brew i uśmiech­nął się do niej pół­gęb­kiem.

- Co to? Cyber­stal­king? Powi­nie­nem być zazdro­sny?

- Po pro­stu oglą­daj.

Chciała usły­szeć jego bez­stronną opi­nię. Poza tym Dan bez pro­blemu radził sobie na pra­wie, ponie­waż był dobry w wychwy­ty­wa­niu szcze­gó­łów, które innym umy­kały, i inter­pre­to­wa­niu ich w kon­tek­ście całej sytu­acji.

- Daj znać, jeśli zauwa­żysz coś... dziw­nego w zacho­wa­niu Franka - dodała.

Gdy zoba­czył wyraz jej twa­rzy, jego uśmiech przy­gasł. Usa­do­wił się wygod­nie na kana­pie i wró­cił do oglą­da­nia nagra­nia. Maya usia­dła obok niego, na kra­wę­dzi i pod­cią­gnęła nogi pod brodę. Wciąż nie mogła uwie­rzyć, że poka­zuje mu ten fil­mik.

Chciała zapo­mnieć o Franku, co przez te lata pra­wie jej się udało. To nagra­nie pokrzy­żo­wało jej plany. Chciała wie­rzyć, że to wszystko przez jej wybu­jałą wyobraź­nię. To przez nią widzi powią­za­nia tam, gdzie ich nie ma. Chciała móc dalej pokrze­piać się tą myślą. Byłoby dla niej lepiej i łatwiej, gdyby trzy­mała nie tylko Dana, lecz także samą sie­bie z dala od tego nagra­nia. Mogłaby wtedy dalej zacho­wy­wać się tak, jakby jej naj­więk­szy pro­blem sta­no­wił brak klo­no­pinu.

Jed­nak wtedy przy­po­mniała jej się twarz zmar­łej kobiety. Była do niej bar­dzo podobna, tylko młod­sza i zapewne wyglą­da­jąca nie­win­niej. Jak to moż­liwe? Jakie było praw­do­po­do­bień­stwo wystą­pie­nia takiego sce­na­riu­sza: dwie kobiety w odstę­pie sied­miu lat umie­rają w obec­no­ści tego samego męż­czy­zny. Liczyła na to, a przy­naj­mniej miała nadzieję, że Dan uzna całą sprawę za podej­rzaną.

- Jest do cie­bie podobna - odparł.

Nie da się ukryć, że Frank miał swój typ.

- Widać, że ten cały Frank lubi sobie poga­dać - dodał.

- Tja, praw­dziwy gawę­dziarz...

Kobieta na ekra­nie opa­dła do przodu.

- Kurde, co jest? - Dan patrzył, jak Frank łapie kobietę za ramiona i potrząsa nią, krzy­cząc bez­gło­śnie. - Zaraz, zaraz... czy ona...

- Tak! - Maya oto­czyła nogi rękami i ści­snęła mocno końce ręka­wów w pię­ściach. - Poszpe­ra­łam tro­chę w sieci. To Cri­stina Lewis. Miała dwa­dzie­ścia dwa lata.

- Nie łapię. Co się stało?

Maya powoli potrzą­snęła głową.

- Nie wiem. Ale wydaje mi się, że on... - trudno było jej to z sie­bie wydu­sić, w końcu minęło tyle czasu, odkąd ostatni raz wypo­wia­dała te słowa. Zako­pała je głę­boko w odmę­tach swo­jej pamięci. - Wydaje mi się, że on to zro­bił.

Dan był zasko­czony. Patrzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami.

- Co zro­bił? Zabił ją?

Przy­tak­nęła.

- Ale jak? W jaki spo­sób?

- Nie wiem.

Wyraź­nie cze­kał na dal­szy ciąg jej wypo­wie­dzi. Prze­łknęła więc ślinę i zapy­tała:

- Pamię­tasz, jak opo­wia­da­łam ci o mojej przy­ja­ciółce Aubrey?

- Oczy­wi­ście. To ta, która zmarła - sta­rał się mówić jak naj­de­li­kat­niej, wie­dząc, że to dla niej trudny temat.

Maya powie­działa mu o Aubrey i o tym, że ona nie żyje, ale nie odpowie­działa na to jedno jedyne pyta­nie, które zadaje pra­wie każdy, kto wła­śnie dowie­dział się o czy­jejś śmierci: jak to się stało? Wtedy nie chciała mu o tym mówić, ale teraz musiała.

- Aubrey umarła - powie­działa - wła­ści­wie tak samo jak Cri­stina. Po pro­stu... upa­dła. Widzia­łam to.

Nie­do­wie­rza­nie na twa­rzy Dana było budu­jące.

- A co na to lekarz medy­cyny sądo­wej?

- Nie był w sta­nie usta­lić, dla­czego zmarła. Powie­dział tylko, że to była "nagła nie­wy­ja­śniona śmierć". Docho­dzi do niej nie­zwy­kle rzadko i pra­wie zawsze we śnie. Jakaś osoba po pro­stu się nie budzi.

- O kur­czę. To... naprawdę straszne.

- Sęk w tym, że Aubrey nie umarła we śnie. Kiedy to się stało, roz­ma­wiała z Fran­kiem.

Dan pochy­lił się nad ekra­nem lap­topa i ponow­nie obej­rzał frag­ment, w któ­rym Cri­stina umarła. I jesz­cze raz. Maya z kolei obser­wo­wała jego, mając cichą nadzieję, że zdoła wychwy­cić coś, co ona prze­oczyła.

Kiedy znów się ode­zwał, wyda­wał się jed­nak skon­ster­no­wany:

- Więc... jak ją wła­ści­wie zabił?

"To wyglą­dało tak, jakby miał jakąś super­moc...", tak powie­działa poli­cji, kiedy miała sie­dem­na­ście lat, ale teraz nie popeł­ni­łaby już tego błędu. Wie­działa, że musi podejść do sprawy racjo­nal­nie. A przy­naj­mniej tak brzmieć.

- Ni­gdy tego nie roz­gry­złam - powie­działa - ale jeśli kto­kol­wiek był do tego zdolny, to wła­śnie Frank.

Dan zmarsz­czył brwi i zapy­tał:

- Poli­cja go nie prze­słu­chała?

- Prze­słu­chała, ale nic wię­cej. Puścili go - roz­ło­żyła ręce.

- OK... a co z Cri­stiną Lewis? Co wiesz o jej śmierci?

Usły­szała wąt­pli­wość w jego gło­sie i poczuła zna­jomy gniew, który ogar­niał ją za każ­dym razem, kiedy ktoś - poli­cja, mama, dok­tor Barry - jej nie wie­rzył.

- Pro­szę bar­dzo - powie­działa, gdy wyszu­kała w inter­ne­cie arty­kuł z "Berk­shire Eagle". - Tylko tyle udało mi się zna­leźć.

Patrzyła, jak czyta, choć wie­działa, że ten tekst nie­wiele wnosi. Napi­sano w nim, że Cri­stina pocho­dziła z Utah, była malarką i kasjerką bile­tową w Muzeum Berk­shire. Albo jej śmierć naprawdę była nie­wy­tłu­ma­czalna, albo nie wszyst­kie infor­ma­cje zostały prze­ka­zane pra­sie.

Po krót­kim opi­sie tego, co się stało - czyli tego, co było na nagra­niu - autor arty­kułu zamie­ścił wypo­wiedź pogrą­żo­nego w żało­bie chło­paka Cri­stiny, Franka Bel­lamy'ego: "Po pro­stu nie mie­ści mi się to w gło­wie. Tak bar­dzo żałuję, że nie mogłem nic zro­bić".

Mayą wstrzą­snęły nie tyle słowa Franka, ile to, że w arty­kule został nazwany świad­kiem.

- Jest tutaj wzmianka o tym, że nie zacho­dzi podej­rze­nie prze­stęp­nego spo­wo­do­wa­nia śmierci - powie­dział Dan. - Poli­cja prze­słu­chała Franka, bo był na miej­scu.

Maya prych­nęła i odparła:

- To samo było wtedy.

Dan spoj­rzał na nią. Na jej zgar­bioną postawę, spo­cone skro­nie i wyraźne worki pod oczami.

- Wszystko w porządku?

- Tak - odpo­wie­działa - jestem tylko tym wszyst­kim sfru­stro­wana.

Wyda­wał się nie­prze­ko­nany, a nawet zanie­po­ko­jony.

- Co się dzieje? - zapy­tał. - Jesz­cze zanim zoba­czy­łaś to nagra­nie, coś było nie tak.

Miała oka­zję, żeby powie­dzieć mu o klo­no­pi­nie. Rzecz w tym, że Dan nie wie­rzył jej w spra­wie Franka. Pró­bo­wał, ale nie wie­rzył. Gdyby powie­działa mu teraz o tym, że zmaga się z obja­wami odsta­wie­nia leku, tylko pogor­szy­łaby sprawę.

- Po pro­stu kiedy zoba­czy­łam, jak ta dziew­czyna umiera... - urwała w poło­wie zda­nia.

- Nic dziw­nego. Musiało ci być bar­dzo ciężko. W końcu stra­ci­łaś naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

Do oczu napły­nęły jej łzy. Odwró­ciła wzrok. Gdyby powie­działa o tym komu­kol­wiek innemu, naj­praw­do­po­dob­niej by jej ustą­pił, widząc, jak bar­dzo jest zde­ner­wo­wana. Sta­rałby się ją udo­bru­chać. Jed­nak Dan nie miał pro­blemu z mówie­niem ludziom tego, czego nie chcieli usły­szeć. Nie chciała w nim tego zmie­niać, choć to potra­fiło być bole­sne. Jak teraz. Z niczyją opi­nią nie liczyła się tak jak z jego. Żad­nej nie ufała bar­dziej. Jeśli on wąt­pił w to, że Frank mógł zabić Cri­stinę, praw­do­po­dob­nie miał rację.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki